Przed wydrowym atakiem
"Mama Murena będzie dumna..." — Ta myśl obijała mu się po głowie, a brzmienie tych słów było niczym pomruk rodzicielki; bezpieczny, przepełniający go radością i sprawiający, że wszystko wydawało się możliwe. "Ciekawe, jakie imie dostane? Czy będzie pasować? Czy będę czuł się z nim lepiej niż z aktualnym?"
Rozmyślenia zostały prędko przepędzone z jego łebka, kiedy wyraźny zapach kotów i legowisk dotarł do różowego nosa. Ciepło emanowało wręcz z ukrytego za ścianą trzcin obozu, a ukrywany przez dłuższy czas głód nagle dał Klekotkowi się o sobie przypomnieć. Nie pomagała rybia krew, która wypełniała jego pyszczek i co jakiś czas spływała do gardła. O ile pływanie było zdecydowanie jego ulubioną częścią treningu wojownika, tak musiał przyznać, że było niemożliwe męczące, a żołądek po nim było po nim niczym bezdenne jezioro. Mentorka skinieniem głowy odesłała go, aby odłożył zwierzynę i sam zabrał sobie coś na kolację. Klekocząca Łapa chętnie wyrwał się w stronę kłody, ostatecznie nie wypuszczając nawet z pyska jazgonia, którym postanowił się z kimś podzielić. Miał dobry humor, nawet myśl o rozmowie nie napawała go niewyobrażalną niechęcią, jak miała w zwyczaju. Bał się tylko, że jak na złość wszystkie koty, za jakimi jakkolwiek przepadał, będą akurat niedostępne. Rozejrzał się uważnie po pyskach, otaczających środek obozowiska. Widział Dryfującą Łapę, ale ten rozmawiał już z Morszczynową Łapą, którego kocur nie znał zbyt dobrze; odpuścił sobie to towarzystwo. Konwaliowa Mielizna za to właśnie wychodził i raczej nie zapowiadało się, by było to jedynie załatwienie swoich potrzeb; nie było sensu łudzić się, że wróci prędko. Westchnął. Nie chciał spędzać czasu z maluchami Borówkowej Słodyczy. Nie miał do nich szczególnego problemu, ale wspomnienia tych ich wszystkich pisków i szaleństw, których dopuszczały się, kiedy dzielili ze sobą żłobek... nie wprawiały go w szczególne uczucie relaksu i odpoczynku, o których marzył po treningu.
Odłożył sporą rybę i wybrał coś lichszego. Jeśli nie miał się z kim dzielić, wolał nie zabierać lepszych kąsków. Odszedł na bok i postanowił zadowolić się w głównej mierze słowami swojej mentorki; tak bardzo cieszyła go wizja zostania pełnoprawnym wojownikiem. Nie ważne, co miało się stać w najbliższych dniach... nic nie mogło zbrukać tej sielskiej wizji.
* * *
Parę wschodów słońca po ataku wyder
Został wezwany.
Leżał wtedy w legowisku; było już po zmroku, a woda dookoła obozu zaczynała rozbrzmiewać swoimi nocnymi przyśpiewkami. Łapy go bolały od wspinaczki na drzewa, bolały go od blokowania uderzeń Algowej Strugi i Błękitnej Laguny, który od kilku wschodów słońca coraz częściej brał udział w ich treningach, zwłaszcza walki. Chociaż to wszystko go męczyło, to wiedział, że bez aprobaty ze strony zastępcy nigdy nie zostanie dopuszczony do mianowania. Dlatego też, kiedy matka złapała go na jego posłaniu, kiedy jeszcze nie zdążył zapaść w sen, zadrgał radośnie. Nawet głosy, które gdybały niepewnie, dlaczego o tak późnej porze miałby dostąpić tego zaszczytu, zostały uciszone.
"Babka chce dać mi czas, abym się przygotował. To tylko informacja, a mianowany zostanę z samego rana" — powtarzał i kiwał głową. Nie zwrócił nawet uwagi na pysk rodzicielki, który nie do końca pokazywał szczęście. Niczym cienie przemknęli przez obóz, aby wślizgnąć się do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Chociaż było znacznie większe od mchu, którym musiał zadowolić się zwykły Nocniak, przez ilość kotów, które w nim przebywało, nagle zdawało się być takie malutkie. Kiedy wkroczyli, wszystkie oczy skierowały się na księcia. Klekocząca Łapa nie potrafił zrozumieć, czy powinien się smucić, czy radować.
Po jednej stronie siedziała Algowa Struga. Jej wzrok prędko uciekł z pyszczka ucznia i spoczął na własnych przednich łapach. Szczęki miała ściśnięte, a uszy lekko położone po sobie. Oczywiście, od kiedy doszło do ataku wyder, nie bywała zbyt często w dobrym humorze, ale... teraz wyglądała na szczerzę smutną i bezsilną.
"Czy zrobiłem coś nie tak? Czy Błękitna Laguna nie pozwolił na moje mianowanie?" — Serce zaczęło bić mu szybciej i szybciej, a pisk w uszach narastał z każdym wdechem.
Obok dawnej zastępczyni usadowiła się matka, której pysk był... neutralny. Zbyt neutralny, aby wynikał jedynie ze spokoju ducha. Próbowała łapać wzrok pozostałych kotów, w tym wzrok syna, ale rozbiegane pomarańczowe ślepia uciekały jej za każdym razem.
Naprzeciwko tej dwójki siedziały obie medyczki. O ile Czyhająca Murena i jej dawna mentorka na pewno nie wydawały się zadowolone, tak Różana Woń i Gąbczasta Perła... wręcz przeciwnie. Co prawda starsza kotka nigdy nie była z tych, którzy afiszują się dobrym humorem, ale nie można było tego powiedzieć o córce Algi, na której pysku widniał łagodny, ale bardzo szczery uśmiech, który kierowała do Klekotka.
Po środku, teraz naprzeciwko ucznia, siedziała milcząca i wyniosła babka, której mordka była zdecydowanie zbyt... znudzona, jak na atmosferę, która zaczęła buzować w jej własnym legowisku. Kocurek miał wrażenie, że stał w tej ciszy już całe wieki. W końcu się odezwał:
— D-dobry wieczór... — mruknął, lekko kłaniając łebek. Nie wiedział czego się spodziewać, a panika rosła mu w piersi.
— Dobry wieczór, Klekocząca Łapo. Posłałam po ciebie Czyhającą Murenę, gdyż Gąbczasta Perła ma pewną... propozycję dla ciebie — powiedziała Mandarynkowa Gwiazda, otulając łapy gęstą kitą.
— W zasadzie to bardziej prośba, nie propozycja — poprawiła młodsza medyczka, po czym zwróciła się bezpośrednio do księcia. — Ale tak... Wiem, że zapewne będziesz mieć ku temu pewne obiekcje... Algowa Struga powiedziała nam, że jesteś już gotowy do objęcia roli wojownika, czego bardzo gratuluje, zwłaszcza w tak młodym wieku, ale... — Tutaj zatrzymała się, zerkając na Różaną Woń, szukając zapewne nieco wsparcia. Zielonooka przejęła pałeczkę.
— Ale proponujemy ci zaszczyt, jakim jest objęcie stanowiska asystenta medyka. Po szkoleniu, oczywiście — rzekła spokojnie kocica, a serce w piersi kocurka zamarło.
"Medyk? Czemu ktokolwiek pomyślał, że chciałbym zostać medykiem? Czy kiedykolwiek wspomniał coś podobnego Algowej Strudze lub matce? Czy w jakiś sposób rzuciłem na siebie błędne światło? Czy Alga myśli, że nie byłem zadowolony ze swojej ścieżki, że mnie zawiodła i to dlatego to wszystko się teraz dzieje?" — Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Próbował szukać ratunku w siedzących po drugiej stronie kocicach, jednak mentorka unikała kontaktu wzrokowego, a spojrzenie matki mówiło jedynie "To twój wybór". Nawet w oczach babki próbował znaleźć jakiejś wsparcie, ale nic z tego nie wyszło...
— A-ale... Ale j-ja... — próbował coś z siebie wykrzesać, jednak przerwała mu ponownie dymna księżniczka.
— Daj mi wytłumaczyć naszą... nagłą i niespodziewaną decyzję, dobrze? — Kocur kiwnął niepewnie, bardziej z przyzwyczajeni niż z faktu, że faktycznie chciał wiedzieć. — No więc... Jak zapewne jest ci wiadome, Różana Woń, chociaż na pewno ma jeszcze przed sobą wiele wspaniałych księżyców służby... Nie jest już młoda, a musimy myśleć przyszłościowo. Na ten moment jesteś jedynym młodym członkiem rodu, a niebezpiecznym będzie czekać i mieć nadzieję, że narodzi się w naszym gronie ktoś, kto będzie chciał zgłębiać wiedzę medyczną i w ten sposób służyć w Klanie Nocy...
"Czyli z winy, że jako jedyny urodziłem się w rodzie... muszę zgodzić się na objęcie roli, której nawet nie chce?" — W gardle zebrała mu się gula. Miał ochotę zadać to pytanie na głos, ale... nie miał odwagi. Wiedział, że przysporzy problemy nie tylko sobie, ale zapewne też Murenie, a może i Aldze... Wszystko w nim krzyczało, aby się sprzeciwić, aby krzyknąć, że nie chce, że jego miejsce powinno być w szeregu wojowników, który tak bardzo chciał już powitać. Medyczka sama powiedziała, że jest już u samego kresu swojego treningu. Treningu, na którym starał się z całych sił, który był dla niego prawdziwie inspirujący i budujący pewność siebie, a teraz... miał to wszystko rzucić za siebie, aby całymi dniami siedzieć nad ziołami i leczyć koty, które zbyt wolno osuszyły futro po polowaniu na ryby? Miał... Miał poświęcić swoje życie czemuś, czego nigdy nie chciał? Przypomniał sobie o rozmowie z uczennicą Klanu Klifu, kiedy opowiadał jej o ceremonii partnerstwa, i o żabach, których wtedy używają...
"Drobna Łapa trzyma kciuki, żebym znalazł sobie kogoś, kogo pokocham... i żeby na mojej ceremonii była najpiękniejsza, najbardziej zielona żaba..." — Co by powiedzieli zebrani, gdyby próbował wykręcić się z tej sytuacji właśnie tym argumentem? Czy wzięliby go za zdrajcę i porażkę? W głowie wciąć huczały słowa Gąbki, mówiącej, że to tylko prośba. Mandarynkowa Gwiazda za to powiedziała, że to jedynie propozycja.
"Mogę odmówić... Mam do tego prawo. Mogę powiedzieć, że się nie zgadzam, że pragnę zostać wojownikiem. Co wtedy? Czy wybaczą mi? Czy faktycznie zostałbym wtedy mianowany w przeciągu kilku wschodów słońca?" — Zauważył, że wśród zebranych nie było Błękitnej Laguny. Wiedział, że kocur, chociaż nie pałał sympatią do matki kocurka, przepadał za siostrzeńcem i miał co do niego spore nadzieje. Czy właśnie dlatego nie zaproszono go? Czy spodziewano się, że to on może być najbardziej przeciwny?
— Klekocząca Łapo? — Na dźwięk głosu matki, niemal podskoczył, a łzy same napłynęły mu do oczu. Z całych sił powstrzymywał się przed płaczem. — Wszystko w porządku?
— J-ja... Ja nie wiem... Ja nie wiem... — Nie potrafił powiedzieć nic więcej. Miał tak ściśnięte gardło, że każde słowo go bolało. Wpatrywał się w Murenę przerażony i zagubiony. Czy widziała w nim teraz tego samego zmarzniętego kociaka, który zwisał z pyska okrutnego samotnika? Czy wtedy, tamtej wietrznej nocy, spodziewała się, że za kilka księżyców, ten mały kłębek będzie musiał zadecydować o całym swoim życiu? W milczeniu błagał o pomoc, o radę, o cokolwiek, co mogłoby mu pomóc.
Wiedział, że nie chciał. Jeśli chodziło tylko o jego zdanie, o jego dobro, a konsekwencje miałyby spaść tylko na jego grzbiet, odmówiłby od razu. Ale... Ale nie ważne co by mu powiedziano, wiedział, że tak nie będzie.
— Rozumiem, to duża zmiana, ale muszę wracać do pacjentów — wtrąciła się nagle Różana Woń, patrząc zniecierpliwiona na ucznia. — Nie byłyśmy całkowicie pewne, że Klekocząca Łapa się zgodzi, a ja jeszcze nie mam zamiaru umierać. Członkowie rodu są jeszcze młodzi, więc będzie trzeba liczyć na to, że któreś doczeka się jeszcze potomstwa. Być może Błękitna Laguna spłodzi następnego medyka, kto wie... — mruknęła. — To nie jest poświęcenie, na które gotowy jest każdy.
— Klekocząca Łapo, wiem, że to ciężkie, ale zrobiłbyś Klanowi Nocy ogromną przysługę. To wielki zaszczyt być tak blisko naszych Wielkich Przodków — próbowała mimo wszystko młodsza medyczka. — Algowa Struga bardzo cię chwali, wszystkim, naprawdę. Jesteś mądry i pojętny, chętny do nauki i zaangażowany w pełni. Wiem, że wizja zakończenia treningu wisi nad tobą niczym ciepłe, przyjemne słońce, a rozpoczęcie nowego... nie jest zbyt atrakcyjne, ale... Klan Nocy będzie ci dozgonnie wdzięczny. Taki kot, jak ty byłby wspaniały medykiem. Nawet jeśli jeszcze tego w sobie nie widzisz.
Kiedy jej córka wypowiadała się na temat tego, co rzekomo mówiła, Algowa Struga spięła się jeszcze bardziej. Książę był zbyt zajęty swoimi rozterkami, aby zauważyć jak fizycznie i mentalnie liderka wydaję się teraz górować nad swoją dawną przeciwniczką. Ciemnooka wydawała się taka... mała i słaba. Nagle odezwała się jednak.
— Klekocząca Łapa nada się na medyka. Jest inteligentny i uważny, na pewno prędko nadrobi swoje zaległości. Nie mogę wyobrazić sobie lepszego członka rodu, który mógłby podjąć się tego i reprezentować nas przed Klanem Gwiazdy. — Jej głos nie załamał się ani razu, ale był wypruty z wszelkich emocji. Klekotek nigdy nie słyszał, aby jego nauczycielka mówiła w tak bezuczuciowy sposób. Był rozdarty.
— Wnuku... Prosimy, abyś zadecydował — zabrała głos Mandarynkowa Gwiazda, wpatrując się w niego oczami, które wspólnie posiadali.
— Dobrze... — odpowiedział, zanim całkowicie się nad tym zastanowił. Algowa Struga zacisnęła zęby, Czyhająca Murena wypuściła powietrze z płuc z głośnym westchnięciem ulgi lub smutku, nie można było określić. Brew przywódczyni lekko się podniosła; najwidoczniej nie była do końca pewna czy kocur faktycznie się zgodzi.
— Oh! Znakomicie, znakomicie, to wspaniale Klekocząca Łapo — mówiła Gąbczasta Perła, a jej ślepia roziskrzyły się nieco. Nikt w Klanie Nocy nie był faktycznie szczęśliwy, od kiedy zaatakowały wydry, ale teraz... Teraz księżniczka miała faktyczny powód do uciechy.
— Dobra wiadomość nie zmienia faktu, że musimy wracać. Miło słyszeć jednak, żeś odziedziczył mądrość po matce, a nie po Mewim Puchu — skomentowała Różana Woń, wstając już na równe łapy, gotowa, aby wrócić do legowiska, gdzie przebywała jeszcze ranna Fląderka.
— Tak, tak... — wymruczała asystentka, również się podnosząc. Nachyliła się jeszcze nad kocurkiem i dotknęła go nosem w czoło. — W takim razie do zobaczenia jutro rano. Mam nadzieję, że będziesz mnie chwalił równie mocno, co moją matkę.
Medyczki wyszły, pozostawiając go z liderką, byłą zastępczynią i matką. Był smutny, ale jednocześnie... cieszył się, że miał za sobą już ten cały wybór.
"Już nic z tym nie zrobisz... Przesądziłeś swoje życie" — Mówił do siebie, kiedy wpatrywał się w swoje zabarwione na czerwono łapy. Chociaż pełne wątpliwości, jego serce wydawało się znów lekkie. Nie patrząc na kotki, powiedział tylko prędkie pożegnanie i niemal wybiegł, szukając znajomego, bezpiecznego uczucia, jakie dawało mu jego legowisko.
Zapadł w głęboki sen, z którego bardzo nie chciał się wybudzać.
* * *
Aktualnie
O ile trening na wojownika był męczący fizycznie, tak nic nie przygotowało go na ilość wiedzy teoretycznej, jaką musiał mieć medyk. Studiował zioła z Gąbczastą Perłą, która wciąż okazywała mu ogromną sympatię, nie pokazując żalu, kiedy Klekocząca Łapa nie odwzajemniał nawet jej spojrzeń. Doglądał chorych, wpatrywał się w to, co robi Różana Woń, a także co jakiś czas sprawdzał, czy Fląderce nic nie potrzeba. Młoda koteczka była zdziwiona tym wszystkim równie mocno, co on. Oczywiście, klan został poinformowany, że książę zmienił ścieżkę szkolenia i przeszedł spod łap Algowej Strugi w łapy jej córki, ale widok białego futra krzątającego się między wonną lawendą, wciąż był dziwaczny dla wielu Nocniaków.
— Za kilka wschodów słońca odbędzie się spotkanie wszystkich medyków — powiedziała Gąbka, aby przerwać nieco niezręczną ciszę, która zawisła między kotami. Siedzieli przed legowiskiem, a dzień chylił się już ku zachodowi. Wojownicy i uczniowie wracali powoli do obozu, a z ich pysków zwisała coraz lichsza zwierzyna. Pora Nagich Drzew uderzyła w nich z pełną siłą. Obie medyczki ostrzegały go już przed atakami przeziębień czy zmrożonych poduszek. — Cieszysz się?
— Słucham? — wyrwało mu się.
— Czy cieszysz się na swoje pierwsze spotkanie w Sadzawce? Przedstawimy cię wtedy reszcie medyków. To ważna noc — wytłumaczyła, wpatrując się w wijący się na wietrze, szeleszczący tatarak. Książę wzruszył ramionami. Wizja spotkania tych wszystkich kotów, które same obrały ową ścieżkę, napawał go złością. Wiedział, że nie będzie tam z niego żadnego pożytku. Wygląda już niczym dorosły kot, a wiedze z zakresu medykamentów miał niczym świeżo mianowany uczeń. Nie chciał tłumaczyć wszystkim dlaczego. Nie chciał z nikim tam rozmawiać, a ogólnie to... Nie chciał tam w ogóle iść.
— A ty? Cieszysz się? — zapytał, aby odbić kulkę mchu w stronę mentorki.
— Tak. W oczach innych medyków dalej jestem uczennicą, więc oficjalnie dopiero zostanę mianowana — powiedziała księżniczka, a biały skinął łbem. — Przyjdę do nich z własnym uczniem, mimo że oni nawet nie wiedzą jeszcze, że sama przestałam nim być.
— Mhm... — mruknął, wpatrując się w stos zwierzyny. Był niewielki, ale mogło być gorzej. Czuł się niepotrzebny i bezużyteczny. Powinien polować dla klanu, powinien wykarmiać koty i bronić granic, a nie...
— Jesteś głodny? Mogę nam coś przynieść — zaproponowała Gąbka, uśmiechając się do kocurka. — Może i już nie biegasz po drzewach i nie pustoszysz rzek, ale jeść i tak musisz.
Skrzywił się. Tak bardzo chciałby teraz wejść do rzeki... Nawet jeśli byłaby skuta lodem. Woda jest znajoma i przyjazna, a zioła? Zioła go duszą i wiążą.
— Nie, dziękuje... Nie czuję się za dobrze — burknął. Od kiedy przestał trenować z Algą, niemal nie bywał głodny. Nawet jeśli jego wojownicza przyszłość została rzucona w kąt jaskini, tak nie chciał skończyć, jak utyta mysz. Miał też inny plan... — Potrzebujesz jeszcze ode mnie czegoś?
— Nie, nie... Odpocznij — powiedziała nieco zmartwiona asystentka. — Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Nie odpowiedział. Wyminął ją, aby zaszyć się na swoim mchu. Jeśli nie chciał iść na spotkanie w Sadzawce, musiał być przekonujący, musiał od tej chwili trzymać się roli.
<Głąbka?>
[2648 słowa - Trening medyka]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz