— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Czekoladowy kocur wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, brzmiąc oschle. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.
Wąsatka nadęła policzki, marszcząc swoje niewielkie czółko w akcie protestu. Dlaczego miała mieć zakaz opuszczania kociarni? Przecież w obozie nic jej nie groziło, a ponadto mogła poznać różnych uczniów czy nawet wojowników, wśród których lada moment przyjdzie jej żyć!
— Nie możesz mi zakazywać wychodzenia ze żłobka! — fuknęła, pusząc się na całej powierzchni ciała.
Czekoladowy westchnął ciężko, pozbywając się piór ze swojej piszczki. Po dłuższej chwili ciszy odparł:
— W takim razie nie będę cię brał na spacery. Coś za coś. — Jego ton był płaski, niemal wyprany z emocji. Wąsatka czuła się tak, jakby jej tata nie brał jej na poważnie. Dlaczego chciał ograniczać jej wolność w zamian za spacery? To niesprawiedliwe!
— Tak nie wolno! Nie wolno! — protestowała, jednak starszy nie był wzruszony. Gdy jej gardziołko zaczęło ją piec, zaprzestała buczeć. Wojownik wciąż nie drgnął – twardy przeciwnik. Do młódki wreszcie dotarło, że nie ma co się z nim kłócić. — Wiesz co? Niech ci będzie. Nie będę już więcej wychodzić ze żłobka bez pozwolenia, ale musisz mi obiecać, że będziesz mnie brać na spacery codziennie! — uparła się.
— Co drugi dzień — rzucił czekoladowy, podnosząc na nią wzrok.
Ogon Wąsatki drgnął z nerwów, jednak po chwili kotka wypuściła z płuc nagromadzone tam wcześniej powietrze.
— Co drugi dzień… — poprawiła się, odwracając pyszczek od swojego taty. Długo nie mogła się na niego gniewać; po chwili ułożyła się przy jednej z jego łap, kładąc na niej pyszczek. Wojownik musiał zaprzestać skubania. Do noska Wąsatki napłynął smaczny zapach zwierzyny, jednak nie drgnęła. Nie była głodna. — Tato… a kiedy odwiedzimy mamę? — wymamrotała, po czym ziewnęła przeciągle.
Przed jej oczami pojawiły się obrazy biało-czarnej kotki – Mewy. Obok niej była też siostra koteczki, nosząca imię Kobczyk. Jej czekoladowe futerko było tak bardzo podobne do futra taty! Wyglądali niemal jak dwie krople wody. Wąsatka nie mogła się już doczekać, aż ponownie będzie mogła pobawić się z koteczką w berka czy porzucać z nią mchem. Tęskniła za tamtymi dniami.
Kotka została obudzona nie z samego ranka ani z popołudniowej drzemki, lecz w środku nocy. Gdy otworzyła oczy, była kompletnie zdezorientowana. Stało nad nią kilka kotów, których imion nie kojarzyła. Przerażona, zwinęła się w kulkę, kładąc uszy po sobie. Kim były te postacie? Czego od niej chciały?
Jedna z nich odezwała się w końcu. Jej głos był suchy, twardy, niepozostawiający miejsca na protest.
— Wstawaj — rozkazał jej.
Wąsatka nie chciała wstawać. Nie chciała się budzić. Jedyne, czego pragnęła, to snu. Dlaczego przez tyle księżyców wszystko wyglądało tak samo, a teraz… teraz nagle chcieli ją gdzieś zabrać? Mimo wszystko podniosła się, wiedząc, że gdyby tego nie zrobiła, ktoś pewnie by ją do tego zmusił. To nie była walka, którą byłaby w stanie wygrać.
Wypchnęli ją z przytulnej kociarni na zewnątrz, gdzie panował zabójczy mróz. Przy pierwszym podmuchu Wąsatka zatrzęsła się na tyle mocno, że przez moment miała wrażenie, iż zaraz runie na ziemię. Gdzie w tym momencie był tata, by ją uratować?
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła nawoływać, jednak szybko została uciszona przez prowadzącego ją kota. Nie miała wyboru – musiała zachować milczenie. Liczyła tylko na to, że to wszystko szybko się skończy. Ten zły sen, ten… koszmar. Może naprawdę teraz spała? Może to wszystko wcale nie działo się naprawdę?
Zagryzła zęby na swoim ozorku, lecz wtedy poczuła przeszywający ból. Szybko przestała, otrzepując łebek. Wciąż dreptała przez śnieżne zaspy poza obozem. Czyli jednak nie spała… A teraz, w dodatku, bolał ją język. Co ona na siebie sprowadziła!
W końcu zatrzymali się przy jednym z drzew. Wąsatka przylgnęła do jego pnia, myśląc, że może podaruje jej choć odrobinę ciepła. Był to jednak martwy przedmiot, przesiąknięty zimnem. Nie miała co liczyć na ogrzanie z jego strony.
— Nie ruszaj się z tego miejsca. Wrócimy po ciebie rano — oznajmił głos, spokojny i monotonny.
Wąsatka umierała ze strachu, a ten nieznajomy śmiał zachowywać się tak, jakby była to codzienność! Otworzyła pyszczek, by krzyknąć, jednak nie wydobył się z niego żaden dźwięk – jedynie biały obłok pary. Czarno-biała zamrugała zdziwiona, a wtedy obcy kot czmychnął gdzieś między krzewy.
Wąsatka drgnęła i poczęła biec za nim czym prędzej, jednak wkrótce jej łapy poddały się i koteczka runęła pyskiem na ziemię. Zanurkowała w śniegu, a po jej ciele w mgnieniu oka rozszedł się chłód.
Podniosła się natychmiast i otrzepała, nędznym krokiem wracając pod drzewo, pod którym ją zostawili. Ułożyła się między jego korzeniami, wystającymi poza perlisty puch. Ta pozycja nie była zbyt wygodna, lecz z całą pewnością lepsza niż leżenie całą powierzchnią ciała na lodowatym śniegu, który kleił się do łap i był niczym ciężkie kamienie, ograniczające ruchy.
“Jak mój tatuś mógł na to pozwolić?” – myślała sobie, pociągając smutno nosem. Może nawet zalałaby się łzami, jednak była na tyle zmęczona i zmizerniała, że nie miała ochoty marnować energii na płacz. Musiała ją oszczędzać, by przeżyć noc w Porze Nagich Drzew. Szanse na to, że wróci do obozu bez odmrożeń i hipotermii, spadały coraz niżej z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Czy to wszystko było jakimś żartem? A może testem? Chwila… tak! Tata opowiadał jej kiedyś, że kocięta przed mianowaniem muszą odbyć noc poza obozem. Wszystko zaczynało mieć sens, choć Wąsatka wciąż była niezadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Nawet myśl o tym, że jeśli przeżyje, otrzyma awans, nie rozgrzewała jej serduszka. Wręcz przeciwnie – martwiła ją. Bo Wąsatka zdała sobie sprawę z tego, że jako uczeń zmuszona będzie trenować w takich potwornych warunkach. Nie wyobrażała sobie polować, walczyć i wspinać się po drzewach, gdy wszystko było takie zimne i śliskie. Tak jak wtedy, na tamtych kamieniach, gdy próbowała przekroczyć rzekę…
Rankiem przyszedł po nią ktoś inny. Ale nawet gdy zauważyła jego majaczącą sylwetkę między pniami, nie drgnęła ani trochę. Śnieg zdążył przysypać jej ciało. Oczy miała delikatnie zmrużone, a łapy zdrętwiałe. Była senna i ledwo rejestrowała, co działo się wokół niej. Nieznajomy podszedł do niej z kwaśną miną, jakby spoglądał na jakąś przykrą niedogodność losu.
— Nie żyje? — szepnął do siebie. Wąsatka poruszyła ślepiami, obserwując sylwetkę obcego. Miał długie, bure futro, a także zielone ślepia, pozbawione większych emocji. Kocur musiał zauważyć niewielki ruch na pysku czarno-białej, bo zaraz złapał ją za skórę na karku i postawił na łapy. W pierwszej chwili kończyny Wąsatki ugięły się pod ciężarem jej ciała, jednak finalnie kotce udało się cudem ustać. Najwyraźniej była bardzo zdeterminowana, by przeżyć. Starszy wojownik prychnął cicho pod nosem, po czym popchnął Wąsatkę łapą.
— Wracamy do obozu. Jeśli stracisz mnie z oczu, życzę powodzenia. Nie będę się po ciebie wracał — fuknął Wilczak, ruszając powolnym krokiem w stronę, z której przyszedł. Wąsatka, niezgrabnie i co jakiś czas potykając się o własne łapy, zaczęła iść jego śladem. Wzrok miała utkwiony w koniuszku ogona nieznajomego, bo nie chciała się zgubić. Nie widziała zbyt wyraźnie – nietrudno było kocurowi wtopić się w pnie i krzewy, a wtedy byłoby już po ptokach.
Udało jej się jednak dotrzeć do azylu bez większego szwanku. Tam czekali już na nią inni wojownicy. Gdy dostrzegli Wąsatkę w progu, na ich pyskach pojawiło się zdziwienie. Czy nikt nie podejrzewał, że kotce uda się przeżyć? Nawet Zalotna Gwiazda, która stała teraz na pniu, przez moment wydawała się rozkojarzona. W końcu jednak odchrząknęła i mruknęła doniośle:
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. Czy był on szczery, czy raczej szyderczy, tego nie dało się odczytać.
Wąsatka nie zamierzała się tym jednak przejmować. Zastanawiała się, kim był ten Pustułkowy Szpon. Nigdy nie słyszała tego imienia; zaczęła rozglądać się wokół, aż w końcu podszedł do niej jej tata i dotknął ją nosem w czoło.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi. Wydawało jej się, że tata nazywał się Wilczy Skowyt… Dlaczego więc zmienił imię na Pustułkowy Szpon?
Nim jednak zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, koty zaczęły skandować:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda:
— Nie jest to jednak koniec ogłoszeń — wyznała, omiatając zgromadzonych spokojnym wzrokiem. Wszyscy nagle zatrzymali się w bezruchu, a atmosfera zgęstniała. — Sowi Zmierzchu, przyprowadź tu więźniarkę! — rozległ się doniosły głos przywódczyni. Wąsatka odsunęła się gdzieś na bok, obserwując, jak na obozowej polanie pojawiła się łaciata kocica. Była wychudzona, miała potargane i niezdrowo wyglądające futro. Jej pysk wydawał się stary i powykrzywiany, a oczy martwe. “Czy ona na pewno jest żywa?” – zastanawiała się koteczka.
— Lodowa Sałato... — syknęła liderka, patrząc na więźniarkę z odrazą w oczach. — Nie potrzebujemy w obozie chodzącego trupa. Jako więźniarka nie przyczyniasz się dla dobra klanu, dlatego zadecydowałam przywrócić ci pozycję wojowniczki. Nie myśl sobie jednak, że twoja kara dobiegła końca… — mruknęła szylkretka.
Łaciata skinęła łbem, napinając subtelnie mięśnie.
— Od tej pory będziesz zwana Podstępną Kłamczuchą — ogłosiła. W przeciwieństwie do mianowania Wąsatki teraz nikt nie krzyczał nowego imienia więźniarki. Zapadła cisza. — Czy mam wszystkim przypomnieć, co zrobiłaś, by zasłużyć sobie na takie miano?
Kotka milczała.
— Tak myślałam — burknęła Zalotna Gwiazda, następnie schodząc z pniaka. — Koniec zebrania! — oznajmiła, jednocześnie szepcząc coś Podstępnej Kłamczusze do ucha. Obie kotki udały się gdzieś poza obóz, jednak Wąsatkowa Łapa szybko odwróciła od nich wzrok. Co stanie się poza azylem, nie było już jej sprawą.
Podbiegła do swojego taty, uśmiechając się, mimo wciąż zdrętwiałych kończyń. Przytuliła się do jego łap, tak jak miała to w zwyczaju, gdy jeszcze żyła w żłobku. Tym razem zrobiła to nie po to, by wymusić na nim bliskość, lecz po to, by nieco się ogrzać. Noc poza obozem nieźle dała jej w kość – całkiem możliwe, że przez kilka następnych dni będzie odczuwać jej skutki.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. Przez moment zapomniała już, jak bardzo wyczerpana była. Po jej minie i zachowaniu było jednak widać, że nie jest w najlepszym stanie. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, brzmiąc oschle. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.
Wąsatka nadęła policzki, marszcząc swoje niewielkie czółko w akcie protestu. Dlaczego miała mieć zakaz opuszczania kociarni? Przecież w obozie nic jej nie groziło, a ponadto mogła poznać różnych uczniów czy nawet wojowników, wśród których lada moment przyjdzie jej żyć!
— Nie możesz mi zakazywać wychodzenia ze żłobka! — fuknęła, pusząc się na całej powierzchni ciała.
Czekoladowy westchnął ciężko, pozbywając się piór ze swojej piszczki. Po dłuższej chwili ciszy odparł:
— W takim razie nie będę cię brał na spacery. Coś za coś. — Jego ton był płaski, niemal wyprany z emocji. Wąsatka czuła się tak, jakby jej tata nie brał jej na poważnie. Dlaczego chciał ograniczać jej wolność w zamian za spacery? To niesprawiedliwe!
— Tak nie wolno! Nie wolno! — protestowała, jednak starszy nie był wzruszony. Gdy jej gardziołko zaczęło ją piec, zaprzestała buczeć. Wojownik wciąż nie drgnął – twardy przeciwnik. Do młódki wreszcie dotarło, że nie ma co się z nim kłócić. — Wiesz co? Niech ci będzie. Nie będę już więcej wychodzić ze żłobka bez pozwolenia, ale musisz mi obiecać, że będziesz mnie brać na spacery codziennie! — uparła się.
— Co drugi dzień — rzucił czekoladowy, podnosząc na nią wzrok.
Ogon Wąsatki drgnął z nerwów, jednak po chwili kotka wypuściła z płuc nagromadzone tam wcześniej powietrze.
— Co drugi dzień… — poprawiła się, odwracając pyszczek od swojego taty. Długo nie mogła się na niego gniewać; po chwili ułożyła się przy jednej z jego łap, kładąc na niej pyszczek. Wojownik musiał zaprzestać skubania. Do noska Wąsatki napłynął smaczny zapach zwierzyny, jednak nie drgnęła. Nie była głodna. — Tato… a kiedy odwiedzimy mamę? — wymamrotała, po czym ziewnęła przeciągle.
Przed jej oczami pojawiły się obrazy biało-czarnej kotki – Mewy. Obok niej była też siostra koteczki, nosząca imię Kobczyk. Jej czekoladowe futerko było tak bardzo podobne do futra taty! Wyglądali niemal jak dwie krople wody. Wąsatka nie mogła się już doczekać, aż ponownie będzie mogła pobawić się z koteczką w berka czy porzucać z nią mchem. Tęskniła za tamtymi dniami.
* * *
Teraźniejszość
Kotka została obudzona nie z samego ranka ani z popołudniowej drzemki, lecz w środku nocy. Gdy otworzyła oczy, była kompletnie zdezorientowana. Stało nad nią kilka kotów, których imion nie kojarzyła. Przerażona, zwinęła się w kulkę, kładąc uszy po sobie. Kim były te postacie? Czego od niej chciały?
Jedna z nich odezwała się w końcu. Jej głos był suchy, twardy, niepozostawiający miejsca na protest.
— Wstawaj — rozkazał jej.
Wąsatka nie chciała wstawać. Nie chciała się budzić. Jedyne, czego pragnęła, to snu. Dlaczego przez tyle księżyców wszystko wyglądało tak samo, a teraz… teraz nagle chcieli ją gdzieś zabrać? Mimo wszystko podniosła się, wiedząc, że gdyby tego nie zrobiła, ktoś pewnie by ją do tego zmusił. To nie była walka, którą byłaby w stanie wygrać.
Wypchnęli ją z przytulnej kociarni na zewnątrz, gdzie panował zabójczy mróz. Przy pierwszym podmuchu Wąsatka zatrzęsła się na tyle mocno, że przez moment miała wrażenie, iż zaraz runie na ziemię. Gdzie w tym momencie był tata, by ją uratować?
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła nawoływać, jednak szybko została uciszona przez prowadzącego ją kota. Nie miała wyboru – musiała zachować milczenie. Liczyła tylko na to, że to wszystko szybko się skończy. Ten zły sen, ten… koszmar. Może naprawdę teraz spała? Może to wszystko wcale nie działo się naprawdę?
Zagryzła zęby na swoim ozorku, lecz wtedy poczuła przeszywający ból. Szybko przestała, otrzepując łebek. Wciąż dreptała przez śnieżne zaspy poza obozem. Czyli jednak nie spała… A teraz, w dodatku, bolał ją język. Co ona na siebie sprowadziła!
W końcu zatrzymali się przy jednym z drzew. Wąsatka przylgnęła do jego pnia, myśląc, że może podaruje jej choć odrobinę ciepła. Był to jednak martwy przedmiot, przesiąknięty zimnem. Nie miała co liczyć na ogrzanie z jego strony.
— Nie ruszaj się z tego miejsca. Wrócimy po ciebie rano — oznajmił głos, spokojny i monotonny.
Wąsatka umierała ze strachu, a ten nieznajomy śmiał zachowywać się tak, jakby była to codzienność! Otworzyła pyszczek, by krzyknąć, jednak nie wydobył się z niego żaden dźwięk – jedynie biały obłok pary. Czarno-biała zamrugała zdziwiona, a wtedy obcy kot czmychnął gdzieś między krzewy.
Wąsatka drgnęła i poczęła biec za nim czym prędzej, jednak wkrótce jej łapy poddały się i koteczka runęła pyskiem na ziemię. Zanurkowała w śniegu, a po jej ciele w mgnieniu oka rozszedł się chłód.
Podniosła się natychmiast i otrzepała, nędznym krokiem wracając pod drzewo, pod którym ją zostawili. Ułożyła się między jego korzeniami, wystającymi poza perlisty puch. Ta pozycja nie była zbyt wygodna, lecz z całą pewnością lepsza niż leżenie całą powierzchnią ciała na lodowatym śniegu, który kleił się do łap i był niczym ciężkie kamienie, ograniczające ruchy.
“Jak mój tatuś mógł na to pozwolić?” – myślała sobie, pociągając smutno nosem. Może nawet zalałaby się łzami, jednak była na tyle zmęczona i zmizerniała, że nie miała ochoty marnować energii na płacz. Musiała ją oszczędzać, by przeżyć noc w Porze Nagich Drzew. Szanse na to, że wróci do obozu bez odmrożeń i hipotermii, spadały coraz niżej z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Czy to wszystko było jakimś żartem? A może testem? Chwila… tak! Tata opowiadał jej kiedyś, że kocięta przed mianowaniem muszą odbyć noc poza obozem. Wszystko zaczynało mieć sens, choć Wąsatka wciąż była niezadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Nawet myśl o tym, że jeśli przeżyje, otrzyma awans, nie rozgrzewała jej serduszka. Wręcz przeciwnie – martwiła ją. Bo Wąsatka zdała sobie sprawę z tego, że jako uczeń zmuszona będzie trenować w takich potwornych warunkach. Nie wyobrażała sobie polować, walczyć i wspinać się po drzewach, gdy wszystko było takie zimne i śliskie. Tak jak wtedy, na tamtych kamieniach, gdy próbowała przekroczyć rzekę…
* * *
— Nie żyje? — szepnął do siebie. Wąsatka poruszyła ślepiami, obserwując sylwetkę obcego. Miał długie, bure futro, a także zielone ślepia, pozbawione większych emocji. Kocur musiał zauważyć niewielki ruch na pysku czarno-białej, bo zaraz złapał ją za skórę na karku i postawił na łapy. W pierwszej chwili kończyny Wąsatki ugięły się pod ciężarem jej ciała, jednak finalnie kotce udało się cudem ustać. Najwyraźniej była bardzo zdeterminowana, by przeżyć. Starszy wojownik prychnął cicho pod nosem, po czym popchnął Wąsatkę łapą.
— Wracamy do obozu. Jeśli stracisz mnie z oczu, życzę powodzenia. Nie będę się po ciebie wracał — fuknął Wilczak, ruszając powolnym krokiem w stronę, z której przyszedł. Wąsatka, niezgrabnie i co jakiś czas potykając się o własne łapy, zaczęła iść jego śladem. Wzrok miała utkwiony w koniuszku ogona nieznajomego, bo nie chciała się zgubić. Nie widziała zbyt wyraźnie – nietrudno było kocurowi wtopić się w pnie i krzewy, a wtedy byłoby już po ptokach.
Udało jej się jednak dotrzeć do azylu bez większego szwanku. Tam czekali już na nią inni wojownicy. Gdy dostrzegli Wąsatkę w progu, na ich pyskach pojawiło się zdziwienie. Czy nikt nie podejrzewał, że kotce uda się przeżyć? Nawet Zalotna Gwiazda, która stała teraz na pniu, przez moment wydawała się rozkojarzona. W końcu jednak odchrząknęła i mruknęła doniośle:
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. Czy był on szczery, czy raczej szyderczy, tego nie dało się odczytać.
Wąsatka nie zamierzała się tym jednak przejmować. Zastanawiała się, kim był ten Pustułkowy Szpon. Nigdy nie słyszała tego imienia; zaczęła rozglądać się wokół, aż w końcu podszedł do niej jej tata i dotknął ją nosem w czoło.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi. Wydawało jej się, że tata nazywał się Wilczy Skowyt… Dlaczego więc zmienił imię na Pustułkowy Szpon?
Nim jednak zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, koty zaczęły skandować:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda:
— Nie jest to jednak koniec ogłoszeń — wyznała, omiatając zgromadzonych spokojnym wzrokiem. Wszyscy nagle zatrzymali się w bezruchu, a atmosfera zgęstniała. — Sowi Zmierzchu, przyprowadź tu więźniarkę! — rozległ się doniosły głos przywódczyni. Wąsatka odsunęła się gdzieś na bok, obserwując, jak na obozowej polanie pojawiła się łaciata kocica. Była wychudzona, miała potargane i niezdrowo wyglądające futro. Jej pysk wydawał się stary i powykrzywiany, a oczy martwe. “Czy ona na pewno jest żywa?” – zastanawiała się koteczka.
— Lodowa Sałato... — syknęła liderka, patrząc na więźniarkę z odrazą w oczach. — Nie potrzebujemy w obozie chodzącego trupa. Jako więźniarka nie przyczyniasz się dla dobra klanu, dlatego zadecydowałam przywrócić ci pozycję wojowniczki. Nie myśl sobie jednak, że twoja kara dobiegła końca… — mruknęła szylkretka.
Łaciata skinęła łbem, napinając subtelnie mięśnie.
— Od tej pory będziesz zwana Podstępną Kłamczuchą — ogłosiła. W przeciwieństwie do mianowania Wąsatki teraz nikt nie krzyczał nowego imienia więźniarki. Zapadła cisza. — Czy mam wszystkim przypomnieć, co zrobiłaś, by zasłużyć sobie na takie miano?
Kotka milczała.
— Tak myślałam — burknęła Zalotna Gwiazda, następnie schodząc z pniaka. — Koniec zebrania! — oznajmiła, jednocześnie szepcząc coś Podstępnej Kłamczusze do ucha. Obie kotki udały się gdzieś poza obóz, jednak Wąsatkowa Łapa szybko odwróciła od nich wzrok. Co stanie się poza azylem, nie było już jej sprawą.
Podbiegła do swojego taty, uśmiechając się, mimo wciąż zdrętwiałych kończyń. Przytuliła się do jego łap, tak jak miała to w zwyczaju, gdy jeszcze żyła w żłobku. Tym razem zrobiła to nie po to, by wymusić na nim bliskość, lecz po to, by nieco się ogrzać. Noc poza obozem nieźle dała jej w kość – całkiem możliwe, że przez kilka następnych dni będzie odczuwać jej skutki.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. Przez moment zapomniała już, jak bardzo wyczerpana była. Po jej minie i zachowaniu było jednak widać, że nie jest w najlepszym stanie. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?
<Tato-mentorze?>
[1810 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz