— Proszę pani? Wszystko w porządku? — zapytał z troską w głosie i machnąwszy ogonem, zaczął ją oglądać, zupełnie tak, jakby mógł w ten sposób odnaleźć na jej ciele wszelkiego rodzaju rany, ubytki czy przykrości najróżniejszego sortu. Złota koteczka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
— Ach…! Nic mi nie jest, nie martw się — zamruczała z pocieszającym błyskiem w oku. To miłe, że ktoś się o nią martwił. Jednak czy aby na pewno chciała, żeby ktoś to robił? Czy nie sprawiała w ten sposób większej ilości kłopotu Wilczakom? Nie, przecież oni byli tacy mili, przyjęli ją bez większych kłopotów, a w dodatku dostała mentora, który dbał o jej szkolenie…
— Ale na pewno? Bo wyglądała pani tak bardzo smutno, że już się zacząłem martwić! Próbowałem przywrócić panią do teraźniejszości, ale udało mi się dopiero po chwili — odmruknął i przysiadłszy, polizał swoją łapę parokrotnie, czyszcząc sobie śnieżnobiałe ucho. — Dzielimy legowisko, prawda? Nazywam się Księżycowa Łapa, a pani? — dopytywał, mrugając oczkami co jakiś czas. Miodowa Łapa usiadła tuż obok niego, posyłając mu kolejny sympatyczny uśmiech, chociaż parę uderzeń serca się wstrzymała z odpowiedzią, jakby musiała się dobrze zastanowić. Poprawiła parę kosmyków w swoim puchatym ogonie, chociaż nie było to wcale konieczne, przyszło jej to dość naturalnie.
— Tak, nazywam się Miodowa Łapa, chociaż jeszcze do niedawna mówili do mnie Ula — przedstawiła się. — Miło mi cię poznać, Księżycowa Łapo — dodała jeszcze, owijając ogon starannie wokół swoich łap. Skoro dzielili legowisko i raczej powinna go kojarzyć, to może wypadałoby za niedługo poznać jeszcze paru Wilczaków? Z pewnością źle jej to nie zrobi, a wręcz przeciwnie. — Twoim mentorem jest Kocimiętkowy Wir, prawda? To bardzo miła kotka — uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Ruda była w końcu jedną z kotek, która znalazła ją tamtego dnia, kiedy biedna szwendała się po lesie, szukając dla siebie jakiegokolwiek schronu, była wtedy śmiertelnie przerażona!
Uczniak, usłyszawszy jej słowa, uśmiechnął się szeroko.
— Tak, tak! Jest wspaniałą mentorką, świetnie mnie uczy i jest taka życzliwa i cierpliwa — zaszczebiotał radośnie, a jego długie pędzelki na uszach poruszały się na wietrze, targane wiecznie przez podmuchy i jego ruchliwość.
— Mnie szkoli Wilczy Skowyt i też sądzę, że jest dobrym mentorem. Zresztą nie znam tutaj zbyt wielu kotów, ale jestem tak wdzięczna, bo dostałam kogoś bardzo miłego, tak samo, jak ty, Księżycowa Łapo — rozgadała się, jednak i przed tym musiała sobie parę uderzeń serca odczekać. Zamruczała pod nosem.
— Podoba się pani u nas? Pięknie tu mamy, prawda? — zagadnął jeszcze, obserwując jej reakcje, aczkolwiek nie kryły się za tym gestem żadne nieszczere czy nieprzyjemne intencje.
— Bardzo różni się to od miejsca, w którym dorastałam i do którego zdążyłam przywyknąć, ale tak, nie mogę powiedzieć, że mi się tu nie podoba. Muszę się przyzwyczaić, jednak potrafię docenić miłe aspekty obozu, a nawet samego lasu — odpowiedziała mu szczerze. Prawdopodobnie z każdym dniem coraz bardziej zacznie jej tu odpowiadać, w końcu nie zapowiadało się na to, aby mogła powrócić do swoich Dwunożnych… chociaż czy naprawdę tego pragnęła? Czy powinna była ich poszukać dłużej? Może by ich wtedy znalazła? Ale czy byłoby nadal co szukać? W jej głowie panował mętlik, który musiała na spokojnie sobie poukładać i nie chciała nikogo tym obarczać.
<Księżycowa Łapo, a może mnie oprowadzisz po obozie i opowiesz o swoich historiach z życia?>
[657 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz