Dzisiejszy patrol nie był aż tak wczesny, co nie znaczy, że Klekocząca Łapa był do niego jakoś negatywnie nastawiony; ogólnie nie był niezadowolony z możliwości spaceru po klanowych terenach. Przez ostatnie wschody słońca coraz rzadziej zdarzało się, że robili coś mniej praktycznego. Więcej pływali, więcej polowali, zwłaszcza na ryby czy na ptaki w liściastych koronach, aby połączyć łowy z treningiem wspinaczki. Zaczynał czuć się niemal tak samo pewnie, nieważne czy przebywał w cieniu wysokiej trawy, między zimnymi, rzecznymi nurtami, czy w wysokich, opromienionych gałęziach. Chociaż tak szybki progres w jego szkoleniu napawał go satysfakcją, a zapewne i niesamowicie cieszył Algową Strugę i Czyhającą Murenę, nie mógł uciec przed wrażeniem, że wszystko idzie mu jakoś za prosto. Wszyscy inni zdawali się mieć, chociaż nieco pod górkę, a on? Nie mógł na nic narzekać, nic nie wydawało się być w złym miejscu, nikt nie był dla niego niczym łuska wbita pod pazur... wszystko było iście idealne. Zbyt idealne. A jeśli nauczył się czegokolwiek ze swoich licznych, długich obserwacji, to było to to, że w życiu nic nie jest idealne. Chociaż jego otoczenie było spokojne i bezpieczne, chociaż spał na świeżym mchu każdej nocy, skryty przed krzywdami w legowisku rodu, nie mógł nie odwracać się co chwile, mając wrażenie, że zaraz wydarzy się coś, co skruszy tą całą iluzję perfekcyjnego świata.
Myślenie o tym, co może się wydarzyć, towarzyszyły mu i teraz. Wyślizgnął się zgrabnie z rzecznego koryta, otrzepując się pośpiesznie, próbując również pozbyć się przy tym natrętnych scenariuszy. Pomógł mu w tym głos Konwaliowej Mielizny, który znalazł się przy jego boku.
— Witaj Klekocząca Łapo. Jak tam twe postępy pod okiem Algowej Strugi? — spytał grzecznie liliowy kocur. Młodszy przez moment był zbity z tropu. Nie spodziewał się, że drugi go zaczepi. Nie rozmawiali zbytnio, nie bez faktycznego powodu lub sposobności; takiej, jak właśnie przykładowo wspólny patrol czy nieco rzadziej trening.
— O-o... Dzień dobry — zaczął wciąż nieco niezręcznie. Cieszył się jednak, że Konwalia nie zagadał go tylko po to, aby się z nim przywitać. Nienawidził, kiedy koty tak robiły. Nie potrafił nigdy wymyślić, co ma zrobić, aby nie zakończyć całej interakcji na powitaniu. — Wydaję mi się, że jest w porządku... Musiałbyś zapytać Algowej Strugi, ona by ci na pewno powiedziała więcej, mi ciężko określić czy faktycznie jest różnica w tym, jak wspinałem się na drzewo wczoraj, a księżyc temu...
— Ale pytam ciebie, Klekocząca Łapo. Trening i progres to nie tylko to, co widzi twój mentor, ale też jak ty czujesz się z zadaniami, które ci daję — powiedział kocur. Chociaż niebieskooki nie był od niego wiele starszy, miał wrażenie, że słowa, które mówi, są znacznie mądrzejsze i bardziej przemyślane niż te, które wypadają z jego mordki. Przez moment mu nawet tego pozazdrościł, ale pomyślał potem, że wtedy zapewne więcej kotów chciałoby z nim niepotrzebnie rozmawiać, a tego by chyba nie zniósł na dłuższą metę.
— W takim razie... hm... — zamyślił się na moment, a Konwaliowa Łapa spokojnie czekał, dotrzymując mu kroku. Nie było łatwo tak ocenić swoje postępy. Zastanawiał się przez moment, czy ocena czyiś postępów jest równie trudna. Jeśli tak, to bycie mentorem wcale nie było takie łatwe, jak mu się wydawało na pierwszy rzut oka. — Algowa Struga dużo mnie chwali, ale nie wiem, czy nie robi tego, abym poczuł się pewniej. Mógłbym zapytać mojej mamy, wiesz, ją też uczyła. Na pewno umiem już dłużej pozostawać pod wodą i łapie lepsze ryby. Ostatnio złowiłem taką, której łuski mieniły się jak tęcza. Była bardzo ładna... Chciałbym zobaczyć wszystkie ryby na świecie, albo żaby i węże...
<Konwalia?>
[653 słowa]
[Przyznano 13%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz