BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cierń (OL). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cierń (OL). Pokaż wszystkie posty

09 marca 2026

Od Cierń

Żmija już księżyc temu zajęła swoje miejsce w legowisku starszych. Ona jednak nadal nie chciała tego zrobić. Nie była w stanie znieść myśli o wegetowaniu. Dlatego nadal uparcie chodziła na patrole, a kiedy zastępcy nie chcieli jej nigdzie wysłać, wychodziła sama. Tak też było tym razem. Wyszła sobie na zwykłe polowanie, aby rozprostować kości. Długo jej szło wytropienie zdobyczy. Wszyscy mówili, że pewnie jej węch pogarsza się z wiekiem, ale ich nie słuchała. Nie była w końcu jakąś niedołężną staruszką. Była Cierń. Wielką wojowniczką Owocowego Lasu. W końcu udało jej się znaleźć czarnego ptaka. Kruka. Był stary. Chyba już czekał na śmierć. I śmierć go znalazła. Wojowniczka skoczyła na zwierzynę i szybko pozbawiła ją życia. Zamierzała po prostu wrócić do obozu i odłożyć ptaka na stos zwierzyny, kiedy usłyszała kłótnie spomiędzy drzew w Śliwowym Gaju.– Dzisiaj odbędziesz trening siłowy – głos Dereńki był stanowczy. Usłyszała głośny krzyk:
– Nie! Ja chcę dzisiaj polować! – Ten głos oraz wyraźne, następujące po nim tupnięcie nóżką wskazywało na Daglezję. Cierń wysunęła się spomiędzy drzew, od razu zyskując uwagę wnuczki. Uczennica podbiegła do niej wbrew poleceniom mentorki, żeby skupiła się na treningu. Widząc czarnego ptaka zwisającego w jej szczękach, poprosiła:
– Babciu… Mogę ptaszka? – Zazwyczaj Cierń była okropnie podirytowana takim zachowaniem kociaków i uczniów, ale Daglezja była wyjątkiem. Wnuczka była jej oczkiem w głowie i dla niej zdjęłaby nawet gwiazdkę z nieba, żeby Daglezja dostała to, czego chce. Wojowniczka odłożyła kruka na ziemię ku uciesze burej szylkretki. Cierń polizała wnuczkę po głowie, na co ta trochę się skrzywiła, ale nie skomentowała tego ze względu na ptaka w pysku. Po chwili odeszła z powrotem w stronę mentorki uniesiona dumą z udanego “polowania”. Kiedy tak patrzyła na wnuczkę, poczuła się okropnie staro. Nie była już tym młodym kotem buntującym się rozkazom i szukającym przygód. Chciała tylko spokoju ze swoją rodziną. Najwyraźniej przyszedł na nią czas. Zupełnie tak jak na kruka, zwisającego aktualnie ze szczęk Daglezji. W zamyśleniu powoli skierowała się w stronę obozu.

* * *

Miała podejść do Pieczarki i poprosić o ceremonię przejścia do starszyzny. Jednak ostatnia iskierka buntu w jej sercu trzymała ją w wątpliwości. Nie wyruszyła już tego dnia drugi raz z obozu. Jadła tylko i odwiedzała koty, które bardzo wpłynęły na jej życie. Porozmawiała z Wiciokrzewem i popatrzyła na jego kociaki. Wymieniła się obelgami z Żagnicą. Posłała kilka miłych słów w stronę Topoli. Pochwaliła Jaśminowiec za bycie taką kotką, jakiej Owocowy Las jeszcze nie widział. Poobserwowała przez chwilę legowisko uczniów i jej wnuczki znajdujące się w środku. Poplotkowała z Rokitnikiem i ostatni raz zaklęła w kierunku Bukszpana i Ambrowiec. Wieczorem, kiedy była już zmęczona, położyła się na jednym posłaniu ze Żmiją i wtuliła się w jej futro. W objęciach swojej ukochanej partnerki śniła o swoich ulubionych wspomnieniach. Treningi z Topolą, początek znajomości z Rokitnikiem i Żagnicą, pierwsza randka ze Żmiją, wszystkie rozmowy ze swoimi dziećmi, rozmowy z ojcem, jej treningi… i każdy ołtarzyk poświęcony Daglezjowej Igle. Dobrze, że tak to się skończyło.

[*]

Pierwsza moja postać, na której śmierć miałam wpływ haha, świetnie się bawiłam tym narwańcem. Myślałam, że kiedy to napiszę, to zacznę płakać, ale nie mam powodu. Cierń miała swoje problemy w życiu, ale końcowo wszystko wyszło dobrze. I to właśnie mi się podoba najbardziej.

05 marca 2026

Od Cierń CD. Wiciokrzewu

Na początku nie wiedziała co powiedzieć. Nie przywykła do pochwał. A już szczególnie ze strony swojego syna, z którym miała skomplikowaną relację. Milczała przez chwilę, aż nie usłyszała cichego szeptu.
– Hm? – mruknęła. Kocur jakby spanikował.
– Nic…
– Mów, o co chodzi? – zapytała stanowczo, ale z troską. Wiciokrzew zastanawiał się przez chwilę, po czym szeptem zapytał:
– O co chodzi z Bukszpanem?
Cierń położyła uszy z gniewu na dźwięk tego imienia.
– O co miałoby chodzić? – zapytała, starając się z całych sił nie krzyknąć. Uzdrowiciel widocznie skulił się ze strachu. Wzięła powolny wdech, żeby się uspokoić, po czym przytuliła się bokiem do syna. Nie mogła mu tego powiedzieć. Kiedyś się dowie. Ale nie od niej.
– Nie martw się nim. To wronia strawa.

* * *
Teraz

Jej syn był ojcem. Tym razem biologicznym. Kiedy wreszcie sobie uświadomiła, że rzeczywiście ma wnuki i to nie tylko z młodzieńczego romansu swojej córki poczuła się staro. Te kociaki sprawiały, że nie potrafiła się smucić. Pozwoliły jej rozchmurzyć się po śmierci Cienia. Teraz miała je odwiedzić po raz pierwszy. Wcześniej tylko obserwowała je z daleka. Udała się do żłobka razem ze Żmiją. Popatrzyła na niepewnego Wiciokrzewa w obecności dwóch młodych kociaków. Fruczaka aktualnie nie było w żłobku, więc mieli przynajmniej trochę prywatności. Oba kociaki szybko zauważyły obecność dwóch kotek. Podbiegły do nich. Jedno z nich zaczęło polować na ogon srebrnej, drugie zaczęło trącać łapą jedną z roślin przyklejonych do Cierń. Łysa kotka popatrzyła na dwie puchate kuleczki, a potem na Wiciokrzewa. I się uśmiechnęła.

<Wiciokrzew?>

08 grudnia 2025

Od Cierń CD. Czajki

Utrzymała równowagę, kiedy inny kot w nią wszedł. Spojrzała z degustacją na obśliniony i ubrudzony ziemią obiad zwiadowcy.
— Uważaj, gdzie leziesz, młody — zwróciła mu uwagę. Kot popatrzył się na nią oczami dziwnie szczęśliwymi, jak na to, że właśnie wywrócił się i upuścił swój posiłek. Patrzyła się na jeno zdziwiona jeszcze przez chwilę, po czym wyminęła no i poszła dalej.
— Zaczekaj, proszę! — Usłyszała za sobą. Stanęła i obróciła się. Czajka podbiegło do niej.
— Ja chciałom powiedzieć, że podziwiam cię i… — Kot zaczęło żałować swoich słów tak szybko, jak zaczęło to mówić, więc niezręcznie przerwało. Cierń popatrzyła się na jeno, żeby upewnić się, że już skończyło.
— Świetnie, może kiedyś będziesz taki jak ja — rzuciła od niechcenia i poszła sobie.

***

Wróciła właśnie do obozu po randce ze Żmiją. Na szczęście wreszcie się wyleczyła. Najwyraźniej prośba do Daglezjowej Igły działała lepiej niż jakiekolwiek zioło od medyków. Chociaż tego się już spodziewała. Była trochę podirytowana faktem, że Czereśnia wybrał ledwo zdrową kotkę na niemiłosiernie dużą ilość patroli. Podobało jej się myślenie kocura i uważała, że ze wszystkich kotów przy władzy to on najbardziej nadawałby się na przywódcę, ale tego toku myślenia naprawdę nie mogła pojąć. Przynajmniej Żmija była szanowaną zwiadowczynią i chyba nie miała żadnych problemów z natłokiem pracy. Pocałowała partnerkę w policzek i pożegnała się z nią. Już miała przekazać Wiciokrzewowi zwierzynę, którą upolowała specjalnie dla swojego chorego syna, ale poczuła na sobie czyjś wzrok. Znowu ten młody fan. Nie wiedziała, czemu akurat ją sobie upatrzył, ale widać było, że nie zamierza dać sobie spokoju.
— Czego chcesz?

<Czajka?>

08 listopada 2025

Od Cierń CD. Wiciokrzewu

Przed chorobą

Bez namysłu złapała Bukszpana i przyciągnęła go do siebie. Odsłoniła zęby.
— Miałeś nie zbliżać się do mojej rodziny — warknęła. — Następnym razem już więcej nie otworzysz pyska — wycedziła, kłapnęła zębami w ramach groźby i puściła kocura. Ten odbiegł najdalej, jak się dało. Zwykły tchórz. Zobaczyła, że Wiciokrzew skulił się trochę i położył po sobie uszy.
— To nie ma związku z tobą — skłamała, chrypiąc. — Potrzebuję ziół.

***

Czuła się okropnie. Razem z dużą częścią klanu przebywała w izolatce dla chorych. Były to krzaki na granicy ich obozu. Kaszel wymęczał ją tak samo, jak widok chorej rodziny. Wiedziała, że mogą się nigdy nie wyleczyć. I to ją przerażało. Nie widmo własnej śmierci, a śmierci Żmii czy Cienia. Do izolatki wszedł Wiciokrzew. W pysku niósł pęczek roślin. A konkretniej jednego gatunku. Kocimiętka. Instynktownie syknęła. Nienawidziła tej rośliny całym swoim sercem i duszą. Niestety była to jedyna rzecz, która mogła dać jej szansę na przetrwanie. Jej syn rozniósł gałązki, dając je różnym kotom. Na koniec położył jedną przed nią i przed Żmiją.
— Zjedz — wyszeptał cicho. Nie wiadomo czy był przerażony, czy po prostu smutny.
— Nie!- — zaczęła krzyczeć, ale praktycznie od razu zaniosła się atakiem kaszlu. Zwróciła głowę do Żmii. Ta też nie zamierzała zjeść zioła.
— Dasz radę, będę tu w razie czego. — Srebrna wyszeptała do niej. Cierń wiedziała, że partnerka po prostu nie chciała zjeść zioła. Niestety, żeby ją przekonać do wyleczenia się, musiała najpierw sama być zdrowa.
— Wiciokrzewie, nie pozwól, żeby przyszedł tu Bukszpan. Zrozumiano? — powiedziała stanowczo i połknęła liście.

<Wiciokrzew?>

Wyleczeni: Cierń
Wyleczeni (Epidemia OL): Cierń

10 sierpnia 2025

Od Cierń CD. Miodka

– Nie dotknę tego zielska. Wygląda dziwnie, jakby umiało leczyć. Brzydzi mnie to całe zielarstwo. Jeszcze tego mi brakuje, żeby wyglądać jak jakiś durny dmuchawiec – prychnęła. Miodek tylko uśmiechnął się i podsunął ziele powoli bliżej.
– Dobra dawaj to, bo marznę – syknęła i nalepiła roślinę na żywicę na swojej skórze.
– Widzisz? Dmuchawce wcale nie są takie durne!
Wywróciła oczami i ruszyła do obozu, nie czekając na kocura za nią. Mimowolnie jednak uśmiechnęła się lekko. Fajnie było mieć takiego śmiesznego mysiego móżdżka przy sobie.

***

Życie ponownie było do łajna. Z plusów przynajmniej ta nadęta Ambrowiec już nie zatruwała obozowiska. Bukszpan uciekł razem z nią i dobrze. Sama by się go pozbyła, gdyby nie ten okropny mróz. Aktualnie siedziała w żłobku. Do towarzystwa miała tylko Kajzerkę spodziewającą się potomstwa i Żmiję, która co jakiś czas przychodziła do niej. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego siedziała w żłobku. Nie, nie zaciążyła ponownie. Po prostu porą nagich drzew musiała być w jakimś ciepłym schronieniu, a uważała, że przebywanie w legowisku stróżów to ujma na jej honorze. Nie spieszyła się też, żeby przejść do starszyzny, więc i tamtego legowiska nie chciała odwiedzać. Legowisko medyka również nie wchodziło w grę przez jej niezbyt dobrą relację z ciotką. A tutaj przynajmniej miała do kogo otworzyć pysk w intencji narzekania na szamankę. Choć Kajzerka mogłaby trochę wyluzować z tym całym gadaniem o małych łapkach i innych rzeczach dotyczących kociaków. Leżała zwinięta w kłębek przy wejściu do legowiska. Kompanka ciągle powtarzała jej, żeby weszła głębiej, bo jeszcze się przeziębi, ale nie słuchała jej. Żmija miała odwiedzić ją już jakiś czas temu, a nadal jej nie było. Martwiła się. Była więc zmartwioną, klejącą się od żywicy kupką liści o zielonych oczach wypatrujących partnerki. Nagle dostrzegła srebrną sylwetkę w wejściu. To była Żmija. Z pyska zwisała jej ruda wiewiórka. Na tle rudego futra wyraźnie widać było jej długie śnieżnobiałe kły. Cierń podniosła szybko głowę z zainteresowaniem. Żmija odłożyła wiewiórkę przed nią, splatając ich ogony razem.
– Nie przypomina ci to czasów, kiedy byłaś królową? – zażartowała niepewnie. – Zjedz. To dla ciebie.
Cierń położyła łapę na stworzeniu i przesunęła je na bok.
– Nie teraz. Opowiedz mi jak u innych.
Zrezygnowana zwiadowczyni westchnęła, kładąc po sobie uszy z bezsilności. Nie mogła nic zrobić, żeby odwlec Cierń od tego tematu, chociażby na chwilę. Za każdym razem zadawała te same pytania i dostawała te same odpowiedzi.
– Rokitnik narzeka tak jak zwykle, nawet nie wiem, czy to powód jego nowej niepełnosprawności, bycia w starszyźnie czy po prostu bycia sobą. – Srebrna starała się przeciągać słowa, tak jak zwykle, ale była zmartwiona i niezbyt jej to wychodziło. Widząc, że Cierń już chciała o coś zapytać, szybko znowu kontynuowała:
– Jaśminowiec świetnie idzie szkolenie, zahaczyłam dziś na patrolu Dereńkę, żeby o to spytać… Co do Cienia… No wiesz, on też nie może wychodzić teraz z legowiska. Jego trening może być trochę opóźniony.
Nie przejęła się tym za bardzo. To jej syn. Będzie silnym wojownikiem.
– A co z Wiciokrzewem? – spytała ewidentnie zmartwiona stanem pierworodnego. Żmija pokręciła tylko smutno głową.
– Nadal się nie obudził.
Przeklęła pod nosem Świergot. Zaniedbuje chorych, bo woli sobie szkolić uczniów. Nie mogła stracić syna tak samo, jak ojca. Żmija zaczęła ją pocieszać, ale wtedy została wezwana na kolejny patrol. Cierń przeklęła również Gruszkę. Głupia zastępczyni naprawdę nie potrafi zapamiętać, kto już przed chwilą był na patrolu? Była wkurzona. Na wszystkich i na cały świat. Nawet na głupią wiewiórkę, która miała czelność tak wpatrywać się w nią nieruchomymi oczami.

<Miodek? Przyjdziesz uspokoić wkurzoną kupkę liści?>

17 lipca 2025

Od Cierń CD. Miodka

— Przestań zadawać głupie pytania. I nie wplątuj w to Żmii — warknęła. Wiedziała, o co chodzi Miodkowi. Zgadzała się z nim. Tylko problem nie w tym, że zaatakował. Problem w tym, że sprowadził na siebie kłopoty. Patrząc na to, że była jego mentorką nie świadczyło to zbyt dobrze o niej. Chociaż według niej za to odpowiadało klifiackie przygotowanie do życia w społeczności. Eh te Klifiaki. Splunęła na samą myśl o nich. Jedyne co robili to lali wodę na temat tych swoich gwiazdek. A kiedy tego nie robili, pakowali się w bójki na zgromadzeniach.
— Ale byłoby tak, prawda? — Kocur zapytał, patrząc się na nią.
— A chcesz się przekonać?! — krzyknęła na niego. Tłum kotów nie zareagował przyzwyczajony do jej wybuchowego temperamentu. Tylko Orzeszek idący przed nimi zjeżył futro. Podsłuchiwał.
"Kanalia, nawet szkolenia wojownika nie potrafił ukończyć i nie ma na tyle honoru, żeby nie wściubiać nosa w konwersacje innych" — pomyślała.

* * *

Pora opadających liści. Było coraz chłodniej. To ostatnie kilka księżyców, kiedy mogła polować przed porą nagich drzew. Potem było za zimno, żeby wychodziła z legowiska. Dlatego, żeby nie była obciążeniem dla klanu, w Porę Opadających Liści miała wyjątkowo dużo patroli i innych zleceń. Był wieczór. Dopiero teraz mogła przejść się na spacer przez nawał obowiązków. Przydałoby jej się trochę roślin do przyklejenia na skórę, zanim już takich nie będzie. O tej porze było szczególnie łatwo zbierać materiał na "futro". Drzewa gubiły liście, a co za tym idzie, odpowiednie znaleziska leżały wszędzie na ziemi. Siedziała sobie niedaleko obozu, przyklejając do siebie pojedyncze liście. Nagle usłyszała głos.
— Potrzebujesz pomocy?
Westchnęła. To znowu on.

<Miodek?>

Od Cierń CD. Wiciokrzewu

TW wzmianki o przemocy domowej

Jej ciało przeszedł dreszcz. Chłodu czy przerażenia? Nie było to w tym momencie ważne. Wiciokrzew jej najstarszy syn stał tam. Z jedną łapą ubrudzoną czerwienią. Lecz nie była to krew. Widziała, jak wygląda szkarłatna ciecz wielokrotnie po kłótniach z matką. Tego nie dało się pomylić. Powiodła wzrokiem za jedną czerwoną jagodą, która potoczyła się trochę dalej od ucznia. Nienawidziła medycyny i zielarstwa najbardziej z jakiejkolwiek dziedziny szkolenia, ale wiedziała, co to jest. Trucizna.
— Skąd ty to masz? — warknęła cicho. Ktokolwiek dał to jej synowi, nie mógł wyjść z tego cało. Nieważne czy wyrzucą ją za to z Owocowego Lasu. Jej podejrzenia od razu skierowały się na Świergot. Nie ufała ciotce, od kiedy Gęgawa odszedł. Jednak, zamiast wypowiedzieć jedno imię, liliowemu zaszkliły się oczy. Podkulił ogon pod siebie i zaczął się trząść niczym jego młodszy brat.
— Ja… to… ja… prze… prze… przepraszam — wyjąkał, starając się nie zacząć płakać, żeby nie wyjść na tchórza. Zacisnął mocno powieki i spuścił głowę. Cierń wiedziała, co teraz czuje jej syn. Przygotowywał się na ból. Na cios. Znała to. Wspomnienia wróciły. Kuliła się jako kociak, krzycząc "Przepraszam", kiedy Łuska rozdzierała jej delikatną skórę. Ten ból, to poczucie zawodu samą sobą, ta samotność, widok Murmur stojącej tam tylko bezczynnie…
"Życie zadaje ci ból, dopóki nie jesteś na tyle silna, by oddać go innym" — pomyślała. Tego została nauczona. Ciągłym wyśmiewaniem, krzywdzeniem, poniżaniem, bólem… Nie. Nie mogła tego zrobić. Nie w takim momencie. Wiedziała, jak to jest. Też czuła się tak po śmierci ojca. Ale miała dla kogo żyć. Miała Wiciokrzew. Kogoś, kto jej potrzebował. Teraz miała Żmiję i jeszcze dwójkę dzieci. Miała rodzinę. Ale Wiciokrzew teraz nie miał nikogo. Nie miał przyjaciół, rodzeństwa, ojca. A ona nigdy nie była dla niego szczególnie życzliwa. Chciała być wymagającą matką, żeby coś osiągnął. Ale najwyraźniej to była kolejna z jej porażek. Podeszła do syna. On się nie ruszył. Nadal był przerażony. Polizała go po głowie jak matka myjąca swoje dziecko.
— No już, spokojnie — wyszeptała. — Wszystko będzie dobrze.

<Wiciokrzew? To nasz wholesome moment! (o ile na takim tle może być wholesome)>

22 kwietnia 2025

Od Cierń CD. Miodka

— Ta, dzięki… — burknęła, zabierając pióra i próbując przyczepić je sobie do skóry, w miejscu, gdzie było więcej żywicy, po czym zasnęła, nie chcąc słuchać tych wszystkich ckliwych słówek, jakie do siebie kierują Miodek i Migotka.

* * *

— Wstawaj na patrol śpiochu — warknęła na kocura dziwnie powyginanego w swoim posłaniu. Po chwilowym braku reakcji trzepnęła go łapą. — Ty żyjesz? Wstawaj!
— Auć! — zaskomlał dramatycznie czekoladowy — Po co te nerwy Cierń?
— Nie filozofuj mi tutaj. Rusz zadek, idziemy na patrol — powiedziała i zeszła z drzewa, dołączając do Listka, Lnu i Kolendry. Po chwili dotarł do nich też oczywiście nasz śpioch, którym był nie kto inny, jak Miodek.
— Wybaczcie moje spóźnienie państwo, lecz potrzebowałem chwili, by doprowadzić się do porządku i…
— Przestań memłać tym językiem. Wyruszamy na granicę z terenami niczyimi od strony Klanu Wilka. Pamiętajcie, by zachować ostrożność. Ostatnio dużo podejrzanych rzeczy dzieje się u nas. Co prawda jesteśmy dużą grupą, ale chyba nie muszę przypominać incydentu z borsukami. Nikt nie odłącza się na wyłączność od grupy. Idziemy sprawdzić granicę i wracamy. Polowanie odłóżcie sobie na później.
Wszyscy skinęli głową, a przynajmniej nie protestowali. Miodek chciał jeszcze powiedzieć coś (pewnie okropnie błyskotliwego) przed wyjściem, ale Cierń szybko ucięła mu wypowiedź.

* * *

Szła przodem. Minęli właśnie owocowy lasek.
— Mentorze czy mogę zapolować? — Usłyszała pytanie od jedynego ucznia skierowane w stronę Listka. Stanęła i zmroziła go wzrokiem.
— Ty lepiej dyscyplinuj swojego ucznia, bo jego zachowanie zdecydowanie nie nadaje się na kota Owocowego Lasu — warknęła na Listka — Oznaczcie granicę, jak młodziak tak bardzo chce się popisać swoim geniuszem, to powodzenia. — Pójdę z nim.
Poszła więc razem z uczniakiem, zostawiając grupę i cofając się do Owocowego Lasku. Tam usiadła i obserwowała poczynania młodszego. Przez chwilę węszył, skradał się, jednak szybko gubił trop. Po chwili uznał, że dziupla, którą udało mu się wypatrzyć, jest jedynym ratunkiem z tej kompromitującej sytuacji. Powoli zaczął wspinać się na drzewo jednak, zamiast wrócić z ptakiem do zjedzenia, przyniósł tylko niebieskie jajko.
— Gratulacje geniuszu. Idź z tym do Ślimaka i Bryzy, to na pewno się ucieszą. — Popchnęła go w stronę reszty patrolu. Kiedy przyszli rzuciła zagniewane spojrzenie Listkowi. — Może zajmij się nauką swojego podopiecznego. Chciał nam tutaj podać jajko. Mało mu nie zwiało! — zakpiła.

<Miodek?>

21 kwietnia 2025

Od Cierń CD. Czernidłaka

Powiodła za młodszym spojrzeniem. Chyba lepiej, żeby udał się do medyka. Uszy rzeczywiście mu nie działają. Ewentualnie mózg, ale tego chyba w lecznicy nie potrafią wyleczyć.

* * *

— No chodź Cierń, nie marudź.
— Idę, idę… — Żmija wyciągnęła ją na spacer, by wreszcie trochę bardziej się poruszała; jak można się domyślić, Cierń nie była zadowolona. Cierń nigdy nie jest zadowolona. Przynajmniej taka opinia krążyła po Owocowym Lesie od czasu zniknięcia Murmuracji wiele księżyców temu. Nikt tak naprawdę nie przyglądał się jej zachowaniom. Nie licząc jej dzieci, które i tak spędzały większość czasu na treningach. Niby gadała jeszcze z Rokitnikiem i Żagnicą, ale ich relacja nigdy nie bazowała na prawdziwej przyjaźni. Bardziej na wykorzystywaniu jej, by wyplątać się z kłopotów. Teraz to już nie działało. Królowa Daglezjowa Igła, władczyni Owocowego Lasu dawno znajdowała się już niewiadomo gdzie. Dużo kotów zapomniało o niej, skupiając się na codzienności. Cierń jednak, jako wierna uczennica oczyszczała grób zmarłej, nadal budując jej co jakiś czas ołtarzyki. Chciała jakkolwiek móc przysłużyć się rudej. Wiedziała, że nie miała już szans na pozycję zastępczyni. Nieważne jak często chodziła na patrole. Jej czas świetności już przeminął. Przynajmniej Żmija nadal przy niej czuwała, pocieszając partnerkę i nie pozwalając, by ta pogrążyła się w nostalgii i rozpaczy. Dotarły do śliwowego gaju. To miejsce było… Specyficzne. Wiązało się z masą wspomnień. Tych złych i… Głównie tych złych.
— Hej patrz! — Żmija, balansując na gałęzi śliwy, zajrzała do dziupli w drzewie.
— Ja tam nie wejdę — oświadczyła stanowczo Cierń. Srebrna tylko wyjęła coś z dziupli i bardzo ostrożnie i powoli zeszła z drzewa. Położyła przed nią owalny przedmiot. Jajko pleszki.
— Dla ciebie przyniosłabym nawet gwiazdę z nieba, gdyby tylko znalazło się wystarczająco wysokie drzewo.
Już chciała przewrócić oczami i odparować coś typu "daruj sobie", gdy zwiadowczyni wtuliła się w nią. Uśmiechnęła się tylko lekko.
— Dziękuję — wyszeptała.

* * *

Siedziała sobie w obozowisku, jedząc zwierzynę. Podszedł do niej Czernidłak. Czego on znowu może chcieć? Może Rokitnik i Żagnica popatrzyli na niego dzisiaj? To byłoby straszne!

<Czernidłak?>

25 lutego 2025

Od Cierń CD. Miodka


- Żałosne, to jest twoje podejście do życia. Kolorowe ptaszki na niebie i pachnące kwiatki nie wyżywią naszej społeczności. Świat nie jest piękną oazą życia. Świat jest okrutny. Ja to wiem i to dlatego to ja cię uczę, a nie ty mnie - warknęła. Miodek cofnął się trochę, jakby myśląc nad tym czy ucieczka jest w tej chwili rzeczywistą opcją, po czym podszedł do niej nadal z uśmiechem na pysku.
- Co się szczerzysz?! Idź polować dla tej swojej panienki
- Ale ja teraz muszę pomóc tobie
- Zjeżdżaj! - syknęła. 
- Ależ, po co te nerwy mentorko! Mamy piękny słoneczny dzień! Uśmiechnij się! - Walnęła swoim łysym ogonem o ziemię jak biczem. Ten gość tak ją irytował. Bardziej od Żagnicy, co już jest sukcesem. 
- Ja bym cię najchętniej odstawiła do tych twoich koleżków z klifów, ale wtedy to ja siedziałabym u Sówki za karę. Więc rusz swój nędzny tyłek i złap coś dla swojej pięknotki,  a potem wracamy
Miodek nie odpowiedział, najwidoczniej wiedząc, że wszelkie inne zaczepki dzisiaj już nie skończyłyby się dobrze. Wszyscy wiedzieli, że spróbuje jutro.

***
przed porodem

Dni w żłobku okropnie jej się dłużyły. Zupełnie tak jak wtedy, gdy mieszkała tu z Wiciokrzewem. Teraz na szczęście nie było tu denerwującej Ambrowiec. Tylko te wścibskie kuleczki, dzieci jej ucznia. Codziennie słyszała pytania "Czy ty jesteś ptakiem, skoro masz pióra?" Albo "Czy mogę pożyczyć od ciebie ten listek do zabawy?" Wszystkie pytania oczywiście dostawały odpowiedź przeczącą i dodatkowe "Nie zawracaj mi głowy". Jedyne momenty, które nie określała katorgą, były te, kiedy Żmija przychodziła do niej, albo kiedy Wiciokrzew uznał, że przyniesie matce zwierzynę. Oprócz fajniejszych od normy momentów były te gorsze. Tak jak właśnie ten.
- Dzień dobry mentorko! Cześć kochanie! - przywitał się Miodek wchodząc do żłobka głośno się witając. Oczywiście od razu został zaatakowany przez trójkę swoich dzieci za to, że się z nimi nie przywitał. Cierń patrzyła tylko na to wszystko z politowaniem.

<Miodek?>

13 lutego 2025

Od Cierń CD. Jeżyny

Ostatni odpis

- Nie potrzebuję pomocy. A już na pewno nie takiej smarkuli jak ty - miauknęła. Jeżyna cofnęła się urażona.
- W takim razie ja już sobie pójdę.
- Spływaj - syknęła.
I młodsza kotka odeszła.

***

Wychodziła z legowiska medyka po kolejnej kontroli dotyczącej jej nienarodzonych kociaków. Nie lubiła tam przebywać. W towarzystwie tych wszystkich pseudo medyków. Jak dla niej każdy, kto grzebał w ziółkach, albo ćpał albo był zdrajcą. Miała dość tego uśmiechu na twarzy ciotki, kiedy mówiła jej “Cierń, znowu będziesz mieć wspaniałe kocięta!”. “Będę mieć, ale to nie twój interes” warknęła w myślach. Pomocnicy Świergot też nie byli lepsi. Za każdym razem jak patrzyła na Orzeszka, widziała tylko słabość. Mógł być dobrym wojownikiem. Jej przepustką do zostania zastępczynią. Ale wybrał życie słabeusza. A ten Puma… Strachliwy jak wszystkie niedorajdy. Okropnie działał jej na nerwy. Żmija ewidentnie zauważyła nienajlepszy nastrój swojej partnerki i otarła się o nią.
- Nie denerwuj się, Cierń. Wszystko będzie dobrze - zamruczała. - Muszę iść na patrol. Poradzisz sobie.
- Przestań mnie traktować jak małego kociaka! - Cierń gdyby mogła, nastroszyłaby sierść.
- Spokojnie, złość piękności szkodzi - rzuciła zwiadowczyni i odeszła. Ten głupi, kochany mysi bobek. Podeszła do stosu zwierzyny i wzięła pierwszą lepszą zdobycz. Usadowiła się niedaleko żłobka i zaczęła jeść. Nagle zobaczyła, że Jeżyna na nią spogląda.
- Na co się gapisz, młoda?!

<Jeżyna, nie gap się>

02 lutego 2025

Od Cierń

*kilka księżyców temu*

A to co za ciekawostka, wreszcie dostała kolejnego ucznia. Co prawda tylko tymczasowo, bo umiał już walczyć i polować, ale i tak. Problemów było kilka. Po pierwsze, delikwent, za którego miała świecić oczami, był byłym Klifiakiem, po drugie był tak wkurzający, że chciała wyrwać mu język, po trzecie właśnie został ojcem, więc przez cały czas rozpływał się i myślał tylko o nich nie mogąc skupić się na treningach. A to sprawiało, że była ich dwójka. Cierń nie musiała go za dużo uczyć, czyli przez większość czasu po prostu chodzili sobie rozmyślając o swoich problemach i innych sprawach. Sprawa Rokitnika i Żagnicy oraz tego srebrnego dziwadła, które wślizgnęło się do ich grupy niczym wąż, od którego miało imię, męczyła ją po nocach. Ciągle myślała tylko o tym. „Czy ona mnie zastąpi? Czemu jeszcze jej nie spławili? Jak mogą pozwalać jakiejś przybłędzie siedzieć razem z nimi?” to jedne z odłamków góry wątpliwości jaka aktualnie piętrzyła się w głowie Cierń. Przeżuwała kęs kosa patrząc się tępo przed siebie. Żagnica i Rokitnik poszli sobie gdzieś, pewnie znowu na ich „randkę” polegającą na wymyślanie na siebie najgorszych wyzwisk jednocześnie przytulając się gdzieś o zachodzie słońca. Nagle w pole jej widzenia wślizgnęła się srebrna pręgowana sylwetka.
- Cześć Cierń - powiedziała Żmija chyba starając się brzmieć przyjaźnie, jednak osiągnęła odwrotny efekt. Cierń poczuła się niczym zwierzyna. Coś czuła, że duże uszy kotki wyłapią każdy dźwięk będący oznaką niepokoju lub strachu. Do tego, kiedy tamta mówiła, łysa zwróciła uwagę na długie kły. Czy ma to odebrać jako atak? Czy ona też zginie poprzez ugryzienie Żmii? Lecz w przeciwieństwie do jej ojca nie będzie to żaden gad? Skąd ma wiedzieć co przyjdzie temu pchlarzowi do głowy. Szybko ogoniła te myśli. Umie się bić. Poza tym Żmija wydawała się typem bawiącym się swoją ofiarą.
- Co tu robisz? Chyba ogarnęłaś, że jesteś okropnie nieużyteczna? Czy pomóc ci w zakuciu tego w tym twoim małym móżdżku?
Chyba miałaś na myśli bezużyteczność. Jak szkoda, że nie potrafisz zapamiętać jak się wymawia jakieś słowo nawet jak masz je wypisane na pysku
Zacisnęła zęby. Ona nie miała prawa! Zamachnęła się łapą bez pazurów, lecz jej przeciwniczka uchyliła się. No tak. Ten cios nie był najlepszy.
Spokojnie koteczku - zaśmiała się zwiadowczyni uderzając ogonem w jej policzek i wbijając w nią swoje intensywnie żółte oczy. Co za kompromitacja! Dobrze, że tych dwóch mysich móżdżków tu nie ma, bo już by się spaliła ze wstydu. Uświadamiając sobie, że powinna zareagować po prostu wstała gwałtownie i odeszła bijąc ogonem na boki.

***

Starała się unikać tej Żmii najbardziej, jak tylko się dało. Na patrolach było to łatwe, gdyż była ona zwiadowczynią w przeciwieństwie do Cierń i jej znajomych, którzy byli wojownikami więc rzadko się mieszali. W codziennej rutynie też nie wchodziły sobie za bardzo w drogę. Miały oddzielne legowiska i oddzielne obowiązki. Problem był, kiedy Cierń chciała pogadać ze znajomymi. Rokitnik i Żagnica akceptowali charakter tej glisty więc mogła sobie siedzieć i gadać ile chciała a ona nie mogła nic z tym zrobić. Nowym nawykiem było więc zgłaszanie się do dodatkowych patroli albo dłuższe treningi z tym klifiakowym łamagą. Teraz właśnie wychodziła z obozu, żeby się przejść. No tak pogoda niezbyt sprzyjała. Upał i te sprawy. Ale dla kota bez futra był to naprawdę dobry klimat. Wszyscy narzekali na temperaturę i posklejane futro, podczas gdy ona aktualnie miała porę roku, w której nie musiała obklejać się roślinami (co nie znaczy, że i tak tego nie robiła. Po prostu przyklejała ich mniej). Wpadła na Rokitnika i swojego syna wracających z treningu. Posłała uśmiech w stronę Wiciokrzewa niosącego mysz w pysku.
- Wiciokrzew idź do obozu. Dorośli chcą pogadać - prychnął Rokitnik, na co przewróciła oczami. Jej syn skulił się trochę i umknął szybko w stronę obozu.
- Czego chcesz Rokitnik? - zapytała z udawaną ignorancją. Tak naprawdę każda interakcja z nim ją interesowała. Mimo wszystkiego co zrobił nadal była w nim zabujana. Nienawidziła siebie przez to. Czuła obrzydzenie. Do samej siebie. Wiedziała, że nie jest nią zainteresowany. A i tak pragnęła jego uwagi, jak jakiś żałosny kociak.
- Co jest między tobą a Żmiją? Masz do niej jakiś problem? Bo to zaczyna wkurzać i mnie i Żagnicę
- Problem? Ja nie mam problemu - miauknęła niezbyt przekonująco. Rokitnik przybrał jeden z tych uśmieszków, po których możesz poznać, że chyba jednak nie chcesz usłyszeć, co ma do powiedzenia.
- Podoba ci się co?
Aż się zakrztusiła.
- Że co?! - Ona i ten gad miałyby być razem? To chyba jakiś żart! Wojownik tylko parsknął i patrząc na nią znacząco, bez słowa się oddalił.

***

Ona miała być ze Żmiją? Żmija miała być jej partnerką? To niedorzeczne? Co nie…? Jej głowa aż dymiła od rozmyślania. Może rzeczywiście… Nie! Nie ma szans! Ona próbuje ją omamić! Nie! Nie! Nie! Koniec! Ona i Żmija nie będą razem! Nigdy!
- Co oni wszyscy sobie wymyślili?! - mamrotała, chodząc po obozie.
- Czy ty kiedykolwiek siedzisz cicho, czy ciągle coś piszczysz jak mysz? - usłyszała znienawidzony głos.
- Gdybyś tylko-
- Z wyrazami szacunku, nie obchodzi mnie to, szczurze
Przycisnęła córkę Anakondy do ziemi i położyła łapę na jej piersi. Ta jednak tylko uśmiechnęła się lekko. Czy to była kpina? Sukces? Ale jaki? Popatrzyła w jej żółte oczy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Były tak… spokojne. Czy ona się zarumieniła? Nie… chyba nie… 
Puściła zwiadowczynię i odeszła z miejsca. Musiała wszystko od nowa przemyśleć.

***

Rokitnik był ostatnio z jakiegoś powodu bardzo podirytowany. Tak, łatwo było go rozdrażnić, ale nigdy nie utrzymywało się to aż tak długo. Coś musiało być na rzeczy. Uznała, że najlepiej będzie go teraz unikać. Skąd ma wiedzieć jak będzie na nią reagował. Ona sama z resztą potrzebowała przemyśleć dużo rzeczy. W samotności. Zostawić za sobą gwar obozowiska. Uznała, że najlepiej będzie się udać do Śliwowego Gaju. Tam jej się myśli najlepiej. Co prawda raz nie wyszło to za dobrze… ale naprawdę potrzebowała odosobnienia. Nagle poczuła obecność innego kota. Rokitnik.
- Wszystko u ciebie w porządku? - rzuciła. 
Z gąszczu krzaków wyszedł najeżony kocur.
- Czemu cię to w ogóle obchodzi?! Nadal aż tak ci na mnie zależy? Myślałem, że już sobie dałaś spokój. To jest żałosne
Zmarszczyła brwi.
- O co ci chodzi?
- Myślisz, że jestem głupi?! Że nie zauważyłem? Podobam ci się ja to wiem! Ale mi podoba się Żagnica. Nie ty. Nie potrafisz tego zrozumieć?! Nie podobasz mi się. Nigdy nie spodobałby mi się łysy szczur. Żadnemu kocurowi się nie spodobasz. Czemu nie potrafisz tego zrozumieć i po prostu pilnować własnego tyłka?!
Zrobiła krok w tył oszołomiona tym wszystkim. Co…? 
„Żadnemu kocurowi się nie spodobasz.” dzwoniło jej w uszach. Niestety, zanim Rokitnik otrząsnął się z emocji i miał szansę się wytłumaczyć, Cierń już znikła.

***

Żadnemu kocurowi się nie spodobasz. Żadnemu…żadnemu… Miała już ponad sześćdziesiąt księżyców, a nadal nie znalazła miłości, której tak bardzo potrzebowała. Więc leżała tylko zwinięta w kłębek na swym posłaniu, jak kociak rozpaczający z powodu braku kotów do męczenia. Apatia na nowo jej się udzieliła. Skoro do tego czasu nikt jej nie pokochał… to już chyba nie ma szans. Ten czas chyba już minął. Odwiedzała ostatnio grób ojca. Brakowało jej go. Chciała jeszcze raz usłyszeć ten głos, wołający ją. Teraz była sama. Był Wiciokrzew, ale on nie był wsparciem. To ona musiała być silna dla niego. Żeby on czuł się dobrze. Żeby wyrósł na silnego wojownika. Żeby on miał lepsze życie. To ona musiała teraz wszystko dźwigać na swoich barkach. Podczas pobytu w obozie wielokrotnie Rokitnik próbował do niej podejść. Usuwała mu się po prostu z drogi. Jeżeli go kochała, musiała uszanować jego decyzję. Nie ważne jak bardzo to bolało. W sumie… czy ona go w ogóle kochała? Nieważne jak okrutnie to zabrzmi, ale dopiero to, co jej powiedział pomogło jej przestać o nim myśleć. Lub przynajmniej nie myśleć o nim w taki sposób. Bo nie chciała być żałosną porażką. Łysą pokraką. Wybrykiem natury. Nie przychodziła praktycznie do obozu. Nie chciała nikogo widzieć, słyszeć, rozmawiać. Siedziała w samotności aż ktoś się do niej nie przysiadł. Żagnica.
- Rokitnik naprawdę…
- Miał rację. 
Żagnica spojrzał na nią, chyba nie wiedząc, co powiedzieć. Umiał ją wyśmiewać, nie pocieszać.
- Nie powinnam z nim być
- Nie. Nie powinnaś. Ale nikt przecież nie zastąpi nam szczura. Zawsze będziesz tą, która nas ratuje. Ale nie każ mi tego mówić przy Rokitniku, bo przysięgam spuszczę ci łomot mysi bobku!
Co dziwne, pomogło jej to. Nie było to normalne pocieszenie, ale jej wystarczyło. Te ptasie móżdżki to byli jej jedyni znajomi. I najlepsi.

***

Obudziła się w swoim posłaniu słysząc jakieś kłótnie. To często zdarzało się w Owocowym Lesie, ale coś jej mówiło, że lepiej jednak zobaczyć co się dzieje. Ostrożnie zeszła z drzewa i zobaczyła nastroszonych Żagnicę i Rokitnika. Oczy niektórych obserwatorów teraz powędrowały również w jej stronę.
- Och! Czyli taki masz gust, tak? Jednak lubisz kotki, co?
- Rokitnik, co ty do lisiego łajna wygadujesz?! Przecież to tylko znajoma! Kocham cię ty pchli móżdżku!
- Czyli nadal będziesz kłamał. Świetnie! Oboje możemy grać w tę grę - Rokitnik wyciągnął Żmiję z tłumu. Ta nie dawała nic po sobie poznać, ale Cierń podejrzewała, że była równie zdezorientowana, co każdy. - Skoro tak, Żmijo czy będziesz moją nową partnerką?
Członkowie społeczności wydali zduszony okrzyk zdumienia. Była samotniczka uśmiechnęła się, omiotła spojrzeniem zebranych i przysunęła się do boku kocura. No tego się nie spodziewała.

***

Od tamtego zamieszania minęło kilka dni. Żagnica chodził przygnębiony, a ona niezbyt miała jak mu pomóc, bo każdy kontakt z nim mógłby być uznany za potwierdzenie ich tajnego romansu. No to sobie ktoś wymyślił! Rokitnik ze Żmiją kiedy każdy inny widział starali się siedzieć w miarę blisko siebie, ale widać było że oni też są w tym wszystkim zagubieni. Nagle podeszła do niej Żmija.
- Hej Cierń. Chcesz iść dzisiaj później na spacer? Na razie muszę iść na patrol.
- Ta… może być - powiedziała niepewnie. 
Już nie była do niej tak wrogo nastawiona, ale bez przesady! To nie tak, że już wszyscy żyją długo i szczęśliwie!

***

Po tym, jak zwiadowczyni wróciła z patrolu wyszły na spacer.
- Zamknij oczy. 
- Czemu? - zapytała, marszcząc brwi.
- Po prostu zamknij oczy - syknęła podirytowana Żmija. 
Skonfundowana wojowniczka zamknęła oczy i dała kotce się prowadzić. Po jakimś czasie chodzenia poczuła zimną, śliską nawierzchnię pod swoimi łapami. Otworzyła oczy. Siedziały na skrzydle upadłej gwiazdy.
- O ja… - wyszeptała patrząc na widoki. Niebo traciło ostatnie odcienie złota i przybierało barwę jasnego fioletu. Drzewa niedaleko szumiały rytmicznie. Czuła się magicznie. Chyba rozumiała, o co chodziło z aurą tego miejsca.
- Cierń…czy kiedykolwiek myślałaś o… relacji?
- Że partnerstwo? No tak. A co? - odpowiedziała, nie słuchając za bardzo. Za dużo rzeczy działo się na raz i nie potrafiła się skupić.
- No bo ja…
- O! Podoba ci się ktoś? No powiedz! Nie bądź taka! - przerwała jej, śmiejąc się. 
Żmija popatrzyła na nią z uśmiechem.
- Nie! Cierń! Czekaj!
- Jeżeli chodzi ci o tą sprawę z Żagnicą, to musiała być jakaś plotka. On woli kocury. Poza tym, ja nie spodobam się żadnemu kocurowi. Mam za mało futra. Oni tego nie…
- Ale ja jestem kotką
Spojrzała na nią przez chwilę z wyrazem kompletnej dezorientacji. Nagle zarumieniła się, kiedy zdała sobie sprawę o co chodzi.
- Ja… nie… ten… bo… - w końcu przerwała i po prostu przytuliła się do partnerki. - A co z Rokitnikiem? - dodała po chwili.
- Spokojnie. On o wszystkim wie - Żmija przerwała na chwilę, po czym zapytała: - Kto ci nagadał o tym, że nie jesteś ładna?
- Ech… Rokitnik… ale on był po prostu zły, to nic takiego…
- Jasne nic takiego… - mruknęła Żmija, otulając ją swoim długim ogonem.

***

Rokitnik chyba był na patrolu, więc uznała, że spróbuje wyjść na krótki spacer z Żagnicą i jakoś go pocieszyć. W końcu musi mu być bardzo trudno.
- Jak to znosisz? - po pytaniu usłyszeli coś. 
- Jak mogłeś! Jesteś wronim ścierwem! To jest to czym jesteś!
Oboje wiedzieli, że muszą tam iść. To nie są zwykłe rozmowy, które można mieć z każdym, po czym odejść w spokoju, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Ostrożnie wsunęli się w paprocie obok miejsca z którego dobiegał dźwięk. Ujrzeli kłócących się Rokitnika i Żmiję. Srebrna wysunęła pazury i wyskoczyła. Cierń szybko wyskoczyła z krzaków i wybiła zwiadowczynię z lotu.
- Cierń…? Co- Co ty tu robisz?
- Ratuję mojego przyjaciela.
- Zwyzywał cię! Zranił!
- Ale to nadal mój przyjaciel. 
Była samotniczka położyła po sobie uszy ze strachu i podkuliła ogon.
- Ja…
- Później o tym porozmawiamy. Wracajmy do obozu.

***

Od tamtego incydentu minęło trochę czasu. Żmija przepraszała ją wiele razy i powyjaśniały już sobie trochę rzeczy. Rokitnik też nie był bardzo źle nastawiony. Po prostu jakby wszyscy uznali, że to się nie wydarzyło i po prostu zaczęli z tego żartować. Rokitnik i Żagnica się pogodzili. Cierń siedziała na swoim posłaniu na drzewie wojowników oczyszczając swoją skórę z kurzu. Usłyszała, że ktoś wspina się na drzewo. Podeszła do niej Żmija i splotła swój ogon z jej ogonem.
- Nie jesteś na mnie zła?
- Nie, wszystko dobrze. Chciałaś mnie tylko chronić. Tylko następnym razem rób to inaczej, a nie atakuj moich przyjaciół! - zaśmiała się.
- Ech… tak… to rzeczywiście lepszy pomysł…

*teraz*

Kochała Żmiję. To był nowy sens jej życia. Zasypiała wtulona w nią, budziła się wtulona w nią. Dzieliła z nią zwierzynę, chodziła na spacery, rozmawiała, śmiała się. Życie było piękne.
- Podaj mi to - miauknęła do partnerki, po rozsmarowaniu sobie żywicy na skórze. 
Ta przyłożyła liść do jej skóry i przytrzymała chwilę. Coraz częściej musiała przyklejać nowe rośliny, bo przez temperaturę żywica okropnie szybko się topiła. Uśmiechnęła się i zetknęła się nosami ze srebrną, po czym polizała ją za uchem.
- Cierń… czy myślałaś o założeniu rodziny? - zapytała zwiadowczyni patrząc na nią wyczekująco. 
Cierń uśmiechnęła się jeszcze szerzej. 
Teraz dopiero będą żyć długo i szczęśliwie.

31 stycznia 2025

Od Cierń

*Bardzo dawno, chyba pod koniec pory nowych liści*

Jakiś czas temu wyniosła się ze żłobka. Życie znowu wróciło do normy. Nie było już aż tak szaroburo i okropnie. Codzienne przekomarzanki z Rokitnikiem i Żagnicą, okazjonalne treningi z Topolą i inne takie. Wracając z jednego takiego treningu, doznała szoku. Podeszła do “przyjaciół”, żeby ponarzekać Żagnicy na jego lenistwo i żeby spytać Rokitnika o postępy jej syna. Oprócz nich zastała jednak nieznajomego kota. Z zapachu kocura. Kot ten wyglądał dość ładnie… szpiczaste uszy, długi ogon, smukła sylwetka, niebieskie oczy, a to wszystko otulone krótkim, srebrnym futrem poprzecinanym pręgami.
“Byłam długo na treningu, to fakt, ale żeby ktoś w tym czasie dołączył do Owocowego Lasu?” - myślała.
Kto to ma być?
- Cześć Cierń. To jest Żmija, dzisiaj wcześniej znalazł ją patrol i teraz tu jest.
Ją? Czyli kotka, tak? Ale że oni ją polubili? Dziwne.
- Ty to Cierń, jeżeli dobrze rozumiem? Dużo o tobie słyszeliśmy - powiedziała nowa - To znaczy, ja słyszałam.
- Ta…fajnie

***

Ta Żmija naprawdę ją wkurzała. Ciągle gadała z Rokitnikiem i Żagnicą, jakby należała do grupy! I praktycznie nigdy jej nie wyzywali. Przynajmniej nie bardzo. Już raz musiała im wszystkim ratować tyłki. Całej trójce! A jak próbowała uratować tylko Rokitnika i Żagnicę, to zapytali ją czy ma jakiś problem. Tak więc wkurzona wychodziła z legowiska medyka, zostawiając z tyłu pokasływanie Listka i inne dźwięki dochodzące z lecznicy, kiedy podszedł do niej Żagnica.
- Chodź. Idziemy na patrol.
- Zaraz do was dołączę. Muszę szybko z kimś wymienić kilka zdań.
Kocur zostawił ją, a ona podeszła do siedzącej z boku obozu Żmii.
- Nie pasujesz do nas. Jesteś dziwadłem. Poza tym ja, Rokitnik i Żagnica jesteśmy wojownikami, a ty zwiadowcą.
- Każdy z nas jest dziwadłem na swój sposób, nie sądzisz? Większość kotów myśli, że tak przykładowo nieposiadanie futra jest dziwne.
- Zamknij się, ty wronia strawo! - warknęła i odeszła do reszty patrolu.

***

Świetnie. Tym razem wysłali ich, żeby sobie grzebali w śmieciach.
- Gratuluję pomysłu - mruknęła pod nosem, wymijając góry śmieci na śmietnisku. “W sumie, gdyby jakiś psychol chciał kraść czyjeś ciało, chyba najłatwiej byłoby je tu schować. Dużo tu rzeczy, a ten odór mógłby przykryć zapach śmierci” myślała. Skradali się ostrożnie, lawirując pomiędzy odpadami. Miejsce to posiadało dość niepokojącą aurę, więc kilku z wrażliwszych członków patrolu rozglądało się dookoła, jakby zaraz miał na nich wypaść jakiś potwór. Nagle stanęli. Czernidłak dowodzący patrolem po prostu przestał iść. Puma i Topola nadal panikowali.
- Czemu stoimy? - zapytał Żagnica. Cierń powstrzymała się od przyłożenia mu. Zamiast tego fuknęła tylko, żeby zamknął jadaczkę i zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała szelest.
- Lis - usłyszała od jedynego zwiadowcy. Też to poczuła. Piątka owocniaków zaczęła skradać się w kierunku zapachu. Przycupnęli za jakimś starym gratem i wyjrzeli zza swojej osłony. Na początku łysa wojowniczka zobaczyła tylko kitę, potem zaś resztę stworzenia. Rudy drapieżnik w średnim wieku zataczał kręgi. Nie wyglądał jednak, jakby na coś polował. Z położonymi uszami nad czymś rozmyślał. Chyba nawet nie wiedział, że tu są. Zmarszczyła brwi. Dziwne. To zachowanie nie było normalne. Czy naprawdę żadne stworzenie na terenach Owocowego Lasu nie może nie być stuknięte?
- Co z nim jest? - spytała cicho - I kiedy zaczynamy walczyć?
Żagnica schował się z pola widzenia osobnika (który i tak nie był nimi zbyt zainteresowany) przygotowując się na przypuszczenie ataku.
- Ja bym mógł już teraz - zapewnił, uśmiechając się. - A co on robi? Obłąkany jest jakiś, czy co?
Zwiadowca schylił się, również unikając możliwego wykrycia ich obecności. Poruszył nerwowo ogonem, bacznie lustrując wzrokiem rude stworzenie. Przez chwilę jakby się zastanawiał, po czym powiedział:
- Lepiej poczekajmy jeszcze chwilę. Nie wiemy, co mu jest ani co wpłynęło na takie zachowanie - zaczął. - Przepędzimy go, ale dopiero zaraz. Zobaczmy, co zrobi.
Czekoladowy naśladując dwójkę kocurów, również schował się za ich osłoną.
- Czernidłak ma rację... - odparł po chwili, patrząc po pozostałych. - Jeśli zaatakujemy od razu, to nie dowiemy się, co jest z nim nie tak - dodał, poruszając lekko uszami - Wydaję mi się, że może coś ukrywać…
- Nie lepiej iść po wsparcie? Pewnie nie jest sam... - jęknął zlękniony arlekin.
- Zanim wsparcie przyjdzie, zdąży uciec. A wtedy nici z pokonania tej bestii. Trzeba działać szybko - powiedziała, nieświadomie powoli i ostrożnie zbliżając się do drapieżnika.
- Ale z was boi-myszki - cętkowany warknął przedrzeźniająco i wyskoczył w stronę lisa, wysuwając pazury - Do boju!
Puma otworzył szerzej oczy i już otworzył pysk, żeby coś krzyknąć, lecz szybko go zamknął widząc, że Czernidłak zamierza zainterweniować.
Niebieskooki najeżył gwałtownie sierść, a z jego gardła wydobył się głośny, ostrzegawczy warkot, który niestety został zignorowany przez Żagnicę.
- Ty rozlazły ślimaku! - zawołał ze złością i, machnąwszy ogonem, wyskoczył zza trawy, ruszając za wojownikiem. Lis drgnął zaskoczony, dopiero teraz zauważając obecność dwójki kotów. Z błyskiem nadziei w oku, podszedł do nich i otworzył pysk, wydając się pytać z przejęciem, jednak jedyne co oni usłyszeli to krótkie szczeknięcia o różnej częstotliwości zupełnie niezrozumiałe dla kotów.
Pędzelkowany wychylił lekko swój łeb, by obserwować scenę w ukryciu. Ruda postać nie zdawała się podzielać pomysłu o bójce. Wyglądała na zaskoczoną, ale nie uciekła ani nie zdawała się groźna. Podeszła do dwójki i z jej pyska wyszły jakieś niezrozumiałe dla nich słowa. Czekoladowy zmrużył ślepia, rozmyślając przez chwilę. Powoli wyszedł z kryjówki. Podszedł do nich, ale trzymał dość duży dystans.
- Jest możliwość...na zastopowanie twojej chęci do bójki? Błagam... - zwrócił prośbę w kierunku swojego przyrodniego brata. - Widać, że raczej nie chce się bić - mówił spokojnie, jednak jego ogon i tak zjeżył się z niepewności. Przynajmniej był w lepszym stanie niż Topola. Biedak rozdygotany krył się za Pumą niezdolny do wydukania słowa. Podchodziła dalej ostrożnie do lisa, a kiedy była już na wyciągnięcie łapy wyciągnęła łapę bez pazurów, próbując dotknąć rudego futra. Oczywiście nadal starała się być w miarę gotowa do walki lub ucieczki, ale jak bardzo naprawdę była na to przygotowana, tego nikt nie wiedział. Drapieżnik zamrugał zaskoczony tym gestem, ale nie odtrącił łapy kotki. Zamiast tego do niej również zwrócił się z czymś, co tym razem sprawiało wrażenie zdesperowanej prośby poskładanej z pisków i szczeknięć. Starszy syn Przebiśniega prychnął, najwyraźniej zażenowany tym, co się tu właściwie wyrabia.
- Co on tam piszczy pod nosem? - rzucił pytanie do siebie, wbijając w stworzenie wilczy wzrok.
Brat Pieczarki uniósł wzrok na Żagnicę z uniesioną brwią.
- A bo ja wiem - westchnął, bijąc ze złością ogonem. - I weź z tego lisa łapę, Cierń! Nie zachowuj się jak mysi bobek, bo zaraz jeszcze ją stracisz i będzie płacz.
W normalnych okolicznościach pewnie wśród patrolu rozpętałaby się teraz bójka z podkładem desperackiego szczekania lisa, lecz Cierń była zbyt oszołomiona tym, że wreszcie udało jej się spełnić swoje kocięce marzenie, że po prostu patrzyła tępo na swoją łapę. Partner Czernidłaka wbił w nią swoje brązowe ślepia teraz wypełnione mieszanką przerażenia i dezorientacji. Przekręcił swoją głowę w bok. Po chwili lekko potrząsnął łbem. Podniósł swoje tęczówki na Czernidłaka, który zdecydowanie wyglądał na zdenerwowanego. Położył ku sobie uszy. Chyba chciał go jakoś uspokoić, ale niezbyt wiedział, co robić. Dlatego westchnął, przymykając na kilka uderzeń serca oczy.
- Wydaję mi się, że jest to dla niego ważne - odpowiedział na pytanie Żagnicy, rzucając na niego swój wzrok. - Brzmi na naprawdę przejętego - dodał, kładąc swój najeżony ogon w pobliżu swych białych łap. Uczeń Żagnicy zaśmiał się nerwowo.
- Jasne, nie ma sprawy. Zawołajmy Jaskółkę ze zaświatów to nam przetłumaczy... - majaczył.
- Umiem walczyć, nie pouczaj mnie młody - Cierń syknęła do Czernidłaka - Zawsze chciałam dotknąć lisiego futra… nie mam zielonego pojęcia, czego on chce, ale równie dobrze możemy wyprowadzić go z naszych terenów i wrócić do obozu, bo i tak go nie zrozumiemy. Jest lisem.
- W końcu coś mądrego - parsknął najstarszy z kocurów, podchodząc bliżej lisa. - Czyli wszyscy są zgodni, tak? - miauknął i nie czekając na odpowiedź współtowarzyszy, skoczył, celując w grzbiet stworzenia. Czarno-biały zwiadowca rzucił się za nim w wir walki. Lis szybko odskoczył od kotów, sprawiając, że z hukiem upadli na ziemię. Obnażył im swoje zęby i wydał z siebie niski warkot. Bicolor zjeżył się cały. Puma wbił pazury w ziemię, nie wiedząc, co zrobić. Lis obnażył zęby i wydał z siebie warkot, na co czekoladowy położył ku sobie uszy. Po chwili gorączkowego myślenia zacisnął pysk i wbił swoje brązowe spojrzenie w rude stworzenie i spojrzał na niego z lekkim przepraszającym uśmiechem.
- Nie jestem chętny, aby robić mu krzywdę. Wiem, że to intruz, ale nas wcześniej nie zaatakował. Chciał nam coś powiedzieć. No, wyglądał na przejętego! - odparł po chwili, chcąc brzmieć spokojnie, ale z nadmiaru emocji jego głos był lekko drżący. - Ktoś jest ze mną? - zapytał, a po chwili zwinął minę w cienką linkę, gdy zdał sobie sprawę, że zwraca na siebie zbyt dużą uwagę. Pomarańczowooki spojrzał desperacko na Pumę. Na widok zębów psowatego zadrżał. Tak jak każdy z nich wolał uniknąć spotkania ich na swoim ciele.
- Puma ma rację. N-nie powinniśmy z nim walczyć. - wymamrotał.
Nie wiedziała czemu, ale zgadzała się z tymi dwoma.
- Spróbuję odciągnąć Żagnicę. Wy zajmijcie się Czernidłakiem - miauknęła i rzuciła się w wir bitwy z intencją odciągnięcia kolegi od drapieżnika. Ten syknął w jej stronę, czując jej zęby na swoim karku.
- Kierunki ci się pomyliły?! Na lisa, a nie! - zawarczał wrogo w stronę kocicy.
Przybrany syn Ślimaka z satysfakcją uniósł brew, widząc, jak Cierń powstrzymuje Żagnicę.
- Stul pysk i odsuń się od lisa! - syknął.
Kiedy walka się skończyła, zerknął na lisa z ukosa. Brat Przepiórki spojrzał na Cierń i Topolę z nadzieją wypisaną na pysku. Uśmiechnął się lekko do nich, będąc wdzięczny. Wygładził trochę swoje najeżone futro, kiwając głową na propozycję kotki, by zająć się zwiadowcą. Kiedy wojowniczka powstrzymała Żagnicę, westchnął z ulgą. Srebrny nie wyglądał na zadowolonego takim obrotem spraw. Puma przewrócił oczami na jego wrogie słowa. Przeniósł swoje brązowe oczy na Czernidłaka. Wziął głęboki wdech i ostrożnie do niego podszedł, zerkając na lisa. Usiadł obok dowódcy patrolu i powoli położył swój ogon na jego boku.
- Może to brzmi niewiarygodnie i absurdalnie, ale spróbujmy mu zaufać - powiedział, zerkając na moment w bok. Po chwili zaczął obserwować lisa i resztę z lekką niepewnością. - Wiem, że zrozumienie go jest trudne... - dodał ciszej, zerkając w dół ze skwaszoną miną.
- Kiedy wracamy? - zapytała znudzona Cierń, nie zważając na wściekłego, wyrywającego się Żagnicę. Lis nieco się uspokoił, kiedy członkowie patrolu unieruchomili rzucającego się kocura i wydali się spojrzeć na niego z większą empatią. Wydał z siebie szczeknięcie aprobaty, po czym wykonał kolejną próbę skomunikowania się z kotami. Tym razem jednak użył do tego gestykulacji. Uniósł jedną ze swoich przednich łap i wskazał nią niższą wysokość od siebie, mniej więcej ⅔ swojej wysokości. Następnie wskazał dłużej na siebie, po czym zaczął się nerwowo rozglądać. Potem wyraźnie wzruszył ramionami. Na koniec pokazu wydał z siebie nieszczęsny skowyt. Czernidłak poruszył uszami. Przy Pumie nieco się uspokoił, powoli kiwając głową.
- Wie ktoś, o co mu chodzi? - zapytał, spoglądając w stronę Pumy. - I na litość Wszechmatki, uspokój się! - zwrócił się do Żagnicy, uderzając ogonem o ziemię. Puma wbił w lisa swoje tęczówki. Skupił na niego swoją całą uwagę, gdy ten zaczął gestykulować. Zmarszczył brwi. Przekrzywił swoją głowę w bok.
- Jest przejęty jakimś stworzeniem, które jest niższe od niego... - zaczął, odpowiadając na pytanie Czernidłaka. Zastanowił się na moment. - Może jest podobne do niego? - próbował rozszyfrować jego następne gesty. - Rozglądanie się...może oznaczać, że nie wie, gdzie jest. To może mieć potwierdzenie z następnym gestem. Albo, że jego pojawienie się go zaskoczyło i boi się go spotkać ponownie - wziął powoli wdech do płuc. - Tak to rozumiem... — zakończył niezbyt pewny swoich przemyśleń. Wszyscy się skupili na lisie. Nie licząc Żagnicy, który szarpał się niczym kociak i Topoli, który nadal trząsł się ze strachu.
- Uspokój się Topola - mruknęła - Może jego dzieciak się zgubił? Albo jakiś mniejszy przyjaciel? Wiecie, gdybym miała partnera to pewnie tak samo byłby spanikowany jakby zgubił Wiciokrzewa - rzucała niby myśląc, niby żartując, a tak naprawdę to cokolwiek jej ślina na język przyniosła. ​​
- A może pogódźmy się z tym, że rozmawiamy z LISEM i pewnie bredzimy jakieś całkowite głupoty? -- prychnął jej przyjaciel, nagle wcinając się do rozmowy. Czernidłak już miał zamiar odpowiedzieć coś uszczypliwie Żagnicy, jednak powstrzymał się, zerkając ukradkiem na Pumę.
- Nie wiem, co zrobić. W teorii moglibyśmy dalej próbować zrozumieć lisa, ale bądźmy szczerzy, raczej wiele nam to nie da. Z drugiej zaś strony przepędzenie go od razu też nie byłoby zbyt dobre... Zawsze możemy wyciągnąć z niego coś więcej - stwierdził, zupełnie ignorując srebrnego. Puma westchnął, odwracając głowę w drugą stronę.
- Problem w tym, że raczej on nas nie rozumie... Możemy spróbować, zrobić to, co on - ubrać nasze słowa w gesty - odparł, kiwając lekko głową i jednocześnie myśląc nad tą sprawą. - Ktoś to umie? - zapytał, oglądając się po pyskach reszty. - Możemy też improwizować…
- Ja mogę grać zwłoki. - padło ironiczne stwierdzenie z pyska młodego Topoli.
- Wątpię, że to cokolwiek da. Poza tym jestem wojowniczką, umiem się bić, nie wymachiwać łapami w powietrzu starając się porozumieć z innym gatunkiem. Jak dla mnie to bez celu. Możemy wracać. Chyba, że ty Pumo, chcesz wypróbować swoją teorię - rzuciła sarkastycznie. Nagle zauważyła łapy Topoli nerwowo ugniatające ziemię i zostawiające na niej ślady.
- Myślę, że lepszym pomysłem będzie wyskrobanie czegoś w ziemi niż pajacowanie i odgrywanie przedstawienia.
- No dajesz, Topola - Żagnica parsknął w stronę swojego ucznia - Spróbuj się dogadać z lisem - dodał sarkastycznie.
— Przynajmniej coś robi, w przeciwieństwie do niektórych — Czernidłak burknął, zerkając z uniesioną brwią na komentatora.
Puma zerknął na nią kątem oka. Opuścił lekko głowę ze wstydem.
- Ja...tylko głośno myślę, nie chcę nikogo do niczego zmuszać - mruknął niezbyt głośno, podnosząc głowę do góry - Jeśli każdy się zgodzi...możemy wrócić - dodał, po czym spojrzał na srebrnego kocura. - Nie bądź dla niego taki niemiły, Żagnico... - zwinął minę w cienką linkę, próbując wpłynąć na swojego przyrodniego brata. Topola najwyraźniej zawstydził się pod falą krytyki. Unikając wzroku dawnego mentora, podkulony przysunął się do najmniej wrogiego kota, Pumy.
- Zamknij dziób Żagnica. Daj młodym się pobawić - zaśmiała się - No to co, próbujecie z nim gadać czy wracamy?
- Mnie się pytasz? To wy gadacie z lisem. I jeszcze wam nie wychodzi - Żagnica parsknął.
Puma spojrzał na nią, a potem znów na Żagnicę. Nieśmiało wstał, przysiadając troszkę bliżej rudego zwierzęcia. Po chwili myślenia wskazał na lisa swoją łapą. Następnie podniósł ją do góry. Przystanął na chwilę. Pokazał na stworzenie po raz kolejny lekko zestresowany. Potem na swój pysk, na którym było małe zwątpienie, czy go zrozumie. Na końcu podniósł łapę i zaczął ją poruszać z góry na dół. Drapieżnik przekręcił głowę. Był jednak zdeterminowany, żeby przekazać swoją wiadomość, więc podjął się kolejnej próby. Wziął w pysk kamyczek leżący nieopodal i postawił go przed sobą. Następnie oddalił się od obiektu, po czym wrócił, rozglądając się na boki. W międzyczasie łapą przesunął kamyczek, sprawiając, że okryły go liście krzaku. Po tym jeszcze przez chwilę się rozglądał i na koniec zawył.
- Wygląda na to, że poszedł na polowanie, a w międzyczasie ktoś ukradł mu kamień. I to coś wyło. Puma gadaj z nim dalej, bo to rzeczywiście działa - miauknęła zmęczona tym patrolem i wszystkim. Żmiją, Żagnicą, Rokitnikiem i samą sobą.
- Kamień? - Żagnica zapytał w niedowierzaniu - Nie mówi dosłownie o kamieniu, przecież nawet ja to wiem! Na osty i ciernie... Wam to chyba pszczoły wiją gniazda w głowach... - załamywał się.
- Ty za to nażarłeś się za dużo kocimiętki. Ja jestem realistką i mówię co widzę. Nie bawię się w takie gierki - starała się wytłumaczyć.
- Naprawdę myślisz, że ten lis tu przylazł i próbuje się z nami porozumieć tylko po to, by nam powiedzieć, że mu się kamyczek zgubił?
- Ten lis tu przyszedł i zaczął z nami gadać, zamiast walczyć to nie jest normalny lis. Równie dobrze może rozpaczać z powodu kamyka. Ale jedzenie lub inne rzeczy też są możliwe.
Po jeszcze krótkiej przepychance uznali, że gadanie z lisem nie ma sensu i wrócili do obozu.

Wyleczeni: Listek

04 grudnia 2024

Od Cierń CD. Topoli

— Zjeżdżaj stąd młody — syknęła i poszła dalej.

* * *

*tw dość krwawa groźba*

Czy życie dalej miało sens? Nie. Każdy dzień to tylko kolejne powtórzenie rutyny. Rutyny, która ciągnie się w nieskończoność aż do śmierci. Już od dawna była samotna. Bez nikogo bliskiego. Przez chwilę było jeszcze w miarę znośnie, bo przynajmniej przychodził do niej Żagnica. Ale teraz był z Rokitnikiem. Znowu zajmowali się tylko sobą. Znowu zniknęła. Codziennie widziała, jak wtulają się w siebie na drzewie wojowników. Serce jej się łamało. Miłość jej życia z najlepszym przyjacielem. Czyli kim ona teraz była? Kukiełką bez emocji czekającą tylko aż wreszcie nadejdzie koniec? Bo kim innym ona była? Na pewno nie zwykłym kotem. Nieważne co robiła, nie potrafiła osiągnąć niczego. Nadal była tylko wojowniczką. Dodatkowo według wielu mniej wartą od stróża. Daglezja nigdy by na nią nie popatrzyła. Bo byli inni, lepsi. Chociażby ten czarno-biały zwiadowca z patrolu. Czernidłak. On miał łatwiej, miał kochającą rodzinę i nikt nie patrzył się na niego jak na kreaturę z koszmarów. Nie miała do niego startu. Musiała stąd uciec. Wyjść z obozu, uciec od wszystkiego.
— Wiciokrzew chodź — Każdy wiedział, że nie była odpowiedzialną matką. Nie mogła jednak zostawić młodego samego z tą Ambrowiec. Śmierdzącą samotniczką, która miała teraz dzielić z nią legowisko. Jak dobrze, że za kilka dni stąd wyjdzie…
Razem z synem wyszła ze żłobka i wpadła na… Bukszpana. Niósł mysz pewnie do tej swojej koleżanki. Zderzyli się tak, że ten przewrócił się i znalazł się pod nią. Źrenice zwęziły jej się w furii. Ze względu na obecność syna zniżyła się do ucha kocura i szepnęła:
— Zamorduję cię. Zabiję. Wypruję ci flaki i będę patrzeć, jak kruki je zjadają. Mogłabym zrobić to teraz. Przeciąć ci gardło i patrzeć jak się wykrwawiasz. Ale nie jestem zdrajczynią w przeciwieństwie do ciebie. To tylko to, co może się stać, jeżeli do mnie podejdziesz. A jak chociażby spojrzysz na mojego syna, to pożegnaj się z tym swoim oczkiem.
Powiedziała to wszystko tak szybko, że nie wiadomo czy kocur cokolwiek z tego zrozumiał. Wszystko wydarzyło się okropnie szybko. Jakby nawet nie zatrzymała się, by cokolwiek powiedzieć. Nawet nie była pewna czy to powiedziała, czy tylko pomyślała. Była okropnie głodna. Musiała coś zjeść, upolować. Nieważne jaką ofiarę. Już po chwili dalej szła, aż nie wpadła na Topolę.
— Patrz, gdzie leziesz!

<Topola?>

18 listopada 2024

Od Cierń CD. Gęgawy

- Ćśśś - uciszyła delikatnie malca, po czym zaczęła jeść mysz przyniesioną przez ojca.
- To... Ja już pójdę - pożegnał się Gęgawa i wyszedł. Odprowadziła go wdzięcznym wzrokiem.
***
Pewnego dnia jej ojciec wrócił do obozu opuchnięty, ze żmiją w pysku. Od tego dnia ciągle leżał w legowisku medyka. Regularnie go odwiedzała, oczywiście z Wiciokrzewem, bo nie miała z kim go zostawić. Jej jedyny zaufany kot przecież leżał u Świergot.
- Cierń, nie myślę, żeby przyprowadzanie tu twojego syna było dobrym pomysłem...
Warknęła.
- To ja go wychowuję. Wiciokrzew jest silny. Ja wiem co dla niego najlepsze.
***
tw opis martwego ciała
Nie polepszało się. Na początku codziennie była spokojna, bo była pewna, że czarny z tego wyjdzie. Teraz się pogorszyło. Wiedziała o tym, ale nie dopuszczała do siebie tej myśli. Kiedy tak leżała otulając ogonem syna Bukszpana, zobaczyła w wejściu do żłobka Świergot. Uniosła się.
- Wyleczył się? - zapytała z uśmiechem nadziei. Jej ciocia opuściła głowę. Serce zabiło jej szybciej, a adrenalina wzięła ster.
- Co to ma znaczyć?!
Wzięła w pysk Wiciokrzewa i popędziła do legowiska medyka. Tam leżał on. A raczej jego ciało. Zimne, bez duszy. Śmierć go zabrała. Niby to samo futro, w które wczepiała się, gdy jako kocię jeździła na jego grzbiecie. Niby ten sam pysk. Ale to nie był on. Prawdziwy Gęgawa był już daleko. Jeżeli w ogóle dalej istniał. Wyczuła za sobą obecność szamanki. Odstawiła syna na ziemię i gwałtownie odwróciła się w stronę ciotki. Łzy spływały po jej polikach.
- Miał się wyleczyć! Miał żyć!
- Przykro mi...
Już miała się rzucić na liliową, gdy usłyszała pisk Wiciokrzewa niezadowolonego hałasem. Schowała pazury i wróciła razem z nim do żłobka.
***
Siedziała tam. Widziała jak wsuwają jego ciało do grobu. To było smutne jak mało osób o nim pamiętało. Na pogrzebie pojawili się tylko Świergot - zdrajczyni, która była winna jego śmierci, Bryza, ona sama oraz malutki Wiciokrzew, który przez cały czas wtulał się w jej bok, nie wiedząc co się dzieje i pragnąc mleka. Jej wujostwo patrzyło na nią jak na wariatkę. Może zabieranie mniej niż księżycowego kociaka na pogrzeb nie było najnormalniejszą rzeczą, lecz dla niej jedynym rozwiązaniem.
***
Przez kolejne dni leżała w żłobku, bez przerwy płacząc. Dość mało jadła. Nie wiedziała właściwie po co ma dalej żyć. Nie miała już nikogo na kim mogłaby się oprzeć. Rodzice leżeli pod ziemią, siostra była zdrajczynią, mnóstwo długości drzewa stąd, a jej przyjaciele... Nie byli chyba przyjaciółmi. Coraz częściej widziała Rokitnika patrzącego się na nią z góry oraz Żagnicę kłócącego się z nim. Mogła tylko na to patrzeć ze strachem. Nie wiedziała co się dzieje. Świat się zawalił. Była sama z synem, którym musiała się zajmować. Gdyby tylko mogła jeszcze raz podzielić języki z ojcem...
[*] Żegnaj ojcze

09 listopada 2024

Od Cierń CD. Topoli

Przed ruszeniem zdobyczy, popatrzyła się na niego z politowaniem.
Ty nie potrafisz się uczyć, co?  Uśmiechnęła się lekko. Arlekin również to zrobił, ale chyba z nerwów.
Ja…um…eee…
Przestań się jąkać. Umiem sobie sama poradzić, ze swoimi problemami. Jestem dorosła, tak jak i ty.
Zabrała się za jedzenie zwierzyny. Pomarańczowooki za to tylko tam stał, chyba nie wiedząc, co robić. Patrzył w ziemię, ryjąc w niej pazurem jakieś wzorki. Kiedy przełknęła ostatni kęs zwierzyny, popatrzyła na niego.
Zabiorę cię jeszcze na trening. Za księżyc. Tylko dopilnuj, żebyś się czegokolwiek uczył, a nie szlajał bez celu z Żagnicą.  Zaśmiała się. Syn Sówki odwzajemnił jej uśmiech, po czym wyszedł ze żłobka.
 
***

Wyszła na spacer z Rokitnikiem i Żagnicą. Tak, powinna być w obozie, ale pokręcenie się przez chwilę po owocowym lasku było niezłym sposobem, na rozprostowanie kości. Dwójka szła obok niej, blisko siebie, prawie się przytulając. Nikt ich tak nie widział. Dla większości owocowego lasu, byli zwykłymi łobuzami. Rokitnik to manipulant, nie przejmujący się konsekwencjami, a Żagnica to jego dubler w fachu, lecz ten bardziej impulsywny. Ona zaś była pokrzywdzoną przez los brutalką, która ratowała tej dwójce tyłki. Nikt jednak nie widział, co się działo między nimi. Kocury się kochały, jednak ciągle się kłóciły, więc wyglądało to na ostrą przyjaźń. Nikt nie widział jej cierpienia. Nikt nie widział jak łamie jej się serce z każdą sekundą patrzenia na nich. Nikt nie widział jej nieszczęśliwej miłości do Rokitnika, który po prostu ją wykorzystywał. Do tego to, co zadziało się między nią a Żagnicą… Nie wiedziała, co ma myśleć. To były jej rozmyślania, podczas których patrzyła się pod nogi. Nagle usłyszała głos Rokitnika.
Ej, co jest, gryzoniu? Zapytał z niesmakiem. Nie odpowiedziała. Po prostu gapiła się prosto przed siebie na niego. Na pysk drugiego wkradł się niepokój.
Cierń, wszystko dobrze?
Pokiwała powoli głową, gdy nagle potknęła się o jabłko leżące na ziemi i wywróciła się, zadrapując sobie tylną łapę. Na to Rokitnik się tylko skrzywił. Oczywiście. Była wynaturzeniem. Łysym kotem. Pomógł jej Żagnica. Posłał partnerowi wkurzone spojrzenie.
Co jest z tobą?!  Syknął.
 
***

Musiała pójść do Świergot i tych dwóch, co mieli jej pomagać. Kiedy wchodziła do lecznicy, obok niej przebiegł Lśniąca Tęcza, oddychając przerywanie. Nie przejmując się tym jakoś bardzo, pokuśtykała do środka. Podszedł do niej Orzeszek, zdenerwowany chcąc się przywitać i ją zbadać. Spojrzała na niego nienawistnie. Jej szansa na zostanie zastępczynią gniła jako medyk. Niestety nie mogła poprosić, by zajął się nią ktoś inny, bo Świergot zajmowała się wcześniej wspomnianym Tęczą, a Puma Czereśnią, który pociągał nosem. Zrezygnowana dała się zbadać. Jakiś czas później wyszła z opatrunkiem na nodze. W wyjściu zderzyła się z Topolą, niosącym zwierzynę. Wzrok miał jednak utkwiony w Daglezjowej Igle, gadającej z Ślimakiem.
Co jest?!  Syknęła.

<Topola?>

EVENT NPC: Rokitnik, Żagnica, Świergot, Czereśnia, Orzeszek, Lśniąca Tęcza

Wyleczeni: Lśniąca Tęcza, Czereśnia

07 listopada 2024

Od Cierń

Jakiś dzień przed przeniesieniem się do żłobka
Powoli zaczynała myśleć, że ktokolwiek wymyślał te patrole albo był skończonym mysim móżdżkiem, albo akurat naćpał się kocimiętki, kiedy go o nie pytali. Szukali ciała zmarłego. Nie wiadomo nawet czy porwał je kot. Ani czy nadal istnieje. Za to musieli wychodzić z obozu i szlajać się po terenach w nadziei na znalezienie czegokolwiek. Do tego grupa kotów… Patrolowi przewodził Czernidłak, prawie najmłodszy z grupy (młodszy był tylko uczeń). Ta, mianował się wcześniej i te sprawy, ale nadal. To była hańba dla takiej porządnej wojowniczki jak ona. Oprócz niego i niej na patrolu znajdowały się jeszcze trzy koty. Puma, stróż a teraz chwilowo medyk (co do tego chwilowo to nie była pewna, bo minął już chyba sezon, od kiedy zaczął pełnić tę funkcję) oraz Żagnica z uczniem. Żagnica, o ile był spoko gościem, to był okropnie wnerwiający i nieodpowiedzialny. Miał pod ogonem szkolenie swojego ucznia więc sama musiała to robić. Nie miała zielonego pojęcia, jakim cudem nikt mu jeszcze Topoli nie zabrał. No i właśnie wspomniany Topola… Mięczak niewytrenowany. Okropnie naiwny i miły do tego niekompetentny. I jak ona ma z takimi idiotami pracować? Niedługo nie będzie musiała, bo pójdzie na urlop macierzyński, urodzić tego kociaka do siedmiu boleści, ale pewnie i tak pójdzie. Tak o. Dla buntu. Na szczęście dzisiaj nie musieli ani przedzierać się przez rozlewisko, ani iść aż do dębowej ostoi. Chodzili za to przy wrzosowej polanie. Mgła otulała ich sylwetki, przez co musieli trzymać się razem. Widziała, jak ci bardziej wrażliwi z towarzystwa, jeżą futra na karku. Jej było przyjemnie. Lubiła mgłę, wydawało jej się nawet, że ma wtedy bardzo krótkie futro. Do tego intensywny zapach wrzosów umilał atmosferę. Może było lekko za chłodno jak na jej gust, ale nie narzekała. Widziała, jak Czernidłak pociesza swojego partnera, a Żagnica krzyczy na swojego ucznia. Nic nie mogą zrobić sami. Wszystko trzeba za nich.

tw: opis martwego zwierzęcia

Nagle wyczuła odór padliny. Tego właśnie szukali. Uznała więc, że podejdzie bliżej, bez słowa pobiegła za zapachem.
— Cierń czekaj!
Pobratymcy ruszyli za nią. Kiedy dotarli do granicy z Klanem Burzy, zobaczyli przy drodze grzmotu ciało sarny z dziwnie wykręconą głową. Oprócz odoru śmierci bił od niej również zapach spalin, jaki wydzielały potwory dwunożnych. Pewnie padła ofiarą jednego z nich.
— Chodźmy stąd — miauknął Żagnica, chcąc się zawrócić. Ona jednak zauważyła coś. Źrenice zwęziły jej się w szparki. Sarna miała ranę na brzuchu. To nie było naturalne przy śmierci poprzez potrącenie na drodze grzmotu. Kiedy dokładniej się przyjrzała, zobaczyła, że ciało to tylko skóra i kości. Nie, że zwierzę było chude. Tam były dosłownie tylko skóra i kości! Zwłoki były wyłuskane z mięsa. Widocznie reszta patrolu też to zauważyła. W ich myślach zagościł niepokój. Czy to samo mogło stać się z Przebiśniegiem?

Event NPC: Żagnica
EVENT OL

Od Cierń Do Czernidłaka

Niedawno przeniosła się do żłobka. Ale jak to niedawno? Przecież zaciążyła jakiś księżyc temu! Otóż mój drogi czytelniku, Cierń nie jest ani najbardziej odpowiedzialną osobą, jeśli chodzi o dzieci, ani potrafiącą przestać chodzić na patrole. Dopiero jak jej ojciec zmartwił się o przyszłość swojego nienarodzonego wnuczka lub wnuczki, przeniosła się do kociarni. Teraz siedziała tam całymi dniami, nie mając zielonego pojęcia, co robić. Przykładowo w tej chwili leżała na grzbiecie podrzucając do góry kulkę z mchu. Lecz zaraz najwyraźniej będzie mieć o wiele lepsze zajęcie. Do kociarni weszła dwójka…imion chyba nie muszę już wymieniać, lecz i tak to zrobię dla formalności, byli to Rokitnik i Żagnica.
— Cześć łys…
W stronę srebrnego poszybowała kulka mchu, końcowo lądując mu w pysku.
— Oj, sory nie zauważyłam cię — powiedziała, sarkastycznie się uśmiechając i przetaczając na brzuch — Przyszliście tu, żeby znęcać się nad ciężarną? Chyba muszę to gdzieś zgłosić
Głos zabrał Rokitnik, który ewidentnie lepiej się z nią dogadywał, a właśnie mógł, gdyż już zdążył uspokoić kocurka
— Ej, a jak właściwie do tego doszło? Nagle, według większości klanu, stałem się ojcem.
— Sama nie wiem. Ej przyniesiecie mi zwierzynę?
Kocury popatrzyły na siebie nerwowo.
— Ja akurat idę na patrol…
— Ja muszę szkolić ucznia… Wiesz…
I tak szybko, jak przyszli, tak szybko się ulotnili. “Fajni mi przyjaciele” pomyślała. Chętnie szkoliłaby Topolę, ale dopóki nie urodzi, nie będzie mogła się tym zająć.

* * *

W końcu ktoś jednak przyszedł do niej ze zwierzyną. Czernidłak.
— Hej… Ci twoi znajomi straszyli Pumę, żeby ci przyniósł piszczkę…
Nie odpowiedziała, tylko zaczęła jeść.

<Czernidłak?>
EVENT NPC: Rokitnik, Żagnica

27 października 2024

Od Cierń

Miała już dość. Owocowy Las nie był spokojnym miejscem. Nigdy nie był. Ale zwykle jej to nie przeszkadzało. Tak, koty przychodziły, odchodziły były plotki, znikały. Ona się tym po prostu nie przejmowała. Nie przejmowała się w sumie nikim. Dopóki nie poznała Rokitnika…i tego jego Żagnicy. Właśnie. Ta dwójka obróciła jej świat do góry nogami. Tak szczerze, zależało jej na Rokitniku. Tak bardzo, że wchodziła w tą okropnie toksyczną relację tylko po to, by móc się z nim zadawać. A Żagnica… on i tak dostawał całe zainteresowanie kocura. Miała ochotę przeorać mu ten głupi pysk… zrobić coś, żeby nie musiała się już z nim użerać. Ale z drugiej strony nie chciała widzieć miny Rokitnika, gdyby się dowiedział, że zrobiła coś jego chłopakowi. To wszystko było okropne. Do tego Murmur. Ta lepsza siostra która uciekła z klanu kilka księżyców temu zabierając ze sobą kociaki Świergot. Chciała ją znaleźć. Przyciągnąć do Daglezjowej Igły. Wymierzyć karę. Może wtedy zostałaby doceniona. Może zostałaby zastępczynią, gdy Lśniąca Tęcza umrze? To wszystko było męczące okropnie. I jeszcze musiała wyszkolić Topolę. No bo musi mieć ucznia przed zostaniem zastępczynią, a ten idiota Orzeszek musiał jej złamać przyszłość. Miała wszystkiego dość. Wbiła pazury w ziemię. Ktoś za nią stał. Do tego ktoś kogo nie chciała tam.
- Bez Rokitnika tym razem? Huh?
- Nie potrzebuje go, żeby normalnie funkcjonować, bezfutrzaku. 
- To czemu tu jesteś?
Wtedy stało się coś czego nigdy się nie spodziewała. Żagnica położył ogon na jej barku.
- Wiesz, że to przegrana sprawa?
- Tak
- I co z tym zrobisz?
- A mogę zrobić cokolwiek?
Kocur westchnął.
- Zostawię cię samą. Nie mów o tym Rokitnikowi - wyszeptał, po czym sobie poszedł. W sumie bycie samą to nie taki zły pomysł. Uznała, że pójdzie sobie gdzieś daleko. Szła w stronę wyjścia z obozu, aż nie wpadła na Padlinę.
- O… cześć… Cierń - mówił, kręcąc się wokół siebie, jakby nie do końca wiedział, gdzie jest. Znowu był na ziołach. „Żałosny stróż” - prychnęła w myślach już chcąc go wyminąć gdy ten podał jej listek kocimiętki.
- Masz… spróbuj… to jest… świetneeee. 
Wzruszyła ramionami i wzięła listek, po czym wyszła z obozu.

***

Doszła aż do Śliwowego Gaju. Po drodze zdążyła zjeść ziele. Usiadła pod jedną ze śliw. Spokój, cisza. Nagle usłyszała szelest. Automatycznie ustawiła się w pozycji bojowej. Z krzaków wyłoniła się srebrna sylwetka Bukszpana. Tego samotnika, co niedawno dołączył do Owocowego Lasu. Otworzyła już pysk, żeby powiedzieć mu, żeby się odczepił, ale szybko go zamknęła. Niech tam sobie jest. Może jest na jakimś polowaniu, czy coś. To było ostatnie co zapamiętała z tej nocy.

***

Jakiś czas później była na porannym patrolu z Rokitnikiem i Żagnicą. Jakimś cudem zawsze musiała na nich wpadać. Wspominała, jak dobrze się czuła po tym zielu od Padliny. Będzie musiała tego spróbować jeszcze kiedyś. Wszystko szło dobrze. Łapali zwierzynę i nic nadzwyczajnego się nie działo. Nagle poczuła się nie dobrze. Stanęła na chwilę.
- Wszystko gra, szczurze?
Skinęła szybko głową i pobiegła za najbliższe drzewo. Zwymiotowała. Dziwne. Czymś się zatruła, czy co? Będzie musiała pójść do Świergot. Kiedy wrócili, zgodnie z postanowieniem, ruszyła do lecznicy.
- Cześć Świergot. Źle się czuję…
Kotka od razu zaczęła badanie. Po chwili jej pysk się rozpromienił, co nie było normalne gdy się kogoś diagnozuje.
- Cierń! Będziesz matką!
- Że co proszę?
- Masz kociaki! Jesteś w ciąży!
Świat jej zawirował przed oczami co do. Kto w takim razie był ojcem. Była tylko jedna logiczna odpowiedź.

***

Widziała, jak jej cel wychodzi razem z patrolem z obozu. Wyszła chwilę później, żeby nie wyglądać jakoś bardzo podejrzanie. Chodziła za nimi. Zobaczyła, jak Przypływ mówi swojemu uczniowi, żeby się rozdzielili w poszukiwaniu zwierzyny. To była jej szansa. Kiedy kocur odszedł dość daleko i miała pewność, że był sam, skoczyła na niego i przygwoździła go do ziemi.
- Zagryzę cię zaraz, przysięgam!
Kocur widocznie położył po sobie trochę uszy najwyraźniej bojąc się trochę tego, co się zaraz wydarzy.
- Co ty mi zrobiłeś?!
- Co? O czym ty gadasz?! - pytał, drżąc lekko ze strachu
- Wschody słońca temu. W Śliwowym Gaju. Chciałam sobie spokojnie zjeść zielsko, które dostałam od Padliny a potem pojawiłeś się ty i teraz mam kociaki! Gadaj, bo nic już nigdy więcej nie powiesz!
- Och, ja? Ja nic nie zrobiłem! To wszystko, to twoja sprawka i jak się okazuje tego małego listka kocimiętki!
Jej źrenice się powiększyły. Zeszła z niego. Wtedy kiedy postanowiła mu nie przeszkadzać, bo pewnie polował, miała trochę racji. 
Tylko ofiarą okazała się nie zwierzyna, a ona sama.

EVENT NPC: Rokitnik, Żagnica, Przypływ, Świergot, Bukszpan, Padlina

25 października 2024

Od Cierń CD. Topoli

Wracali z treningu. Niekompetentny. Taka była jej diagnoza. Jednak nie wiedziała, czy chodziło jej o Żagnicę, czy o samego Topolę.
- Młody, pogadam z twoim mentorem. Powiedziałabym, że świetnie ci szło i że przy większej ilości treningów będziesz świetnym wojownikiem, ale po pierwsze, to kłamstwo, a po drugie, musisz wziąć się w garść. - Topola skulił się lekko. - Nie kul mi się tutaj! Masz się wziąć w garść, a nie beczeć! - Krzyknęła, prawie zamachując się na niego łapą.
“To nie mój uczeń” pomyślała.
W razie czego wszystko zwali na Żagnicę….chyba.
***
Siedziała sobie, ciesząc się ciepłem. Siedziała, oczywiście, w cieniu, bo inaczej słońce by ją bardzo poparzyło. Większość kotów uznawała ten upał za przekleństwo, ale ona tam czuła się świetnie. W końcu nie miała futra, które by ją przegrzewało. Spokój (na tyle, ile może go być w Owocowym Lesie), fajrant, mówiąc w skrócie, żyć nie umierać. Lecz jej chillout musiało coś zakłócić. Oczywiście. Rokitnik i Żagnica (bo kto inny?) zeskoczyli z drzewa wojowników, pod którym się wylegiwała i usiedli obok niej.
- Hej, szczurze! - Rzucili.
- Hej, mysie bobki. - Odcięła się. Żagnicy się to wyraźnie nie spodobało. Już chciał się na nią rzucić, ale drogę zagrodził mu Rokitnik.
- Kojarzysz, jak ostatnio zastępowałaś Żagnicę na treningach z Topolą?
- Tak i doszłam do tego, że mnie wykorzystujecie, bo nie umiecie uczyć uczniów.
- A ty to niby umiesz lepiej, tak?! - Krzyknął Żagnica, wskazując ogonem na Orzeszka kręcącego się przy legowisku medyka.
- Owszem. - Mruknęła pod nosem, dając im dalej gadać.
- Zrobisz to jeszcze raz?
- Nie. Ma. Mowy.
- Mysie serce!
- Zamknij się, lisie łajno. Może sam pójdź i powiedz Daglezjowej Igle, że nie nadajesz się na szkolenie ucznia i że chcesz mi go przekazać
Żagnica już otworzył pysk, aby odpowiedzieć, ale Rokitnik przesunął mu po nim końcówką ogona.
- Cierń, widzisz…Lśniącą Tęczę? - Skinęła głową. Zastępca siedział przy stosie zwierzyny. Siwizna przebijała się wyraźnie na jego futrze.
- Niedługo odejdzie do gwiazdek czy gdzie tam. Owocowy Las będzie musiał dostać nowego zastępcę. Jeżeli przekonasz Daglezjową Igłę, że to ty wyszkoliłaś Topolę, może będziesz miała szansę.
- Jest jakiś haczyk. Jak wytłumaczycie to Daglezji?
- O nas się nie martw. Mamy swoje sposoby~
- Waszym sposobem jestem ja. - Przewróciła oczami. Wystarczyła jednak sekunda popatrzenia w piękne oczy Rokitnika i musiała się zgodzić. -Eughh, dobra!
***
Niedługo później znalazła uczniaka i wyszła z nim poza obóz.
- A..ty…czemu..
- Bo jesteś równie niekompetentny, jak twój mentor. - Powiedziała najbardziej sarkastycznie słodkim głosem, jakim mogła. Jakiś czas później doszli do śmietniska.
- Dzisiaj będziemy ćwiczyć wszystko naraz.
<Topola>
Event NPC: Rokitnik, Żagnica, Lśniąca Tęcza