Oczywiście, musiałem jak zwykle na kogoś wpaść. Tym razem na Rohan. Próbowałem więc zrobić zwinny unik, to jest przewrót w bok, ale na szczęście w porę zorientowałem się, że jestem na gałęzi. I najprawdopodobniej skończyłoby się to w sposób taki, że połamłbym się i umarł. Ale no nic takiego się nie wydarzyło. Chyba zaczynam mimo wszystko rozwijać w sobie te całe odruchy bezwarunkowe. A przynajmniej hamować te prowadzące do nagłej śmierci.
— Oh. No… Cześć — powiedziałem, próbując ponownie złapać balans na gałęzi. — Tak. Piórko. Chcę. Piórko.
Zacząłem więc uważnie przyglądać się piórkom, które mi pokazała. Była ich trójka, pierwsze długie i szaro-błękitne, drugie bardziej jakby obłe i brązowe oraz trzecie, gęste i czarne z przebłyskami bieli. Nie nazwałbym siebie kolekcjonerem czegokolwiek, ani też znawcą piórek, jednakże posiadałem umiejętność rozpoznawania dobrego towaru, niezależnie od jego rodzaju. Oraz subiektywnej, acz często trafnej, oceny jego jakości i przybliżonej wartości.
— Hm. Czarne. Czarne ładne. Puchate. Mogę czarne? Mmm…
Mruknąłem na myśl o przytuleniu mięciutkiego piórka.
— Tak, tak, jasne, trzymaj. — Uśmiechnęła się lekko.
— No dobra. — Chwyciłem czarne piórko ząbkami.
— Ja to ogólnie nie kolekcjonuję rzeczy — mówiłem, wciskając piórko w przerwę między zębami. Ciekawe, czy je potem wyjmę… — Nie mam nic pod legowiskiem. Ja, jak coś cennego mam, to jeśli jest jadalne, to zjadam, a jak nie, to zakopuję. Ale potem nigdy nie pamiętam, gdzie…
Miałem jako kociak masę małych, gładkich kamyczków, jeden miał nawet kolor całkiem zielony, zakopałem je wszystkie na terenie obozu, na ziemi, ale już nigdy więcej nie znalazłem… No bo zakopać to jedno. Zrobiłem to jako półświadomy kociak, w dodatku miałem szczęście, że nikt tego nie widział. Ale teraz? Jako uczeń? Co by inni powiedzieli, gdyby zobaczyli, że rozkopuję im teren obozu? No ja nie wiem. Ale to by było dziwne…
— Ale piórka nie zakopię. Za ładne. Czarne. Pobrudzi się. Dziękuję — dodałem po chwili namysłu i dogłębnej analizy sytuacji. — Właśnie, bo ty… um… teraz to zwiadowcą jesteś. Fajnie… fajnie w sumie. Musi tak być. Ja nie wiem. Ale… będę kiedyś też. Mam nadzieję. Um… No właśnie…
Dobrze mi idzie. Prawie udało mi się złożyć kilka całych zdań. Ale Rohan nie wydaje się czuć bardziej niezręcznie niż na co dzień. Patrzyła tylko na mnie, uśmiechając się, chyba zadowolona, że uwolniłem ją od ciężaru jednego z piórek. Chyba zadowolona. Bo się uśmiechała. Chyba słuchała. Bo nie przerywała. Czekała, aż skończę moją wypowiedź. Bo musiała wiedzieć, że to, co najważniejsze, mam do przekazania, zawsze jest na końcu. Albo ja nadinterpretuję i po prostu patrzy na mnie, jak mówię, i nie ma zielonego pojęcia, co odpowiedzieć. Ale ja nie wiem.
Nie miałem zbyt wielu okazji, by z nią rozmawiać. Ale zawsze, gdy miałem, to było…dobre. Tak. Nie musiałem zbyt kombinować z dobieraniem słów czy nadawaniem sensu zdaniom, by one same w sobie ten sens już miały. Bez mojej sztucznej w nie ingerencji. Jakby…naturalnie…
— Ale…w sumie szkoda, że idziesz już… Bo ja to…no, nie zdążyłem cię poznać za bardzo, bo większość czasu, gdy byłaś uczniem, ja byłem małym, nieświadomym kociaczkiem. Będę tęsknił…tak szczerze. Mimo, że lubię cię tylko troszkę. Bo tak samo troszkę cię znam… Ale to…tobie dobrze pójdzie tam. Jako zwiadowca. Musi. Bo jak nie, to jako zwiadowcy się razem nie spotkamy. Potem. Dobrze?
<Rohan??>
[535 słówa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz