BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Łapa x Lulkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Łapa x Lulkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

29 września 2025

Od Lulkowego Ziela CD. Żmijowcowej Wici

TW: Uzależnienie, wzmianki o intruzywnych myślach
W przeszłości
Mało co nie eksplodował, słysząc bezczelny ton brata. Chyba nigdy nie poczuł takiej... Złości? Tak, chyba to było to. Rzadko bywał zły. Zazwyczaj smutny, przygnębiony, zdenerwowany, zestresowany — ale prawie nigdy nie był wściekły. Ten nowoodkryty stan nie dał mu jednak poczucia wolności, oddechu. Niczego nie odblokował, nie rozbił tamy. Czuł jedynie niekomfortowy żar, który rozlewał się w jego klatce piersiowej, wypełniając przerwy między żebrami i dusząc serce.
To jedno zdanie wypowiedziane przez burego kocura pozornie nie miało znaczenia. Pozornie było głupie. Nieistotne. Na tle jego znacznie ostrzejszych ripost wydawało się łagodne i nieszkodliwe. Banalne. Pod żadnym względem nie powinno być tym, co ostatecznie przechyliło szalę. Ale jednak było. Było czymś, co nie tyle przelało czarę, oj nie — rozbiło ją na kawałki, tłocząc do lulkowego ciała litry chowanych uraz, niewypowiedzianych żali i tłamszonego gniewu. Naczynie rozsypało się w drobny mak, a gorąca żółć, która je wypełniała, w końcu znalazła ujście.
Chciał wepchnąć mu do pyska trawno-ziemną kulę, aby już więcej nie musiał słuchać jego nieznośnych wynurzeń. Walnąć go w tę wiecznie napuszoną mordę, by pozbyć się z niej tego kpiącego grymasu. Mógłby mu dorzucić coś na przeczyszczenie. Wtedy rzeczywiście miałby powody do martwienia się o zatrutą rybę.
W zaledwie kilka uderzeń serca powrócił go rozum. Dlaczego myślał coś tak okropnego? Czemu chciał skrzywdzić własnego brata? Nawet, jeśli go irytował — Żmijowiec wciąż był jego rodziną. Dorastali razem, najcięższe chwile przeżyli wspólnie. Jakim cudem tak obrzydliwe myśli zalęgły się w jego głowie? Przecież nie był taki! Nigdy nie był okrutny. Nie cieszyło go nieszczęście innych. Nie chciał walczyć, nie cierpiał rozlewu krwi i brzydziła go sama idea zranienia kogoś celowo. Dlaczego więc w ogóle pomyślał o czymś takim? Uważał się za moralnego kota. Za dobrą duszę. Może nie był najmilszy i najłatwiejszy w obyciu, ale nie był zły. Czyżby się mylił? Na samą myśl o tym poczuł, jak żołądek agresywnie się mu kurczył, a w gardle stawała gula. Zbierało mu się na torsje. 
Na jego pyszczku musiało w tę krótką chwilę wymalować się wiele różnych uczuć — tak sądził przynajmniej po zdziwionej mordce brata, który patrzył na niego jak na wariata.
— Co się stało? Wyglądasz, jakbyś zaraz miał się zrzygać... Kłak ci stanął w gardle? —  zapytał. Jego ton ociekał wręcz ironią, gdy ten z fałszywą "troską" pytał go o samopoczucie.
Lulkowa powieka zadrgała delikatnie, a on sam pokręcił prędko głową. Musiał stąd iść. Chciał pobyć sam. Potrzebował odpocząć na wyspie. Może wziąłby trochę maku? Szybciej by wtedy zasnął... Tak, te dziwne pomysły na pewno wykwitły z niewyspania. Teraz tylko sobie odpocznie i będzie lepiej! Ostatnio mieli za dużo na głowie — odbudowa ogrodu, sadzenie roślin w obozie, przygotowywanie źródełka, szukanie sadzonek. Nie miał za dużo czasu dla siebie — i to wszystko brało się właśnie stąd, na pewno. Chyba.
— Nie. Wiesz co, zrób to sam... Ja muszę iść... Do ogrodu. Pomóc. Teraz. — Zanim brat zdążył mu odpowiedzieć, Lulkowe Ziele podreptał w kierunku wyjścia z obozu. Idąc, zauważył Trzcinową Łapę, Rosiczkową Kroplę i Śnieżną Mordkę, które wspólnie odbudowywały ścianę lecznicy. Rozmawiały ze sobą z uśmiechami na pyszczkach, umacniając ściany gliną, trzcinami i patykami. Skinęły mu głową na powitanie, a Śnieżka nawet wyszczerzyła zęby bardziej niż zwykle, ale on jedynie przeszedł obok. Wystarczyło mu wrażeń tego dnia.

୧ ‧₊˚ 🌿⋅
Teraźniejszość

Cóż. Krótko mówiąc okazało się, że winowajcą jego podłego humorku wcale nie było niewyspanie. Spał obecnie dłużej, niż kiedykolwiek wcześniej, a te paskudne wizje tak czy siak nie chciały wyleźć z jego głowy. Wręcz przeciwnie, nasiliły się. Najmniejsza rzecz potrafiła wyprowadzić go z równowagi. Miał ochotę krzyczeć, drzeć się w niebogłosy za każdym razem, gdy Szept zrobił coś choćby trochę nie tak, gdy obudziły go jakieś dźwięki dochodzące z dworu lub gdy znowu musiał siedzieć w legowisku medyczek, bo Gąbczasta Łapa wciąż nie wracała z ich bratniego klanu. Ale nie mógł. I za każdym razem, gdy ta buzująca frustracja nie potrafiła znaleźć odpowiedniego ujścia, pojawiały się one. Te paskudne, wstrętne wizje. Były jak robal, pasożyt, który wwiercił się mu w mózg i zadomowił w delikatnych tkankach, co jakiś czas dając o sobie znać, przypominając o swojej złowieszczej obecności.
Nie chciał tego myśleć. To nie był on. Miał nadzieję, że to nie był on. Brzydziło go to. Czuł odrazę na samą myśl, że jego rozum produkował takie obrazy. Nie chciał nawet widzieć własnego odbicia w obawie, że to wewnętrzne zepsucie zaczynało się objawiać też w jego wyglądzie. Jedynym, co pozwalało mu zatrzymać te nieusłuchane, chaotycznie pędzące myśli, były ziarna maku. Małe, cudowne kuleczki.
Siedział pod drzewem w obozie, bokiem oparty o jego korę, wykończony przez wszechobecny skwar i duchotę. Oczy miał lekko przymknięte, a pyszczek zastygł mu w lekkim, zrelaksowanym uśmiechu. Między przednimi łapami złożona była niewielka ryba, której jednak nie zaczął nawet jeść. Wcześniej jedynie wydawało mu się, że był głodny. Teraz odczuwał jedynie błogi spokój. Fantastyczne uczucie!
Przyglądał się z oddali ciężko pracującym wojownikom. Wężynowy Splot i kilkoro innych współklanowiczów wtaczało na ich wysepkę głazy. To musiało być okropne zajęcie, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Zapewne większość z nich wolałaby obecnie siedzieć w rozkosznie chłodnych wodach rzeki, pływać lub łapać ryby. Cóż.
Nie zauważył nawet chudej, patykowatej sylwetki, która podeszła do niego od jednej ze stron. Gdy ruszył głową, aby zmienić ułożenie ciała, spotkał się oko w oko z pyskiem Żmijowca.
— Och, witaj — powiedział cicho.

< Żmijowiec? >
Event: Wtoczenie głazów na wyspę, Odbudowa ścian lecznicy

01 września 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Lulkowego Ziela

 Obserwował żałosne poczynania swojego brata. Nie żeby nie był już po części do tego typu zachowania przyzwyczajony, ale patrzenie na Lulka w tym stanie, który aż prosił o pomstę jakiejś nadkociej siły... nie było zbyt proste, nawet dla takiego egoisty jak Żmijowiec. Ruchy kocurka były mechaniczne, leniwe i monotonne, a jego pysk zamyślony i smutny, bardzo zmartwiony, chociaż wzrok wpatrzony był w jeden punk, a oczy pozbawione iskierek. Nie ukrywał swojej degustacji, krytyki względem brata. Nie wiedział, co taki Lulek może mieć w tej swojej głowie, że aż tak bardzo się przejmuję. Przecież nie ma na głowie wyżywienia klanu, nie boi się, że ktoś zaatakuję go podczas patrolu, kiedy zbliży się zbyt mocno do granicy, nie musi przejmować się atakami drapieżników, które teraz, kiedy zaczyna się cieplejsza pora, mogą okazać się dużym utrapieniem dla łowców. Nie jest też medykiem, nie opatruję ran, nie ma styczności z zakaźnymi chorobami, nie odbiera porodów, nie towarzyszy kotom przy ostatnich oddechach... Powinien był najspokojniejszym, najbardziej zrelaksowanym i szczęśliwym, wdzięcznym Nocniakiem w tym obozie, ale nie... Lulkowe Ziele musiał nosić na mordce ten żałosny wyraz nędzy i rozpaczy, który w bardziej wrażliwych kotach, wywoływał poczucie współczucia. U Żmijowca jednak budziło jedynie zirytowanie. 
Nie kontrolował swojego pyska, nie umiał, nie chciał, a więc kolejne pomieszane ze sobą emocję kwitły na nim niczym trujące kwiaty. W końcu brat się odezwał, wyrywając się z objęć tego monotonnego marazmu. 
— Patrzysz się, jakbym co najmniej zaczął latać... — burknął, kładąc uszy po sobie. Żmijowcowa Wić jedynie parsknął i podniósł jedną brew, robiąc krok w kierunku ogrodnika. 
— Nie latać, to pewne, ale w tej twojej dziurze można by kota utopić. — Zerknął do środka, a odruchowo czarnobiały zrobił dokładnie to samo. Bury, w przypływie dobrego humory, z chęciami, aby rozbawić, rozruszać nachylającego się obok niego kocura, podciął mu jedną z przednich łap, pozwalając przy tym, aby jego znacząco się pobrudziły. Lulek zadrżał, najeżył się i na moment stracił równowagę. Mało brakowało, a faktycznie wpadłby na główkę do wykopanej przez siebie "grządki". Zielonooki zaśmiał się głośno, patrząc na przestraszony pysk brata. — Haha! Żebyś widział swoją mordkę Lulku! Oczy masz jak dwa słoneczka, wiesz? Od razu pojaśniały.
— Cz-czy ty się dobrze czujesz? — zapytał, wciąż trzęsąc się. Teraz już nie wiadomo czy ze strachu, czy ze złości. — Czy wszystko jest dla ciebie żartem? — dodał jeszcze, patrząc na niego znad drgających wąsów. Żmijowcowa Wić fuknął pod nosem. 
— Śmieszne rzeczy są — powiedział, uderzając brata ogonem po udzie. — Przestań być takim mazgajem. Świat to nie tylko twoje roślinki, wiesz? Skoro nawet to tak cię rusza, to może lepiej, że siedzisz z nosem z brei... — Skrzywił się i zrobił krok w tył, dając Lulkowi przestrzeń, której przecież tak bardzo pragnął. 
"Oczywiście, że nie ważne co robię, to musi uważać MNIE za najgorszego na świecie..." — pomyślał i zaczął coś mlaskać pod nosem. Słowa nie były sensowne, nie różniły się od bełkotu. Nie czekając na żądną dalszą instrukcję, usiadł lisią długość dalej. Odwrócił się do brata grzbietem, przez moment czekając, aż ten sam da mu jakieś zadanie; w końcu miał mu pomóc. Aby nikt nie powiedział, że sie obijał, zaczął grzebać łapką w pulchnej, miękkiej ziemi. Powoli, bez pośpiechu, nie wyglądając tak kretyńsko, jak Lulkowe Ziele, kiedy odleciał w krainę swoich głupich zmartwień, rozgarniał glebę. Z każdym ruchem kupeczka obok jego ogon rosła i rosła, aby potem posłużyć za obleśną, brudną pierzynkę dla jakiegoś niepotrzebnego zielska. Przez moment zastanawiał się nawet czy gdyby posadził kamień, to też coś by wykiełkowało. Był pewien, że tak i że byłoby to o wiele bardziej użyteczne niż te wszystkie medykamenty, którymi zajmują się brat i Pierzasta Kołysanka W międzyczasie przyglądał się jak większa grupa kotów, której cieszył się, że częścią nie został, zajmuję się wykonywaniem znacznie cięższej pracy. Podzieleni na dwie grupy: jedną znacznie mniejszą od drugiej, Nocniacy wpychali na wyspę ogromny głaz. Niemal cały klan został zaangażowany w tę akcję; Żmijowiec wychwalał swoją decyzję przez następne kilka wschodów słońca. Rozpędzona Łapa, Krewetkowa Łapa i Trzcinowa Łapa zajmowały się oczyszczaniem drogi, po której ma zostać przeciągnięty kamień, pełniąc też rolę swoistych stróżów porządku; w ich obowiązku było ostrzegać koty, które mogłyby zostać przygniecione, jeśli znalazłyby się w złym miejscu, w złym momencie. 
W końcu jednak zmęczył się samym patrzeniem i zniecierpliwiony spojrzał przez bark na ogrodnika.
— Dasz mi coś do roboty czy sam mam przyrosnąć do tej ziemi? 

<Lulcio?>

Event KN: Wtoczenie na wyspę głazów, Zasadzenie wraz z ogrodnikami roślin wokół źródełka

31 sierpnia 2025

Od Lulkowego Ziela CD. Żmijowcowej Wici

Lulkowe Ziele krzątał się energicznie wokół niedawno powstałego źródełka w centrum obozu. Niesamowicie przypadła mu do gustu ta inicjatywa, zwłaszcza biorąc pod uwagę zadanie, jakie ogrodnikom w związku z tym przydzieliła Spieniona Gwiazda. Mieli udekorować je roślinami, spełniającymi zarówno funkcję estetyczną, jak i praktyczną. Postawił więc głównie na sadzonki lawendy. Przyjemny dla kociego noska zapach fioletowych kwiatów był bowiem niezwykle użyteczny. Skutecznie odstraszał wszelkie pasożytnicze moskity, dając Nocniakom choć chwilę wytchnienia od ich bezustannego brzęczenia. Gdy tylko robiło się ciepło, te krwiożercze owady potrafiły być prawdziwą plagą, masami wypełzając z rzeki i stadnie atakując bezbronne koty, jakby chciały wyssać je do sucha. Być może ten opis brzmiał nieco dramatycznie, ale czasami naprawdę ich okres lęgowy zamieniał ciepłe wieczory w walkę o przetrwanie!
Ogrodnik więc pracował w pocie czoła, przenosząc potrzebne rośliny na ich miejsce. Już wcześniej zaznaczył sobie miejsca pod nasadzenia, a niektóre nawet wykopał i dokładnie przygotował, chcąc, aby gleba nieco się przed tym natleniła.
Odłożył sadzonki delikatnie na grunt, nucąc coś pod nosem. Już miał zacząć kopanie, gdy nagle usłyszał znajomy głos za plecami. Postawił uszy na baczność, po czym lekko przechylił je w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. Czy on się przesłyszał?...
— Lulku! Hej, Lulku! Pomóc ci?
Czyli jednak się nie przesłyszał. Ten głos rzeczywiście należał do Żmijowca. Gdyby wystarczającym zdziwieniem nie był sam fakt, że Żmijowiec odezwał się do niego z własnej, nieprzymuszonej woli (cud?), to ten dodatkowo... proponował mu pomoc? Tak po prostu? Sam z siebie? Ogrodnik zmarszczył lekko brwi, a końcówka jego ogona zadrgała delikatnie. Czyżby ktoś podmienił mu brata?
— T-to jakaś podpucha, czy... — zapytał niepewnie, dalej świdrując kocura żółtymi ślepiami.
— Nie. Skończyłem pracę z Kropiatkową Łapą. Nie chce jej aż tak męczyć, ale jeśli potrzebujesz łapy, to mogę ci ją podać — powiedział nonszalancko. — To chyba nie jest zbyt męczące, co? Mogę rozkopać ziemię. Nie jest bardzo wilgotna, więc raczej łatwo się ją zmyję... Możesz mi też dać trochę tych nasionek, jeśli myślisz, że źle coś pomiętolę. Chyba, że jest w tym więcej filozofii, niż mi się wydaję, ale skoro nawet ty dajesz sobie z tym radę, to z czym ja miałbym mieć problem — zażartował, uderzając brata lekko ogonem w bark.
Lulkowe Ziele wpatrywał się w niego wielkimi ślepiami, nawet nie mrugając. Nie bardzo wiedział, co miał na to odpowiedzieć. Nawet nie poczuł się szczególnie urażony tym dość jednoznacznym przytykiem. Zamiast tego delikatnie ugryzł się w łapę, chcąc sprawdzić, czy to aby na pewno nie był jakiś absurdalny sen. W końcu zażywane przezeń nasiona maku często wywoływały dziwne mary nocne. Wyłącznie się jednak skrzywił, czując delikatne uszczypnięcie. Cóż, najwyraźniej to rzeczywiście działo się na jawie...
Z powrotem przekierował wzrok swoich złotych oczu na brata. Wojownik ewidentnie, ku jego zaskoczeniu, nie czekał na jego instrukcje. Od razu wziął się do roboty, nie narzekając nawet na brudzącą jego łapy ziemię. Chyba uderzył się w głowę...
— Może nie jest to bardzo trudne, ale ten trening nie trwa tyle bez powodu... — westchnął cicho, po czym delikatnie uniósł jedną z sadzonek. Umieścił ją na przygotowanym wcześniej miejscu i delikatnie zakopał, ubijając sypką glebę tak, aby rosła prosto. Następnie podlał ją wodą, którą wcześniej przytargał tutaj w idealnie wyżłobionym kawałku kamienia.
Nie to, żeby miał to bratu za złe, naprawdę. Wiedział, że ich funkcja była ważniejsza. To oni bronili klanu, patrolowali, polowali. On był jedynie niezgułą, która zajmowała się kwiatkami, aby nie być kompletnym pasożytem dla reszty. W niczym innym by się nie sprawdził — jego niezdarne kroki na pewno wystraszyły by potencjalną zwierzynę, a brak koordynacji pogrążyłby go w walce. Kim innym miał więc zostać?
Mimo wszystko, nieco go to uwierało. Na samą myśl o pogardliwym podejściu, jakie wobec jego pracy przejawiało jego rodzeństwo, czuł nieprzyjemne mrowienie pod futrem. Chciałby, aby inni doceniali go tak, jak doceniali Wężynę. Chciałby umieć samego siebie doceniać tak bardzo, jak doceniali się Żmijowiec i Tojad. Chciałby potrafić coś unikatowego, coś, co inni mogliby doceniać — jak rzeczy tworzone przez Rosiczkę. 
A zamiast tego był właściwie... Nikim specjalnym. Wow, potrafił zakopać roślinę i sprawić, aby nie zwiędła. Cóż za wspaniałe osiągnięcie! A tak poza tym? Nie umiał nawet dobrze pływać, a na sam widok rzeki czuł, jak wszystkie flaki przekręcały mu się w brzuchu! Nie mógł nawet spać bez maku, bo inaczej budziły go koszmary — jak jakiegoś strachliwego kociaka!
Być może dlatego tak mu to przeszkadzało. Potrafiłby przeżyć to, że był jedynym, który widział siebie. Prawdziwego siebie. Słabego, bezużytecznego i zbędnego. Bolało go jednak to, że było to boleśnie oczywiste także dla wszystkich innych w jego otoczeniu. 
Nawet się nie zorientował, że przez cały czas swoich żałosnych refleksji ciągle kopał dołek, kompletnie bezmyślnie, doprowadzając go do stanu, w którym już dłużej nie można go było raczej nazywać zdrobnieniem...
Teraz było to raczej potężne dziursko.
Zamrugał kilka razy, przypatrując się wykopanemu przez siebie dziełu. Wspaniale. Nawet tego nie potrafił zrobić dobrze... Czy była na świecie łatwiejsza rzecz od wykopania dziury? Nie sądził, a nawet to udało mu się skopać. I to jak efektownie!
Wpatrywał się tępo w owoc swojej pracy, a na jego pyszczku zagościła mieszanka skwaszenia i goryczy. Nie był już sobą zawiedziony. Był po prostu... znużony? To chyba był trafny opis jego stanu. Znużenie swoją ogólną beznadziejnością. W końcu usłyszał ciche mruknięcie. Jego ucho zadrgało delikatnie, a on sam przekierował wzrok na swojego brata.
Żmijowiec patrzył na niego w taki sposób, jakby co najmniej wyrosło mu trzecie oko. Lulek sam nie wiedział, czy więcej w tym było drwiny, szoku, czy zniesmaczenia jego ufajdanym glebą futrem. Zapewne wszystkiego po trochu. Bury od zawsze był mistrzem ekspresji...
— Patrzysz się, jakbym co najmniej zaczął latać... — burknął, kładąc uszy po sobie. Ewidentnie popsuł się mu humor; i chociaż wewnętrznie wiedział, że sam był tego winowajcą, to nie potrafił nie obarczyć tym ciężarem swojego brata.

< Żmijowiec? >
Event: Zasadzenie roślin wokół źródełka

29 sierpnia 2025

Od Żmijowcowej Łapy (Żmijowcowej Wici) CD. Lulkowej Łapy (Lulkowego Ziela)

Dawno, kiedy byli uczniami

Nie oglądał się za bratem. Wiedział, że ten potulnie idzie za nim, a więc pośpiesznie pomknął w stronę legowiska Różanej Woni, gdzie medyczka trzymała swoje... dziwne ziółka i swoją jeszcze dziwniejszą perełkę. Słyszał o niej od koleżanki mamy, która często do nich zaglądała. Teraz wiedział, że była z niej niezła szycha; mama Wężyna trzymała blisko z samą zastępczynią, członkinią ich wspaniałego rodu. Kocica była nieco zbyt poważna, zwłaszcza kiedy nie mówiła do karmicielki, a do jej pociech, ale co jej się dziwić, pewnie ma dużo na głowie. 
Jeszcze przed wejściem do lecznicy dopadł ich aromat zielska i innych badyli, które w jakiś sposób miały pomagać chorym kotom. Zmarszczył nos, ale wszedł, w końcu odwracając się też, aby zobaczyć czy Lulek nie zaginął gdzieś po drodze z jego cennym dowodem. Ogrodniczek był jednak zaraz za nim, niemal nie wciskając zarobaczonej rybi w jego tyłek. Bury aż odskoczył. Miał zamiar go złajać, ale z ciemności odezwał się głos kotki.
— A wy co dzieciaki tu robicie, nie wyglądacie na potrzebujących pomocy — mruknęła czarna, wyłaniając się ze składziku. 
— Przepraszamy za najście, ale... — zaczął grzecznie Lulkowa Łapa, który już dobrze znał księżniczkę z powodu ścieżki szkolenia, którą obrał. 
— Ale ktoś próbował mnie zabić! — dokończył za niego Żmijowiec tonem niezwykle dramatycznym. 
— N-no... może przesadzasz... — mruknął do niego brat, ale brew medyczki powędrowała do góry. 
— Cóż ty mówisz? — zainteresowała się i zrobiła kilka kroków do przodu. — A tę rybę przynieśliście z powodu? Chcecie mnie przekupić, żebym stanęła po waszej stronie, czy co? — Wskazała na nadgryzionego truposza.
— To! — Zielonooki również pokazał pazurem pod łapy Lulka. — To jest żywy dowód, proszę Pani!
— Do żywego mu daleko... — miauknął żółtooki.
— Hm... — Starsza zbliżyła się jeszcze bardziej, dostrzegając w końcu wijące się larwy i inne robale, które zdążyły już całkowicie przegryźć się przez jasne mięso. — Coś takiego... I to prosto ze stosu zwierzyny?
— Kiedy ją brałem, była jeszcze mokra od rzeki! — Złapał się za pierś.
— Skóra jest jeszcze sprężysta, a oczy błyszczące — dodał drugi uczeń.
— To zasadzka! To-to... To coś haniebnego, coś głębszego i zaplanowanego, mówię Pani! — Smukły terminator zrobił krok w stronę księżniczki, która dalej oglądała owy "dowód".
— Sprawa faktycznie bardzo podejrzana. — Pogłaskała się łapką po brodzie.
— I... Zrobi coś z tym Pani? Słyszałem, że ma Pani czarodziejską perełkę... — mruknął Żmijowiec.
— To prawda, to prawda, mam taką, ale... Ah! Zostawcie mnie, muszę to zbadać... To może znaczyć katastrofę, coś większego, coś niecnego, zagładę dla klanu być może...
— Czy... Czyli nikt nie chce mnie zabić? Jest Pani pewna, Pani medyczko? — Reakcja starszej mu się nie spodobała. Jakim cudem nagle z zamachu na JEGO osobę wszystko przemieniło się w zagładę całego Klanu Nocy? Czy nawet nieszczęście musiał z kimś dzielić, być o nie zazdrosnym?
— Tego nie wiem, miejmy nadzieje. A teraz zmykajcie. — Wygoniła ich ruchem łapy. 
Żmijowcowa Łapa ciężko usiadł przy wejściu do lecznicy. Lulek przyglądał mu się z niepewnym wyrazem pyszczka. 
— Co się stało? — zapytał w końcu. 
— Nie pomogła...
— Różana Woń powiedziała przecież, że to zbada...
— Chciałem zobaczyć, jak gada do perły. 
— To pewnie jakiś rytuał...
— Srytuał... 
— Żmijowcu! Nie obrażaj, ona chce ci pomóc.
— Phi! Sam sobie pomogę, sam się dowiem, kto jest za to odpowiedzialny! — No i odszedł. 

* * *
Teraz

Nigdy się nie dowiedział. Nigdy też nie rozmawiał o tym z Różana Wonią, ale patrząc na to, że kilka księżyców później ich obóz został całkowicie zdemolowany, umarło wiele kotów, a jeszcze więcej zostało poturbowanych psychicznie... może faktycznie chodziło o zagładę klanu, a nie tylko samego Żmijowca. 
Troche podbudowała go myśl, że to jemu przyszło odnaleźć taki znak... szkoda tylko, że nic to nie dało. Przynajmniej to nie on obudził się z mokrym tyłkiem. Wolał już skosztować robaka niż być jak Świtezianka. Mokrodupiec...
Życie po potopie wracało do normalności. Chociaż obóz był dalej... daleki od tego, jak prezentował się przed katastrofą, tak klan nie zaprzestawał pracy nad nim. Najgorsze było to, że nie każde zadanie było sobie równe. Żmijowiec robił wszystko, aby tylko uciekać przez tymi, które albo wykończą go fizycznie, albo zmuszą do pracowania z kimś, kogo szczerze nie trawi, albo sprawią, że jego futro będzie cuchnąć ziemią przez następne kilka wschodów słońca. Tym razem się udało. Z samego ranka, wraz z Kropiatką, wzięli się do roboty. Drobna uczennica okazała się być niczym gwiazdka z nieba, gdyż jej filigranowa postura była wspaniałym argumentem za tym, żeby zajmowali się wspólnie prostszymi, lżejszymi obowiązkami. Tego dnia ruszyli zbierać drewno pływowe, które woda rzeki naniosła na płyciznę, otaczającą obóz. Terminatorka zbierała głównie gałązki i patyczki, a wojownik, mimo niewielkiej siły, próbował radzić sobie z większymi kawałkami drewna. Zbierali je na jedną kupkę, aby potem sprawnie i po trochu zanosić je do środka, gdzie Algowa Struga zajmowała się pracami nad kociarnią, zdolnie rozdzielając praktyczne zadania między Stokrotką i Czaplą, którzy zręcznymi łapami zaplatali je między trzciny i tatarak. Chociaż nie musieli wciągać wielkich kłód, głazów i innych prawdziwe ogromnych przedmiotów, tak i tak byli całkowicie wymęczeni, kiedy słońce minęło moment szczytowania. Kiedy ostatni patyczek został położony obok łap zastępczyni z kręconym futrem, Żmijowcowa Wić oddelegował podopieczną do legowiska, aby odpoczęła. On sam zaczął rozglądać się po obozie. Dostrzegł w końcu Lulkowe Ziele, który z pyskiem pełnym ziół, dreptał w stronę swoich grządek. Część z nich była już porozkopywana; widział, jak z samego rana kocur się tym zajmował. Widział, jak głęboko zakopuję swoje cudne, życiodajne kuleczki, aby potem przyklepać je łapkami. Czasami nawet zazdrościł tej prostej pracy ogrodnikowi... Mógłby jak on zajmować się teraz tylko sadzeniem i kopaniem, a nie wnoszeniem głazów... Wojownik spokojnym krokiem skierował się w stronę brata. 
— Lulku! Hej, Lulku! — zawołał, a brat skierował w jego stronę uszy. — Pomóc ci? 
Ogrodnik zmarszczył lekko brwi i położył zawiniątka przed łapami. 
— T-to jakaś podpucha, czy... — zapytał niepewnie, dalej świdrując brata żółtymi ślepiami. 
— Nie. Skończyłem pracę z Kropiatkową Łapą. Nie chce jej aż tak męczyć, ale jeśli potrzebujesz łapy, to mogę ci ją podać — powiedział nonszalancko. Rozejrzał się. Miejsca, gdzie powinny rosnąć zioła, były delikatnie pozaznaczane pazurem, ale dalej ziemia była zbita i twarda, zwłaszcza przez pogodę. — To chyba nie jest zbyt męczące co? Mogę rozkopać ziemie. Nie jest bardzo wilgotna, więc raczej łatwo się ją zmyję... Możesz mi też dać trochę tych nasionek, jeśli myślisz, że źle coś pomiętolę. Chyba że jest w tym więcej filozofii, niż mi się wydaję, ale skoro nawet ty dajesz sobie z tym radę, to z czym ja miałbym mieć problem — zażartował, uderzając brata lekko ogonem w bark. Nie czekając na instrukcje, faktycznie podszedł to ziemi i zaczął przebierać łapami, spulchniając ją i rozgrzebując.

<Lulosław?>

Event KN: Umocnienie żłobka twardszymi gałęziami, trzcinami i patykami, Zasadzenie wraz z ogrodnikami roślin wokół źródełka

14 lipca 2025

Od Lulkowej Łapy CD. Żmijowcowej Łapy

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Słońce świeciło, nieskrywane przez rzadkie, niemal nieobecne obłoki. Chociaż nie było tak parno, jak przez kilka ostatnich wschodów, gorąc i tak dawał się we znaki klanowym kotom, zwłaszcza tym długofutrym — do których, rzecz jasna, Lulek się zaliczał. W dni takie jak ten był jeszcze bardziej wdzięczny za rolę, która przypadła mu w klanie — nie chciał nawet myśleć, jak wyczerpani musieli być inni uczniowie po nieustannym wysiłku fizycznym od jutrzenki aż do wieczora. Sam niezbyt odczuwał zmęczenie związane ze swoimi treningami, ba, wręcz przeciwnie, z lekcji na lekcję starał się coraz bardziej podekscytowany. Na początku ogrom wiedzy, którą musiał przyswoić, wydawał się przytłaczający — im więcej się jednak uczył, tym odkrywał w sobie coraz większą pasję i entuzjazm względem tego tematu. Po kolejnej wizycie w legowisku medyków, składającej się głównie z wyciągania kolców z łap nieuważnych współklanowiczów i odkażaniu drobnych skaleczeń, usiadł zadowolony u jego wejścia. Porozmawiał jeszcze przez chwilę z Pierzastą Kołysanką, po czym, czując irytujące bulgotanie w brzuchu, pożegnał się z nauczycielką i podreptał w stronę stosu ze zwierzyną. Złapał w zęby pierwszą lepszą piszczkę i skierował się w stronę bardziej ustronnego zakątka obozu. Zaczął ją powoli jeść, przy okazji w myślach samodzielnie sprawdzając i porządkując nowo zdobyte informacje, chcąc jak najszybciej wszystko zapamiętać. Z tych rozmyślań wyrwał go znajomy głos.
 — Lulku! — zawołał Żmijowiec. Uczeń ogrodniczki zastrzygł uszami, zdziwiony tym dźwiękiem. Odwrócił się w kierunku, z którego dobiegał i skrzyżował spojrzenia z bratem. Drugi jedynie kiwnął głową, jakby przywołując go do siebie, a więc biało-czarny podniósł się i potuptał w jego stronę.
— Hm? Hej Żmijowcu, jak trening? Co robiłeś? — zapytał zainteresowany postępami kocura. Dawno nie mieli już sposobności porozmawiać.
 — To nieważne! — Poczuł nagle kły pręgowanego na karku. Żmijowcowa Łapa złapał lulkową kryzę i szarpnął nim silnie, ustawiając go tak, by patrzył wprost na leżący na glebie posiłek.
— Spójrz! Widzisz to?!
— N-no... Ryba! — odpowiedział, nie mając pojęcia, co wstąpiło w jego towarzysza. Czyżby najadł się jakichś dziwnych, pobudzających jagód?...
 — Fałsz! Zbliż się do niej! — Szarpnął nim ponownie, zmniejszając jeszcze bardziej odległość między czarnym pyszczkiem Lulkowej Łapy, a jego niedoszłym obiadem. — Widzisz? Co to jest! Hańba! Lulku, posłuchaj mnie uważnie, dobrze? To jest sabotaż... To wszystko; mój trening, moja mentorka... A teraz i to... Ktoś chce mnie wykończyć, i ty — Pazurem dotknął jego piersi — Musisz mi pomóc.
Lulkowa Łapa przez chwilę tępo wpatrywał się brata, po czym znów przeniósł wzrok na toczoną przez czerwie ofiarę. Bezceremonialnie — w akompaniamencie zdegustowanego jęku Żmijowca — wsadził łapę do jej wnętrza, rozszerzając istniejący wcześniej otwór i oglądając wijące się wewnątrz larwy. Wyciągnął jedną z nich na trawę i uważnie się jej przyjrzał, ostatecznie kiwając głową w tylko sobie znanym celu.
— To tylko muchy — stwierdził znudzonym tonem. Liczył na coś ciekawszego…
— Tylko — pręgowany uczeń prychnął donośnie — Tylko! Czy ty nie widzisz? Ktoś robi to celowo! Chce się mnie pozbyć! Wygryźć mnie! Mnie, twojego brata! To jedynie ostrzeżenie, Lulku! Czuję to.
Ogrodnik westchnął cicho. Był już przyzwyczajony do nadmiernego dramatyzmu drugiego, ale tym razem… może rzeczywiście coś w tym było? W końcu na stosie zwierzyny zazwyczaj nic nie leżało na tyle długo, aby się zepsuć. Rozważał to przez chwilę, ignorując pełne obrzydzenia narzekania Żmijowca, aż w końcu wpadł na pewien pomysł.
 — Może to… znak? No wiesz… Nie to, żebym w to wierzył, ale inni Nocniacy raczej tak. A z tym może pomóc Różana Woń. Ona się zajmuje takimi rzeczami — zaproponował, przechylając łebek na bok i delikatnie machając ogonem. Żmijowcowa Łapa na chwilę zamilkł, po czym mruknął cicho, zgadzając się na tę ofertę.
— Nie jesteś wcale taki bezużyteczny. Chodźmy! — odparł, nieco mniej skwaszony niż zwykle. Biorąc pod uwagę jego standardy, bycie określonym jako ‘’wcale nie taki bezużyteczny’’ brzmiało to prawie jak komplement! Lulek podniósł się na cztery łapy i skierował się ponownie do legowiska medyczek, chcąc jak najszybciej mieć tę sprawę za sobą i spokojnie usiąść do jedzenia — został jednak zatrzymany przez ciche, acz znaczące chrząknięcie, a następnie pociągnięcie za ogon. Odwrócił się, obdarzając kocura pytającym spojrzeniem.
— Hmpf… Ty lubisz te ohydne robale, a ja tego… urągającego swoim wyglądem paskudztwa nie wezmę do pyska — rzekł terminator, krzywiąc się na samą myśl. Drugi kot westchnął, wywracając oczyma i zabrał zarobaczoną zwierzynę ze sobą, dając bratu pospieszającego kuksańca barkiem.
< Żmijowcu? >
[słowa: 694]

[przyznano 14%]

07 lipca 2025

Od Żmijowcowej Łapy Do Lulkowej Łapy

Mianowanie

Godne pożałowania...
Wszystko to, dotyczące treningów, zapewne było wynikiem... Spisku. Tak. To musiało być coś śliskiego, coś niecnego i głęboko przemyślanego. Bo dlaczego ON, Żmijowiec, ma mieć to... Szczudłowate, trzęsące się coś za mentora. Podczas mianowania, kiedy wyglądał tak dostojnie, tak... Elegancko i dumnie, kiedy miała rozpocząć się jego droga do światłości, droga na sam szczyt... Kiedy jego rodzeństwo dostało poważnych, jakkolwiek prezentujących się wojowników (prócz Lulka; on postanowił spędzić większość swojego życia kopiąc w błocie), on... On został powitany przez coś pomiędzy brzozą a pałką wodną... Owe coś oczywiście przedstawiło mu się swoim prawdziwym imieniem, ale terminator doszedł do wniosku, że nie pasuję ono kompletnie, więc sam znajdzie odpowiednio brzmiące miano dla wojowniczki. 
Zazdrość gromadziła się w nim po cichu. Nie miał zamiaru pokazywać słabości, nie chciał dawać rodzeństwu swoistej satysfakcji, że to, co spotkało go, a co spotkało ich, doprowadziło go do takich skrajnych, nieeleganckich emocji. Pamiętał, że po dotknięciu nosa szczudłowatego stworzenia, usiadł po cichu, owinął łapy ogonem, a głowę trzymał prosto; wiedział, że matka patrzy. Obserwował, obserwował tych, którzy mieli trzymać piecze nad resztą. Rysi Bór wyglądał tak... Dostojnie, potężnie — niczym prawdziwy wojownik. Jego blizna była jak znak, jak znak, że jest godny swojego miana. A te piekące oczy, ten jaskrawy wzrok! Pfu! Widział, jaki wyraz pyszczka miała Wężynka — oh, jaka ona była skwaszona! Fakt, Dryfująca Bulwa wyglądał, jakby już był cały brudny, chociaż jego futerko lśniło od śliny. Jego pedantyczna siostra będzie musiała przejść przez piekło, już to wiedział. Ale jego postura była jeszcze bardziej imponująca. Ta szeroka klatka piersiowa, te mocne niczym kłody łapy... Tylko ten pysk! Taki... Miły i delikatny, ciepły i serdeczny! Wojownik takiej postury powinien wyglądać jak wyciosany z kamienia, stoicki, wyniosły... Abominacja... 
Nawet Perlista Łza - nowa mentorka Rosiczki prezentowała się lepiej! Wyglądała tak, jak powinna wyglądać kotka. Była drobna, delikatna, całkiem ładna... A nie jak to, co siedzi obok niego! Duże i chude... Połamie się przy pierwszym podmuchu wiatru, który zafarbuje korony na pomarańcz i brąz. I pewnie wtedy jeszcze powiedzą, że to jego wina! Bo wszyscy go sabotują. Dali mu najgorsze mentora, a on przecież jest najlepszy. Nawet jeśli chcieli tylko wyrównać szansy to, czemu nie próbują przycisnąć reszty, tylko wyżywają się na nim? 
O Lulku nawet nie chciał wspominać - spisał brata na straty, kiedy ten powiedział mu raz, że znalazł robaka, który wyglądał jak on. 
Nie wyglądał. Był brzydki, był wijący się i oblepił się cały ziemią, a kiedy czarnobiały chciał go przysunąć, skurczył się, a następnie zwinął w obślizgłą kulę. Tego dnia nie odzywał się już do brata, a kiedy ten spał, wsypał mu piać, który naniósł się w żłobku, do ucha. 
A teraz marnuję on resztki swojego potencjału, który pochodził nie tyle od niego samego, a od krwi, która w nim krąży, którą dzielił z nimi wszystkimi. Zaprzepaści wszystko, co poświęciła im matka, aby zostać ogrodnikiem. Aby grzebać w ziemi, wyciągać robale, chwasty. 
Zaprawdę godne pożałowania...

* * *
Teraźniejszość

Treningi były nudne. Dłużyły się niemiłosiernie. Cisza dźwięczała Żmijowcowej Łapie w uszach; błagał w sercu, aby już wrócić do gwarnego obozu, ale kiedy do tego dochodziło, zaczynała bolec go głowa. Wzlatująca Uszatka, chociaż wciąż nie zyskała w oczach kocurka, okazała się nie być taką fajtłapą, taką rzuconą na wiatr wicią, która nie jest zdolna do samodzielności, do wypełniania swoich obowiązków. Nie mówili niemal nic. Jedynie pierwszy trening, gdzie musiała wytłumaczyć mu, czym zajmują się wojownicy, zapoznać go z kodeksem, przeprowadzić po terenach, musiała w jakiś sposób przeboleć. Chociaż widział, jak z każdym słowem, każdym niepotrzebny, oczywistym dla niej zdaniem, krzywi się nieznacznie, wpatrując się głęboko w pysk Żmijowca. Po nim... Zapadła niemal grobowa cisza. 
Rutyna była niezmienna. Wstawał wcześnie; Uszatka była niemożliwie punktualna, irytująco dokładna i oddana swoim zadaniom. Z pyskiem pełnym wyszukanych obelg wychodził, tylko żeby zostać powitany skinieniem pyska; bez słów, bez niepotrzebnego marnowania śliny. Wychodzili. Przez całą drogę dowiadywał się tylko, gdzie idą i co będą robić. Potem zapadała cisza, której Żmijowiec nie chciał specjalnie mącić; i tak nie miał nic do powiedzenia tej chodzącej brzozie. Docierali, ona tłumaczyła najbardziej zwięźle, jak tylko mogła i uczeń reszty musiał się domyśleć, wyczytując z mimikry wojowniczki, czy dany element wykonał dobrze, czy jest coś do poprawy. Nie dopytywał. Prowadzili cichą wojnę. Wojowniczka chciała, aby terminator wiedział, o co jej chodzi bez zbędnych słów. Za to Żmijowcowa Łapa chciał nieulegle zmusić ją do zmiany zachowania, do doprecyzowania. Często specjalnie robił coś źle. Często wielokrotnie ignorując krzywiący się pysk, mrużące ślepia, zmarszczony nos. Wszystko, żeby zirytować i sprowokować nauczycielkę do werbalnej komunikacji. Wracał zmęczony, ale zadowolony, zwłaszcza kiedy Wzlatująca Uszatka była widocznie podirytowana, kiedy wymachiwała swoim chudym ogonem we wszystkie strony, uderzając co jakiś czas o posadzkę. To był najlepsza nagroda. 
Dzisiejszy trening nie odbiegał niczym od poprzednich, i zapewne nie zapowiadał zmiany co do następnych.  Wojowniczka od razu skierowała się do legowiska, nie spoglądając nawet na stos ze zwierzyną. Żmijowiec za to nie miał zamiaru opuścić posiłku. Jego mentorka była zwolenniczką głodzenia swojego ucznia, co niesamowicie irytowało kocurka. Był pewien, że burczenie w jego brzuchu wystraszy wszystkie myszy, że woda niesie je daleko z prądem, informując ryby, że ktoś na nie czyha. Skierował się powoli, bez pośpiechu w stronę pieńka. Co prawda zaczynali zwykle bardzo wcześnie, ale za to wracali jako jedni z pierwszych. Nie widział nigdzie Tojadu, nie słyszał Wężynki, nie czuł Rosiczki... Matka również nie wróciła jeszcze. 
"Co za pech... Czemu akurat ja..." — jęknął w głowie, krzywiąc się jednak widocznie. Zabrał średniej wielkości rybkę, a następnie usiadł, ciesząc się miłym cieniem. Chociaż dzień nie był niesamowicie gorący, jego gęste futro sprawiało, że nawet najmniejszy promień grzał niemiłosiernie. Żaląc się nad swoim losem, wziął drobny kęs. Od razu poczuł, że coś jest nie tak. Spojrzał zaalarmowany w dół i momentalnie wypluł kawałek rybiego mięsa. 
Larwy... 
Zakaszlał dramatycznie, próbując powstrzymać się od zwrócenia czegokolwiek, co miał w żołądku. Dreszcz przeszedł mu po grzbiecie. 
"Czemu ja..." — powtórzył ponownie i zrezygnowany odsunął z obrzydzeniem niejadalne paskudztwo..
Coś zamigało my w kąciku oka. Lulkowa Łapa. Tak. Jeśli ktoś ma się ucieszyć, jeśli ktoś ma mieć pożytek z tego... Czegoś, to właśnie on. 
— Lulku! — zawołał Żmijowiec, a brat zastrzygł uszami, może trochę zdziwiony tym niespodziewanym dźwiękiem. Skrzyżowali wzrok. Bury kiwnął głową, aby przywołać go do siebie. 
— Hm? Hej Żmijowcu, jak trening? Co robiłeś? — zainteresował się uczeń ogrodniczki. 
— To nieważne! — Złapał kryzę na jego karku i szarpnął nim, może trochę zbyt mocno, aby spojrzał na leżącą, skażoną zdobycz. — Spójrz! Widzisz to?!
— N-no... Ryba! — odpowiedział, nie do końca pewien, o co chodzi bratu. 
— Fałsz! Zbliż się do niej! — Szarpnął nim ponownie, zmniejszając jeszcze bardziej odległość między czarnym pyszczkiem Lulkowej Łapy, a jego niedoszłym posiłkiem. — Widzisz? Co to jest! Hańba! — warknął, ale nagle odsunął go od robali, które wiły się w mięsie, tak, aby patrzył mu prosto w oczy. Zbliżył się. — Lulku, posłuchaj mnie uważnie, dobrze? To jest sabotaż... To wszystko; mój trening, moja mentorka... A teraz i to... Ktoś chce mnie wykończyć, i ty — Pazurem dotknął jego piersi — Musisz mi pomóc. 

<Lulek?>
[1148 słów]

[przyznano 23%]