BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwaliowa Mielizna x Klekocząca Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwaliowa Mielizna x Klekocząca Łapa. Pokaż wszystkie posty

08 kwietnia 2026

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Konwaliowej Mielizny

Dzień uwięzienia rodziny stokrotkowej

Wpatrywał się w grupę kotów, która nagle została wywołana i okrzyknięta zdrajcami. Klekotek znał te koty, z niektórymi nawet dzielił legowisko jeszcze za czasów, kiedy trenował pod okiem Algowej Strugi. Nigdy nie wydawali mu się niebezpieczni czy podejrzani, zwłaszcza taki Konwaliowa Mielizna, który emanował wręcz tym dojrzałym spokojem i wojowniczą siłą ducha. Rozmawiali nieco, niedużo, ale wystarczająco, aby książę mógł nakreślić sobie swoją własną opinię na temat liliowego. W tej opinii słowo "zdrajca" raczej nie występowało. Nawet jeden raz. O ile o Rozpromienionym Skowronku nie wiedział prawie nic, tak Borówkową Słodycz znał przecież od maleńkości i chociaż nigdy za nią szczególnie nie przepadał, to kotka nie zdawała się być niebezpieczna czy szkodliwa, podobnie jej pociechy. Ale Klekocząca Łapa wiedział, że to nie jego zdanie na ten temat ma znaczenie i niekoniecznie zależało mu na tym, aby bronić sprawiedliwości. Nawet jeśli zdziwiła go ta nagła decyzja, to zwyczajnie miał to wszystko gdzieś. To nic nie zmieniało w jego życiu, w żaden sposób w nie nie ingerowało, a jeśli uwięzienie tych kotów miało sprawić, że babka i reszta rodu, czy nawet całego klanu, poczują się lepiej i bezpieczniej za ścianami obozu, niech więc tak będzie, niech siedzą zamknięci na wyspię. Chciał już odejść i zająć się czymś pożytecznym lub przynajmniej udawać, że się tym zajmuję. Przez moment złapał jednak kontakt wzrokowy z Konwaliową Mielizną. Ten nadwyraz stoicki i opanowany kocur był teraz szczerze zadziwiony i zaszokowany. Biały nie uciekł spojrzeniem na bok, nie pokazał też otwarcie jakiejkolwiek skruchy, przeprosin względem swojej rodziny. Niebieskie ślepia szukały odpowiedzi w pysku księcia, ale ten nie był w stanie mu żadnej dać; nie wiedział więcej niż skazaniec. 
"A jeśli faktycznie są zdrajcami, to może to właśnie oni mają większe pojęcie…" — pomyślał i przeniósł oczy na swoje łapy. Nie miał już ochoty tutaj siedzieć. Nie miał ochoty rozwodzić się na tym, czy decyzja jego babki była dobra, zła, pochopna czy przemyślana. Liczyło się tylko to, że była to decyzja lidera, a z nią nie ma sensu dyskutować, nawet jeśli nie robi się tego wyłącznie dla własnego spokoju i ignorancji. 
"To nie moja sprawa. To nie ja zostałem wysłany na wyspę. To nie ja jestem więźniem skazanym na potępienie przez swoją rodzinę" — tłumaczył sobie. To, co Klekotek wiedział od najwcześniejszych momentów swojego życia, to to, że rodzina, w której się urodzisz, kształtuje twoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie będzie ci się podobać. Jako książę nie mógł decydować o swoim życiu do takiego stopnia, jak chciał. On płacił cenę. Oni też muszą. To ta sama sytuacja, tylko wyegzekwowana w nieco inny sposób. 
Ostatecznie po prostu wstał, otrzepał ogon i bez słowa wrócił do lecznicy, gdzie po chwili pojawiły się też Różana Woń i Gąbczasta Perła. Kotki bardziej przejęły się ową sytuacją i dyskutowały zażarcie o tym, czy wcześniej zauważyły coś podejrzanego w zachowaniu kotów, które od teraz miały zamieszkiwać wiezienną wyspę. Klekocząca Łapa nie brała udziału w tej rozmowie; nie miała nic do dodania. Usiadł jedynie w kątku i wrócił do swojego poprzednio przerwanego zajęcia. 

Koniec sesji

04 marca 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Klekoczącej Łapy

Przeszłość

Młody wojownik widział wyraźnie, że coś niepokoiło ucznia oraz wolał zmienić temat rozmowy. Liliowy nie protestował, w końcu nie miał powodu, by to robić.
— Cóż, parę księżyców temu raczej nie marzył, żem o byciu wojownikiem, lecz jeśliś nie jest z rodu, to nie mam w tym wątku głosu — wyjaśnił. Nie chował już urazy do Mandarynkowej Gwiazdy, lecz żal, że musiał podążać taką, a nie inną ścieżką wciąż w nim głęboko był zakorzeniony. Nie obwiniał nikogo o wybory liderki, w tym Klekotka, lecz miał wrażenie, że ten nie jest do końca zadowolony z nowej roli w klanie. — Co do zwierzyny i patroli to raczej wszystko w normie, przynajmniej ja nic niepokojącego nie dostrzegłem. Może starsi wojownicy coś widzieli, lecz nie ja.
Czarny van jedynie skinął głową i nieco zmieszany, wodził wzrokiem po swoich łapach, przy których spoczywała ryba. Właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że zapewne przeszkodził księciu w posiłku.
— Ach, chyba żem ci w posiłku przeszkodził. Sam pójdę coś zjeść, smacznego — powiedział i po nieco nieśmiałym pożegnaniu przez pomarańczowookiego, odszedł lekkim krokiem w stronę źródełka, obok którego znajdowała się dziupla na zwierzynę. Z racji trudniejszego sezonu, liliowy zdecydował się na drobną ukleję, która niemal całkowicie została przysłonięta przez świeższe piszczki i zapomniana przez innych Nocniaków.
Delikatnie, wręcz z szacunkiem pochwycił rybę w swe zęby, by następnie odejść do legowiska wojowników, gdzie ze swojego posłania tuż przy wejściu miał idealny widok miejsce, z którego się oddalał. Może i lawenda nie kwitła w czasie pory nagich drzew, lecz smętne łodygi kołysane przez mroźny wiatr też go w jakiś sposób satysfakcjonował i jednocześnie wyciszał niemal wszystkie myśli, pozwalając niebieskookiemu na skupieniu się na jednej czynności, posiłku.

«★»

Wieczór przed zabraniem na wyspę

Pora zielonych liści dała o sobie znać wraz z coraz cieplejszymi dniami, które dla Konwalii z długą sierścią były istnym koszmarem w czasie Wysokiego Słońca. Najchętniej, by pozostał w legowisku wojowników lub przebywał w wodzie. Liliowy jednak uważał, że cel, jakim było wyżywienie klanu, uświęcał środki, a jego sposobem na unikanie nieprzyjemnego gorąca było wychodzenie na patrole rano lub wieczorem, kiedy to słońce nie paliło aż tak. Pozostały czas spędzał na rozmowach ze Złocistym Widlikiem lub spokojnej obserwacji centrum obozu, które miał wręcz na wyciągnięcie łapy z legowiska. Zdarzało się też, że zamienił parę słów z Borówkową Słodyczą, Słodką i Korzenną Łapą, rzadziej z Tojadową Kryzą — kocur odnosił wrażenie, że jego ojca prawie w ogóle nie było w jego życiu. Fakt, kiedy rodzeństwo było jeszcze kociętami to kiedy mógł, to odwiedzał swoje potomstwo, jednakże teraz? Konwaliowa Mielizna prędzej mógł się z nim minąć w legowisku lub na patrolu, nic więcej tak naprawdę.
Właśnie wracał z ostatniego patrolu tego dnia, kiedy to biała jak śnieg kotka rozmawiała z rudym wojownikiem. Niebieskooki przystanął w miejscu, z uwagą obserwując swoich rodziców — z jakiegoś powodu wolał nie podchodzić, czekając, aż dwójka zakończy swoją wymianę zdań, co nastąpiło po dłuższej chwili. Syn Wężynowego Kła odszedł do legowiska, natomiast córka Rysiego Boru pozostała w dotychczasowym miejscu, co liliowy wykorzystał.
— Matko — zaczął, informując starszą o swojej obecności. Ta, kiedy tylko ujrzała syna, od razu miękko się do niego uśmiechnęła, co on sam także uczynił. Po krótkim przywitaniu biała dała znak ogonem, by ten podążał za nim. Po krótkim marszu w ciszy przycupnęli ogon źródełka.
— Mój kochany synu, coś się stało? — spytała, jakby wyczuwając, że coś ciąży na sercu rozmówcy.
— Martwię się o siostry — odparł, omijając temat Tojadowej Kryzy.
— Niepotrzebnie — wymruczała, kładąc ogon na grzbiecie młodszego jako oznakę wsparcia. — Niedługo dołączą do nas, do legowiska wojowników i może razem będziemy chodzić na patrole. Takie rodzinne wyjścia poza obóz.
— Pięknie brzmi, ale tylko brzmi — powiedział pod nosem, obserwując spokojną taflę źródełka. — Czemu Dryfująca Bulwa i Baśniowa Stokrotka odeszli od nas? — spytał niespodziewanie.
— Jesteśmy jedynym klanem, w którym władza jest dziedziczona oraz występuje jawna dyskryminacja przez resztę członków ze względu na kolor sierści — wyjaśniła, przenosząc spojrzenie na bezchmurne niebo, które przybierało barwę Srebrnej Skóry.
— Przecież nimi też, by się nadawali na przywódców… A wygląd nie definiuje kota — zauważył, nieco ściągając brwi i kierując uszy do tyłu.
— Pamiętasz, jak Kotewkowy Powiew opowiadała wam o powstaniu kotów o danych maściach? — Konwalia skinął głową na potwierdzenie. — Dużo Nocniaków uważa to za swego rodzaju prawdę.
— Czyli piastunki wpajają kociakom nienawiść do bliźnich…? — zapytał, chcąc się upewnić we własnych wnioskach.
— Tak to wygląda, jednak to wszystko zapoczątkowała Srocza Gwiazda, która objęła władzę po obaleniu poprzedniej przywódczyni-tyranki. Nic jednak nie wskazuje na to, by to przekonanie uległo zmianie.

«★»

Następny dzień

Z samego rana nim zdążył się sam wybudzić ze snu, ktoś szturchnął go łapą w bok. Wybudzony przedwcześnie, uchylił ciężkie powieki, by ujrzeć nad sobą sylwetkę któregoś z wojowników. Nie wiedział do końca, kto to był, gdyż twardy rozkaz skutecznie odwrócił jego uwagę od poznania tożsamości Nocniaka.
— Wstawaj. — Zdziwiony nie oponował, podnosząc się na łapy. Miał właśnie przeciągle ziewnąć i zapytać, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy to został popchnięty do wyjścia. — Idziemy. — Kolejny rozkaz i coraz więcej pytań w głowie. Liliowy nie wiedział, co się mogło dziać, lecz dostrzegając kątem oka białe futra Borówkowej Słodyczy i Rysiego Boru, przeczuwał, że coś zdecydowanie leży na rzeczy. Oprócz tego do grona wyprowadzanych dołączył jeszcze brat wojowniczki i we czwórkę poprowadzeniu ku wyjściu z obozu, a następnie w stronę jednej z wysepek. Wszystko to odbywało się w ciszy, jednak tylko z zewnątrz, gdyż w środku Konwaliowa Mielizna krzyczał i rzucał się, jak ryba wyciągnięta na brzeg.
“O co w tym wszystkim chodzi?!” — jego myśli kotłowały się w głowie, tworząc jeszcze większy chaos i zamęt. Mimo to pysk kocur nie wyrażał nic innego niż spokój i może zdziwienie — dawkowanie w ukazywaniu emocji było przydatną umiejętnością, szczególnie w klanie, który mógł cię nienawidzić tylko z powodu odmiennego umaszczenia, na które i tak nie ma się wpływu.
— Czy może ktoś wyjaśnić, o co chodzi?
— Czemu zostaliśmy wyciągnięci z legowiska?
— Dlaczego tu trafiliśmy?
Niepokój i żądza poznania prawdy rosła wśród nastrojów trójki wojowników. Nurtujące pytania opuszczały ich pyski niemal bez zastanowienia, nawet Konwalii udzielił się nastrój pozostałych. Jego ogon nerwowo przecinał powietrze za nim, a pędzelki na końcówkach uszu co jakiś czas gwałtownie były wprawiane w ruch.
— Z rozkazu Mandarynkowej Gwiazdy zostaliście uznani za prawdopodobnych zdrajców i zagrożenie dla klanu, dlatego będziecie tutaj przetrzymywani na czas bliżej nieokreślony. — W końcu jeden z jak się okazało, strażników udzielił im wypowiedzi, która wręcz mroziła krew w żyłach.
“Jak to oskarżeni o zdradę i zagrożenie dla klanu? Przecież… Ciężko pracowałem na miano wojownika! Chwila… Co z Korzonek i Słodką?!” — panika coraz bardziej ogarniała jego ciało, a lęk o siostry przyćmił inne obawy i pytania.

<Klekotku, może ty coś wiesz?>

25 stycznia 2026

Od Klekoczącej Łapy CD. Konwaliowej Mielizny

Dni były krótkie, zimne... smutne. Chłód nadciągał od rzeki, otaczając obóz swoimi ciasnymi ramionami. Koty wracały do niego pokryte kryształkami lodu, które zdążyły utworzyć się na ich futrze podczas krótkiej drogi do wejścia. Łapy oblepione grubym, migoczącym śniegiem tworzyły swoisty rodzaj obrony przed zimnem, a niektórzy uczniowie zdawali się próbować stworzyć jak największą warstwę puchu na swoich nogach. Mimo zimna, mimo mroku wszyscy zdawali się być szczęśliwsi od niego.
Klekocząca Łapa marzł bardzo prędko. Nie miał długiego, grubego futerka swojej babki czy matki. Był smukły, okryty jedynie krótką, delikatną warstewką sierści, która o ile świetnie pomagałaby mu podczas zimowych polowań, tak była całkowicie bezużyteczna, kiedy przesiadywał całymi dniami nad ziołami w niezbyt szczelnym legowisku. Dygotał delikatnie niemal cały czas, a Gąbczasta Perła uparła się, że musi codziennie zażywać zioła wzmacniające, bo nie doczeka Pory Nowych Liści, jeśli dalej będzie tak reagował na najmniejszy spadek temperatury. Dodatkowo nie miał na nic ochoty. Starał się, oczywiście, ale nie ze względu na siebie czy swoje ambicje. Robił to z przyzwyczajenia. Przykładał ogromną wagę do treningu wojownika, więc nie mógł teraz inaczej potraktować tego, nawet jeśli żadna z jego części nie sprawiała mu przyjemności. Białe łapki były dokładne, ale jego myśli zdawały się odlatywać gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nurt nosi dzikie, wielkie łososie. Jedynym czym próbował zakryć smutek na pyszczku, był wyraz zawziętego skupienia, kiedy Różana Woń kazała mu ćwiczyć bandażowanie różnych kończyn na Fląderce. Starsza medyczka wydawała się też zdecydowanie mniej przejęta jego kiepskim humorem; nie przeszkadzało to kocurkowi, wolał to nawet od tego zatroskanego wyrazu mordki Gąbki, który w środku rozpalał w nim prawdziwy ogień wściekłości.
"To jej wina. To był jej pomysł. To przez nią nie jestem wojownikiem" — Tego był pewien. Różana Woń sama w sobie nie wybrałaby go na ucznia, nie zmusiłaby go do tego, nawet jeśli to przez jej wiek, to wszystko się stało. Nie był niemiły dla asystentki, nawet jeśli widział w niej powód swoich wszystkich nieszczęść. Nie był niemiły dla nikogo. Dla kotów, za którymi nie przepadał był jedynie... oschły i zdystansowany, ale musiał przyznać przed samym sobą, że dystans, jaki postawił między sobą i nową mentorką był... zatrważający, niemal niemożliwy do pokonania.
— To liść maliny... Są trochę zmrożone, ale... — Nie dokończył. Wydało mu się to bezsensowne. Po co podkreślać, że coś jest wciąż zdatne do użytku? Gdyby nie było, nie podawaliby tego chorym. Algowa Struga siedziała pod wyplecioną ścianą lecznicy. Nie powiedziała zbyt wiele, jedynie opisała swój ból głowy, z którym na szczęście (lub nieszczęście) Klekocząca Łapa potrafił sobie jak najbardziej poradzić bez pomocy innych, starszych medyków.
— Już się tyle nauczyłeś? — zapytała kocica, unikając jednak wzroku dawnego terminatora. — Wiedziałam, że sobie poradzisz... Jesteś bardzo mądry, na pewno szybko zostaniesz mianowany.
Nie odpowiedział. Wziął do pyska mech, który podał wcześniej księżniczce, aby się nawodniła.
"Bóle głowy często są oznaką jedynie odwodnienia lub głodu, który był maskowany zbyt długo. Najlepiej najpierw podać wodę i odesłać kota do dziupli ze zwierzyną, ale nie głupio zrobić to razem z podaniem liści maliny lub wrotyczy maruna. Taki zestaw jest niemal całkowicie skuteczny" — rozbrzmiewał głos Gąbczastej Perły sprzed kilku dni.
— Klekocząca Łapo... Proszę, nie miej do mnie żalu. — Słowa dawnej zastępczyni uderzyły w niego niczym wartki, zwalający z nóg nurt rzeczny. Był wdzięczny Przodkom, że akurat był odwrócony do niej tyłem i nie widziała, jak zaciska zęby, aby powstrzymać się przed płaczem. — Wiem, że byłbyś wspaniałym wojownikiem... Ale wiem też, że będziesz nadzwyczajnie dobrym medykiem...
Musiał wbić pazury w zmrożone podłoże. Spiął mięśnie i zamarł w całkowitym bezruchu. Nie był w stanie odpowiedzieć; wielka gula stanęła mu w gardle. W końcu kotka westchnęła smutno. Słyszał, jak wstawała, słyszał, jak zatrzymała się jeszcze przy samym wyjściu, aby na niego zerknąć. Wiedział, że widziała, jak sztywne jest całe jego ciało.
— Dziękuje, Klekocząca Łapo... — mruknęła i zostawiła go.

Posprzątał, zbierając resztki maliny i odkładając je do składziku. Był głodny, ale musiał poczekać, aż wróci przynajmniej jedna z medyczek. Różana Woń wybrała się do kociarni, aby sprawdzić stan kociąt tej podejrzanej samotniczki, którą przyprowadzono jakiś czas temu. Klekotek nie wiedział, co ma o nich sądzić, ale był pewien, że nie ufał do końca ich matce. Gąbczasta Perła za to miała obejrzeć ich jedyną starszą. Kocurek miał nadzieje, że żadne z tych odwiedzin nie zajmie zbyt długo. Co jakiś czas wyglądał na obóz, aby w razie czego minąć się z którąś z kocic.
W końcu ujrzał, jak Róża przemyka przez wyjście ze żłobka i spokojnym krokiem przechodzi krótki dystans, dzielący go od lecznicy. Kocurek wyszedł i skinął jej łbem. Nie czekając na odpowiedź, podbiegł do konaru, skąd zabrał niewielką rybkę. Odszedł z nią na bok, nie chcąc za bardzo rozmawiać z żadnym kotem. Niestety... Niemal w tym samym momencie, w którym przysiadł, dojrzał Konwaliową Mieliznę, który już truchtał prężnie w jego stronę.
— Klekocząca Łapo! — zawołał wojownik, uśmiechając się nieco. Zazdrość ścisnęła białą pierś. Syn Borówki był od niego tylko nieco starszy; wychowali się razem, byli niemal na równi.
"Ale to Konwalia został wojownikiem, a nie ty... I nigdy nie zostaniesz" — mruczał zawistny głos w jego głowie. Położył po sobie czarne uszy, ale próbował nie pokazywać niezadowolenia czy złości.
— Dzień dobry — mruknął nieco zbyt chłodno.
— Jak twoje samopoczucie? Nie pogratulowałem ci jeszcze. Czy jesteś zadowolony z twej nowej roli w klanie? — zapytał grzecznie, sadowiąc się obok księcia. Klekotek poczuł, jak gula znów zbiera mu się w gardle. Wiedział jednak, że o ile Algowa Struga mogła zrozumieć, jak ogromny ból ta cała sytuacja sprawia kocurkowi, tak nie będzie to ogólna wiedza.
— T-tak... — Udało mu się wykrztusić niepewnie. Nie chciał, żeby Klan Nocy widział w nim niewdzięcznego podrostka. Wiedział, że bycie medykiem to zaszczyt i ogromna odpowiedzialność, której, zwłaszcza tutaj, nie można łatwo pozyskać dla siebie. — Jestem wdzięczny i... i ciesze się, że obdarzono mnie takim zaufaniem... — zamilkł, przełykając ślinę najciszej, jak tylko mógł. Musiał odsunąć rozmowę od swojej osoby; nie wiedział, ile jest jeszcze w stanie znieść bez łez. — A ty? Ile jest zwierzyny? Czy patrole coś niepokoi?

<Konwalio?>
[980 słów - trening medyka + wyleczenie NPC]

[Przyznano 20% + 5%]

Wyleczeni: Algowa Struga

20 stycznia 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Klekoczącej Łapy

Przeszłość, niedługo po mianowaniu kocura na wojownika

— Algowa Struga dużo mnie chwali, ale nie wiem, czy nie robi tego, abym poczuł się pewniej. Mógłbym zapytać mojej mamy, wiesz, ją też uczyła. Na pewno umiem już dłużej pozostawać pod wodą i łapie lepsze ryby. Ostatnio złowiłem taką, której łuski mieniły się jak tęcza. Była bardzo ładna... Chciałbym zobaczyć wszystkie ryby na świecie, albo żaby i węże… — przyznał van, a na pysku wojownika pojawił się niewielki uśmiech.
— Ciekawe marzenie Klekocząca Łapo oraz pełne odwagi. Ja będąc niewiele młodszym od ciebie, żem chciał zostać ogrodnikiem w klanie, lecz Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała inaczej. Początkowo było mi to w niesmak, gdyż w jednej chwili cała nadzieja została zgaszona, jednakowoż teraz jestem dumny z tego, kim jestem — mruknął Konwalia. — Choć może to dzięki Zmierzchającej Fali. Algowa Struga zapewne też jest wspaniała jako mentorka, dlatego też, jeśli się zastanawiasz czy te pochwały są jedynie, byś poczuł się lepiej, to zapytaj ją. Na pewno udzieli Ci odpowiedzi.

Teraźniejszość

Od patrolu w towarzystwie Algowej Strugi, Klekoczącej Łapy i Zmierzchającej Fali minęło parę księżyców, a w tym czasie nieco się pozmieniało w Klanie Nocy. Odejście dwójki starszych, przybycie samotniczki w ciąży, narodziny trójki kociąt oraz mianowanie nowych uczniów, a także śmierć jednego z nich.
Konwaliowa Mielizna w zamyśleniu obserwował kołysane na wietrze pędy, które w porze nagich drzew nie miały na sobie fioletowych kwiatostanów. Kocur miał wrażenie, że cała przyroda przybrała szare i ponure szaty, próbując także zarazić koty dołującym nastrojem — w przypadku liliowego było to zauważalne, choć ukrywał to pod niechęcią do wychodzenia z obozu oraz zanurzania się w lodowatej wodzie. W taką pogodę o wiele łatwiej się przeziębić przez mokre futro oraz przemarznąć do szpiku kości.
Wraz z kolejnym powiewem wiatru, poczuł, jak zimne powietrze szczypie go w nos — był to minus posłania zaraz przy wyjściu, lecz wojownik nie miał zbytnio, co narzekać. Lubował się w większy odosobnieniu niż inni, dlatego też był gotów ponieść skutki tego, włącznie z warunkami pogodowymi, które częściej go dotykały.
Wtem na widok znajomego vana, podniósł głowę z gęstego ogona, w którym przed chwilą schował swój nos.
— Klekocząca Łapo! — zawołał, czując nagła potrzebne ucięcia krótkiej rozmowy z uczniem. Był ciekaw jak sobie radzi w nowej roli oraz czy młodszy tego chciał, czy może była to decyzja Mandarynkowej Gwiazdy — w końcu tylko koty z rodu mogły zostać medykami, więc każdy potomek był wręcz na wagę złota.

<Klekocząca Łapo?>

09 stycznia 2026

Od Klekoczącej Łapy CD. Konwaliowej Mielizny

Lubił poranne patrole. Lubił rano wstawać. Lubił przyglądać się budzącemu się światu, który powoli rozbrzmiewa swoim własnym, różnorodnym śpiewem. Kładł się spać stosunkowo wcześnie, raczej unikając wieczornych rozmów czy wybryków innych uczniów, o ile nie był do tego absolutnie zmuszony (a raczej nie bywał), a więc za każdym razem, gdy Algowa Struga delikatnie budziła go, kiedy słońce ledwo zaczynało świtać, był wystarczająco wypoczęty, aby przywitać ją z uśmiechem na pysku.
Dzisiejszy patrol nie był aż tak wczesny, co nie znaczy, że Klekocząca Łapa był do niego jakoś negatywnie nastawiony; ogólnie nie był niezadowolony z możliwości spaceru po klanowych terenach. Przez ostatnie wschody słońca coraz rzadziej zdarzało się, że robili coś mniej praktycznego. Więcej pływali, więcej polowali, zwłaszcza na ryby czy na ptaki w liściastych koronach, aby połączyć łowy z treningiem wspinaczki. Zaczynał czuć się niemal tak samo pewnie, nieważne czy przebywał w cieniu wysokiej trawy, między zimnymi, rzecznymi nurtami, czy w wysokich, opromienionych gałęziach. Chociaż tak szybki progres w jego szkoleniu napawał go satysfakcją, a zapewne i niesamowicie cieszył Algową Strugę i Czyhającą Murenę, nie mógł uciec przed wrażeniem, że wszystko idzie mu jakoś za prosto. Wszyscy inni zdawali się mieć, chociaż nieco pod górkę, a on? Nie mógł na nic narzekać, nic nie wydawało się być w złym miejscu, nikt nie był dla niego niczym łuska wbita pod pazur... wszystko było iście idealne. Zbyt idealne. A jeśli nauczył się czegokolwiek ze swoich licznych, długich obserwacji, to było to to, że w życiu nic nie jest idealne. Chociaż jego otoczenie było spokojne i bezpieczne, chociaż spał na świeżym mchu każdej nocy, skryty przed krzywdami w legowisku rodu, nie mógł nie odwracać się co chwile, mając wrażenie, że zaraz wydarzy się coś, co skruszy tą całą iluzję perfekcyjnego świata.
Myślenie o tym, co może się wydarzyć, towarzyszyły mu i teraz. Wyślizgnął się zgrabnie z rzecznego koryta, otrzepując się pośpiesznie, próbując również pozbyć się przy tym natrętnych scenariuszy. Pomógł mu w tym głos Konwaliowej Mielizny, który znalazł się przy jego boku.
— Witaj Klekocząca Łapo. Jak tam twe postępy pod okiem Algowej Strugi? — spytał grzecznie liliowy kocur. Młodszy przez moment był zbity z tropu. Nie spodziewał się, że drugi go zaczepi. Nie rozmawiali zbytnio, nie bez faktycznego powodu lub sposobności; takiej, jak właśnie przykładowo wspólny patrol czy nieco rzadziej trening.
— O-o... Dzień dobry — zaczął wciąż nieco niezręcznie. Cieszył się jednak, że Konwalia nie zagadał go tylko po to, aby się z nim przywitać. Nienawidził, kiedy koty tak robiły. Nie potrafił nigdy wymyślić, co ma zrobić, aby nie zakończyć całej interakcji na powitaniu. — Wydaję mi się, że jest w porządku... Musiałbyś zapytać Algowej Strugi, ona by ci na pewno powiedziała więcej, mi ciężko określić czy faktycznie jest różnica w tym, jak wspinałem się na drzewo wczoraj, a księżyc temu...
— Ale pytam ciebie, Klekocząca Łapo. Trening i progres to nie tylko to, co widzi twój mentor, ale też jak ty czujesz się z zadaniami, które ci daję — powiedział kocur. Chociaż niebieskooki nie był od niego wiele starszy, miał wrażenie, że słowa, które mówi, są znacznie mądrzejsze i bardziej przemyślane niż te, które wypadają z jego mordki. Przez moment mu nawet tego pozazdrościł, ale pomyślał potem, że wtedy zapewne więcej kotów chciałoby z nim niepotrzebnie rozmawiać, a tego by chyba nie zniósł na dłuższą metę.
— W takim razie... hm... — zamyślił się na moment, a Konwaliowa Łapa spokojnie czekał, dotrzymując mu kroku. Nie było łatwo tak ocenić swoje postępy. Zastanawiał się przez moment, czy ocena czyiś postępów jest równie trudna. Jeśli tak, to bycie mentorem wcale nie było takie łatwe, jak mu się wydawało na pierwszy rzut oka. — Algowa Struga dużo mnie chwali, ale nie wiem, czy nie robi tego, abym poczuł się pewniej. Mógłbym zapytać mojej mamy, wiesz, ją też uczyła. Na pewno umiem już dłużej pozostawać pod wodą i łapie lepsze ryby. Ostatnio złowiłem taką, której łuski mieniły się jak tęcza. Była bardzo ładna... Chciałbym zobaczyć wszystkie ryby na świecie, albo żaby i węże...

<Konwalia?>
[653 słowa]

[Przyznano 13%]

21 grudnia 2025

Od Konwaliowej Mielizny Do Klekoczącej Łapy

Liliowy powoli wdrażał się w nowe obowiązki jako wojownik, choć te zbyt dużo się nie różniły od tych uczniowskich. A nawet jeśli w jego zakres nie wchodziło doglądanie starszych, to nadal to robił z lekkim uśmiechem na białym pysku. Można powiedzieć, że w czasie tych pięciu księżyców dojrzał i już nie był tym dawnym, naburmuszonym kociakiem, który miał dość całego świata, ponieważ Mandarynkowa Gwiazda zgasiła jego płomień nadziei na pozostanie ogrodnikiem Klanu Nocy. Teraz Konwaliowa Mielizna czuł dumę, że jednak poszedł w ślady rodziców, nawet jeśli nie z własnej woli, a Zmierzchająca Fala okazał się wspaniałym mentorem, z którym starał się cały czas utrzymywać dobry kontakt.
Obecnie był najmłodszym wojownikiem, gdyż dopiero kolejna po nim była Kropiatkowa Skórka i Zmierzchająca Fala. Jedynym jeszcze tak młodym kotem, jak on był pewien złocisty piastun, który doglądał trójki kociąt, w tym kolejnej czekoladowej kotki w klanie.
“Dwa mioty z rzędu z czekoladowymi kotkami, przodkowie chyba coś planują” — pomyślał, przeciągając się niespiesznie na legowisku. Odkąd został wojownikiem, czuł, jakby w jego życiu zapanował spokój, którego przez połowę dotychczasowego swojego życia nie mógł w pełni zaznać. Podnosząc się do pozycji siedzącej, potrząsnął głową, tym samym wprawiając w ruch długą kryzę na szyi, która okalała jego głowę oraz od tyłu nachodziła, tworząc grzywkę. Ta była zawsze zaczesana do tyłu z dwoma kosmykami luźno opadającymi do przodu. Liliowa szata zawsze z rana była nieskazitelna, idealnie ułożona, pozbawiona możliwych naturalnych dodatków w postaci mchu z posłania. Cały ten obraz się utrzymywał, dopóki wojownik nie opuszczał obozu, by udać się na patrol lub polowanie. Były to jego dwa główne obowiązki, lecz nie narzekał na jakąkolwiek monotonność. Miał wrażenie, że lubi wszystko, co powtarzalne, niezmienne, jak jego zobowiązania jako pełnoprawny wojownik Klanu Nocy.
Pochłonięty nieco przez myśli przystąpił do porannej pielęgnacji liliowej sierści. Było to jego rutynowe rozpoczęcie dnia, którego jak dotąd nie zdarzyło mu się jeszcze pominąć. Wszystko miał idealnie wyliczone co do każdego uderzenia serca — to ile mógł poświęcić czasu na bezczynne leżenie w legowisku, wpatrywanie się w lawendy przy źródełku i jak długo mu zajmie oporządzenie się przed wyjście. Nagle skarcił siebie w myślach, wyczuwając pod językiem teksturę mchu. Z nieco zmrużonymi oczami pozbył się niewielkiego kawałku rośliny, zastawiając się jakim cudem mógł coś pominąć podczas wyjmowania z plątaniny sierści nieproszonych dodatków. Zastrzygł prawym uchem, na którego końcu kołysał się pędzelek, wprawiany w ruch nawet najmniejszym podmuchem wiatru.
Jego rutyna została nieco zachwiana i ponownie przejrzał sierść, by już nie musieć później przejmować się kolejnym elementem otaczającej go przyrody. Ze skupieniem powrócił do układania sierści, aż efekt nie był dla niego zadowalający. Kiedy to nastąpiło, mógł w końcu wyjść z legowiska wojowników i dołączyć do zbierającego się porannego patrolu. Dziś ten był dość skromny, gdyż szedł Konwaliowa Mielizna, Zmierzchająca Fala oraz Algowa Struga z Klekoczącą Łapą, czyli najmłodszym członkiem rodu. Van był niewiele młodszy od niebieskookiego wojownika, jednak w Klanie Nocy hierarchia opierała się także na rodzie królewskim. Dlatego też liliowy z każdym przywitał się poprzez skinienie głowy, w którym było widać pełen szacunek wobec każdego członka patrolu.
— Witaj Klekocząca Łapo. Jak tam twe postępy pod okiem Algowej Strugi? — spytał, kiedy tylko pokonali wodę, wychodząc na suchy brzeg. Jako pierwsi szła księżniczka i dymny wojownik.

<Klekocząca Łapo?>