BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranny Zew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranny Zew. Pokaż wszystkie posty

19 listopada 2023

Od Porannego Zewu CD. Makowej Łapy

Została mentorką. W zaledwie kilka księżyców po swoim własnym mianowaniu na wojownika została najwyraźniej uznana za godną szkolenia młodziutkiej uczennicy. Przepełniała ją duma — została wybrana! — ale i niepokój — to w jej łapach spoczywał teraz los przyszłej wojowniczki ich klanu (a gdyby samo to miało być niewystarczającym powodem, by poczuć na sobie presję, należy po prostu dodać, że jej uczennica była córką samego cholernego Gęsiego Wrzasku).  
Teraz, tuż przed swoim mentorskim debiutem, siedziała na uboczu obozu, dzieląc się targającymi nią emocjami z tą kotką, która ostatnimi czasy stała się jej największą powierniczką. 
— A co, jeśli coś spieprzę, Kwiatuszku? Albo, jeszcze gorzej, jeśli będę najokropniejszą mentorką w historii naszego klanu? — szeptała gorączkowo. 
Miała ochotę zakopać się w miękkiej, czarnej sierści swojej ukochanej i już nigdy z niej się nie wydostawać. Czy takie życie nie byłoby piękne? 
— Daj spokój, obie dobrze wiemy, że świetnie sobie poradzisz! A tytuł najokropniejszego mentora w klanie został już dawno wręczony — mruknęła Nocka. 
Nie trzeba było być geniuszem, by wiedzieć, kogo starsza z wojowniczek miała na myśli. Zew nie zamierzała jednak nijak odnosić się do tych słów. Wiedziała, że trauma, jaką Gęsi Wrzask zafundował Nocnej, nie podlegała żadnej dyskusji. Ona sama jednak przez jakiś czas pobierała u niego nauki medycyny i poza incydentem, który zakończył ich wesołe schadzki, zdecydowanie nie narzekała na kocura. Może i był niezłym kawałem skurwysyna, a do tego agresorem i przemocowcem, ale zawdzięczała mu ogromny kawał wiedzy i, jak jej się czasem zdawało, przynajmniej mały odsetek swojego obecnego charakteru i podejścia do życia.  
— Chodź, ruszajmy. Ty masz uczennicę do wyszkolenia, a ja zwierzynę do złapania — zauważyła czarna kotka. 
Poranek nie pragnęła teraz niczego bardziej, niż otrzymania choć delikatnego muśnięcia jej pyszczka na pożegnanie. Wiedziała jednak, że Nocna wciąż nie czuła się zbyt pewnie z publiczny okazywaniem uczuć, więc nie zamierzała naciskać. Zamiast upragnionego buziaka dostała jedynie końcówkę czarnego ogona, który dotknął ją przelotnie w nos, po czym zaczął się nieuchronnie oddalać. Nie była nawet pewna, czy ten mały akt zaczepnego dotyku był czynem świadomym i zamierzonym, czy jedynie małym, lecz cudownym wypadkiem. 
Westchnęła cichutko, przez chwilkę wodząc jeszcze oczami za ukochaną, po czym skierowała się ku centrum obozu, gdzie jej uczennica najwyraźniej zbierała właśnie opieprz od innej uczennicy, zapewne swojej siostry. Po jej mowie ciała doszła do wniosku, że miała przed sobą kogoś raczej pokroju Jutrzenki niż Świtu. Oznaczało to (jeśli się nie myliła) trochę więcej pracy, ale patrząc na to, jak ostatnio zmieniła się Zaranna Zjawa, wiedziała, że nie ma beznadziejnych przypadków. 
— Witaj, Makowa Łapo! — miauknęła przyjaźnie, gdy znalazła się wystarczająco blisko liliowej kotki. — Gotowa na pierwszy trening? 
Nie otrzymała werbalnej odpowiedzi. No cóż, musiało jej wystarczyć niepewne kiwnięcie łebkiem i przerażone spojrzenie posłane szylkretowej siostrze, która jednak szybko zdezerterowała i pozostawiła biedną Mak na pastwę mentorki. 
Wyszły z obozu. Przez większość drogi obie milczały. Poranny Zew kątem oka obserwowała swoją uczennicę, starając się wyłapać jak najwięcej wskazówek co do jej osobowości na podstawie małych gestów. Widziała to, jak zawahała się przed wkroczeniem do lasu. Z zadowoleniem zauważyła moment, kiedy krok młodej kotki stał się pewniejszy i nieco bardziej sprężysty.  
W końcu zatrzymała się i zaczęła w milczeniu rozglądać. Okolica, w której właśnie się znalazły, obfitowała w ciekawe pod kątem treningów miejsca. Niedaleko rosły wysokie, silne dęby, idealne do nauki wspinaczki. Zaledwie kilka kroków dalej znajdował się obszar zamieszkiwany przez sporą grupę myszy, na których mogłaby zademonstrować dobrą technikę polowania. Wiodła stąd również świetna dalsza droga, gdyby postanowiła trzymać się swojego pierwotnego planu i jedynie pokazać kotce dalsze granice. 
Z zamyślenia wyrwał ją cichutki głosik. 
— Czy m-my się zgubiliśmy? — wyjąkała uczennica, wbijając w nią rozszerzone w niepokoju oczęta. 
Poranek zaniosła się śmiechem. 
— Nie, no coś ty! — parsknęła, próbując powstrzymać dalszy śmiech. Jeśli chciała pokazać Makowej polowanie lub poćwiczyć z nią rozpoznawanie zapachów, nie mogła spłoszyć zwierzyny. — Spokojnie, znam nasze tereny jak własną łapę. Mam nadzieję, że ty w dniu swojego mianowania będziesz mogła powiedzieć to samo. — Uśmiechnęła się do liliowej, która nie wyglądała na zbyt przekonaną i uspokojoną — Zatrzymałam się, bo nie wiedziałam, co wolę, żebyśmy teraz poćwiczyły. Pamiętaj, że nasze treningi to nowe doświadczenie nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie. Można powiedzieć, że obie się dopiero uczymy — zdradziła, mrugając do kotki porozumiewawczo. — Myślę, że nie będę cię rzucać na głęboką wodę. Obejdziemy jeszcze trochę terenów. Po drodze pomogę ci rozpoznać kilka nowych zapachów i, jeśli uda nam się na nie trafić, śladów.  
Wyruszyły w dalszą drogę. Teraz już jednak nie milczały. Poranek pokazała swej uczennicy kilka śladów niedawnej obecności zwierzyny na jej drodze. Pomogła jej również rozpoznać kilka zapachów i zlokalizować, z której strony pochodziły. Z myszami czy ptakami, które często gościły na stosie zwierzyny, było łatwo. Nieco trudniej było z zapachami obcych kotów, których woń czuć było przy granicy. 
Gdy wyruszyły w drogę powrotną, słońce zdążyło już pokonać dość duży odcinek wędrówki po niebie. Właśnie wtedy, jakieś dwie długości drzewa od granic obozu, Poranek wpadła na genialny (jak jej się zdawało) plan.  
Poruszała się szybko. Świeżo upieczona uczennica nie była w stanie zareagować na skok swojej mentorki i delikatny cios zadany jej w bok. Pazury niebieskiej kotki były oczywiście schowane, a siła, z jaką uderzyła, ostrożnie wyważona. Pchnięcie dużej łapy wystarczyło jednak, by zachwiać niskim i chudym ciałkiem. W porę jednak podtrzymała ją, by uchronić uczennicę przed upadkiem. 
— Pierwsza zasada walki: stała czujność. Nigdy nie wiesz, kiedy i jak postanowi zaatakować twój przeciwnik — wyjaśniła. 
Nie wiedziała, czego się spodziewała. Łzy, które momentalnie wezbrały w dużych, żółtych oczach, nie należały jednak do oczekiwanych reakcji. 
Westchnęła cicho i pochyliła się, by móc spojrzeć prosto w spuszczony pyszczek. 
— Chcę dla ciebie wyłącznie tego, co najlepsze, Makowa Łapo. Wiem, że nagły atak nie był sprawiedliwą zagrywką i przepraszam za to, że cię przestraszyłam, ale musisz wiedzieć, że w walce nie ma miejsca na sprawiedliwe zagrywki. Twój przeciwnik, kimkolwiek będzie, będzie tylko czekał na chwilę twojej nieuwagi. Nie możesz sobie na nią pozwolić. A jeśli jednak ona ci się zdarzy, musisz wiedzieć, jak możesz szybko odwrócić sytuację na swoją korzyść — mruczała spokojnym głosem. — Chcę cię tego nauczyć. Tego i wielu innych rzeczy. Musisz jednak wiedzieć, że nie zawsze będzie to przyjemne i sprawiedliwe. Z czasem zacznę używać pazurów oraz coraz większych ilości swojej siły. Nawet największy, najsilniejszy przeciwnik nie będzie ci straszny, gdy uda nam się znaleźć odpowiednią dla ciebie technikę walki. Ale od tego dzieli nas wiele ciężkiej, czasami wręcz strasznej, pracy. Jestem jednak pewna, że sobie poradzisz. — Uśmiechnęła się delikatnie.

<Makowa?>
[1059 słów]
[Przyznano 11%]

14 listopada 2023

Od Porannego Zewu CD. Rozwydrzonej Łapy (Nocnego Kwiatu)

Nocka przegrała. 
W wieku dwudziestu księżyców była już zdecydowanie bliżej niż dalej wygnania, które groziło uczniom, którzy zbyt długo nie byli w stanie przejść testu. Jeśli Szakala Gwiazda chowałaby urazę do czarnej kotki, wystarczyłoby zwlekać z wyznaczeniem jej kolejnego przeciwnika do walki… 
Ale matka taka nie była. Nawet jeśli teraz wbijała uważne spojrzenie w ową kotkę, uważaną za zakałę klanu, przebywającą właśnie w towarzystwie jej córki. Nawet jeśli widziała reakcję owej córki na przegraną Rozwydrzonej. Lider klanu, zwłaszcza Klanu Wilka, musiał być czasem okrutny. Ale nie był to jeden z tych przypadków, Zew była tego pewna. 
Szakala Gwiazda była dobrym liderem. Postępów Nocki wręcz nie dało się przeoczyć. Szakal byłaby głupia, gdyby świadomie zmarnowała zwinność, szybkość i wytrwałość, które córka Płonącej Duszy mogła wnieść w szeregi wojowników ich klanu. 
Poranek nie zamierzała się poddawać. Musiała tylko dopilnować, by Nocka również nie trzymała się zbyt mocno swojej porażki. 
— Jedna przegrana jeszcze nic nie znaczy — mruknęła więc do swojej towarzyszki, cicho, by nikt jej nie usłyszał, ale i zdecydowanie, by trafić z odpowiednią siłą do serca i umysłu Nocki. — Jestem pewna, że niedługo dostaniesz drugą szansę. Zakładam jednak, że to będzie ostatnia… Zasługujesz na bycie wojownikiem, ale jesteś coraz starsza, a do tego ta historia sprzed wielu księżyców, przez którą część klanu wciąż uważa cię za… — urwała. Nie zamierzała powtarzać nawet najmniej szkodliwego spośród litanii wyzwisk, które słyszała wyrzucane w kontekście jej przyjaciółki. — Za kogoś, kogo woleliby widzieć poza klanem. — Westchnęła. — Ale ty nie możesz się poddawać. Musisz wykorzystać tę ostatnią szansę. Zostaniesz wojownikiem, rozumiesz? Wystarczy, że wejdziesz na tę arenę po raz drugi i, bez względu na to, kto będzie stał przed tobą, dasz z siebie wszystko. Pokażesz im wszystkim, na co cię stać — miauknęła, opierając się bokiem o bok czarnej. 
Nie wiedziała, czy matka wciąż patrzyła. Ani czy patrzył na nie ktokolwiek inny. Jeśli miała być jednak szczera, miała to gdzieś.
 
~*~
 
Wygrała. 
Nocka — teraz Nocny Kwiat, nareszcie żegnając się z tym przeklętym karnym imieniem — pokonała dawną uczennicę Szakalej Gwiazdy, Olszową Korę i wygrała. Została wojowniczką. Mogła bezpiecznie pozostać w klanie. 
— Och, dzięki wam, wielcy przodkowie w Mrocznej Puszczy — szepnęła Zew, gdy w tłumie przeszedł szum zdziwienia. 
Wiedziała, że Nocna nie wierzy w to, w co wierzyła ona. Wiedziała, że z tego powodu przodkowie prawdopodobnie nie mieli jej w swojej opiece. Była jednak przekonana, że czuwali nad nią, nad Porannym Zewem. Pozwolili jej w końcu zachować ukochaną przy własnym boku. 
Była świadoma tego, że nie powinna publicznie okazywać swoich uczuć. Jeszcze nie. Już niedługo, jeśli i czarna kotka będzie tego chciała, będą jednak mogły to zrobić. Bez względu na to, jaka będzie reakcja klanu. 
Nie podeszła do niej od razu po mianowaniu. Zamiast tego poczekała do świtu, kiedy poranny patrol wyruszył w drogę, a świeżo mianowana wojowniczka mogła znowu się odzywać. 
— Jeśli nie jesteś zbyt zmęczona, chciałabym cię na chwilę porwać — miauknęła cichutko, szeroko uśmiechnięta. 
Czekała na to przez całą noc. Czekała na to przez całe księżyce. Być może czekała na to już od swojego urodzenia, choć na początku nie miała jak o tym wiedzieć. 
Teraz wystarczyło już tylko działać. 
Odeszły wystarczająco daleko od obozu. Znalazły miejsce, które nie zostanie już odwiedzone przez patrol. Usiadły wśród gałązek krzewu, który odcinał je od całego świata. Tylko one dwie i śpiew ptaków. 
— Gratuluję, Kwiatuszku — mruknęła Poranek, przerywając ciszę. — Nowa duma Klanu Wilka. 
— Przestań, żadna ze mnie duma. Wciąż jestem zakałą klanu — wymamrotała Nocna. 
— Ej, żadnych takich. Odpracowałaś swoje, od tamtego incydentu byłaś grzeczną kotką. Nie masz już karnego imienia. Jak ktoś będzie cię wyzywał, to nasram mu do legowiska — oświadczyła z pełną powagą. 
Znowu czuła się jak kocię. Od dawna nie miała w sobie tak wielkiej mieszanki nerwów, szczęścia i nadziei. 
— Nie wiem, czy to taki dobry pomysł… — zauważyła Nocna. Zaśmiała się jednak cichutko, a odgłos ten zdawał się Poranek piękniejszy niż trel najlepszego ptasiego śpiewaka. 
— Nie? Hmm, może rzeczywiście. W takim razie mam lepszy — oznajmiła z zawadiackim uśmieszkiem. — Moim pomysłem jest to… 
Nachyliła się ku niej powoli i złożyła na jej pyszczku czuły pocałunek. Trwało to zaledwie chwilę, ale sprawiło, że motyle trzepoczące do tej pory skrzydełkami gdzieś w jej brzuchu, urosły kilkukrotnie w rozmiarze i sile. 
— I co, Kwiatuszku? Ty też uważasz, że to lepszy pomysł? — szepnęła, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego głośniejszego dźwięku.
 
 
<Kwiatuszku?>

Od Porannego Zewu CD. Zarannej Zjawy

Poranny Zew przepchnęła się pomiędzy gapiami, którzy już chwilę temu zaczęli się zbierać naokoło dwóch uczennic, które czekały właśnie na sygnał swej liderki. Ktoś syknął coś niecenzuralnego w jej stronę, ktoś inny miauknął coś o tym, że życzy powodzenia jej siostrze. Nie odpowiedziała ani na jedno, ani na drugie, lecz te miłe słowa były dla niej o wiele gorsze niż wyzwiska. Ona sama nie wiedziała bowiem, komu za chwilę miała kibicować. 
W pysku wciąż czuła smak krwi upolowanego przez siebie ptaka. Towarzyszył jej, gdy Szakala Gwiazda dała znak do rozpoczęcia walki — walki pomiędzy jej siostrą a ukochaną. Nie potrafiła już oszukiwać samej siebie i nazywać kotki innymi, mniej odpowiednimi (ale i mniej przerażającymi) określeniami. Myślała o niej na okrągło, dniami i nocami. Nocka była pierwszym kotem, którego Poranek chciała widzieć rano i ostatnim, którego chciała widzieć w nocy. Nie wyobrażała sobie życia bez niej, a jeśli ta przegrałaby tę walkę… byłyby o jeden krok bliżej do rozstania. 
Dlatego nie dała rady już nawet udawać. Całe jej ciało zdradzało to, komu kibicuje. Nie potrafiła powstrzymywać tych głupich uśmieszków w momentach, w których prowadziła Nocka. Nie potrafiła też stłumić westchnień, które opuszczały jej pysk za każdym razem, kiedy to Jutrzenka zdawała się być bliższa zwycięstwa. 
Kochała swoją siostrę, oczywiście, że kochała. Nawet jeśli nie była z nią nigdy tak blisko jak z resztą rodzeństwa, ona również należała do kotów najbliższych jej na świecie. To z jej przewagi powinna się cieszyć. I może nawet gdzieś w głębi duszy się cieszyła, ale strach, że straci Nockę, paraliżował jej ciało i umysł. Zdradzała własną rodzinę. Była bardziej skłonna stracić siostrę niż teoretycznie obcą sobie kotkę. 
Zasługiwała na potępienie, na okropną karę. 
Właśnie wtedy łapa Rozwydrzonej zawadziła o korzeń, a całe jej ciało upadło na ziemię. Wystarczyłoby dopchnąć jej ciało do ziemi i nie dać jej się podnieść, a zwycięstwo należałoby do Jutrzenki. Ta jednak miała inne plany. Drapała bezlitośnie, uderzając w najczulsze części ciała, orząc pazurami brzuch, zębami wyrywając to piękne czarne futerko. Nocka rzucała się, wiła, krzyczała, łkała. A Poranek mogła tylko na to patrzeć, powstrzymując łzy, które napłynęły jej do oczu i dusząc skowyt, który chciał się wyrwać z jej własnej gardzieli. Miała ochotę podbiec tam i zrzucić burą kotkę ze starszej uczennicy, przerwać to cholerne przestawienie. Miała ochotę ją zaatakować, zrewanżować się za każdy cios zadany Nocce — jej Nocce. 
Zamiast tego stała i patrzyła, oddychając ciężko. I właśnie wtedy siostra uniosła głowę, a ich spojrzenia się spotkały. Miała zbyt mało czasu, by ukryć to, co czuje, pod maską zimnej obojętności. 
Jutrzenka przestała atakować czarną kotkę, która skuliła się niczym małe kocię. Przygniotła jej łeb do ziemi i podniosła spojrzenie na matkę, która patrzyła na nią z uśmiechem. 
Zew poczuła, jak żółć podbiega jej do pyska. Nie czekała na mianowanie, nie została, by usłyszeć nowe imię swojej siostry. Po prostu wycofała się z wiwatującego tłumu. Zanim jednak zniknęła wśród licznych głów i ogonów, jej spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Szakalej Gwiazdy. 
 Nie trzeba było słów, by zrozumieć, że matka wiedziała o jej zdradzie. 
 
Przez kilka kolejnych wschodów słońca unikała Jutrzenki. Nie potrafiła nawet na nią spojrzeć, nie mając od razu przed oczami obrazu jej wyżywającej się na Nocce. Nie potrafiła o niej myśleć, nie przypominając sobie o własnej zdradzie. 
Skrzywdziły się nawzajem — mniej lub bardziej świadomie. A Poranny Zew sama już nie wiedziała, czy potrafią się podnieść po kolejnym ciosie. 
 
Wracała właśnie z patrolu. Powoli kroczyła wśród drzew, licząc na to, że ich szum przyniesie ukojenie zszarganym ostatnio nerwom. Wśród naturalnych odgłosów lasu, cichego protestu świeżej trawy zgniatanej pod jej łapami i treli ptaków, usłyszała jednak coś innego. Coś, co znała bardzo dobrze — krzyk kory, protestującej podczas zdzierania jej z pni drzew, oraz szloch kota. 
Nie byle jakiego kota. 
Instynkt zadziałał, zanim umysł zdążył sformułować choć jedną myśl. Rzuciła się biegiem w stronę źródła dźwięków. Zatrzymała się dopiero tuż przed nią, skuloną w plamie z własnej krwi. 
— Jutrzenko… — sapnęła, trącając ją nosem. 
Wiedziała, że to już nie było jej imię. Wiedziała, że matka nadała jej nowe miano, o ironio, całkiem podobne do imienia młodszej siostry. Poranna i Zaranna… Zew i Zjawa… Tak podobne, a jednocześnie tak różne. 
Szloch nieco przycichł. Pyszczek uniósł się. Dwoje zielonych, załzawionych oczu wbiło się w nią niczym pazury. 
— Idź sobie… — wyszeptała starsza z sióstr, starając się uregulować oddech. 
— Nie ma takiej opcji. Jesteś ranna, nie zostawię cię tu tak. A poza tym… Ty mnie nie zostawiłaś, kiedy byłam w podobnym stanie, nawet po tym, jak powiedziałam ci te okropne rzeczy — wyjaśniła spokojnym tonem. 
Ułożyła się obok niej, stykając ich boki razem, nie przejmując się tym, że teraz i jej futerko przesiąka krwią. 
— Poleżę tu z tobą, aż będziesz w stanie wstać. Potem będziemy musiały coś zaradzić na twoje łapy. Mogę się tym zająć, niedaleko stąd rośnie szczaw. Musisz mi tylko na to pozwolić… 
— Dlaczego to robisz? — usłyszała w odpowiedzi. — Ja… Skrzywdziłam Rozwydrzoną Łapę. Widziałam, jak bardzo cię to dotknęło… 
— Dlaczego to robię? Bo jesteś moją siostrą. Bo ty zrobiłabyś dla mnie to samo. Bo wiem, że sama wielokrotnie cię skrzywdziłam, więc tak właściwie powinnam się cieszyć, że chcesz jeszcze ze mną rozmawiać. Bo, choć jestem na ciebie cholernie zła, a być może nawet cię nienawidzę za to, co zrobiłaś Nocce... wciąż cię kocham — wyrzuciła z siebie. 
Dla potwierdzenia swoich ostatnich słów liznęła ją w ucho. 
— Mogę opatrzyć ci łapy? Znajdę ten szczaw i mogę zaraz wziąć się do roboty. Im później to zrobię, tym gorzej — dorzuciła, chcąc uciąć tę emocjonalną gadkę, na którą nie czuła się gotowa.
 
<Zaranna?>

28 października 2023

Od Porannej Łapy (Porannego Zewu) CD. Rozwydrzonej Łapy

Po raz pierwszy od kilku księżyców poległa w polowaniu. Nie złapała nic — nawet najmniejszej ptaszyny czy myszki. Nic! Tropiła, szukała, próbowała atakować, ale wszystko na marne. Gdy już zaczęła się potykać o własne łapy, Wroni Trans nakazał jej przestać i wrócić do obozu. Dodał też, że nie powinna się przejmować, a ona po prostu zaśmiała mu się w pysk. Nie wiedział, jak wielką hańbą było dla niej wkroczenie do obozu po nieudanym polowaniu, z pustym pyszczkiem. 
Brzuch tego dnia też zamierzała pozostawić pustym. Skoro nie dodała nic od siebie do stosu zwierzyny, nie zasługiwała na to, żeby cokolwiek z niego wziąć. Jej sytuacja nie była zresztą aż tak zła, jak niektórych członków klanu — poprzedniego dnia zjadła całkiem porządnego ptaka, który praktycznie sam wskoczył jej pod łapy na koniec polowania. Na stosie złożyła wtedy dwie myszy. 
Odeszła jak najdalej od nędznej zbieraniny kilku piszczek i wychudzonych myszy, by widok ten nie kłuł jej w oczy. Dała sobie chwilę na ochłonięcie, zanim wkroczy do legowiska starszych. Takie bowiem było dziś jej zadanie — zająć się starszymi. Gdyby nie znała lepiej swojego mentora, pomyślałaby, że to kara za dzisiejszą klęskę. W rzeczywistości jednak pewnie chciał, by nie zajmowała się tego dnia już niczym, co mogłoby podnieść jej ciśnienie. 
Niech mu będzie. I tak już zbyt dużo czasu minęło od jej ostatniego spotkania z babcią. Spędzenie czasu w towarzystwie Sosnowej Igły również zapowiadało się ciekawie. 
Zamyślona, nie zauważyła zbliżającej się w podskokach Rozwydrzonej Łapy. Drgnęła lekko, zaskoczona, za co od razu skarciła się w myślach. Nie powinna tak okazywać słabości, nawet przed Nocką. A może zwłaszcza przed nią? 
Niezadowolenie samą sobą szybko ustąpiło spokojowi, który, ku jej własnemu zaskoczeniu, ogarniał ją z coraz większą siłą z każdym kolejnym spotkaniem z czarną kotką. Coraz mniej przejmowała się również tym, co inni by powiedzieli, gdyby zobaczyli ją w towarzystwie kotki. Stęskniła się za nią i nie zamierzała teraz rezygnować z choć kilku wspólnie spędzonych chwil dla jakiegoś głupiego lęku. 
— Odpowiadając po kolei na twoją rzekę pytań — zaczęła z uśmiechem, ciesząc się, że Nocna zaczyna się robić coraz śmielsza i, jak jej się zdawało, szczęśliwsza. — Jeśli chodzi o jedzenie, to nie, dziękuję, możesz zjeść całą. — By podkreślić swoje słowa, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, zachęcająco. Mimo że język chciał sam uciec jej z pyszczka na widok pożywienia, wiedziała, że na nie nie zasłużyła. Jeszcze bardziej dlatego, że widziała, że Rozwydrzona wychudła jeszcze bardziej w ciągu ostatnich księżyców. — Co do wspólnego wyjścia, to pewnie, bardzo chętnie! Nie mam żadnych planów, a na pewno przyda mi się miłe towarzystwo po opiece starszyzną. — Westchnęła, nieco teatralnie, bo wiedziała przecież, że nie jest to jakąś wielką tragedią. — A teraz jedz! — zachęciła. 
Poczekała, aż Nocka zakończy swój posiłek. W międzyczasie postanowiła zapełnić ciszę jedną z opowieści, które tak uwielbiała jako kocię. Podświadomie jednak omijała te bardziej niepokojące fragmenty i nie używała imion. Nie wiedziała, czy Rozwydrzona Łapa była już gotowa na opowieści o świetności Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek będzie na to gotowa. I chyba to właśnie martwiło ją najbardziej. 
Gdy zaś udało jej się uwolnić z legowiska starszych, a Nocce spod reżimu Gęsiego, udały się w głąb lasu, gdzie udało im się znaleźć przyjemną, zaciszną polankę, na której mogły w spokoju porozmawiać o wszystkim i o niczym, a Poranna Łapa mogła bezwstydnie przyglądać się, jak światło i cień tańczą na futerku jej towarzyszki. 
 
~*~ 
 
Kolejne całe długie szeregi wschodów słońca rozłąki. Widywały się jedynie przelotem, w drodze na trening czy z treningu, gdzieś przy polowaniu czy w progu legowiska. Wzmożone starania podczas treningów i poza nimi godnie odpłaciły Poranek — została mianowana wojowniczką. To zaś oznaczało, że nie zamierzała marnować więcej czasu. 
Wciąż była kłębkiem frustracji i gniewu po swojej walce z bratem, która rozegrała się zaledwie wschód słońca temu. Ukojenia nie przyniosła ani samotna noc przepełniona milczeniem, ani pierwszy patrol czy polowanie pod nowym imieniem. Podświadomie czuła, że tylko jedna rzecz była w stanie jej teraz pomóc — towarzystwo pewnej kotki. 
Dlatego odnalazła ją od razu po odłożeniu na stertę zwierzyny swojej zdobyczy z polowania. Na szczęście najwyraźniej skończyła już swój trening. Serce krajało się w piersi Poranek, gdy myślała o tym, że Nocka, choć od niej starsza, wciąż pozostawała uczennicą. Powinna już być wojowniczką, tak jak ona! Ostatnio poczyniła tak wielkie postępy! 
— Masz chwilkę? — zagadnęła, nie próbując nawet kryć targających nią emocji. 
— Wszystko w porządku? — spytała Nocna. Poranek zdawało się, że słyszy w jej głosie niepokój, może nawet troskę, ale… Równie dobrze mogła sobie to tylko wmawiać. 
— Ja… Możemy odejść gdzieś dalej od reszty? — rozejrzała się po przechodzących naokoło kotach. Zdawały się pogrążone we własnych sprawach, ale przecież nigdy nie wiadomo, kiedy komuś zechce się podsłuchiwać lub wręcz wtrącić do cudzej dyskusji. 
— Tak, oczywiście — odpowiedziała kotka. 
Już po chwili znalazły się na tej samej polance, którą odkryły wspólnie ostatnim razem. Ponownie otaczał je jedynie szum wiatru i trel ptaków. Tylko one wobec reszty świata. 
— Przepraszam cię, ja… Nie wiem dlaczego, ale czuję się okropnie, a ty jesteś jedyną osobą, do której mogę z tym przyjść. 
Jedyną osobą, do której chce z tym przyjść. 
— Co się dzieje? Nie powinnaś być… szczęśliwsza? Zostałaś wojownikiem, to wielkie osiągnięcie! — zauważyła Nocka, a Poranek w jej głosie nie wychwyciła zazdrości, której mogłaby się spodziewać po kocie w jej sytuacji. 
— Wielkie osiągnięcie? — Zaśmiała się gorzko. — Matka wystawiła mnie przeciwko bratu. Bratu, który wciąż nie wyleczył swojej kontuzji. Zamiast stoczyć wyrównany pojedynek i pokazać wszystkim, co jestem w stanie zrobić, zrobiłam z siebie głupią kotkę, która powala brata, odpychając się od cholernego drzewa — tłumaczyła żywiołowo, chodząc raz w jedną, raz w drugą stronę. W końcu zatrzymała się przed czarną kotką, wpatrując się jej prosto w oczy. — Wiem, że powinnam być dumna z siebie, ale nie potrafię. Czuję się, jakbym przegrała. I chyba już nic nie jest w stanie tego zmienić. 
— Poranek, ty jesteś w stanie to zmienić. Po prostu musisz dawać z siebie wszystko jako wojownik, a nie… — urwała, ale jej przekaz był jasny. Musiała przestać się nad sobą użalać. 
Miała ochotę ją pocałować. 
Ta chęć, równie niespodziewana, jak silna, sprawiła, że westchnęła cichutko. Ciekawa była, jakie to uczucie — nie tylko całować kogokolwiek, ale całować Nocną. 
Wystarczyło tylko nachylić się bliżej. Odrobinka i już mogłaby się przekonać… 
Powstrzymała się jednak. Nie, to nie był dobry moment. (Zignorowała ten głosik w głowie, który wytknął jej, że traktowała to właśnie jako zły moment, a nie całkowicie zły pomysł). Wciąż targały nią negatywne emocje, głównie gniew na matkę. A co jeśli perspektywa tego wielkiego kroku była teraz tak kusząca dlatego, że chciała odpłacić Szakalej Gwieździe pięknym za nadobne? 
Jeśli miała to zrobić, musiała zrobić to w innym, lepszym momencie. 
Zamiast tego powoli przysunęła się bliżej kotki i wtuliła w jej futerko, ostrożnie, nawet nieśmiało, wciąż dając Nocce możliwość odsunięcia się, jeśli taka miała być jej wola. 
— Masz rację. Dziękuję — wymruczała, czując ciepło jej ciała i słysząc bicie jej serca.
 
<Nocko?>

16 października 2023

Od Porannej Łapy (Porannego Zewu)

Od mianowania Świtającej Łapy na wojownika — co czyniło ją teraz Ostatnim Świtem — minął niecały księżyc. Od ostatniej wizyty Porannej Łapy w legowisku medyka — kilka wschodów słońca. Każdy dzień oznaczał więc tylko i wyłącznie trening, który coraz bardziej mijał się z celem. Była już gotowa na test, i to od dawna! Dlaczego więc ktoś — Wroni Trans, nie udając się do liderki z takową informacją, bądź matka, z jakiegoś powodu nie wyznaczając terminu walki — wciąż ją blokował? 
Brakowało jej chwil spędzonych pośród ziół, nawet jeśli od ich zapachu i ględzenia Gęsiego wiecznie bolała ją głowa. Omijała jednak medyka i jego legowisko najszerszym łukiem, jaki tylko była w stanie wykonać na terytorium obozu klanu. Wiedziała, że to oznaka tchórzostwa, że powinna po prostu do niego podejść i przeprosić, i dać sobie spuścić wpierdol, na który zasłużyła. Coś ją jednak blokowało. Snuła się więc bez celu, starając się pomagać przy chorych czy znajdować choć najmarniejsze pożywienie dla współklanowiczów. 
Miała dość tego pierdolonego czekania. 
Możecie sobie więc wyobrazić, jak trudno jej było ukryć ekscytację, gdy w końcu nadeszła ta wyczekiwana chwila. Mentor zakończył jej trening walką i wiadomością, że już następnego dnia, tuż po wschodzie słońca, będzie na nią czekać najważniejszy pojedynek w jej życiu. Nie wiedziała, czy to normalne, że została poinformowana tak późno, ale nie zamierzała tego roztrząsać. Była gotowa. 
Nie przeszkadzała jej ani wczesna pora, ani to, że poprzedniej nocy przez ekscytację prawie nie zmrużyła oka. Jej nauka zdecydowanie nie poszła w las i była pewna, że nawet w tym stanie była wystarczająco dobra, by pokonać każdego z pozostałych uczniów. 
Dopiero gdy stanęła pośród nich, zrozumiała, że będzie musiała z nimi walczyć o coś ważniejszego niż aprobata mentora. Nie chciała nawet zadrasnąć Jutrzenki czy Brzasku, byli w końcu jej rodzeństwem. Wolałaby również nie walczyć z Nocką, z którą jej relacja rozwijała się coraz bardziej i bardziej. Piórko został już pokonany przez Świt i, nawet jeśli nie była z nim w żaden sposób blisko, nie chciała dokładać mu kolejnej ważnej walki w tak krótkim czasie. Pozostawała jeszcze Gwiazdnica, która musiała się wykazać, by po przeniesieniu się do ich klanu zostać znowu nazwana wojowniczką. 
Jednak gdy Szakala Gwiazda nakazała Porannej Łapie wystąpić z tłumu, wiedziała, że jej przeciwnikiem nie będzie Gwiazdnica. Przez kilka uderzeń serca nabrała przekonania, że matka wskaże Rozwydrzoną Łapę, że wie o ich wspólnym spędzaniu czasu, wie o tym, co czasami podszeptywała kotce jej podświadomość i chce je teraz za to ukarać. 
— Brzaskowa Łapo, wystąp — powiedziała jednak matka i zdawało się to być jeszcze gorsze niż największe obawy Poranek. 
— Ale... — wyrwało się z jej pyszczka, zanim zdołała ugryźć się w język. 
Nic z tego nie rozumiała. Oszołomiona wpatrywała się to w matkę, której wyraz pyszczka pozostawał nieprzenikniony, to w Brzask, który, wciąż kuśtykając, wystąpił z tłumu. Matka wiedziała o tym, że kontuzja jej syna sprzed kilku księżyców wciąż się nie wyleczyła. Wiedziała, że przez to i przez zmianę mentora, pozostawał w tyle z treningami. Dlaczego więc wystawiała go teraz na pastwę nierównej walki? 
Stanęli naprzeciwko siebie — brat i siostra, przeciwnicy. Posłała mu uśmiech, nieco krzywy, przepraszający. Gdyby była lepszym kotem, być może zaprotestowałaby przeciwko tej niesprawiedliwości. Nie miała w sobie wystarczająco dużo pokładów altruizmu, by nie wykorzystać tej okazji do osiągnięcia swojego celu. 
Pozwoliła Brzaskowi zaatakować jako pierwszy. Bez trudu uniknęła jego ciosu, nieco niezgrabnego, ale silnego i zdecydowanego. Brat nie zamierzał poddać się bez walki. Ona również nie mogła sobie pozwolić na ociąganie się — jeśli chciała zdobyć uznanie w oczach innych kotów, nie mogła tak po prostu zwyciężyć. Musiała zwyciężyć w jakiś efektowny, godny zapamiętania sposób. 
Teraz ona przypuściła atak. Pierwsze uderzenie nie napotkało przeciwnika — nawet ze wciąż nie do końca zagojoną łapą, Brzask pozostawał niezwykle zwinnym kocurem — jednak drugie drasnęło mu bark, a trzecie trafiło w pysk (w ostatniej chwili schowała pazury, więc cios nieco oszołomił kota, ale nie wydłubał mu oka). Potem znowu to czarny kocur przystąpił do ataku, a ona albo unikała jego ciosów, albo je blokowała. Nie zadawała ich jednak sama, pozwalając na to, by w ferworze walki przesuwali się coraz bardziej i bardziej na bok, ku grubemu konarowi jednego z rosnących w okolicy drzew. 
Uniknęła kolejnego ciosu, obserwując, jak brat przypadkowo opiera ciężar ciała na łapie, w której kiedyś naciągnął sobie ścięgno. Zachwiał się, a ona, przepraszając go w duchu, postanowiła wykorzystać ten moment. 
Skok. Odbicie od chropowatej kory iglaka. Lądowanie. Razem ze sobą, w śnieg popchnęła Brzaskową Łapę. Podniosła się szybko, szybciej od niego, i docisnęła go do zimnej od białego puchu ziemi. Przez chwilę się ciskał pod jej łapami, próbując się uwolnić i walczyć dalej, ale zanim mu się to udało, głośne miauknięcie liderki przerwało walkę. 
Wygrała. 
Nie czuła jednak satysfakcji. 
Odskoczyła od brata i nachyliła się ku niemu, pomagając mu wstać. 
— Przepraszam — szepnęła. — Mam nadzieję, że nie poturbowałam cię zbyt mocno — dodała, wtulając na chwilę nos w sierść na jego boku. 
— Wszystko w porządku. Gratulacje — odpowiedział Brzask, równie cicho, i również przytulił się do niej na krótką chwilę. 
— Poranna Łapo — wezwała matka, a rodzeństwo odsunęło się od siebie. — Podejdź. 
Chciała móc czuć taką ekscytację, jak poprzedniej nocy. Chciała móc podejść do matki w podskokach. Zamiast tego z całych sił musiała powstrzymywać się przed powłóczeniem łapami w śniegu. 
Nie zasłużyła na to. Pomijając kilka małych draśnięć, nie odniosła żadnej rany. Walka trwała krótko i była nierówna. A mimo to matka wypowiedziała te obrzydliwe słowa, według których niby wygrała tę walkę uczciwie. Kłamstwa. Wszystko to oszustwa i kłamstwa, a ona, stojąc teraz przed matką, była największą oszustką. 
— Ja, Szakala Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — kontynuowała liderka, a jej córce z każdym słowem robiło się coraz bardziej niedobrze. Czuła obrzydzenie względem samej siebie. — Poranna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia? 
— Przysięgam — odpowiedziała, bo nie miała innego wyboru. 
Może gdyby oddałaby życie za klan, zmyłaby z siebie tę hańbę, którą teraz czuła? 
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Poranna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Poranny Zew. Klan ceni twoją ciekawość świata i ambicję, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka. 
Kontakt fizyczny z matką parzył. Nie potrafiła spojrzeć w oczy ani jej, ani żadnemu z tych kotów, które po chwili podeszły, by jej pogratulować. 
Milczenie nigdy nie było tak proste jak tej nocy, podczas której strzegła bezpieczeństwa swojego klanu. Miała dużo spraw do przemyślenia w ciszy nocy, podczas której nic się nie wydarzyło.

Od Porannej Łapy CD. Jutrzenkowej Łapy

Nieśmiały uśmiech Porannej Łapy został od razu odwzajemniony przez jej siostrę. Nawet jeśli wiedziała, że nie ma szans, że ta by ją wyśmiała, ulżyło jej nieco. Nie do końca wiedziała wcześniej, czego może się spodziewać jako reakcji Jutrzenkowej Łapy. Wielkie poruszenie i rzewny płacz zdawały się być najbardziej prawdopodobne, ale szeroki uśmiech bez cienia łzy był przyjemną niespodzianką. Nie odstawiała cyrku. Było w niej choć trochę porządnego kota. 
— Dziękuję, Poranek — miauknęła z wdzięcznością. 
W jej wykonaniu zawierało to w sobie więcej dukania, ale mózg Poranek postanowił zaoszczędzić sobie słuchania tysiąca dodatkowych głosek i skupić się wyłącznie na końcówkach słów, które nareszcie miały jakiś sens. Gdyby nie to, pewnie by zwariowała, oczekując, aż siostra dojdzie do końca składającej się z dosłownie dwóch słów odpowiedzi. 
A przy monologu, który nastąpił później, prawdopodobnie by po prostu wykitowała. 
— Cieszę się, że tu jesteś — wyjąkała Jutrzenka, przybliżając się do Poranek. 
Mózg kotki wszedł w tryb alarmowy. Co powinna zrobić? Bura kotka delikatnie wtuliła głowę w niebieskie futerko swojej siostry. Ta po chwili zawahania rozluźniła mięśnie, które nagle się spięły pod wpływem dotyku, i wtuliła się w nią nieco bardziej. Lubiła kontakt fizyczny ze swoimi bliskimi. Z Jutrzenką może i nie była najbliżej, ale kotka i tak należała do ważnych dla niej kotów. Nawet jeśli czasem Poranek wolałaby, żeby tak nie było. 
— Jeśli chcesz, to mogę ci coś doradzić na temat strachu — zaproponowała szczuplejsza z sióstr, wciąż potykając się o sylaby. 
Oczy Poranek rozszerzyły się w zdziwieniu, Jutrzenka chciała jej dawać jakiekolwiek rady? I to na temat postępowania w obliczu lęku, który zjadał ją na żywca dzień w dzień? To nie brzmiało jak nic dobrego. 
— Bo Bielik… pokazała mi taką metodę… Ona u mnie rzadko działa, ale podobno u innych jest bardzo skuteczna — wydukała bura kotka, po czym uniosła głowę. — Chodzi w niej o to, że… wyrównujesz na siłę oddech… wypuszczasz powietrze przez cztery uderzenia serca, a potem wypuszczasz przez osiem — wyjaśniła powoli. — Pozwala się trochę wyciszyć i skoncentrować potem na tym, co chcesz zrobić — dodała i przez następne kilkanaście lub kilkadziesiąt uderzeń serca prezentowała w praktyce opisywaną przez siebie metodę. — Pozwala mi nie zejść na zawał — miauknęła, śmiejąc się cichutko, gdy skończyła już wypuszczać powietrze z płuc. 
— To dobra metoda. Cieszę się, że choć czasami pozwala ci się mniej stresować. Ale nie wiem, czy na mnie by działała. I czy mam w sobie dość cierpliwości, by w ważnym momencie po prostu stanąć i wydychać powietrze — mruknęła, również cicho się śmiejąc. 
— Możesz kiedyś spróbować. Jeśli nie pomoże, możesz spytać Bielik, czy zna jeszcze jakieś metody — zaproponowała Jutrzenka. 
Jej chęć pomocy wydała się Poranek całkiem urocza. Uśmiechnęła się więc delikatnie i kiwnęła głową. 
— Spróbuję, dziękuję. 
Chwilę później jej pyszczek rozdziawił duuuży ziew. Zwinęła się więc w kuleczkę, wciąż stykając się kawałkiem ciała z Jutrzenką i zamknęła oczy. 
— Dobranoc, Jutrzenko — szepnęła, znów ziewając. 
Odpowiedzi, jeśli ją otrzymała, już nie usłyszała. Zasnęła w rekordowym tempie. 
Choć rzadko zdarzało jej się śnić czy pamiętać te sny po otworzeniu oczu, tej nocy było inaczej. Gdy obudziła się po kolejnym wschodzie słońca, wiedziała, że obrazy, które widziała w sennych marach, miały zostać w jej pamięci na długo, być może do końca jej życia. 
Śniła o leśnej polanie — piękniejszej od jakiejkolwiek leśnej polany, którą wcześniej znała i odwiedzała. Najwyraźniej w jej sennym widziadle panowała właśnie Pora Nowych Liści, ponieważ zielona trawa aż tonęła pod ogromnymi ilościami wielokolorowych kwiatów, od których słodkiej woni kotce aż kręciło się w głowie. 
Nie to było jednak najpiękniejsze. Na legowisku z leśnych kwiatów leżała bowiem Zmierzch, wpatrując się milcząco w swą niebieską siostrę. Na jej pyszczku malował się delikatny uśmiech, a w oczach lśniła duma. 
Zmierzch była z niej dumna. 
 
~*~
 
Bywały takie dni, kiedy, bez względu na to, ile czasu minęło od tamtego nieszczęśliwego wypadku, ból po utracie siostry uderzał w Poranną Łapę tak nagle, jak grom z jasnego nieba, i z taką siłą, jaką nie władały nawet największe potwory dwunogów. 
Teraz nie pomagał również jej niedawny sen, którego nie potrafiła wyrzucić z głowy. Po tym, jak zobaczyła siostrę w tej pięknej scenerii, uśmiechniętą i szczęśliwą, co chwila łapała się na myślach o tym, co teraz mogłaby robić Zmierzch, gdyby wciąż żyła. Czy byłaby już po mianowaniu na wojownika? Jakie imię nadałaby jej wtedy matka? Które z jej wielu wspaniałych cech wymieniłaby przed wszystkimi zebranymi kotami, witając ją jako nową dumę klanu? 
Jak cicha kotka spędzałaby swoje dni? Czy wciąż byliby ze sobą tak blisko, ich czwórka przeciwko całemu światu? Która z umiejętności wojownika stałaby się jej największym atutem i sprawiałaby jej największą przyjemność, a która przysporzyłaby jej jakieś kłopoty? 
Z kim by się zaprzyjaźniła? Czy jej serce zabiłoby mocniej na widok jakiegoś innego kota? Czy podzieliłaby się wtedy swoimi uczuciami z rodzeństwem? Co by powiedziała, gdyby Poranek zdradziła jej, że sama coraz bardziej lubi spędzać czas z Nocką, a jej serce zaczynało ostatnio bić odrobinę mocniej na jej widok? 
Pytań było wiele. Odpowiedzi na nie miała nigdy nie poznać. 
W takie dni kotka nie miała ochoty na nic, co nie było zwinięciem się w ciasną kulkę na własnym legowisku i przespaniem całego smutku czy ucieczką do lasu i wypuszczeniem własnych emocji poprzez atakowanie wszystkiego, co wpadnie jej w oko. 
Tego dnia żadna z tych opcji nie wchodziła jednak w grę. Nawet jeśli Wroni Trans, zauważywszy jej stan, skrócił jej trening do minimum, Gęsi Wrzask miał jej samopoczucie w dupie. 
Dlatego teraz stała przed nim, z całkowitą obojętnością wysłuchując kolejnego wywodu na temat swojej niekompetencji. 
Gdyby był to inny dzień, nie wahałaby się z odpowiedzeniem mu w kilku, lecz dosadnych słowach, gdzie może sobie wsadzić kompetencję, skoro to on sam nie pokazywał jej jeszcze lekarstw na chorobę, o której chwilę wcześniej coś zrzędził. Teraz jednak czuła się zbyt zobojętniała w stosunku do całej tej sytuacji, by mieć ochotę choć uchylić pyszczek. 
— Czasami naprawdę się zastanawiam, po chuj ja się tu produkuję, skoro ty najwyraźniej nie jesteś w stanie nauczyć się chociaż najprostszych rzeczy — prychnął. 
— A wiesz, nad czym ja się czasami zastanawiam? — rzuciła nagle, sama nie wiedząc, skąd wzięła jad, który nagle ociekał z jej słów. — Na przykład nad tym, skąd wytrzasnąłeś takiego jedynego syna. Syn medyka, a chorowite chuche… — Nie dokończyła. Ból rozlał się po jej łopatce, tej samej, gdzie kiedyś zaatakowała zabita przez nią samotniczka. 
— Myślałem, że po śmierci siostry zależy ci na nauce, ale najwyraźniej się myliłem. Może jeśli twoi ukochani Świt czy Brzask zaczną gryźć piach, nareszcie się ogarniesz i podejdziesz do sprawy właściwie. A teraz spierdalaj, nie chcę cię tu widzieć. 
Nie krzyczał. Nie toczył piany z pyska. Po prostu mówił, tonem pozornie spokojnym jak nigdy, ale było to gorsze niż najgłośniejszy wrzask, niż najgłębsza rana. Słowa potrafiły ranić bardziej niż pazury czy kły, a ona zaatakowała go jako pierwsza. Zacisnęła kły i odwróciła pyszczek, starając się ukryć przed nim łzy, które błyszczały w jej oczach. 
— Gęsi Wrzasku, ja… — zaczęła cichutko, głosem jeszcze bardziej ochrypniętym niż zazwyczaj. 
— Powiedziałem: spierdalaj. 
Nie widziała innego wyboru, więc po prostu odeszła, uciekła, choć nie chciała nawet w myślach wypowiadać tego słowa. Nie zaszła daleko. Oddaliła się od legowiska medyka i całego obozu jedynie na tyle, by znaleźć ustronną kryjówkę wśród gęsto rosnących drzew. 
To właśnie drzewa stały się jej ofiarami. Zaczęło się od nerwowego ostrzenia sobie pazurów, ale gdy po kolejnym zbyt nieuważnym pociągnięciu prawie uszkodziła sobie jeden z nich, ból rozsadzający jej łapę wywołał w niej jeszcze większą wściekłość. Rzuciła się więc na kolejny pniak, zaciekle tnąc korę, podgryzając wystające z ziemi korzenie i po prostu uderzając, raz za razem, ignorując to, że ból przenikał teraz większość jej ciała, a łzy spływały jej z oczu niczym ulewny deszcz. 
Myśli kłębiły się jej w głowie tak bardzo, że zatraciła poczucie tego, na kogo jest bardziej zła — na siebie („Czy ci już kompletnie odbiło, kupo lisich bobków, że mówisz takie rzeczy do swojego mentora? Do kogoś, kogo, chuj wie jakim sposobem, polubiłaś i zaczęłaś bardzo cenić? Przecież to się prosiło o jebaną katastrofę!”) czy na Gęsiego („Durny stary dziad, wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało najbardziej! Nawet jeśli ja mu wytknęłam to, jakim chuchrem jest ten cholerny kociak, mógł utrzymać jęzor za zębami! Nie ma pojęcia, jak się czuję, nie ma pojęcia, co się dzieje, i tylko wali na oślep, byle zadać ból. Nie jest tu lepszy ode mnie ani trochę, jebany staruch z mózgiem wściekłego uczniaka”). A może na jeszcze kogoś innego? Na Zmierzch, bo umarła? Na matkę, bo była liderką? Na swojego przodka sprzed mnóstwa pokoleń, przez którego jedną decyzję teraz miotała się od drzewa do drzewa, wyglądając zapewne jak obłąkana? 
W końcu zabrakło jej tchu. Zadawszy ostatni, krzywy i słaby cios, osunęła się na ziemię, przyciskając do niej pyszczek, wbijając w nią pazury. Ogon energicznie podrygiwał raz w jedną, raz w drugą stronę, sierść była zjeżona, uszy płasko przylegały do czaszki, a wszystkie mięśnie napięły się w oczekiwaniu na atak na kolejnego urojonego przeciwnika. 
Coś jednak zaszeleściło cicho z jej lewej strony, wynurzając ją nieco z gniewnego transu. Dopiero wtedy dostrzegła czającą się za drzewem Jutrzenkę. 
Po swojej szczerej pogadance od serca, przez kilka wschodów słońca spędzały ze sobą więcej czasu. Częściej rozmawiały, dzieliły się posiłkami, udzielały sobie wskazówek na tematy związane i niezwiązane z treningami. Potem jednak coś się zmieniło. Znowu się od siebie oddaliły, dały się pochłonąć swoim codziennym obowiązkom w dzień, a nocą kładły się do snu coraz dalej i dalej od siebie. Tak jakby nigdy nie miała być im pisana pełna bliskość, bliskość tak silna, jak pomiędzy Poranną a Świtającą i Brzaskową Łapą. Bliskość tak silna, jak ta, która istniała kiedyś pomiędzy Poranną a Zmierzchową Łapą… 
— A ty co? — syknęła, podnosząc się. Kolejną falą agresji próbowała ukryć zawstydzenie tym, że siostra widziała ją w takim stanie. — Od dawna mnie szpiegujesz? Podobał ci się mój pokaz? Sekretnie lubisz oglądać to, jak inni są chwilowo słabi, słabsi od ciebie? — cedziła przez zęby. 
Dopiero gdy zauważyła rozszerzające się w lęku i smutku oczy Jutrzenki, zrozumiała, że znowu to robi — zadaje ciosy na oślep, raniąc nimi bliskie sobie koty, które nie zawiniły w żaden sposób. Jeśli dzisiejszy dzień był wyzwaniem „nie zraź do siebie wszystkich swoich bliskich do następnego wschodu słońca”, Poranek właśnie zdecydowanie przegrywała. 
Skuliła się i powoli ruszyła w stronę siostry. 
— Jutrzenko, ja… Przepraszam cię, nawet nie wiesz, jak mi okropnie z tym, co właśnie powiedziałam… Nie zrobiłaś nic złego, to ja pierdolę głupoty i… Błagam cię, wybacz mi… — mówiła gorączkowo, czując, jak łzy ponownie napływają jej do oczu. 
Nie mogła stracić kolejnej siostry przez swoją głupotę. Nie przeżyłaby tego. 
 
<Jutrzenko?>
[trening medyka; 1726 słów]
[Przyznano 35%]

28 września 2023

Od Porannej Łapy CD. Rozwydrzonej Łapy

Poranna Łapa widziała, jak bardzo jej propozycja zdziwiła Rozwydrzoną Łapę. Reakcja ta była zrozumiała — starsza z uczennic miała w końcu przed sobą wnuczkę kotki, którą zaatakowała, córkę liderki, która wymierzyła jej karę za przewinienia względem starszej należącej do ich klanu. Niebieska kotka nie miała też pewności, czy ktokolwiek spoza rodziny Nocki zwracał się teraz do niej w pozytywny sposób. 
Cóż, ona sama może i nie działała z dobroci serca, ale skoro już podjęła się tej inicjatywy, nie zamierzała się wycofywać. Nawet jeśli musiała aż dwukrotnie przekonywać czarną kotkę, że naprawdę zamierza jej pomóc, wzięła się po tym do pracy. Rzadko miewała okazję zajmować się legowiskami — mimo że czasem należało to do obowiązków uczniów, Porannej Łapie, jako dobrze sobie radzącej podczas treningów córce liderki, nieczęsto powierzano zadania niepowiązane z nauką walki czy polowań. Szybko odkryła jednak, że czynność ta sprawia jej pewną przyjemność, a jej monotonia ma w sobie coś kojącego. To nie wystarczało jednak jej zawsze rozpieranemu przez energię móżdżkowi, więc już po chwili zainicjowała dalszą część rozmowy, z braku lepszych pomysłów wypalając najgłupsze możliwe pytanie: 
— Jak się miewasz? 
Zawstydzenie nie trwało jednak długo. Nocka uprzejmie odpowiedziała na jej pytanie. Nie zdradziła jednak zbyt wiele, czemu nie można było się dziwić. Zaś to, co powiedziała, nie prezentowało się zbyt wesoło. Poranek nie miała nigdy zbyt dużej styczności z mentorem swojej rozmówczyni, ale słyszała o nim dość opowieści, by móc stwierdzić, że jako mentor prawdopodobnie był całkowitym przeciwieństwem Wroniego Transu. Sądząc po tym, jak jego uczennica skuliła się, mówiąc o nim, podejrzewać można było, że agresja i przemoc, być może również fizyczna, były u niego na porządku dziennym. 
Niebieska kotka postanowiła jednak przemilczeć tę sprawę i nie zdradzać swoich przemyśleń na ten temat. Mimo że wiele pytań cisnęło jej się na język, miała świadomość, że nie powinna naciskać na swoją rozmówczynię. To był ich pierwszy prawdziwy kontakt. Nie mogła tego spieprzyć osobistym pytaniem zadanym w złym momencie. 
Dalej pracowały więc w milczeniu. Poranek była pewna, że niedługo rozsadzi ją to od środka, ale uparcie milczała, bojąc się, że palnie coś głupiego. Przynajmniej dwa razy musiała ugryźć się w język — dosłownie! — ale trwała w swoim postanowieniu. Spędzanie wspólnie czasu w milczeniu, jakkolwiek bardzo męczące nie było, gdy nie znało się swojego towarzysza zbyt dobrze, również mogło w jakiś sposób pomóc się ze sobą zapoznać, przyzwyczaić się do siebie, zacieśnić nowopowstałe więzi. 
To Rozwydrzona Łapa w końcu przerwała milczenie, które najwyraźniej i dla niej stało się już nieznośne. Jej pytanie — „jak ci idzie szkolenie?” — było dla Porannej Łapy świetną okazją do przechwałek, którą oczywiście wykorzystała. Na szczęście zreflektowała się dość szybko, chwaląc również swą siostrę i uprzejmie odwzajemniła pytanie. W odpowiedzi otrzymała kolejną dawkę informacji na temat relacji Nocki z jej mentorem. Ponownie jednak postanowiła nie naciskać zbyt mocno, by nie spłoszyć czarnej. 
Gdy skończyły pracę, Poranek już od dawna wiedziała, jak chce zakończyć tę sytuację. Zamierzała odwrócić się ku swojej towarzyszce z uśmiechem i pochwalić to, jak dobrze wyszła im współpraca. Po chwili, udając lekkie zawstydzenie, zaproponowałaby kolejne spotkanie, nawet jeśli miałoby znowu polegać na wspólnym poprawianiu legowisk. Jednak to Rozwydrzona odezwała się jako pierwsza, patrząc jej prosto w oczy. 
Już samo to sprawiło, że przez chwilę zapomniała, jak poprawnie się oddycha. Oczy Nocki były przenikliwie żółte, tak jak te należące do Poranek. Ślepia starszej z uczennic wyróżniał bezbrzeżny smutek, jaki można było w nich dostrzec. Było jednak coś pięknego w tych dwóch smutnych gwiazdach lśniących na czarnym niebie jej pyszczka… 
— Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego mi pomogłaś? Nikt inny tego nie zrobił. To miło z twojej strony, ale tylko się niepotrzebnie męczyłaś, zamiast odpocząć po treningu. Dlaczego to dla mnie zrobiłaś? — pytała uparcie Rozwydrzona. Nawet jeśli jej słowa zdawały się być spowodowane czystą ciekawością, Poranek obawiała się, że mogą być formą ataku. 
— Po pierwsze, mój trening został dziś skrócony wbrew mojej woli i nie zdążyłam się nawet zmęczyć na tyle, by potrzebować odpoczynku. Chciałam za to znaleźć coś, co zajmie jednocześnie moje ciało i umysł, a przypadkiem natknęłam się na ciebie. Mój pierwszy powód jest więc czysto egoistyczny — mruknęła, przeciągając się powoli. — Po drugie, to smutne, że nikt inny ci nie pomógł. Jeszcze nie wiem, co o tobie sądzić, ale nie zdajesz się być złym kotem. Z jednej strony zaatakowałaś moją babcię i być może powinnam cię za to nienawidzić do końca życia, ale… z drugiej strony jest w tobie coś takiego, co każe mi poznać cię bliżej, sugeruje, że jest w tobie o wiele więcej, niż mi się zdaje. — Spuściła na chwilę pyszczek w dół, woląc w tym momencie nie utrzymywać kontaktu wzrokowego z kotką. Choć dziwiło to ją samą, mówiła szczerze. Być może nie odsłaniała całej prawdy, ale również nie kłamała. 
Właśnie wtedy do legowiska wparował Brzaskowa Łapa. Już od progu, zauważywszy swoją siostrę, zaczął na coś utyskiwać, najwyraźniej również niezadowolony z przebiegu swojego treningu. 
— Przepraszam, muszę porozmawiać z bratem. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy miały okazję do rozmowy — wyszeptała z delikatnym uśmiechem i, nie czekając na odpowiedź, oddaliła się w stronę Brzasku. 
Choć nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą, uciekła. Uciekła od Rozwydrzonej Łapy, ponieważ bała się dalszego przebiegu tej rozmowy, która zaczynała wchodzić na zbyt osobiste i szczere tematy. Uciekła również dlatego, że brat zdawał się do tej pory nie zauważyć, z kim rozmawiała, a ona sama nie chciała, by rodzeństwo wiedziało, że się zadaje z Rozwydrzoną. Nie byli jeszcze gotowi na usłyszenie o jej planie. A już na pewno nie byli gotowi na informację, że Poranek szczerze miała nadzieję na kolejną (i kolejną, i kolejną, i kolejną…) rozmowę z kotką, którą prawdopodobnie cała ich rodzina darzyła nieprzyjemnymi uczuciami. 
 
~*~
 
Poranek miała tego cholernego starego dziada po koniuszki uszu. Nie dość, że wyrwał ją ze snu dosłownie kilka uderzeń serca po tym, jak słońce zaczęło się wychylać zza horyzontu (i to w dzień, który miała wolny od treningu!), to jeszcze wymyślił sobie jakieś z dupy wyciągnięte bojowe zadanie. No to teraz łaziła gdzieś po jakichś chaszczach w okolicy, w której nawet nigdy wcześniej nie była, szukając zielska, którego nazwy nie była w stanie zapamiętać, powtarzając w głowie cechy jego wyglądu (nie było to niestety „niebieski kwiat i kolce”), a słońce już szczytowało na niebie. 
Była niewyspana, głodna i ogólnie wkurwiona. Miała ochotę to rzucić w cholerę, wrócić do obozu i mieć gdzieś medyka, ale wiedziała, że jedynym, co by w ten sposób zyskała, był wpierdol. Miała jeszcze trochę rzeczy, których chciała się nauczyć od Gęsiego Wrzasku, wolała się więc mu zbędnie nie narażać. Brodziła więc w tych pieprzonych krzakach dalej, aż do sierści na łapie nie przyczepił się jakiś cholerny rzep. Była gotowa stratować tę roślinę, wyżyć się na niej, ale wtedy zrozumiała, że… 
Rzepy. Staruch wysłał ją po roślinę, która miała rzepy. Oprócz tego miała mieć też długie łodygi, które również miała teraz przed sobą. Jakkolwiek nie nazywało się to cholerstwo, samo się znalazło! 
Z triumfalnym uśmiechem na wypełnionym głupimi zielskami pysku wyruszyła w drogę powrotną do obozu. Jak się okazało, nie musiała nawet do niego dochodzić, ponieważ Gęsiego spotkała jeszcze przed owym obszarem, gdzieś w środku lasu. Jedynym problemem było to, że nie był sam. Towarzyszyła mu jego uczennica, którą Poranek od momentu ich rozmowy nad poprawianymi legowiskami widywała jedynie z daleka. Surowy mentor, jak pewnie często to robił, wydzierał się na nią tak, że wszystkie ptaki pouciekały z okolicznych drzew, a ona drżała na całym ciele, starając się coś mu wytłumaczyć. Poranek zauważyła, jak kocur napina mięśnie, szykując się do ataku i zadziałała, zanim zdążyła pomyśleć. 
— Heeej, Gęsi Wrzasku! — wykrzyknęła (a raczej spróbowała, jako że chwasty w pysku całkiem skutecznie jej to utrudniały), podchodząc do niego dziarskim krokiem. 
Jakkolwiek głupie to nie było, zadziałało. Medyk zatrzymał się wpół ruchu, jedynie delikatnie drasnąwszy bok swojej uczennicy, po czym obrócił swe mordercze spojrzenie ku gówniarze, której udzielał dodatkowych nauk. 
— Trochę mi to zajęło, ale w końcu się udało! Oto twoje… eee… rzepy! — oznajmiła, wypluwszy zioła na trawę. 
— „Trochę” ci to zajęło? Minęło, kurwa, pół dnia! I oczywiście nawet za chuja nie pamiętasz, jak się nazywa ta roślina! Zastosowania pewnie też nie pamiętasz, co, gówniaro? — prychnął i znowu się zamachnął, tym razem na inną kotkę. Odskoczyła. — Przynajmniej przyniosłaś to, co miałaś przynieść, i w sensownych ilościach — westchnął. — A teraz wbij sobie w ten pusty łeb: to jest przytulia czepna, która służy do zapobiegania pocierania okładu o kocią skórę i podrażniania jej. Przyczepiamy rzepy do okładu, żeby go unieruchomić. Czaisz? 
— Czaję. — Kiwnęła głową. 
— No to spierdalaj — syknął. — Ty też spierdalaj — zwrócił się do Rozwydrzonej Łapy. — Jeśli jutro znowu powtórzysz ten sam błąd, to spuszczę ci wpierdol twojego życia — rzucił na odchodne i powędrował w kierunku obozu. 
Dopiero wtedy Poranek przypomniała sobie o istnieniu i obecności Nocki. 
— Wszystko w porządku? Mocno cię drapnął? — spytała, podszedłszy do czarnej. 
— Nie… To nic — mruknęła starsza z uczennic. 
— Skoro tak uważasz… — Poranna Łapa postanowiła nie naciskać. — Słuchaj… Nie wiem, o co tak się rzucał, ale jeśli chcesz, możemy razem potrenować, żeby wyeliminować ten cały błąd. Albo, jeśli to zabrzmi bardziej kusząco, możemy po prostu znaleźć jakieś przyjemne miejsce, w którym będziesz mogła odpocząć i się odstresować… Co ty na to? 
 
<Rozwydrzona?>
[trening medyka; 1500 słów]
[Przyznano 30%]

Od Porannej Łapy

 tw: krew i śmierć

Poranna Łapa, jeśli miała być szczera, czuła się już w pełni gotowa do mianowania na wojownika. Gdyby nie to, że wolałaby przed próbą zdobyć jeszcze trochę wiedzy medycznej — nie wiedziała, czy z obowiązkami świeżo upieczonego wojownika będzie miała czas na wizyty u Gęsiego Wrzasku, ani czy on nie stwierdzi czegoś w stylu tego, że „dobra, gówniaro, jak już niby jesteś taka dorosła, to radź sobie sama i nie zawracaj mi więcej dupy” — pewnie podeszłaby do Wroniego Transu i wprost powiedziałaby, że oboje wiedzą, że on jej nic więcej już nie nauczy, więc powinni się rozstać (oczywiście z jego błogosławieństwem co do próby na wojownika). 
Postanowiła więc się jeszcze trochę pomęczyć. Miała świadomość, że nie należy do najzwinniejszych kotów, ale podczas pojedynków czy polowań nadrabiała to dużą siłą, szybkością i prawie nieograniczonymi pokładami energii. Tunele pokonywała już z zamkniętymi oczami, a wspinaczka na drzewa, pomimo tego, że czasami kręciło jej się w głowie na dużej wysokości, nie sprawiała jej już większych problemów. 
Teraz na przykład kończyła kolejne polowanie pod okiem swojego mentora. Wytropienie zająca skubiącego jakieś ziółka zajęło jej trochę czasu, ale ostatnimi czasy, ze względu na srogą Porę Opadających Liści, wszyscy borykali się z niedoborem zwierzyny. Gdy już tego dokonała, wystarczyło tylko ustalić kierunek wiatru i zakraść się od tej strony, z której ten nie niósł jej woni ku zwierzynie. Nie musiała nawet gonić go szczególnie długo, zaledwie jakąś lisią długość, podczas której szarak nie zdążył się nawet dobrze rozpędzić. Przygniotła go do ziemi i już po chwili uśmierciła. 
— Bardzo dobrze — pochwalił ją mentor, podszedłszy do niej. Tak jakby sama nie wiedziała, że poszło jej zajebiście. — Myślę, że możemy się już na dziś rozstać. Nie oznacza to jednak końca twojego treningu — dodał, widząc zaskoczenie swej uczennicy. — Udasz się teraz na samotny patrol granicy z Klanem Klifu. Ja tymczasem sam udam się na polowanie. Teraz liczy się każdy kawałek mięsa. 
— Może w takim razie ja też powinnam poszukać więcej zwierzyny? Nasze zapasy się kurczą, a polowanie idzie mi całkiem nieźle, więc… 
— Niedobór zwierzyny to nie nasz jedyny problem. Samotnikom również głód zagląda w oczy, zaczynają się robić coraz bardziej zdesperowani i śmiali. Szakala Gwiazda wydała rozkaz zwiększenia patroli i rozprawienia się z niechcianymi gośćmi. 
Poranna Łapa skinęła jedynie głową. Odjęło jej mowę, co nie zdarzało się zbyt często. Nie chciała nadinterpretować sytuacji, ale polecenie mentora zdawało się mieć ogromny ukryty sens. W końcu jeśli nie uważałby jej za dobry materiał na wojownika, nie puściłby jej na samodzielny patrol, a już na pewno nie w momencie, kiedy po ich terenach mogli grasować samotnicy. Z dumą wykonała więc jego polecenie. 
 
Niedługo później kroczyła już wzdłuż granicy z klifiakami. Uważnie się rozglądała, nasłuchiwała i węszyła. Nie mogła pozwolić, by choć najmniejszy ślad potencjalnej obecności jakiegoś obrzydliwego samotnika na terenach Klanu Wilka umknął jej uwadze. 
No i nie umknął. Trudno byłoby jednak przeoczyć wysoką i umięśnioną kotkę bezczelnie przekraczającą granicę między klanami. Poruszała się z wyraźnym trudem, a sierść miała tak brudną, że trudno było określić, jakie umaszczenie znajdowało się pod grubą warstwą brudu — w skrócie mówiąc, nietrudno było określić, że oto Poranna Łapa miała przed sobą jednego z tych obrzydliwych samotników, którzy bez pytania i zaproszenia pakowali się na ich tereny i próbowali ukraść ich pożywienie. 
— Ej! — krzyknęła, zwracając na siebie uwagę tego wypłosza. 
Samotniczka przyspieszyła. Jej problemy z poruszaniem się skutecznie ją jednak spowalniały, Poranek nie miała więc najmniejszego problemu z dogonieniem jej i przygnieceniem do ziemi. 
— Znajdujesz się na terytorium Klanu Wilka, gdzie nie jesteś mile widziana. Spierdalaj stąd — wysyczała. 
Nawet jeśli wiedziała, że zasady zawarte w kodeksie wojownika nie dotyczyły kotów się do niego niestosujących — takich jak samotników — nie była na tyle bezduszna, by z marszu uśmiercić jakąś zdesperowaną staruszkę. 
— To tak się teraz traktuje byłą partnerkę waszego wielkiego Mrocznej Gwiazdy? — prychnęła kotka. 
Samotniczka udawała bardziej pewną siebie i silniejszą, niż była w rzeczywistości, to było pewne. Jej słowa jednak wbiły się mocno w umysł uczennicy. Była partnerka Mrocznej Gwiazdy? Co ona pierdoliła? Niby dlaczego sam Mroczny Gwiazda miałby być kiedyś w związku z takim czymś? 
Chyba że… 
Poranek pamiętała opowieść o pierwszej partnerce Mrocznego. Bielicze Pióro mówiła o niej od niechcenia, gdzieś pośród historii o innych niczego niewartych zdrajcach ich klanu. Rysia Pogoń — bo tak nazywała się kotka z opowieści — była matką Chłodnego Omenu. I na tym kończyły się dobre informacje na jej temat. Podobno była szaleńczo zakochana w Mrocznej Gwieździe, lecz ten wykorzystał ją jedynie do zdobycia potomstwa. Po urodzeniu kociąt uciekła z klanu i tyle ją tu widzieli. Nikomu nie chciało jej się szukać, nie było w końcu po co. Podsumowując, młoda kotka od tamtej chwili uważała ją za pierdoloną zdrajczynię i słabeuszkę, która zasługiwała na śmierć. 
Poranna Łapa zbyt długo zajmowała się swoimi myślami. Zanim wróciła w pełni do rzeczywistości, samotniczka zrzuciła ją z siebie i, zamiast uciekać na tereny klifiaków, ruszyła biegiem w kierunku obozu klanu. Zero instynktu samozachowawczego, głód najwyraźniej pomieszał jej w głowie. 
— Głupia kurwa — syknęła pod nosem uczennica i wyruszyła za staruszką. 
Pogoń znowu nie zajęła jej długo — była znacznie szybsza od tej pokraki. Ponownie powaliła ją na ziemię. 
— Naprawdę myślisz, że kogokolwiek tu obchodzisz? Jesteś tylko zwykłym szkodnikiem, którego należy zabić. I to właśnie teraz uczynię — oznajmiła z półuśmiechem. 
Zadała mocny cios, ale ten zboczył nieco ze swojej trasy, ponieważ Rysia użyła resztek swojej starczej siły, by ponownie uwolnić się spod ciężaru uczennicy. Nie zamierzała również pozostawać dłużną — zamachnęła się i zostawiła w okolicach łopatki Porannej Łapy długą, czerwoną pręgę, z której od razu polała się krew. Napędzana adrenaliną kotka jednak nawet tego nie poczuła. Bez chwili wahania zaatakowała ponownie. 
Wiedziała, że nie może zawieść. Robiła to nie tylko dla siebie — robiła to dla całego swojego klanu. Nie mogła pozwolić, by samotniczka, zwłaszcza ta samotniczka kręciła się po ich terenach. Nie mogła pozwolić, by ta brudna zdrajczyni ukradła im pożywienie. To był test, być może ważniejszy niż ten na wojownika, na który tak bardzo czekała. Był to test, który mógł ją wyróżnić w oczach rodziny, klanu i Kultu. 
Głód może i zwiększył desperację samotniczki, dał jej motywację do działania i siły do walki, ale i też ogólnie ją osłabił. Nie pomagał również starczy wiek. Trzecie przyparcie przeciwnika do gleby trwało już więc jedynie kilka uderzeń serca. Już po chwili krew starszej kotki rozprysnęła się po trawie, a ona sama po wykonaniu kilku konwulsyjnych podrygów, znieruchomiała na zawsze. 
Poranna Łapa odsunęła się od ciała samotniczki. Łapy kleiły jej się od krwi, pozostała część ciała również tu i ówdzie była nią upstrzona — trochę jej własną, trochę tą należącą do jej ofiary. Spojrzała z pogardą na trupa. Żyła jak nic niewarty śmieć, tak też i zginęła. Nie zasługiwała nawet na pochówek, nie zasługiwała na żaden szacunek zarówno przed jak i po śmierci. 
Poranek była gotowa tak po prostu stąd odejść i nie wracać. Być może wrony będą zainteresowane wychudzonym truchłem? Po chwili namysłu pojęła jednak, że wolałaby nie zostawiać ciała, które niedługo zacznie się rozkładać i niemiłosiernie śmierdzieć, ot tak na terenach swojego klanu. Może w obliczu niedoboru pożywienia byliby w stanie się przemóc i potraktować ją jak każde inne mięso, które spożywali…? 
Wtedy właśnie ją olśniło. Jej samej nie uśmiechało się spożywanie kota, ale wiedziała, że ktoś inny nie pogardziłby takim pokarmem. Zaledwie kilka wschodów słońca temu przez przypadek podsłuchała rozmowę pomiędzy Gęsim Wrzaskiem a Chłodnym Omenem, w której ten pierwszy wyraził swoją chęć przerobienia Alby, przyszłej matki jego potomstwa spłodzonego dla poszerzenia grona kultystów, na miękki dywanik oraz spożycia tego, co pozostałoby po oskórowaniu kotki. Początkowo myślała, że żartuje, ale czy Gęsi tak właściwie kiedykolwiek żartował? Wiedziała również, że po nim można było spodziewać się wszystkiego, w tym gustowania w kocim mięsie. Uznała więc, że takie właśnie były fakty i, poza tym, że informacja ta mogła jej się teraz przydać, nie zamierzała zbyt długo nad tym rozmyślać. Dopóki nie chciał zeżreć jej czy jej rodziny, mógł sobie wpierdalać, co tam tylko chciał. 
 
Powróciła więc do obozu. Szkarłatne plamy na jej futrze przyciągały uwagę obecnych tam kotów, ona jednak miała ich gdzieś. Udała się prosto do legowiska medyka, gdzie, nie przedłużając zbędnie rozmowy, wprost poinformowała Gęsi Wrzask o swoim prezencie dla niego: 
— Przy granicy z Klanem Klifu czeka coś, co jest twoim ulubionym smakołykiem, jak mniemam po twojej rozmowie z twoim partnerem, której kawałek ostatnio przypadkowo słyszałam. Jeśli się pospieszysz, może nawet nie ostygnie jeszcze jakoś bardzo. Ostrzegam jednak, że jest to ktoś, kogo pewnie nie lubisz lub byś nie polubił. Ale może jest smaczna, ja się nie znam — wyszeptała najszybciej, jak była w stanie, po czym, nie czekając na jego reakcję, się ulotniła. Chyba wolała nie wiedzieć, czy medyk zamierzał skorzystać z jej propozycji. 
Po wyjściu z legowiska medyka od razu skierowała się ku legowisku liderki. Ta na szczęście była sama. Choć Poranek była dumna ze swojego dokonania, nie zamierzała teraz biegać po całym obozie i chwalić się na prawo i lewo, że zabiła samotnika. Wolała spokojnie, na osobności, przedstawić sprawę matce, a później rodzeństwu i albo pozostawić to tak, albo, jeśli miałaby się roznieść po klanie, cicho pławić się w blasku swojej chwały. 
— Co się stało? — spytała Szakala Gwiazda, zauważywszy krwawe plamy na futerku swojej córki. 
— Podczas patrolu spotkałam samotniczkę. Próbowała przemknąć w głąb obozu. Zatrzymałam ją i, gdy nie pozostawiła mi żadnego innego wyboru, zabiłam. O jeden problem dla klanu mniej. 
Starała się być spokojna, ale krew buzowała jej w żyłach. Była cała rozemocjonowana, co prawdopodobnie było słychać w delikatnym drżeniu jej głosu. 
— Jestem z ciebie dumna — oznajmiła matka z szerokim uśmiechem, po czym zbliżyła się do niej z zamiarem przytulenia jej. 
— Jakkolwiek bardzo nie chciałabym cię przytulić, wolę nie ubrudzić ci futerka. Jednak naprawdę bardzo się cieszę, że mogłam stać się powodem twojej dumy — przyznała Poranek z delikatnym uśmiechem. — A teraz… Pójdę się umyć. A potem opowiem o tym Świt i Brzaskowi. No i Jutrzence, ale jej może oszczędzę szczegółów… — Roześmiała się. — Dziękuję, mamo. Miłego dnia — powiedziała jeszcze na pożegnanie. 
Bycie ambitnym dzieckiem liderki nie było proste. Nawet jeśli to małe kocię w jej głębi pragnęło wylewnie okazywanej miłości matki, rozsądek i duma nakazywały jej wybić to sobie z głowy. Była już uczennicą, niedługo miała się stać wojowniczką. A wojownicy nie trzymali się maminego ogona. Wojownicy zabijali samotników, tak jak ona tego dnia.
 
[trening wojownika; 1685 słów + zabicie eventowego samotnika]
[Przyznano 34%+10%*]

26 września 2023

Od Porannej Łapy

Zaczęło się niewinnie. Częste kichanie może i było na dłuższą metę dość uciążliwe, ale jednocześnie całkiem śmieszne. No, może poza chwilami, kiedy płoszyło jej zwierzynę lub stawało się powodem rozkojarzenia w walce podczas treningów. Ale poza tym naprawdę całkiem nieźle! 
Z czasem po kichnięciach zaczęła się pojawiać nieprzyjemna wydzielina z nosa. To było już bardziej kłopotliwe. Wycieranie nosa stało się czynnością wykonywaną przez Poranną Łapę co kilka uderzeń serca. Już wtedy mentor i rodzeństwo patrzyli się na nią albo krzywo, albo ze współczuciem, ale potrzeba było łzawienia i opuchlizny oczu, żeby Wroni Trans w końcu zdobył się na dość motywacji, by stanowczo nakazał jej pójść do legowiska medyka. 
No to powlekła się tam, łapa za łapą, przedłużając tę krótką trasę najbardziej, jak mogła. To nie tak, że wolałaby uniknąć spotkania z Gęsim Wrzaskiem — w ciągu tych kilku księżyców, podczas których ona i Świtająca Łapa pobierały u niego nauki, zdążyła się przyzwyczaić do jego zrzędzenia, krzyków i fizycznych ataków. Pobieranie u niego lekcji było jednak czymś innym niż pojawienie się tam z głupawym uśmieszkiem i tymi cholernymi załzawionymi oczami, bo dorwało ją jakieś choróbsko. 
Choróbskiem był zapewne biały kaszel. Nauka starego zrzędy nie szła w las, Poranek potrafiła rozpoznać jedną z najbardziej podstawowych chorób. Coś jej nawet świtało, że chyba dało się to leczyć za pomocą kocimiętki, ale nie dość, że nie miała co do tego pewności, to jeszcze nie była raczej w stanie zdobyć tej rośliny poza zbiorami medyka. No i jeszcze, tak w ramach ciekawego dodatku, nie wiedziała, czy na pewno chciałaby teraz chodzić na haju. 
Stanęła więc w progu jego legowiska, odchrząknęła, udała, że słucha litanii przekleństw i wyzwisk, i dopiero wtedy otworzyła pysk. 
— Dobra, wiem, wiem, mam ci nie truć dupy w dni, w których nie masz ochoty nas uczyć — mruknęła, wywracając oczami. — Nie przyszłabym tu, gdybym nie musiała, możesz mi wierzyć. Coś mnie wzięło, prawdopodobnie biały kaszel, i Wroni Trans kazał mi tu przyjść. Jeśli nie zażyję odpowiednich ziół, to nie pozwoli mi dziś uczestniczyć w treningu — wyjaśniła, starając się nie wyglądać jak siedem nieszczęść z glutem spływającym z nosa i opuchniętymi ślepiami. 
— „Prawdopodobnie”? Oczywiście, chuja wiesz, mimo że muszę się tu z wami męczyć… 
— Dobra, na pewno, definitywnie i ostatecznie mam biały kaszel! — przerwała mu. — Zadowolony? Po prostu nie chciałam zgrywać speca, kiedy to ty tu jesteś ekspertem. 
— A te odpowiednie zioła? Tu też nie sprecyzowałaś przez skromność? — prychnął. 
— Kocimiętka — odpowiedziała, udając bardziej pewną siebie i swojej wiedzy, niż była w rzeczywistości. Jeśli dobrze pamiętała, stary dziad pierdolił coś ostatnio o tym, że „kocimiętka to najlepsze lekarstwo na wszystkie rodzaje kaszlu”. 
— A czego innego użyjemy, jeśli nie będzie mi się chciało pierdolić z dodatkowo rozweseloną gówniarą? — naciskał medyk. 
— Eee… To świetne pytanie, panie Gęsi, ale niestety… — przerwała, by uskoczyć przed jego pazurami. — Niestety nie znam na nie odpowiedzi — zakończyła z bezpiecznej odległości, uśmiechając się słodko. 
— Oczywiście, że, kurwa, nie wiesz. Wy wszyscy chuja wiecie, a potem wojownicy umierają od byle gówna. Floks wiechowaty! Zmieszany z lub-czy-kiem! — wycharczał. — A teraz znajdź te zioła i je zmieszaj. A potem zażyj i spierdalaj stąd. 
— Tak jest, panie ekspercie — powiedziała z udawaną powagą i podeszła do zbioru ziół. 
Z lubczykiem sprawa była całkiem prosta. Miał charakterystyczny zapach, pustą w środku łodygę i poszarpane liście. Gorzej z tym całym floksem, którego istnienie do tej pory uparcie ignorowała, nawet jeśli medyk na pewno go jej pokazywał. Nazwa brzmiała tak, jakby miała mieć do czynienia z kwiatkiem, ale… tu było przynajmniej kilka gatunków różnych wiechci. 
— Małe, jasnoróżowe kwiatki po dwóch stronach długiej łodygi — westchnął Gęsi, najwyraźniej zauważywszy jej tępawe wpatrywanie się w rośliny. 
Tym razem nie udało jej się uskoczyć przed jego pazurami, ale najwyraźniej nie był aż tak bardzo wkurwiony, ponieważ te nie weszły zbyt głęboko. Po jakimś czasie nie powinno być ani śladu. 
Wymieszała zielska i zjadła. Smakowało dziwnie, ale jeśli miało pomóc, to trudno. Miała już dość kichania, smarkania się i ograniczenia widoczności. 
— No, to ja już spierdalam, dzię… — zaczęła, gotowa ulotnić się stąd jak najszybciej, ale właśnie wtedy do legowiska musiała wparować inna kotka. 
Poranek zamknęła jadaczkę od razu po zobaczeniu Sosnowej Igły. Charakter kultystki podobno przypominał usposobienie Gęsiego, ale nie umniejszało to szacunkowi, jaki uczennica odczuwała względem tych kotów. Przebywając jeszcze w żłobku, uwielbiała słuchać historii o poczynaniach wielkich członków kultu, między innymi Sosnowej. 
— Gęsi Wrzasku! Daj mi jakieś zioła na ostry ból brzucha, teraz! — wykrzyknęła, całkowicie ignorując wbite w siebie rozmarzone spojrzenie Porannej Łapy. 
— Ta mała gówniara się tobą zajmie. — Wskazał na Poranek. 
— Gówniara?! Życie mi jeszcze miłe. Po prostu daj mi coś szybko i tyle, nie ufam tej głupiej beksie! 
— Wygląda na tępą, ale powinna sobie poradzić — prychnął. — Ale najpierw… Wiesz chociaż z czym mamy do czynienia? — spytał, groźnie zbliżając się ku uczennicy, gotowy wymierzyć karę po niewłaściwej odpowiedzi. 
— Z zatruciem pokarmowym — odpowiedziała, stłumiwszy kolejne kichnięcie. — Jeśli nie podamy ziół, niedługo mogą pojawić się wymioty — dodała szybko. 
— A jakie zioła teraz musisz znaleźć? — Kocur stanął tuż przed nią i wyczekująco wpatrywał się prosto w jej oczy. 
— Mamy trzy opcje. Przy owocach jałowca i wrotyczu należy oczywiście uważać z dawką. Najbezpieczniejsze są liście malwy. — Odpowiedź była wręcz automatyczna. Nauki o tym akurat słuchała i dobrze zapamiętała. Miała szczęście, że nie chodziło o nic innego. 
— W takim razie podaj Sosnowej Igle odpowiednią dawkę wrotycza. 
Poranną Łapę zamurowało. Czy tego starego dziada już do reszty pojebało? Kto normalny powierzał ledwo co wiedzącej uczennicy odmierzenie dawki rośliny, która przy złym dawkowaniu mogła w dużym stopniu pogorszyć objawy starszej? 
— Pojebało cię?! — wtrąciła się w idealnym momencie Sosnowa. — Mówiłam już, chcę jeszcze trochę pożyć. Jeśli ta gówniara już koniecznie musi mi podać lekarstwo, niech to będzie to bezpieczne! — zaznaczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu. 
— Niech ci będzie — westchnął Gęsi, wiedząc, że wchodzenie w dyskusję z Igłą było często stratą czasu. — Podaj jej liście malwy. A potem spierdalaj w podskokach — zwrócił się do Poranek. 
Uczennica znowu podeszła więc do stosu ziół i odgrzebała w nim włochate liście, które oddzieliła od słodko pachnącego różowego kwiatu. Podała je starszej, ignorując jej pogardliwe spojrzenie i poczekała, aż ta przeżuje i połknie lekarstwo. 
— Życzę szybkiego powrotu do zdrowia — zwróciła się do niej i odeszła. W progu legowiska obróciła się jeszcze ku Gęsiemu. — Dziękuję za lekarstwo. 
I spierdoliła. W podskokach — dosłownie, żałując, że nie widzi miny Wrzasku.
 
[trening medyka; 1030 słów; wyleczenie postaci NPC]
Wyleczeni: Poranna Łapa i Sosnowa Igła
[Przyznano 21%]

Od Porannej Łapy CD. Szepczącej Łapy

Szczerze mówiąc, Poranna Łapa sama nie wiedziała, co robiła tak daleko od obozu. Wyszła tylko na krótki spacer po treningu, by odreagować po kolejnym dniu denerwowania się na jakże wybitną odwagę jej mentora. Im większa i silniejsza się stawała, tym bardziej drżał, wydając jej polecenia. Myślała, że mają to już za sobą, że tworzą jakąś cholerną mistyczną więź. Gówno prawda. Wroni wciąż był tchórzem i przeciętnym mentorem, nawet jeśli miewał swoje przebłyski kompetencji. 
Gdzieś po drodze zobaczyła zająca. Takiego dużego, dorosłego, całkiem tłustego zająca. Zaczaiła się więc na niego i już prawie go miała, kiedy jak ten ostatni dureń wdepnęła na gałązkę i posiłek dla członków jej klanu piorun strzelił. Oczywiście próbowała go gonić, ale szarak nawet ze swoją nadwagą miał niezłą parę w łapach i po długiej gonitwie zmuszona była się poddać. Klęła w niebo, zbierając siły po pogoni. 
Potem szukała jakiegokolwiek źródła wody. Była zmachana, język miała suchy jak wiór, byłaby gotowa wypić nawet najbardziej obrzydliwą ciecz na świecie, jeśli tylko mogłaby ugasić jej pragnienie. Jakimś cudem dodreptała do płynącej wody. Teraz nie dziwiła się już, że język chciał jej uschnąć i odłamać się od pyska. Biegła za tą pokraką przez większość terenów swojego klanu. 
Przy wodzie spędziła kilka dobrych chwil. Gdy ugasiła już pierwsze, największe pragnienie, pomoczyła łapki, napiła się jeszcze trochę, ogólnie rozkoszowała się przyjemną wodą, kontrastującą swoim chłodem z panującym wokół upałem. W końcu jednak uznała, że to najwyższa pora, by wracać. 
Uznała, że drogę do Potwornej Przełęczy pokona idąc blisko granicy z Burzakami. Nigdy w końcu nie wiadomo, czy te kanalie czegoś nie knują. Może udałoby jej się coś podsłuchać czy zobaczyć. Z tego, co o nich słyszała, mogli być na tyle głupi, by snuć jakieś swoje plany niedaleko granicy z innym klanem. 
Ich zapach drażnił jej nos, ale była wytrwała. Pokonywała krok za krokiem, aż nagle ogólna woń klanu zaczęła odsłaniać jeden konkretny zapach. Gdzieś w okolicy czaił się jakiś członek Klanu Burzy. Szła dalej przed siebie, od czasu do czasu rozglądając się dyskretnie. Nie chciała dać po sobie poznać, że wie o obecności innego kota. 
Drań dobrze się skrył. Zauważyła go dopiero wtedy, kiedy jego zapach już pchał jej się do nosa tak uporczywie, że tylko za sprawą jakiegoś cudu nie zaniosła się salwą kichnięć. Od razu, gdy na niego spojrzała, zmuszona była stłumić w sobie prychnięcie. Uczniak, prawdopodobnie w jej wieku. Zerowe zagrożenie. 
Obserwowała go, gdy się podniósł i rozejrzał. Tchórz, sprawdzał, czy w pobliżu nie było żadnego jej pobratymca. Ona nie czuła takiej potrzeby. Miała bardzo czuły nosek, który by jej chyba odpadł, gdyby znalazła się w pobliżu nie jednego, a dwóch czy więcej Burzaków. A nawet jeśli nos miałby ją mylić, nie miała nic przeciwko zabawie w zapasy czy berka z tymi niedojdami. 
Burzowy smarkacz oparł głowę na łapach i uśmiechnął się szeroko. Zatrzymała się więc i wbiła w niego przenikające spojrzenie swoich żółtych oczu. Niech mu się nie zdaje, że zamgli jej oczy swoim krzywym uśmieszkiem. Wiedziała, że ktoś, kto tak śmierdzi, nie może przynieść nic dobrego. 
— Sierotka coś zgubiła? — spytał, przemieniając swój uśmiech w durny wyraz zaciekawienia i przekrzywiając głowę. 
Przez chwilę rozważała prychnięcie i odejście od tego szkodnika w kocim ciele. Uznała jednak, że i tak nie ma nic ciekawszego do roboty, a powrót do obozu może jeszcze trochę poczekać. 
— Powiedziałabym, że chęć do rozmowy z tobą, ale trudno byłoby zgubić coś, czego nigdy się nie posiadało — mruknęła, mierząc kocurka wzrokiem. 
Był od niej wyższy, ale gorzej zbudowany. Prawdopodobnie nie musiałaby użyć nawet połowy swojej siły, by złożyć te jego idiotyczne patykowate nogi wpół, gdyby się do niej sadził. Na pewno był od niej szybszy, ale gdyby postawił choć jedną łapę na jej terenach, nie zamierzała dać mu czasu na ucieczkę. Zaatakowałaby go bez chwili wahania. Nie tolerowała kanalii po swojej stronie granicy. 
Ale Burzak wciąż leżał spokojnie u siebie, a w jego oczach widać było pobłażliwe rozbawienie nią. Miała ochotę wydrapać mu te zielone patrzałki, ale musiała zdusić w sobie te żądze. Nie zamierzała wkraczać na jego tereny. Po co miałaby brudzić sobie łapki beznadziejną ziemią Burzowych? 
— A ty co? W obozie znudzili się patrzeniem na taką pokrakę i kazali ci spać jak najdalej od reszty? — prychnęła, patrząc na niego (dosłownie) z góry. 
Skoro chciał słownej przepychanki, to proszę bardzo, będzie ją miał.
 
<Szepcząca Łapo?>
[trening wojownika; 708 słów]
[Przyznano 14%]

06 września 2023

Od Porannej Łapy CD. Gęsiego Wrzasku

Poranna Łapa czasami myślała, że gdyby nie to, że kochała Świtającą Łapę swoim sercem, prawdopodobnie by jej nienawidziła. Ambitna i tak cholernie dobra w prawie wszystkim, czego dotknęła… Wiecznie spychała Poranek na drugie miejsce, nieważne jak bardzo ta by się starała. 
Niebieska kotka kochała jednak swoją złotą siostrę. Przełykała więc gorzki smak zazdrości i kibicowała siostrze, sama dając z siebie coraz więcej, wiedząc, że jeśli jej nie przegoni (do czego wciąż skrycie dążyła), to może chociaż będzie tuż za nią. Albo na równi z nią. 
Żeby tego dokonać, musiała jednak wykazać się dodatkową inicjatywą tak jak siostra, i zdobyć nie tylko umiejętności wojownika, ale i przynajmniej podstawowe umiejętności medyczne. Wspólne pobieranie nauk u klanowego medyka mogło też pomóc im zacisnąć więzi, co było dla Poranek równie ważne. 
Kotka miała jeszcze jeden motyw, który pomógł jej podjąć decyzję — chciała być w stanie pomóc swoim bliskim, jeśli kiedykolwiek cokolwiek złego miałoby przydarzyć się komukolwiek z nich. Nie mogła pozwolić, by los odebrał jej jeszcze kogoś. Nie mogła pozwolić, by Szakala Gwiazda, Bielicze Pióro, Brzaskowa Łapa czy Świtająca Łapa… nawet Jutrzenkowa Łapa… podzielili los Zmierzchowej Łapy. Zamierzała więc posiąść choć podstawową wiedzę, która mogła okazać się tym, co kluczowe do pomocy komukolwiek choremu czy rannemu. 
Tego dnia podeszła więc do siostry i przedstawiła sprawę najprościej, jak się dało: 
— Pamiętasz, jak mówiłaś, że trujesz Gęsiemu Wrzaskowi dupę, żeby uczył cię ziół? Zabierz mnie, proszę ze sobą. Ja też chcę nauczyć się chociaż podstaw medycyny — wyjaśniła, robiąc swoje najładniejsze maślane oczka. 
— Jasne, nie ma sprawy. Ale wiesz, ten stary chuj to totalny burak i wariat. Wybił mi zęby, pamiętasz? — zauważyła. Kontynuowała dopiero gdy Poranek skinęła głową. — Ale zna się na ziołach i innych duperelach i nawet jak będzie przez cały czas marudził, to i tak nauczy nas wielu przydatnych rzeczy. 
— Może marudzić, ile chce, byle nas uczył. A jak będzie przesadzał, to nasram mu do legowiska — mruknęła. Nie była pewna, kiedy ta groźba stała się tak przez nią lubiana, ale nie zamierzała narzekać. Jeśli miałaby zajść taka potrzeba, to naprawdę byłaby gotowa to zrobić. 
— No to idziemy do niego — skwitowała Świt i od razu ruszyła w kierunku legowiska medyka. 
— Coo? Ale że teraz? — miauknęła zdziwiona niebieska kotka, dopiero po chwili ruszając za siostrą. 
— No ba. Mamy jeszcze trochę czasu, zanim będziemy musiały zacząć trening, więc to idealny moment, żeby do niego pójść. 
— No dobra. Skoro tak mówisz… — westchnęła Poranek. 
W wejściu do legowiska medyka siostry minęły się z Płonącą Duszą, matką Pierzastej i Rozwydrzonej Łapy. Pewnie musiała przełknąć dumę, by się tu zjawić, jeśli to, co córka liderki słyszała o treningu Nocki, było prawdą. 
— Czego chcecie — burknął Gęsi, gdy je zauważył. No tak, nie ma to jak ciepłe powitanie. — Mam robotę do wykonania, więc jak macie o coś problem, to szybko — syknął, a potem dodał coś, czego Poranek nawet nie chciało się rejestrować, bo brzmiało jak typowe starcze marudzenie, do tego skierowane nie do nich. 
— Żebyś uczył Poranek jeszcze — odpowiedziała Świt, wychodząc do przodu i patrząc wyzywająco na starucha. 
Wtedy ten zaczął się drzeć. Nie było to nic więcej niż kolejna porcja marudzenia, więc niebieska kotka nie przejmowała się tym zbytnio. Aż do momentu, kiedy, uniknąwszy ciosu Świtu, sam jej przywalił. Poranek aż się najeżyła, gotowa do spuszczenia temu pojebowi wpierdolu. Siostra nie wyglądała jednak na zbyt ranną, a do tego dobrze sama dała radę tej sytuacji, więc Poranna Łapa uznała, że nie ma potrzeby się do tego mieszać. 
Milczała więc dalej, przysłuchując się jedynie ich wymianie zdań (splunięć, westchnień i syknięć), dopóki medyk nie przeniósł swojej uwagi na nią: 
— A ta co, niemowa? — burknął. 
Wyprostowała się, spojrzała mu prosto w oczy i dopiero wtedy otworzyła pyszczek: 
— Uznałam, że będziesz wolał, żebym nie przyprawiała cię o migrenę zbędnym mieleniem jęzora. Ale jak wolisz, żebym mówiła niepytana, to spoko, mogę wygłosić jakiś improwizowany monolog. Na przykład o… o, o tym zielsku. To mięta, co nie? — paplała z niewinnym uśmieszkiem. 
— Żadnych, kurwa, monologów. Chcesz się uczyć, to bez żadnego zbędnego pierdolenia — zaznaczył medyk, groźnie się nad nią nachylając. — I co, może jeszcze chcesz, żebym cię pochwalił za rozpoznanie najbardziej przeruchanego zioła na świecie, co, gówniarzu? — dodał, zerkając na listki mięty. 
— Nie trzeba, dzięki. Monologu też mogę nie prowadzić, jakoś to przeżyję. Może przy okazji zachowam zęby — prychnęła. — W każdym razie, niemową nie jestem. Przyszłam tu się uczyć. Potrafię słuchać i odpowiadać tylko, gdy jestem o coś pytana — zaznaczyła, hardo się w niego wpatrując. — Podobno jesteś dobry w te roślinki, uczyła cię w końcu sama Irga. Nie chcę od ciebie więcej, niż tyle wiedzy, ile uznasz za konieczne do przetrwania dla wojownika. Świetnego wojownika — podkreśliła, wciąż się w niego wpatrując.

<Panie Gąsko?>
[trening medyka; 762 słowa]
[Przyznano 15%]