– Tu się rozdzielamy – rzuciła Figa. Kocur zmarszczył brwi i popatrzył na nią. Znowu nie chciała widzieć, jak po raz kolejny schrzania sprawę? W sumie nawet nie mógł się jej dziwić. W końcu Wrona już dostała ucznia, a on nadal nie był zwiadowcą. Zastępczyni jednak nie zareagowała na to spojrzenie i sama zniknęła gdzieś. Fuknął z irytacji i zaczął wspinać się na jakieś drzewo. Wątpił, że cokolwiek wyczuje, ale jednak udało mu się to dosyć szybko. Wiewiórka. Wytężył wzrok i szybko zauważył rude stworzonko. Skakało po gałęziach, jakby zapomniało, gdzie znajdowała się jego dziupla. Ostrożnie ustawił się w odpowiedniej pozycji i zaczął podchodzić do ofiary. Nagle poczuł wiatr wiejący mu zza pleców. Gryzoń chyba też to wyczuł, bo od razu rzucił się do ucieczki. Puchacz nie zastanawiał się dwa razy i popędził za nim. Czuł, jak co chwilę odbijał się od gałęzi, przeskakując na inne. Czuł chłód wiatru wiejącego mu zza pleców. Czuł, jak powoli się męczył, a gardło bolało przy każdym szybszym oddechu. Ale czuł też zapach zwierzyny i widział ją. I to go napędzało. Był już pewny swojego zwycięstwa, kiedy to nagle zwierzę zbiegło niżej. Zbiegł za nim, ale po wiewiórce nie było już śladu. Znalazła schronienie. Stał tak przez chwilę, uspokajając oddech i patrzył w niedowierzaniu. Znowu mu się nie udało? Kiedy ta myśl wreszcie na dobre dotarła do jego świadomości, zrezygnowany zszedł z drzewa. Usiadł na ziemi i wbił w nią pazury.
– Nawet durnej wiewiórki nie umiem złapać! – syknął. – Wrona to na pewno nie musiałaby nawet biec i złapałaby jeszcze trzy inne! Lisie łajno! To nie moja wina, że ją szkoli przywódca! A może to ja po prostu nic nie umiem… – zwiesił głowę. Nagle usłyszał wredny śmiech. Zjeżył się jeszcze bardziej i stanął na równe łapy. Rozejrzał się dookoła.
– Kto mówi? – zapytał lekko drżącym głosem. Po chwili zauważył podchodzącego do niego kocura. Był prawie całkowicie biały, nie licząc ogona i jednego ucha (drugiego z resztą nie miał), które były ciemnobrązowe. Na jego pysku widniał uśmiech równie paskudny, jak dźwięk, który przed chwilą wydał. Samotnik nie przestawał się zbliżać i zanim Puchacz zdecydował, żeby uciec, lub przynajmniej wrzasnąć głośno, zobaczył łapę przelatującą przed jego oczami i poczuł rozdzierający ból na policzku. Syknął i cofnął się, kiedy jego ciepła krew zaczęła skapywać na śnieg.
– No co? Boisz się? Ooo, jak mi przykro… – zarechotał nieznajomy.
– Jesteś na terenach Owocowego Lasu! Odejdź albo będę musiał z tobą walczyć! – zagroził. W rzeczywistości jego serce biło tak szybko, że zagłuszało jego wszelkie myśli. Bał się. To była jego pierwsza walka a on był sam.
– Mały kociaczek się przestraszył? Nie wygonisz mnie stąd jakimiś obietnicami. Walcz wreszcie! – van krzyknął i przygniótł go do ziemi. Reakcja Puchacza była głównie spowodowana paniką. Szamotał się pod naciskiem kocura, wymachując łapami na wszystkie strony. W końcu udało mu się zahaczyć pazurami o nogę kocura. Ten syknął wkurzony. Podniósł łapę, a bicolor instynktownie przysunął brodę do klatki piersiowej, żeby chronić gardło. Było już po nim. Umrze. Nawet nie zostanie nigdy zwiadowcą. Nagle zobaczył sylwetkę innego kota tuż nad nim i po chwili poczuł ulgę. Wstał, otrzepał się ze śniegu i stanął jak wryty. To nie była jego matka. Nad jego oprawcą stał inny samotnik. Masywny ciemnorudy kocur pokryty wieloma bliznami. Z lewego barku zwisała mu skóra jakiegoś zwierzęcia, pokryta czarnym futrem. Przyszpilił do ziemi vana, w którego oczach błyszczał strach.
– Ty mysi móżdżku! Młodziaka chciałeś zabić?! Masz tyle honoru, co pchła!
– O-orłosęp…? Ja myślałem…
– Łajno, a nie myślałeś! A teraz pysk w kubeł, zrozumiano? – rudy podniósł jedną łapę, a jego długie pazury zalśniły w słońcu. Puchacza aż zmroziło. Van tylko skinął głową. Orłosęp puścił go i zostawił, żeby otrzepał się ze śniegu, bo czym odwrócił się do Owocniaka z uśmiechem. Dopiero teraz mógł się mu dokładniej przypatrzeć. Połowa jego pyska była skąpana w bieli. Miał naderwane ucho i bliznę przy wardze. Patrzył na niego swoimi przenikliwie żółtymi oczami. Uczeń zwiadowcy cofnął się o krok, na co rudy uśmiechnął się.
– Hej, nie bój się. Nic ci nie zrobię. Nie jestem jak ten… – splunął, oglądając się na towarzysza. – …Karaczan. Nazywam się Orłosęp.
– …Puchacz – odpowiedział niepewnie.
– No widzisz! Umiesz mówić! – zaśmiał się. – Słyszałem trochę twojego użalania się nad sobą. Nie jesteś wcale taki do niczego, wiesz? Świetnie biegasz po drzewach.
– Naprawdę? – zapytał. Czuł się w tym momencie zbyt szczęśliwy, żeby kwestionować to, jak długo samotnik go szpiegował.
– Tak. A teraz zwijaj się, mały, zanim ktoś cię z nami zobaczy. My zajmiemy się śladami – Orłosęp poszedł i zmierzwił mu łapą sierść na głowie. Bicolor uśmiechnął się i poszedł w swoją stronę. Może właśnie znalazł kogoś, kto by go akceptował? Tylko jak wytłumaczy szramę na policzku matce…
[800 słów]
[16%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz