BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sówka. Pokaż wszystkie posty

22 października 2025

Od Sówki

Spojrzała w oczy swojej "partnerki", na chwilę wstrzymując oddech. Jej wzrok był dokładnie taki, jak Sówka zapamiętała. Te wspaniałe brązowe oczy, wpatrujące się w nią z jakimś uczuciem. Tak głębokie i pełne tajemnic, które jednak po tylu księżycach razem, Sówka znała w znaczącej większości. Niby tak zwyczajne, a jednak... Sówka miała wrażenie, że coś jest z nimi nie tak. Były za ciepłe, jak na otaczającą ich rzeczywistość. Nie miały prawa, takie być, zwłaszcza po ich kłótni księżyce temu. Co więc sprawiło, że Kaczka patrzyła na nią jak w chwili, kiedy to wyznała jej uczucia? Czekoladowa nie miała pojęcia, ale też nie miała czasu się zastanawiać. Wiedziała, że musi zacząć rozmowę, zanim wojowniczka wróci do swoich zajęć. Wypuściła powoli powietrze i otworzyła pysk, by się odezwać, lecz nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa. Czuła jak coś trzyma ją za gardło, coraz bardziej je zgniatając. Mimo że nie czuła żadnego bólu, wiedziała, że coś jest nie tak. Po chwili trudniej było jej złapać oddech. Otworzyła szerzej oczy, nie rozumiejąc, co się dzieje. Dalej wpatrywała się w Kaczkę, która stała jednak tak samo, nieruchomo, jakby nie widziała, co się właśnie dzieje z jej partnerką. Polana, na której stały, nagle zniknęła, ustępując miejsca ciemności. Sówka czuła jak traci grunt pod łapami. Spanikowana spojrzała na dół, jednak jedyne co zobaczyła, to ciemność.
Dysząc, otworzyła oczy. Mimo bólu z rana od razu się podniosła, wzrokiem ogarniając otoczenie dookoła. "Kolejny koszmar" – pomyślała, a po chwili przeszedł ją ten nieprzyjemny dreszcz. Zamknęła na chwilę oczy, chcąc się uspokoić. Powoli uspokajała oddech, lecz wtedy coś usłyszała. Otworzyła oczy, a sierść na karku sama jej się odrobinę podniosła. Spojrzała w stronę wyjścia z legowiska. Wtedy ją zobaczyła.
– K-Kaczka? – odezwała się mimowolnie.
– Witaj – mruknęła wojowniczka, napięcie wchodząc do środka legowiska. – Brakuje nam jednej osoby w patrolu – wyjaśniła Kaczka. Sówka spojrzała w jej oczy. Nie były tak czułe jak widziała w swoim śnie. Wręcz przeciwnie, było widać w nich pewien rodzaj zdenerwowania, a samo zachowanie Kaczki wskazywało na to, że nie czuła się komfortowo w legowisku swojej "partnerki". Pewnie reszta patrolu wysłała akurat ją do załatwienia tej sprawy.
– Co z Gruszką i Pieczarką? To ich zadanie – zauważyła cicho czekoladowa, rozczarowana odwracając wzrok, nie mogąc wyrzucić z głowy obrazu ze snu.
– Nie możemy ich znaleźć. Mogłabyś kogoś wyznaczyć? – pospieszała Kaczka.
– Mogłabyś chwilę poczekać? – zapytała Sówka, znów spoglądając w stronę wojowniczki.
– Mam obowiązki.
– Chciałabym z tobą porozmawiać – mruknęła przywódczyni i powoli wstała. Kaczka nie odezwała się, jednak było widać, że się stresuje.
– To rozkaz, czy prośba matki moich kociąt? – zapytała ironicznie.
– Rozkaz.
– W takim razie przyjdę po moim patrolu droga liderko. Mam obowiązki – oznajmiła Kaczka. Sówka jednak nie miała zamiaru dać za wygraną, o czym wojowniczka doskonale wiedziała.
– Moje rozkazy są ważniejsze niż rozkazy moich zastępców – przypomniała z przekąsem, na co Kaczka tylko syknęła coś cicho. – Ale skoro tak bardzo chcesz pójść na patrol, możemy porozmawiać w jego trakcie – stwierdziła Sówka. – Dajcie mi chwilę. Zaraz do was zejdę – powiedziała. W głębi już karciła się za ten pomysł. W końcu było widać, że Kaczka nie chce z nią rozmawiać, a ona na siłę na to naciskała. Już wiedziała, że rozmowa ta pójdzie na straty, podobnie jak niektóre z jej obolałych kości. Jednak sama Kaczka też powinna się tego spodziewać.
 
***
 
– Ruszamy – oznajmił Żagnica, który to prowadził patrol i wszyscy razem wyszli z obozu. Sówka szła w ciszy, przyglądając się co jakiś czas Kaczce. Próbowała w głowie ustalić sobie jakikolwiek plan rozmowy. Cokolwiek, co pomogłoby doprowadzić to wszystko do końca, bez krzyków w trakcie. Zanim jednak zdążyła wymyślić odpowiedni plan działania, Żagnica się zatrzymał.
– Zostańmy tu i nie rozdzielajmy się – zaproponował. – Ostatnio było słychać o jakiś problemach w lesie – zauważył i spojrzał na Sówkę, czekając na jej aprobatę. Ta położyła uszy po sobie, zdając sobie sprawę, że nie da rady porozmawiać z Kaczką. Nie chciała się kłócić z Żagnicą. Nie lubiła go, jednak wiedziała, że byłaby w stanie rzucić mu się do gardła, gdyby zbyt wyprowadził ją z równowagi. Dlatego tylko kiwnęła głową, kątem oka spoglądając na stojąca obok burą wojowniczkę.
 
***
 
Siedziała przy drzewie z tabliczkami, wbijając w nie pusty wzrok. Nie zdążyła porozmawiać z Kaczką, co dosyć ją przybiło. Bała się, że nie będzie w stanie zrobić tego w ciągu kolejnych kilku dni. Przecież obie miały swoje obowiązki, a przez te kilka księżyców odsunęły się od siebie na tyle, że godziny ich wykonywanych obowiązków w pełni przestały się ze sobą pokrywać. Westchnęła cicho i podnosiła się. Mimo zmęczenia uznała, że zrobi sobie mały spacer. Potrzebowała tego zanim wróci do obozu pełnego obowiązków i zmartwień. Dlatego nie myśląc zbyt wiele ruszyła przed siebie, dalej siedząc w swojej głowie. Mijała drzewa i krzewy. Las o tej porze był pusty i... Naprawdę piękny. Sówka oglądała z zachwytem kolorowe liście, czego nie robiła od księżyców. Niektóre z nich zabierała ze sobą, chcąc zanieść je do drzewa z tabliczkami. Dokładnie jak za dawnych czasów. Uśmiechnęła się lekko. Jakie to było zabawne, że po takim czasie mogła poczuć się dokładnie jak kiedyś. Tak gdyby nic się nie zmieniło. Zamknęła ma chwilę oczy, wyobrażając sobie siebie za młodu. Zbierałaby liście dla mamy i Mniszka, nie przejmując się swoimi bezmyślnymi pomysłami. Rozmarzony uśmiech znów pojawił się na jej pysku. "To były czasy!" – pomyślała i otworzyła oczy. Rozejrzała się dookoła i skręciła w bok, znów bawiąc się w kolorowych liściach. Właśnie takiego spaceru jej brakowało! Beztroskiego. Z uśmiechem na pysku, czego nie robiła od tak dawna.
Ostry zapach doleciał do jej nozdrzy. Od razu się zatrzymała, czując jak paraliżuje ją strach. Znała ten odór aż za dobrze. Wszystkie jej wspomnienia nagle zniknęły, tak samo jak uśmiech z jej pyska. Zamiast wyobrażenia o Mniszku i Jarząb pojawiła się przed nią sylwetka Żagnicy i jego słowa. "Jakieś problemy w lesie". To były te problemy. Lecz nikt jeszcze tego nie potwierdził. Do teraz. Przełknęła głośniej ślinę i wtedy zza krzaków wychyliła się wielka sylwetka bestii. Czarno-biały potwór powoli chodził dookoła, aż nie zauważył przerażonej Sówki. Serce podeszło jej do gardła na widok borsuka. Tak strasznie się ich bała, że nie potrafiła nic zrobić. Łapy, jakby trzymane jakąś siłą, nie chciały się ruszyć, choć mózg dawał rozkazy do ucieczki. Oddech sam jej przyspieszył, a gardło ścisnęło się, jakby już poczuło na sobie potężną łapę bestii. Wszystkie jej myśli skupiły się na borsuku, odcinając ją od rzeczywistości. Wtedy borsuk zaatakował.
 
***
*Tw: trochę krwi*
 
Słyszała urywki słów. Czyjeś głosy, krzyki, lecz jej umysł nie był w stanie zidentyfikować, do kogo należały, a co ważniejsze - co tak właściwie się działo. Przed oczami widziała tylko pustkę, jakby otaczała ją ciemność. Czuła za to niewyobrażalny ból, podobny do tego zadanego przez sępa. Chciała się podnieść, lecz nie miała sił. Wszystko było za ciężkie, zbyt bolesne. W końcu spróbowała otworzyć oczy. Przez pierwsze chwile światło za bardzo ją oślepiało. Nie wiedziała, gdzie się znajduje, ani kto jest obok. Znów do jej uszu doleciały czyjeś głosy, może kolejny krzyk? Powoli jej wzrok przyzwyczajał się do światła dnia. Zobaczyła nad sobą sylwetkę Kruszynki. Próbowała odgadnąć wyraz jej pyska, lecz nie była w stanie się na nim skupić. Po chwili obok medyczki pojawił się ktoś jeszcze...
– Mężu! – głos Kaczki rozniósł się echem, a sama wojowniczka szybko przypadła do boku przywódczyni.
– Sówko, szybko zjedz te zioła – odezwała się Kruszynka. Czekoladowa starała się podnieść, jednak nie mogła nawet ruszyć głową. Najmniejszy ruch wywoływał ból.
– Ja... N-Nie mogę – powiedziała, wkładając w to całą swoją siłę. Po chwili zaczęła kaszleć, a czerwona maź wyciekła z jej pyska.
– Mężu, hej, wszystko będzie dobrze! – znów odezwała się Kaczka, chyba ocierając swoje łzy. Sówka uśmiechnęła się lekko i spojrzała na swoją partnerkę.
– Przepraszam – wyszeptała mimo bólu. – Kocham cię, wiesz? – zapytała, po czym znów zaniosła się kaszlem. Kruszynka zawołała kogoś z tyłu, odsuwając tym samym burą wojowniczkę. Sówka przymknęła na chwilę oczy. Miała wrażenie, że ból zaczynał ustawać. Powoli otulał ją, zamieniając się w jakiś spokój. Czyżby podane zioła zaczynały działać?

[*]

19 października 2025

Od Sówki CD. Kajzerki

*Jakiś dłuższy czas temu*

Grzebała łapą w ziemi. Jej myśli krążyły wszędzie dookoła, nie mogąc się zdecydować, czego dokładnie się uczepić. Sama Sówka z tego powodu nie kontaktowała odpowiednio, jak to powinna ze względu na swoje stanowisko. Ale co mogła zrobić? Taki stan ciągnął się od dłuższego czasu. Miała wrażenie, że wyszła z najgłębszego dołka, ale jej niezebrane myśli i zmartwienia dalej ciągnęły ją w dół. A w dodatku ograniczający wiek tylko coraz bardziej dawał o sobie znak. Ciało stawało się tylko coraz starsze, ale jej młodzieńczy i lekkomyślny duch dalej był gdzieś schowany, teraz jednak bez możliwości pokazania się całemu światu, jak to dotychczas robił.
— Myślisz, że była to dobra decyzja? — nagle odezwała się siedząca obok Kajzerka. Sówka podniosła lekko głowę, wytrącona ze swoich rozmyślań. Spojrzała na zmartwioną wojowniczkę, po chwili przenosząc wzrok przed siebie, dokładnie w miejsce, gdzie znajdowała się Ambrowiec. Czekoladowa domyślała się, że to właśnie ona jest źródłem zmartwień Kajzerki. Odkąd wróciła do Owocowego Lasu, sytuacja momentami stawała się napięta, a niepewność co do wcześniejszych gróźb kocicy w stronę nie tylko Sówki, a całego Owocowego Lasu, potrafiła być naprawdę stresująca. Nikt nie miał pewności, czy cała rodzinka jeszcze przed chwilą wygnanych owocniaków, nie knuje czegoś w ukryciu.
– Nie wiem Kajzerko – mruknęła w końcu Sówka, znów wlepiając wzrok w ziemię. – Ale właśnie z tego powodu są oni pilnowani przez naszych wojowników. Jak tylko coś się będzie działo, odpowiednio zareagujemy – powiedziała, choć sama nie była pewna swoich słów. Nie ufała Ambrowiec, można nawet powiedzieć, że odrobinę się jej obawiała. Już gdy ich wygnała, doprowadziło to do dużego pogorszenia jej stanu, ze względu na stres, jaki ciągnął się wraz z tą sytuacją. A teraz ta sama kotka, która groziła im wszystkim, wróciła błagać o litość. Sówka westchnęła cicho, co nie umknęło jednak uszom Kajzerki. Wojowniczka wlepiła w czekoladową swoje spojrzenie, lecz nie uzyskała żadnego wytłumaczenia.
 
***
*Przed ostatnim zgromadzeniem*
 
Coraz trudniej było jej nadążyć nad wszystkimi wydarzeniami w Owocowym Lesie. Miała wrażenie, że informacji z dnia na dzień przybywało, choć rzeczywistość była zdecydowanie inna. "Nie daje rady nawet orientować się w informacjach" – pomyślała zrezygnowana, spuszczając głowę. Czy to się nazywa starość? Jeśli tak, Sówka jednego była pewna - nie było to w żadnym stopniu fajne czy zabawne. Była to prawdziwa męka, zwłaszcza dla kota na stanowisku takim jak ona. Zwłaszcza dla niej. Nie umiała pogodzić się z faktem, że coraz trudniej wchodziło się jej na drzewa, nie tylko ze względu na obecnego w jej życiu zeza, ale również ze względu na stan zdrowia. Nie potrafiła zrozumieć, że sama podróż na zgromadzenia kosztowała ją więcej energii niż kiedykolwiek wcześniej. Miała wrażenie, że całe jej życie tylko się skomplikowało, jakby wcześniej nie było już wystarczająco trudne. Chociażby przez sytuację z Kaczką. Czekoladowa westchnęła cicho. Nie wiedziała ile czasu jej jeszcze zostało, a dalej nie potrafiła rozmawiać z własną "partnerką", jeśli w ogóle dalej mogła nazwać tak Kaczkę. Przez tak długi czas nie rozmawiały, co kroiło serce Sówki na mniejsze kawałeczki. Czy ich związek w ogóle jeszcze istniał? Czy tamta kłótnia była tylko cichym zerwaniem, którego akurat ona nie zrozumiała? Sama nie miała pojęcia i nie chciała rozkminiać tego tematu bardziej. Wolała podążać za swoją nadzieją, niż dać się złapać szponom rzeczywistości.
– Witaj Sówko – usłyszała nagle głos, należący do Pieczarki. Zastępczyni usiadła obok Sówki i uśmiechnęła się do niej życzliwie. Czekoladowa założyła swoją maskę i lekko odwzajemniła uśmiech, odwracając się w pełni do Pieczarki.
– Witaj, coś się stało? – zapytała przywódczyni, nieco zdziwiona nagłym pojawieniem się kotki.
– Zbliża się pełnia, za kilka wschodów słońca odbędzie się zgromadzenie – przypomniała Pieczarka, przyglądając się liderce. Ta tylko kiwnęła głową, czując już jak łapy odpadają jej z wysiłku. – Czy dasz radę nas poprowadzić? – spytała młodsza, wyrywając Sówkę z zamyślenia.
– Oczywiście Pieczarko. Dlaczego miałabym nie dać?
– Nie chcę cię urazić... – zaznaczyła na początku zastępczyni. – ...jednak ostatnio odnoszę wrażenie, że nie jesteś w formie.
– Wiesz jak to jest – westchnęła czekoladowa, niezręcznie się uśmiechając.
– Może zastanowisz się do jutra? My dostosujemy się do twoich rozkazów – zaproponowała Pieczarka. Widać było na jej pysku pewien rodzaj zmartwienia. Sówka spojrzała na nią, przez chwilę się nie odzywając. Domyślała się, co jej zastępczyni ma na myśli.
– Dobrze Pieczarko. Pamiętaj tylko, że nikt z was nie musi się o mnie martwić – oznajmiła. Pieczarka kiwnęła głową, znów uśmiechając się w stronę Sówki. Tym razem jednak nie uzyskała tego samego w odpowiedzi. Po chwili zostawiła przywódczynię samą, wracając do swoich obowiązków. Wtedy to Sówka wypuściła ciężko powietrze.
 
***
 
Siedziała obok Kajzerki. Głowę miała spuszczoną, a zrezygnowany wzrok jak zwykle wlepiony w twardą nawierzchnię ziemi. Choć wczoraj jeszcze się dziwiła, dlaczego ktokolwiek sugeruje, że nie da rady poprowadzić Owocowego Lasu na zgromadzenie, dziś padło na to, że zostaje w obozie, ponieważ właśnie nie da rady tego zrobić. Los potrafił jednak być okrutny.
– Kajzerko – odezwała się i podniosła lekko głowę, by było ją lepiej słychać. – Opowiedz mi proszę później, co działo się na zgromadzeniu.

<Kajzerko?>

27 sierpnia 2025

Od Sówki CD. Kajzerki

Poczuła, jak robi jej się słabo. Nagle cały świat zawirował, sprawiając, że czekoladowa prawie utraciła grunt spód łap. Oddech sam jej przyspieszył, a w głowie po raz kolejny utworzył się mętlik. Myśl za myślą, wszystkie w rzędzie i tak w kółko bez końca. Wszystkiego było tylko coraz więcej. W końcu Ambrowiec wraz ze swoimi dziećmi i przyjacielem opuściła obóz, a za nimi ruszył wybrany przez Gruszkę patrol.
– Kurcze, słabo – przez to wszystko doleciał do niej komentarz Kajzerki. Jej wzrok powędrował w stronę kotki, jednak nie był on jakiś oskarżający. Nie. Był jakąś mieszanką przerażenia, która nawet dla osoby przeżywającej dane emocje była trudna do zrozumienia. Kajzerka również spojrzała na liderkę, co sprawiło, że ta szybko odwróciła wzrok. Wzięła nieco głębszy oddech i odwróciła się napięcie, łapy kierując w stronę swojego legowiska. Musiała się położyć, wiedziała o tym. Gdy tylko zniknęła z oczu pobratymców, poczuła, jak łapy same się pod nią uginają. Na wpół usiadła, na wpół upadła na swoje posłanie, mocno zaciskając powieki. Czyżby popełniła błąd? Czy aby na pewno wygnanie Ambrowiec było dobrym pomysłem? Sama już nie wiedziała! To wszystko powoli wymykało się jej spod kontroli. Tego wszystkiego było już zbyt wiele. Miała wrażenie, że każda decyzja tylko bardziej pogrąża ją, a w tym również Owocowy Las. W końcu to ona była za niego odpowiedzialna. Ona im przewodziła, dlaczego ten fakt doszedł do niej dopiero po takiej tragedii? Bo choć wcześniej była świadoma, nigdy nie była aż tak, jak teraz. Teraz wagę każdej swojej decyzji odczuwała tylko dwa razy bardziej niż wcześniej, a każda z nich przygniatała ją coraz bardziej, jakby chciały zrównać ją z ziemią. A może tak było? Może każda kolejna podjęta decyzja była tylko kolejnym stopniem do końca?
 
***
*Tego samego dnia*
 
Czuła na sobie wzrok innych kotów, gdy przemierzała pełną ich polanę. Słyszała ciche szepty, jednak starała się nie zwracać na nie większej uwagi. Mimo to niektóre z nich potrafiły dolecieć do jej uszu, wpadając centralnie do nich, by później zagnieździć się w jej mózgu na dobre.
– Sówko? – usłyszała nagle głos Kajzerki, który skutecznie uratował ją przed plotkami, które coraz częściej były dla niej utrapieniem. Sówka odwróciła się do niej, nie utrzymując jednak kontaktu wzrokowego.
– Witaj Kajzerko, coś się stało? Nie powinnaś być w żłobku? – zapytała, starając się brzmieć jak najbardziej naturalnie, choć nie wychodziło jej to za dobrze.
– Ciebie mogłabym zapytać o to samo – odparła szczerze młodsza, nawiązując do pierwszego z dwóch pytań zadanych przez Sówkę. – Nie wyglądasz najlepiej – stwierdziła. Liderka tylko niemrawo kiwnęła głową. – Jak coś się dzieje to mogę ci pomóc! – dodała, nie słysząc żadnej odpowiedzi ze strony przywódczyni.
– Nie... To... – zaczęła Sówka, lecz bezskutecznie. W końcu westchnęła i odwróciła się nieco w stronę przybyłej kotki. – Wszystko wymyka mi się spod kontroli – westchnęła i ciągnęła już szeptem. – Ale nie potrzebuje twojej pomocy Kajzerko. Jeśli mam utrzymać naszą społeczność w porządku, muszę postarać się to zrobić na własną łapę. Ostatnio po prostu...
– Chodzi o Kaczkę? – zapytała Kajzerka, spoglądając zmartwiona na swoją koleżankę. Ta poraz kolejny westchnęła.
– Te plotki są o nas, prawda? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Sówka, pozwalając sobie na lekkie drżenie głosu. Kajzerka kiwnęła głową, po czym nastała chwila ciszy, której nikt nie przerywał. Wtedy to Sówka postanowiła ruszyć dalej, myśląc, że będzie to już koniec rozmowy z karmicielką. Ta jednak nieco wolniej, ale jednak, ruszyła za przywódczynią.
– Nie musisz sobie z tym wszystkim radzić sama Sówko. Zawsze możesz przyjść z kimś porozmawiać! I ja zgłaszam się na ochotnika. Z chęcią cię wysłucham. Jestem pewna, że po tym zrobi ci się lepiej! – odezwała się Kajzerka, spoglądając na przywódczynię. Sówka odwróciła nieco głowę w jej stronę.
– Muszę być silna Kajzerko – oznajmiła, przypominając sobie Żbika. – A teraz wracaj do żłobka. Zaraz przyniosę ci jakąś mysz, jest pora na posiłek – zaoferowała, na co karmicielka przystała, choć Sówka dalej miała wrażenie, że przyjaciółka nieco się o nią martwi. Po chwili jednak Kajzerka ruszyła w stronę legowiska, zostawiając przywódczynię. Ta jak gdyby nigdy nic ruszyła do stosu zwierzyny, jednak w jej głowie znów zaczęło roić się od myśli. A główną z nich było pytanie. Czy aby na pewno nie potrzebuje pomocy?
 
***
 
To pytanie dalej nawiedzało Sówkę, choć od tamtej rozmowy minęło kilka, jeśli nie więcej, wschodów słońca. Czekoladowa miała wrażenie, że gdyby nie obowiązki, które miała, nie wychodziłaby ze swojego legowiska. Choć już teraz robiła to dużo rzadziej. Odkąd Kaczka przestała do niej przychodzić, nie miał kto wyciągać jej na zewnątrz. Kilka łez zgromadziło się w kącikach jej oczu. Od tamtej kłótni dalej nie rozmawiała ze swoją partnerką. Obowiązki, które kiedyś wykonywały razem, każda z nich wykonywała oddzielnie, a czasem możnaby nawet zauważyć, jak czekoladowa omija je wciągu swojego dnia. Jakiekolwiek ich przypadkowe spotkania na polanie kończyły się nieprzyjemnymi komentarzami, czy szybkim wyminięciem drugiej połówki, tak, jakby nic nigdy je nie łączyło. A w dodatku jeszcze te plotki... Teraz już mniej nasilone niż wcześniej, jednak dalej obecne, wwiercające się w głowę przywódczyni, dodając jej tym samym więcej zmartwień. Sama nie wiedziała jak ma traktować obecną sytuację z Kaczką. Czy dalej były razem? Nadzieja Sówki w tym przypadku była naprawdę wielka, ponieważ sama kotka niewyobrażała sobie, co by było, gdyby to zakończyło się w taki sposób. Gdyby ich relacja nagle dobiegła końca. Dalej bardzo kochała Kaczkę. Myślała o niej, choć tak strasznie bała się odezwać. W końcu była to jej wina, że to wszystko tak się potoczyło. Gdyby wtedy ugryzła się w język, kłótnia ta nie stałaby się tak poważna.
Powoli wstała, czując jak ciężkie jest jej ciało. Jej główną chęcią było wrócenie na posłanie i zaśnięcie poraz kolejny, lecz wiedziała, że nie może tego zrobić. Musiała wygrzebać się z legowiska i choć na chwilę wyjść na zewnątrz. Wzięła głębszy oddech i spojrzała przed siebie. Starała się uśmiechać, jednak wiedziała, że nie potrafi. Nie jak kiedyś. Jej maska została uszkodzona, a ona nie miała wystarczająco siły by ją naprawić. To był chyba najgorszy fakt dla Sówki, ponieważ miała tą świadomość, że były osoby, które mogły zauważyć jej nie za dobry stan.
Wyszła z legowiska. Powoli zeszła na ziemię, starając się nie wywrócić przez swojego zeza, który mimo całego życia dalej platał jej figle. W końcu ruszyła przed siebie, starając się nie nawiązywać z nikim kontaktów wzrokowych, tak jakby jej nie było. I to wtedy jej wzrok padł na dwie biegające po obozie kulki, za którymi to biegała Kajzerka. Podniosła nieco głowę i spojrzała na karmicielkę.

<Kajzerko?>

07 sierpnia 2025

Od Sówki

Plotki w takich społecznościach, jak Owocowy Las były wręcz codziennością. Sówka słyszała je od małego, niektóre dotyczyły nawet jej i jej matki. Niektóre koty po prostu miały wystarczająco długi język, by przekazać komuś jakichś głupot, które potem mogły nie raz zaszkodzić innym. A to właśnie w Owocowym Lesie tych kotów z długimi językami był wręcz nadmiar, przez co każda informacja po obozie rozprzestrzeniała się z prędkością światła. Wystarczyło tylko nadstawiać uszu i słuchać gwaru obozu. Słuchać tych rozmów, albo samemu brać w nich udział. Jednak najbardziej cierpiały tu osoby, których sama plotka dotyczyła.
Sówka siedziała ze wzrokiem wlepiony w ścianę. Nawet do jej uszu doszła informacja o domysłach niektórych, dotyczących ich szamanki, Świergot. Kotka zajmowała pozycję medyka w ich klanie, była bardzo spokojną kotką, pomocną i pełną dobroci, dlatego każda z usłyszanych plotek tylko bardziej dziwiła Sówkę. Nie mogła uwierzyć w żadną z nich. Była pewna, że każda to wyssane z palca kłamstwo, stworzone na pokaz, albo bardziej, stworzone, by zrozumieć coś, co dla kota niewyszkolonego w leczniczych dziedzinach, jest po prostu niezrozumiałe. Przecież Świergot była wspaniałą kotką, modrą i choć starość dopadała także ją, czekoladowa była pewna, że jest z nią wszystko dobrze. Choć może też się myliła? Jakakolwiek była prawda, przywódczyni stwierdzała jedno — plotki te powstały z powodu tej jednej decyzji, którą podjęła. Tej, która dalej nie pozwalała jej sensownie myśleć. Syknęła coś cicho, łapą zaczynając grzebać w ziemi. Myśli nie dawały jej spokoju, jakby były łowcami, a ona marną zwierzyną, którą trzeba było tylko złapać. Uciekała przed nimi, choć wiedziała, że i tak ją złapią. I tak dopadną, łapiąc szponami za gardło. Na tę myśl przeszedł ją tylko dreszcz. W końcu wstała i powoli wyszła z legowiska. Musiała się przejść. Musiała uciec od tego zgiełku i w jej głowie i na polanie, na której to znajdowała się masa kotów. Sówka powoli do nich zeszła, starając się uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z pobratymcami. Mimo tego, że sama nie chciała z nimi dyskutować, do jej uszu samowolnie dochodziły szepty. Te jakby dobijające gwóźdź do trumny szepty. Z jednej strony o Świergot oraz biednym, dalej nieprzytomnym Wiciokrzewie, z drugiej strony o jeszcze niepodjętej przez nią decyzji, dotyczącej wygnania jednego z dwójki pokłóconych kochanków, a z jeszcze kolejnej strony inne. Mniej rozpowszechnione przez społeczność.
Wyszła z obozu. Skierowała się w stronę swojego drzewa z tabliczkami. Musiała tam chwilę posiedzieć. Może porozmawiać ze zmarłymi? Powierzyć im kwestie, które dla niej były za ciężkie i za trudne do ogarnięcia.
– Sówko – usłyszała głos Kaczki. Tym razem kotka zwróciła się do przywódczyni po imieniu, co nieco ją zaniepokoiło. Kaczka bardzo rzadko tak robiła, a gdy już tak się działo, mogło to zdecydowanie znaczyć coś złego. – Gdzie idziesz?
– Do drzewa z tabliczkami – odpowiedziała czekoladowa, nieco zwalniając tępa, by jej partnerka mogła się z nią zrównać. Kaczka kiwnęła głową i bez słowa poszła wraz z Sówką. Zimny wiatr wiał w ich pyski, gdy skręcały za drzewami. Sówka aż zadrżała, czując wszechobecny mróz. Pora Nagich Drzew nie była łaskawa tego roku. I niestety nie tylko przez pogodę.
W końcu znalazły się na miejscu. Czekoladowa ruszyła by zająć miejsce przed drzewem. Spojrzała na tabliczki pod nim. Dla jej rodziców, ale też wszystkich bliskich, takich jak Mniszek, jego córka czy... Łzy pojawiły się w kącikach oczu Sówki, gdy jej wzrok powędrował na ostatnią z tabliczek. Jeszcze nie było na niej odciśniętej łapy. Była to tabliczka dla Listka. Czekoladowa poczuła jak coś łapie ją za gardło w tamtej chwili. Nie była w stanie odcisnąć łapy na kawałku skały, przeznaczonym dla jej własnego syna. Nie była w stanie go pożegnać, nie chciała się z tym pogodzić, nawet jak prawda każdego dnia boleśnie dawała o sobie znać. Dopiero po chwili Sówka odwróciła wzrok od tabliczek, kierując go na swoją partnerkę, dalej jednak unikając patrzenia jej prosto w oczy. Kaczka dalej stała w tym samym miejscu, ewidentnie nie mając zamiaru siadać. Jej wzrok skierowany był na przywódczynię, a Sówka mimo tego, że tego nie widziała, czuła doskonale jak z każdym uderzeniem serca wzrok ten tylko bardziej wbija się w jej ciało. Miała wrażenie, że był inny, taki obcy.
– Możemy porozmawiać? – zapytała Kaczka.
– O tym co myślę? – dopytała czekoladowa, z małym, prawie niewyczuwalnym, drżeniem w głosie. Bura kiwnęła znacząco głową, dalej stojąc w pewnej odległości od Sówki.
– Jednak najpierw spójrz na mnie – rozkazała bura. Sówka zamilkła, a ta sama siła poraz kolejny chwyciła za jej gardło, tylko bardziej umacniając chwyt. – Spójrz mi w oczy Sówko. Co w tym takiego złego?
– Nie chcę. Nie mogę, dobrze? – odparła nieco ostrzej niż zamierzała przywódczyni. Kaczka westchnęła cicho, ewidentnie tracąc już na to wszystko cierpliwość.
– Sówko. Odkąd wróciliście po ostatniej sytuacji prawie się nie odzywasz. Siedzisz w swoim legowisku, nie dając czasem znaku życia. Przecież gdyby nie ja to chyba nigdy byś nie udała się do Świergot, by opatrzyła twoje rany! – zauważyła ostro bura. – Nie patrzysz nikomu w oczy, zwłaszcza mi, a przez pierwsze dni nawet nie chciałaś obrócić głowy w moją stronę! Nawet nie wiesz jak ja się czuję w tej sytuacji!
– To tak jak ty, ty też nie wiesz jak ja się czuję.
– To mi powiedz. Wytłumacz. Od początku chcę z tobą porozmawiać, ty dalej mnie unikasz, teraz zasłaniając się obowiązkami. Myślisz, że tego nie widać? – zapytała ironicznie Kaczka, podchodząc o krok do przodu. – Nie dajesz sobie pomóc, nikogo do siebie nie dopuszczasz i to nie od teraz. Nie. Teraz to po prostu się nasiliło i ja nie mogę już na to patrzeć – powiedziała, stając obok Sówki. – Wytłumacz mi co się dzieje. Spójrz mi w oczy i mi wytłumacz.
– Nie trzeba, radzę sobie, nie chcę o tym mówić – powtarzała czekoladowa.
– Nie radzisz sobie, przyjmij to do świadomości!
– A ty to co? Też sobie nie radzisz. Widziałam jak płakałaś w legowisku. Też nie mówisz, jak coś się dzieje, tyle razy było to widać, chociażby w obecności Kajzerki! Myślisz, że tego też nie zauważyłam? Tyle razy chciałam cię o to zapytać, ale nigdy nie było czasu. A ty sama też nigdy nie chciałaś o tym rozmawiać – odezwała się ostro Sówka, trafiając w czuły punkt Kaczki. Dopiero po chwili kotka zdała sobie sprawę, co tak właściwie powiedziała. Wiedziała, że nie powinna była tego wyciągać, zwłaszcza teraz. Cokolwiek teraz miało się wydarzyć w pełni było jej winą. – Ja... To nie tak... – zaczęła szybko się tłumaczyć, jednak Kaczka jej przerwała.
– Nie masz prawa teraz tego tu wyciągać. To nie jest twój interes, nigdy nie dotyczyło to ciebie! A sytuacja, o której mówię ja, niestety dotyczy też mnie i chcę mieć ją już za sobą. Wiesz, że mi też jest trudno? Mi też zmarł syn! To też był mój syn, a teraz nie żyje! – syknęła. – Nie uciekaj tym wzrokiem. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie i mi wytłumacz – łapą lekko podniosła głowę Sówki. Ta szybko wstała i potrząsnęła głową, odsuwając się przy tym o krok do tyłu. – Dalej Sówko. Dlaczego nie możesz na mnie spojrzeć? – pytała dalej Kaczka. Oddech Sówki przyspieszył. Coraz więcej myśli kłębiło się w jej głowie i coraz więcej słów cisnęło się na język, ale nie chciała wypowiadać żadnego z nich. Jak mogła starała się nie wypaść z równowagi, lecz od zawsze miała problemy z kontrolowaniem swoich emocji. W końcu nie wytrzymała. I cały lęk, cały smutek i złość, kłębiące się w niej od księżycy po prostu się z niej wylał, jak fala wprost na chcącą zwykłej rozmowy Kaczkę.
– Zamknij się! Zamknij się! Czego ty nie potrafisz zrozumieć, co? Nie chcę z tobą rozmawiać. Nie chciałam i nie chcę, dam sobie radę, powtarzam to w kółko i co? Jakoś jeszcze tu stoję! – warknęła. – Ale dobrze, chcesz wiedzieć to proszę! To jest naprawdę takie proste do zrozumienia, a ty nawet się nie domyśliłaś? – zaśmiała się ironicznie, odwracając się w stronę swojej partnerki. – To moja wina. To moja decyzja doprowadziła do tego – syknęła i wskazała na swój grzbiet. – To moja jedna decyzja doprowadziła do śmierci kilku kotów, a poraniła ich jeszcze więcej! Wiciokrzew dalej się nie obudził! Czernidłak nie ma oka, tak samo jak Leszczyna! Nasza córka też jest tak strasznie poraniona! A nasz syn... – przerwała, chcąc wytrzeć łzy, znajdujące się w kącikach jej oczu. – Naprawdę nic nie rozumiesz? Nie mogę spojrzeć ci w oczy bo to moja wina, że on nie żyje. Moja wina. Gdyby nie ten mój ostatni atak, Listek by nie umarł! – warknęła i spojrzała prosto na Kaczkę. – Proszę, tego chciałaś? Świetnie! Tak strasznie żałuję, że puściłam go razem z nami. Tak samo żałuję, że puściłam Jeżynę. Mogłam im zabronić i nawet jakby mieli się ze mną kłócić i tak im nie pozwolić!
– Sówko to nie jest twoja wina.
– Zamknij się, co? – warknęła patrząc Kaczce prosto w oczy. – Chciałaś znać prawdę. Proszę! Oto prawda! Teraz ty daj sobie pomóc, co ty na to? Dalej. Chcę usłyszeć to, co ciebie gryzie przez tyle czasu.
– Nie masz prawa o tym dyskutować – warknęła bura.
– A ty miałaś? – zapytała, nie mogąc już poraz kolejny ugryźć się w język.
– Tak, ponieważ to dotyczyło też mnie! A to, co teraz robisz ty jest po prostu podłe – warknęła bura. – Nie masz nawet pojęcia jak tam było. Nie masz zielonego pojęcia, przez co musiałam przejść! Nie masz prawa się nawet na ten temat wypowiadać! – krzyknęła. – Jesteś podła Sówko. I naprawdę żałuję...
– Czego? – przerwała jej Sówka, wpatrując się w oczy Kaczki. W jej wyraz pyska, który tak szybko się zmieniał, czasem jakby chciał przedstawić tyle emocji na raz.
– I naprawdę żałuję, że próbowałam – syknęła Kaczka z widocznym bólem w oczach. Po chwili odwróciła się napięcie i ruszyła w stronę obozu, zostawiając Sówkę samą. Ta stała dalej w tym samym miejscu, a słowa Kaczki odbijały się echem w jej głowie. Dopiero wtedy dochodziła do niej rzeczywistość. Dochodziło do niej co tak właściwie zrobiła, co powiedziała. Czego robić nie powinna.
– Nie... To nie tak... – powiedziała jeszcze cicho, jednak było już za późno. Łzy napłynęły jej do oczu, utrudniając tym samym widoczność. Tym razem jednak ich nie wycierała, pozwoliła im swobodnie płynąć.

06 sierpnia 2025

Od Sówki

Mocny wiatr wyginał drzewa, ściągając z nich ostatnie znajdujące się na nich kolorowe liście. Tego ranka na dworze było chłodno, przynajmniej takie wnioski mogła wyciągnąć dalej leżąca bez ruchu w swoim legowisku Sówka. Zimny wiatr wpadał też do niej, wywołując u niej nieprzyjemne dreszcze. Czekoladowa jednak nic z tym nie robiła, dalej zostając w tej samej pozycji. Starała się znowu zasnąć, zwłaszcza że nikt z obozu jeszcze się nie obudził. Na zewnątrz było cicho, najprawdopodobniej nikogo nie było na polanie. No... Przynajmniej do czasu. Sówka nadstawiła uszu, słysząc donośne odgłosy jakiejś awantury. Dopiero wtedy otworzyła oczy, w pełni wybudzając się ze swojego półsnu. Krzyki i lawinę argumentów słyszał chyba każdy w obozie, jednak trudno komukolwiek było zrozumieć, o co tak właściwie chodziło oraz kto się kłócił. Wymiana zdań wydawała się tylko głośniejsza, jednak nikt nie spodziewał się tego, co miało wydarzyć się za chwilę. Sówka podnosła się, słysząc, że awantura ucichła. Gdy odwróciła się w stronę wyjścia z legowiska, zobaczyła Ambrowiec. Szylkretka bezceremonialnie weszła do środka i spojrzała ostro na liderkę.
– Sówko, Chrząszcz od dawna jest okropnym partnerem, jak i ojcem dla naszych dzieci – zaczęła kotka. – Ten bezduszny kocur nas zaniedbał i do dziś odbija się on na mojej psychice! Nie jestem w stanie dłużej tego znosić i nie zostawię tak tego. Masz wybór. Albo wygnasz tego zapchlonego sierściucha z Owocowego Lasu na zawsze, albo to ja odejdę, zabierając również moje dzieci – syknęła. – Masz ćwierć księżyca na podjęcie decyzji – oświadczyła i wyszła z legowiska. Tak po prostu zostawiła Sówkę samą w środku, wychodząc, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Sówka dalej siedziała na swoim miejscu, starając się zrozumieć, czego tak właściwie była świadkiem. Albo bardziej, w czym aktualnie musi brać udział. Dopiero po chwili wstała i wybiegła na polanę, prawie się przy tym wywracając.
– Ambrowiec? – powiedziała, jednak kotka właśnie wtedy znikała w wyjściu z obozu. Sówka spojrzała na koty, znajdujące się dalej na polanie. Na Chrząszcza i jego dzieci. Co u licha musiało się stać, że wszystko tak się potoczyło? Szybko zeszła na dół i podeszła do partnera szylkretki. Ten nieco zdenerwowany i zmieszany, odsunął się o krok do tyłu.
– Chrząszczu, co się stało? – zapytała Sówka.
 
***
 
– Kocham mojego ojca – zakończyło Fruczak, na co czekoladowa kiwnęła głową. Cała ta sytuacja nie dawała jej spokoju. Dołączyła ona do zmartwień dotyczących niedawnej akcji z sępem, dodając tym samym czekoladowej jeszcze więcej problemów. Chodziła napięta od legowiska do legowiska, chcąc dowiedzieć się dokładnie wszystkiego, unikając tym samym Kaczki, która dalej chciała z nią porozmawiać. Czekoladowa broniła się najnowszą sytuacją, choć prawdą też było, że bała się konfrontacji ze swoją partnerką. Jednak nawet przed samą sobą nie chciała się do tego przyznać, głowę w pełni zajmując sytuacją dwóch kochanków. Nie chciała przecież wyrzucać Chrząszcza z Owocowego Lasu. Ale nie chciała też odejścia Ambrowiec, zwłaszcza ze względu na Kolendrę i Fruczak. Westchnęła cicho. Gdyby jeszcze znała się prywatnie z pokłóconą dwójką, wszystko byłoby wtedy łatwiejsze.
– Bardzo ci dziękuję Fruczak – powiedziała w końcu do ucznia, dalej siedzącego przed nią. Kot schylił lekko głowę i zostawił ją samą, by mogła przemyśleć wypowiedź i jego i jego brata oraz ojca. Wiedziała na pewno, że z dwójki kotów to Kolendra miał po prostu gorsze kontakty ze swoim opiekunem, a Chrząszcz starał się kochać Ambrowiec na swój sposób. Może właśnie to kotce przeszkadzało? Ale z kolejnej strony miała wrażenie, że wiele księżyców temu, przed ogłoszeniem przez dwójkę kochanków związku, to Ambrowiec szalała za Chrząszczem. W końcu kocur nawet teraz nie wyglądał na takiego, co byłby zdolny i chętny do wykonania pierwszego ruchu w stronę swojego obiektu westchnień. Mimo tych domysłów, Sówka nie była w stanie stwierdzić tego w pełni, co pozostawiało ją w tej nieprzyjemnej dla niej sytuacji.
– Mężu? – usłyszała nagle głos Kaczki, wchodzącej do jej legowiska. Sówka od razu się podniosła, znów wzrokiem uciekając w bok. Wojowniczka widząc to, tylko westchnęła cicho. – Jak się trzymasz?
– Żyje – oznajmiła czekoladowa, na co bura przewróciła oczami.
– Ale jest lepiej?
Na to pytanie Sówka zamilkła. Sama nie wiedziała. Zajmowała się obowiązkami, dalej jednak wracając do siebie i dalej mając te koszmary. Dalej unikając wzroku innych, unikając wychodzenia, unikając niepotrzebnych rozmów, czując na sobie tylko ten ciężar swoich obowiązków oraz wyrzutów sumienia, które ścigały ją każdego dnia. Dalej włóczyła się po obozie jak duch, bez swojego zwykłego uśmiechu, nie mogąc się do niego zmusić.
– Spójrz na mnie. Jest lepiej czy dalej tak samo? – ponowiła pytanie wojowniczka, podchodząc bliżej Sówki. Ta odwróciła nieco głowę, wzrok tylko bardziej chcąc wwiercić w ziemię.

03 sierpnia 2025

Od Sówki

*tw: krew*

Jej oddech był szybszy, a pazury wyciągnięte. Dookoła było ciemno, ledwo mogła zauważyć znajdującą się pod jej łapami ziemię. Gdy wciągnęła powietrze, mogła wyczuć tylko odór krwi. Było go zdecydowanie zbyt dużo, jak na normalną walkę. Nie licząc tego, Sówka czuła napięcie. To wszechobecne napięcie, zwiastujące tylko najgorsze. Przełknęła głośniej ślinę. Coś było nie tak, jednak jeszcze nie mogła zrozumieć co. Mimo ciemności zdała się na intuicję i powoli zaczęła stawiać łapy. Szła powoli, zachowując jak najwięcej ostrożności. To jednak było za mało. Nagle usłyszała huk. Jej sierść sama się nastroszyła, a wzrokiem zaczęła latać w każdym możliwym kierunku, próbując zauważyć źródło tego dźwięku. I wtedy zobaczyła coś wielkiego, jakby cień. Z każdym uderzeniem serca kotka miała wrażenie, że jest tylko coraz większy, silniejszy. Jakby się zbliżał. Nie potrafiła zidentyfikować, co tak właściwie przed nią stoi, dopiero gdy cień wydał z siebie przeraźliwy wrzask, wszystko stało się jasne.
– Sęp... – wyszeptała, jednak było już za późno. Wielkie stworzenie zamachnęło się, swoim dziobem próbując jej dosięgnąć. Czekoladowa nie ruszyła się. Nie była w stanie, choć tak bardzo chciała uciekać. Przerażenie coraz bardziej i łapczywie łapało za jej gardło. Zalewało jak wielka fala, której woda powoli wylewała się do pyska i nozdrzy kotki, uniemożliwiając oddychanie. Sęp znów się zamachnął, znów zaatakował, tym razem łapiąc kogoś innego? Sówka nie miała pojęcia, była sparaliżowana, jej głowa dalej była skierowana w stronę cienia. Nagle poczuła coś dziwnego, dotykającego jej łap. Klejącego i ciepłego, nieco oblepiającego jej futro. Mimo wysiłku spróbowała spuścić głowę. Oczy tylko jej się rozszerzyły na widok kałuży krwi, w której stała, której jeszcze przed chwilą tu nie było. I nie była to jej krew. Należała ona do...
Czuła jak serce bije jej szybciej, gdy tylko się podniosła. Przez pierwsze sekundy nie mogła załapać dobrze oddechu. Rozglądała się dookoła, lecz nie było już ciemności, nie było cienia, były tylko znajome ściany legowiska. To wszystko to był tylko sen. Gdy informacja ta w pełni do niej doszła, stopniowo zaczęła uspokajać swój oddech.
– Mężu? – usłyszała głos Kaczki, która otworzyła zaspane oczy. Sówka spojrzała na nią kątem oka, po chwili szybko odwracając wzrok. Dopiero wtedy czekoladowa sobie wszystko przypomniała. Ciche łkanie Kaczki noc wcześniej, kiedy to obie leżały razem w tym legowisku. Jej słowa i prośby. Próby zaczęcia jakiejkolwiek rozmowy.
Wojowniczka przyszła do niej, jak to robiła od kilku dni, każdej nocy, nie chcąc zostawiać czekoladowej samej. Nawet jak dalej nie wiedziała, co tak naprawdę działo się w głowie przywódczyni. Odkąd wrócili z akcji z sępem, Sówka nie odzywała się, nie opowiedziała nikomu, co tak właściwie się tam stało. Nie umiała zmusić się do spojrzenia komukolwiek w oczy, zwłaszcza swojej partnerce. Każdy jej dzień wyglądał praktycznie tak samo, aż wszystkie zaczęły zlewać się w jedno. W jedną, okropną całość, którą Sówka najchetniej by przespała, gdyby nie koszmary.
Nagle czekoladowa poczuła czyiś dotyk, który szybko spowodował ból. Kaczka otarła się o przywódczynię, po chwili opierając o nią swoją głowę. Sówka zacisnęła mocniej zęby i spięła się, gdy poczuła kłucie z wielkiej rany na grzbiecie.
– Wybacz mężu – powiedziała szybko Kaczka, odsuwając się od swojej partnerki. – Dobrze spałaś? – zapytała kotka, na co Sówka tylko kiwnęła głową. Nie zwracała już uwagi na to, czy Kaczka uwierzy w jej kłamstwo. – Znów męczyły cię koszmary, prawda? – znów zapytała, lecz tym razem Sówka się nie ruszyła, zdradzając tym samym prawdę. Kaczka westchnęła cicho, jednak na tyle głośno, by doszło to do uszu przywódczyni. – Dlaczego w takim razie mnie okłamujesz?
– Nie rozmawiajmy o tym – poprosiła ochrypłym i cichym głosem Sówka, spuszczając głowę. Kaczka poraz kolejny westchnęła cicho.
– Mężu proszę... – zaczęła, jednak czekoladowa tylko bardziej odwróciła głowę od wojowniczki, zabierając jej tym samym jakąkolwiek nadzieję na rozmowę. – Nie zapomnij udać się do Świergot – powiedziała na koniec bura i wstała. Skierowała się do wyjścia, lecz zatrzymała się jeszcze w progu, by poraz ostatni spojrzeć na swoją partnerkę. Po chwili spuściła głowę i chcąc ukryć cisnące się do jej oczu łzy, po prostu wyszła, zostawiając przywódczynię samą. Czekoladowa dopiero wtedy się obróciła.
 
***
 
Silny wiatr szybko popychał chmury, zmieniając ich lokalizację. Z tego powodu niebo bardzo szybko zmieniało swój wygląd, z każdą chwilą mogąc tylko zachwycić kolejnymi wzorami z chmur, które dla kociąt oraz kotów z wyobraźnią, mogły tworzyć niesamowite kształty. Tym razem jednak Sówka nie zatrzymywała się by na nie spojrzeć. Głowę miała spuszczoną, oczy wlepione w ziemię. Rzadko kiedy ktoś mógł zobaczyć ją w tym stanie. Zwykle zadowolona, z uśmiechem na pysku. Nawet gdy nie było dobrze, ona udawała, by utrzymywać pozory. A teraz? Teraz włóczyła łapami po ziemi, nie mogąc się chociażby zmusić do uśmiechu. Wyglądała jak duch dawnej siebie. Gdyby nie ciało, wiele kotów mogłoby śmiało powiedzieć, że to nie ich Sówka.
Weszła powoli do legowiska medyka. Koty obecne w środku zwróciły ku niej swój wzrok, co spowodowało, że kotka trochę z automatu cofnęła się o krok do tyłu.
– Witaj Sówko – usłyszała głos Orzeszka, który to powoli do niej podszedł. Czekoladowa domyśliła się, że Świergot była zajęta innymi sprawami, tak samo jak jej uczennica i to dlatego Orzeszek ruszył w jej stronę. W końcu wyszkolony był on na stróża, jednak po zniknięciu Murmur i jej ucznia, zaczął pomagać Świergot, przez co zdobył nieco umiejętności, w tym zmienianie opatrunków. Przywódczyni kiwnęła mu głową na powitanie, dalej jednak wzrok mając wlepiony w ziemię, dokładnie tak, jakby oderwanie go od niej, miało spowodować coś złego. Orzeszek na szczęście nie pytał o to, od razu wracając do półki z ziołami, by złapać te odpowiednie. Kazał Sówce usiąść i sam zajął się jej ranami, powoli zdejmując opatrunek. Czekoladowa co jakiś czas krzywiła się z bólu, lecz się nie odzywała. Nie chciała dyskutować na ten temat i zwracać uwagę Orzeszka. I nawet jeśli nie odpowiadała jej taka cisza, która od razu dawała przestrzeń myślą, do głośniejszych szeptów, to wiedziała, że dyskusja z kocurem będzie o wiele gorsza. Dlatego siedziała dalej tak samo, słuchając każdej ze swoich myśli z osobna. Każdej obwiniającej ją o to wszystko. A te blizny? Te blizny na jej ciele były tylko zaznaczeniem, że już nigdy od tego nie ucieknie.
 
***
 
– Gotowe – usłyszała głos Orzeszka. – Tylko uważaj teraz na to. Twoja rana na grzbiecie jest naprawdę ogromna, musisz się oszczędzać – oznajmił.
– Tak... Dziękuję – odparła cicho Sówka, odwracając głowę od stróża. Ten porzegnał ją i wrócił do swoich obowiązków, pozwalając jej opuścić legowisko i zrobić dokładnie to samo. Kotka tak więc zrobiła, chcąc tylko wrócić do siebie. Wyszła na polanę pełną kotów. Powoli ruszyła przed siebie, starając się na nikogo nie wpaść. Na chwilę podniosła głowę i wtedy w oczy rzuciło jej się legowisko wojowników. A w nim jakby znajoma sylwetka? Sówka skierowała się w jego stronę, chcąc tylko zajrzeć, kto siedzi w środku. A była to jej partnerka. Kaczka siedziała sama, zwinięta na swoim posłaniu. Co jakiś czas Sówka mogła zauważyć jak łapą wyciera swój pysk. Płakała.

30 lipca 2025

Od Sówki

*tw: krew, śmierć, walka*

Wraz z patrolem przemierzała podmokłe tereny Rozlewiska. Ciemne chmury przemierzały niebo razem z nimi, jakby dotrzymywały im towarzystwa, ale tak naprawdę tylko sprzyjały tworzeniu tej napiętej atmosfery. Sówka odczuwała to już przed wyjściem z obozu. To oczekiwanie na najgorsze, cisza przed burzą. W końcu nikt nie wiedział, co czeka ich na miejscu i jak okrutna będzie walka z przeciwnikiem. Przerażenie chyba każdego ściskało od środka, lecz nie każdy dawał to po sobie poznać. Sówka również starała się zachować spokój, jak zwykle założyła swoją maskę, nawet jak ochydne szpony niepewności ściskały ją za gardło. Nikt nie miał pewności czy na pewno wróci do obozu żywy, a mimo to szli przed siebie. Dobrym przykładem była Skałka, która to szła na samym końcu grupy, cała się trzęsąc. Biło od niej przerażenie, a mimo to błysk determinacj lśnił w jej oczach, co po tym wszystkim było rzadkością. Tuż przy niej stąpała Świergot wraz z Pumą, jacy uparcie postanowili, że wejdą w skład krytycznej delegacji, by móc zapewnić rannym natychmiastową pomoc medyczną. W pyskach trzymali zioła, futra mieli praktycznie całe posklejane od niesionych pajęczyn. Z tłumu wyróżniał się jeszcze Ślimak, który mimo swojego zasłużonego zwolnienia ze służby, tego dnia nie zamierzał wygrzewać się w bezpiecznym legowisku. W jego zaciśniętej szczęce można było dotrzeć żarliwe pragnienie zemsty, a być może i również… chęć odejścia z tego świata w honorowy sposób? Sam zresztą wszystkim tłumaczył, że czasu i tak zostało mu niewiele. Tłumaczenia te nie sprawiły jednak, że Sówka była pewna co do zabrania go wraz z patrolem. Nie chciała narażać i tak starszego już kota. Nie chciała narażać nikogo, jednak nie miała zamiaru też sprzeciwiać się Ślimakowi. Ale jedno było pewne - jego zachowanie było naprawdę szlachetne i wzbudził on podziw nie jednego kota. Teraz razem z nimi jechał na tym jednym wózku, który nie wiadomo czy zaraz nie straci kół.
— Ciekawe co to będzie! Na pewno raz dwa sobie z nim poradzimy. Wszechmatka nad nami czuwa mentorko! Czuje to w kościach! Pewnie to ja ubije to stworzenie pierwszy! Ha! — Mróz zadarł dumnie łeb idąc, rozpoczynając tym samym rozmowę. Idąca obok Mirabelka zrknęła na niego z niepokojem.
— No nie wiem — zaczęła cicho, jakby bojąc się, że mówiąc głośniej, jeszcze wywoła tego demona z lasu. — nigdy nie mieliśmy do czynienia z czymś takim. Nie mamy pojęcia jak zachowuje się w przypadku konfrontacji. Coś nie napawa mnie dobre przeczucie…
— Możee nie z czymś takim, ale ja widziałem w swoim życiu naprawdę ogromne i strasznie krzykliwe mewy – wtrącił się Miodek. – Myślicie, że jest gorszy? Wiem, że w Klanie Klifu straszyli dzieciaki, że jedna może je ukraść... Jesteście pewni, że to nie mewa — rzucił ostatnie pytanie też do reszty.
— Myślę, że nie... Mewa nie wyrządziła by takich szkód. - Przerwała nagle Przepiórka, na chwilę spoglądając powątpiewająco. Sówka nie włączyła się w rozmowę, zamiast tego odrobinę przyspieszyła kroku. Czy na pewno rozumiała powagę sytuacji? Sama musiała przyznać, że nie zawsze. Kilka dni przed akcją starała się nie myśleć o tym za wiele. W końcu musiała utrzymać swój uśmiech, a ostatnio i tak była chodzącym kłębkiem nerwów. Starała się dla Kaczki, dla dzieci, dla Owocowego Lasu... Ale teraz? Teraz była poważna do szpiku, starając się zapanować nad wszystkim emocjami, które walczyły w jej ciele i umyśle. Wizja ogromnego, drapieżnego ptaka była coraz wyraźniejsza, a strach przed utratą bliskich, którzy wyruszyli wraz z nią, był tylko bardziej realny i bliski jej sercu. Czy aby na pewno dobrze postąpiła? Czy aby na pewno podjęła dobrą decyzję? W głowie znów pojawiła jej się myśl, że tą jedną decyzją pogrąży Owocowy Las.
Wbiła wzrok w swoje łapy, starając się wyrzucić negatywne myśli z głowy. Nie mogła tyle myśleć. Musiała się skupić, jeśli chciała, by cała akcja poszła zgodnie z planem. Potrząsnęła lekko głową i kątem oka spojrzała na idące za nią koty. Widziała na niektórych pyskach przerażenie, słyszała ciche szepty. "Oby to się udało" – pomyślała, obawiając się tego, że właśnie skazała wszystkich zebranych na śmierć.
Teren pod łapami kotów stopniowo stawał się bardziej nierówny. Gdzie niegdzie wszyscy mogli dostrzec wielkie odłamy skalne. Otoczenie sprawiało wrażenie ciemniejszego, jednak nikt nie był w stanie z całkowitą pewnością określić czy to z powodu większego zalesienie tych terenów, porę dnia czy jeszcze inną przyczynę. Powietrze zaczynał wypełniać specyficzny zapach. Woń czegoś w rodzaju stęchlizny. Jego źródło jednak pozostawało nieznane. I to wtedy czekoladowa poczuła na sobie czyiś wzrok. Jakby była obserwowana. Czyżby tylko jej się zdawało, czy może ktoś naprawdę czyhał na nich za rogiem?
— Dalej, żwawo! Hop, hop, hop! Musimy go upolować nim zajdzie słońce! — rzucił nagle Mróz do swoich towarzyszy, wybiegając bardziej na przód. Chyba tylko on był tak pozytywnie nastawiony do całej sytuacji. Mirabelka szybko popędziła za nim, już kierując w jego stronę słowa cichej reprymendy. Koty z tyłu dalej rozmawiały, chcąc chyba rozładować atmosferę, lecz na liderkę to nie działało. Chodzący kłębek nerwów jak był taki pozostał, choć sama kotka momentami chciała włączyć się w rozmowy, jednak jakoś ani razu nie było okazji. W dodatku była przywódczynią i musiała zachować czujność oraz tym razem się nie rozpraszać, jak to miała w zwyczaju. Dlatego szła dalej w ciszy i dopiero gdy zauważyła, że reszta kotów troszeczkę zwolniła, odwróciła się do rozmawiającej grupki. Jej wzrok skrzyżował się z tym Przepiórki, który skutecznie spowodował, że liderka znów spojrzała przed siebie. Speszona położyła uszy na głowie. Było widać po liliowej, że z powodu tylu spojrzeń, zrobiło jej się niezręcznie, albo głupio, a wzrok Sówki dodał tam swoje dwa grosze. Czekoladowa ze świstem wypuściła powietrze. Nie chciała sprawić, by wojowniczka poczuła się niekomfortowo! Ale cóż mogła już poradzić? Ruszyła nieco do przodu. Słuchała jednym uchem rozmów towarzyszy, jednak nie zwracała już na nie większej uwagi, by przypadkiem nie wyszło jak przed chwilą. Dodatkowo sama starała się skupić, a nie jak zwykle się rozpraszać. Jednak myśl dotycząca rozmowy z kimkolwiek, by wyładować nieco napięcie, kłębiące się w jej ciele i w ciałach towarzyszy, było coraz bardziej kuszącą myślą, choć na początku specjalnie się odsuwała. Dlatego więc gdy usłyszała głos swojego dawnego ucznia, skierowany do Wiciokrzewa postanowiła się lekko dołączyć. Chyba nie będą mieli nic przeciwko, prawda?
– Czernidłak ma rację. Choć wszyscy jesteśmy nieco poddenerwowani, damy radę. Jesteśmy silną grupą – powiedziała, uśmiechając się do dwójki pobratymców, jak to miała w zwyczaju. Jednak mimo uśmiechu, bardziej spostrzegawcze oko mogło dostrzec też inne emocje, skryte przez tak długi czas, takie jak strach, stres czy smutek, wszystkie wywołane ostatnimi wydarzeniami. Chwilę po jej słowach, do jej nosa doszła okropna woń, a dookoła powoli było widać tylko więcej much i innych latających owadów. Zwróciło to nieco uwagę przywódczyni, jednak zanim zdążyła cokolwiek zrobić, czy na cokolwiek zwrócić swoją uwagę, zobaczyła Mroza, nagle wysuwającego się bardziej do przodu. Usłyszała dość dziwny dźwięk i po chwili wzrok skierowała na łapy kocura. Łapy zanurzone w rozkładającej się padlinie, na której znajdowała się cała masa robaków. Oczy lekko jej się rozszerzyły, a sierść na karku się podniosła, jakby była gotowa na niespodziewany atak wroga.
— H-hej spokojnie, nic się nie dzie- — zaczął Miodek, ale w końcu miał widok na źródło zgniłej woni. Wybałuszył oczy i stanął otępiały. — Na Klan Gwiazdy... Obrzydlistwo, okropne obrzydlistwo... Myślicie, że zrobił to ten ptaszor? Wszystko, co na niebie... Przecież skoro rozdziobał, rozszarpał tego lisa... To, co on może zrobić z nami? — wyjąkał, wzrokiem zaczynając błądzić wśród zgromadzonych. Po chwili Sówka również rozejrzała się po towarzyszach. Przez chwilę jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Miodka. Wzrokiem już jakby błagalnym, jednak ona nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa. Gdy tylko Miodek oderwał wzrok, ona rozglądała się dalej, widząc na pyskach towarzyszy tylko strach... I coś obślizgłego, co znajdowało się na pysku Mirabelki po wskoczeniu jej ucznia w padlinę. Spojrzała na Listka, a po chwili na Jeżynę. "Oby nic takiego się nie stało" – pomyślała, nie mogąc nawet sobie wyobrazić co by było, gdyby któreś z jej dzieci tak skończyło. I dzieci i którykolwiek inny członek tego patrolu. To było... Przerażające.
— Ohyda - skwitowała krótko Figa. - Myślicie, że lis walczył? Jeśli tak to mógł pokaleczyć swojego wroga i teraz on jest ranny, a co za tym idzie, słabszy.
– M-Musimy zachować spokój, choć to trudne... Nie wiemy co się stało z tym stworzeniem nie licząc tego, że już dawno nie żyje – mruknęła cicho liderka, gdy tylko mogła się znów odezwać. Chwilę oswajali się jeszcze z odrażającym widokiem, a gdy wszyscy byli gotowi, ruszyli dalej, czując tylko coraz większy ścisk w żołądku. Dookoła było cicho, w oddali rozbrzmiewała tylko złowroga pieśń puszczyka, która jakby miała za zadanie przygotowanie ich do tego, co za chwilę nastąpi. W końcu doszli na nieznaną im polanę. Zaczęli się rozglądać niepewnie dookoła. Nieprzyjemne uczucie zagrożenia tylko mocniej dawało o sobie znać, zwłaszcza gdy oczom Sówki ukazała się szczelina pośrodku skały, która znajdowała się naprzeciwko. Najprawdopodobniej było to wejście do jaskini. Czekoladowa zaczęła stawiać pierwsze kroki na polanie, kierując się w stronę tajemniczej jaskini, jednak zanim zdążyła naradzić się z resztą nad dalszymi krokami ich planu, do jej uszu dotarł szelest. Wstrzymała oddech, gdy szelest ten przerodził się w donośne świsty przecinanego powietrza. Nim zdążyła zorientować się, co się dzieje, ogromne stworzenie runęło niczym grom z jasnego nieba, na cel przyjmując jednego z członków patrolu - Mroza. Jej uśmiech znikł na dobre, gdy krwiożerczy sęp złapał w szpony ciało kocura. Szkarłatna barwa pokryła szpony napastnika, które beztrosko zaciskały się na ciele poszkodowanego. Wszyscy bezradnie obserwowali jak stworzenie zrobiło piruet w powietrzu by następnie... Wypuścić swoją ofiarę z uścisku. Mięśnie czekoladowej całe się spięły, gdy jej oczy wyłapały spadającego Mroza, a huk, z jakim młody uderzył o ziemię, zaczął odbijać się echem po jej czaszce. Poczuła nieprzyjemny dreszcz i szpony przerażena, ściskające jej brzuch i gardło, niepozwalając wypowiedzieć nawet słowa. Przeszły ją dreszcze, na widok zakrwawionego ciała jej pobratymca. Z bólem oglądała jak przerażona Świergot zajmuje się własnym synem, jednym, który został w klanie. Sęp za to, jakby niewzruszony wylądował na jedynym pieńku, znajdującym się na polanie. Wydał z siebie przeraźliwy wrzask, który wwiercił się w umysły zgromadzonych, tak, by na zawsze przypominał im o zaistniałej sytuacji. Chwilę po tym Sówka usłyszała ryk Mirabelki, która rzuciła się na zwierzę, wgryzając się w jego bok. Wszystko wyglądało dobrze dopóki... Jej wzrok wbity był w nieruchome ciało Maślak, której to gardło przed chwilą zostało ściśnięte przez szczęki bestii. Gdy się nieco uspokoiła, szybko przejechała wzrokiem po towarzyszach, widząc na ich twarzach przerażenie. Wzięła głębszy oddech i odsunęła się nieco od sępa.
– Odsuńcie się trochę, atakuje tych z przodu – rozkazała, starając się utrzymać głos, by się nie łamał – Nie możemy stać w zbitej kupie, rozstawcie się bardziej dookoła niego, łatwiej będzie nam atakować jeśli będziemy z różnych stron – oznajmiła stanowczo i wraz z innymi szybko ustawiła się na dobrej pozycji, tym razem bardziej z boku bestii. Nastroszyła sierść i wyciągnęła pazury. Czy wiedziała co robi, albo czy jej rozkazy przyniosą jakikolwiek skutek? Nie, jednak wiedziała, że nie ma wystarczająco czasu by się dłużej zastanawiać. Wszyscy się spięli, przerażenie na twarzach niektórych było tylko wyraźniejsze, u niektórych zamieniło się ono w determinację. Wszystko działo się bardzo szybko, czasem czekoladowa nie rejestrowała każdego ataku. Przez pierwsze chwile przyglądała się całemu starciu, nie mogąc się czasem nawet odezwać. Czuła jak przerażenie ściska ją za gardło, zwłaszcza widząc je również na twarzach swoich towarzyszy, jednak nie zamierzała się poddać. Musiała walczyć, by wreszcie na terenach Owocowego Lasu było spokojnie. By na terenach jej społeczności wreszcie zapanował spokój. W końcu wbiła swoje spojrzenie w sępa, czując jak strach przemienia się powoli w adrenalinę. Momentalnie wysunęła pazury i skoczyła na swojego przeciwnika, trafiając go w klatkę piersiową. Jej sierść od razu się zjeżyła, widząc wielkie stworzenie tak blisko siebie. Sęp zaatakował. Czuła jak gardło tylko jej się zdziera, wydobywając z siebie niekontrolowany krzyk. Krew spływała powoli po jej ciele, sklejając ze sobą futro i brudząc wszystko dookoła. Ból przejmował nad nią dużą kontrolę, a drżące łapy ledwo dawały radę dalej utrzymywać ciężar jej ciała. Rana wykonana przez sępa na jej ciele była naprawdę ogromna. Odsunęła się na chwilę na bok, łapiąc oddech. Po chwili podniosła głowę i zobaczyła Ślimaka. Żołądek jej się ścisnął na widok martwego starszego. Automatycznie przypomniała sobie jego słowa, ale też swoje własne rozmyślania na temat jego udziału w patrolu. Reszta działa się już szybko. Jej spojrzenie skakało z kota na kota, starając się nadążyć nad dziejącym się na jej oczach koszmarem. Widziała rannego Miodka, który wcześniej tyle razy posyłał w jej stronę wystraszone spojrzenia. Przepiórkę i Jeżynę, które zdobyły kolejne rany, które w przyszłości najprawdopodobniej zostaną bliznami. Figę, aż w końcu... Krzyki dalej odbijały się w jej głowie, jednak wtedy wszystko ucichło. Źrenice same jej się rozszerzyły, a drżące łapy tylko bardziej zaczęły się uginać. Czuła jak robi jej się słabo na widok rannego Wiciokrzewa. Tego samego, którego jeszcze chwilę wcześniej pocieszała wraz z Czernidłakiem. Zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Łzy zebrały jej się w kącikach oczu. Nie wiedziała już co robić. Czy to wszystko było w ogóle dobrym pomysłem? W jej głowie pojawiły się kolejne wątpliwości, powoli zabraniające jej trzeźwo myśleć. Nie powinna była ich zabierać. Może dało się wymyślić inny sposób? Widok sępa atakującego Czernidłaka ją w jakimś stopniu obudził. Potrząsnęła lekko głową, starając się wyrzucić myśli. I tak było już za późno, by się wycofać i cofnąć każdy wybór. Wzięła głębszy oddech i mimo wszystko skoczyła na sępa, trafiając go w bok. Przerażenie zawładnęło jej ciałem, gdy poczuła szczęki sępa na swojej szyi. Kolejna fala bólu ją zalała, a ona sama ledwo powstrzymywała się przed wydaniem z siebie jakiegokolwiek dźwięku. W końcu zwierzę puściło, a Sówka zaczęła łapać oddech, dziękując, że rana na jej szyi nie jest na tyle głęboka i wielka, by odebrać jej życie, jak to skończyło się już z dwoma innymi pobratymcami. Jednak ta liczba w zastraszającym tempie się zmieniła. Gdy tylko czekoladowa usunęła się na bok, zobaczyła oko Leszczyny. Żołądek poraz kolejny jej się ścisnął, wywołując lekkie mdłości. Przez chwilę ją to rozproszyło, a jej myśli skupiły się na tym, co właśnie zobaczyła. Dopiero upadek Skałki znów przywrócił ją do rzeczywistości. Potrząsnęła głową, już poraz kolejny, czując jak z każdym atakiem napastnika nie może się skupić. Za dużo działo się dookoła niej. Wszystko za bardzo rozpraszało, każda myśl, przerażenie w oczach pozostałych i to odczuwalne wśród niej. Wiedziała, że ten obraz będzie prześladował ją jeszcze długo.
Kątem oka zauważyła Czernidłaka, jednak nie zarejestrowała w pełni jego obrażeń. Zamiast tego sama skoczyła na sępa, zbierając w sobie całą siłę, jaka jej jeszcze pozostała. Odbiła się i z sukcesem trafiła w głowę potwora, nie chcąc już myśleć co dostanie w zamian. Jej przeciwnik jednak tym razem zaatakował dużo słabiej, pozwalając jej tym samym na chwilę odpoczynku, mimo to cały czas czuła ból i tą lepką ciecz sklejającą jej futro. To wszystko było już bliskie końca, to wrażenie jej nie opuszczało, ale nie miała pewności, kto tę walkę zwycięży. Wtedy zobaczyła nadzieję w ataku sępa na Figę, która z łatwością uniknęła jego ciosu. Wiedziała, że to się jeszcze nie zdarzyło, w końcu zwierzę walczyło jakby nie traciło w ogóle sił. A teraz? Nie miała pewności, ale nie miała też czasu by analizować dziejące się przed jej oczami przedstawienie. Powoli ruszyła w stronę sępa. Czuła jak wali jej serce, oddech łapała z małym trudem. W końcu skoczyła na bestię, kalecząc jego bok, już czekając na kontratak. Kontratak, który jednak nie doszedł do skutku. Wielkie stworzenie nie zdołało zaatakować, albowiem runęło na ziemię, wywołując na pyskach wszystkich żywych wyraz ulgi. Umarł. Udało im się go pokonać. To oznaczało koniec tej walki, która dla Sówki ciągnęła się jakby w nieskończoność. Czekoladowa odwróciła się w stronę reszty, już chcąc się odezwać, lecz wtedy usłyszała ten bezradny pisk. Nie zdążyła nawet rozejrzeć się po zebranych, ponieważ znów obróciła głowę w stronę martwego już przeciwnika i podbiegła, by zobaczyć swojego syna, przygniecionego przez ciało sępa.
– Listku! – samo jej się wyrwało i ze strachem podbiegła bliżej niego, już starając się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Nie mogła przecież dopuścić, by coś się stało jej synowi! I to z jej winy. W końcu postanowiła spróbować jakoś przepchać ciało, by uwolnić Listka. Gdy zaczęła próbować, wzrok posłała w stronę stojących obok wojowników i zwiadowców, licząc o pomoc od tych mniej poranionych i miejących jeszcze siłę. Oczy Listka się zaszkliły.
— M-mamo… — zaczął z wysiłkiem — to… chyba… nie ma… s-sensu. — Zacisnął powieki, usilnie próbując pozbyć się łez. — Wbiło… mi się… w tors.
Nie zwracała uwagi na nic innego, co działo się dookoła. Nawet słowa Jeżyny, czy pomoc Przrpiórki. Teraz najważniejszy dla niej był tylko jej ranny syn, przygnieciony przez ciało sępa. Starała się zepchnąć ciężar całą swoją siłą, nie zwracając już uwagi na ból czy zmęczenie. Koty powoli podchodziły pomóc i choć zazwyczaj nie była za pomocą, tym razem w duszy strasznie im dziękowała.
– Zamknij się, ma sens – odparła przez zaciśnięte zęby, wyłapując wypowiedź syna. Kątem oka spojrzała na niego, pod łapami czując tą kałużę krwi. Łzy same zaczęły zbierać się jej w kącikach oczu. Nie mogła go stracić. Nie mogła dopuści do jego śmierci. Przecież miał całe życie przed sobą! Nie mógł zginąć.
W końcu ciało sępa się poruszyło, tym samym wypuszczając przygniecionego Listka. Sówka od razu stanęła przy wojowniku, czując jak łzy spływają jej po policzkach. Rana umiejscowiona na klatce piersiowej Listka obficie krwawiła, a sam wojownik jakby nie kontaktował za dobrze. Czekoladowa zauważyła jak powoli zamykały mu się oczy. Zamarła, przez chwilę nie mogąc sie nawet ruszyć.
– Listku! Listku nie zamykaj oczu! Proszę! – odezwała się w końcu, co jakiś czas szturchając czekoladowego – Świergot chodź tu wreszcie! – syknęła w stronę szamanki, która już biegła wraz z ziołami do rannego. Sama liderka przykucnęła przy synu, dalej powtarzając te same słowa. Świergot naraz przyspieszyła, upuszczając pajęczyny i zioła obok rany Listka.
— Sówko, ja… — mimo to zawahała się, z przejęciem przyglądając się niereagującemu kocurowi. Przełykając ślinę, nadstawiła policzek nad jego nozdrza. Po odczekaniuc chwili, wyraz jej twarzy wyraźnie spochmurniał. — Odszsdł. Nie oddycha — oznajmiła, nie będąc w stanie spojrzeć w oczy liderce. Słowa Świergot brzmiały w jej uszach, nie chcąc dać jej spokoju. Przerażony wzrok wbity był w nieruchome ciało syna, a drżące łapy mimo ogłoszenia szamanki, dalej starały się jakoś obudzić Listka, lekko szturchając wojownika. Nic jednak nie pomagało, a do Sówki powoli dochodziła ta przerażająca rzeczywistość. Jej syn umarł. I był kolejną bliską osobą, której nie udało się jej uratować. Kolejną, która umarła na jej oczach, a ona nie potrafiła nic z tym zrobić. Zacisnęła mocniej powieki i głowę oparła o bok syna, nie mogąc się uspokoić. Żadne inne słowa już do niej nie dochodziły. Nie wiedziała co się dzieje i choć z tyłu głowy miała tą świadomość, że teraz, jako liderka, powinna być obecna i dokonywać jakichkolwiek rozkazów, co dalej, nie potrafiła się do tego zebrać. Czuła jak cała drży, a w głowie to myśli przejęły nad nią jakkolwiek kontrolę.
– Listku proszę... Przepraszam... – mówiła co jakiś czas cicho, w przerwach od płaczu. Dopiero dotyk jakiegoś innego kota ją obudził. Spojrzała za siebie, gdzie stała Gruszka, której ogon znajdował się na jej barku.
– Sówko, nie mamy czasu opłakiwać Listka – oznajmiła z nieodgadnionym dla Sówki wyrazem twarzy. – Musimy zdecydować, czy wejść do jaskini. To twoja decyzja – powiedziała. Przywódczyni kiwnęła głową. Gdy otarła nieco łzy, rozejrzała się, zauważając jaskinie. Gruszka szybko wyjaśniła jej jeszcze kilka spraw i choć Sówka nie mogła przestać myśleć o synu, postarała się jak najbardziej skupić się na wypowiedzi swojej zastępczyni, by choć na chwilę odciągnąć myśli od koszmaru, który nawiedzał ją na jawie.
– Możemy tam w-wejść – powiedziała Sówka, gdy wysłuchała wszystkiego, dalej lekko się jąkając od płaczu. – Miodku, możesz n-nas prowadzić – zwróciła się do wojownika. – Tylko zachowajcie ostrożność...
Na jej rozkaz Miodek zaprowadził patrol w stronę jaskini. Ona sama szła jednak nieco z boku, nie mogąc się tak łatwo pozbierać. W końcu umarł jej kochany syn. Przez nią. Przez jej decyzję. Przez to, że się zgodziła na jego udział w patrolu. Jak ona spojrzy w oczy Kaczki? Jak ona spojrzy w oczy kogokolwiek z rodziny poszkodowanych? Jak ona spojrzy ze swojego stanowiska na cały Owocowy Las? Odpowiedź była prosta - nie spojrzy. Kotka wiedziała, że nie będzie w stanie. Już teraz nie mogła spojrzeć w oczy kogokolwiek, lub spojrzeć na leżących rannych. Nawet jeśli niezasłużone to jednak wyrzuty sumienia waliły się tylko na nią, utrudniając jej każdy krok. W jej głowie to ona miała dzieloną odpowiedzialność za obrażenia grupy. W końcu to ona posłała ich wszystkich na tą misję.
Starała się iść do przodu, uważnie stąpać po tej niepewnej powierzchni. W końcu to ona musiała przewodzić tą misją, musiała się pozbierać, być silna. Kątem oka spojrzała na swoją córkę, idącą nieco z tyłu. Dlaczego nie potrafiła uchronić również jej drugiego dziecka? Syknęła coś cicho, czując jak łzy poraz kolejny spływają jej po policzkach. Jednym uchem wyłapała wypowiedź Mirabelki, Miodka i Figi, dopiero po chwili zdając sobie sprawę ze znacznia tych słów.
– Cokolwiek to j-jest macie zachować ostrożność – zaznaczyła, sama głowę kierując w stronę nieznanego obiektu.
— Banda tchórzy — wtedy prychnął głośno Rokitnik, wychodząc przed szereg. Po chwili dołączył do niego jego partner. Ruszyli zsynchronizowanym krokiem, czujnie rozglądając się na boki. Kiedy już znaleźli się w odległości lisiego skoku od tajemniczego obiektu, wszystko stało się jasne.
— To kości — stwierdził Żagnica, wskazując na białe, teraz widocznie porozrzucane elementy.
— Gratulacje, przestraszyliście się kości — parsknął bury do wszystkich, przenosząc swoje spojrzenie na brązowy przedmiot obok. Swój pysk wykrzywił w jeszcze większym grymasie. — Kości i jakiegoś nędznego kawałka kory, niesamowite.
Już mieli iść dalej, kiedy to uwagę całej grupy przykuła Mirabelka, wskazując miejsce nieopodal znalezionych kości. Widniał tam podłóżny i walcowaty kształt, który to zakończony był ostrymi, sinoniebieskimi szczękami dzioba. Dokładnie takiego jak u ich martwego przeciwnika. Przed nimi znajdował się kolejny sęp. Chyba nawet jeszcze większy od poprzedniego. Nastała cisza, wwiercająca się w głowę Sówki. Czekoladowa przyglądała się kolejnemu stworzeniu z wielką gulą w gardle. Samo wyobrażenie kolejnej walki wywoływało u niej mdłości.
– Wygląda na martwe – nagle odezwał się Rokitnik, zwracając uwagę na zamknięte oczy stworzenia oraz jego nieruchome ciało. — Tak, zdecydowanie — zawtórował mu Żagnica, prychając przy tym głośno. Ptaszysko nawet nie drgnęło. — Jaki ptak zresztą kiedykolwiek naturalnie przyjmuje taką pozycję? Nawet podczas snu stoją albo siedzą, a nie tak plaskaczem na brzuchu.
Mirabelka postanowiła wtrącić swoje trzy wibrysy.
— Definitywnie coś musiało się stać — zgodziła się, oddychając z ulgą. — Nigdy nie widziałam czegoś takiego.
— Może został otruty? - odezwała się Figa, podchodząc do leżącego sępa. - Mógł zjeść coś, czego nie powinien i proszę, umarło mu się. – powiedziała już prawie nachylając się nad jego ciałem. Sówka oglądała kroki kotki, nie rozumiejąc za bardzo, jaki mają one cel i wtedy z gardła niby martwego zwierzęcia wydobył się przeraźliwy wrzask. Wielkie skrzydła samicy zaczęły uderzać o ściany jaskini, podczas gdy ostry dziób głośno kłapnął praktycznie przy karku Figi. Mimo próby ataku, sęp jednak nie mógł dosięgnąć zwiadowczyni, a sama jego pozycja się nie zmieniła, dokładnie tak jakby coś blokowało mu ruch. Sówka nastroszyła sierść. Dalej nie była w stanie się uspokoić. Bała się. Jednak nieco z przymusu wzięła głębszy oddech, starając się powstrzymać kolejną falę łez, która już napływała jej do oczu.
– Nie podejmujcie tak lekkomyślnych decyzji – zaznaczyła. Tak lekkomyślnych decyzji, powiedziała kotka znana z lekkomyślnych decyzji od kociaka, jednak Sówka już o tym nie wspomniała. – Musimy być bardzo ostrożni – mruknęła cicho, patrząc niepewnie na sępa. Sama chciała się ruszyć, jednak łapy chwilowo odmówiły jej posłuszeństwa.
— Zdecydowanie, nigdy więcej nie chcę wiedzieć czegoś takiego — skomentowała ostrym tonem Gruszka, zgadzając się z Sówką. — Powinnaś się poważnie zastanowić, Figo, czy tytuł zwiadowcy aby na pewno jest dla ciebie. To bardzo istotna rola, w której rozwaga powinna być na pierwszym miejscu. A takie szczenięce rzucanie się za błyskotkami jest wręcz hańbiące dla całości reprezentacji naszej rangi. Dlatego nie każdy się do niej nadaje — dodała, surowo spoglądając na młodą kotkę.
Gniewnie trzepnęła ogonem, przerzucając swoją uwagę na uwięzionego sępa.
— Musimy się zdecydować co z nią zrobić.
— Jej partner musiał ją dokarmiać, stąd te kości i woda. — odezwała się Świergot — Wiem jak to dla niektórych z was może zabrzmieć, ale spróbujcie na to spojrzeć na to z punktu widzenia tego, co jest właściwe — poprosiła łagodnym głosem. — Na ten moment wiadome są trzy rzeczy: jeśli ją tutaj zostawimy, umrze z głodu; wygląda na to, że przy pomocy kilku kotów dałoby się ją uwolnić; ona sama nie wyrządziła nam krzywdy.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — dopytała Mirabelka, w skupieniu nieznacznie mrużąc oczy.
— Uważam, że powinniśmy dać jej szansę i podać pomocną łapę. Widać wyraźnie, iż sporo przeżyła — Szamanka skinięciem głowy wskazała na samiczkę sępa, aktualnie spoglądającą na zgromadzonych smutnymi, wzbudzającymi litość ślepiami. Zmęczenie wydawało się ponownie zmusić ją do bezwładnego leżenia na zimnej, kamiennej posadce. Nie sprawiała wrażenia, jakby była w dobrej kondycji fizycznej. — Wszechmatka głosi szanowanie każdego istnienia, niezależnie od tego, czy ono się nam podoba, czy nie. Powinniśmy możliwie zapobiegać cierpieniu innych, bierność na krzywdę i umywanie łap od odpowiedzialności nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem — stwierdziła zdecydowanie. — Dlatego moim zdaniem, mimo wszystko, powinniśmy podjąć ryzyko i ją oswobidzić. Jednakże ostateczna decyzja oczywiście należy do was.
— Ja myślę, że nie powinniśmy ingerować — odezwał się Chrząszcz, nerwowo drgając ogonem. — Nie rozumiem, czemu jej śmierć miałaby być naszą winą. Zastaliśmy ją taką, więc to nie nasze zmartwienie, jeżeli już w pierwszej kolejności nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Brak zaangażowania daje nam zarówno gwarancję bezpieczeństwa, jak i czyste sumienie.
Po jaskini poniosły się szepty.
— No tak, zawsze najłatwiej jest nic nie robić — prychnęła pogardliwie Leszczyna, niespodziewanie włączając się dyskusji. — Rozumiem Świergot, co próbujesz nam przekazać, lecz to wciąż zbyt niebezpieczne rozwiązanie. Jak dla mnie najodpowiedniejszym wyjściem z tej sytuacji byłoby… sprawne zakończenie jej żywota. W ten sposób mamy całkowitą pewność, że nie ma szans już więcej nam zagrozić, jednocześnie oszczędzając jej długiej i bolesnej śmierci z głodu.
— J-ja zgadzam się z Leszczyną... To moze być niebezpieczne. Jeden klaps tym dziobem i nawet chcąc jej pomóc możemy stracić kolejnego kota... – przedstawił swoją opinię Miodek.
— Myślę... Myślę, że uwolnienie jej przyniosło by nam więcej problemów, niż... No — Jeżyna wtrąciła się do rozmowy, podnosząc wzrok. — Co, jeżeli cała sytuacja powtórzyła się? Trzymanie... Ogromnego ptaka, drapieżnego, na naszym terytorium równa się kolejnej katastrofie.
— Zostawmy ją tu, niech zdechnie sama. - Oznajmiła Figa, trzymając w pysku piórko, które jednak udało jej się zdobyć po ryzykownym podejściu do jednak nie martwego sępa. - Nie mamy sił ani zasobów żeby z nią walczyć albo próbować uwalniać.
— Zgadzam się z Figą… – powiedział Czernidłak – Nie mam zamiaru ryzykować życia dla tego przerośniętego ptaszyska. Niech ginie, wolę to, niż śmierć w jego dziobie — rzucił ze zdenerwowaniem. Liderka przeniosła na niego swój wzrok. Przez całą dyskusję obserwowała przemawiających, uważnie słuchając ich wypowiedzi. No, przynajmniej się starając. Sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Z jednej strony bała się, że jeśli uwolnią sępa, cała sytuacja się powtórzy, ale z drugiej zwierzę wyglądało na ranne i niegroźne na dłuższą metę. Jeśli coś jej się stało i tak po jakimś czasie by umarła, może nie mogąc samodzielnie polować, lub z wyczerpania. W każdym razie nie byłaby zagrożeniem.
– Nie możemy jej wypuścić – mruknęła, spoglądając to na zwierzę, to na pobratymców. – Nie chcemy by ta sytuacja się powtórzyła, nie możemy tak bardzo ryzykować poraz drugi – oznajmiła, przełykając głośniej ślinę, na myśl o kolejnej takiej masakrze i kolejnych problemach. – Jeśli chcemy teraz oszczędzić jej cierpienia, to kilka kotów musi spróbować, tak by nie miała jednego jasnego celu. Inaczej skończymy w jej szczękach, co sytuacja Figi zobrazowała. Dlatego uważam, że mimo to powinniśmy iść dalej. Nie chcemy kolejnych rannych, już i tak mamy z tym duży problem...
— Czyli postanowione. Ruszajmy dalej zatem — skiwtowała zastępczyni, spoglądając wymownie na Miodka. Nim jednak wojownik zdążył jakkolwiek zareagować, kolejny wrzask zdążył dobiec do uszu zgromadzonych. Tym razem natomiast znacznie wyższej itonacji i brzmiący bardziej żałośnie, niż realnie groźnie. — No świetnie. Jeszcze tylko powtórki z rozrywki nam brakowało. Miejmy to już za sobą. — Łapą machnęła na Miodka, wydając się być już zbyt zmęczoną, by martwić się dalszym przebiegiem wydarzeń. Ruszyli dalej. Miodek niepewnie prowadził ich wgłąb jaskini, starając tym samym nie zwracać zbyt dużej uwagi na znajdujące się tam obiekty, które przyprawiały wszystkich o dreszcze oraz mdłości. Zapach stęchlizny tylko bardziej trafiał do nozdrzy każdego członka patrolu, a tęsknota za świeżym powietrzem pewnie już pojawiła się w głowie każdego z nich. Sówka również zaczęła już myśleć o powrocie do domu, do tego ciepłego legowiska. Chciałaby się położyć i po prostu zasnąć, chcąc obudzić się następnego dnia i dowiedzieć się, że cała ta sytuacja to był tylko sen. Nieprzyjemny koszmar, który jednak minął wraz ze wschodem słońca i już nigdy nie powróci. Lecz to nigdy nie będzie możliwe, a cały ten patrol już na wieki zostawi ślad na jej psychice, jeśli już nie zostawił wystarczająco dużego. A jednak jej łapy nie zawracały. Dalej brnęły przed siebie, napędzane ciekawością, która gdzieś tam kłębiła się w ciele czekoladowej, centralnie obok strachu.
Zagłębiali się dalej wgłąb, a z każdym ich krokiem skrzeki samicy były tylko głośniejsze, jakby starała się ich odciągnąć od czegoś dla niej ważnego. Nim jednak oni zdążyli do tego dojść, znaleźli się przed czymś, co wyglądało jak dużo mniejsza, bardziej szkaradna i chyba pokojowo nastawiona wersja sępa. Były małe i łyse, a ich piski roznosiły się echem po jaskini, jakby chciały odpowiedzieć matce.
— Ponawiam mój postulat — odezwała się Świergot, tym razem jeszcze pewniejszym głosem, twardo stawiając łapę na ziemi. — Umrze bez naszej pomocy, mimo że nie jest niczemu winne. To nie powinno tak wyglądać. A w przeciwieństwie do swojej mamy już zdecydowanie nie jest nam w stanie zagrozić, więc dlaczego mielibyśmy się wahać?
Charakterystyczne, głośne prychnięcie dobiegło z tyłu, zwiastując pozbawioną szacunku odpowiedź.
— Żartujesz sobie? — Rokitnik spojrzał z pogardą na szamankę, na co ta mimowolnie napuszyła swoje futro. Coraz mocniej sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała znaleźć się na granicy. — Taką świetną okazję mielibyśmy zaprzepaścić w imię tych twoich kretyńskich morałów-dyrdymałów? Nie ośmieszaj się już więcej — zażądał, podczas gdy w jego oku pojawił się niemal psychotyczny błysk. — Zjedzmy to.
— Nie wiem jak wy, ale ja akurat jestem bardzo głodny — dołączył do niego Żagnica, nieskrępowanie oblizując pysk. — Od której kończyny chcemy zacząć? — zachichotał nisko, niebezpiecznie zbliżając się do swojej wymarzonej ofiary.
— H-heJ! Może... Może jeszcze to przemyślimy? – zasugerował niepewnie Miodek, zwracając się do dwójki kocurów – Znaczy, wiecie... — zaplątał się w słowach. Podszedł bliżej, uważając aby nie zahaczyć o kogoś ogonem. — Ono jest takie... Małe... Całkiem słodkie, takie biedne... Nie możemy go zjeść! — Ostatnie słowo powiedział mocniej, patrząc w oczy Rokitnika, który przewrócił oczami. — W sumie to... Jest takie łyse... Wygląda trochę jak Cierń...
— Miodek ma trochę racji — uznała Jeżyna, patrząc na łysą głowę zwierzęcia. — Poza tym... Jedzenie... Tego czegoś wydaje się być trochę dziwne. To tak jakby... Zjedlibyście młodego lisa? Chyba nie. A one też nas atakują.
Podeszła o krok bliżej. — Nie możemy tego też tu zostawić? Albo... Coś. Nie wiem, chyba żadne z nas nie wie, jak zaopiekować się... Ptakiem.
— Świergot, wybacz, ale gdzie Twój zdrowy rozsądek? - wtrąciła się Figa, kierując swoją wypowiedź w stronę szamanki. Jej oczy dziwnie błyszczały w mroku. - Nie widziałaś ile krwi przelaliśmy? Ojciec tego czegoś wyrżnął połowę z nas, a TY chcesz to ratować?!
Prychnęła pod nosem, gniewnie mając ogonem. — Albo je zjedzcie jak chcecie albo je zostawmy. Niech zdychają! To i tak nie zwróci nam martwych pobratymców! – Kontynuowała, a w jej głosie tańczył żal, zmęczenie, rozdrażnienie. — Mirabelko, Miodku – zwróciła się do jedynych, którzy byli przeciwni zabijaniu lub zostawieniu tutaj ich wrogów. - Jak chcecie, to próbujcie go ratować. Matka na pewno wam na to pozwoli. Dokończy to co zaczął jej partner, zabije was choćby sama miała zginąć. To bardzo wysoka cena. Opłaca się, prawda? W końcu mało kotów jeszcze straciliśmy!
Wydarła się na nich, cała najeżona.
— Nie wiem jak wy, ale ja bym tego nie jadł... — wymamrotał cicho Czernidłak, zwracając tym samym uwagę zgromadzonych. — Zakładam, że są zatrute czy coś... Ale jeśli Żagnica i Rokitnik koniecznie chcą spróbować to proszę bardzo, w razie czego nic się nie stanie, jeśli się otrują... W każdym razie ja wziąłbym te dziwactwa ze sobą. Czy w przyszłości będą stanowić dla nas zagrożenie? Może i tak. Ale hej, kto nie chce się pochwalić sępem na zgromadzeniu? Moglibyśmy zobaczyć, jak sobie rosną... Wziąć kilka ładnych piór... To ryzykowne, ale gdyby jakoś do nas przywykły... Może nie zjadłby nas? Ewentualnie nie wiem, zostawmy je albo zabijmy dla spokoju ducha, jeśli nie podoba wam się pomysł oswojenia zabójczych ptaków. W każdym razie ja nie mam zamiaru ich jeść. Jak myślicie, w jakim wieku byłyby w stanie zjeść kota?
Czekoladowa słuchała, dalej oczy mając wbite w małe stworzenia. Wyglądały tak bezbronnie, ale jednocześnie ta świadomość, że to maszyny do zabijania... Cała ich bezbronność wyparowała w jednej chwili, mimo to to też były żywe stworzenia, po tym odkryciu wszystko w głowie Sówki zaczęło nabierać więcej sensu. Wbiła pazury w ziemię, odwracając wzrok od młodych drapieżników.
– Nie będziemy ich jeść – zwróciła się do Żagnicy i Rokitnika. – Nie możemy im nic zrobić. To jest ich matka, a jak coś stanie się jej dzieciom, to najpewniej nie zostanie z nas nic – mruknęła. – Ona chce ich bronić. Tak samo jak ten poprzedni sęp. Ewidentnie nie mogli dalej iść i musieli się osiedlić... Akurat tu, a że znaleźli... – zatrzymała się na chwilę i przełknęła ślinę. – ...c-coś czym mogli się posilić. To tu zostali. W każdym razie jeśli zostawimy matkę, dzieci też umrą. Są za małe by przetrwać samodzielnie. A zrobienie doświadczenia i sprawdzenie, kiedy mogą zjeść kota, nie jest najlepszym wyjściem – zwróciła się do Czernidłaka, który już zaczął wymyślać im przyszłość w klanie. – Zabranie ich ze sobą jest ryzykowne. I przy okazji pewnie szybko zginą, patrząc na to, że jesteśmy kotami, a nie wielkimi sępami. Nie mamy pojęcia o zajmowaniu się ptakami – nastała chwila ciszy. Sówka odwróciła się w stronę Świergot i posłała jej swoje spojrzenie. – Przepraszam Świergot, ale nie mamy jak im pomóc. Jeśli je chociażby dotkniemy, ich matka może uznać to za atak. A wiesz, co w takiej sytuacji może zrobić każdy rodzic. Wybacz mi, ale ja nie widzę w tym wyjścia, zwłaszcza bez strat w naszych szeregach. Jeśli masz jakiś pomysł to chętnie wysłucham. I tyczy się to każdego z was – odwróciła się w stronę pozostałych. – Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, proszę mówić, jednak zastanówcie się przy tym dwa razy. Straciliśmy już za dużo kotów – syknęła cicho i wbiła wzrok w ziemię.
— Zawsze wybieracie te najnudniejsze opcje po prostu. Żadnej satysfakcji z wygranej nawet nie można poczuć, bo wielce przestraszeni odrzucacie wszystko, co w niej dobre — żąchnął się Żagnica, otrzymując pomruk zgody od swojego partnera.
— Próba uratowania niewinnego życia, nawet jeśli się nie powiedzie, nigdy nie jest stratą czasu. Mama pisklęcia natomiast jest wyraźnie uwięziona, gdyby mogła się uwolnić – już dawno by to zrobiła — stwierdziła stanowczo Świergot, coraz bardziej podirytowana, że nawet tak oczywiste rzeczy musiała tłumaczyć innym. Jakby sami nie mieli wystarczająco połączeń w umyśle, żeby pod tym względem przydać się na cokolwiek. — Ale szanuję wasz punkt widzenia — dodała, chociaż w tym momencie wcale nie sprawiała wrażenia, jakby rzeczywiście to robiła.
— Proszę po prostu chodźmy stąd — powiedziała cicho Mirabelka. — Jak już ustalimy co z tym pisklęciem, wyjdźmy z tej jaskini. Niczego sensownego już tu nie znajdziemy, jedynie jeszcze więcej trupów. — Wzdrygnęła się.
— Mirabelka ma rację. Możemy nawet porozmawiać o pisklaku poza jaskinią? Jest tutaj tak... Duszno, no i śmierdzi. Zaczyna kręcić mi się w głowie, niedobrze mi... — mruknął słabo Miodek. — Świeże powietrze wszystkim dobrze zrobi. Może... Może te sępy też oszalały przez ten smród i zaduch.
Reszta również zaczęła się zgadzać z pomysłem opuszczenia jaskini. Czernidłak nie czekając na odpowiedź liderki, znalazł się przy wyjściu z jaskini. Miodek i Mirabelka ruszyli za nim i stanęli obok. Reszta powoli robiła to samo, jednak Sówka dalej stała w miejscu. Odwróciła głowę w stronę dalszej części nieznanego im miejsca. Chciała już wyjść, zapomnieć o tym wszystkim i zaszyć się w bezpiecznym obozie, choć wiedziała, że nie będzie w stanie wymazać tych obrazów z pamięci i sumienia przez wiele księżyców. Lecz ta ciekawość, ściskająca ją za gardło, powoli prowadząca łapy w przeciwnym kierunku niż pobratymcy... Ta ciekawość, której nigdy nie umiała się oprzeć, która ścigała ją już od małego.
– Sówko? – usłyszała głos Gruszki i odwróciła się w stronę swojej zastępczyni.
– Chciałabym sprawdzić co jest dalej – wyznała czekoladowa.
– Przecież przed chwilą wspominałaś o stratach w naszym składzie.
– Ja wiem! Ale mimo to ciekawi mnie co jest dalej – powiedziała, dodając w myślach słynne "nie mam już nic do stracenia". – Jeśli chcemy jednak wracać, możemy to zrobić, ale nie zostawię tego tak po prostu. Teraz może macie rację – mruknęła, odsuwając od siebie ciekawość, a dopuszczając w jej miejsce krwawą rzeczywistość.
Świszczący wiatr wpadł do wnętrza jaskini, w momencie, w którym mieli wychodzić. Futra zgromadzonych jakby naturalnie lekko się podniosły, podczas gdy otwór pieczary na moment rozświetlił się ostrym blaskiem. Zaledwie po dwóch uderzeniach serca rozległ się głośny huk grzmotu.
— Zostańmy tutaj może — odezwał się jako pierwszy Chrząszcz, rozglądając się nerwowo. — Mamy przynajmniej dach nad głową.
Świergot pokręciła głową.
— To nie jest bezpieczne miejsce. — Dotknęła ściany jaskini, wskutek czego jej część się skruszyła. — Nie jest stablina. Już wcześniej jej fragment przygniótł matkę pisklęcia. Możemy być następni.
— Bez przesady, pewnie zaraz się rozejdzie. Przecież… — zaczął swoje prychanie Żagnica, jednak nie zdołał go dokończyć.
W jednej chwili rozległ się kolejny głośny huk, pozbawiając każdego ochoty do kontynuowania dyskusji. Cała grota się zatrzęsła, jakby pod wpływem zrzuconego na nią ciężaru. Kilka kamieni oderwało się od konstrukcji wraz ze spoczywającym na stropie skały pyłem, spadając centralnie na patrol.
— Odwrót! — zakrzyknęła całym tchem Gruszka, nie czekając aprobatę Sówki. Na jej słowa liderka od razu ruszyła z resztą do wyjścia. Cała ciekawość momentalnie wyparowała z jej ciała, ustępując miejsca innym emocjom, które to targały uciekającą w stronę wyjścia kotką. Zatrzymała się na zewnątrz, nosem próbując wciągnąć jak najwięcej świeżego powietrza, którego w jaskini tak brakowało. Na chwilę wszystko zwolniło. Krople deszczu spadały na jej futro, przyjemnie przypominając o świecie poza jaskinią. Dopiero po chwili odwróciła się do reszty, chcąc sprawdzić stan patrolu, jednak do tego nie doszło. Zamknęła się gdy tylko usłyszała ten przerażający krzyk, wydobywający się z gardła Rokitnika. Zanim zdążyła zareagować, Jeżyna ruszyła w stronę rannego, starając się mu pomóc. Sama Sówka nie wiedziała już co robić. Patrzyła na wpół zmiażdżone ciało jej pobratymca, przez pierwszą chwilę nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Kątem oka zauważyła szybko mijającego ją Żagnicę, który popędził do swojego partnera, za nim dopiero po chwili ruszyła szamanka, chcąc określić stan poszkodowanego. Dopiero wtedy Sówka się otrząsnęła. Sama również podeszła do Rokitnika, starając się z góry nie zakładać najgorszego. Na szczęście, albo i nie przez ból, który musiał w tamtej chwili czuć kocur, wojownik żył. Przez ten fakt byli zmuszeni do wyciągnięcia Rokitnika spod głazu, który go przygniótł. Tylko jak? Sówka nie miała zielonego pojęcia. Przecież jak złapią go za łapy i będą próbować wyciągnąć na siłę, jego obrażenia będą jeszcze większe, a głaz to nie sęp, którego można było spróbować tak o przesunąć. Na tę myśl czekoladowa zadrżała, wstrzymując na chwilę oddech. Jej głowę znów wypełniły te same myśli, nie pozwalające skupić jej się na obecnym problemie. Gdy podeszła Gruszka, liderka posłała jej swoje marne spojrzenie. Czy w ogóle uda im się wyciągnąć Rokitnika bez zadawania mu większego bólu? W tym przypadku Sówka życzyła kocurowi tylko utraty przytomności, by choć przez chwilę mógł odpocząć od tego piekła.
 
***
 
Od powrotu siedziała w swoim legowisku. Zignorowała ból z jeszcze nie opatrzonych ran, zignorowała pytania Kaczki, nie była w stanie spojrzeć w jej zapłakane oczy. Nie była w stanie spojrzeć nikomu w oczy. Jedyne co zrobiła po powrocie to prośba skierowana do Świergot i Pumy, by opatrzyli pozostałych rannych, ona sama za to zniknęła w głębi swojego ciemnego legowiska. Wzrok miała wbity w ścianę. Łzy już nie spływały po jej policzkach. Mimo wielkiej chęci do płaczu, nie była w stanie, jakby straciła tą umiejętność po tym wszystkim co spotkało ich patrol. Spuściła głowę i spojrzała na swoje dalej zakrwawione łapy.
– Mężu... – głos Kaczki przebił się przez jej myśli, jednak nie sprawił, że czekoladowa się odwróciła.

22 czerwca 2025

Od Sówki

*kilka dni przed zgromadzeniem*

Poczuła jak promienie słońca, które przedostały się do środka legowiska, przyjemnie ogrzewały jej grzbiet. Sama Sówka jednak, zamiast się obudzić, odsunęła się tylko dalej, wgłąb ciemności, by zaznać jeszcze chwili odpoczynku. Nie chciała tak szybko wstawać. Nawet jak wiedziała, że reszta dnia na nią nie poczeka. W końcu ten dzień miał być spokojny! Chyba wszystkim należy się chwila odpoczynku? No przynajmniej do czasu. Słońce wkradało się coraz głębiej, aż w końcu zdecydowana większość jej legowiska była oświetlona. Czekoladowa już też leżała w słońcu i wtedy ono zniknęło, a kotka znalazła się w cieniu jakiejś postaci. Otworzyła powoli oczy i spojrzała na przybysza, którym była jej partnerka. Kaczka stała w wejściu, uważnie się jej przyglądając.
– Mężu co ty wyprawiasz? – zapytała, widząc ten niewyraźny wyraz pyska Sówki.
– Śpię – oznajmiła Sówka.
– Śpisz?
– Tak – kiwnęła głową.
– O tej porze?
– Jakiś problem? – mruknęła czekoladowa.
– Przypominam o naszych planach. Później mam patrol, pamiętasz? – przypomniała Kaczka, uważnie przyglądając się reakcji swojej partnerki. Ta na początku nie połączyła kropek, dopiero po chwili doszły do niej słowa Kaczki. Po tym Sówka otworzyła nieco szerzej oczy, przypominając sobie ich rozmowę sprzed paru wschodów słońca. Chciały spędzić razem czas, pierwszy raz od dawna i tylko ten dzień pasował. Jej pomarańczowe oczy powędrowały w stronę burej kotki, a na pysku Sówki pojawił się ten jeden, lekko zakłopotany uśmiech. Wojowniczka tylko się uśmiechnęła, powstrzymując śmiech, gdy widziała, jak liderka od razu wstaje na równe łapy i stara się doprowadzić do porządku.
– Poczekam przy wyjściu z obozu, tylko tym razem nie zapomnij – zaznaczyła bura i wyszła z legowiska, zostawiając liderkę samą. Ta kiwnęła głową i zajęła się ogarnianiem swojego stanu po śnie. Gdy była gotowa, szybko wyszła na zewnątrz, już na samym starcie napotykając problem w postaci swojego zeza.
– Wybacz! – powiedziała, gdy tylko zdała sobie sprawę, że kot, na którego wpadła, również wylądował na ziemi.
– Nie to ja bardzo przepraszam Sówko – powiedziała Przepiórka i powoli zaczęła się podnosić. Czekoladowa zrobiła to prawie od razu, a widząc, że wojowniczka ma z tym mały problem, zainteresowała się sytuacją i stanem Przepiórki.
– Wszystko dobrze Przepiórko? – zapytała.
– Tak, tak, nie martw się, po prostu coś stało się ostatnio z moją łapą i nie poszłam wcześniej do medyka – wyjaśniła cicho kotka. – Teraz tam idę.
– Może i nie jestem za tym, ale pójść z tobą? Może jak się o mnie oprzesz to będzie ci łatwiej iść? Widać jaki problem ci to sprawia i zanim sama dotrzesz może minąć nawet cały księżyc! – zauważyła czekoladowa. Przez pierwszą chwilę na pysku wojowniczki wymalowało się zdziwienie. Dopiero po chwili Sówka mogła zauważyć wdzięczny uśmiech, mówiący za siebie wszystko. Dlatego liderka szybko się podniosła i stanęła obok Przepiórki, by ta mogła się na niej wspomóc. Tak razem doszły do legowiska medyka, nieco strasząc na wejściu Świergot, jednak gdy obie kotki wytłumaczyły sytuację i uspokoiły szamankę, ta zajęła się nogą wojowniczki.
– Musisz zostać tu na chwilę, zaraz... – urwała, widząc w wejściu kolejnego pacjenta, Bukszpana. – ...Puma poda ci ostatnie zioła, ja zajmę się Bukszpanem – oznajmiła i przywołała do siebie stróża, tłumacząc mu, co dokładnie ma zrobić. Ten kiwnął głową i podszedł do miejsca, gdzie trzymali zioła.
– To może ja już pójdę, nie chcę robić zbędnego zamieszania – powiedziała czekoladowa, robiąc Pumie miejsce. Po chwili pożegnała się ze wszystkimi i wyszła z legowiska. Wtedy jej oczom rzuciła się dalej stojąca przy wyjściu z obozu Kaczka.

Wyleczeni: Przepiórka, Bukszpan

07 czerwca 2025

Od Sówki CD. Czernidłaka

Sówka nieco zdziwiła się na słowa swojego dawnego ucznia. Sama jeszcze nie do końca pojmowała to wszystko, nawet po słowach Świergot gdzieś z tyłu jej głowy jednak była ta myśl, że Daglezjowa Igła mogła wybrać inaczej. Mimo tego uśmiechnęła się tylko, nie wiedząc do końca, co odpowiedzieć.
– Bardzo ci dziękuję Czernidłaku – odezwała się wreszcie. – Ale to będzie naprawdę ciężka praca, zwłaszcza teraz... – mruknęła. – Jednak wszyscy damy sobie radę, tak?
– Miejmy nadzieję – odparł Czernidłak. Czekoladowa podeszła bliżej niego i położyła ogon na jego barku.
– Mgiełka wraz z resztą się znajdą. Muszą się znaleźć – powiedziała, domyślając się zmartwień kocura. – Jest trudno, ale... Poradzimy sobie. Wszyscy. I chcę, żebyś wiedział, że w razie czego, zawsze możesz na mnie liczyć. Zawsze mogę przynajmniej wysłuchać – oznajmiła, posyłając mu zmartwione spojrzenie.
 
***
 
Wzięła głębszy oddech i powoli wyszła z legowiska. Kolejny dzień, kolejne przygody, kolejna fala obowiązków. Rozejrzała się po obozie, wzrokiem uważnie rejestrując wszystko dookoła. Widziała wracający już poranny patrol, słyszała zadowolone piski kociąt, dochodzące ze żłobka, widziała jak koty kręcą się po obozie i jak uczniowie szykują się do treningów. Wszystko wyglądało normalnie, no przynajmniej nie licząc wykrzywionej w grymas twarzy jej syna, Listka. Czekoladowy napięcie szedł przez obóz, mówiąc coś przy tym pod nosem. Sówka szybko to wyłapała, już starając się obstawić, co chodzi kocurowi po głowie. Ruszyła w jego stronę, tym samym zwracając na siebie uwagę kocura.
– Hej Listku, wszystko dobrze? – zapytała czekoladowa. Kocur prychnął coś cicho i spojrzał na swoją matkę.
– Musiałaś akurat mi dać Len na ucznia? – zapytał zirytowany, machając ogonem na obydwie strony. – Muszę cały czas go pilnować i pewnie już o tym słyszałaś. W dodatku jest strasznie przemądrzały i już teraz stawia się na równi z tobą, nie będąc nawet dobrze wyszkolony. Dalej nie potrafi wykonać dobrze jednej pozycji, a nie umie przyjąć tego do wiadomości – wyjaśnił, przewracając przy tym oczami. Liderka westchnęła cicho.
– Len jest... Dość trudny. Wiele z tych rzeczy obiło mi się już o uszy, jednak, czasem przypomina w niektórych kwestiach ciebie.
– Mnie? Nie pomyliłaś przypadkiem syna? – prychnął Listek.
– Jakbym śmiała pomylić syna? Nie jesteś taki sam, ale jednak niektóre cechy z nim dzielisz. Jesteś dość konfliktowy i byłeś taki w jego wieku, tak jak on. Czepiałeś się słabszych od siebie, tak jak czasem on, a przynajmniej tak wynika z różnych pogłosek na jego temat. Jednak ty byłeś bardziej ambitny – odparła Sówka. – Len jest kłopotliwy, ale ty możesz być w stanie dobrze go wyszkolić. Z czasem wszystko się zmieni.
– Z czasem – mruknął Listek, nie odzywając się na temat swojego małego podobieństwa do ucznia.
– Listku, dasz radę. Ten wybór nie jest przypadkowy i jesteś w stanie przeżyć to szkolenie – przekonywała liderka, na co jej syn tylko westchnął.
– Mam nadzieję – powiedział, a po chwili dodał. – Pora na mnie. Muszę w końcu zacząć ten trening – uśmiechnął się do swojej mamy i ruszył w stronę legowiska uczniów, już z nieco innym nastawieniem. Czekoladowa odprowadziła go wzrokiem i po chwili sama skierowała się w stronę grupy kotów, stojących przy wyjściu z obozu. Żmija, Czernidłak, Migotka i Gruszka, kolejny patrol łowiecki.
– Witaj Sówko – przywitała się Gruszka. – Coś się stało?
– Wszystko dobrze, tylko zastanawiam się, czy przyjmujecie dodatkowe łapy do patrolu – odparła czekoladowa. – Też chcę się na coś przydać, zwłaszcza po porze Nagich Drzew – wyjaśniła Sówka, uśmiechając się do zebranych kotów. Gruszka kiwnęła głową na jej słowa i odwróciła się w stronę wyjścia. Wszystkie koty ruszyły za nią, powoli szykując się do polowania. Szli w ciszy, mijając przy tym kwitnące rośliny. W tle było słychać ćwierkanie ptaków, a lekki wiatr powiewał młodymi liśćmi, tworząc przyjemny dla ucha szum. Kierowali się w stronę Śliwowego Gaju, a gdy tylko tam dotarli, rozdzielili się, by złapać więcej zwierzyny. Zwiadowcy rzadko polowali, dlatego taki patrol był ciekawą odskocznią od zwykłych granicznych. Sówce się to podobało. No może nie licząc zeza, który utrudniał jej często trafienie w odpowiednie miejsce. Dlatego zamykała jedno ze swoich oczu, by przynajmniej przez chwilę widzieć wszytko lepiej niż zazwyczaj. Tak było i tym razem, gdy udało jej się wytropić mysz. Przyjęła pozycję łowiecką, zamykając jedno z oczu. Powoli przybliżała się do zwierzyny, napinając przy tym wszystkie mięśnie. W końcu wybiła się ze swoich tylnich łap i wtedy usłyszała stłumiony krzyk. Zaalarmowana mysz od razu uciekła, a Sówka z poślizgiem wylądowała na ziemi, prawie samemu nie tracąc równowagi. Szybko się otrząsnęła i pobiegła w stronę źródła odgłosu.
– Co się dzieje? – zapytała, gdy dotarła już na miejsce. Jej wzrok od razu padł na leżącą na środku Żmiję, z ranną łapą i zaciśniętymi z bólu powiekami. Po chwili przeniosła go na obecną obok Migotkę, która już była przy rannej.
– Okolica jest bezpieczna – usłyszała nagle głos Gruszki, która w tamtym momencie stanęła obok przywódczyni.
– Mój brzuch – syknęła Żmija, lekko odchylając głowę do tyłu. Gruszka podeszła trochę do przodu i spojrzała na Sówkę.
– Ty przewodzisz patrolowi – zauważyła Sówka.
– Trzeba zabrać Żmije do medyka. Migotko ty z nią pójdziesz, my dokończymy patrol – rozkazała Gruszka, na co młodsza zwiadowczyni kiwnęła głową. Migotka zbliżyła się jeszcze do rannej i pomogła jej wstać. Po chwili obie kotki zaczęły iść w stronę obozu. Liderka odpowiedziała je wzrokiem, gryząc się już w język, na temat udania się do medyka. Gdy zwiadowczynie zniknęły z ich pola widzenia, wszyscy wrócili do swoich obowiązków.

Wyleczeni: Żmija 

06 maja 2025

Od Sówki CD. Mirabelki

Tragiczna śmierć Kruchej dotknęła Sówkę. Nie mogła uwierzyć, że ktoś mógł dokonać czegoś takiego. Podczas pobytu zmarłej u medyka Sówka zjawiła się tam przynajmniej raz, chcąc jeszcze porozmawiać ze swoją dawną mentorką. Doskonale wiedziała, jak i reszta, że zostało jej mało czasu. Gdy tam przebywała, spotykała Mirabelkę, Malinkę czy Migotkę. Jak ona im współczuła. Doskonale wiedziała, co czują, dlatego starała się choć trochę więcej rozmawiać, przynajmniej z Migotką, która była jej dawną uczennicą. Później spotykała ich na cmentarzu. Tak samo było tym razem. Czekoladowa wybrała się w tamto miejsce, choć zazwyczaj nie miała tego w zwyczaju, swoje wyprawy zatrzymując na drzewie z tabliczkami, jednak tam Krucha swojej tabliczki nie miała, a to właśnie jej grób chciała odwiedzić. Wtedy jej oczom ukazała się Mirabelka. Zastępczyni wycofała się powoli, nie chcąc przeszkadzać zwiadowczyni. W końcu mogła chcieć teraz pobyć sama, a Sówka chciała to uszanować.
– Przepraszam, nie zauważyłam cię wcześniej – wymamrotała czekoladowa. – Zostawię cię samą – oznajmiła, spoglądając na Mirabelkę z lekkim zawstydzeniem.
– Zaczekaj! Jest tu miejsca dla nas obu. Twoja obecność mi nie przeszkadza – powiedziała szybko córka Agresta. Sówka niepewnie podeszła do Mirabelki, zajmując miejsce obok niej. – Właściwie to… wolę teraz nie być sama – wyznała tortie, uśmiechając się ponuro. – Słyszałam, że Krucha była twoją mentorką, prawda? – zapytała.
– Tak. Była nią przez większość mojego szkolenia, później przejął je Gęgawa. Muszę powiedzieć, że wiele mnie nauczyła i podziwiam, ile miała dla mnie cierpliwości z tym moim zezem – powiedziała zastępczyni. – W końcu kot z zezem musiał się nauczyć wspinać na drzewa, a do tego jest potrzebny dobry wzrok. Była wspaniałą mentorką, jak pewnie i matką?
– Tak. Była naprawdę wspaniała – mruknęła Mirabelka.
– Na zawsze pozostanie w naszej pamięci i sercach. Nawet jak teraz to bardzo boli, z czasem będzie lepiej. Ale ważne jest chyba by po prostu pamiętać. Bo wspomnienia żyją w naszych sercach, one tam zostaną na zawsze – powiedziała cicho czekoladowa, po chwili zmieniając wyraz pyska na lekko zakłopotany. – Ktoś mi tak ostatnio powiedział... Coś podobnego – dodała szybko. – Ale doskonale wiem, co teraz czujesz... – mruknęła, spuszczając wzrok na swoje łapy.
 
***
 
– To niesamowite Przypływ! – powiedziała zadowolona Sówka, już tuląc wojowniczkę. – Ale się cieszę! Będziesz wspaniałą matką! – mówiła zadowolona. Naprawdę nie mogła w to uwierzyć. Najpierw jej kochana córka, teraz Przypływ, którą też jak córkę traktowała. Bardzo się cieszyła ze szczęścia obu kotek i była z nich taka dumna! Obie wyrosły na wspaniałą wojowniczkę i zwiadowcę. Sówka wiedziała, że gdyby mogła zrobiłaby teraz teatralną scenę zwaną "tak szybko dorastają" z wycieraniem małej łezki, co się w oku kręci. Zamiast tego jednak przestała tulić Przypływ i pozwolila mówić liliowej.
– Też bardzo się cieszę. Nie myślałam, że po ostatnim tak się uda – wyznała, na co Sówka trzepnęła ogonem.
– Zasługujesz na to co najlepsze Przypływ. Naprawdę. Jesteś wspaniałą kotką, a Bukszpan powinien dostać za swoje. Na co zasłużył – odparła liderka i już miała się odezwać poraz kolejny, gdy obie kotki usłyszały, głos Świergot. Oby dwie odwróciły się w jej stronę.
– Witaj Przypływ, Sówko – przywitała się szamanka, a po chwili zwróciła się w stronę wojowniczki. – Musisz dostać jeszcze kilka ziół, udało nam się już je zebrać – oznajmiła i ogonem nakazała Przypływ pójście wraz z nią do legowiska. W wejściu szamanka minęła się jeszcze z Czernidłakiem, kierując w jego stronę jeszcze kilka słów, których Sówka jednak nie usłyszała i po chwili zniknęła wgłębi legowiska. Przypływ spojrzała na liderkę.
– Jak widać, muszę iść – powiedziała, uśmiechając się do czekoladowej. – Porozmawiamy jeszcze później – pożegnała się i ruszyła za Świergot do legowiska medyka. Sówka również wypowiedziała słowa pożegnania i poszła w drugą stronę, rozmyślając nad tym wszystkim. Cieszyła się, że po tych wszystkich nieszczęściach, które ostatnio spotkały całą społeczność, na świat przyjdą nowi członkowie. Po takim stresie i nerwach dobrze było usłyszeć coś dodającego otuchy. Jakieś pozytywne informacje.
Po drodze jej wzrok padł na patrol zwiadowców, znajdujący się przy wyjściu z obozu, już szykujący się do wyjścia. Mirabelka wraz z jej uczniem, Mrozem, Migotka oraz Figa. Sówka bez większego zastanowienia ruszyła w ich stronę, chcąc dołączyć do patrolu. Dawno nie brała w żadnym udziału, a miała dość siedzenia w obozie.
– Witajcie, jeśli to nie będzie problem, dołączę się do was – powiedziała i spojrzała w stronę Mirabelki, prowadzącej patrol.

Wyleczeni: Czernidłak 
<Mirabelko?>