BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cień. Pokaż wszystkie posty

19 marca 2025

Od Cienia Do Lobelii

Z racji, że już nie mieliśmy żadnej zdobyczy, udałem się na polowanie, połączone z przechadzką po mieście. Blask został w kryjówce, czuł się tam bezpieczniej, poza tym dłuższe spacery go męczą. No i wystarczy nam, że ja jakiś czas temu wbiłem sobie szkło w łapę i wdało mi się zakażenie, Blask już nie ma jednej łapy i to mu wystarczy. Po dłuższym kręceniu się bez celu i szukaniu zdobyczy, dostrzegłem coś w krzewach rosnących przy średniej wielkości legowisku dwunożnych, ogrodzonym nie wysokim drewnianym płotem. Od razu przybrałem pozycję łowiecką, wyczuwając w pobliżu mysz, która mogłaby nadać się na posiłek. Już napinałem mięśnie by skoczyć, a tu jakiś głupi pieszczoch potwornie hałasując zeskoczył z płotu. Te głupie futrzaki dwunożnych, same nie potrafią polować i jeszcze szanującym się kotom uniemożliwiają upolowanie czegokolwiek.
— Dzień dobry! Szukasz czegoś? Czy mogę w czymś pomóc? — Oczywiście nie musiałem czekać aż to coś wrzaśnie, zakłócając mój spokój i moją samotność jeszcze bardziej.
Odwróciłem głowę, wbijając lodowate, gniewnie spojrzenie w szylkretkę, która z niefrasobliwym uśmiechem na pysku wpatrywała się we mnie oczekując odpowiedzi. Co ona powiedziała? Nie, nie potrzebuję pomocy. Przeklęte, głupie pieszczochy.
— Wiesz, możesz mi pomóc i stąd odejść. Przy okazji dzięki za spłoszenie myszy, bo wiesz, je łapie się tak łatwo jak żarcie od dwunożnych. — Odpowiedziałem oschle i odwróciłem się aby odejść. Jeśli nawet ta pieszczoszka byłaby szpiegiem z mafii to wątpię byśmy szybko zostali znalezieni.
— Wybacz, nie wiedziałam, że polujesz — Kotka kontynuowała kłapanie jadaczką w moją stronę, przy okazji zachodząc mi drogę. Czy ona naprawdę nie rozumie, że jestem tylko zmęczonym życiem kotem, który pragnie jedynie świętego spokoju?
— Mogę Ci to jakoś wynagrodzić? Wiesz, upolowała bym Ci coś w zamian, jednak... Nie potrafię — Wiem…
— Mam pomysł! Naucz mnie polowania, proszę, to będę mogła Ci pomagać! — Tak… Będziesz mogła. Nie wiedziałaś że poluję. Naprawdę trudno się domyślić, ale w końcu jesteś tylko pieszczoszką, czyż nie? Mówisz mi że nie umiesz polować, a ja wiem to po pierwszym rzuconym w twoja stronę spojrzeniu. Mam cię nauczyć polować? Taaa, jasne, nauczę. Nauczenie cieę czegokolwiek będzie graniczyło z cudem, ale w sumie czemu nie, miałbym niezły ubaw lub choć przez chwilę nie był sam. Nie lubię być wśród kotów, ale bycie samemu jest jeszcze gorsze. Co nie zmienia faktu, że nie chce mi się marnować czasu na uczenie kogoś czegoś co zaraz zapomni. Jeszcze raz dokładnie zlustrowałem wzrokiem szylkretkę.
— Nie. — Odpowiedziałem krótko, już swoim mniej chłodnym, zmęczonym głosem. — Wątpię bym mógł cię czegokolwiek nauczyć.
— Cóż, spróbować zawsze warto! Jeśli nie spróbujemy, nigdy nie wynagrodzę Ci tej myszy— Postanowiłem nieco zmienić podejście. Nie pozbędę się jej, nie chce mi się jej ciągnąć za sobą całą drogę bo się mnie uczepiła, potrzebuję sojuszy jeśli chce przetrwać.
Jak widać trafiłem na jeden z gorszych przypadków, a mianowicie "Niegroźny upierdliwy". No cóż, pokażę jej jak polować, sojusznik z niej nie najlepszy, jednak każdy w mojej sytuacji się nada. Przynajmniej nie będę sam i będzie z czego się pośmiać.
— No dobrze, ale jeśli chcesz poważnie zapolować, musisz ruszyć swój pieszczochowy tyłek nieco dalej niż za płot. Lepsze myszy biegają nieco dalej od drogi grzmotu. A i może mi panienka zdradzi swoją godność? Bo nie chcę cię roboczo nazywać Łatka czy Pusia jak co drugiego pieszczocha.
Nieznajoma uśmiechnęła się jeszcze szerzej, o ile to możliwe i odeszła na parę kroków od płotu, gapiąc się na mnie brązowymi oczami.
— Byłam już dalej od płotu, o mój pieszczochowy tyłek się nie martw — Odpowiedziała wyraźnie rozbawiona, nie mam bladego pojęcia czym.
— Mą godnością jest Lobelia, to taki kwiat. A jak Tobie na imię, tajemniczy towarzyszu? — Po krótkiej chwili dorzuciła.
— Mam na imię Cień. — Odpowiedziałem krótko. Lobelia... Bardzo chciałbym zobaczyć ten kwiat. Nie widziałem zbyt wiele kwiatów z swoim życiu, spędzając znaczną jego część w cuchnących kanałach. — Powiedz mi, Lobelio, jak wyglądają te kwiaty? Bo... ja widziałem kwiaty może kilka razy w życiu. — Przyznałem.— To chyba dlatego że niezbyt interesuje mnie świat zewnętrzny, w przeciwieństwie do takich pięknych pań. — Palnąłem komplement z dupy na zakończenie wypowiedzi. Zacząłem kierować się w stronę terenów poza miastem, wskazując kotce ogonem by szła za mną. Nie pójdziemy zbyt daleko, w razie jakby pieszczoszka się zmęczyła. Nie miałem zamiaru potem jej tutaj ciągnąć.
Nieco niższa ode mnie szylkretka zaczęła truchtać by za mną nadążyć. Ta puchata, gadatliwa kupa futra jest doprawdy zabawna.
— Lobelia w zasadzie głównie przypomina niezapominajki. To niebieskie kwiaty, kształtem przypominające nieco czterolistne koniczyny — Próbowała opisać mi wspomniany kwiatek. — Twoje imię nawiązuje do Twego ciemnego futra, czy może do sposobu, w jaki chodzisz? Przemykasz niezauważony, pierwszy raz Cię widzę w tej okolicy, a widziałam wielu samotników.
Nie wiedziałem ani jak wyglądają niezapominajki, ani czterolistna koniczyna, albo najzwyczajniej w świecie ich nie rozróżniam. Dlatego postanowiłem to przemilczeć i odpowiedzieć na pytanie o moje imię. Dlaczego się tak nazywam? Nie wiem, może dlatego że moja matka ma bardzo wąski zasób słów.
— Moje imię wzięło się od tego że trudno było odróżnić mnie, od mojego cienia. Poza tym jak byłem małym kociakiem często stawałem z moim bratem, zamykałem oczy i z boku wyglądało to jakbym był jego cieniem.
— Musiałeś być bardzo dobry w chowanego! — rzuciła kotka.
Tak, byłem bardzo dobry… gdyby tylko inne kociaki chciały się ze mną bawić, gdybyśmy wiedzieli czym jest przyjacielska zabawa nie polegająca na biciu się.

↢ ⋆⁺₊⋆ ☾ ⋆⁺₊⋆ ↣

Resztę drogi starałem się przejść przytakując Lobelii, której pyszczek się nie zamykał. Zastanawiałem się, czy nie męczy jej to ciągłe mówienie, ale najwyraźniej nie. Co zrobi na parę sekund pauzę, jej pyszczek z powrotem się otwiera.
Zabrałem ją na połacie traw na terenach niczyich, w powietrzu czuć było delikatną woń pory nowych liści, świata budzącego się do życia po mroźnym zimowym okresie. Zatrzymałem się i rozejrzałem dookoła. Strzygąc uszami wybadałem teren, czy przypadkiem nie słychać myszy buszujących wśród wysokich traw, już po chwili wiedziałem, gdzie ich szukać.
— Tu zapolujemy. — Powiedziałem do szylkretki. — Najpierw powiedz mi, czy oraz skąd słyszysz tupot mysich łap.
Lobelia zastrzygła uszami nasłuchując i rozejrzała się dookoła, chyba liczyła na to że jakaś mysz zbliżyła się do niej tak blisko że mogłaby złowić ją bez większego problemu.
— Tam. — Skinęła ogonem nieco na zachód od nas. Faktycznie, słyszę że tam coś jest ale to raczej nornica nie mysz.
— To akurat mysz, nie nornica — na wstępie uświadomiłem pieszczoszkę — Ale spróbujemy ją upolować. Najpierw, musimy się do niej trochę zbliżyć. Musisz być naprawdę cicho by cię nie usłyszała, dlatego stawiaj kroki delikatnie, w ten sposób. — Zademonstrowałem kładąc swą czarną lewą łapę na ziemi. — Swój ciężar przełóż na tylne łapy, ułatwi ci to skok w kierunku ofiary. Skradając się nie trzyj brzuchem po ziemi, ale miej go tuż nad nią. A i jeszcze jedno. Musisz być cicho, bo spłoszysz nornicę. Ani słowa.
— W porządku! Nie powiem ani słowa! Będę cichutko jak myszka!
— Miałaś być cicho. — Odpowiedziałem i zacząłem skradać się w kierunku zdobyczy zanim kotka znowu zacznie opowiadać historię swojego życia, jak zobaczyła muchę topiącą się w napoju dwunożnych.
Lobelia podążała za mną, trochę zbyt gwałtownie kładąc przednie łapy na ziemi, ale to się jeszcze dopracuje. Tak szczerze to idzie jej nie najgorzej. Po chwili miałem już tę nornicę w zasięgu wzroku, już miałem popisowo skoczyć i złapać zwierzaka, gdy…
— MAAAM! — Krzyknęła wyskakując w powietrze Lobelia, by złapać powietrze, bo nornica na którą polowała już została przez nią spłoszona. Pieszczoszka jeszcze przez chwilę próbowała ją znaleźć i dogonić, ale na próżno, spłoszyła wszystkie moje potencjalne posiłki w promieniu dwudziestu ogonów, jak nie więcej.
— Mówiłem ci, byś była cicho. — Powiedziałem poirytowany. Lobelia w tym czasie próbowała złapać latającego nad nią motyla i chyba mnie nie słyszała. — Ekhem — Chrząknąłem. — Ziemia do Lobelii! Gratulacje, teraz panienka pójdzie ze mną polować gdzie indziej, bo udało jej się spłoszyć wszystkie gryzonie w pobliżu. A na ptactwo teraz polować nie będziemy, bo z twoimi zdolnościami prędzej z drzewa spadniesz.
— Nie spadnę! Chodźmy, może spróbujemy…
— Nie. Idziemy szukać innej myszy czy nornicy.
— Na pewno jakaś tutaj jest.
— Tu nie, kawałek na południe jest.
— No to chodźmy!
— Spokojnie, bo znowu ją spłoszysz. Teraz ja sam zapoluję i pokażę Ci jak to zrobić, a ty nie będziesz mi przeszkadzać. Pasuje Ci? No to super.
Szybko oddaliłem się w kierunku gryzonia, ciągle się skradając. Osłupiała moim nagłym oddaleniem się nie dając jej czasu na wypowiedź Lobelia, pozostawała cicho, jak jej nakazałem. Już po chwili wybiłem się na tylnych łapach i chwyciłem dorodną szarą mysz. Zawróciłem do szylkretki, dumnie wyprostowany z wyrazem tryumfu wymalowanym na czarnym pysku.
— Tak się to robi. — Powiedziałem, w parę sekund połykając swoja zdobycz. Nie wiedziałem że jestem tak głodny. — Teraz twoja kolej. — Powiedziałem do kotki kładąc się na trawie. — Tam jest mysz. — Wskazałem łapą kierunek. — Spróbuj ją złapać. Jak ci się uda przynieś ją tutaj.
W czasie gdy Lobelia próbowała złapać mysz, ja dostrzegłem jaszczurkę, która wydawała się na tyle zjadliwa że niewiele myśląc złapałem ją i teraz z nudów zataczałem nią bączki w powietrzu trzymając ją na pazurze i rozciągałem. Śmieszne to stworzonko, smaczne chyba też.
Gdy Lobelia z potarganym nieco futrem przyszła dumnie niosąc mysz w pysku odłożyłem jaszczurkę i wróciłem do polowania.


↢<Twoja kolej Lobelio>↣
wyleczony: Cień

16 stycznia 2025

Od Cienia

Padał deszcz. Siedziałem z boku wciśnięty w jakąś skrzynię, starając się uniknąć zmoczenia; nie lubię wody. Spojrzałem w swoje odbicie w kałuży. Ujrzałem tam czarnego wychudzonego kota, ze zmatowiałą sierścią i licznymi oznakami dawnych walk w postaci blizn. Był młody, a mimo to jego pysk zdawał się zmęczony i doświadczony przez życie. To byłem ja. W moim kierunku przykuśtykało coś jasnego. Blask. Mój brat, mimo iż go życie poturbowało jeszcze bardziej, zdawał się młodszy. Jego sierść była miękka i lśniła w blasku drobnych promieni wydostających się zza chmur, krople osadzone na jego białym jedwabisty futerku sprawiały, że lśniło jakby gwiazdy. W fioletowych oczach lśniły iskierki nadziei. Gdzie podziały się one u mnie? Moje błękitne oczy przyćmiewało zmartwienie, brak w nich było jakichkolwiek błysków, wydawały się bez wyrazu. Czasem koty podchodziły do mnie jak do nieczułego, stojącego jak słup, potwora, ale ja czuję. Nie potrafię tylko tego okazać. Jedynie Blask zna inną wersję mnie, nie potrafię jej odsłonić nikomu innemu. Bo przecież jestem tchórzem. Tchórzem, który nie potrafi pokazać innym. Kim naprawdę jest, a przecież już nie muszę być idealnym synem dla ojca ani matki. Zastanawia mnie, co porabiają staruszkowie; nie widziałem ich od dawna, co mnie niezmiernie cieszy. Czasami boję się, że nas tu znajdą, a zarówno ja, jak i Blask wiemy, co by to oznaczało. Długą i bolesną śmierć. Jakkolwiek ja na to zasługuje i pociągnąłbym za sobą w otchłań śmierci swoich oprawców, patrząc na to, jakimi nieudacznikami była większość kotów z mafii… Blask nie. Blask nikomu nigdy nie zrobił nic takiego jak ja, nad nikim się nie znęcał. I bił się mniej. I nie zrobił tego, co ja. Nigdy nie zamordowałby kota, choćby faktycznie rodzice ukarali go za to śmiercią. A ja, jako tchórz, zabiłem niewinnego, który zabłąkał się na nasze tereny, bo bałem się konsekwencji. Gdyby to był jeden nieszczęśnik. Ich było paru. Pamiętam wszystkich. Pamiętam ich przestraszone, smutne i zawiedzione spojrzenia, gdy odbierałem im życie. Blask mówi mi, że nie jestem takim potworem, jak myślę, miałem prawo się bać. Ale przecież wtedy chciałem to robić, chociaż raz zrobiłem to z przyjemnością. Czy teraz bym to zrobił? Niby nie. Ale życia, które odebrałem własnymi łapami, nie wrócą już do ich właścicieli. Nie wiem, jak mogłem się tak zachować. Teraz w życiu nie postąpiłbym w ten sposób. Jeśli nawet gang starych znalazłby mnie tutaj, zginąłbym jak moje ofiary. W sumie sam bym się do nich zgłosił, gdyby nie mój brat. Muszę go chronić; jest moją rodziną, jej jedynym lojalnym i uczciwym, względem reszty trzymających się tych zasad członków, spoiwem. Poza tym kocham go jak nikogo na tym świecie. Nie potrafię mu tego powiedzieć, ale on chyba wie. Pochmurny Płomień, ten debil i Mniszek udają się do Klanu Klifu, z tego, co wiem, jest większą grupą. Zastanawiałem się, czy nie udać się tam z nimi, ale nie jestem pewien. Jednocześnie bylibyśmy tam bezpieczniejsi, a z drugiej strony nie wiem, jak by nas tam przyjęli. Tam też nas znajdą to tylko kwestia czasu. Ale miałbym jakieś szanse, by ochronić Blaska. Poza tym zaplanowanie ataku na dużą zorganizowaną grupę kotów wymaga więcej czasu. Spojrzałem na brata. Wpatrywał się w ściekające z dachu krople deszczu.
— Blask.
— Coś się stało Cień?
— Co myślisz o tym, byśmy poszli do Klanu Klifu?
— Tego, do którego idą tamte dwa koty?
— Tak.
— Nie wiem. Mam mieszane odczucia.
— Też. Ale teoretycznie bylibyśmy tam bezpieczniejsi. W praktyce możemy uciekać i za wielką wodę i tak nas tam dopadną. Tylko odwlekamy to w czasie.
— Ale przynajmniej mamy większe szanse, by się przeżyć.
— Niby tak. A co, chcesz tam iść?
— Nie wiem, szczerze… trochę boję się, że tam również będą mnie nienawidzić. W końcu jestem biały… Jestem albinosem i jeszcze nie mam łapy.
— Niby chłopaki mówili że nic nam tam nie grozi i że członkowie tamtej grupy nie są tacy uprzedzeni, ale nadal słuszna uwaga. No nic, pomyślę jeszcze nad tym.
Blask ma podobne zdanie do mnie, ale bardziej boi się tego, co tam nas czeka, czemu się nie dziwię. Jednak nigdzie nie będzie nam tak źle, jak pod ziemią. Tu gdzie jesteśmy teraz, jest niby spoko, ale jest ryzyko natknięcia się na szpiegów, którzy nas wydadzą. Poza tym, nie jestem już członkiem największej mafii w całym mieście, tylko intruzem, i to jeszcze z obcych terenów. Ktoś może nas wydać, jak dowie się, że jest to opłacalne. Lub mu się nie spodobamy i nas udupi. Wiem, jakie są realia, dlatego muszę uważać. Niby mogłem zostać w mafii i wtedy miałbym tutaj wpływy, jako następca mojego ojca. Większość zarządców tego miejsca mogłaby wtedy chcieć mieć ze mną dobre stosunki. Ale z pewnością wieść o zaginięciu moim i Blaska już się rozeszła po gangach, więc nie mam co liczyć na życie i szacunek. Będę musiał zabierać stąd Blaska i uciekać tak daleko, jak tylko mogę, inaczej mój brat i ja zginiemy. Od teraz nie będę wychodzić na polowanie przed zmrokiem i będę mieć się na baczności. I żadnych rozmów z obcymi, nawet tymi głupimi pieszczochami. Pieszczochy niby są niegroźne, dlatego są świetnymi potencjalnymi szpiegami. Muszę uważać na te zdradzieckie szuje.
— Cień.
— Hm?
— Myślisz, że spotkamy kogoś fajnego w tamtej grupie?
— Masz na myśli jakieś ładne kotki? — Szczerze mówiąc, sam liczyłem na taką ładną koteczkę, aczkolwiek Blask z dupy wystrzelił z tym pytaniem.
— Nie... Do końca. Bo wiesz… Ja… Ja wolę kocury.
To oświadczenie nieco mnie zaskoczyło. Blask wygląda na zdrowego… Trudno, mam brata geja, ale czy to jakiś problem? Nie. Ja wolę kotki, on kocury i jest super. Przynajmniej nie ma ryzyka, że zakochamy się w tej samej kotce, tej jednej małej rzeczy bym mu nie odstąpił, nawet jako bratu. W sumie może mu nawet pomogę z podbiciem do jakiegoś przystojnego kocura, ciekawe, jacy są w jego typie.
— Czy ci to przeszkadza? — zapytał Blask, bo byłem dosyć długo cicho.
— Nie, cieszę się też, że teraz nikt nie uniemożliwi ci związania się z innym kocurem. Absolutnie nie mam nic przeciwko twojej orientacji, jestem twoim bratem. Będę cię kochał, nawet jak zaczniesz identyfikować się z kamieniem i żywić się światłem słonecznym. Ty też zawsze mnie akceptowałeś i wspierałeś. Jak chcesz, możemy razem popatrzeć na jakieś fajne kocury.
— Czemu nie. Tylko boję się, że jak już się do któregoś zbliżę, on mnie odrzuci. W sumie chciałbym poznać kocura, który byłby tak szlachetny, jak ty.
— Nie jestem szlachetny.
— Mam o tym inne zdanie.
— Powiedz mi jeszcze, że ja ci się podobam…
— Nie, wyglądasz jak szczur z kanału. Powinieneś trochę się ogarnąć, twoje futro jest potargane, brudne i zmatowiałe. I mógłbyś mieć nieco mniej ponurą minę i zacząć cieszyć się życiem. A poza tym wolę rudych.
— Dlaczego miałbym się zacząć cieszyć życiem? Życie jest okrutne i bardzo niesprawiedliwe. Poza tym wszyscy chcieliby mojej śmierci, zarówno ojciec, matka, reszta mafii, jak i koty z większych gangów tutaj, bo za nasze łby zostały wyznaczone niebotyczne nagrody. Nieważne gdzie uciekniemy, tak będzie już zawsze.
— Nie poznaję cię. Gdzie podział się kot, który rzucał się za mną w szczęki psa, stawiał opór niesprawiedliwości, dążył do tego wspaniałego życia pod gołym niebem, z dala od śmierdzących kanałów? Tobie już przestało zależeć na czymkolwiek. Poddałeś się. Czy gdybym zginął, nadal chciałbyś żyć?
Oboje znaliśmy odpowiedź. Ma rację, ja już niczego nie chcę i budzę się co rano tylko dlatego, że on żyje. Inaczej dawno bym to skończył. Muszę znaleźć jakiś cel w życiu. Gdy przestałem dążyć do wolności i ją osiągnąłem, przestało mi zależeć.
— Przepraszam Blask. Ja już nie umiem żyć…
— Nie trzeba umieć. Ja nie umiem. Wystarczy chcieć i cieszyć się każdym nowym dniem.
— W ten sposób przeżyłeś tyle księżyców w gangu starych?
— Częściowo tak. Resztą tego, co trzymało mnie przy życiu, była nadzieja na lepsze i to, że mnie potrzebowałeś.
— Ty mnie też.
— I to utrzymało nas obu przy życiu, sprawiając, że jesteśmy tutaj razem.
— Jak myślisz… Co by się stało, gdybyśmy zostali?
— Nie mam pojęcia. Jedyne co było pewne to twoje dziedziczenie władzy, szaleństwo Czarodziejki a ja pewnie bym tam długo nie pociągnął.
— Na szczęście wybrałem wolność i ciebie ponad władzę.
— Na szczęście.
Cieszę się, że wyciągnąłem nas stamtąd. W sumie razem się wyciągnęliśmy. A teraz powinniśmy budować nowe życie, zamiast tak tutaj sterczeć. Niedługo zabiorę nas do tamtego klanu czy jak mu tam, znajdę partnerkę i będziemy żyć wszyscy razem, nie martwiąc się o jutro. A te śmiecie z gangu? Niech tam siedzą. Nie dam im nas znaleźć, choćby szukali wszędzie. Nie wiem, jaki będzie cel mojego życia, jak na razie chcę być dobrym bratem. Blask uważa, że jestem świetnym, ale jeszcze sporo mi brakuje. Poza tym, jak już będę w tamtej grupie, fajnie byłoby jakoś wspiąć się wyżej po szczeblach hierarchii; może nawet do władzy. Może i już nie jestem następcą zarządcy zorganizowanej grupy w mieście, ale nadal coś ciągnie mnie do władzy i silny instynkt przywódczy przypomina o sobie. Mechanizmy zastraszania i zdobywania szacunku z gangu nadal pamiętam perfekcyjnie. Ale nie chcę zastraszać. W byciu przywódcą nie chodzi o to, trzeba być ze swoimi podwładnymi, pomagać im i ich prowadzić. Brakuje mi tego czegoś, co ma dobry przywódca, oraz tej małej iskierki empatii, jaką ma Blask. Urodziłem się przyszłym przywódcą, ale pragnę być tylko dobrym podwładnym. Aby dobrze władać, trzeba umieć dobrze słuchać poleceń.

20 września 2024

Od Cienia CD. Mniszka

Przyglądałem się liliowemu kocurowi, który jak widać, najwyraźniej nie radził sobie w chodzeniu po dachach, patrząc na to, jak zgrabnie wywinął orła na dachówkach i wleciał do śmietnika. Zupełnie przypadkiem znalazł się w tej samej uliczce, co ja, więc w sumie pomyślałem, że można by to wykorzystać. Dawno się z nikim nie droczyłem. Widziałem jak wysunął pazury, gdy spostrzegł moje oczy, które jak zawsze lśniały mrożącym blaskiem w cieniu. Ziarno strachu zasiane. Teraz się tak po prostu nie wycofam. Zacząłem ostrzyć pazury o kamienny mur legowiska dwunożnych, i jak widać przyniosło to pożądany skutek wystraszenia tamtego. Poza tym dostrzegłem szansę na wyciągnięcie z niego gdzie mógłbym zabrać się z Blaskiem. Jak zostaniemy w tym mieście to prędzej czy później szpiedzy z gangu, z którego nawialiśmy, nas znajdą, a wtedy będzie po nas. Musimy ukryć się w jakieś większej grupie, czy społeczności. Wysunąłem się kawałek z cienia i spojrzałem swoim przenikliwym spojrzeniem prosto w oczy kocura.
- Dlaczego się mnie boisz? - spytałem liliowego, który zastygł w bezruchu. Wpatrywałem się w niego jeszcze bardziej przenikliwym spojrzeniem, ze swoim typowym dla takiego nabijania się z ofiar losu bezczelnym uśmiechem. - Czy przypadkiem nie wyglądam groźnie? Może jestem mordercą, bo w końcu kTO WiE? - spytałem się go ponownie, gwałtownie wysuwając pazury, wypowiadając ostatnie słowa i podkreślając je. Teraz wyglądał kompletnie jak mysz zapędzona w kozi róg, gorzej od Blaska. W sumie nie zamierzałem go skrzywdzić, bo nie chcę stać się krwiożerczą bestią, taką, jak ci od których uciekałem. Nie miałbym żadnego problemu z chociażby zabiciem go na miejscu i pożywieniem się nim i jego krwią, jak cholerny kanibal. Ale nie chcę być zły. Nie chcę być dla wszystkich okrutny. Przelali na mnie całą swoją agresję, ucząc mnie jej, ale ja nie chcę taki być.
- Cień! - Usłyszałem wołanie Blaska. - Co tam robisz? - Odwróciłem na chwilę głowę w stronę, z której dochodził głos Blaska, i młodszy kocur wykorzystał tę okazję do ucieczki. Dostrzegłem to kątem oka i rzuciłem się za nim. Błyskawicznie chwyciłem go za kark i sprowadziłem na glebę, bo wątpię, by się zatrzymał, gdybym za nim krzyknął.
- Ej, te, trzęsidupa, takie pytanie. I nie, nic ci nie zrobię, tylko się z tobą droczyłem - dodałem, mając nadzieję, że jeśli go o tym zapewnię, to otworzy gębę i powie zamiast cały czas się trząść. - Czy macie tutaj jakąś większą grupę kotów, jakiś gang czy coś, gdzie nie ma przesadnie dużo przemocy i patologii, w której mógłbym się schronić z moim chorym bratem? - Puściłem go i odsunąłem się kawałek, by mógł swobodnie usiąść i mówić. - Blask, chodź tu, znalazłem kogoś, kto może wiedzieć, gdzie możemy się schronić, by szpiedzy starych nas nie znaleźli. - Gdyby liliowy nie był liliowy, nie powiedziałbym tego na głos, bo byłoby ryzyko, że jest to jeden ze szpiegów, i że już tu dotarli. Starałem się omijać wszystkie czarne koty w najbliższej okolicy.
Blask, kuśtykając, wysunął się z naszej chwilowej kryjówki, w której schroniliśmy się by mógł zjeść skąpy posiłek, który udało się jakimś cudem znaleźć. Chciał się ze mną podzielić, ale stanowczo odmówiłem, jest zbyt słaby by dzielić się ze mną i tak niewielkim i niezbyt sycącym posiłkiem. Jednocześnie był to dla mnie smutny widok, przywoływał wspomnienia z tamtych strasznych i bolesnych chwil, oraz cały gniew i nienawiść związane z winnymi tego, co się stało. Ale też cieszyłem się, widząc go teraz żywego i stojącego przede mną. Nie zniósłbym jego straty.
Blask usiadł obok mnie i spojrzeliśmy się na liliowego kocura.
- Ja jestem Cień, a to jest Blask. Jak mówiłem, szukamy schronienia wśród jakiejś grupy kotów, w której są w miarę normalne warunki i względnie mało patologii. Znasz jakieś miejsce tego typu?
 
(No chłopie pokaż coś co się nada)
 
[597 słów]
[przyznano 12%]

Od Cienia

Retrospekcja 3, 5 księżyców temu

Siedziałem w kącie i obserwowałem. To była kolejna bójka jakich wiele, czasem sam się do nich przyłączałem, by się zabawić i zazwyczaj miażdżyłem przeciwników. Teraz jednak nie chciało mi się tłuc, a wrzaski walczących i obserwującego ich tłumu zaczynały mnie męczyć i irytować. Podobało mi się, że wyrobiłem sobie już opinię i szacunek znacznej części grupy, wielu mówiło nawet, że w przyszłości zajmę miejsce Ojca i Matki, ale ja nie miałem zamiaru przewodzić tym durniom. Co z tego, że łatwo mi było ich zmanipulować i podporządkować sobie, gdy wszystkich nienawidziłem. Po jakimś czasie bójka się zakończyła, zwycięzca stał w kręgu gratulujących mu zwycięstwa kotów, a przegrany odszedł z podkulonym ogonem. Odszedłem od tłumu i skierowałem się do bocznej komory, w której znajdowało się nasze „legowisko”, jakie było nim tylko z nazwy. Tak naprawdę spaliśmy na ziemi.
Chciałem odpocząć, ale coś przykuło moją uwagę. Jakiś kot, gdyby to cokolwiek zmieniało, powiedziałbym, że czarny, ale tu wszyscy byli czarni, więc to nieważne. Jego nędzny byt mnie niezbyt obchodził. Obchodziło mnie to, co robił. Blask przy nim kulił się pod ścianą, próbując bronić się zdrową łapą, a ten śmieć go dręczył i na moich oczach uderzył go łapą z wysuniętymi pazurami. W mgnieniu oka zbliżyłem się do niego i chwyciłem za kark, ciskając o drugą ścianę. Popisowy numer naszej rodziny, a przynajmniej jej silniejszej części. Zbliżyłem się do czarnego leżącego pod ścianą, w którą wleciał, gdy stanęła na jego torze lotu.
- Ty, ty śmieciu, miałeś czelność dręczyć mojego brata!? - Wrzasnąłem mu w pysk, wbijając w niego nienawistne spojrzenie. - Żaden pomiot taki jak ty nie śmie tknąć go choćby łapą, żaden, rozumiesz? - Dla wpojenia mu, że rozumie, rozorałem mu pazurami pysk. Splunąłem na niego i podszedłem do Blaska.
- Nic ci nie jest? - spytałem, aby się upewnić.
- Nie - odpowiedział. - Dobrze, że mam takiego brata.
- To dobrze, jeszcze raz się do ciebie zbliży…
- Cień, proszę.
- Dobra, ale niech ten pomiot wie, że jeszcze raz go na tym przyłapie i go zabiję, zabiję go na miejscu! - Przejechałem pazurami po twardej ziemi, dając upust złości.
Szliśmy w ciszy, szukając innego miejsca, w którym mogliśmy spokojnie usiąść, bo wiedziałem, że jakbym tam został, rozszarpałbym tamtego palanta na miejscu. Zresztą każdego innego, kto by choćby spróbował coś zrobić mojemu bratu, również. Już kiedyś go dręczyli, a teraz, gdy nie miał jednej z łap, było jeszcze gorzej…

[391 słów]
[przyznano 8%]

Od Cienia

tw - drażliwe opisy

Retrospekcja 2, 7 księżyców temu

Szliśmy mokrymi tunelami, w powietrzu unosił się zapach stęchlizny, ale ja już go nie czułem, przyzwyczaiłem się. Nienawidziłem tego miejsca tak samo, jak wszystkiego i wszystkich z nim związanych. Dzisiaj mieliśmy pierwszy raz wyjść z tej paskudnej nory, pierwszy raz w życiu poczuć powiew świeżego powietrza, pierwszy raz ujrzeć blask księżyca, bo za dnia by nas nie wypuścili, to oczywiste. Oczywiście nie będzie tak pięknie, o nie, to nie byłoby w stylu tych pieprzonych, starych zarządzających tą bandą durni. Wychodzili walczyć o na życie i śmierć. Albo wygrają, albo ku uciesze ich cholernych rodzicieli będzie to ich sromotna klęska i koniec. Miałem cichą nadzieję, że uda nam się przeżyć, jednocześnie pragnąc śmierci lub też udając to przed innymi. Szykowaliśmy się do tego przez ostatnie kilkanaście księżyców, treningi były wycieńczające, ojciec nie miał litości i nie raz biliśmy się wtedy do nieprzytomności. Teraz nie może się nie udać, nie po to ciężko harowałem, ciężko pracowaliśmy, by teraz to wszystko było na nic. Ojciec i Matka nie byli dobrymi nauczycielami pod względem obycia i metod nauczania, tak samo zresztą, jak Kieł czy Butelka, którzy również dorzucili swój wkład do ich treningu, z wyjątkiem Blaska, którego szkolił Szczur. Wierzyłem jednak, a raczej wiedziałem, że mnie to coś nauczyło.
Wyszliśmy przez otwór. Oblało nas blade światło księżyca, zmrużyłem dostosowane do półmroku i ciemności panujących w tunelach oczy, ale po chwili udało mi się przyzwyczaić. Strażnicy, którzy do tej chwili towarzyszyli nam w drodze do wyjścia, schronili się w mroku tunelu. Obserwowali nas i tylko ich blade, przekrwione ślepia świeciły w ciemnościach. Prychnąłem. Rozejrzałem się w poszukiwaniu bestii, z którą mieliśmy walczyć, a mianowicie psa. Po chwili dostrzegłem bardzo wysokie zwierzę na nieco patykowatych w porównaniu do ciała nogach, z wydłużonym pyskiem, z którego słychać było niski warkot, a jego kły lśniły złowieszczo. Od niechcenia rzuciłem okiem w stronę Blaska, idealnie widocznego w świetle księżyca przez swoje wręcz lśniące futro, przez co imię, które mu nadałem, nabrało nowego znaczenia. Kierował się z brzuchem przy ziemi, sycząc na warczące coraz głośniej zwierzę. Pies rzucił się na Blaska i chwycił za kark, tarmosząc nim na wszystkie strony, ale Blask nie był głupi i wgryzł się w jego chudą szyję, drapiąc rozpaczliwie. Przywalił białą łapą z wysuniętymi ostrymi pazurami prosto w oczy psa, a ten kłapnął szczęką, chwytając kocura za wcześniej atakującą go łapę. Rozległ się przeraźliwy wrzask, a fioletowe oczy Blaska się zaszkliły. Blask, zakrwawiony poleciał na ziemię, a jego lewa łapa została w pysku psa. Słyszałem chichot stojących w kanale strażników. Odpłacę im się za to kiedy indziej, a odpłacę z pewnością, bo ja nigdy nie zapominam, myślałem. Teraz musiałem uratować biednego Blaska i cholerne zady reszcie, ale też je zmusić do tego, by walczyły razem z nami. Zaraz to głupie zwierzę zapłaci za to, co zrobiło mojemu bratu. Rzuciłem się z wściekłością, szczerząc kły na tego durnego psa, wgryzając się mu mocno w kark. Wbiłem pazury w boki jego pyska poniżej uszu, zyskując nad nim częściową kontrolę.
- BYŚCIE, NA OSTY I CIERNIE, RUSZYŁY DUPĘ I POMOGŁY! - wrzasnąłem wściekły na moje siostry. Jak się na nie porządnie nie wrzasnęło, to nie ruszały, Szrama może jakoś, ale Czarodziejka nie raczyła choćby kiwnąć pazurem. Nienawidzę jej tak samo, jak matki, ojca i całego tego durnego cyrku zwanego gangiem moich rodziców. Tak samo, jak tego stworzenia, które właśnie próbowało mnie ugryźć, ale nie mogło. Nie martw się, możesz się miotać ile chcesz, prędzej zdechnę niż dam ci spokój - pomyślałem. Szrama i Czarodziejka wreszcie się ruszyły.
- Tylko nie licz na to, że będę ci więcej pomagać, robię to tylko i wyłącznie po to, by sama przeżyć. - powiedziała do mnie wyniosłym głosem jedna z sióstr.
- Pffff, wal się. - odfuknąłem.
Oczywiście tak, jak przewidywałem, raczyła zostać. Zaatakowała nawet psa, podczas gdy Szrama dawno już wzięła się do atakowania i przeciwnika, rozszarpując mu tylną łapę. Ja wgryzałem się coraz mocniej w kark psa, czerpiąc satysfakcję z ranienia go, tak samo jak on poranił Blaska. Po jakimś czasie psu udało się wyswobodzić z moich pazurów, ale niepostrzeżenie ześlizgnąłem się z niego, porządnie wbiłem pazury w jego brzuch i gwałtownie przejechałem, rozdzierając mu skórę tak, że aż zawył.
- Ojej, pieska chyba boli… jak przykro - zachichotałem pod nosem.
Kontynuowaliśmy walkę, aż w końcu finalnym zaciśnięciem szczęk odebrałem mu ostatnie tchnienie. Podbiegłem co sił w łapach do biednego Blaska. Cały czas pamiętałem o tym, że tam leży i motywowało mnie to jeszcze bardziej. Stanąłem nad swoim bratem. Jego biała sierść nasiąknęła krwią, a sam Blask leżał w jej kałuży. Jego lewej łapy pozostała może połowa.
- Blask. Blask, żyjesz?. - spytałem pozornie spokojnym tonem. Wewnątrz nie byłem spokojny, serce biło mi jak oszalałe i bałem się, że to koniec. Bałem się, że go stracę na zawsze. Otworzył oczy.
- Tak… Cień… ciemno mi przed oczami… - powiedział, po czym ślepia mu się zamknęły i przed chwilą lekko uniesiona głowa kompletnie opadła. Blask, powiedz że tylko straciłeś przytomność, powiedz, że żyjesz - powtarzałem sobie w myślach. Podszedłem do niego i delikatnie chwyciłem za kark, by go przenieść. Co prawda był znacznie niższy ode mnie, ale i tak jego ogon oraz część tylnych łap ciągnęły się po ziemi. W tym czasie wyszli strażnicy odprowadzić nas z powrotem do kanałów. Nie chciałem wracać, ale wiedziałem, że jeśli Blask prędko nie dostanie się pod opiekę uzdrowicieli, to mógł umrzeć. Nie miałem chwili do stracenia. Pobiegłem tak szybko, jak dodatkowy ciężar mi na to pozwalał w kierunku głównego tunelu. Przyniosłem go prosto do uzdrowicieli, siedziałem i patrzyłem. Czuwałem przy nim, ponieważ wiedziałem, że jak zostawię go samego, mogą mu nie pomóc. Siedziałem całą noc i cały dzień. Nikt się mną nie przejmował, bo któż taki widziałby w tym jakikolwiek sens. Gdy zobaczyłem blade iskierki w oczach Blaska gdy ten się obudził, wiedziałem, że było warto. Teraz spędzenie kolejnych księżyców w tej dziurze będzie łatwiejsze. Może nie zawsze byłem dla niego dobrym bratem, ale wiedziałem, że go na swój sposób po bratersku go kocham i potrzebuję. To dla niego musiałem zostać w gangu i choć plan na ucieczkę miałem już dawno, chciałem wykorzystać go dopiero, gdy będzie dopracowany w stu procentach. Tak, bym mógł zabrać ze sobą Blaska. Nigdy bym go tu nie zostawił. Nigdy.

[1007 słów]
[przyznano 20%]

Od Cienia

tw: drażliwe opisy
Retrospekcja 1, 12 księżyców temu

To wszystko stało się tak dawno temu, ale pamiętam, jakby było wczoraj. Wydarzyło się po treningu z Ojcem, szczególnie brutalnym w porównaniu do ćwiczeń z resztą mentorów. Mały, trzęsący się jak galareta Blask, w sumie tak, jak zwykle i mrożące krew w żyłach spojrzenie mojego ojca. Chwycił go wtedy za kark i cisnął nim o ziemię, bo znowu coś mu nie pasowało, jakby nie patrzeć tak, jak ciągle. Blaska nie lubił najbardziej z nas, jakkolwiek żadne z nas nie było darzone przez niego sympatią i to z wzajemnością. A ja nienawidzę i nienawidziłem go szczególnie. Wtedy, gdy to zrobił, krew zagotowała mi się w żyłach i rzuciłem się na tego durnia, orając mu świeżo naostrzonymi pazurami kark i pysk. Pamiętam to uczucie triumfu, gdy syknął z bólu, gdy moje kły wbijały się mu w skórę. I ten smak ciepłej, świeżej krwi na języku. Lubiłem jej smak. Po tamtym zdarzeniu został mi ślad, w postaci długiej blizny na prawym oku, a po tym, jak mnie wtedy sprał na kwaśne jabłko bolało cały księżyc, ale było warto. Nigdy nie pozwoliłbym mu bezkarnie krzywdzić Blaska, który jest jedynym niewinnym stworzeniem, w tej bandzie bezdusznych morderców. Brzydziłem się nimi i brzydzę się sobą, bo prawda jest taka, że jestem jak oni. Też zabijałem. Też raniłem. I czerpałem z tego wielką satysfakcję, przyznaje się do tego. Blask uważa mnie za lepszego, ale jestem tak samo okropny. Tak jak reszta gangu, byłbym w stanie zabić kogokolwiek ot tak dla zabicia, tak jak reszta grupy, byłbym w stanie kogoś zbić i zostawić by się wykrwawił, chłepcząc jego krew z kałuży. Nie jestem nikim wyjątkowym. Jestem niczym. Jestem Cień. Podły, zły, seryjny morderca i bezczelny łgarz bez skrupułów oraz zahamowań. Tym jestem.
[276 słów]
[przyznano 6%]