Przeszłość, niedługo po narodzinach
Próbowała przechwycić jakieś wyrazy, które się powtarzały, najbardziej powtarzało się "kociak", "kociaki", może to samo słowo, które dziwnie brzmiało. Co ono oznaczało? Co się określało tym słowem? Mała główka zaczęła pracować i odgadywać po swojemu co mogło to znaczyć, bez jeszcze otwartych oczu, gdzie jedynie co mogła ujrzeć to ciemność. To słowo w różnych tonacjach chodziło jej po głowie. Wszystko zdawało się jednak popsuć, gdy pojawił się głośny przebijający się syk. Po nim następnie do uszu już nie docierały przyjemne, sklejone dźwięki, tylko zdominowały je słowa, które kłuły jak ciernie, a sam ton był tak nieprzyjemny w słuchaniu, że jej małe futerko się podniosło.
Koteczka zaczęła piszczeć przerażona. Nie wiedziała, co się działo, dlaczego otoczenie nagle stało się dla niej tak wrogie? Następnie do niej jeszcze dołączyły inne równie przerażone piski, które chciały zakomunikować, że mimo tego, że były blisko brzucha matki, to nie czuły się bezpiecznie. Nagle głośne syki ustały, otoczenie wydawało już się umilknąć, a mimo tego, kociak nadal czuł niepokój wraz z rodzeństwem. Coś ciepłego zaczęło ją pieścić po główce.
— Już wszystko dobrze, maluszki, jestem przy was. — Po usłyszeniu matczynego głosu, przestała już piszczeć najgłośniej z rodzeństwa i wtuliła się w matkę, nie zamierzając jej odstąpić na krok.
***
Teraźniejszość
Rybitwa, jak pijany zając, biegała po całym żłobku ze Świetlikiem. Zabawa ta nazywała się gonitwą, była dosyć łatwa. Wystarczyło się ścigać, dopóki się nie zmęczy. Była to jedna z lepszych dla niej zabaw, bo była w tym najlepsza.
— Dzieci, nie biegajcie zbyt szybko! To, że jest pusto, nie znaczy, że możecie tak szaleć. — Rozżarzona Pieśń zwróciła im uwagę, jako ich matka. Świetlik się zatrzymał, a Rybitwa podczas jego ociągania się, zdążyła zrobić drugie kółko i go ominąć.
— Ślimaczysz się jak mewa w wodzie! — zawołała głośno, pokazując swój język bratu. Ten natychmiast się speszył i zaczął ją gonić. Lubiła bardzo to robić, dlatego że jej brat śmiesznie się denerwował przy tym. Nie robiła tego nawet, by być złośliwą. Zazwyczaj Świetlik byl jedynym kompanem do ich misji i zabaw, Krabik rzadko się bawiła, twierdząc, że była zbyt poważna, by się bawić w dziecinne zabawy. Brzmiało to nudno, bo przecież jak można było być takim nudziarzem i leżeć tylko obok matki? Aktualnie Krabik też to robiła przed chwilą, zerkając na nich co chwilę. Czekoladową srebrną kotkę omijało najlepsze, dzięki takiemu nastawieniu.
Bieganie w żłobku nie było łatwe, było wiele przeszkód w postaci karmicielek, gdzie trzeba było przeskakiwać przez koty, lub je omijać na około. Mając przed sobą tyle przeszkód, tym bardziej ta zabawa wydawała się atrakcyjna dzięki takim urozmaiceniom. Wcześniej przeskakiwali Dymówkę i Ciskę, niestety już nie było ich w żłobku, więc musieli po prostu przeskakiwać przez puste legowiska. Kotka szykowała się właśnie do przeskoczenia jednego z szerszych legowisk, wyglądało na to, że musiało być naprawdę dużo kociaków na nim kiedyś. Kotka szykowała się do skoku, ale nagle Świetlik ją przygniótł. Rudzielec szybko zszedł z niej.
— Przepraszam, chciałem przeskoczyć to legowisko, ale coś źle skoczyłem. — Rybitwa otrzepała się z kurzu, chciała już powiedzieć bratu, że prawie zrobił z niej miazgę, ale rozproszyły ją czyjeś kroki. Obróciła się, i zauważywszy Bukową Koronę z wielką kaczką, zawołała;
— TATA! — Od razu podbiegła szczęśliwa do ojca. Świetlik również chciał przywitać ojca. Prawie mu weszła pod łapy. Srebrny czekoladowy kocur odłożył swoją czarną kaczkę na podłoże, uśmiechając się dumnie.
— Widzicie ją? To łyska, sam ją upolowałem z małą pomocą Mysikróliczej Łapy. To znaczy ja polowałem, a ona patrzyła! Ta kaczka była zawzięta, ale ja jedną łapą ją załatwiłem! Dzięki temu możecie zobaczyć moje unikatowe umiejętności łowieckie. — Rybitwa przyglądała się wielkiemu, martwemu ptakowi. Był kilkukrotnie od niej większy, a ile tych piór! Świetlik też podszedł do ptaka, obwąchując jego ogon, by poznać jego zapach. Nawet Krabik wyszła spod łap matki, by przyjrzeć się temu monstrum! Rodzeństwo na pewno było zgodne, że ten ptak to był jakiś rarytas, większy od większości ptaków, jakie widzieli.
— Ale gigant! Zabierzesz nas kiedyś na kaczki? Chciałabym kiedyś taką złowić jak twoja. — Czekoladowa kotka podeszła do skrzydła kaczki, a następnie zabrała się za wyrywanie piór. Tyle tego było, że nie była pewna czy to wszystko się zmieści pod legowisko mamusi, w dodatku nie było to najłatwiejsze. Może więc powinna zacząć je nosić? Takie czarne pióra, na pewno byłyby fajną pamiątką po takiej kaczce. Siłowała się chwilę z piórami, aż wreszcie udało jej się wyskubać kilka lepszych, dłuższych piór i ozdobiła nimi swoje futerko.
<Bukowa Korono?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz