BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mżący Przelot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mżący Przelot. Pokaż wszystkie posty

14 marca 2026

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Jakiś czas temu…

Martwiła się. Księżyc, wiszący wysoko na niebie, swoją niepełną tarczą zapewniał ją, że przyszła dobrego dnia. O dobrej porze. Jednak na plaży nie widziała żadnej innej duszy; ani śladu jej ulubionej medyczki.
Wolnym krokiem ruszyła wzdłuż brzegu, wpatrując się w zasnute mgłą klify. Czy Ciemka zapomniała? Nie, to nie w jej stylu. Może… Może była zajęta. Jej bródka zadrżała. Wiedziała, że nie powinna się tym tak przejmować; klifiaczka była dorosłą, pracowitą kocicą. Może obowiązki zatrzymały ją w obozie. Może była zbyt zmęczona – Mżawka nie chciałaby przecież, aby ta traciła cenne godziny snu, by z nią plotkować… Powinna stawiać siebie na pierwszym miejscu. Jednak jej myśli odruchowo wracały do momentu, gdy po wielu księżycach rozłąki Ciemka ukazała jej się z bladymi ślipkami i o jeden zmysł w plecy.

Na granicę wracała regularnie. Na tyle, na ile mogła – od momentu afery z Szałwiowym Sercem wszyscy byli bardziej uważni. Po cichu zastanawiała się, czy w Klanie Klifu kochankę księcia również spotkał podobny los. Czy to dlatego Ciemka unikała spotkań? Nie chciała ściągać na nie żadnych podejrzeń? Nie, żeby łączyło je cokolwiek więcej niż przyjaźń, ale… Każdy mógłby paść ofiarą plotek. Nie chciałaby tego dla niej.
Gdy zobaczyła ją w kręgu medyków na jednym ze zgromadzeń, czuła, jakby kamień spadł jej z serca. Wszystko musiało być dobrze. Żadnych kłopotów, żadnych uszczerbków na zdrowiu zamaskowanych jako "dar od przodków"… Nadal była sceptyczna co do tego, czy utrata wzroku mogła być czymś dobrym.
Cieszyła się, ale nie odważyła postawić łapy bliżej przyjaciółki. Czy powinna? Czy Ciemka chciała by ją teraz zobaczyć? Przysiadła na chłodnej skale, wpatrując się w nią z oddali. Wargi same wywinęły się jej w podkówkę, gdy patrzyła, jak inni medycy coś do niej mówią. Zazdrość, ale i smutek kuły ją w gardło; po paru uderzeniach serca odwróciła pysk. Nie… Nie powinna się tak czuć. Ciemka na pewno miała dobry powód, aby trzymać się na dystans. Ciemka na pewno tym się tak nie przejmowała. Nie powinna histeryzować.

***

Słońce piekło ją w grzbiet, nie dając ani chwili wytchnienia. Żwawym krokiem prowadziła patrol wzdłuż plaży, za nią Morszczynowa Łapa oraz Rosiczkowa Kropla z własnym uczniem.
Poranki były jeszcze znośne. Właśnie dlatego zgłosiła się na pierwszy patrol; mogłaby uniknąć ciągania Morszczyna po lesie w okolicach południa i ukryć się przez falą gorąca. Treningi z nowym podopiecznym nie były złe, ale nie miała ochoty się przemęczać. Całkiem lubiła kocurka. Trochę z niego gbur, i chęci do współpracy za wiele w sobie nie miał… Ale przynajmniej miała co robić.
Dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Do momentu, w którym na piasku, w oddali, zaczął odznaczać się jakiś ciemny kształt. Zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie skały w tamtym miejscu. Jednak z każdym krokiem plama przestawała przypominać kamień, tylko bardziej… Kocią sylwetkę. Przemokniętą, z ciężkim futrem i ranami na grzbiecie.
Słowa utknęły jej w gardle. Srebrzysta barwa sierści była okropnie znajoma; podobnie jak odchylony do tyłu łaciaty pysk z parą bladych ślipi. Policzek kotki, dokładniej Ćmiego Księżca, w połowie zatapiany był przez morskie fale.
Dopadła do ciała przyjaciółki szybciej, niż ktokolwiek zdążył pisnąć chociażby słowo. Drżące łapy trąciły poranione barki, a później zaczęły szarpać. Ciemka nie reagowała. Od jej ciała bił nienaturalny chłód, a z futra woda ściekała strużkami. Z pyska Mżawki wydarł się cichy jęk. To musiał być sen. Nosem popchnęła głowę medyczki, jednak ta jedynie wcisnęła srebrzysty policzek głębiej w piasek. Jej niewidzące – już na stałe – oczy straciły blask.
— Może- Może ja pójdę po Mandarynkową Gwiazdę — dotarł do niej niewyraźny głos Rosiczkowej Kropli.
Nie, nie. Po co wołać Mandarynkę? Nie mogła jej tu znaleźć. Nie mogła znaleźć tutaj Ciemki; spojrzałaby na nie surowym wzrokiem i zakazała medyczce się z nią spotykać. Wystarczyłoby poczekać, aż srebrna obudzi się, i- I poczuje się lepiej, i wtedy Mżawka odprowadzi ją na granicę, i wszyscy będą mogli o tym zapomnieć-
Wcisnęła pysk w futro na szyi przyjaciółki. Na plaży można było usłyszeć jej niewyraźne, bezsensowne zawodzenie, w połowie zagłuszane przez morskie fale, i niewiele poza tym.

***

Jej głowa spoczywała na skale, niczym ociężała. Oczy, zwrócone ku niebu, nieobecnym wzrokiem wodziły za słońcem i plamami, które pozostawiało po sobie za jej powiekami.
Nikt nie zadawał jej pytań; może Mandarynka czekała, aż przestanie histeryzować. Nie pytała, czemu jej pysk mokry był od łez, a nos zasmarkany. Czemu kurczowo trzymała się ciała klifiaczki i nie chciała dać go sobie odebrać i zakopać, aby nie gniło na słońcu. Sama nie wiedziała, co mogłaby jej wtedy odpowiedzieć. To wszystko nadal wydawało się jej takie nierealne.
Myśli zlewały się jej w jeden strumień, jak gdyby rozpuszczane przez gorąc, płynąc zgrabnie jedna za drugą. Czy mogło by się to potoczyć jakoś inaczej? Czy mogłaby znaleźć ciało jakiegokolwiek innego kota, tylko nie jej drogiej Ciemki? Nie była pewna, ile leżała tak na plaży. Na ich ulubionej skale, pod promieniami słońca, które już teraz boleśnie parzyło jej skórę. Czy gdyby postarała się bardziej, gdyby była bardziej natrętna i podeszła do niej na zgromadzeniu, Ciemka uważała by bardziej i nie przytrafiło by jej się- Nawet nie chciała myśleć o tym, co jej się przytrafiło. Nie chciała wiedzieć. Ciemka powinna być w swoim obozie, zajmować się swoimi chorymi. Nie w otoczeniu nieznajomych, podczas gdy ona uciekała jak tchórz.
Całe ciało Mżawki było tak ciężkie. Nie poruszała się nawet o długość wąsa, mając wrażenie, że jej łapy zamieniają się jednocześnie w giętkie trzciny, jak i garście rzecznego mułu. Mimo pustego żołądka czuła się, jak gdyby miała zwrócić swoje nieistniejące śniadanie.
Ciemka była młoda, młodsza od niej. W Klanie Klifu miała swoją rodzinę, o której opowiadała, gdy nie miała ochoty dzielić się historiami o pacjentach. Czy wiedzieli, co się z nią stało? Czy też za nią płakali?
Plamki światła przed jej ślepiami przybierały różne kształty, przyprawiając ją o zawroty głowy. Szum morza zaczynał brzmieć jak znajome szepty. Odchyliła głowę do tyłu. Jej świadomość powoli zaczynała gdzieś odpływać; palce u łap mrowiły jej nieprzyjemnie, a myśli ucichły, ich zawiłość rozpłynęła się do jednego, dobrze znanego już wszystkim imienia.

12 listopada 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

*dawno*

To nie były słowa, których spodziewała się usłyszeć z pyska przyjaciółki. Duch? Spojrzała na kotkę z szeroko otwartymi oczyma. Zawsze wiedziała, że medycy mieli jakieś… Powiązania, ale nigdy by nie pomyślała, że coś takiego było możliwe.
— Duch? — wydusiła, unosząc brwi. — Tutaj? Teraz?
Rozejrzała się po ciemniejącej plaży. Nie dojrzała jednak niczego dziwnego, nie usłyszała żadnego dźwięku, który mógłby wskazywać na obecność kogokolwiek.
— Ciemko… Jeszcze raz. I powoli.
Młodsza skuliła się nieco.
— Mam ducha — powtórzyła. Jej wąsiki zadrżały. — On mówi, że… Że był z twojego klanu. I później już nie. I, i- I teraz tu jest. Przyleciał ze mną.
Zamrugała. Jednen raz, potem drugi. Ale sytuacja nie stała się ani odrobiny bardziej zrozumiała. Chociaż… Czy w ogóle byłaby w stanie coś takiego zrozumieć? Takie coś chyba przechodziło zakres jej kompetencji. Zastrzygła uszyma. Może… Może powinna po prostu uwierzyć Ciemce na słowo.
Odgarnęła warstwę śniegu ogonem i przysiadła na plaży, delikatnie dotykając barku kotki, sygnalizując, aby zrobiła to samo.
— Dobrze… — westchnęła w końcu. Nieobecne oczy medyczki zwróciły się w jej kierunku. — Cóż. Rozumiem, że… Mówisz mi to, abym ci pomogła? Czy mam po prostu posłuchać.
Głupie pytanie. Wiedziała, że medyczka sama nie przyzna się do potrzebowania żadnej z tych opcji. Położyła po sobie ucho i przysunęła się nieco bliżej.
— Wiesz, jak się nazywa? — spróbowała. — Może go znałam?
Ciemka przełknęła nerwowo ślinę. Myśli Mżawki zaczęły umykać w stronę całej grupy kotów, które kiedyś znała. Co by zdobiła, gdyby z pyska przyjaciółki padło imię Syreniego Lamentu? Lub, co gorsza, Nimfiego Zwierciadła? Jak miałaby zareagować?
— Piórolotkowy… Trzepot.
Mimowolnie odetchnęła z ulgą. Miano, pomimo bycia znajomym, nie było jej bliskie… Zamyśliła się na moment.
— Znałam go — miauknęła. — Nie osobiście, nie wydaje mi się, żebyśmy rozmawiali więcej niż parę razy na patrolach… Z tego, co pamiętam, uciekł z klanu — mina jej nieco zrzedła, a spojrzenie stało się nieco przepraszające. — To zostało nam przekazane. Podobno nie zachowywał się zbyt stabilnie w swoich ostatnich dniach u nas.
Dziwnie było tak… Mówić o kimś, wiedząc, że ten ktoś to słyszy. Dreszcz przebiegł po jej grzbiecie. Ciemka nie odezwała się; wojowniczka dotknęła jej policzka nosem, po czym oparła brodę na czubku jej głowy.
— Chciałabym ci pomóc, ale nie jestem pewna, jak. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, jak możesz się spodziewać — kontynuowała. — Mogę spróbować, ale… To ty znasz się na tym lepiej. Jeśli chcesz, powiedz Piórolotkowi, aby… Aby zostawił nas na moment, i możemy porozmawiać. Coś cię trapi, więc trzeba temu zaradzić.

*teraźniejszość*

Położyła głowę na łapach. Zimno szczypało ją w nos i uszy, ale ciepłe futerko Ćmiego Księżyca przylegało ciasno do jej boku.
Miała wrażenie, że widywały się rzadziej. Może taka była kolej rzeczy? Może z czasem koty stawały się coraz bardziej zajęte? Wiedziała o bitwie z Klanem Wilka, wiedziała co nieco o tym, że młodsza była teraz główną, i za razem jedyną medyczką w legowisku (choć nie znała okoliczności, w jakich taką funkcję przejęła). Ona sama Ciemce opowiadała o powodzi, o odbudowie obozu… Jednak, nawet na zgromadzeniach nie rozmawiały już tak dużo; poczęła być na nie wybierana rzadziej niż kiedyś, jej miejsce zajęte przez kolejne, młodsze koty.
Nie oznaczało to jednak, że się od siebie oddaliły. Ciemka nadal miała miano jej przyjaciółki – tej, z którą znajomość była najszczersza. Miała w klanie inne koleżanki, inne przyjaciółki, ale nawet po tylu księżycach relacje te nie rozwinęły się na takim poziomie, jak ta z jej najdroższą medyczką.
Zastrzygła uchem, leniwie wodząc wzrokiem po nocnym niebie.
— Jedna z moich przyjaciółek została liderką — miauknęła cicho. Lubiła opowiadać młodszej o przeróżnych rzeczach; w zasadzie, to po prostu lubiła mówić. — Jestem z niej dumna. Zapracowała sobie na tą rolę… Teraz, poniekąd, jesteśmy rodziną. Tak się składa, że zostałam babcią — delikatny uśmiech wstąpił na jej pysk. — Moje przybrane dziecko dorobiło się własnego synka, właśnie z jej córką. Odwiedziłam ich ostatnio w żłobku. Ja… Jeju, dopiero co oboje byli uczniami. Czuję się staro.


<psiapsi?>

01 listopada 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Samowolnej Łapy (Mewiego Puchu)

Takich słów się nie spodziewała. Zamrugała, zaskoczona spoglądając na syna.
Nadal nie czuła się dobra w to całe rodzicielstwo. Odchowała Ikrę i Kijankę, a później samego Mewę. Wytrenowała dwójkę uczniów. Jednak nadal nie była pewna, czy wszystko zrobiła dobrze. Nie chciała mówić, że jej przybrany syn był… Problematycznym dzieckiem. Wolała myśleć, że jest po prostu bardzo emocjonalny, tak jak ona – i stąd tyle konfliktów pomiędzy nimi.
Zamilkła na moment, odbiegając myślami w przeszłość. Czy naprawdę była najlepszą osobą do odpowiadania na takie pytania?
— A chciałbyś? — zapytała w końcu, spoglądając na niego kątem oka.
Cisza. Skupiła się na bawiących ze sobą pociechach Biedronkowego Pola. Jej wąsy zadrżały. Lubiła kocięta; do momentu, w którym nie musiała się nimi opiekować.
— Nie wiem.
Pokiwała głową. Czuła na sobie wzrok Mewy, jednak nie odwróciła się w jego stronę. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby mu powiedzieć. Sama nie wiedziała, czy chciałaby jeszcze kiedyś powtórzyć przygodę z rodzicielstwem; nie wiedziała, czy kiedykolwiek chciała doświadczyć jej nawet ten pierwszy raz.
Usłyszała, jak łapy uczniaka stąpają nieskoordynowanie po ziemi. Chwilę później jego łaciata łepetynka otarła się o jej bark, a skołtunione futerko przycisnęło się do jej boku. Oparła policzek o czubek jego głowy.
— Ty też byłeś uroczy, gdy byłeś mały. Nawet bardziej niż one.

***

Pochyliła głowę, upuszczając złapaną wcześniej rybę na ziemię. Przez szpary pomiędzy liśćmi do żłobka wpadały pojedyncze promienie słońca, tworząc jasne plamy na jego ścianach.
Spoglądała na jej syna. Jej syna, który spoglądał na własnego syna. Wydawało się jej to bardzo dziwne. Nie myślała, że kiedykolwiek zostanie babcią – tym bardziej królewskiego dziecka. Zwróciła spojrzenie na zajmującą jedno z legowisk Czychającą Murenę, ciasno owijającą ogonem ich dziecko. Klekotek, tak go nazwali. Przekręciła głowę nieco w bok, wzdychając. Relacja księżniczki i Mewy ją zaskoczyła. Nigdy nie wiedziała, że byli ze sobą blisko. Czemu wojownik jej o tym nie powiedział? Nie ufał jej? Czy może bał się?
Jej wąsy opadły nieco. Cóż, już nic z tym nie zrobi. Może się cieszyć jego szczęściem. Mewa odwrócił się, zanotowawszy jej obecność. Uśmiechnął się szeroko. Być może będzie on lepszym rodzicem, pomyślała, niż ja.

Koniec sesji, miej się dobrze moje ulubione dziecko <3

12 sierpnia 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Niezapominajki

Wychodząc rano z obozu nie zakładała, że wracać do niego będzie z nowym członkiem ich klanu.
Czarne futerko kociaka widoczne było już z daleka, kontrastując z wyblakłą, mokrą trawą. Wraz z resztą przyśpieszyła kroku, prędko mijając kolorową łąkę i zbliżając się do brzegu. Ona pierwsza, za nią Baśniowa Stokrotka i Świteziankowe Jezioro.
Pierwsze co poczuła, to odór dziczych odchodów. Później zobaczyła umorusaną mordkę, z parą ogromnych uszu, i zamkniętymi oczyma. Ostrożnie podeszła bliżej, węsząc w powietrzu; nie umiała jednak rozpoznać, czy koteczka pochodzi z Klanu Burzy bądź Klifu, na granicach których się znalazła.
— Śpi? — zapytała cicho starsza wojowniczka, marszcząc nos.
— Chyba — odmruknęła. — Albo jest... Nieprzytomna. Może coś się tu stało?
Stokrotka przystanęła obok niebieskiej, pochylając się nieco nad znajdką.
— Przez ten smród trudno powiedzieć, czy należy do któregoś z klanów.
Uderzyła lekko ogonem w bok przyjaciółki, widząc jej krzywą minę. Kątem oka spojrzała na Świteziankę, ale ta siedziała cicho, z głową zwróconą w inna stronę.
— Celowo się chyba nie ubrudziła — westchnęła. — Chodź, trzeba ją ze sobą zabrać.
Zrobiła jeszcze jednen krok do przodu i pochyliła pysk nad koteczką. Starając się ignorować kłujący w oczy zapach, szturchnęła ją lekko nosem, licząc, że ta się obudzi.
Po paru próbach zielonkawe oczy zaczęły się otwierać; wyglądała na zdezorientowaną, ale zbyt rozkojarzoną, aby się bać. Może i lepiej. Położyła głowę na trawie, patrząc uważnie na znajdkę.
— Cześć — zaczęła cicho. Wąsy czarnej zadrżały. — Zgubiłaś się? 
Spojrzenie koteczki wędrowało z boku na bok. Nie była pewna, że ta ją w ogóle rozumie. Westchnęła cicho i podniosła się z ziemi. Modląc się, aby młodsza nie wystraszyła się i nie zaczęła wierzgać, chwyciła ją za kark i podniosła do góry. Spojrzała przelotnie na Stokrotkę, dając jej ogonem znak, że czas wracać. Kremowa nie czekała, ruszając pierwsza; zapewne z zamiarem poinformowania innych o znajdce. Ona wraz ze Świtezianką pozostała w tyle. 
Najmłodsza nie protestowała, gdy rozpoczęły wędrówkę. Rozglądała się dookoła, jednak jej wzrok zawsze powracał w jednym kierunku; w stronę zatoczki, która tworzyła się między terenami klanów. Z jej pyszczka wyrwał się zaskoczony, nawet nieco podekscytowany odgłos, gdy zbliżyły się do wody otaczającej obóz nocniaków; widziała, jak nawet Świtezianka zwraca spojrzenie w jej stronę. Niebieska powoli zanurzyła się w wodzie, licząc, że w ten sposób zmyje także brud z sierści koteczki. Ta wpatrywała się jedynie w zmąconą taflę wody.
— Zabierzemy cię do naszej medyczki, aby zobaczyć, czy nic ci nie jest — wymamrotała, gdy wyszła na drugi brzeg. Widziała, że Stokrotka już na nią czeka; otrzepała ogon z wody i ruszyła do środka.

<Wnuczka?>

24 lipca 2025

Od Mżącego Przelotu

Nigdy nie spodziewałaby się, że spokojne popołudnie zamieni się w coś takiego.
Parę dużych, zimnych kropel deszczu spadło na grzbiet Mżawki. Podniosła spojrzenie na ciemne, kłębiące się na niebie chmury, przerywając czyszczenie sierści. Zanim zdążyła ponownie schylić głowę, coś trzasnęło i usłyszała czyiś wrzask. Obserwowała, jak Krabowe Paluszki stara się wyplątać z gałęzi sumaka, która na nią spadła, oderwana silnym wiatrem. Jej wąsy zadrżały. Cóż… Nigdy nie była wielka fanką szylkretki. Powróciła do wylizywania futra.
Rozległ się kolejny trzask, kolejny grzmot. Wiatr zadął w trzcinowe ściany obozu, wyginając je i tworząc dziury, przez które… Zaczęła wlewać się woda. Nim zdążyła zrozumieć, co się dzieje, fala zmiotła ją w bok i wepchnęła pod swoją taflę.
W jednej chwili siedziała sobie spokojnie, a w drugiej szarpał nią nurt wody. Odruchowo zaczęła poruszać łapami, kierując się w stronę najwyższego punktu obozu - sumaka, na którym znajdowała się mównica. Zakaszlała, gdy woda wdarła się jej do pyska. Podniosła głowę jeszcze wyżej, ponownie kierując się do celu. Może jej się poszczęści i nie zniesie jej poza obóz... Tak jak Wzlatującą Uszatkę, którą przed chwilą zmiotła dryfująca kłoda. Podniosła głowę ponad fale i wypluła kolejną porcję wody; widziała już parę uczepiających się sumaka kotów.
Jej łapa zahaczyła o jakąś gałąź. Straciła równowagę i jej głową zanurzyła się pod wodą. Szarpnęła się do góry i płynęła dalej, modląc się, że nic nie wpłynie jej w drogę. Mocno machała łapami, poruszając się coraz szybciej do przodu; jeszcze tylko trochę… Czuła, jak cierpną jej od wysiłku łapy. Widziała już wyraźnie gałęzie sumaka. Jeszcze tylko trochę, jeszcze parę ruchów łapami…
Wyszarpnęła się do przodu. Jej spojrzenie spoczęło na Żmijowcowej Łapie, którego na drzewo wciągał Szałwiowe Serce. Zdeterminowana podpłynęła w tamtym kierunku, także chcąc w końcu dostać się do góry. Z jego pomocą wdrapała się na gałąź. Rzuciła kocurowi szybkie podziękowanie, zanim wbiła pazury w drewno i schyliła się, starając się asystować tym, którzy dopiero do drzewa dopływali.
Wychyliła się z gałęzi, widząc dwa podpływające do nich kocie kształty… I wyciągając z wody Gabczastą Łapę. Szturchnęła stojącą obok Czyhającą Murenę, aby pomogła drugiej uczennicy, Rozpędzonej Łapie.
Kocica pochyliła się, łapiąc ją za luźną skórę na karku i zdecydowanym ruchem wciągnęła ją na gałąź, ostrożnie kładąc.
— Wszystko w porządku?
— Chyba tak.. Gąbczasta Łapa tu jest? — spytała młoda, rozglądając się w panice. Uspokoiła się dopiero, gdy jej spojrzenie spoczęło na siedzącej obok Mżawki medyczce.
Usłyszała gdzieś z boku zamieszanie, które przebijało się przez odgłosy burzy. Odwróciła się, chcąc zobaczyć, co tym razem się stało- Zaniemówiła, widząc powoli zatapiajace się ciało Bursztynowego Brzasku, barwiące wodę czerwienią. Po chwili bure futro mignęło jej w kąciku oka. Oderwała spojrzenie od Bursztyna, aby ujrzeć... Świteziankową Łapę, niesioną przez prąd wody.
Nie czekała długo, prędko biorąc głęboki oddech i wskakując do zmąconej krwią wody. Ruszyła w przeciwnym kierunku, w stronę uczennicy i złapała ją za kark, utrzymując jej pyszczek nad wodą. Odwróciła się z powrotem w stronę drzewa i zaczęła płynąć, ciągnąc Świteziankę ze sobą. Koteczka nie pisnęła ani słowa, jedynie trzęsąc się lekko. Brnęła dalej do przodu, dopływając bliżej... Ciężar ją spowalniał, ale dawała radę. Usilnie starała się ignorować dryfujące z boku ciało wojownika. Płynąc dalej, zauważyła wojowników wyławiających coś z wody. Usłyszała dobiegające z gałęzi zrozpaczone piski. Świtezianka także odwróciła główkę w tamtym kierunku, jakby wyrwana z transu… Wrzask Baśniowej Stokroki wybił ją z równowagi. Jej głowa momentalnie znalazła się pod wodą, a co za tym idzie, ta Świtezianki też. Młodsza zaczęła się szarpać; Mżawka zachłysnęła się słoną wodą, usilnie próbując wybić się na powierzchnię. Poczuła łapę uczennicy na swoim czole, gdy ta wyrywała się z jej objęć. Wyprawa ratunkowa zdecydowanie nie szła po jej myśli.
Szarpnęła się mocno. Jej głowa wynurzyła się z wody; wzięła głęboki oddech, po czym ponownie pochwyciła uczennicę za kark i skierowała się w stronę reszty. Prędko jej głowa ponownie znalazła się pod wodą. Gdzieś obok czuła, jak ktoś inny się mota; jeśli dobrze pamiętała, widziała szare futerko Kolcolistnego Kwiecia. Chwyciła mocniej Świteziankę i wybiła się na powierzchnię. Brnęła dalej, ciągnąc uczennicę ze sobą. Gałąź była już tak blisko, prawie w zasięgu łapy. Usłyszała trzask i odgłos... Spadającego kota, ale nie podniosła wzroku. Już dosięgała, już miała wyskakiwać z wody... Jednak Świteziankowa Łapa, zaskoczona krzykami z góry, zaczęła się szarpać. Znowu. Wyrwała się Mżawce i przypadkowo uderzyłą ją w nos, przez co wojowniczka zakrztusiła się wodą. Niezbyt zgrabnie spróbowała chwycić uczennicę ponownie. Jednak ta oddała jej tylko kopniakiem w czoło, i Mżawka w całej szarpaninie ponownie zanurzyła się między falami. Zachłysnęła się wodą, czując, jak nurt spycha ją w przeciwną stronę, podobnie jak Świteziankę. Poczuła, jak uczennica się o nią obija, szamocząc się pod wodą. Świetnie.
W końcu udało jej się wynurzyć głowę; chwyciła uczennicę za kark, mocno, i podpłynęła pod sumaka. Z wysiłkiem wspięła się na gałąź i padła na nią wraz z Świtezianką, nie za bardzo wiedząc, o co to całe zamieszanie obok. Wzięła głęboki oddech. Oparła głowę o korę i obserwowała, jak uczennica chwiejnie siada i wpatruje się w niebo. Dziwne.
Przymknęła oczy. Może… Może odpocznie na chwilę? Większość kotów już była na drzewie… Przez parę uderzeń serca nikt jej nie będzie potrzebował.

***

Z zamyślenia wyrwał ją głos Spienionej Gwiazdy. Zamrugała. Chyba zasnęła na dłużej niż krótką chwilę…
— Odpocznijmy, Mandarynkowe Pióro. Wybierz wojowników, którzy będą mieli stać na straży, a rano... Rano zastanowimy się nad tym, co robić dalej.
— Na straży staną Mżący Przelot, Baśniowa Stokrotka i Dryfująca Bulwa — poinformowała koty zastępczyni. Nie musiała nawet krzyczeć. Praktycznie całym klanem siedzieli na jednym drzewie.
Skinęła koleżance głową, podnosząc się i siadając. Po przeciwnej stronie drzewa zauważyła pozostałą dwójkę wybranych; wtulonych w siebie. Widziała, jak barki Stokrotki drżą i słyszała jej cichy szloch. Zrobiło się jej żal dwójki rodziców; odwróciła spojrzenie.
Przez resztę nocy obserwowała, jak poziom wody opada. Gdy słońce pojawiło się na niebie, inne koty zaczęły się przebudzać; usłyszała skierowane do niej słowa Czyhającej Mureny.
— Jak się czujesz? — zapytała cicho młodsza. — Poziom wody znacznie się obniżył... Odbudowa obozu trochę zajmie, ale straty materialne nie są aż tak duże — stwierdziła cicho, nieco drżącym głosem.
— Na tyle dobrze, na ile pozwalały sytuacja — odpowiedziała, tłumiąc ziewnięcie. — Masz rację. Im... Szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy.
Podążając za innymi, zeskoczyła z gałęzi z cichym chlupotem. Obejrzała się jeszcze na Murenę, posyłając jej pokrzepiająco uśmiech, zanim ruszyła w kierunku legowiska uczniów.
Zbliżyła się do skalnej półki, obwąchując ją uważnie. Miała nadzieję, że gałęzie opierające się na niej nie runą w dół.
Po zadecydowaniu, że dach legowiska się nad nią nie zawali, zajrzała do środka. Jej łapy grzęzły w błotnym podłożu; wszystko dookoła było przemoczone, a posłania nie przypominały już kształtem... Niczego. Jej spojrzenie przykuła dziura na tyle legowiska. Przejście, z którego nigdy nie miała okazji skorzystać zostało odsłonięte, gałęzie rozchylone. Zbliżyła się tam, ostrożnie obwąchując gałęzie i sprawdzając, czy do legowiska nie wpłynęło wraz z falami nic niebezpiecznego.
Jej spojrzenie przeniosło się na trzcinową ścianę, na której kiedyś wisiały różne skarby uczniów; teraz stała pusta, łodygi przemoczone i poodginane na różne strony. Westchnęła cicho i opuściła legowisko, przeciskając się przez ukryte przejście. Okrążyła legowisko, podchodząc od zewnątrz do tunelu prowadzącego do obozu, oglądając go uważnie. Trąciła łapą gałązki, które zaplątały się o trzciny i inną roślinność. Wśród drewienek błysnęło coś czerwonego. Była to ususzona, cenna biedronka o rzadkim ułożeniu kropek, należąca do Borówkowej Łapy. Delikatnie uniosła... Skarb uczennicy na poduszce łapy. Nie do końca pamiętała, skąd wie, co to jest; może Mewa kiedyś jej powiedział, że jego koleżanka ma przyjaciółkę biedronkę?
Pokuśtykała na trzech łapach, wzrokiem szukając matki Borówki. Skoro już znalazła, to odda.
Podeszła do Porywistego Sztormu; wojowniczka brodziła w wodzie tuż obok pnia.
— Przepraszam — zwróciła uwagę szylkretki. — Ty chyba należy do twojej córki?
Wystawiła łapę do przodu, ukazując wojowniczce znalezisko.
— Och, tak! — wykrzyknęła młodsza, radośnie przejmując podarek. — Dziękuję Ci bardzo... Klanie Gwiazdy, przynajmniej ten skrawek normalności się zachował. Proszę, weź to w ramach podziękowania. Nie jestem pewna... Co to dokładnie jest, ale myślę, że ci się spodoba!
Po pożegnaniu się, wojowniczka umknęła w stronę drzewa, zostawiając Mżawkę z tajemniczym kamyczkiem w łapie.
Zamrugała, unosząc prezent wyżej. Był matowy, ale przejrzysty, w kolorze ślicznego turkusu. Lekki uśmiech wkradł się na jej pyszczek. Całkiem ładny.
Spędziła jeszcze trochę czasu brodząc w wodzie pomiędzy legowiskami, pomagając w oczyszczeniu obozu. Pozgarniała jakieś gałęzie, pomogła wynieść przemoczone posłania. Dopiero, gdy część kotów, których nie było w obozie na noc - które nie doświadczyły powodzi, wróciło, przyszła chwila odpoczynku. Spieniona Gwiazda wskoczyła na wysoką gałąź sumaka, po czym wykrzyknęła:
— Koty Klanu Nocy! Wczoraj stało się coś, czego nikt nie mógł się spodziewać. Nasz klan spotkała niesamowita tragedia. Wielu wojowników bohatersko poległo, broniąc swych bliskich do ostatniej kropli krwi. I choć może być to ciężkie, nie możemy się poddać. Nie możemy pozwolić, by ich ofiara poszła na marne. Odbudowa obozu nie będzie łatwa ani prosta, może zająć nam wiele księżyców, nim staniemy na proste łapy, jednak gdy to zrobimy - będziemy silniejsi niż kiedykolwiek! Podziękujmy modłą naszym zmarłym pobratymcom - Krzyczącej Makreli, Wzlatującej Uszatce, Bursztynowemu Brzaskowi, Perlistej Łzie i Różyczce! To dzięki nim mamy szansę doczekać następnego świtu i to właśnie oni zasługują na największy hołd! — wykrzyknęła, po czym jej wargi poruszyły się w cichej modlitwie.
Ona też schyliła głowę, szeptając parę słów na cześć zmarłych. Jej spojrzenie uciekło w stronę stojącej nieopodal Stokrotki; podbródek kocicy zadrżał, gdy liderka wymieniła imiona jej dwóch córek. Serce Mżawki ścisnęło się ze współczuciem.
Gdy szepty modlitw ku przodkom ucichły, liderka ponownie zabrała głos.
— Chciałabym szczególnie podziękować trzem kotom, które niezaprzeczalnie wykazały się najwaleczniejszymi sercami. Szałwiowe Serce, Rozpędzona Łapo, Wężynowy Splocie - wystąpcie — nakazała trójce, która szczególnie wyróżniła się podczas akcji ratunkowej.
Dwójka wojowników i uczennica mniej lub bardziej pewnie wyłonili się z reszty zebranych, łapy i ogony umorusane od błota.
— W imieniu całego Klanu Nocy dziękuję wam za wasze poświęcenie, odwagę i pomoc, jakiej udzieliliście waszym najbardziej potrzebującym współklanowiczom, niejednokrotnie ryzykując własnym życiem. Rzeka będzie pamiętać — wygłosiła Spieniona Gwiazda, skłaniając nieco łeb. Gest ten powtórzyło również kilka innych kotów zebranych w tłumie. 
Nie tracili jednak na miłe gesty więcej czasu, niż to było potrzebne. Koty prędko zaczęły dyskutować, gdzie mają tymczasowo przenieść obóz; końcowo zadecydowano na ulokowaniu się w lesie, z dala od niespokojnych fal. 
Wszyscy zaczęli zabierać bliskich i ustawiać się do wyjścia; ona sama z kamykiem w pyszczku ustawiła się obok Mandarynkowego Pióra. Posłała zastępczyni zmęczony uśmiech, jednak jej uwagę odwrócił znajomy głos z tyłu. Odwróciła się, przy okazji zgarniając z pod drzewa jakiegoś kociaka- Zmierzcha? Nie miała pojęcia; chwyciła go za kark i rozejrzała dookoła, szukając źródła dźwięku. Jej spojrzenie padło na Zimorodkowe Życzenie. Westchnęła i podeszła bliżej starszej; rzeczywiście, kocica sama się do lasu nie przedostanie.
— Chodź, pomogę ci — miauknęła, pomagając kotce wstać. Wzdrygnęła się na... Kawałek ogona, który liliowa uparcie trzymała. — Idziemy znaleźć miejsce na tymczasowy obóz.
Poinstruowała kociaka, aby wdrapał się jej na grzbiet i mocno trzymał się jej karku; chwilę później złapała Zimorodek i powoli zanurzyła się w wodzie. Przeprawa na drygą stronę zajęła jej więcej czasu z obciążeniem, ale w końcu wyszła na brzeg i pomogła starszej wstać, a następnie kontynuować pieszo tuż obok. Po niedługiej chwili zagłębili się w las, szukając odpowiedniego miejsca. Szałwiowe Serce wraz z paroma innymi kotami (a przynajmniej tak się jej wydawało, była nieco na tyłach) zaprowadzili ich na jedną z polan.
Rozejrzała się po okolicy ich tymczasowego obozu. Dużo jeszcze trzeba było zrobić... Muszą znaleźć jedzenie, opatrzyć rany, przygotować posłania... Zadania zdawały się nie mieć końca.
Zauważyła paru wojowników znikających między trawami i węszących za zwierzyną. Podążyła ich śladami; żwawo weszła pomiędzy drzewa, wytężając wzrok. Prędko, po zaledwie paru krokach, między korzeniami znalazła drobną mysz, szukająca czegoś w ziemi. Bingo. Nie czekając zbyt długo, przybrała pozycją łowiecką i naskoczyła na zwierzątko. Teraz jeszcze tylko... O wiele więcej takich.
Zakopała zdobycz pod drzewem, notując w pamięci, aby później ją zabrać. Ruszyła dalej, jednak nie była wstanie wyczuć innego tropu. Zwierzyna zdawała się przed nią chować. Może nie tylko oni czuli niepokój związany z pogodą? Rozważała wspięcie się na drzewo, aby wypatrzeć coś z góry. Może nawet złapałaby jakiegoś ptaka?
Nie zastanawiała się jednak długo długo, słysząc poirytowane syknięcia jednego z uczniów, któremu właśnie zwiała jakaś sroka. Chyba skierowane w jej stronę. Czym prędzej zmyła się stamtąd, idąc w innym kierunku i zostawiając Żmijowcową Łapę samego. Coś go pogryzło w nocy, że wydawał się taki nie w humorze? Nie jej wina, że nie umiał złapać ptaka.
Oddaliła się od uczniaka i prędko podchwyciła jakiś trop. Nie była pewna, jaki... Ale to lepsze niż nic! Gdy rozsunęła blokujące jej pole widzenia gałęzie niskich krzewów, jej oczom ukazała się dorodna sroka, odwrócona do niej tyłem, zbyt skupiona na dziobaniu czegoś, co trzymała między swoimi pazurkami. Gdy wojowniczka skoczyła do przodu, by pochwycić ptaka w swe zęby, ten zerwał się gwałtownie do lotu, a coś, co trzymał dotąd w łapce, wylądowało boleśnie na jej czole. Syknęła i szybkim ruchem zrzuciła przedmiot na ziemię.
Po chwili poniosła go z ziemi, oglądając drobiazg; wyglądał jak coś, co należało wcześniej do dwunożnych. Trzepot skrzydeł sroki odciągnął od niego jej uwagę. Próbowała się do niej ponownie zakraść, ale ta była bardziej uważna, niż się spodziewała, i odleciała daleko. Ruszyła dalej, węsząc, jednak nic nie przykuło jej uwagi. Zabrała pozostawione przez srokę świecidełko i upolowała wcześniej mysz, po czym udała się w drogę powrotną.
Jak na przekór, usłyszała szelest między trawą. Delikatnie upuściła znaleziska, po czym zakradła się do źródła dźwięku. Już po paru uderzeniach serca dodała do swojej sterty kolejną mysz. Nie mogło jej tak łatwo iść od początku, gdy nie miała zamiaru wracać? Zauważyła kolejny skrawek futerka między korzeniami jednego z drzew. Na jej pyszczek wstąpił usatysfakcjonowany uśmiech, gdy młoda wiewiórka znalazła się między jej zębami. Obeszła drzewo dookoła, wytężając słuch. Opłaciło się jej to; prędko naskoczyła na kolejną wiewiórkę, tym razem chyba starszą. Wróciła do swojej sterty, odkładając dwie wiewiórki. Liczyła na jeszcze coś; to miejsce wydawało się obfite w zwierzynę, nie to co reszta lasu, jednak nic innego nie zdawało się już wokół drzewa ukrywać.
Podążyła w kierunku ich tymczasowego obozu, zmuszając się, aby odruchowo nie skierować się w stronę rzeki. Westchnęła cicho. Chyba jeszcze przez jakiś czas nie będzie wracać tamtą drogą...
Wydawało jej się, że usłyszała trzepot skrzydeł gdzieś między drzewami; jednak gdy przystanęła i rozejrzała się, nie udało jej się znaleźć żadnego ptaka. Potrząsnęła głową i ruszyła dalej. Może jest już aż tak głodna, że sobie to wyobraziła?
Sroka przeleciała tuż nad jej głową. Miała rację! Jednak z pyskiem pełnym zwierzyny trudno było coś złapać, więc ptak odleciał w nieznane. Zrezygnowana pokręciła głową, poprawiła chwyt na zdobyczach i ruszyła dalej. Prędko wróciła do tymczasowego obozu i odłożyła zdobycze na rosnącą stertę, po czym odeszła na bok w poszukiwaniu czegoś innego do roboty. Tej pozostawało dużo; długo nie zajęło jej znalezienie innego zajęcia. Dołączyła do Szałwiowego Serca, zbierając mech na posłania, oczyszczając miejsce na legowiska i tak dalej... Zapowiadał się długi dzień. I następne.

21 lipca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mandarynkowego Pióra

Zmarszczyła lekko brwi na niechętną odpowiedź Mandarynki.
— Coś się stało? — spytała, patrząc kotce w oczy. — …powiedziałam coś nie tak?
— Hm? Nie, nie… Wybacz, muszę już iść — mruknęła prędko księżniczka. Wyminęła Mżawkę paroma zgrabnymi krokami i zniknęła w legowisku wojowników, pozostawiając jej jedynie gdybanie. Pokłócili się może?

*timeskip; krótko po ciąży Baśniowej Stokrotki*

Szła parę kroków przed Kijankowymi Moczarami, uważnie rozglądając się po nieznanych terenach.
— Mamo- Poczekaj, masz chwilę? — miauknął kocur. — Chciałbym porozmawiać.
Rzuciła kątem oka spojrzenie na syna.
— Jasne — mruknęła, zwalniając nieco. — O czym? Coś się stało?
— Nie, nie, u mnie wszystko w porządku, nic się nie stało… Bardziej interesuje mnie twój stan — zaczął, dorównując jej kroku. Nerwowo przełknęła ślinę. — Od porwania Nimfiego Zwierciadła jesteś nieobecna, trzymasz głowę nisko, przygasłaś, wyglądasz na chudszą… Martwi nas to.
Zamrugała, wzięta nieco z zaskoczenia. Jej wąsy zadrżały.
— Ja- nie musicie się o mnie martwić — miauknęła po chwili ciszy. — Po prostu... Nie chce mnie to zostawić w spokoju, wiesz? Najpierw Syrenka, później Nimfa... Ale nie ma o co się martwić. Na pewno wszystko wróci do normy, gdy Świteziankowa Łapa skończy trening i znajdę chwilę dla siebie.
— Czuję się, jakbyś nie mówiła mi całej prawdy. Jeśli wolisz milczeć, to w porządku, ale mam nadzieję, że wiesz, że ani ja — przerwał, biorąc głęboki oddech — ani Ikra nie jesteśmy już małymi kociakami, które nie są w stanie zmierzyć się z rzeczywistością. Moglibyśmy Ci pomóc, a przynajmniej spróbować…
— Wiem — westchnęła, widząc zaszklone oczy syna. Ze ściśniętym gardłem musnęła jego bok ogonem. — Nie chciałabym ukrywać niczego przed wami, ale... Sama nie wiem, jak to ubrać w słowa. Nie wiem, co mogłabym ci powiedzieć. Muszę sobie to wszystko… Poukładać w głowie.
Podniosła nieco głowę, spoglądając na pyszczek Kijanki.
— Jeśli- Kiedy będę tego potrzebować, to przyjdę do was — miauknęła. — Naprawdę. Tylko obiecaj mi, że ty zrobisz to samo, gdyby coś się działo.
Obserwowała, jak mina syna zmieniła się na coś o wiele pozytywniejszego.
— Nie przejmuj się, rozumiem, że są rzeczy, o których trudniej Ci mówić — zamruczał. — Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia… O, spójrz, drogi się rozchodzą! Idziemy nadal prosto, czy zbaczamy z trasy?
Uśmiechnęła się lekko, ucieszona ze zmiany tematu i rozejrzała dookoła.
— Możesz ty wybrać — uznała po chwili. — Nie śpieszy nam się.
Kijanka pokiwał głową, zastanawiając się chwilę, po czym ruszył dalej.
— Racja. Skoro już rozmawiamy, może ty masz do mnie jakieś pytania?
Strzepnęła uchem, odbiegając myślami do ostatnich wydarzeń.
— Hmm... A, właśnie. Od jakiegoś czasu mnie coś ciekawi. Nie chciałabym... Się w nic wtrącać, ale widziałam cię ostatnio na zgromadzeniu z pewną wilczaczką, jeśli mnie pamięć nie myli. Znalazłeś sobie... Znajomych, lub kogoś więcej?
— Słucham? — Poczuła na sobie zaskoczonego spojrzenie kocura. — Co masz na myśli mówiąc “kogoś więcej”, mamo? Faktycznie, rozmawiałem przez chwilę z pewną kotka z klanu Wilka, ale nie uznałbym tego za żadną sensację. Większość kotów na zgromadzeniach to robi.
Jego ton głosu był spokojny, może nieco podejrzliwy - trudno jej było cokolwiek z niego wyczytać. Westchnęła i odwróciła wzrok.
— Dobrze, skoro tak mówisz — wzruszyła ramionami, jednak na jej pyszczek wkradł się lekki uśmiech. — Chociaż ja bym powiedziała, że ta chwila powtórzyła się już kilka zgromadzeń z rzędu... Ale no cóż. A u twojego brata, jak tam? Nie miałam okazji z nim porozmawiać ostatnio; muszę go złapać jak wrócimy.
— Myślę, że ktoś, kto regularnie nosi na sobie zapach klanu Klifu nie powinien mi wypominać tego, z kim rozmawiam.
Otworzyła pyszczek z oburzeniem, chcąc wtrącić, że nie nie angażowałaby się w związki z medyczką, ale Kijanka kontynuował, nie pozwalając jej dojść do słowa.
— Co do Lśniącej Ikry… Raczej dobrze. Podejrzewamy wspólnie, że niedługo dostanie któreś z kociąt Baśniowej Stokrotki lub Biedronkowego Pola pod swoje skrzydła- Och, kolejne rozwidlenie ścieżek. Ja poprowadzę, w porządku?
— Jasne — miauknęła w końcu. — A ty, chciałbyś zająć się kolejnym uczniem? Wzlatująca Uszatka ma już własnego, dobrze ją wytrenowałeś.
Wąsy Kijanki zadrżały.
— Oczywiście, nie mogło być inaczej! Ja sam nie obraziłbym się za nowego ucznia, ale wiesz ile innych, młodych wojowników, czeka na swoją kolej, by być czyimś mentorem. Ach, pamiętam, jak ekscytowała mnie myśl wyszkolenia Wzlatującej Łapy…
Przytaknęła z lekkim uśmiechem na pysku.
— Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej — zamruczała. — Dla mnie dostanie Świteziankowej Łapy pod opiekę było bardziej zaskoczeniem, niż ekscytacją — przyznała, a końcówka jej ogona zadrżała. — Nie wiele zmieniła się od momentu, kiedy wyprowadziliście ją z tamtej jaskini. Martwię się o nią.
Spojrzała do góry, na twarz Kijanki. Odchrząknęła i spróbowała swojego szczęścia ponownie.
— Aa... Przyjaźnisz się może z tamtą kotką? Naprawdę, nie chcę być natrętna, ale wolałabym znać prawdę od ciebie, niż słuchać plotek.
Gdy tylko zauważyła, jak brwi i nos kocura się marszczą, wiedziała, że popsuła miłą atmosferę.
— Nie wiem, jakie plotki do ciebie docierają, że tak dociekasz prawdy, ale “tamta kotka” jest jedynie moją znajomą. Czasami zdarza się nam rozmawiać podczas zgromadzeń, ale na tym nasza znajomość się kończy.
Położyła po sobie uszy na ostrzejszy ton głosu kocura.
— Naprawdę, mamo, na Klan Gwiazdy, są pewne granice dobrego smaku — kontynuował Kijanka — a sugestie, które mi teraz podsuwasz, są nadzwyczaj nie na miejscu.
Wzdrygnęła się, spuszczając wzrok.
— Przepraszam — wymamrotała. — Już nie będę kontynuować tematu.
Przez chwilę czuła na sobie uważne spojrzenie wojownika, zanim ten westchnął głęboko i nieco przyspieszył.
— Dobrze — mruknął po chwili ciszy. — Słyszysz ten dźwięk? Gdzieś w pobliżu musi płynąć strumień, sprawdzimy to?
Pokiwała głową, równierz biorąc głęboki oddech.
— Dobry pomysł — miauknęła cicho, a jej wąsy zadrżały. — Prowadź.
Po chwili przemieszczania się przez zarośnięte krzewami ścieżki, wyszli na wolną przestrzeń. Ich oczom ukazał się niewielki strumyk, a nad nim - wysoka, ułożona z kamienia budowla.
— Mamo, patrz tam! — Zawołał Kijanka, od razu ruszając do przodu. — Ten kamienny łuk! Wygląda trochę jak konstrukcja dwunożnych, którą widać czasem w oddali na terenach klanu Burzy, prawda? Brakuje tylko hałasu i zapachu Drogi Grzmotu… Przynajmniej tak mi się wydaje. Nigdy nie widziałem jej z bliska… Ale ta też biegnie nas woda i ma podobny kształt. Chodź, przyjrzymy się jej!
— Uważaj tylko! — miauknęła, zanim podążyła za synem.
— Nie martw się! Woda jest płytka, a łuk zdaje się być wytrzymały. Myślę, że to może być jedno z bezpieczniejszych miejsc na tych terenach… Widać, że czas odcisnął tu swoje piętno.
Przydreptała bliżej, podnosząc wzrok na omszone odłamki skał.
— Rzeczywiście, wygląda na... Opuszczoną przez dwunożnych. Ładnie tu. Dobra robota.
— Nie czuję niczego poza płazami, zwietrzałym smrodem włóczęgów, i… I nie wiem. Nie umiem nazwać tego zapachu- Może to jakaś pyląca roślina? Nieważne, wracajmy już. Spienionej Gwieździe pewnie spodoba się ta informacja.
— Masz rację — uznała, brodząc przednimi łapami w wodzie. Rzuciła ostatnie spojrzenie na kamienną konstrukcję. — Wracajmy.
Zawrócili, obierając ta sama drogę, co wcześniej. Między nimi zapadła przyjemna cisza, którą nieco bała się przerwać; jednak na język nie cisnęło jej się już żadne pytanie odnoście kocicy z klanu Wilka, więc nic już gorzej pójść nie mogło.
— Chyba… Chyba muszę się z tobą zgodzić — miauknęła w końcu, a Kijanka uniósł brew. — Ostatnimi czasy miałam się gorzej. Zaniedbałam tyle znajomości, nie tylko z wami… Klanie Gwiazdy, nie wiem, od czego zacząć.
Wojownik schylił się i tracił jej bark pyszczkiem.
— Spokojnie, nie wszystko naraz. Cieszę się, że to widzisz — wymruczał. — Ważne, żebyś czuła się na siłach. My zawsze tutaj będziemy.
Jej wąsy zadrżały.
— Ja- Dziękuję — odparła nieco drżącym głosem. — Może… Może zagadam dzisiaj do Mandarynkowego Pióra, zaproszę ja na spacer czy coś… Ostatnio rozmawiałyśmy parę chwil po wojnie.

***

Kijanka posłał jej ostatni, pokrzepiająco uśmiech, zanim odszedł w swoją stronę i pozostawił Mżawkę i jej plany same.
Prędko zlokalizowała zastępczynię wzrokiem; prawie cały czas przesiadywała w obozie, gawędząc ze starszymi czy młodszymi kotkami. Przylizala futro na piersi i podeszła do księżniczki.
— Witaj Mandarynko — przywitała się, pochylając lekko głowę z przyzwyczajenia. — Zdałam sobie sprawę, że dawno nie rozmawiałyśmy; byłabyś chętną na krótki spacer? Opowiesz mi, co się teraz wokół ciebie dzieje.

<Mandarynko?>

04 czerwca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Spojrzała na pyszczek Ciemki. Szarawy nosek odsunął się od jej łapy, a słowa wybrzmiały z nutą nadziei, której Mżawka nie rozumiała. Dlaczego utrata czegoś tak ważnego miała być darem? Oczywiście, była pewna, że dla przyjaciółki jako medyczki ważne mogły być inne rzeczy, może czyny Gwiezdnych miały dla niej jeszcze większą wagę… Ale tego nie rozumiała.
— Może i masz rację — miauknęła w końcu, stawiając łapę na ziemi. — Ale co jest ważne, ważniejsze od tego, co mamy teraz? Nie wyobrażam sobie nie móc już ujrzeć mordki żadnego z moich bliskich, ryb w rzece czy słońca, które odbija się od wody… Bałabym się, że zapomniałabym, jak wyglądają. Jakim przepięknym światem nas obdarzono.
Zamrugała, przenosząc wzrok gdzieś na horyzont. Może jednak umiałaby to sobie wyobrazić? Czy nadal pamięta każdą rysę pysków jej sióstr, te jasne iskierki w ich oczach? Gdy próbowała je do siebie przywołać, były zaledwie marnym, rozmazanym obrazem - niczym odbicie w tafli wody. Poczuła ukłucie w sercu, bezskutecznie próbując wyostrzyć wzrok. Umykały jej pręgi, białe łatki, postrzępione uszy. Czy one też o niej zapomniały?
— Według mnie, nie wszystko da się zastąpić — kontynuowała. — Jeżeli… Jeżeli jesteś jednak szczęśliwa, to nie mogłabym się tobie sprzeciwiać, nieprawdaż? Wiesz w tej dziedzinie pewnie więcej odemnie, i kto wie, może teraz ukażą ci się rzeczy, o których ją nie mogłabym nawet pomyśleć.
Oparła podbródek na czole przyjaciółki. Drżący oddech połaskotał jej szyję.
— Widok innych teraz zastąpiły ci ich głosy — podsumowała. — Zapachy. Kroki. Nawet nie umiem wyobrazic sobie rozpoznawania ziół; dla mnie wszystko pachnie tak samo. Czy… Czy trudno jest się przyzwyczaić?
Poczuła, jak Ćma przekręca lekko główkę.
— Na początku — miauknęła cicho, owijając łapki ogonem. Mżawka przytaknęła, przymykając ślipia.
— Jesteś bardzo dzielna.

***

Podniosła spojrzenie znad kwiecia, które ktoś położył na grobie Syreniego Lamentu. Marne jeszcze, nie rozkwitnięte do końca maki. Te, których ziarenka medyczka podawała pointce; prawdopodobnie pozostawione przez Stokrotkę czy jej męża. Przekręciła nieco głowę. Też by mogła czasem się do tego przyłożyć, odgarnąć opadłe liście czy inny bałagan z ziemi, która przykrywała ciało Syrenki.
Westchnęła cicho, podnosząc się na łapy i odwracając się. Z czasem jednak pozwoliła myślom o kotce oddalić się i zamazać, zejść na drugi plan. Była zbyt rozedrgana, aby rozpaczać nad kolejną rzeczą; nawet, jeżeli czuła, że to źle. Wcześniej reszta jej przyjaciółek przechodziła przez żałobę, a teraz ona próbowała to nadrobić, aby poczucie winy od niej uciekło.
Ruszyła w drugą stronę, mijając obóz i kontynuując prosto. Spojrzała na powoli zniżające się słońce, malujące klify w oddali złotym blaskiem. Łapy same zabrały ją w znanym już dobrze kierunku; nos prędko wyczuł granicę. Przysiadła pod jednym ze znajomych krzewów, odrywając swoje myśli od Syrenki i innych chwil, kiedy miała wrażenie, że zawiodła. Przylizała parę odstających kępek sierści na piersi, czując także pod językiem chropowatą skórę. Skórę blizn, które teraz już nie bolały - ale i tak naznaczały więcej powierzchni jej ciała, nóż by sobie tego życzyła. Nie zasługiwała na nie; jednak taka była teraz rzeczywistość, i żyła z nimi, dzień w dzień. Dni od wojny mijały powoli, cały świat zwolnił. Miała wrażenie, jakby cała bitwa stoczyła się wiele księżycy temu, a wszystkie rany - te zewnętrzne i wewnętrzne - zdążyły dawno zasklepić. Pozostała tylko monotonna codzienność, dni i noce spędzane na rozmyślaniu, bardziej i mniej świadomym.
Zauważyła pyszczek Ciemki w kąciku jej oka. Szaro-białe łapki stąpały po jasnym piasku, po chwili zatrzymując się. Głowa koteczki odwróciła się w jej kierunku.
— Witaj Ciemko — miauknęła, podnosząc się z ziemi i podchodząc bliżej. Otarła się policzkiem o ten młodszej, uśmiechając się lekko. — Dawno się nie widziałyśmy. Ah, tyle się zdążyło zadziać…
Blade ślipia Ćmy zwróciły się w jej stronę; coś ukłuło ją w sercu, ale nie tak bardzo, jak ostatnio. Usiadła na plaży, wystawiając mordkę do słońca.
— Jak sobie radzisz? Mam nadzieję, że świetnie — kąciki jej pyszczka uniosły się. — Jejku, ale ty musisz być uzdolniona. Mój nos nie wyczuł by różnicy poza… Makiem a bratkiem, a co dopiero różnymi liśćmi.
— D-dobrze — szepnęła srebrna, nieco zawstydzona. Po chwili jednak podniosła mordkę do góry. — Opowiedz.
— Dużo jest do opowiadania — miauknęła, mrużąc ślipia. — Dostałam pod opiekę drugiego ucznia — zaczęła, z nutką dumy w głosie. — A właściwie uczennicę, Świteziankową Łapę. Biedulka nie rozpoczęła życia najlepiej, ale staramy się pomóc jej wyjść na prostą. Jest… Troszkę podobna do ciebie. Nie wydaje mi się, aby kiedyś odezwała się do mniej czymś więcej niż słówkiem — zachichotała. — Nie wyobrażam sobie, jak ja musieli wcześniej traktować… Byłam naprawdę zdziwiona, kiedy Spieniona Gwiazda przydzieliła mi ją jako uczennicę. Muszę przyznać, nie byłam jeszcze gotowa, ale jestem… Wdzięczna, że mi zaufała. Może jednak nie walczyłam na marne — westchnęła, strzepując uchem.
Ciemka wyprostowała się nieco, a na jej mordkę wstąpił wyraz zaskoczenia. Może zmartwienia.
— Walczyłaś? — spytała się cicho, jak gdyby nie dosłyszała. Mżawka zamruczała, przytakując; jednak moment później zastygła w miejscu.
— O jeju, bo ty przecież nie słyszałaś — uświadomiła sobie. — Nie widziałam ciebie na ostatnim zgromadzeniu, no właśnie. Jakby to ten… Jakiś czas temu, właściwie, to już długie księżyce, nieopodal naszych terenów pojawiła się grupa włóczęg — zaczęła wyjaśniać, wzdrygając się nieco na samą myśl o tym, do czego grupa samotników się przyczyniła. Czy powinna klifiaczce mówić o wszystkim? — Podkradali zwierzynę, atakowali patrole… Aż porwali jedną z naszych medyczek. Spieniona Gwiazda prędko podjęła decyzję, i już parę wschodów słońca później znaleźliśmy ich obóz. Chyba można się domyślić, co się później stało — parsknęła cicho, tracąc jednak uśmiech z pyska. — Byłam jednym z dowódców. Co prawda, nie poszło mi chyba najlepiej, bo parę razy… Parę razy trzeba było mnie ratować, ale udało nam się odzyskać naszą medyczkę. Nawet udało mi się zatrzymać tą, która ją więziła; chciała dać nogę gdzieś do lasu, ale ja byłam szybsza — pochwały Mandarynkowego Pióra czy Nimfiego Zwierciadła nadal kryły się w jej pamięci. — Wróciliśmy… Z paroma stratami, trochę poharatani, ale nikt już nam nie będzie przeszkadzał.


<Ćmo Ciemko?>

09 maja 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mewiego Puchu (Samowolnej Łapy)

Gdy dotarli do obozu, czas zdawał się zwolnić. Powłóczyła łapami, nadal opierając się na barku Nimfiego Zwierciadła, a jej oczy wodziły po zebranych kotach. Legowiska opustoszyły się; wszyscy wyszli na spotkanie pobratymcom. Niektórzy podbiegali do członków swoich rodzin, inni do przyjaciół. Ktoś zajął się dzieckiem Zmierzchającej Zatoki, ktoś odprowadził jeńców w przydzielone im miejsca. Rozejrzała się po zbiorowisku, pobieżnie spoglądając na Kijankę i Ikrę. Oboje wyglądali na raczej nietkniętych.
Starsza kotka musnęła jej grzbiet ogonem, powoli kierując ich kroki w stronę legowiska medyków, do którego także zbierała się kolejka. Gdzieś w tłumie mignęły jej ciemne uszka i puchata główka Mewiego Puchu. Wojownik zatrzymał się, zaskoczenie wymalowane na jego mordce. Potem strach, potem coś jeszcze innego… Chciała do niego podbiec, powiedzieć cokolwiek, jednak nie zaszłaby daleko na trzęsących się nogach. Nim zdążyła zaprotestować, została odciągnięta na bok i oddana w łapy Różanej Wonii. Przełknęła ślinę, stosując się do poleceń medyczek. Mewa nie będzie się nią brzydził, prawda?
Jej głowa zanurzyła się w mchu jednego z posłań, a rany na barkach i brzuchu prędko opatrzone przez Pierzastą Kołysankę. Powieki opadły same z siebie, a z gardła wymsknęło się ciche westchnienie. Głosy innych zamieniły się w odległe szumy, w pewnych momentach jak gdyby przybierając formę pojedynczych słów, wypowiadanych przez tych, których tam nie było. Zmarszczyła nos, obracając się tak, aby jej uszy zagłębiły się w zieleni posłania. Nie minęło dużo czasu, zanim odpłynęła od rzeczywistości.
Łapy samotnika ponownie przygniatały jej grzbiet. Dziwnym trafem, nawet z mordką wciśniętą w błotny grunt, widziała spojrzenie niebieskich oczu. Pióro za uchem, szara, postrzępiona sierść… A może jednak brązowe oczy? Może to światło księżyca płatało jej figle? Jasne zęby wbiły się w jej kark; próbowała się wić w niechcianych objęciach, kopiąc i wymachując łapami na wszystkie strony. Silne szczęki szarpnęły, z łatwością przewracając ją na druga stonę, brzuchem do góry - łaciaty, zabliźniony pysk pochylił się nad nią. Znajome, pełne pogardy spojrzenie nie leśnej włóczęgi, a Kazimiery. Brązowe, identyczne do jej własnych ślepia matki. Mamy. Wroga- Nie, opiekuna. Opiekuna kogo? Węgielka, Myszki i Dymki?
Łapy nieco jej zmiękły; zaprzestała szamotania. Kazimiera zmierzyła ją ostrym wzrokiem.
— Wyglądasz teraz jak wojowniczka — przez oschły głos starszej przebijała się nuta czegoś, czego nie potrafiła nazwać. — Jesteś z tego dumna? Dumna z ucieczki? Zostawiłaś nas samych.
Nie — chciała krzyknąć, wyprzeć się tym słowom, jednak głos grzęzł jej w gardle. Wróg. Zacisnęła mocno zęby. Wróg, to jej wina. Wygnanie, nie ucieczka. Jej wina.
— Byłaś błędem. Ty i reszta — słowa były stanowcze. Pokręciła głową, raz i drugi. Głupstwa. — Ale im się do czegoś przydałaś. Nawet ze swoim okopconym ryjkiem. To mogłabym docenić.
Zastygła w miejscu. Kocica wykrzywiła pyszczek w czymś na kształt uśmiechu. Nim Mżawka zdążyła jednak jakkolwiek odpowiedzieć, dwie niebieskie łapy strąciły jej matkę znad jej ciała. Zgrabne szczęki chwyciły szyję łaciatej, z której gardła wyrwał się przeraźliwy krzyk; przerwał go głośny trzask. Czerwień spłynęła po mokrej ziemi. Podniosła wzrok, a z pyska znajomej włóczęgi zwisała ciemna, futrzasta masa, zbyt bardzo przypominająca kształtem głowę Kazimiery.

Otworzyła oczy. Wzięła nagły, świszczący oddech. Wróg. Tylko kim on był? Podniosła się z posłania, czując, jak jej niedobrze.
Czarne futro mignęło jej w kąciku oka. Różana Woń prędko pojawiła się u jej boku, pytając, co się stało. Co ją boli. Nie zyskała jednak jednoznacznej odpowiedzi, tylko nieskoordynowane pomruki, toteż oddaliła się na moment. Po paru uderzeniach serca przed mordką Mżawki pojawiło się parę ziarenek maku oraz polecenie, aby je zażyć. Pokręciła głową. Mak oznaczał sen, a tam na pewno czaiła się jeszcze ta przebrzydła włóczęga. Nie spieszyło się jej, aby tam wracać. Wracać do zabarwionej czerwienią głowy matki i brudnych łap stojących za nią. Końcowo medyczka wręcz wepchnęła jej nasionka do pyszczka, wzdychając z irytacją.
Zacisnęła powieki i zwinęła się w kulkę. Kroki Różanej Wonii oddaliły się; pociągnęła nosem. Ogarnął ją jakiś dziwny smutek. Może strach? Dlaczego? Łzy zaczęły zbierać się jej w kącikach oczu. Nie miała powodu. Cała ta scena była tylko jej wyobraźnią. Jednak gardło się jej ściskało z jakąś dziwną rozpaczą, gdy obraz zimnej już Kazimiery tańczył za jej powiekami. Mogła być z niej dumna. Może naprawdę tak było? Czy, gdyby teraz ją zobaczyła, doceniłaby jej starania? Rzeczywiście uszanowała, tak jak mówiła, czy może były to tylko jej zbyt śmiałe marzenia? Jej czarno-białe futro także było w nieładzie, a skóra zabliźniona. Czy to ślady walki, czy ona także stała się ofiarą własnej matki? Czy stała się do niej podobna? Czy ją też to czeka? Pytania kłębiły się, a nie znała żadnej odpowiedzi.
Jeżeli była szansa, że chociażby spojrzałaby na jedną ze swoich córek z uznaniem, z dumą, to jej myśli były wręcz obraźliwe. Jak mogłaby myśleć, że kocica nie byłaby do tego zdolna? Nie zasłużyła na brudne pazury włóczęgi, ani na szczęki łamiące jej kark, dobierające się do jej gardła. Łzy spłynęły po jasnych policzkach. Co, gdyby okazało się, że Kazimiera naprawdę tak skończyła? Nie miała przecież pojęcia, co się z nią działo. To źle, czy dobrze? Myśli zaczęły się jej zlewać w jedno, jak jeden strumyk, pełen niepokoju. Mięśnie rozluźniły się, wbrew jej woli, jednak nie miała siły, by protestować. Z jej pyszczka padł rozedrgany jęk, mruknięcie, coś na wzór słowa “mamo”.
Tej nocy nie śniło się jej już jednak nic.

***

Wpatrywała się w pointkę przed nią spod półprzymkniętych powiek. Syreni Lament, obok śpiący kociak. Żal jej było przyjaciółki; była w szoku, gdy dowiedziała się o jej urazie. Powiedziałaby jej to, ale teraz… Nie wiedziała jak. Nie była w to dobra - porozumienie się ze ślepym kotem było łatwiejsze, niż z głuchym.
Różana Woń minęła je ze zdenerwowanym wyrazem pyszczka, opuszczając legowisko. Zmarszczyła nos. Nie była na nią obrażona, ale medyczka nie chciała z nią współpracować. Leży tu trzeci wschód słońca, cała obolała, a ta żałuje jej kolejnego ziarenka maku. Mówi i mówi, że nie może i coś tam. Bo niezdrowo. A jej spodobał się sen po nim. Początkowo była sceptyczna, ale nie spotkała tam brudnej włóczęgi, ani trupa matki. Samo myślenie o tym cisnęło jej łzy do oczu, więc próbowała ładnie uśmiechać się do uzdrowicielki, jednak na nic. Bała się, że koszmary czają się gdzieś za rogiem, gdy tylko przymknie ślepia, toteż powstrzymywała się od drzemki, jak zmęczona by nie była.
Jakieś koty weszły do środka, przerywając ciszę. Medyczka powróciła, ciągnąc za sobą łaciatego wojownika, teraz właściwie ucznia. Samowolna Łapa. Odwróciła spojrzenie. Nie rozmawiała z nim od czasu powrotu, nie miała okazji. Albo może się wstydziła? Ukradkiem obserwowała, jak przyjmuje polecenia medyczki, która chwilę później ponownie zniknęła na zewnątrz. Zaczął powoli zamieniać mech w nieużywanych posłaniach, później zatrzymał się przed tymi zajętymi. Poczuła na sobie jego spojrzenie; gdy po paru uderzeniach serca odwróciła mordkę w jego stronę, żółte oczy były już zaszklone. Pociągnął nosem i zatrzymał się w miejscu.
Gardło nieco się jej ścisnęło, ale skinęła końcówką ogona. Łaciate łapki zrobiły parę kroczków do przodu, a ślipia synka spoglądały na nią ze smutkiem i czymś w rodzaju strachu. Wzięła głęboki oddech.
— Hej — miauknęła, a jej jedno ucho drgnęło. Uczeń przełknął ślinę i pokiwał głową. — Chodź, trochę się nie widzieliśmy. Kolcolistne Kwiecie traktuje cię dobrze?
Nadal siedział cicho, patrząc na nią tylko wielkimi oczami. Położyła po sobie zdrowe ucho i uśmiechnęła słabo.
— Nie bój się, nie wyglądam chyba tak okropnie, prawda? — próbowała zażartować, ale w jej tonie głosu zabrzmiała nutka niepewności.

<Mewo?>

22 kwietnia 2025

Od Mżącego Przelotu

Noc była cicha, księżyc jasny. Nerwy kłębiły się w jej brzuchu, ale starała się tego nie okazywać.
Pożegnała się z Mewą, nieco już zaspanym i nie ogarniającym, co się dzieje... Pozostałej dwójce życzyła powodzenia, polizała po łebku i pozostawiła wśród innych. Wąsiki jej zadrżały, a ogon podrygiwał. Nie bardzo podobał się jej taki obrót wydarzeń; bała się, o siebie i o bliskich, i o przyjaciół też... Ale nie mogła umywać łap od walki. W końcu została wyznaczona na jednego z dowódców, wśród kotów takich jak Mandarynkowe Pióro czy młodsza Murena. W innej sytuacji szczyciła by się tym, ale ekscytację tłumił w niej niepokój. Nie czuła się gotowa do walki.
Przystanęła obok Nimfy i Syrenki. Dwie pary niebieskich oczu spojrzały na nią przelotnie, a ona posłała im niepewny uśmiech. Czy było to na miejscu? Przestąpiła z łapy na łapę. Może będzie czekać na dalsze rozkazy. Obserwowała, jak reszta kotów zbiera się pod wyjściem z obozu. Księżniczki i książęta, wojownicy oraz medycy. Różana Woń stała obok liderki wraz z Pierzastą Kołysanką. Jeżeli ich misja się powiedzie, Zimorodek powróci do grona uzdrowicieli. Oby tak się stało.
— Klanie Nocy! — Podniosła wzrok na głos Spienionej Gwiazdy. — Dziś wszyscy, wąs w wąs, ruszymy bronić naszego domu. Czuwać będzie nad nami sam Klan Gwiazdy, spoglądający na nas z nieba wiecznej nocy. Nie mogę zagwarantować, że każdy wróci z tej wyprawy w kawałku, jednak nie robimy tego dla jednostki. Robimy to dla naszych rodzin, przyjaciół i bliskich, których życie zostało postawione pod pazurem włóczęgów. Tej nocy wierzę, że powrócimy zwyciężeni i odzyskamy to, co nasze! Ruszajmy!
Wiedzeni nosem Pierzastej Kołysanki, prędko odnaleźli drogę w lesie. Nastroje były ponure; nie dziwiła się temu. Niektóre koty kroczyły pewne siebie, inne z głowami pochylonymi w dół. Jednak nikt nie protestował… Zajrzeli za ścianę jeżyn, gdzie prowadził zapach włóczęgów. Oświetlany księżycem wodospad górował nad obszerną polaną, usłaną omszałymi kamieniami; gwiazdy odbijały się w tafli jeziorka. Aż szkoda zakłócać było tak bajkowy krajobraz.
Obserwowali samotników w ich obozowisku. Senne koty, zwijające się na swoich posłaniach czy kończących posiłki. Żołądek się jej ścisnął, gdy zauważyła jej pobratymców skradających się w kierunku swoich ofiar. Nigdy nie walczyła tak... Na poważnie. Ruszyła jednak za nimi. Z szybko bijącym sercem zaczaiła się na podobnego wzrostu niebieskawą kotkę, odwróconą do niej tyłem. Zza jej ucha wystawała para kolorowych piórek, a gdy przechyliła nieco głowę, dojrzała blask błękitnych ślipii. Nim kocica zdążyła zareagować, rzuciła się na nią z wysuniętymi pazurami. Nerwy jednak wzięły nad nią górę i jedna z łap poślizgnęła się jej na omszałym kamieniu. Syknęła zaskoczona, a samotniczka gwałtownie odwróciła się w jej stronę. Ich spojrzenia złączyły się, zanim Mżawka cofnęła się o krok. Widziała w nich gniew. Zaskoczenie. Może strach? Potrząsnęła głową. Ona też się bała, może tyle miały ze sobą wspólnego. Nieznajoma stała jak wryta, kładąc po sobie uszy. Warknęła na nią, ostrzegawczo, zanim zamachnęła się łapą w jej kierunku; Mżawka była jednak szybsza i uchyliła się przed ciosem, a kocica jedynie zachwiała się. Prędko wykorzystała okazję i skoczyła w jej kierunku. Jej łapa otarła się o pysk samotniczki, a wysunięte pazury przemknęły po jej nosie. Ta syknęła, uchylając się i łypiąc na nią chłodnymi oczyma. Cofnęła się nieco, szykując się do kolejnego uderzenia, ale to pointka wyrwała się do przodu pierwsza. Z jej gardła wyrwał się niekontrolowany pisk, gdy porządnie zdzielila ją w pyszczek. Krew skapnęła jej z brwi; gwałtownie odsunęła głowę. Obnażyła zęby i zamachnęła się. Jej pazury przejechały po barku samotniczki, która warknęła i mimowolnie odsunęła się w bok. Wytarła łapę o mech, mierząc ją wzrokiem. 
Niebieskie ślepia były wściekłe. Łapała oddech, szykując się do kolejnego ataku. Mżawka to samo. Szczęki klapnęły tuż przy jej uchu, jednak w porę odsunęła głowę. Kocica niespodziewanie skoczyła nad nią. Szarawy ogon mignął jej przed oczyma; odwróciła się zaskoczona. Stanęła pysk w pysk z samotniczką, której pazury już zmierzały w jej kierunku. Natychmiastowo czmychnęła na bok i wycelowała w tylną łapę kotki, chcąc przyszpilić ją do ziemi ‐ ta jednak szybko wyrwała się do przodu, a ona została jedynie z kępą futra między pazurami. Syknęła poirytowana i zaszarżowala szczękami na Mżawkę. Zacisnęła zęby na jej karku; wrzasnęła zaskoczona, zaczynając się szamotać, jednak silne szczęki nie puszczały. Szarpnęła mocno i poczuła, jak po jej futrze zaczyna ściekać krew. Samotniczka puściła pod naporem jej łap, które wbijały się w jej bok, i odrzuciła głowę do tyłu.
Nie odpuści temu łotrowi. Gdy złapała już oddech, skoczyła w bok i korzystając z zaskoczenia kocicy przyszpiliła ją do ziemi. Wbiła pazury w jej barki, a zęby w kark; pointka krzyknęła i zaczęła się szamotać, lecz Mżawka trzymała ją mocno. Z ran na jej barkach lała się krew, a sama kotka ciężko dyszała. Okazało się jednak, ma jeszcze w sobie trochę sił; odchyliła do tyłu głowę i zahaczyła zębami o ucho Mżawki, ciągnąc na tyle, na ile mogła, leżąc na ziemi. Wojowniczka szybko cofnęła się o krok, wzięta z zaskoczenia. Kocica szarpnęła się, a Mżawka, która straciła równowagę, poluźniła uścisk. Prędko straciła panowanie nad włóczęgą, która teraz stała przed nią i fukała wściekłe. Chodź zmęczona, chyba nie miała zamiaru odpuścić. Wojowniczka zacisnęła szczęki. Ona też czuła się zmęczona. Wycelowała w jej ogon; chybiła jednak, bowiem pointka prędko jak na rannego kota umknęła za jej plecami i uniknęła ataku. 
Jej oczy rozszerzyły się, gdy zniknęła jej z pola widzenia, a czyiś oddech czaił się jej tuż za karkiem.
Pazury kocicy wbiły się w jej boki. Krzyknęła, gdy jej pysk wbił się w ziemię. Wiła się w uścisku, podczas gdy zęby chwyciły za jej ucho i pociągnęły mocno. Krew spłynęła po jej czole, zasłaniając jej wzrok jednego oka. Zimne powietrze piekło w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą miała jedno ze swoich puchatych uszek. Szarpnęła się mocno, próbując wydostać się spod łap włóczęgi, albo jeśli los by jej sprzyjał - zahaczyć pazurami o jej skórę. Jej wysiłki nic nie zmieniały. Pointka trzymała ją mocno... Zaczęła się bać. Nie chciała tak skończyć, miała jeszcze wiele do osiągnięcia. Zaczęła krzyczeć o pomoc, licząc na któregoś z pobratymców. 
W kąciku jej oka mignął łaciaty pyszczek Czyhającej Mureny. Młodsza naskoczyła na kocicę, jednak ledwo drasnęła ją pazurami; starczyło to, aby odsunąć od niej napastniczkę. Poszczęściło się jej. Zaczerpnęła powietrza i cofnęła się o krok, ocierając łapką krew z pyska. Samotniczka nie była zadowolona z przewagi liczebnej nocniaków - spoglądała na młodszą wojowniczkę spode łba, sycząc zajadle. Rzuciła się na księżniczkę, wysuwając przed siebie łapy z wyciągniętymi pazurami. Obserwowała, jak ta unika ciosu. Wzrok nieco jej się rozmazywał, i zdecydowanie nie czuła się pewnie na łapach; ale podniosła głowę i syknęła ostrzegawczo, gdy włóczęga przyszykowała się do kolejnego skoku. Murena dołączyła do niej, a na pysku pointki zamalowało się zwątpienie. Spojrzała jeszcze raz na Mżawkę, i raz na księżniczkę, zanim warknęła i dała susa gdzieś w krzaki. Wojowniczka odetchnęła z ulgą, odwracając się w stronę młodszej chwiejnym krokiem. Z niesmakiem zauważyła, że krew ponownie zasłoniła jej wzrok w jednym oku.
— D-dziękuję — Powiedziała jedynie, nadal zbyt oszołomiona. Przełknęła ślinę. Było blisko. Barki ją piekły pod powiewami chłodnego, nocnego powietrza. Miała wrażenie, jakby ktoś nadal siedział jej na grzbiecie i rozrywał delikatna skórę. Po karku przeszedł jej dreszcz.
— Wszystko w porządku? — Murena zbliżyła się do niej chwiejnym krokiem i powoli zaprowadziła ją do najbliższych krzewów, które skutecznie mogły zasłonić je przed samotnikami. W pobliżu nigdzie nie była w stanie dojrzeć medyczek, tak więc to na razie musiało starczyć.
— Chyba sobie poradzę — miauknęła, krzywiąc się i biorąc głęboki oddech.
Kątem oka zauważyła tylko, jak młodsza kiwa głową i zaczyna wylizywać futro na piersi.
— Poszukam Różanej Wonii.
Wzdrygnęła się na jej głos, gdy przerwała ciszę. Chodź trudno było to nazwać ciszą, gdy odgłosy walki nadal nie ustały...
— Ah- Tak, dobrze — odpowiedziała prędko. — Dziękuję.
Murena posłała jej ostatnie spojrzenie i wysunęła się spod krzewu. Gdy końcówka jej ogona zniknęła Mżawce sprzed oczu, położyła głowę na ziemi i przymknęła powieki. Minęło parę uderzeń serca, potem parę kolejnych. Minęło ich dużo. Jej ogon drgał niespokojnie. Kotka nie wracała. Może Różana Woń też się gdzieś zapodziała? Nie mogła się powstrzymać przed wysunięciem nosa z kryjówki. Ujrzała Murenę, przepychającą się przez tłum do... Szałwiowej Łapy. I samotnika na jego barkach. Krzyki kocurka nie brzmiały dobrze; po chwili niezdecydowania wybiegła z krzewów i okrążyła tłum, próbując nie przewrócić się przez słabe łapy. Dopadła do walczącej dwójki, jednak zabrakło jej siły do zrzucenia kocura z ucznia. Ten wykorzystał okazję i wyswobodził się z uścisku, zwiewając w bliżej nieznanym jej kierunku. Cofnęła się o krok, szukając kogokolwiek jeszcze do pomocy. Wtem siostra księcia dopadła do burego włóczęgi i zaczęła okładać go pazurami z wściekłym sykiem.
Obserwowała walkę Mureny z samotnikiem. Nie szło jej najlepiej, jednak wierzyła, że księżniczka się nie da. Sama nie chciała włączać się do bójki - czuła, jak ziemia chwieje się pod jej łapami. Albo tak jej się chyba tylko wydawało. Krew w jej pyszczku miała metaliczny posmak.
Postanowiła się na coś przydać i sprawdzić, gdzie zapodział się Szałwiowa Łapa. Zerknęła ostatni raz na walczącą obok wojowniczkę i na krótką chwilę złączyła z nią spojrzenie.
— Pójdę zobaczyć, jak się trzyma! — Rzuciła jeszcze tylko w jej stronę, upewniając się, że daje radę na ten moment. Ignorując zmęczenie, pognała w kierunku, w którym ostatnio widziała Szałwika. Jeżeli mu się poszczęściło, to znalazł którąś z medyczek i nie stoi już jedną łapą u przodków. Jeżeli jej się poszczęści, to i jej pomogą. Nie znalazła ani Szałwiowej Łapy, ani medyczek. Z oddali nadal dobiegały do niej odgłosy walki.
Rozglądała się po polanie, decydując się na powrócenie do osłony krzewów. Przecież Murena nie ratowała jej po to, aby wykrwawiła się przez własną głupotę.
Przemknęła przez pole walki, wymijając inne koty. Wsunęła się pod osłonę jakiegoś krzaka. Skuliła się na ziemi, sycząc, gdy gałązki otarły się o jej rozorane pazurami barki i bolący kark. Łzy zaczęły zbierać się w jej ślipiach. Z bólu, z bezradności. Nie wiedziała, jak radzą sobie jej synowie, jak i przyjaciele. Co powie Mewa, kiedy wrócą do obozu?
Liczyła, że przez szpary w liściach dojrzy którąś z medyczek. Lub kogokolwiek. Czas ciągnął się jej w nieskończoność. Końcowo, los zaczął jej sprzyjać; gdzieś mignęło jej czarne futro Różanej Wonii. Prędko, na tyle, na ile pozwalały jej kontuzje, wgramoliła się spod krzewu i doczłapała się do medyczki. Od razu została porcję kąśliwych słów, ale jak i pomoc. Księżniczka zaprowadziła ją do jakiegoś schronienia, usadowiła z powrotem pod jakimś krzakiem i rozpoczęła owijanie jej ran pajęczyną. Niebiesko-białe futro nadal było splamione dużą ilością krwi, ale czuła się pewniej. Wróci do domu w jednym kawałku... Może pomijając jej biedne ucho.
Wychyliła głowę z ukrycia. Jej oczy napotkały Bursztynowego Brzaska, oraz... Pewną czarno-białą kotkę. Obserwowała ich przez parę uderzeń serca, a gdy kotka miała zamiar skoczyć na niezdecydowanego wojownika, wyszła spod ochrony liści. Może jeszcze na coś się przydać.
Tak cicho, jak potrafiła, zakradła się na samotniczkę od tyłu, prosząc w duchu, aby Bursztyn nie zdradził jej obecności. Skoczyła na barki łaciatej kocicy, która z lekkim opóźnieniem rzuciła się na wojownika. Jednak przez zamazany krwią wzrok chybiła, a jej pazury jedynie drasnęły łaciaty grzbiet. Kocica odwróciła łeb w jej stronę, nie wyglądają jednak na przejętą jej obecnością.
Okazało się, że nie tylko jeden ruch kocicy był dość nierozgarnięty. Mżawka mimo obolałego ciała z łatwością uchyliła się przed szczękami nadchodzącymi w jej stronę, sama wychylając się na bok i chcąc zadrapać kotce brzuch. Wółczęga jednak umknęła jej pazurom, odskakując do tyłu i fukając z gniewem. Zatoczyła się nieco, jednak jej łapy szykowały się do ataku; tak samo te Mżawki. Nie da jej za wygraną. Ociężałym ruchem zamachnęła się na bok kotki; każde naciągnięcie skóry na barkach piekło ją niemiłosiernie. Zostawiła na czarnymi futrze niewielką szramę, ale na tyle bolesną, aby kocica zapiszczała. Oczy łaciatej wypelnily sie gniewem. 
Nim zdążyła zareagować, samotniczka jakby obudziła się z transu i z podskokiem przyszpilila ją do ziemii. Jej pazury przeorały niebiesko-biały bok Mżawki; wojowniczka krzyknęła i zaczęła wić się w objęciach kocicy, która przytrzymywała ją zębami za kark. Oczy otworzyły jej się szerzej; czyżby czekała ją powtórka z wcześniej? Prędko jednak ktoś zepchnął z niej samotniczkę, a ona przeturlała się po trawie. Syknęła z bólu, zanim uchyliła powieki i ujrzała Baśniową Stokrotkę atakującą jej napastniczkę.
Gdyby mogła, odetchnęłaby z ulgą. Przyjaciółka przyszła walczyć u jej boku. Cofnęła się o parę kroków, i mimo krwi lejącej się z rany na brzuchu skoczyła na barki włóczęgi. Tym razem trafiła celnie. Wbiła pazury w skórę kocicy i uczepiła się jej tak mocno, jak mogła. Udało się jej wywołać krzyk z gardła kocicy, która próbowała ją z siebie strząsnąć. Nie udało się jej strząsnąć z siebie przeciwniczki; Mżawka mocno uczepiła się jej grzbietu, celowała nawet w łaciate uszy… Zacisnęła zęby na jednym z nich. Pociągnęła mocno i... Oderwała je. Korzystając z okazji, i zważając na fakt, że już opadała z sił, zadrapała jej także oczy. Powoli zaczynała się ześlizgiwać z futra kocicy, a w głowie jej się kręciło - posłała spojrzenie Stokrotce, aby spróbowała jeszcze raz. Starsza zamachnela się, ale kocica była szybsza i odsunęła się ostro w bok. Mżawka straciła równowagę. Spadła z grzbietu samotniczki. Syknęła, gdy jej zakrwawiony bok oblepił pył i piach; ale podniosła się, zamachując łapą w pysk kocicy. Chybiła. Tylne łapy obślizgnęły się jej na trawie, a ona sama zachwiała się... Nie zdołała nawet drasnąć czarnego futra. Korzystając z okazji, samotniczka rzuciła się na Stokrotkę. Ugryzła ją w łapę, na tyle mocno żeby ta jęknęła z bólu. Odepchnęła ją łapami, z oczami pełnymi nienawiści.
Wzdrygnęła się na jęk Stokrotki. Syknęła i wysunęła szczęki w stronę kocicy, obnażając zęby. Klapnęła zębami w stronę jej szyi. Zahaczyła o delikatną skórę; włóczęga momentalnie szarpnęła do tyłu. Obrzuciła rozedrganym spojrzeniem obie kotki i dała nogę w krzewy rosnące nieopodal. I tyle ją widzieli.
Spojrzała na stojącą obok Stokrotkę. Kremowa dyszała, podobnie jak ona sama. Była zmęczona, rany ją piekły. W głowie się jej kręciło.
— Idę poszukać Różanej Wonii — westchnęła, zachęcając koleżankę do pójścia z nią. Wojowniczka jednak rozejrzała się i pokręciła głową, odbiegając w poszukiwaniu najpewniej swojej rodziny. Ruszyła w przeciwnym kierunku; na medyczkę się nie natknęła, choć pod jej łapy prędko nawinął się inny kot. Pod jednym z krzewów napotkała zakrwawiony pyszczek Czyhającej Mureny; podeszła do niej i z trudem pochyliła się.
— Żyjesz? — szepnęła, a jedno oko kotki uchyliło się. — Chodź, trzeba znaleźć dla ciebie pomoc. Oczy księżniczki otworzyły się powoli.
Chciała pomóc kotce wstać, ale bezskutecznie. Obie były zbyt słabe aby poradzić sobie same; syknęła poirytowana i cofnęła się o krok.
— Nie dam rady, poczekaj tu — westchnęła, pomagając kotce położyć się ponownie pod krzakiem. — Spróbuję tu kogoś przyprowadzić.
Upewniła się, że Murena nie padnie trupem za parę uderzeń serca, po czym wyszła spod krzewu na wolną przestrzeń. Zmarszczyła nos. Pachniało śmiercią. Szła po pobojowisku, wytężając wzrok. Krajobraz nieco jej się rozmazywał, ale liczyła na to, że dojrzy którąś z medyczek. W końcu nie mogło być to tak trudne… Nie znalazła jednak ani Różanej Wonii, ani nawet Pierzastej Kołysanki. Powoli wróciła do miejsca, gdzie zostawiła młodszą - dała jej znać, że będzie czekać obok, i rozejrzy się po okolicy.
Gdy tak krążyła, jej wzrok powędrował do góry. Z szarych skał zwisały różne pnącza i inne zielone liście... Wyglądały sztucznie. Jakby ktoś je tam powiesił. Na reszcie skały przecież takiej roślinności nie było.
Oglądając się ostatni raz na pyszczek Mureny ruszyła w tamtym kierunku. Niezdarnie, sycząc z bólem wspięła się po mniej stromych kamieniach i obwąchała zieleń, chcąc może zobaczyć, co się za nią kryje... Lub czy może poznałaby na niej jakiś znajomy zapach.
Nie miała jednak wystarczająco siły, aby utrzymać się na kamieniach przez dłuższy czas; zapachy mieszały jej się w nosie i nie umiała rozpoznać, czy czuje cokolwiek nowego. Rośliny były też na tyle gęste, że nie udało jej się dojrzeć, co jest za nimi. Zeszła z powrotem na ziemię, prawie ześlizgujące się z omszonych kamieni. Udało się jej jednak złapać równowagę i po chwili wróciła do księżniczki, nadal się jednak rozglądając za kimkolwiek, bądź czymkolwiek. Murena nadal siedziała pod krzakiem; wojowniczka chciałaby sprowadzić dla niej pomoc, pomoc dla nich obu. Zajrzała pod krzew. Kotka wzięła głęboki wdech i ze zmrużonymi oczami uniosła się znad ziemi, spoglądając na Mżawkę.
— Dajesz radę? — spytała zmartwiona, jednak sama ledwo trzymała się na łapach. Ile by dała za drzemkę. — Nie wyglądasz dobrze. To znaczy... No wiesz. Nie brzydko, tylko że... Bardzo cię poharatał.
Murena łapą dotknęła swojego pyska, a w kącikach jej oczu pojawiły się łezki. Zacisnęła powieki i pokiwała powoli głową.
— Nie przypominaj mi nawet — wyrzęziła, uśmiechając się słabo. — Czy... czy znaleźliśmy już Zimorodek?
Pokręciła głową, krzywiąc się, gdy obraz rozmazał się jej jeszcze bardziej. Przynajmniej krew nie spływała jej już do oczu; większość ran zdążyła zaschnąć, a te poprzednie nadal owinięte były resztkami pajęczyny.
— Niestety nie — przyznała. — Chodź, poszukamy jej. Inni też się rozglądają. Widziałam twoich braci, też dołączyli do poszukiwań.
Księżniczka z wahaniem zrobiła kilka chwiejnych kroków w przód, rozglądając się. Wciąż miała zmrużone ślepia, a jej mordka całą posklejana była zaschniętą krwią; zresztą nie było to jedyne miejsce tak brudne.
— Widzisz coś? — zapytała nieco łamiącym się głosem.
— Niekoniecznie — westchnęła niebieska. Kątem oka zauważyła, jak łapy Mureny się uginają; szybko podparła ją barkiem, aby ta się nie przewróciła. Syknęła, gdy futro młodszej weszli w kontakt z jej rozoranymi barkami. Może ruszanie się z miejsca nie było dobrym pomysłem…
— W porządku?... — Księżniczka odsunęła się odrobinę od wojowniczki; w ten sposób tylko lekko stykała się z kotką krocząc tuż przy niej.
— Tak tak, nie martw się — westchnęła. Jednak kąciki jej pyszczka uniosły się lekko, gdy ciężar ustąpił.
Brnęły do przodu, powoli. Rozglądała się za czymkolwiek, co wyglądałoby dziwnie. Jakimkolwiek skrawkiem liliowego futra, czy zapachem ziół.
Po chwili oczom Mureny ukazał się tunel, przykryty gąszczem roślin. Powoli podeszła do kurtyny roślin, zajrzała do środka...
— Ah, byłam tam wcześniej. Jednak nie dałam rady wejść do środka, ani nic. Widzisz tam coś?
— Tylko więcej liści... — wymamrotała, niepewnie poruszając się do przodu. — Czuję zapach samotników.
Ruszyła za młodszą kotką. Mocny zapach ją zaniepokoił, a gdy księżniczka stanęła, to posłała jej czujne spojrzenie.
— Jeżeli nie czujesz się na siłach, to wyjdźmy — zasugerowała. — Obie jesteśmy ranne, zawsze można przysłać tu kogoś innego.
— Nie trzeba... Jest w porządku — odparła księżniczka, wchodząc głębiej do jaskini. Gdy ominęła wszystkie rośliny, przed nią pojawiał się niewielka jama, z jednej strony odgrodzona skałami, a z drugiej wodospadem.
— Mżawko... Tu coś jest
Zanim zdążyła podejść do przodu i zerknąć bliżej na to, co widzi jej towarzyszka, kiedy gdzieś z dołu rozległ się stłumiony krzyk. Murena postawiła uszy, a mordka pewnie by jej zbladła, gdyby mogła.
— Mżawko, poczekasz tu chwilę? — zapytała kotkę i odwróciła się, mijając ją niezdarnie. — Chyba... chyba ktoś mnie wołał.
Gdy Murena zniknęła, aby sprawdzić podejrzane wołanie, ona sama zajrzała w głąb jaskini. Rozejrzała się dookoła, próbując coś zobaczyć w półmroku. Eksploracje przerwało jej jednak pojawienie się Spienionej Gwiazdy, na powrót z Murena oraz teraz także Szałwiową Łapą i Stokrotką. Liderka wskazała na wejście do jaskini i zwróciła się do reszty.
— Bądźcie ostrożni i krzyczcie od razu, gdyby się coś działo. Ja i reszta będziemy czekać tu, na wypadek, gdyby przybyły posiłki i chciały zaatakować was od tyłu — powiedziała stanowczo do Baśniowej Stokrotki, Czyhającej Mureny, Szałwiowej Łapy i właśnie Mżawki. Dopowiedziała coś jeszcze szeptem, w stronę swoich krewnych… Ale tego już nie usłyszała.
Zbliżył się także do nich Lśniąca Ikra. Kocur zamrugał na jej widok i, zgodnie z rozkazem przywódczyni, ruszył w niedalekim odstępie od niej. Jaskinia była raczej przestronna, ale ich uwagę skupiły na sobie trzy korytarze na jednej z ścian. Wyglądały obiecująco, tylko który wybrać… Przegłosowano, że spróbują na prawo.
Podążyła za książętami, ufając ich decyzji. Nie poszczęściło im się jednak; już parę momentów później z cienia wyskoczyło przeraźliwe stworzenie, długie, futrzaste i gibkie - po czym zaatakowało stojącą na przodzie Baśniową Stokrotkę. Usłyszała jedynie krzyk i głuchy plask, jakby coś uderzyło o podłogę… A następnie warknięcia zwierza, gdy ten zniknął w pierwszej lepszej szczelinie. Stała, oszołomiona, obserwując, jak z pyska Stokrotki spływała krew.
Poczuła, jak Ikra posuwa się do przodu - ona to samo. Obejrzała pyszczek przyjaciółki, oglądając się dookoła gorączkowo, nie ufając, że bestia rzeczywiście gdzieś zniknęła. Przełknęła ślinę. Wcale się jej ta wyprawa nie podobała.
Wybrali kolejny tunel. Weszła z głową pochyloną nisko, jakby szykując się na kolejny atak; jednak ten nie nadszedł. Książęta zatrzymali się gwałtownie, jakby coś zobaczyli. Podniosła wzrok. Zaczęli coś mówić, ale nie skupiła się na treści ich wypowiedzi. Stała na tyłach, cicho.
Widziała poturbowane ciało Zimorodek, knebel w jej pyszczku i zaniedbane rany; widziała także nieznajomą postać obok. Nos sam jej się marszczył na okropny zapach, a głową zaczynała pulsować. Kocica odezwała się, Szałwiowa Łapa także. Jej słów zabrakło - stała jedynie obok syna z szeroko otwartymi oczyma. Książęta konwersowali z nowo poznaną “Zorzą”, w którą był wbity właśnie jej wzrok. Czarne futerko, z białymi łatkami… Była pewna siebie. Z rozmowy wynikało, że nie więziła Zimorodek specjalnie. Tylko jej pilnowała…. Niby pomagała. Zmarszczyła brwi.
— Wszystko w porządku? — Głos zmartwionej liderki poniósł się po korytarzu, wyrywając ją z zamyślenia. Gdy nie uzyskała odpowiedzi, zawołała po raz kolejny; bardziej stanowczo.
Murena rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię.
— Wszystko w porządku! — Po czym odwróciła się ponownie do medyczki. Nie mieli czasu.
Kotka wraz z Szałwiowa Łapą podniosła liliową, po czym wszyscy opuścili jamę, udając się w drogę powrotną. Zaczęła iść za resztą; jednak prędko poczuła na sobie czyjeś spojrzenie i odwróciła się. Włóczęga, teraz znana jako Zorza, pewnym krokiem podążała za nimi. Zatrzymała się. Przepuściła kotkę przed siebie, chcąc mieć na nią oko - nie chciała stracić ogona przez jej zęby, gdyby coś sobie ubzdurała.
— Jesteście! — zawołała liderka. Oczy zwróciły się na jej siostrzenicę. — Różana Woń! Zawołajcie Różaną Woń! — krzyknęła.
— Klanie Gwiazdy, czy wszyscy... Czy wszystko w porządku? — spytała, gdy Krabowe Paluszki i Kijankowe Moczary zabrali od nich kotkę — I... Kto to jest? — spytała, marszcząc brwi, gdy jej wzrok utkwił w dymnej kocicy, stojącej między resztą wojowników.
Dwójką książąt poprosiła liderkę na bok, najwyraźniej przedstawiając jej Zorzę. Nie wyglądali na przekonanych. Do samej włóczęgi za to podeszła Mandarynkowe Pióro i zaczęła z nią ostro konwersować… Uszy ją bolały od tych głośnych dźwięków. Usiadła gdzieś na skrawku trawy, kawałek od innych. Odetchnęła z ulgą, zaczynając wylizywanie rany na brzuchu - ślady po pazurach ciągnęły się przez większą część jej lewego boku, aż po zad. Czuła, że oprócz braku ucha jej pyszczek też jest zadrapany… O barkach nie wspominając. Skrzywiła się, gdy przejechała szorstkim językiem po poszarpanej skórze. Klanie Gwiazdy, jak ona będzie teraz wyglądać… Gdzieś z boku zrobiło się zamieszanie; podniosła wzrok.
Gdy tylko łaciata kita Zorzy, uciekającej gdzieś w gęstwiny, mignęła jej przed oczami, rzuciła się za nią w pogoń. Nie zadawała pytań, o co chodzi, ale słysząc krzyki złapała zębami jedną z jej tyłach łap i mocno pociągnęła, powalając samotniczkę na ziemię. Z wysiłkiem wbiła pazury w jej grzbiet, aby ta się nie szamotała.
Z tyłu dobiegło do niej wołanie Mandarynkowego Pióra, coś na wzór gratulacji. Dopadła do niej Nimfie Zwierciadło.
— Mżący Przelocie, nie puść jej! — zawołała, hamując przed przyjaciółką.
Po paru uderzeniach serca dobiegł do niej także Sterletowa Łuska, zahaczając pazurami o bok samotniczki. Łaciata głowa prędko opadła na trawę, a jej ciało zwiotczało. Odetchnęła, gdy szarpania Zorzy ustały. Jej boki nadal unosiły się w oddechach, ale nie próbowała już uciekać... Upadek sprawił, że straciła przytomność. Zeszła znad jej ciałka i stanęła obok, krzywiąc się. Gwałtowne ruchy sprawiły, że jej barki zaczęły piec na nowo, a zaschnięte rany ponownie jej dokuczały.
Nimfa przylgnęła ciasno do jej boku, zlizując spływająca jej po barku krew.
— Byłaś dzielna — pochwaliła ją — Chodź, niedaleko widziałam pajęczyny. Różana Woń ma teraz dużo na głowie, a to przynajmniej zatamuje krwawienie — zaoferowała.
Pokiwała głową i uniosła lekko kąciki pyszczka. Oparła ciężar na boku przyjaciółki, dając się zaprowadzić gdzieś pod skalną ścianę; ktoś podszedł już do ciała Zorzy, na wypadek, aby obudziła się i ponowiła próbę ucieczki.
Wojowniczka usadziła ją gdzieś i zebrała łapą garść pajęczyn z szczelin między kamieniami. Zbliżyła się i ostrzegając ją wcześniej, oczyściła lekko rany na jej głowie i zaczęła owijać siecią pozostałości po jej uchu. Robiła to delikatnie, ale Mżawka i tak syknęła parę razy… Zyskiwała przepraszające spojrzenia. Wbiła wzrok w oczy Nimfy, skupione z powrotem na pracy. Ładnie błyszczały w świetle księżyca. Ślicznym, niebieskim kolorem. Uśmiechnęła się lekko… Musi jej to powiedzieć przy lepszych okolicznościach. Chociaż, może to zmęczenie płata jej figle i podsuwa śmieszne myśli do poharatanego łebka.
Spieniona Gwiazda ponownie zaczęła przemawiać. Złożyła hołd poległym wojownikom - Zmierzchającej Zatoce i Nartnikowemu Czułkowi - oraz oznajmiła, że od tej pory tereny te należą do klanu Nocy.
Zmrużyła oczy z zadowoleniem. Cieszyła się wraz z innymi. Wygrali. Może skończyła trochę poharatana - trochę bardzo - to chociaż wygrali.
Jednak szczęście przerwały im kolejne krzyki, dobiegające z jaskini. Wyłonił się z niej Lśniąca Ikra, prowadząc ze sobą trzymana przez Kijanka postawna samotniczkę. Szylkretowa kryza na jej szyi sprawiała, że kocury miał chyba problemu z utrzymaniem jej w miejscu; a z pyska kotki leciały siarczyste obelgi. Jeden z jej synów zaczął tłumaczyć, że znaleźli ją w gdzieś ukrytą, a Spieniona Gwiazda podeszła z nią porozmawiać. Zastrzygła uszami, nieco zmartwiona i zirytowana, że chaos się nie skończył. Włóczęga przedstawiła się. “Wężyna”. Także należała do grupy… Rodzina liderki zaczęła się naradzać, wszyscy zdawali się ze sobą zgadzać, że należy domagać się sprawiedliwości, cokolwiek miala by ona oznaczać. Kocica mogła posiadać przydatne informacje. Wężyna zaczęła protestować; na początku wojowniczka pomyślała, że zaczyna wciskać jej jakąś baję, że jest niewinna i nie ma o niczym pojęcia. Jednak gdy usłyszała wzmiankę o ciąży, o kociętach, trochę zwątpiła. Liderka pozostawiła decyzję społeczności.
Głos zabrała Mandarynkowe Pióro, a także Czereśniowy Pocałunek; Mżawka poczuła wobec włóczęgi pewien rodzaj współczucia. Co, gdyby to jej kiedyś nie przyjęto do klanu? Musiałaby sobie ze swoimi dziećmi poradzić sama, a nie posiadając umiejętności polowania ani niczego, było to by dość trudne.
— Nie można zostawić jej samej sobie — udzieliła się w końcu stanowczym głosem. — Nie poradziłaby sobie. I Czereśniowy Pocałunek ma rację, odrzucenie mogłoby się na nas odbić. Kto wie, ile jeszcze ich się chowa w tym lesie.
Większość klanu okazała się jednomyślnie zgodzić na oferowanie schronienia Wężynie i jej dzieciom. Czereśnia i Murena dostały polecenie eskorty włóczęgi, i już mieli wracać… Zanim jej syn nie odezwał się ponownie. Odsłonił drobną, ciemno pręgowana koteczkę. Młodą. Znalezioną gdzieś za skałami, w zamknięciu… Ta także została oczywiście przygarnięta między ich szeregi; dziecku opieki się nie odmawia.
Więcej niespodzianek już ich nie spotkało, toteż po ukończeniu roboty przy wodospadzie ruszyli w drogę powrotną. Trzymała się u boku Nimfiego Zwierciadła, obserwując także Syreni Lament na przedzie; nie była jeszcze świadoma, co się koleżance przytrafiło. Nastał kolejny dzień, wszyscy mieli nadzieję, że lepszy, niż ten, który właśnie pozostawili za sobą. Bez strat i bez bólu.
W drodze do obozu jej nowe oblicze mignęło w tafli wody, przystanęła. Przełknęła ślinę. Przynajmniej przykładna z niej wojowniczka.

13 kwietnia 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mewiego Puchu

Martwiła się. Mewa zachowywał się dziwnie. Obco, jakby im nie ufał. Jakby to ona była dla niego obca. Jeszcze wczoraj wszystko było w najlepszym porządku. Teraz... Już chyba nie.
Toteż żołądek się jej ścisnął, gdy nie odpowiadał na jej zapytanie. Zawołała jeszcze raz, miększym głosem.
— Mewo?
Brak odpowiedzi. Łaciaty skulił się sam w sobie, gdy podeszła o kroczek bliżej. Parę kotów, które jeszcze pozostały w obozie posłało im nieodgadnione spojrzenia. Przełknęła ślinę i spróbowała kolejny raz.
Nie zdążyła jednak dokończyć zdania. Wojownik podskoczył jak oparzony i nim zdążyła mrugnąc, wybiegł z obozu. Stała tam przez moment, zaskoczona, zanim popędziła za nim.
— Mewo! — zawołała za nim, zatrzymując się jednak na brzegu rzeki, podczas gdy on przeprawił się niezdarnie przez wodę. Już miała popłynąć za nim, nadal oszołomiona, gdy o jej barki otarł się jeden z synów. Wzdrygnęła się, odrywając wzrok od znikającego między drzewami ogona Mewy. Kijankowe Moczary spojrzał w jej oczy, niepewnie. Otworzyła pyszczek aby zadać mu pytanie, ale zamknęła go po chwili. Co? Dlaczego, co się stało? Oriental nadal spoglądał na nią z pewnym rodzajem skruchy. Zmarszczyła brwi. 
— Mamo — zaczął, strzepując ogonem i uciekając gdzieś wzrokiem. — Ja... On wróci niedługo. Musi coś sobie przemyśleć.
Zmartwiona odwróciła głowę z powrotem w stronę lasu, tam, gdzie zniknął Mewa. Przełknęła ślinę, zamyślając się - żeby to dziecko jej coś tłumaczyło... To ona powinna brać odpowiedzialność. Zaraz, chwilka... Ocknęła się. Co Kijanka miał z tym wspólnego?
— K-kijanko, o co chodzi? — głos nieco jej się załamał, ale stanęła prościej. Emocje coś ostatnio bardzo nią targały. Nic dobrego się u nich w klanie nie działo... Miała nadzieję, że po mianowaniu Mewiego Puchu wszystko wyjdzie na prostą, ale chyba musiała się mylić.
— No... No wiesz.
— Nie, nie wiem.
— Ostatnio spytał mi się, dlaczego nie wygląda tak jak my. Wzięło go na jakieś rodzinne tematy. Był zainteresowany, to mu powiedziałem wprost, że jest adoptowany — wzruszył ramionami, spuszczając jednak wzrok. — Nie wiedziałem, że tak się tym przejmie. W końcu...  Nie znał tej, jak jej było... Kazarki.
Zastygła w miejscu na moment. Zamrugała parę razy, ogarnął ją wstyd. Zawsze unikała tego tematu. Nie to, że był niekomfortowy, tylko... Nie wiedziała, jak to przekazać. Jak to ubrać w słowa. Nie chciała Mewie mówić, że jego prawdziwa mama go zostawiła. Może z miłości, może dlatego, że nie dałaby rady podróżować z dwójką dzieci. Pokręciła głową. Ale ona też umiała go kochać. Umiała się nim opiekować, odpowiadać na jego głupie pytania i opowiadać bajeczki na dobranoc. Była tym wszystkim, czym mogłaby być jego mama. Toteż siedziała cicho, licząc, że młody nigdy nie zacznie kwestionować swojego pochodzenia. Mogła się jednak tylko łudzić.
— Kijanko, wiesz, że... To trochę nie na miejscu. 
— A co mu miałem powiedzieć? Trzeba... Trzeba było zająć się tym wcześniej!
Spuściła spojrzenie. Dreszcz przeszedł jej po karku, gdy odwróciła się z powrotem w stronę obozu. 
— Nie mów mi, jak mam wychowywać dzieci — szepnęła, nie siląc się na nic głośniejszego. — I proszę, nie mieszaj się w takie tematy. 
Będąc całkowicie szczera, nie miała najmniejszego pojęcia, jak powinna wyglądać jej relacja z dziećmi. Powinna być ostra, sztywna, czy słodzić kociakom miękkimi słówkami i zabawą? Naśladować własną matkę, czy inne kocice z klanu? Czasami, gdy stawały przed nią dzieci ze swoimi różnymi problemami, liczyła na to, że ktoś poprowadzi ją za łapkę, krok po kroczku, i zajmie się nimi. Nią też ktoś mógłby się zająć.

***

Gdy usłyszała głos wracającego patrolu, od razu podniosła wzrok, szukając wśród nich łaciatego futerka. Mewa wpatrywał się w ziemię, popychany przez Pluskający Potok. Ożywiła się nieco, jednak serce jej się ścisnęło na jego smętną minkę. Gdy dwójka prowadzących go wojowników oddaliła się trochę, podeszła bliżej. Bródka jej zadrżała; zatrzymała się tylko parę kroków od łaciatego.
— Mewo... — zaczęła cicho.
Wojownik skulił się w sobie. Jego wąsiki drgnęły, a uszka położyły po kwadratowej główce. Przełknęła ślinę i usiadła obok.
— Nie rób tak więcej. Proszę. Porozmawiaj ze mną — głos się jej załamał. — Spójrz na mnie.
Podszedł do nich Siwa Czapla. Zaczął coś mówić, ale szybko skończył, wyczuwając sztywną atmosferę. Przeprosił i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Delikatnie owinęła syna od tyłu ogonem. 
Najpierw podskoczył, później podniósł wzrok na jej łapy. Po pyszczku spływały mu łezki.
— Przepraszam — bąknęła niepewnie. Mewa zastygł w miejscu, jakby nieco zaskoczony. Jego uszka zadrgały, ale nie złączył z nią spojrzenia. — Ja... Wszystko ci wytłumaczę, dobrze?
Poczuła, jak lekko kiwa głową. Przysunęła się o kroczek bliżej i odwróciła wzrok.
— Chyba wiem, co się stało... Rozmawiałam z Kijanką. Bardzo mi przykro, że t-to on Ci powiedział, a nie ja. 
Cisza. Westchnęła, uspokajając się nieco. 
— Przygarnęłam Cię, gdy byleś mały. Bardzo mały — kontynuowała. — Znałam Twoją... Mamę tylko przez parę wschodów słońca. Pani Kazarka, bo- bo tak się nazywała, musiała jednak opuścić klan. Podobno zrobiła coś bardzo złego. Ale nie wiem, czy akurat z tym się zgadzam — przywołała do siebie tamte wydarzenia. Nie wiedziała wiele - ale pamiętała, że kocica pachniała dwunożnymi. Osobiście, nie było to dla niej coś złego... Ale przecież w kodeksie była zasada. Aby nie korzystać z ich pomocy. Czy ona też była tą złą, skoro ocierała się o ich bezwłose nogi w prośbie o jedzenie? Mimo tego, że wtedy jeszcze o tych zasadach nie wiedziała? — Odeszła w podróż, wraz z... Wraz z Twoją siostrą. Więc ktoś musiał się Tobą zająć, prawda? Skoro już zapewniałam jedzenie Siwej Czapli, no i Kijance i Ikrze, to nie mogłam cię zostawić na pastwę losu. 
Mewa drgnął u jej boku, a jego żółte ślipia w końcu spojrzały na jej pyszczek.
— Nie mówiłam Ci wcześniej, bo... Bałam się. Jak zareagujesz. W końcu wszystko było tak fajnie, nie chciałam, abyś się zamartwiał...

<dziecko? stop drama time>

30 marca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

*timeskip, księżyc później*

Gwiazdy powoli pokazywały się na szarym niebie, gdy siedziała wraz z Ciemką na plaży. Słońce zdążyło już zajść, barwiąc horyzont na lekkie pomarańcze i róże. Gdy spoglądała na przyjaciółkę, mogłaby przysiąc, że i na jej srebrnym futerku odbijają się śliczne kolory. Siedziały tak już przez dłuższy czas, gdy skończyły się tematy, na które mogły by rozmawiać. Żadnej z nich to nie przeszkadzało.
Medyczka podniosła spojrzenie na niebo, gdzie powoli zaczął pojawiać się księżyc. Przypatrzyła się blademu sierpowi, a Mżawka podążyła w jej ślady.
— Jest śliczny, prawda?
— Prawda — przytaknęła jej cicho koteczka. — Niedługo spotkanie medyków...
Połączenie faktów zajęło jej moment, ale prędko podchwyciła temat.
— Może to okazja, aby i twoja siostra została medyczką? — zaproponowała — Powiedz mi... Czy jest to straszne przeżycie? Ja na pewno bałabym się kontaktować z przodkami...
Oczy srebrnej zaiskrzyły lekko.
— To wręcz cudne przeżycie — westchnęła, pochmurniejąc jednak lekko. — Ale nie mogę ci dużo powiedzieć. To by było... Nieodpowiednie.
— Oczywiście, rozumiem — zapewniła ją szybko. — W  takim razie, mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić. Pozdrów siostrę ode mnie!

***

Przewróciła się na bok na swoim posłaniu, próbując zmrużyć oczy choć na moment. Westchnęła, czując, jak niepokój kłębi się jej w brzuchu. Niczym chmara motyli. Lub bardziej natrętnych much z ich drobnymi skrzydełkami. Ściskały jej wnętrzności, nieprzyjemnie łaskocząc po bokach. Dlaczego? Nie miała przecież powodów do strachu. Ani do obaw. 
Oparła głowę o mech i wbiła spojrzenie nieobecnych oczu w liściaste sklepienie legowiska. To na pewno nic. Nie miała powodów do niepokoju, musiała się po prostu przespać. Tak czasami chyba było.

***

Może jednak miała powody do niepokoju. Siedziała między drzewami, obserwując granice z klanem Klifu. Ta, na którą czekała, nie zjawiała się już przez długi czas. Nerwowo polizała wargi, patrząc na plaże, nie należącą już do jej terytorium. Wypatrywała Ciemki, mrużąc powieki i wytężając wzrok. 
Nawet gdy słońce zniknęło, porwane falami morza, po srebrnej koteczce nie zauważyła nawet śladu. Wolała nie myśleć, dlaczego się nie pokazała, chociaż na krótką chwilkę - w końcu na pewno była zajęta, tak sobie to tłumaczyła. Mimo to w krańce jej umysłu wkradały się gorsze scenariusze, których nawet nie chciała wymawiać na głos, aby przypadkiem nie zapeszyć.
Gdy łapki zaczęły jej marznąć, a zimny wiatr zmierzwił futro, podniosła się z ziemi. Rzuciła ostatnie, smutne spojrzenie w stronę klifów i odwróciła się. Zaczęła powolnym krokiem zagłębiać się w las, kierując się do obozu. Może zobaczy ją na następnym zgromadzeniu i rozwieje swoje wątpliwości.

***

Nie spotkała jej na zgromadzeniu, jednak nie poddawała się i jeszcze raz wybrała się w drogę do ich miejsca spotkań. Miała nadzieję, że tym razem przyjaciółka uraczy ją widokiem swojego pysia i zapewni, że nic się jej nie stało. Że była zapracowana, zajęta pomaganiem chorym i opieką nad klanem.
Późne promienie słońca ogrzewały jej grzbiet, tworząc także wzorki na trawie, gdy przebijały się przez korony drzew. Wyciągnęła w ich stronę pysk, licząc, że ich blask rozświetli trochę jej myśli. Po niedługim czasie dotarła na granice, decydując się usiąść miedzy kępami wysokiej trawy. Pospiesznie wyczyściła futerko próbując ukoić nieco swoje nerwy, jak i podekscytowanie. Czas nieco jej się później dłużył, ale słońce nadal pozostawało raczej wysoko na niebie, więc miała go dużo. Bardzo dużo.
Zrezygnowała z wpatrywania się w klify i majaczące nad nimi chmury, bo jeszcze jej imaginacja ujrzałaby tam przedwcześnie futerko przyjaciółki i rwałaby się na powitanie niepotrzebnie. Uznała, że mogłaby zapolować. Przydać się na coś, może Ciemka będzie głodna. Zaczęła skradać się między krzewami i węszyć uważnie. Już po krótkim czasie pod łapy nawinęła się jej drobna mysz, którą prędko złapała. Podniosła głowę ze zdobyczą w szczękach i odwróciła się, zabierając ją na poprzednio zajęte miejsce i odłożyła, podniosła głowę... I zastygła w miejscu.
Pyszczek zaczął się jej radować na widok przyjaciółki. Od razu podskoczyła do nie, uśmiechając się szczerze, patrząc jej w oczy... Zamarła na moment. Prześliczne, blade ślepia medyczki, niczym dwie gwiazdki, były zamglone i nieco nieobecne. Niegdyś ostre źrenice rozmyły się księżycowo białym blaskiem.
— Ciemko..? — głos jej zadrżał, mimo, że tego nie chciała. Przysunęła się o kroczek bliżej. — Jak ja cię dawno nie widziałam... Dlaczego? Co ci się stało... Moja droga? Ktoś Cię skrzywdził? Oh, Ciemko — miauknęła przestraszona, a jej wąsy zadrżały.

<psiapsia?>

08 marca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Czereśniowej Łapy (Czereśniowego Pocałunku)

*timeskip, dzień patrolu z Czereśnią*

Zaprowadziła najmłodszą wojowniczkę do lecznicy. Czereśnia nie odezwała się ani słowem, drżąc lekko jedynie, gdy opierała się na barku niebieskiej. Złote oko, to nie zaklejone krwią, spoglądało niepewnie do przodu. Wyglądała na rozedrganą. Zresztą nic dziwnego.
Różana Woń prędko usadziła koteczkę na ziemii i rozpoczęła oczyszczanie jej ran oraz futra ze szkarłatu. Zimorodek znikła gdzieś w głębi legowiska, za poleceniem starszej medyczki. W stronę szylkretki zostało skierowane parę pytań. Ta tylko skuliła się nieco. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz, a brwi Róży zmarszczyły się. Zwróciła spojrzenie na Mżawkę, która udzieliła jej potrzebnych informacji. Nie wiedziała o żadnych innych urazach, to też przekazała medyczce. 
Do legowiska zajrzała liderka, za nią parę ciekawskich kotów. Oddech Czereśni przyspieszył. Zacisnęła powieki. Przed jej łapy zostały podsunięte nasionka maku. Przełknęła je szybko; Różana Woń skierowała ją na wolne posłanie.
— Mżący Przelocie? — głos Spienionej Gwiazdy, przyciszony, dobiegł do niej z tyłu.
Odwróciła się, skinęła głową. 
— Hm?
— Chciałabym, abyś dołączyła do mnie i Nimfiego Zwierciadła w moim legowisku. Gdy Czereśniowy Pocałunek się obudzi, skonsultujemy się również z nią.
— Oczywiście.

***

Wsunęła się do legowiska wojowników. Zmęczona. Zmęczona gadaniną z liderką, zmęczona całym dniem. Usiadła na posłaniu i przetarła łapą oczy. Chciała odpocząć, ale nie wiedziała, czy liczyć na spokojną noc. Nie miała wyrzutów sumienia, ale nerwy jej nie opuściły.
Nimfa weszła tuż za nią. Cały czas przygnębiona. Podążyła wgłąb i położyła się na posłaniu nieopodal. Zmrużyła oczy. Ostatnie promienie słońca wpadały do środka przez liście i trzciny, a na zewnątrz nadal mogło było słychać gwar rozmów o śmiechów. Poszła w ślady przyjaciółki i opuściła głowę na posłanie. Zmęczenie pulsowało na jej skroniach. Skrzywiła się i zamknęła ślipia. Wzięła głęboki oddech i przeciągnęła się. Jej ciało przyjemnie zapadało się w świeży mech. Czuła, jak jej myśli powoli cichną. Liczyła na spokój, szybkie zaśnięcie...
Usłyszała, jak kotka obok przewraca się w drugą stronę. I kolejny raz, i jeszcze jeden. Później zapadła cisza. Czuła, jak ktoś na nią patrzy. Uchyliła jedno ślipie. Tak, jak się spodziewała, Niebieskie oczy Nimfy wędrowały po ścianach legowiska, zatrzymując się na niej. Zamruczała cicho, zwracając jej uwagę. Łaciata ocknęła się nieco, jej źrenice wyostrzyły się i odwróciła spojrzenie.
Mżawka nie odezwała się ani słowem. Wzrok Nimfy już ani razu na niej nie spoczął. Zanim zasnęła jednak, nie do końca świadoma, co robi, przysunęła ogon bliżej posłania starszej wojowniczki. Spoczął on oparty o jej łaciaty bok, podrygując leniwie. Może oddech łaciatej przystał, zaskoczony, ale nie skupiła się na tym za bardzo. Jej głowa zapadła się głębiej w mech, powieki opadły, nieco zbolałe.
Pisk samotniczki ponownie wypełnił jej uszy. Stała nad nią, przerażona. Patrzyła, jak z śnieżnobiałej szyi ścieka krew-
Otworzyła ponownie oczy. Dawno zapadła ciemność, legowisko wypełniło się klanowiczami. To tylko zły sen. Nimfa westchnęła głęboko. Jej ogon spoczywał na tym Mżawki. Na moment chyba złączyły spojrzenia, ale nie była pewna. Gdyby nie zmęczenie, pewnie by się zmartwiła... Westchnęła i rozluźniła barki. Musi się wyspać.

***

Po mianowaniu jej syna miała wrażenie, że czas lekko zwolnił. Miała go więcej.
Nadal jednak musiała pokazywać się na patrolach, polować, więc coś jednak pozostało takie samo. Po tych ponad piętnastu księżycach była zaskoczona, jak dużo czasu mogła spędzać ze znajomymi bądź samotnie, a nie na treningach. Pozytywnie zaskoczona.
Tak więc spędzała więcej czasu z innymi. Rozmawiała, jadła, zapraszała na spacery, gdy czuła się dobrze. Nadal miała dni, bądź chwile, w których nie czuła się całkowicie sobą, ale wszystko zmierzało ku dobremu. 
Zajrzała do wojowniczego legowiska. Zbliżał się zmrok, sama dopiero wróciła z patrolu. Zastała tam siedzącą pod ścianą Czereśniowy Pocałunek. Uśmiechnęła się do niej lekko, zamrugała leniwie. Młodsza wojowniczka podskoczyła lekko, wyrwana z zamyślenia. 
— Witaj, Czereśnio — przysiadła nieopodal. Ziewnęła i posłała jej przepraszające spojrzenie. — Albo wolałabyś "Czereśniowy Pocałunku"? Miałam sprawdzić, co u Ciebie, już jakiś czas temu... Jak się trzymasz?

<Czereśnio?>