I choć to było najwspanialsze, co dotąd ujrzał obecnie śnieżno ubarwiony kocurek, wkrótce dowie się o żniwach, jakie im co kilkanaście księżyców odbierała matka śniegu.
Rzęsy przyprószone na końcach wiecznym, białym puchem zatrzepotały, wpatrując się w zaśnieżony obóz jak zahipnotyzowany.
Za mały ten kocurek, by pojąć to wszystko; za mały, aby poszukać swojej matki, która, cóż, rzadko była w zasięgu łap. Nie wiedział, dokąd szła, ale wydawała się zła za każdym razem, gdy próbował ją zatrzymać, lub gdy chciał, aby go nakarmiła.
Ojciec był obok, ale jednocześnie... nieobecny. Choć kocurkowi podobał się zabawny tata, starszy kocur również wyglądał na nerwowego, który również znikał jak mamusia. Ale czemu? Nie odpowiadano mu.
Bąbel i Aminek byli jedynym, co zostawało, co nigdy nie uciekało bez powodu i pośpiechu. Zawsze razem, szeptali sobie na dobranoc. Zawsze. I choć czasem bywał złośliwy dla swojego Bąbla lub czasem i Aminka, nie wyobrażał sobie bez nich życia, bez ich ciepła i rozmów — kocurek był im dozgonnie wdzięczny, ale nie wiedział jak to nazwać. Wiedział, że to miłość, owszem. Ale czy była jakaś inna nazwa na określenie ich wielkiej, odwzajemnionej miłości?
Matka i ojciec zniknęli, zanim zaczął obserwować tłoczny obóz. Kocurek wydawał się nieobecny, patrząc tylko w jeden punkt przed sobą — na legowiska. Co to jest? Po co to im? Przecież tutaj, pod konarem, było sporo miejsca! Na pewno każdy by się tam zmieścił.
Jego wielgachne, granatowe oczka przesuwały się w stronę wielkiego, wysokiego kamienia. A to? Co to jest? Ktoś tam śpi? Kocurek zmarszczył brwi. On też chciałby!
Kociak wstał chwiejnie i na ogromnych stópkach truchtał w stronę śniegu. Niby poparzony odskoczył, gdy postawił łapkę na mrozie, przy okazji wywracając się do żłobka. Obejrzał się zawstydzony przez ramię, aby zerknąć czy jego familia nadal spała. Kiedy zobaczył dwa śpiochy — którym sam był, ale wyjątkowo obudził się wcześnie rano — odetchnął z ulgą i wstał. Nadymał policzki ze strachu i zmrużył oczy, przyglądając się białemu puchowi jak wrogowi. Kocurek napiął tylne łapska i skoczył wprost w zaspę. Wstrzymał oddech i zamknął przestraszony oczy. Sparaliżowało go, poczuł natychmiastowe zimno. Nie mógł się ruszyć! Utknął, nie czując łapek. Tylko jego płomienisty ogonek wystawał wśród perłowego śniegu. Ratunku! Rozpaczliwie próbował ruszyć głową, próbując zsypać z siebie śnieg. Nie chciał zostać pożarty przez śnieg!
Na początku był chłód. Później przerodził się w zaskakujące ciepło, choć nie miało to od razu w związku z hipotermią. Czuł czyiś oddech na zadzie. Ruszył ogonkiem, dając znak istocie, że potrzebował pomocy. Nie sądził, iż by to rzeczywiście pomogło, ale w mgnieniu oka — choć miał je cały czas zamknięte — poczuł, jak coś wielkiego próbowało go wydostać.
Kot odkopał malca i z prędkością światła złapał za kark. Wyniósł go z chłodu i przeniósł go w ciepłe miejsce. Następnie poczuł pojedyncze, ale silne pociągnięcia czymś ciepłym i szorstkim. Drżące ciało granatowookiego rozluźniło spięte mięśnie i pozwoliło, aby to coś go wylizywało jak niegdyś przy porodzie. Mimo wszystko malec nie chciał ze strachu otworzyć oczu. Powoli zasypiał pod niby matczynym ciepłem, ale ocknął się przy usłyszeniu swojego imienia.
— Wszystko w porządku? Pierze, jeśli dobrze pamiętam? — ktoś rzekł.
Pierze. Podobno nazwano go tak od momentu, gdy zjadł pióro. Został w lecznicy pod okiem obrzydzonego wujka, gdy musiał wypluwać wszystkie resztki. I choć w szczegółach tego już nie pamiętał, po tym trzymał się od piór z daleka. Nie chciał znowu jeść krwawniku na odruchy wymiotne!
— Co robiłeś na zewnątrz? — dodał dorosły głos.
Jak poparzony otworzył niepewne, wielkie oczyska, wbijając je w pysk starca. Słońce, które w końcu zagościło na nieboskłonie, przyćmiło widzenie malca. W pierwszej chwili pomyślał, że stoi nad nim to okropne stworzenie, o którym niegdyś mówiła im mamusia. Zjeżył sierść i zgiął grzbiet na kształt łuku, próbując się cofnąć. Kiedy odzyskał w pełni wzrok, zdał sobie sprawę, że to stworzenie... to ładny kot! I to ze śmiesznym pyskiem! Brązowy kocur z czarnymi paskami i pomarańczowymi oczami. Ciekawe, jak Pierze wyglądał?
Kociak uregulował swój oddech i go wstrzymał, niepewnie wracając na posłanie, bacznie obserwując nieznajomego. Skąd znał jego imię? Przecież nikomu nie mówił! A zwłaszcza kotom, którym nie ufał! Słodziak zmarszczył się w grymasie. Musiał go obserwować!
Nabrał chłodne i ostre jak kolce róży powietrze, po czym odpowiedział mu jeszcze skrzeczącym, chrypliwym głosem:
— Nie... nie twooooja spr...sprawa! — krzyknął rozjuszony, ale po chwili spojrzał za kocura na kamienny słup. Pociągnął nosem i trochę posmutniał, wyglądając jeszcze bardziej słodko.
— Ja tam chcę! — dodał, a następnie spojrzał na starca. — Zabierz mnie tam! — zażądał skrzekliwym głosem.
— Nie możesz, jesteś za malutki — odpowiedział starszy poważnie, ale z uśmiechem, bo rozbrajała go kocięca ciekawość i egoizm.
— A właśnie, że mogę! — odrzekł mu. — Jestem najstarszy i największy z rodzeństwa! To znaczy, że mogę! — sprzeczał się z nim. — Aminek i Bąbel są leniwi! — dodał oburzony niby do siebie. Choć i on nie był najproduktywniejszy z ich trójki.
Czemu ten kot się uśmiechał i mu nie pozwalał!? Nie umiał tego pojąć. Przecież uśmiech oznacza zgodę — myślał zawsze. Czy rozumiał to źle? Czy może kocur się z niego nabijał? Zanim mógł rzec coś brzydkiego, starszy kocur dodał:
— Jak zamierzasz tam dojść na tych małych, słodkich, tłustych łapkach?
Pierze usiadł przed nim i spojrzał na swoje jeszcze okrąglutkie łapki. Potem spojrzał na niego z grymasem. Fuknął zniesmaczony. On? Słodki? Bzdura!
Kichnął, a zielone gile trysnęły jakby pod ciśnieniem i teraz zwisały kocurkowi z nosa. Pierze podszedł pod drewnianą ścianę i otarł o nią nos, nieco zawstydzony. Następnie wrócił, patrząc na starszego spod byka. Stanął przed nim.
— Jak zamierzam? — zastanowił się, zanim dał odpowiedź. Wyszczerzył malutkie, śnieżnobiałe ząbki:
— Pomożesz mi! Wejdę ci na plecy i... ale czekaj! — zatrzymał się niespodziewanie i podskoczył energicznie. — A jak się nazywasz? — zapytał głośno, gapiąc się na niego granatowymi oczkami.
— Ale mi pomożesz, tak? — zapytał dodatkowo. W jego oczach tliła się iskierka nadziei. Jeśli się nie zgodzi… to Pierze weźmie sprawę w swoje małe, słodkie, tłuste łapki.
Rzęsy przyprószone na końcach wiecznym, białym puchem zatrzepotały, wpatrując się w zaśnieżony obóz jak zahipnotyzowany.
Za mały ten kocurek, by pojąć to wszystko; za mały, aby poszukać swojej matki, która, cóż, rzadko była w zasięgu łap. Nie wiedział, dokąd szła, ale wydawała się zła za każdym razem, gdy próbował ją zatrzymać, lub gdy chciał, aby go nakarmiła.
Ojciec był obok, ale jednocześnie... nieobecny. Choć kocurkowi podobał się zabawny tata, starszy kocur również wyglądał na nerwowego, który również znikał jak mamusia. Ale czemu? Nie odpowiadano mu.
Bąbel i Aminek byli jedynym, co zostawało, co nigdy nie uciekało bez powodu i pośpiechu. Zawsze razem, szeptali sobie na dobranoc. Zawsze. I choć czasem bywał złośliwy dla swojego Bąbla lub czasem i Aminka, nie wyobrażał sobie bez nich życia, bez ich ciepła i rozmów — kocurek był im dozgonnie wdzięczny, ale nie wiedział jak to nazwać. Wiedział, że to miłość, owszem. Ale czy była jakaś inna nazwa na określenie ich wielkiej, odwzajemnionej miłości?
Matka i ojciec zniknęli, zanim zaczął obserwować tłoczny obóz. Kocurek wydawał się nieobecny, patrząc tylko w jeden punkt przed sobą — na legowiska. Co to jest? Po co to im? Przecież tutaj, pod konarem, było sporo miejsca! Na pewno każdy by się tam zmieścił.
Jego wielgachne, granatowe oczka przesuwały się w stronę wielkiego, wysokiego kamienia. A to? Co to jest? Ktoś tam śpi? Kocurek zmarszczył brwi. On też chciałby!
Kociak wstał chwiejnie i na ogromnych stópkach truchtał w stronę śniegu. Niby poparzony odskoczył, gdy postawił łapkę na mrozie, przy okazji wywracając się do żłobka. Obejrzał się zawstydzony przez ramię, aby zerknąć czy jego familia nadal spała. Kiedy zobaczył dwa śpiochy — którym sam był, ale wyjątkowo obudził się wcześnie rano — odetchnął z ulgą i wstał. Nadymał policzki ze strachu i zmrużył oczy, przyglądając się białemu puchowi jak wrogowi. Kocurek napiął tylne łapska i skoczył wprost w zaspę. Wstrzymał oddech i zamknął przestraszony oczy. Sparaliżowało go, poczuł natychmiastowe zimno. Nie mógł się ruszyć! Utknął, nie czując łapek. Tylko jego płomienisty ogonek wystawał wśród perłowego śniegu. Ratunku! Rozpaczliwie próbował ruszyć głową, próbując zsypać z siebie śnieg. Nie chciał zostać pożarty przez śnieg!
Na początku był chłód. Później przerodził się w zaskakujące ciepło, choć nie miało to od razu w związku z hipotermią. Czuł czyiś oddech na zadzie. Ruszył ogonkiem, dając znak istocie, że potrzebował pomocy. Nie sądził, iż by to rzeczywiście pomogło, ale w mgnieniu oka — choć miał je cały czas zamknięte — poczuł, jak coś wielkiego próbowało go wydostać.
Kot odkopał malca i z prędkością światła złapał za kark. Wyniósł go z chłodu i przeniósł go w ciepłe miejsce. Następnie poczuł pojedyncze, ale silne pociągnięcia czymś ciepłym i szorstkim. Drżące ciało granatowookiego rozluźniło spięte mięśnie i pozwoliło, aby to coś go wylizywało jak niegdyś przy porodzie. Mimo wszystko malec nie chciał ze strachu otworzyć oczu. Powoli zasypiał pod niby matczynym ciepłem, ale ocknął się przy usłyszeniu swojego imienia.
— Wszystko w porządku? Pierze, jeśli dobrze pamiętam? — ktoś rzekł.
Pierze. Podobno nazwano go tak od momentu, gdy zjadł pióro. Został w lecznicy pod okiem obrzydzonego wujka, gdy musiał wypluwać wszystkie resztki. I choć w szczegółach tego już nie pamiętał, po tym trzymał się od piór z daleka. Nie chciał znowu jeść krwawniku na odruchy wymiotne!
— Co robiłeś na zewnątrz? — dodał dorosły głos.
Jak poparzony otworzył niepewne, wielkie oczyska, wbijając je w pysk starca. Słońce, które w końcu zagościło na nieboskłonie, przyćmiło widzenie malca. W pierwszej chwili pomyślał, że stoi nad nim to okropne stworzenie, o którym niegdyś mówiła im mamusia. Zjeżył sierść i zgiął grzbiet na kształt łuku, próbując się cofnąć. Kiedy odzyskał w pełni wzrok, zdał sobie sprawę, że to stworzenie... to ładny kot! I to ze śmiesznym pyskiem! Brązowy kocur z czarnymi paskami i pomarańczowymi oczami. Ciekawe, jak Pierze wyglądał?
Kociak uregulował swój oddech i go wstrzymał, niepewnie wracając na posłanie, bacznie obserwując nieznajomego. Skąd znał jego imię? Przecież nikomu nie mówił! A zwłaszcza kotom, którym nie ufał! Słodziak zmarszczył się w grymasie. Musiał go obserwować!
Nabrał chłodne i ostre jak kolce róży powietrze, po czym odpowiedział mu jeszcze skrzeczącym, chrypliwym głosem:
— Nie... nie twooooja spr...sprawa! — krzyknął rozjuszony, ale po chwili spojrzał za kocura na kamienny słup. Pociągnął nosem i trochę posmutniał, wyglądając jeszcze bardziej słodko.
— Ja tam chcę! — dodał, a następnie spojrzał na starca. — Zabierz mnie tam! — zażądał skrzekliwym głosem.
— Nie możesz, jesteś za malutki — odpowiedział starszy poważnie, ale z uśmiechem, bo rozbrajała go kocięca ciekawość i egoizm.
— A właśnie, że mogę! — odrzekł mu. — Jestem najstarszy i największy z rodzeństwa! To znaczy, że mogę! — sprzeczał się z nim. — Aminek i Bąbel są leniwi! — dodał oburzony niby do siebie. Choć i on nie był najproduktywniejszy z ich trójki.
Czemu ten kot się uśmiechał i mu nie pozwalał!? Nie umiał tego pojąć. Przecież uśmiech oznacza zgodę — myślał zawsze. Czy rozumiał to źle? Czy może kocur się z niego nabijał? Zanim mógł rzec coś brzydkiego, starszy kocur dodał:
— Jak zamierzasz tam dojść na tych małych, słodkich, tłustych łapkach?
Pierze usiadł przed nim i spojrzał na swoje jeszcze okrąglutkie łapki. Potem spojrzał na niego z grymasem. Fuknął zniesmaczony. On? Słodki? Bzdura!
Kichnął, a zielone gile trysnęły jakby pod ciśnieniem i teraz zwisały kocurkowi z nosa. Pierze podszedł pod drewnianą ścianę i otarł o nią nos, nieco zawstydzony. Następnie wrócił, patrząc na starszego spod byka. Stanął przed nim.
— Jak zamierzam? — zastanowił się, zanim dał odpowiedź. Wyszczerzył malutkie, śnieżnobiałe ząbki:
— Pomożesz mi! Wejdę ci na plecy i... ale czekaj! — zatrzymał się niespodziewanie i podskoczył energicznie. — A jak się nazywasz? — zapytał głośno, gapiąc się na niego granatowymi oczkami.
— Ale mi pomożesz, tak? — zapytał dodatkowo. W jego oczach tliła się iskierka nadziei. Jeśli się nie zgodzi… to Pierze weźmie sprawę w swoje małe, słodkie, tłuste łapki.
<Drogi nieznajomy, pomóż mi się dostać na ten kamienny słup! I to migiem!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz