BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bastet x Nastroszone Futro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bastet x Nastroszone Futro. Pokaż wszystkie posty

04 maja 2024

Od Bastet CD. Nastroszonego Futra

 Przewróciła oczami.
— Zęby ci powypadają, jak będziesz się tak szczerzyć — miauknęła. — Musi ci na nim bardzo zależeć, skoro tak reagujesz na pochwały. Całowaliście się już? — zaczęła się droczyć, wiedząc o postawie Zjeżka wobec relacji romantycznych z innymi kocurami. Niesamowite, że ktoś dorosły mógł być tak naiwny i przerażająco łatwy do zmanipulowania. Nastraszony od razu spoważniał, słysząc ostatnie z wypowiedzianych przez nią zdań.
— T-tylko na powitanie. Wiesz... Tak robią prawdziwi gangsterzy... Ale to nie jest nic romantycznego! — Zaczął kręcić głową, piszcząc cienkim i speszonym głosem. — Ekhm — odchrząknął. — Więc nie wmawiaj mi rzeczy!
Parsknęła śmiechem, ale nie zamierzała wyprowadzać go z błędu. Czyżby Duma wkręcał go odnośnie miejskich zwyczajów? Jeśli tak, nie zamierzała niweczyć jego pracy. Sama gustowała w innych rozrywkach, ale ciężko było stwierdzić, że ten tutaj nie był zabawny ze swoją niewiedzą. Właściwie to przyjemnie się patrzyło na tych, którzy przybyli spoza miasta, nie urodzili się tu i nie znali zasad tego miejsca. Byli prawie jak takie posłuszne mrówki, które całą gromadą wykonywały twoje polecenia, wierząc, że to co mówisz, było prawdą. Czy w tych ich klanach naprawdę wszyscy są uczciwi?
— No tak, racja —  zamruczała. — Szybko przywykłeś do tutejszych norm. Niech zgadnę, Duma ci wszystko wytłumaczył?
— Tak! Właśnie tak! I chciałem ci się pochwalić, że pożegnałem się jak prawdziwy męski gangster i dałem buzi na pożegnanie samotnikowi, który mi pomógł. — Napuszył się dumnie. — I teraz Duma woła na mnie gangsterze! Ha! W końcu się przełamałem, bo długo nie byłem w stanie przywyknąć do tego zwyczaju z powitaniami i tak dalej...
Powstrzymała śmiech, który rozdarł jej płuca. Zaczynała rozumieć motywy Dumy, nawet jeśli takie przyziemne żarty nie były w jej stylu. Nastroszony był naprawdę zabawny ze swoją kocięcą naiwnością.
—  Tak, zdecydowanie jesteś teraz jednym z nas. Entelodonowi też dajesz buziaki? — mruknęła pobłażliwie, z przekorą, spoglądając na kocura z ukosa.
— Nie... On jest szefem, tak nie wypada... Bardziej innym na moim poziomie. Znaczy... Na razie dałem temu obcemu i Dumie, bo tylko z nimi ostatnio się widziałem. A ty... — Skrzywił się. — Boje się, że mnie walniesz.
No cóż, jego ton głosu był aż zbyt poważny. Czy naprawdę był tak tępy, że nie dostrzegł tego błysku kpiny w jej głosie? Ten kocur budził w niej wręcz litość i chyba zaczynała rozumieć, dlaczego pozwolono mu zachować swoje życie. Uśmiechnęła się jednak, bo najwyraźniej musiała dać byłemu wojownikowi niezłe manto, że sobie to popamiętał i nawet on z tym swoim szczeniackim temperamentem nie ośmieliłby się jej tknąć. Pokazała mu, gdzie jego miejsce i najwidoczniej nie zamierzał się z tym spierać, a może po prostu uznał, że lepiej nie robić sobie kłopotów i nie narażać sojuszu.
— I słusznie, bo to właśnie bym zrobiła — odparła. — Cóż, w takim razie cieszę się, że się zaklimatyzowałeś. Nigdy nie jest zbyt wiele gangsterów. Nasi szefowie mają pod sobą dwa największe gangi w mieście, więc oboje musimy je dobrze reprezentować. Jestem pewna, że powierzono ci już jakieś zadania  — mruknęła, chcąc się więcej dowiedzieć. Naprawdę dziwiło ją to, że ten tutaj był w teorii jej odpowiednikiem. Wątpiła jednak, by powierzano mu równie ważne misje i informacje, co jej. Nie wyglądał na kogoś, u kogo sekrety miałyby się bezpiecznie.
— Tak. Owszem. Szukam Artura. Byłego generała Entelodona. Jakbyś usłyszała, że go gdzieś widziano to dasz znać? Muszę go dorwać i zlikwidować. To podły zdrajca — prychnął, strzepując uchem. — Jest nieuchwytny. Niezły jest.
Skinęła głową.
— Jak mówiłam, jesteście naszymi sojusznikami, więc wasze cele są moimi celami. Jeśli coś usłyszę, dam znać — miauknęła. Ach tak, to właśnie działo się z kotami, które zdecydowały się odłączyć od Entelodona. Ścigano je, aż do śmierci. Można było do niego dołączyć, ale nie od niego odejść. To zawsze źle się kończyło. A Nastroszonemu powierzono dość ważne, o dziwo, zadanie. — Uważaj, żebyś kiedyś nie znalazł się na jego miejscu. W mieście nie ma miejsca ani na zdradę, ani na słabość.
— Nie znajdę. Ja? Ja nie mam powodów do tego. Uwielbiam ten gang i ten świat. Tutaj jestem szczęśliwy. A coraz lepiej mi idzie. Wiele akcji mi się udało — pochwalił się jej z głupim uśmiechem, chwaląc ze swoich osiągnięć. Kotka tylko prychnęła.
— Każdy tak mówi. A potem... widzisz, co się dzieje — powiedziała wyniośle. — Miasto to nie tylko zabawa. To obowiązki. Cieszę się jednak, jeśli nie zawodzisz swojego szefa, Zjeżku. Ja i Jafar od kilku księżyców polujemy na jego chłopaka z dzieciństwa. Cóż, jak dla mnie wygląda paskudnie, ale ponoć o gustach się nie dyskutuje.
Tak, jak się spodziewała, jej słowa zainteresowały kocura. Spostrzegła też, że nie zareagował nawet na jej przezwisko. Naprawdę go sobie ugłaskała, że nie rzucał się już o tego "Zjeżka". Bardzo dobrze.
— Naprawdę? Najwidoczniej to codzienność polować na koty. W klanie by mnie za takie zachowanie ukarali, a tutaj? Ja to kocham i uwielbiam! — zaczął miauczeć podekscytowany. — Uwielbiam krew. Jej smak. No i jak cierpią i błagają o litość. To takie wspaniałe uczucie. Ty też to czujesz?
Uniosła brwi. Czyli w tych całych klanach wychowują albo kruche maskotki, albo szalone, obłąkańcze dzikusy? Cóż za rozbieżność.
— Nie. Nie jestem zwierzęciem. Zabijanie to mój obowiązek i wypełniam go z dokładnością. Czuję satysfakcję, gdy mogę dokonać zemsty lub pozbawić kogoś życia i uwielbiam, gdy błaga się mnie o litość, jednak nie zachwycam się smakiem krwi. Życie większości kotów jest mi całkowicie obojętne. Nie potrzebuję używać przemocy, by się dowartościować.
I nie powiedziała niczego, co nie było zgodne z prawdą. Zabijanie nie było dla niej rozrywką, było czystym obowiązkiem, powinnością i codziennością. Czemu miałaby czerpać przyjemność z krzywdzenia kogoś, kogo nawet nie znała? Kto był jej obojętny? Nie... Nigdy. Nastroszone Futro nie powinien mierzyć jej swoją miarą.
Kocur wbił w nią jednak gniewne spojrzenie, słuchając jej słów. 
— Wiesz ty co! Ja wcale się nie dowartościowuje na tym! Wcale! — Zrobił niezadowoloną minę, nadymając policzki.
Przekręciła głowę.
— Oj, naprawdę? — zamruczała. — Coś mi się zdawało, że przed chwilą mówiłeś coś innego. No, w każdym razie, Zjeżku, oby przez myśl ci nawet nie przeszło, że jesteśmy do siebie podobni, a już tym bardziej, że tacy sami. Nie wiem, czego was w tych klanach uczyli, ale nie należę do tych, co cieszą się z możliwości zabijania. No, ale długo chyba już sobie porozmawialiśmy, a ja mam obowiązki. Tak, obowiązki, a nie rozrywkę i hulankę. Tobie też radzę zająć się tym, co jest twoją powinnością. Żegnaj, Nastroszone Futro.
I obróciwszy się, wskoczyła na jakiś pobliski budynek, wspinając się po rynnie aż na sam dach. 

* * *
Cóż za ironia losu, że gdy wspominała tę rozmowę, okazało się, że jej własne słowa z dalekiej przeszłości były przypadkowym proroctwem, zrządzeniem losu, który właśnie się spełnił. To nie Nastroszonego ścigano, a właśnie ją. Czy żałowała tego, co zrobiła? Ciężko powiedzieć. To nie ona sprowadziła na siebie klęskę, a nierozważne działania Jafara. Zatem to nie na siebie powinna być zła. Nie była zła, już nie, była po prostu rozczarowana. Chwila nieuwagi wystarczyła, by wszystko się posypało.
Ale nie była z tych, co płakali nad rozlanym mlekiem. Płakać bynajmniej nie zamierzała, a szczególnie nie w tych okolicznościach. Trzeba było sobie radzić, a kotka tkwiła w przekonaniu, że skoro udało jej się przeżyć tak długo, z tym przeklętym Poligończykiem podążającym za nią krok w krok i bandą kotów z całego miasta, zdesperowanych na tyle, by usiłować ją zabić, to była w stanie zrobić rzeczy dużo, dużo większe. 

26 kwietnia 2024

Od Nastroszonego Futra CD. Bastet

Obił mordę jakiemuś typowi i wracał do bazy bardzo z siebie zadowolony. Te zadania, które zlecał mu Entelodon były wspaniałe! Normalnie czuł jak rozkwita! Duma wręcz go rozpierała, kiedy kroczył uliczkami z dobrze wykonanej roboty. Tu w końcu ktoś go doceniał, tu w końcu ktoś się go bał. Ci samotnicy byli słabi. Żaden nie miał z nim szans, ha! 
Nagle przystanął, bo ujrzał znajomą postać, która wwiercała w niego swoje spojrzenie. O nie... Co ona... tu robiła?!  
— Jak mija dzień, Nastroszone Futro? — spytała pogodnie Bastet, jednak wciąż typowym dla siebie chłodem. — Słyszałam, że ci się oberwało.
Rzeczywiście informacja o ich sprzeczce dotarła do właściwych uszu. Nie zamierzał dać się jej jednak ponownie sprowokować, zaciskając z trudem pysk na swoim języku. Duma go zabije jeśli znów będzie zmuszony płacić Jafarowi za jego błędy. Jednak nie potrafił po prostu tak zignorować jej słów. Gdyby teraz odszedł z podkulonym ogonem... Okazałby się tchórzem bez honoru! 
Uniósł na nią spojrzenie, chociaż uszy przylegały mu płasko do głowy. 
— Ciekawe kogo to zasługa... Zadowolona jesteś z siebie?
— Owszem. Tą sytuację dopisuję do listy moich osiągnięć — odparła spokojnie. — Dziękuję, że doceniasz moje umiejętności upokarzania innych kotów, jednak sądzę, że była to w większości twoja zasługa. Wystarczyło być grzecznym i niezbyt aroganckim, a spójrz, jak miło byśmy sobie pogawędzili...
Zmrużył oczy, patrząc na nią z ogromną urazą i niechęcią. Jasne... Już to widział... 
— Tak... — miauknął tylko. Nie mógł znów podpaść. Bądź co bądź, Bastet i jej szef byli sojusznikami. Nie chciał, aby przez niego runął tak ważny dla Entelodona sojusz. Wtedy nawet Duma by mu nie pomógł, a miastowa szycha wtarłaby go w beton tak, że już nigdy by się nie pozbierał. 
— Rozumiem więc, że spór zakończony? — Usiadła, prostując się. — Jak zatem u Entelodona? Nie mieliście ostatnio żadnych komplikacji?
Tak... Zakończony. Chyba... Chociaż nadal był na nią obrażony, że na niego doniosła. Podły szpicel. 
— U niego dobrze. Załatwiałem właśnie jednego typa, który mu się naraził — Uśmiechnął się pod nosem, bo wspomnienie zwycięstwa napawało go dumą. Pokazywało mu to, że nie był taki beznadziejny za jakiego zawsze uchodził w Klanie Nocy. Tutaj... Tutaj był kimś. Miał namiastkę władzy, którą zawsze pragnął posiadać. 
— Zatem widzę, że twoja profesja jest dość podobna do mojej. Mi również zdarza się zrzucać z dachów i miażdżyć głowy wrogom Jafara. Ale nie tylko. Jesteśmy sojusznikami, a więc wróg Entelodona jest i moim wrogiem. — Uniosła brodę. — To takie ironiczne, że wciąż znajdują się koty dość głupie, by znieważyć najsilniejsze w mieście osobowości. Myślą, że oszukają diabła.
— Tak. Głupcy — zaśmiał się, nieco rozluźniając się przy kocicy, ponieważ schodziła na bardzo interesujące tematy. A on cóż... lubił porozmawiać z kimś kto rozumiał, jaką frajdą było klepanie kogoś po mordzie. — Ale to wspaniałe uczucie. W klanie za coś takiego by mnie wygnali albo zabili, a tutaj mogę legalnie czynić to co jest moją pasją i jeszcze ode mnie tego oczekują. Uwielbiam sprzątać problemy. To super zabawa.
Bastet uniosła brew, oplatając ogonem swoje łapy.
— W klanie — powtórzyła. — Czym są te "klany"? Nie pierwszy raz słyszę to określenie, ale niedużo kotów wie więcej na ten temat. 
O! Czyli jednak było coś czego panna mądralińska nie wiedziała. Ale wiadomo... Mało kto znał leśne społeczności, które znajdowały się poza Betonowym Światem. Jego wiedza była więc cennym towarem. Ale... nie byłby sobą, gdyby jej o tym nie opowiedział. Uwielbiał w końcu uchodzić za kogoś mądrzejszego niż był w rzeczywistości. Akurat wspomnienia o dawnym domu były wciąż żywe, więc bez problemu rozpoczął: 
— Klany... To takie większe gangi liczące kilkadziesiąt kotów. Żyją w dziczy, lasach, polach czy na wyspie. Funkcjonują jako społeczeństwo. Jest hierarchia, na szczycie stoi lider, co przewodzi i jego zastępca, co przejmie jego funkcje po jego śmierci. Potem są medycy czyli tacy uzdrowiciele, oni nie mogą mieć potomstwa ani partnerów. Dorosłe koty szkolą się na wojowników, czyli takich gangsterów co pilnują terenów, walczą i polują na zwierzynę dla wszystkich. Są jeszcze uczniowie, tacy młodzi co się szkolą na wojowników oraz królowe - ciężarne kotki i kocięta. A gdy jesteś staruchem idziesz do starszyzny, leży się tam i nic nie robi, a uczniowie wymieniają im mech, dają jeść i wyciągają kleszcze — podzielił się informacjami z kocicą. — No i jest kodeks — prychnął. — Strasznie ograniczający. Zabijanie jest tam karane wygnaniem. Ja sam odszedłem, bo miałem dość tego co tam się działo... Baby doszły do władzy i próbowały mnie sobie podporządkować, bym skakał na każde ich zawołanie. Odrażające istoty!
Samotniczka zaśmiała się czystym i klarownym śmiechem, gdy tylko skończył.
— Czyli rozumiem, Zjeżku, że wylądowałeś tutaj z frustracji bycia podporządkowanym płci żeńskiej? Powiedziałabym nawet, że bycie uciśnionym przez kotki jest lepsze, niż przez koty takie jak Entelodon. Gdy dołączasz do gangu, nie ma już z niego powrotu. — Wysunęła teatralnie pazury, przyglądając się im. — Oczywiście to dotyczy tylko słabych kotów. Te silne i ambitne z pewnością zapracują na sympatię pana miasta. A system tych leśnych dzikusów zdaje się niezwykle wadliwy. Jak dbają o pewność, że członkowie klanu będą lojalni wobec ich przywódcy bez zastosowania przemocy? Samo przetrzymywanie w grupie staruchów to duże obciążenie. W miejskich historyjkach klanowe koty były antagonizowane, a, jak widzę, są całkowitym tego przeciwieństwem.
Strzepnął ogonem słysząc jej słowa. 
— Właśnie, że nie! Mówisz tak, bo jesteś kotką i nie doświadczyłaś tego co ja! Tutaj... — Wziął głęboki oddech. — Tutaj odetchnąłem pierwszy raz odkąd się urodziłem. Praca dla Entelodona, nieważne jak brudna i parszywa jest sto razy lepsza niż podleganie babom. — Najeżył się. — No jest wadliwy i bardzo ograniczający. Tam za podniesienie łapy na kogoś dostajesz karę, możesz stracić swoją pozycję i zostać na powrót kociakiem będąc staruchem. Zastraszają ich właśnie w taki sposób, a gdy ktoś jawnie się sprzeciwia to przechodzą przez wygnanie. A owszem. To srające tęczą zbiorowisko gejów i lesb, co niszczą porządne koty!
— Wyluzuj, Zjeżku. Stroszysz się jak kocię i wystarczy jedno słówko, żeby cię zirytować. Nic dziwnego, że takie imię ci nadano — prychnęła, słysząc kolejne słowa. — Czyli w taki sposób karają koty? Cofając dorosłych wojowników do rangi kocięcia? To wygląda bardziej jak zabawa lub nieśmieszny żart, niżeli grupa, która miałaby prawo określać się mianem klanu. Jeśli przeszkadzają ci związki homoseksualne, trafiłeś chyba na niezbyt dobre miejsce, kochany. Tutaj roi się od gejostwa. Myślisz, że nigdy nie przespałam się z kotką? — parsknęła, jakby rozbawiona jego rozumowaniem.
Na jego pysku pojawił się obrzydzony i zdegustowany wyraz. Cofnął się od niej jak od jakiegoś robactwa, które na niego wlazło. Co?! O fuj! Jak ona mogła tak szczerze się do tego przyznać?! To było... nawet nie chciał kończyć. Wystarczyło, że udało mu się wyobrazić sobie, że ta tutaj przed nim była zdolna do tak gorszących czynów, jak pocałowanie innej kotki. Ble! 
— Jesteś obrzydliwa! W gangu Entelodona nie ma żadnych gejów, ty nie należysz do niego... A w Klanie Nocy... Tam zmuszano mnie do bycia jednym z takich zboczeńców! Tu mogę być kim tylko chcę! I nie nazywaj mnie Zjeżykiem. — Tupnął oburzony łapą. — Nie jestem kociakiem, mógłbym z łatwością cię pokonać. Walczyłem z samym Entelodonem i zobaczył we mnie potencjał, potencjał, którego nikt nie dostrzegał w moich rodzinnych stronach. Dlatego jestem tu gdzie jestem i nie zamierzam cię słuchać, jak będziesz gadać dalej te swoje bzdury. 
— Nie ma żadnych gejów? Jeden z jego synów jest partnerem Jafara. Wie o tym całe miasto — parsknęła. — Wszyscy są do tego przyzwyczajeni. To jest Betonowy Świat, większość kotów flirtuje z kim popadnie i płeć nie ma dla nich znaczenia. Przyzwyczaj się. Zmuszanie do homoseksualizmu nie jest raczej mądre, zważając na to, że musicie się rozmnażać, żeby klan przetrwał — jego słowa sprawiły tylko, że Bastet uniosła brew z powątpiewaniem. — Wiara w to, że siła mięśni to jedyne, co pozwoli ci wygrać, jest naiwna. Liczy się taktyka i rozum, Zjeżku — podkreślając to, puknęła się pazurem w czoło. — Jeśli w to wątpisz, śmiało, zmierz się ze mną. Chętnie trochę poćwiczę i może się czegoś nauczę, skoroś tak dobry. Lubię wyzwania.
Wbił w nią niezadowolony wzrok. To co mówiła było herezją! Przecież miał oczy i widział jak jest naprawdę. Może po mieście chodziły takie obrzydliwe plotki, ale nie było w tym ani grama prawdy! Inaczej dawno by zauważył, że taki Duma go podrywa, a przecież tak nie było! Nie rzucał się na niego i nie zapraszał na randki jak ktoś kto lubiłby tą samą płeć. Najwidoczniej Bastet próbowała namieszać mu w głowie, ale nie! On się nie da wyrolować! 
— Brednie! Poznałem jego synów i żaden z niego gej! To moi kumple. Nie podrywali mnie nigdy, a to cecha gejów! — powiedział co wiedział, nie dając jej wiary. — Dlatego odszedłem! Nie chciałem żyć w świecie, gdzie ktoś narzucał mi kim mam być — Słysząc jej zachętę do bójki, uśmiechnął się pod nosem. Zaraz da tej lesbie nauczkę. Zobaczy, że nie ma z nim szans! — Dobra. Dawaj. Jeśli wygram to przestaniesz mi ubliżać, a jak ty wygrasz to będziesz mogła wołać na mnie jak ci się żywnie podoba. Stoi?
Kotka uśmiechnęła się.
— Stoi — odparła, zaskoczona nieco tak głupim zakładem. 
Samotniczka czekała, przygotowana na jego pierwszy ruch. Nie dał jej jednak dużo czasu do namysłu. Rzucił się na nią od razu, próbując zbić ją z łap i przycisnąć do podłoża. Liczył na szybką wygraną. Bastet może i znana była na całe Siedlisko Dwunożnych, ale była przecież kotką. I to opowiadającą odrażające rzeczy! A on... on był niezły w walce! Udowodni jej, że się co do niego myliła. 
Samica uskoczyła, ale wcale go to nie zniechęciło. Rzucił się ponownie, próbując użreć ją dość boleśnie w łapę i udało się! Przeciwniczka wydała z siebie wrzask. Ha! Czyli teraz pójdzie z górki. W końcu wybrał tą część ciała na cel, ponieważ szybko zakończą tak pojedynek. Nie chodziło w końcu o zabicie kotki, a ukazanie swojej dominacji. A najlepsze w tego ukazaniu było przyciśnięcie jej do brudnej betonowej drogi.
Jedyny logiczny sposób na uwolnienie się, jaki przyszedł Bastet do głowy, to wysunięcie pazurów i użarcie go w gębę. Zrobiła to, a następnie wykręciła tylną łapę, by zbić go z nóg. Korzystając z wolnego momentu, rzuciła się pędem w kierunku dużego kontenera. Wskoczyła na niego, a potem na balustradę. Zachowując równowagę, szła po poręczy balkonu, wskakując następnie na dach.
— Wespniesz się do mnie? — miauknęła spokojnie z góry.
Co to były za ucieczki? Tak się u nich walczyło? Oburzające!
— Tchórz! Oczywiście, że wejdę — i na potwierdzenie swoich słów, wskoczył na kontener dość niezgrabnie, podciągając się na balustradę. Zachwiał się na moment, prawie tracąc oparcie, ponieważ nie przywykł jeszcze do tego sposobu poruszania się. W dziczy nie ma przecież takich śliskich tworów, w które nie da się wbić pazurów, a następnie wskoczył na dach, wbijając mocno w dachówki łapy, podciągając się z ciężkim sapnięciem. 
— Ha! Widzisz! Udało się — wydyszał.
Gangsterka uśmiechnęła się do niego przebiegle. 
— Dyszysz jak starzec — zacmokała. — Zmęczyło cię parę skoków? 
Chciał jej odpowiedzieć, ale widząc jak się rzuca w jego stronę, uskoczył w bok. Jego łapy nieprzywyknięte do nierównej, skośnej powierzchni, osunęły się, powodując że ześlizgnął się aż do krawędzi, tworząc brzydki ślad na metalu. 
— Zejdźmy na ziemie! Tu nie da się walczyć! — zauważył, czując jak był blisko od zlecenia i nieuchronnej śmierci.  
— Za późno, Zjeżku. Pozwoliłeś mi podyktować warunki walki — zamruczała. Spoglądała raz to w jego oczy, raz w jego łapy. Przyzwyczajona do chadzania po dachach, podeszła do niego, gdy tylne kończyny kocura zsuwały się z krawędzi. — Coś mi się zdaje, że lesba cię pokonała.
— Nie! — Położył po sobie uszy, sycząc wrogo. — Wcale nie! Dam radę! Jeszcze nie padłem od twych łap! — I na potwierdzenie tych słów, pozbierał się na do góry i skoczył w jej kierunku, by to ona leżała pokonana na ziemi, a nie on!
Kocica uskoczyła do tyłu, ale potknęła się i przewróciła. Zsunęła się kawałek, ale wysiliła się, by odepchnąć kocura tylnymi łapami. Wstała na łapy, robiąc krótką przerwę na zaczerpnięcie oddechu, który od ilości wysiłku znacznie jej przyspieszył. Spojrzała się na niego. Wciąż stał niżej na dachu od niej. Skoczyła w jego stronę i potoczyli się w dół. Arlekinka chwyciła się pazurami dachówek i podciągnęła, by nie spaść. A on? Poczuł jak zlatywał z dachu, w ostatniej chwili zaczepiając się pazurami o rynnę. Wisiał tak czując, że pod łapami nie miał nic. Pustka. Złapał go strach. Nie. Nie mógł tu umrzeć! Był za młody! Jeszcze nie osiągnął wielkości o jakiej marzył! Starał się wciągnąć, ale nadaremno. Mięśnie łap paliły go z bólu i wysiłku. Nie! Nie! Nie! 
— P-pomocy! — wypiszczał niczym przestraszony kociak.
— No proszę, podobno "tchórz" właśnie ratuje ci życie — wydyszała samotniczka. — Ale, wiesz, tak się zastanawiam, czy ci pomagać... Byłeś w stosunku do mnie bardzo niegrzeczny, Zjeżku. Może jak poprosisz.
— Proszę! Błagam! Jak spadnę to sobie coś złamie i mnie Entelodon weźmie na straty! Błagam! Miej litość! —  panikował coraz bardziej, ponieważ ostatkiem sił utrzymywał się na dachu. Jego szaleńcze młócenie powietrza tylnymi kończynami na nic się zdawało, a jedynie odbierało dech w piersi. Spadnie. Spadnie i umrze! 
Bastet złapała go za kark praktycznie w ostatnim momencie, gdy już wydawał z siebie wrzask i wciągnęła z powrotem na dach.
— Spokojnie. I tak nie pozwoliłabym ci umrzeć, jesteś kotem Entelodona, nieważne, jak bardzo irytującym. Chciałam po prostu zobaczyć, jak błagasz kotkę o litość z zębami zaciśniętymi ze strachu — miauknęła, a jej ogon otarł się o jego podbródek, gdy go mijała. — Na ziemi może i byś mnie pokonał, ale nad nią to ja króluję. Powinieneś myśleć, zanim coś zrobisz.
Odetchnął z ulgą, gdy łapy znalazły twardy grunt. Szybko otarł łzy z oczu, gdy wciąż przez jego grzbiet przechodził zimny dreszcz. O rany... Było blisko. Skrzywił się na jej słowa, bo rzeczywiście... Miała rację. Nie pomyślał i przez to kocica go idealnie wyrolowała. 
— Wygrałaś — wyznał po dłuższej przerwie. — Możesz teraz się tym chełpić.
Parsknęła.
— Czym mam się chełpić? Tysiąc kotów już zrzuciłam z dachu. Idzie się przyzwyczaić do wygrywania — miauknęła sarkastycznie, ale niedługo później spoważniała. — Całkiem dobrze walczyłeś, Zjeżku, trzeba przyznać. Zmęczyłam się.
Wypiął dumnie pierś słysząc, że został doceniony. I to przez kotkę! Uśmiech zalśnił na jego pysku. 
— Ja też. Ale wiem... Jestem boski. Widzisz jaki talent wyrzucono? Jak tu trochę pożyję, to zobaczysz, że nawet na dachu cię pokonam! — Spojrzał w dół i zaraz sobie coś o czymś przypomniał. — E... Bastet? A jak się schodzi z dachu? Bo... Tak się składa, że nigdy tego nie robiłem... To nie drzewo...
Arlekinka przewróciła oczami.
— Zaczynam żałować, że cię nie zrzuciłam — sapnęła. Skinęła kocurowi głową, by ruszył za nią i podeszła do krawędzi dachu z tej samej strony, z której na niego wchodzili. Wycelowała wzrokiem w poręcz i skoczyła, utrzymując równowagę.  — Tylko uważaj, bo zostanie z ciebie krwawa miazga, jeśli źle skoczysz.
Spojrzał w dół. Wycelowanie w taką wąską barierkę będzie trudne. Zaparł się łapami i ustawił do skoku. Trwał tak przez moment, próbując wyczuć odpowiedni moment na odbicie się od powierzchni. 
— NIE POMAGASZ! — pisnął, próbując nie myśleć o rychłej śmierci.
— Nie bądź ciapą — ponagliła go, wpatrując się w jego nieudolną pozycję. — Namierz cel i skocz. Nie odbijaj się zbyt mocno, bo polecisz, ani zbyt słabo, bo twoja główka spotka się z twardymi płytami.
Wziął głęboki oddech. Łatwo jej było mówić! Ona pewnie się urodziła na dachu i miała to całe schodzenie we krwi. W końcu zebrał się w sobie i z wrzaskiem skoczył, uderzając dość boleśnie o poręcz, obejmując ją wszystkimi kończynami. Żył, ale jego brzuch cierpiał od bólu spowodowanym twardym lądowaniem. 
— Ała... Moja wątroba...
— Nie rycz, przeżyjesz — odparła. — Cóż, mam nadzieję, że twoja wątroba jest przygotowana na kolejny skok.
I mówiąc to, skoczyła w kierunku kontenera. Odbiła się od jego powierzchni i wylądowała na ziemi, ocierając się z kurzu.
Spojrzał w dół i zebrał się w sobie, aby się unieść, ale jedynie przewrócił się i wypadł z poręczy, upadając na kontener z głośnym "łups". Na szczęście jednak w powietrzu okręcił się i spadł na cztery łapy, kończąc po chwili na ziemi u boku Bastet, kuląc się na ziemi z bólu. 
— Nigdy... Więcej... Nie wejdę... Na dach.
Poklepała go łapą po głowie.
— Przynajmniej teraz docenisz mnie jako przeciwnika — mruknęła rozbawiona jego bolesnym upadkiem. — Prawda, że dachy są niezwykle urokliwe?
Spiorunował ją spojrzeniem, krzywiąc nos na jej dotyk na łbie. Jakby był jakimś dzieciakiem! Oburzające. Pozbierał się na łapy, krzywiąc z bólu, przygarbiając się przy tym. 
— Są okropne! Nie lubię ich! Ugh... — wyrzucił z siebie całą swoją frustrację.
— I dlatego właśnie uwielbiam się po nich wspinać — zamruczała.

***

Tyle już księżyców żył w tym świecie, że powoli stawał się częścią tej całej społeczności. Radosnym krokiem przemierzał drogę w kierunku Kasztelana, aby nieco się zabawić. Ostatnio jego pewność siebie wzrosła, pomimo zawalenia misji ze znalezieniem Artura. Dostrzegając czyjeś znajome futerko, podbiegł do Bastet, szczerząc się jak głupi. 
— Cześć, Bastet! Nie uwierzysz! Zostałem prawdziwym gangsterem! Duma mnie pochwalił! On! Jest ze mnie dumny, wiesz?

<Bastet?>

21 kwietnia 2024

Od Bastet CD. Nastroszonego Futra

 — Nie. Spróbuj pierwszy — odparła. Wzrokiem pobłądziła za kocurem, który szybko ewakuował się z miejsca. Będzie musiała porozmawiać o tym z Jafarem. — Kto nadał ci takie kuriozalne imię?
Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że długie, dwuczłonowe imię, które nosił ten tutaj, nie było często spotykane w mieście. Nie był stąd, to na pewno - zresztą zdradzało go nie tylko imię, ale brak obeznania w panującej tu rzeczywistości. Był w tym zielony, nie był rdzennym mieszkańcem miasta. Tacy jak on byli łatwi do oszukiwania. Miał szczęście, że znalazł miejsce u boku Entelodona.
— Kto? Lider. Znaczy... W klanie to działa nieco inaczej. Matka nazwała mnie Nastroszony, bo moja sierść żyła własnym życiem. Potem jako uczeń nosiłem człon łapa, czyli Nastroszona Łapa, a gdy zostałem wyszkolony, to lider mianował mnie na wojownika i dostałem miano Nastroszonego Futra. I wcale nie jest kuriozalne — prychnął. — Lubię je. Dobrze oddaje to kim jestem. W klanach jednoczłonowego imienia używają tylko kocięta. Więc gdybyś w klanie była Bastet, a nie Bastetowa Czaszka, to śmialiby się z ciebie, że taka duża jesteś, a dalej kociak. No chyba, że lider da ci karę i odbierze twoje wojownicze imię. Wtedy masz z powrotem imię dziecka. — Zgarnął łapą bliżej sól, po czym wciągnął ją nosem. Wrzasnął zaraz, padając na ziemię, a oczy zaczęły mu łzawić. — A-ale szczypie! Ała! — zakaszlał, wycierając nos panicznie łapami. — Zabiję Śmierdziela! To niby miało być fajne?!
Dziwne mieli te zasady w tych całych klanach. Obiło jej się o uszy, że duże grupy kotów żyją poza miastem, ale nigdy się w ten temat nie zagłębiała. To, co jednak wywołało w niej wręcz politowanie, to fakt, że ci klanowi "liderzy" karali swoich wojowników, nazywając ich imieniem dla kocięcia. Naprawdę? Karać dorosłego kota tak pobłażliwie? Tak infantylnie? W mieście niepożądane zachowanie było karane śmiercią, a niekiedy nawet czymś dużo gorszym - torturami czy więzieniem.
— Jest kuriozalne w tych stronach. Nikt nie nosi w mieście dwuczłonowych imion — zauważyła. — Więc kary w klanach wyglądają tak żałośnie? Przywódca zmienia imiona swoich wojowników na kocięce? Za niesubordynację kara powinna być przynajmniej bolesna — uśmiechnęła się krzywo, gdy ten wrzasnął. — Jeśli zamierzasz go zabić, przyjdźcie do mnie. Chętnie popatrzę.
Jej mały, niedojrzały emocjonalnie kolega otarł oczy, które jeszcze bardziej zaszły mu łzami. Zaraz chrząknął, tak jakby wcale ta sytuacja nie miała miejsca, chociaż widać było, że nos wciąż go bolał, a on sam był dość niezadowolony z faktu, że tak się zbłaźnił przy kotce.
— W klanach nie biją kotów. No chyba, że lider to tyran. Zwykle kary wyglądają tak, że ma się zakaz wychodzenia z obozu, trzeba opiekować się kociętami lub wymieniać mech, no i nie chodzi się na zgromadzenia klanów. I chętnie przyjdę do ciebie z tym typem i dam mu nauczkę. Ugh... Oszukał mnie. Sądziłem, że skoro tu sprzedaje, to nie wciska mi kitu. Mówi się w tych stronach, że Księżniczka ma najlepszy towar — zaśmiał się pod nosem. — Nie wiem czemu tak na niego mówią, ale to zabawne.
Na sam dźwięk tego przezwiska pazury zadrżały jej schowane w łapach. Jednak choć bardzo pragnęła urwać mu za to łeb, powstrzymała się, spoglądając mu w oczy. Był przecież ułomem jakich mało, zatem mogła sprawić, by sam siebie wkopał. Dlatego zamiast solidnie go uderzyć za nazywanie jej szefa Księżniczką, rzuciła:
— Mówią tak do niego, by pokazać swój szacunek. Księżniczka jest w końcu kimś, kto panuje. Może ci się to przydać, gdy przyjdzie ci stanąć z nim w cztery oczy. To szansa na uratowanie twojego życia, jeśli narazisz jego cierpliwość. Warto też przychodzić do niego czy niektórych kotów wyższych rangą, będąc brudnym. Naturalnie wydajesz się wtedy bardziej bezbronny, toteż potraktują to jako uniżenie i cię oszczędzą.
Ledwo powstrzymała śmiech, widząc, że kocur zdawał się naprawdę wierzyć w jej słowa. Na jego pysku nie było nawet cienia wątpliwości.
— O! Nie wiedziałem. Dzięki za radę. — Pomasował się łapą po pysku. — Ale i tak nie rozumiem dlaczego przyjął takie miano. Brzmi jak dla baby. Ale może Entelodon zajął króla, dlatego mu pozostało być tym pomniejszym czymś. Nawet nie wiem co do końca znaczy. W klanie mieliśmy królowe, ale one nie rządziły, tylko tak nazywano kotki w ciąży. — Nagle przerwał, jakby coś mu się przypomniało. — A... Masz może jeszcze jakieś cenne rady? 
— Dobrze się domyśliłeś — odparła zwięźle. Nazywali kotki w ciąży królowymi? Nieźle. Tutaj ciąża była raczej przekleństwem. Nie zaszłaby w nią z własnej woli. — Oczywiście. Urodziłam się tu i dorastałam, w przeciwieństwie do waszych potulnych klanów, na brutalnej i bezlitosnej ulicy. Wiem wszystko — rozprostowała się. — Tutaj, w mieście, by okazać kotu wielki szacunek, atakujemy go. Jeśli zastanawia cię, dlaczego, odpowiedź jest prosta - pokazujemy w ten sposób, że jesteśmy ciekawi czyjejś siły i umiejętności, a także że jesteśmy gotowi na przegraną z danym kotem. Dlatego nie chciałam z tobą walczyć, Zjeżyku. Nie jesteś panem tego miasta, a więc traktuję cię z rezerwą. Jesteśmy jednak na podobnych stanowiskach.
— Jak ty mnie nazwałaś? — Najeżył się cały. — Nie jestem jeżem! — prychnął na nią zdenerwowany. Nie po to opuszczał klan, aby teraz jakaś samica, kolejna zresztą, wymyślała mu przezwisko! — A może jednak powinnaś ze mną zawalczyć. Zobaczyłabyś, że należy liczyć się z moim zdaniem i mnie nie obrażać! — syknął. — Wtedy pokaże ci szacunek jaki mam do kotek!
Mimo treści jej słów i ich (oszukanej, co prawda, ale wciąż) wartości, jedyne, na co samotnik zwrócił uwagę, to pseudonim, jaki mu nadała. Spodziewała się tego, dlatego przyglądała się jego wybuchowi z uśmiechem malującym się w jej głowie, którego nie ukazała na zewnątrz. Bardziej go ruszyło jedno słówko niż cała jej wypowiedź. Uniosła brew.
— Może to ja powinnam nauczyć cię szacunku. Czy poważnie chcesz się spierać z osobą, która wychowywała się tu przez całe życie? Znam każdy zakamarek tego miasta, a ty ledwo znasz najważniejsze osobistości. Nie mam w zwyczaju szukać problemów, w przeciwieństwie do ciebie. Ale rozumiem już, dlaczego opuściłeś potulny i słaby klan; myślałeś, że pójdziesz na łatwiznę i jeśli pójdziesz do miasta, będziesz mógł bezkarnie gwałcić i zabijać wszystko, co stanie ci na drodze. Bo w końcu jak łatwiej pokazać swoją dominację nad kotkami? — bez skrupułów używała dosadnego języka.— I może część racji w tym jest, jeśli rozmawiasz z przypadkową zagubioną panną. Ale nie, kiedy rozmawiasz z równą sobie lewą łapą Jafara. Cóż, muszę cię jednak zmartwić - Jeśli nie złapiesz zwierzyny, to jej nie zjesz. Spróbuj mnie choć tknąć, a Jafar wydłubie ci flaki, a Entelodon pozbawi cię miejsca w twoim gangu. Widzisz, problemy zaczynają się wtedy, kiedy ktoś powołuje na pozycję osoby, która nie potrafi zachować wstrzemięźliwości. Myślisz, że wszystko ci wolno, bo wkroczyłeś do miasta. Ale nie ma łatwych zdobyczy. Ten sojusz jest trwały, więc nie radzę ci go niszczyć.
Nastroszone Futro prychnął i odwrócił się do niej tyłem, ale najwidoczniej jej słowa musiały jakoś do niego dotrzeć. Przewrócił oczami.
— Masz problem to sobie idź. Nie każe ci wisieć mi nad głową.
Uśmiechnęła się jedynie w odpowiedzi na te słowa, bo było to zachowanie na tyle zabawne, że ciężko było wytrzymać z poważną miną.
— Co najłatwiej zrobić? Tupnąć nóżką na złe słowo.  Nic nie wiesz o mieście. Ale nie zlituję się nad tobą, kiedy przyjdzie co do czego. I chyba nie sądzisz, że jestem tu ze względu na ciebie? Kasztelan znajduje się na terytorium Jafara, a ja powinnam pilnować, czy nikt nie robi tutaj zamieszania, tak jak kolega, który podkulił ogon na mój widok i stąd zwiał. W tobie zbyt dużo arogancji, a zbyt mało pomyślunku, Zjeżku. Nie każda kotka będzie ci padać pod łapami. Mam jednak nadzieję, że zapamiętasz moje rady, ponieważ nie jestem tak głupia, jak ty, by szkodzić mojemu sojusznikowi.
Prawie uśmiechnęłaby się jeszcze szerzej, gdy kocur niemal zachłysnął się śliną, gdy usłyszał jej słowa. Tak, kochała to - gdy aroganccy pchlarze dowiadywali się, gdzie stali i pod czyimi rozkazami się znajdowali. 
— Przepraszam — w końcu powiedział Nastroszony, krzywiąc się niezadowolony i odwracając do niej przodem. — Mów sobie na mnie jak chcesz, mam to gdzieś. I jestem świadom twoich słów. Poznałem już wiele takich. Nie spodziewałem się jednak, że w mieście też jesteście. Ugh... No nic. Ale panien jest tu wiele i nie każde plują jadem. Skoro masz obowiązki to nie przeszkadzam. Sprawdź czy ktoś nie bije się na zapleczu, bo często tam nielegalnie się tłuką.
Na jej pysk wstąpiła chłodna imitacja uśmiechu. Zignorowała mniej ważną część jego wypowiedzi.
— Widzisz, warto czasem być grzecznym chłopczykiem, Zjeżku. Co nie zmienia faktu, że nie przyjmuję twoich przeprosin. Wiedz jednak, że z miłą chęcią opowiem Jafarowi, co się dzisiaj działo. Ucieszy się, wiedząc, że członek sojuszniczego gangu robi u niego ambaras i szuka problemów.
Na pysku stojącego przed nią koleżki pojawiło się czyste przerażenie.
— Poczekaj... Może... Jakoś się dogadamy? Proszę. Nie mów mu. Ja nie szukam problemów, naprawdę. Upoluje ci parę myszy i będziemy kwita, co ty na to? — zaproponował. — Błagam. Zrobię wszystko, tylko błagam odpuść mi. Jestem nowy, wiesz, uczę się tego wszystkiego. Już zrozumiałem swój błąd. Nie niszcz mi kariery...
— Myślisz, że naprawdę zamierzałam tolerować twoją pyszałkowatość i to, jak mnie traktowałeś? — powiedziała spokojnie. — Jesteś tu nowy, a ja żyję tu od dawna. Więc licz się z tym, że wpraszając się do cudzego mieszkania, nie dorastasz mu do pięt. Naucz się brać odpowiedzialność za swoje decyzje. Zgłoszenie tego Jafarowi to mój obowiązek.
Nastroszone Futro położył po sobie uszy.
— To idź skoro z ciebie taki posłuszny piesek. Donieś swojemu panu, że nie poradziłaś sobie z dzikusem z lasu, który jest według ciebie słabszy od samotników tu żyjących. Na pewno cię wynagrodzi, że taki nieistotny problem musi załatwiać sam, bo jego lewa łapa zawaliła. — Wstał, po czym skierował się w stronę wyjścia.
— Ależ ja nie muszę nic robić, słońce. Sam siebie zniszczysz szybciej, niż tutaj dotarłeś. Bo nie potrafisz się pogodzić z myślą, że jesteś słaby — powiedziała spokojnie za jego plecami, obserwując uważnie, jak odchodzi. Tak szybko zmieniał nastawienie. Raz błagał ją o litość, a drugi raz na nią wrzeszczał. Zdecydowanie musiała powiedzieć o tym tutaj Jafarowi. Czy Entelodon postradał już zmysły, że brał na tak wysokie stanowiska jakieś koty zza Drogi Grzmotu, które w dodatku były tak głupie, nierozważne i niestabilne emocjonalnie? To brzmiało jak proszenie się o kłopoty. Ale wątpiła, by zdradzili jemu coś szczególnie ważnemu, by powierzyli mu jakieś szczególnie ważne zadania. To byłby strzał w kolano. Komuś takiemu nie można było ufać, że podoła.


<Nastroszony?>

16 sierpnia 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Bastet

 — Ha! Ja? Wymięknąć? Pff... Co ty! Mam taką parę w łapie, że byś się zdziwiła — zadowolony zeskoczył z ławki, oczekując aż kotka do niego dołączy. Ah... Cudowne życie. Kochał je z każdym dniem coraz bardziej. — Zanim dołączyłem do gangu Entelodona to brałem udział w wojnie. Była potworna i krwawa. I wiesz co? Nie zmiękłem. Poradziłem sobie tak, że każdy uciekał z podkulonym ogonem. Szef wie ile jestem wart, nie brałby mnie, gdybym był jakimś zapchlonym samotnikiem co nic nie potrafi. Jestem najlepszy. W polowaniu, w pływaniu i walce. Jedynie szef ma większą parę w łapach ode mnie, ale tak to powiem ci, że gdy jeszcze nie należałem do jego gangu, to jakiś kocur mnie zaatakował. Okazał się jego generałem, a walczył jak typowy uczeń. Rozłożyłem go raz dwa na łopatki — przechwalał się zadowolony. — A ty? Dałabyś mi radę?
— Pod względem gadulstwa definitywnie nie dałabym ci rady — ucięła. — Wszyscy potrafią być mocni w gębie.
— Tak? To mogę zaprezentować, że moja gęba jest owszem mocna, ale mówi prawdę. — Ustawił się w odpowiedniej pozycji. — Dawaj, zaatakuj mnie.
Samotniczka przewróciła oczami. 
— Zmarnowałeś już dość mojego czasu. Zbyt dużo spotykałam na swojej drodze gołosłownych kocurów.
— A tam, nie umiesz się zabawić — stwierdził, wracając do swojej nonszalackiej postawy, po czym zaczął kierować się żwawo w stronę Kasztelana, aby dowiedzieć się co takiego Śmierdziel wynalazł i czy to będzie warte jego czasu. Ale co się oszukiwał. Nie będzie, bowiem tam były takie piękne laseczki, że zaraz swój zawód zatopi w pięknych ramionach panienek. 
Jego towarzyszka nie odpowiedziała na jego słowa. Ruszyła z gracją truchtem za nim.

***

Dotarł do celu, zaciągając się tamtejszym powietrzem. Uwielbiał to miejsce. Mógłby tam przesiadywać całe dnie, a być może nawet do końca swojego życia. Szybko się wślizgnął do środka i zaczął wypatrywać Śmierdziela. Łatwo akurat było go dojrzeć, bo właśnie ktoś sprzedawał mu soczystego kopa w zad, przez co prawie wleciał mu pod łapy. Odsunął się na bok, aby nie załapać od niego świerzbu, którym lubował się sprzedawać, po czym rzucił do niego rozbawiony. 
— No nieźle. Czy to ten twój nowy specyfik tak ich zdenerwował? Też mam cię skopać? — zażartował, patrząc na niego oczekująco. 
— Nie, nie. To co innego, ale cieszę się, że pytasz! Mam go! Najwspanialszą i jedyną w swoim rodzaju! Chodź, chodź — zaprowadził go na ubocze, po czym zniknął, wracając z reklamówką, którą ciągnął po ziemi. Gdy Śmierdziel wskazał mu ją łapą, spojrzał do niej i ujrzał dziwne opakowanie. Powąchał, ale nie czuł zapachu. 
— Co to? Wygląda jak coś co należy do Dwunożnych — stwierdził. 
— To sól... Zobaczysz, nie pożałujesz. Niezła po tym jest faza — zachęcał go do spróbowania. 
Nigdy nie słyszał o soli, ale nazwa brzmiała czadowo. A kto nie próbuje ten był jeleń, dlatego też kiwnął łbem, zgadzając się spróbować tego czegoś.
Śmierdziel zaczął wydobywać towar, gdy dojrzał nadchodzącą Bastet. Mina mu zrzedła na moment, jak gdyby zastanawiał się czy to śmierć właśnie przyszła w jego progi. 
Nastroszone Futro wybudził go z tego transu, widząc jak się zagapił na jego towarzyszkę. 
— Spokojnie, jest ze mną — powiedział do kocura. — Chodź, Bastet. Patrz. To ten nowy towar Śmierdziela. — Wskazał łapą na reklamówkę. 
— Tak... Tak... — zaczął nerwowo wskazany, rzucając Bastet błagalne spojrzenie, aby nie urywała mu głowy, wnętrzności, a najlepiej jakby go nie pogoniła za fakt, że sprzedawał swoje dziwne specyfiki na terenie jej szefa. — To nic takiego... Taka... sól... 
— Podobno niezła — zwrócił się do niej Nastroszony, zanurzając pazur w białym proszku i znów go wąchając. Wciąż nie miał zapachu. Ciekawe...
Kocica spiorunowała Nastroszonego wzrokiem, gdy ten powiedział, że jest z nim. 
— Nie zapominaj, kim jestem, Nastroszone Futro, i kim ty jesteś. Obowiązuje cię do mnie szacunek tak samo, jak do wszystkich innych kotów wyższych i równych tobie rangą. Nie jestem twoją koleżanką — upomniała go i skierowała spojrzenie na drugiego kocura. — Jafar wie o tym, że tu handlujesz?
Przewrócił oczami. Ale się rządziła. Tak naprawdę mogła mu naskoczyć. Nie należał do jej gangu, więc mogła sobie kłapać jadaczką ile wlezie. Był wolny. Nie będzie już nigdy uginał karku przed kotami, które na to nie zasługiwały. A Bastet... cóż. Była dla niego tylko samotniczką, nikim wielkim czy szczególnym. Dlatego też nic nie odpowiedział, skupiając jedynie całą swoją uwagę na worku.
— O-oczywiście! Wspaniały Jafar... Tak, tak. Mam pozwolenie, klnę się! 
Gdy biedny Śmierdziel srał pod siebie ze strachu, co było interesującym widokiem, bo nie spodziewał się, że Bastet tak działała na koty, polizał tą całą sól, aby spróbować smaku. I była... słona! Zakaszlał, krzywiąc pysk. 
— Ble — skomentował to, rzucając Śmierdzielowi mordercze spojrzenie. — Co to ma być? Smakuje jak morskie fale! 
— Bo to trzeba nosem — doradził, uśmiechając się nerwowo do swojego klienta, wysypując trochę soli na ziemię. — Po opłatę przyjdę później. Chyba ktoś mnie wołał. — Po czym chwycił reklamówkę w pysk i dał nogę, nim Bastet domyśliła się, że ściemniał. 
— Co za gość. Normalnie wariat. To co? Chcesz pierwsza spróbować? — zwrócił się do swojej towarzyszki. 

<Bastet?>

04 sierpnia 2023

Od Bastet Do Nastroszonego Futra

 Kręciła się blisko Kasztelana przez jakiś czas, w końcu odpoczywając na jednej z ławek. Była ciekawa, czy dziś ktoś zakłóci spokój na terenie jej szefa. Zauważyła tylko posturę - na oko starszego od niej - kocura. Wyglądał jak skończony idiota, idąc nazbyt pewnym siebie krokiem i wyszczerzonym uśmiechem.
Odwróciła od niego uwagę, ale gdy zatrzymał się i uśmiechnął do niej, pokazując szereg zębisk, wiedziała już, co się święci i choć przytrafiało się jej to co jakiś czas, denerwowało za każdym razem tak samo.
— Witaj, piękna. Co tak samotnie tu siedzisz, co? Nie potrzebujesz może towarzystwa?
Spojrzała na niego chłodno, a jej ciemne oczy zlustrowały kocura oceniająco. Wzrok wyostrzył się, gdy dostrzegła bliznę na jego barku. Wysunęła podbródek, spoglądając mu w oczy. Musiał być nowy, skoro tak się zachowywał - nikt tutejszy nie mówiłby do niej w ten sposób.
Obdarzyła go protekcjonalnym spojrzeniem. Najbardziej zabawni byli ci, którzy myśleli, że każda kotka była łatwa i naiwna.
— Widzę, że jesteś tu nowy. Jeśli szukasz kotki, której chciałbyś sprawić brzuch, to jestem raczej nieodpowiednią osobą.
Uśmieszek mu się tylko poszerzył, po czym pokręcił łbem. 
— Nie, nie... Nie obawiaj się. Już za dużo mam młodych na głowie, nie chciałbym i kolejnych. Chcę tylko... Twojego towarzystwa. Siedzisz tak tu sama z ponurą miną. Chodź ze mną do Kasztelana. Tam zabawa jest wspaniała, wyrwiesz się trochę. Nalegam...? Jak ci na imię?
Albo idiota, albo naćpaniec. Może to i to. Z pewnością torował sobie drogę do śmierci.
— Bastet. Lewa ręka Jafara. Powinieneś znać te imiona, jeśli chcesz przeżyć w mieście. Gdyby nie twoja blizna, za taką ignorancję mógłbyś przypłacić życiem — zauważyła spokojnie, ignorując jego natrętne namowy. I mówiła prawdę; tylko blizna informowała ją o tym, że nie był z wrogiego gangu.
— Bastet? A... Znam, znam. Nie wiedziałem jednak, że taka z ciebie ślicznotka — zagwizdał, po czym wskoczył na ławkę, aby być bliżej. Bastet zauważyła, że sposób, w jaki się zachowywał sprawiał wrażenie, jakby wykorzystywał do samowolki własną pozycję. — Z tego co wiem to jesteśmy sojusznikami. Czyli... Nie musze się obawiać, ty zresztą także. To co? Na pewno nie chcesz wyskoczyć na małą zabawę? Słyszałem, że dzisiaj będzie ostry towar. Śmierdziel sprowadził podobno coś rzadkiego.
Zmarszczyła pysk. Wielokrotnie spotykała obślinione kocury, które myślały tylko o jednym, ale ten najwyraźniej ogłupiał od członkostwa w gangu Edka. Myślał, że wszystko mu wolno.
— Zachowaj powagę, jakiekolwiek nosisz imię. Nie kręcę się w towarzystwie osób, które nie są tego warte — zaznaczyła wyraźnie. — Nie zamierzam iść do Kasztelana w towarzystwie osoby, która ma wyraźne problemy z powstrzymaniem swojego popędu seksualnego.  Szanuję siebie, jeśli chcesz to wiedzieć.
Kocur przewrócił oczami.
— Nazywam się Nastroszone Futro — przedstawił się. — I wcale nie jestem żadnym napaleńcem. Nie skrzywdziłbym ciebie, bo miałbym problemy. Zapraszam cię w formie gościa. Mam inne kotki chętne na czułostki, więc nic i tak nie tracę.
— Nie obawiam się tego, że mnie skrzywdzisz. Nie przeżyłbyś wtedy nawet dnia. Lubię jednak swoją dobrą reputację, o ile ma ona jakąś wartość w mieście — powiedziała. Był wyjątkowo tępy, ale nie chciała wyprowadzać go z błędu. Była niezwykle ciekawa, co ktoś o tak kruchej psychice jak on zrobi na imprezie. Naćpa się przy wszystkich? Prześpi z innym kocurem? Takie sytuacje były chlebem powszednim. Była zaskoczona, że członek gangu Edka zachowywał się tak przy niej. — Pójdźmy tam zatem. Przekonamy się, kto prędzej wymięknie.

<Zjeżku?>

[540 słów]
[Przyznano 11%]