TW: Przemoc
TAAAK! Jaśminowiec wreszcie zgodziła się na mój test! Zrobię WSZYSTKO, by w końcu zostać wojownikiem! By Guziczek i Kurka byli dumni!
– Gronostaju. Pokazałeś swoją wartość i dowiodłeś, że jesteś gotów, by podejść do testu. Oczywiście, test jest wyłącznie przypieczętowaniem całości szkolenia, a nie jego zamiennikiem, musisz więc…-
– Tak! Tak! Tak! – podskoczyłem trzykrotnie na moich krótkich łapkach. – Wiem przecież, nooo! Ale co będę robił, Jaśminowiec? Walczył z… z… POTWOREM? Albo… albo z… gigantycznym… psem?!
– Będziesz patrolował granicę, Gronostaju. Całą noc, od zmierzchu do świtu. Nikt nie może cię zobaczyć. Zaczniesz od podążania rzeką — ale nie musisz do niej wchodzić.
No, ja myślę! Gdyby jeszcze mi kazała włazić do tej lodowatej wody, to chyba bym zbojkotował całe to przedsięwzięcie. NIENAWIDZĘ być mokry.
– Pójdziesz wzdłuż Wrzosowej Polany i Śliwowego Gaju, przejdziesz przez Konający Buk i dalej drogą grzmotu. Potem zawrócisz.
– Usz! Nie zawiodę! – tupnąłem łapką, podkreślając wagę moich słów.
Może i zadanie jest proste (inna sprawa, że adekwatne do moich możliwości). Ale to jedynie oznacza, że wysiłek, który w nie włożę, musi zostać skondensowany! Zintensyfikowany! Muszę się wykazać…
– Żaden samotnik nie wkroczy na nasze terytorium na mojej warcie! Tak spatroluję całą granicę, że nawet mysz się nie prześlizgnie! Chociaż… to by się przydało akurat, prawda, Jaśminowiec? A nawet… duuużo myszy. Tak! Te z kolei… jakoś tu zapędzę, na pewno! Kotka zaśmiała się, po czym ponownie przybrała poważny wyraz pyska.
– Pamiętaj, Gronostaju. Bycie wojownikiem to nie tylko walka z przeciwnikami. Musisz zapamiętać, że każdą walkę, jaką kiedykolwiek stoczysz, stoczyć musisz dla kogoś. Bez tego, walka jest po prostu bezsensowną bijatyką. Musisz też pamiętać, że czasem wygrana to nie zwyciężenie wroga. Musisz nauczyć się też podejmować trudne decyzje i być na nie gotowy. To jest prawdziwa odwaga.
***
Gdy tylko zapadł zmrok, wyruszyłem z obozu, w stronę rzeki granicznej. Przemykałem między drzewami i przeskakiwałem przeszkody niczym cień. Unikałem pasm światła księżycowego, by potencjalny przeciwnik nie był w stanie mnie dostrzec. Co jakiś czas przystawałem, ukryty za gęstym krzewem, nasłuchując. W ten sposób w powolnym tempie przemierzyłem całą długość rzeki i Wrzosowej Polany — skupiony na zadaniu jak zawsze. W trzech susach przemierzyłem całą długość Konającego Buku i znalazłem się bezpiecznie po drugiej stronie. Na szczęście brzeg rzeki między nią a rozlewiskiem nie namokł aż tak bardzo po zimowych roztopach. Mogłem więc pozostać suchy.
Nie udało mi się jednak dojść za daleko. Niespodziewanie zacząłem słyszeć niepokojące dźwięki. Głośne piski i desperackie młócenie łapami w wodzie.
Wzdrygnąłem się. Poczułem zalewającą mnie falę zimna.
Odruchowo przypadłem do ziemi i zwróciłem głowę w stronę rzeki. Od strony drugiej, węższej odnogi rzeki dało się dostrzec średniej wielkości, rudy kształt… zwierzę… kot…? Chyba… chyba wpadł do wody. Inny kot.
Zamarłem w bezruchu, mój ogon miotał się nerwowo na boki. Kształt w wodzie poruszał się coraz bardziej chaotycznie i z większą siłą, ale ja wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, nim jego mięśnie się poddadzą, a on zatonie. Woda to nie żarty.
Jeżeli wpadnie do głównego nurtu, nie będzie już dla niego ratunku.
Ale woda…
Jestem w miarę lekki, powinienem utrzymać się na powierzchni…
Woda jest…
Muszę pomóc, to mój obowiązek.
Mokra.
Nie wygram… nie zdam tego testu, jeśli nie pomogę. Jak ktoś potrzebuje pomocy, należy pomóc. Tak mówią zasady… w sumie wszystkie, jakie istnieją.
Zanim zdążyła zalać mnie kolejna fala odrazy i wizji mojego mokrego futerka, przywierającego do skóry, odbiłem się tylnimi łapkami od ziemi i wskoczyłem do wody. Gdy tylko moje ciało zetknęło się z cieczą, poczułem, jak rozsadza mnie obrzydzenie. Oczy piekły mnie z irytacji, ale brnąłem dalej przez wodę. Prąd szybko porwał mnie w miejsce, gdzie odnoga rzeki się rozdwajała i gdzie za chwile miał pojawić się topielec. Zamierzałem złapać się brzegu moimi krótkimi, silnymi łapkami, zaczekać aż kot dopłynie do mnie i wciągnąć go na ląd.
Wbiłem pazury w ziemię i trzymałem z całych sił. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż w pewnym momencie poczułem w buzi krew. Tylko w co ja się ugryzłem…?
Nagle poczułem, jak boleśnie mocno chwytają się mnie łapy, zakończone długimi, ostrymi pazurami. Syknąłem cicho.
Wyczołgałem się z trudem na brzeg, łapa za łapą. Udało się. Całe to szkolenie się opłaciło… heh…
Mokry. Mokry. Cały jestem…
Otrzepałem się gwałtownie.
Wzdrygnąłem się i powtórzyłem czynność.
Na drżących łapach podniosłem się i spojrzałem na…
Huh.
Otworzyłem szeroko oczy. Zamarłem.
To… to nie jest kot.
Na ziemi przede mną leżał długi, rudy, podłużny kształt. Lis.
– Lisi pchlarz… – syknąłem, ustawiając się w pozycji bojowej, gotowy wrzucić rudzielca z powrotem do rzeki.
Narażałem życie… i moje suche futerko tylko po to, by wyciągnąć z wody… to.
Ale… z lisem coś było nie tak. Nie ruszał się. Początkowo myślałem, że zmęczyła go walka z prądem rzeki, ale… jego łapy wygięte były pod dziwnymi kątami. Żebra jakby wklęsłe w miejscach, gdzie powinny być wypukłe a wypukłe tam, gdzie naturalnie są wklęsłe… a z jego pyska sączyła się krew. Powoli. Dopiero gdy adrenalina i irytacja nieco ze mnie zeszły, poczułem ten zapach. Zapach potworów i drogi grzmotu.
Potwór… musiał go zaatakować na moście nad rzeką. Wpadł do wody.
Jego klatka unosiła się gwałtownie, nieregularnym rytmem, świszcząc niepokojąco raz po raz.
Nic mu już nie pomoże. I tak jest już pokonany…
Wyraźnie cierpi.
Syknąłem z irytacji i otrzepałem się jeszcze raz. Nie ważne. Zostawię go tu i niech… niech umrze sobie! Usz! Głupi futrzak!
Usiadłem.
Zacząłem ostrożnie wylizywać moje futro, próbując nieco się osuszyć.
Zerknąłem na lisa. Nie odrywał ode mnie tych swoich lisich, cwanych ślepi.
– Na co się gapisz, co?! – warknąłem.
Ponownie przeszedł mnie dreszcz. Zapchlona woda…!
Już miałem się podnieść i odejść, kiedy w głowie rozbrzmiały mi słowa Jaśminowiec.
Wygrana nie oznacza pokonania wroga, co? Trudne decyzje, mówisz?
Zmarszczyłem nieco brwi. Zrobiłem kilka niepewnych kroków w stronę lisa. Krew powoli wyciekała na mokrą trawę spomiędzy jego zębów, ale jego oczy pozostawały tak samo świadome, jak u lisów, które widziałem dotychczas. Nie tak powinno się umierać. Umierać należy z honorem! W walce! A nie… tak. Nie… długo. Powolnie. Świszcząc płucami i krwawiąc z pyska.
Nic innego mu nie pomoże.
Zacisnąłem mocniej szczękę.
– Usz! Dobra, słuchaj! Lisie! Zaatakuj mnie! Dalej! Wtedy ja cię pokonam honorowo i… i umrzesz tak, jak należy! Słyszysz mnie?!
Lis nawet się nie poruszył. Nie odrywał ode mnie wzroku. Czułem, jak ten wzrok wwierca mi się głęboko w moją duszę.
Syknąłem w irytacji.
– Okej! Nie to nie. Ja cię zaatakuję i ty możesz… możesz mi oddać, tylko tyle! Znieważyłeś mnie! Przez ciebie jestem mokry, a ja… JA nie daruję takiej zniewagi! Musisz… – mój głos nagle stał się piskliwy. Odchrząknąłem – …MUSISZ WALCZYĆ! NIE DAM CI TAK…!
Pacnąłem lisa w jego całkiem przemoczony, ubłocony ogon, który wydawał się najmniej naruszoną częścią jego połamanego ciałka.
Zwierz pisnął nieco głośniej, ale nadal nie zaatakował! Tchórz! Co za tchórz się nie broni!
W tym momencie wiatr nieco wzmógł się, przesuwając lisi ogon w moją stronę, niemal dotykając moich łap.
Ten lis jest tak tchórzliwy, że…!
– O… okej! Uznaję to za atak z twojej strony! To Wszechmatka zesłała ten wiatr, rozumiesz? Daje ci możliwość honorowej śmierci! Szybkiej…
Zamilkłem.
Nie powinien cierpieć… Nie tak długo… nie tak…
Wpatrywałem się chwilę w lisa.
Wsłuchiwałem się w szept wiatru.
Księżyc schował się za chmurami.
Jednym ruchem przegryzłem lisią krtań.
***
O świcie wkroczyłem do obozu jako zwycięzca.
Moje łapy drżały niekontrolowanie. Pysk cały miałem w zastygłej krwi. Futro pokryte pancerzem z zaschniętego błotem, w którym się wytarzałem, nie mogąc znieść uczucia mokrego futra. Skóra poraniona od kamieni, które przykryte były błotem — przez przypadek cały się nimi poraniłem.
Jaśminowiec czekała na mnie przy wejściu do obozu. Gdy mnie zobaczyła, zmarszczyła nagle brwi.
– Gronostaju, co ci się przydarzyło? Czemu jesteś cały w błocie? – spytała, zaniepokojona.
– Wpadłem do wody. Błoto pochłania wilgoć.
– A ta krew? – przechyliła głowę na bok, szybko podchodząc bliżej.
– Polowałem – odparłem.
– Chyba dużo musiało być tej zwierzyny. Gdzie ją masz?
– Wszechmatka ją zabrała.
Minąłem ją i skierowałem się w stronę legowiska uczniów.
[1305 słów]
Test na wojownika
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz