– Dzisiaj nie mam nic dla ciebie. Ani kraba, ani myszy... – zamruczał Tawuła, siadając tuż obok posłania matki. – Jaskółki również.
– Szkoda – mruknęła wieczna królowa, kładąc pysk na oparciu. – Z przyjemnością przekąsiłabym jaskółkę.
Tawuła przyglądał się uważnie matce. Spostrzegł pomiędzy szylkretowym futrem zalążki siwych włosków. Miała swoje lata, nie miała łap, a poza tym, jak na bycie niepełnosprawnym kotem, dość dobrze się trzymała. Nawet za dobrze. Od dłuższego czasu biały kot zaczął uważać wieczną karmicielkę za zbędną mieszkankę kociarni. Aktualne królowe świetnie dawały sobie ostatnio radę, same, jak i również mogły liczyć na pomoc partnerów i innych członków rodziny w opiece nad kociętami. Wątpił jednak, aby Jastrząb posłuchała słów swojego kociaka, który narodził się jedynie za sprawą umowy zawartą między trójką klifiaków.
– Jak się czuje Rozświetlona Skóra?
– Dobrze... jest z nim lepiej, jednak wspomniał, że prawdopodobnie za niedługo zrezygnuje z pełnienia funkcji wojwonika – miaknął, zastawiając się czy nie zasugerować, aby matka również przeniosła się za niedługo do starszyzny. – Pamiętasz, jak Źródlanej Łunie przyniesiono wronią strawę? Dobrze, że w porę zainterweniowano – zagaił, chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Ostatnio zgłębił informacje i sporo się dowiedział na temat innych wydarzeń z udziałem mew. Jak na złość, większością ofiar tych wydarzeń faktycznie były członkowie jego rodziny. Miał nadzieję, że wieczna królowa będzie pamiętać, kto odpowiadał za przyniesienie czy też upolowanie robaczywego ptaka dla karmicielki. Ustalenie tożsamości tego kota byłoby na pewno pomocne. – Albo te wcześniejsze ataki... – zamruczał, wspominając moment, jak o mało co, sam nie zginął jako uczeń, gdy został zaatakowany przez mewę na skarpie. – Myślę, że te wszystkie wydarzenia są ze sobą powiązane i końcowo doprowadziły do śmierci Judaszowcowej Gwiazdy…
– To nie mewy, a Pikująca Jaskółka zabiła Judaszowcową Gwiazdę... – syknęła cicho, używając wojowniczego miana nowej liderki. – Podobno zwlekała z udzieleniem pomocy zarówno liderowi, jak i twojemu ojcu. Jak myślisz, dlaczego się zawahała – prychnęła, przenosząc spojrzenie na znajdujących się w głębi kociarni Bukową Koronę oraz Foczą Falę. Para właśnie wygłupiała się ze swoimi kociętami, skupiając na nich całkowicie swoją uwagę.
– Dzięki mewą nie musiała brudzić swych kremowych łap w krwi staruszka-Judasza...
Czekoladowy kocur był stary i pewnie lada moment umarłby podczas snu, jednak skoro nadążyła się taka dogodna sytuacja do przyjęcia jego stanowiska nim dokona żywota z przyczyn naturalnych, dlaczego by z niej nie skorzystać? Wystarczyło wyglądać na przestraszoną, zwlekać i zareagować dopiero wtedy, gdy rany kocura będą śmiertelne. Właśnie tak postąpiłaby Jaskółka. A przynajmniej taki obraz malował się w umyśle Tawuły za sprawą wpojonej nienawiści do kocicy przez Jastrząb.
– Od kocięcia napawałaś mnie nienawiścią do Jaskółki. Nie uważam i nigdy nie będę uważać jej za dobrą liderkę, jednak inni ją zaakceptowali... czy raczej nie zamierzali podważać decyzji zmarłego lidera. Jednak... skoro naprawdę jest taka zła to dlaczego Klan Gwiazdy pozwolił jej zostać liderem? Dlaczego mewy nie zabrały jej razem z bratem babci? Dlaczego ona nadal żyje... – "Tak samo jak ty, matko." – i lada moment uda się odebrać dziewięć żyć?
– Nie pozwolił. Gwiezdni nie zaakceptują jej. Komuś takiemu jak ona na pewno przodkowie nie ofiarują dziewięciu żyć.
~ ~ ~
Kocica prawdopodobnie rządziła najkrócej ze wszystkich liderów, przynajmniej w Klanie Klifu, jednak Tawułowa Bryza nie był tego taki pewien w stu procentach. Podobno w jednym z klanów był kiedyś jednodniowy lider, ale być może była to plotka, aby ośmieszyć sąsiadów.
Mirtowe Lśnienie, czy raczej Lśniąca Gwiazda wydawał się być odpowiednim kandydatem na lidera, w końcu kocur był adoptowanym synem zmarłego Judaszowcowej Gwiazdy. Z pierwszej łapy wiedział z czym się wiąże dźwiganie takiego brzemienia na swych łapach. Był urodzonym liderem? Być może. Tawuła był w stanie go zaakceptować, chociaż jego zdaniem lepszą, czy nie najlepsiejszą kandydatką na przywódcę klifiaków był nie kto inny jak Pchełkowy Skok. Nic więc dziwnego, że gdy kocur ogłosił swojego zastępcę, Tawuła zmarszczył pysk, nie kryjąc niezadowolenia. Liczył, że usłyszy inne imię.
Nie był uprzedzony do samotników, tym bardziej do innych społeczności, w szczególności tych, z którymi mieli sojusz, jednak nie podobał mu się fakt, że kotka, która opuściła swoją rodzimą społeczność, piastowała teraz tak bardzo ważną funkcję. Cóż takiego ona zrobiła, aby zasłużyć sobie na wyróżnienie? Zdaniem białego kota nic. Jedynie od dłuższego czasu kręciła się przy synu zmarłego lidera, nawet po zakończeniu przez niego ich treningu. Tawuła przez dobrą chwilę walczył sam ze sobą, czy nie zgłosić sprzeciwu i zgłosić kandydaturę własnej siostry, która nieraz zdołała pokazać, ile dla niej znaczy Klan Klifu, gdy wtem poczuł na swojej łapie cudzą łapę.
Komunikat był jasny. Miał siedzieć cicho i nie robić głupstw. W odpowiedzi jedynie prychnął, starając się stłumić złość i poirytowanie. Bez entuzjazmu skandował wraz z innymi kotami imię nowego lidera i imię nowej zastępczyni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz