BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spieniony Nurt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spieniony Nurt. Pokaż wszystkie posty

31 października 2023

Od Spienionej Łapy CD. Topikowej Łapy (Topikowej Głębiny)

 Spieniona Łapa przyglądała się z zainteresowaniem legowisku medyków. Tak naprawdę nigdy nie miała okazji dobrze przyjrzeć się temu miejscu, choć może to i dobrze. Z reguły jej jedyne wizyty tutaj polegały tylko na przekazaniu jakichś informacji Strzyżykowymi Promykowi lub przyprowadzeniu młodszych uczniów po niefortunnym wypadku. Dwa wielkie głazy opierały się o sobie, dając niewielką jamę, wypełnioną zapachem przeróżnych ziół. Smugi światła wpadające przez dziury między gałęziami oświetlały to miejsce w bajeczny sposób. Jednak wzrok Pianki mimo ciekawości ciągle wędrował w kierunku jej prawej łapy. Westchnęła, kolejny raz w przeciągu paru bić serca, na widok ugryzienia. Czas niestety nie sprawiał, że była bardziej przyzwyczajona do widoku. Była nawet pewna, że odczuwała jedynie coraz większe obrzydzenie. A łapa puchła coraz bardziej, coraz gorzej też wyglądały ślady tych małych ząbków. Uh, szczury. Nigdy nie lubiła tych parszywych mordek, ale teraz miała do tego podstawy. Ugryzienie swędziało ją i piekło jednocześnie. Miała ochotę mieć już to za sobą, ale nie chciała też wyjść na słabą. Dlatego znowu poderwała wzrok do góry i utkwiła go w tunelu do składzika. Gdzie zgubił się ten kocurek? Była bardzo bliska pozbycia się problemu wraz z całą łapą, a to skończyłoby się bardzo źle, zważywszy na jej umiejętności amputacyjne. 
— Topikowa Łapo! — krzyknęła nagle medyczka, jak gdyby czytając jej w myślach. Pianka ze zmarszczonymi brwiami patrzyła na kroki czekoladowego kocurka, który wreszcie wyłonił się zza gałęzi. Wyraz jej pyszczka złagodniał dopiero po spotkaniu jego spojrzenia. Wyglądał, jakby co najmniej to on został ugryziony przez szczura na porannym patrolu, a nie ona. 
— Wróciłem Spieniona Łapo, przepraszam, że musiałaś czekać… — wybąkał kocur. Spieniona podążała wzrokiem za każdym jego ruchem. Wyglądał, jakby szedł na stracenie. Być może czynność nakładania tej dziwnej papki była dla niego równie okropną wizją. Kotka nie potrafiła tego pojąć. W końcu był uczniem medyka, pewnie robił to codziennie, prawda? Chciała go o to zapytać, ale ten cały czas coś mówił, dlatego zdecydowała się mu nie przerywać. — …nie będzie ci przeszkadzać, że cię dotknę?
— Oczywiście, że nie — zaśmiała się Pianka cichutko, pochylając się bardziej ku kocurowi — tak naprawdę, to bardzo by mi to ulżyło. Bo widzisz, ta łapa naprawdę, naprawdę piecze i wolę mieć to już za sobą. Dla ciebie może wydawać się to łatwe, ale ja żadnego doświadczenia nie mam. Jeszcze bym sobie zaszkodziła nakładając to… coś, sama. 
Uśmiechnęła się ciepło do Topikowej Łapy. Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie, zanim kiwnął pospiesznie głową i zaczął nakładać papkę. Wokół nich panował gwar, ale Pianka nie zwracała na to uwagi. Coś ciekawiło ją w jego mowie ciała. 
— Właściwie to zawsze mnie to zastanawiało… dlaczego chcesz zostać medykiem? 
Kocur przerwał to, co aktualnie robił i spojrzał się na nią ze zmarszczonymi brwiami i uszami lekko położonymi po sobie. Pianka momentalnie nieco się skuliła, a gdyby tylko mogła to pewnie byłaby też czerwona jak burak. Nie wpadła nawet na to, jak mogło zabrzmieć to pytanie! Pewnie wyszła teraz na strasznie niegrzeczną i jeszcze zniesmaczy do siebie biednego ucznia, który wykonuje tylko swoją pracę. Cisza dłużyła się niemiłosiernie, choć w rzeczywistości trwała zaledwie parę bić serca. Kotka w końcu zdobyła na nowo język w gębie i wypaliła:
— Przepraszam! To pewnie coś osobistego! Nie powinnam się tak dopytywać… 
Jej słowa zamiast uspokoić Topikową Łapę to jeszcze bardziej wykrzywiły jego pysk. No nie. Teraz to na pewno już nigdy go do siebie nie przekonam — zmartwiła się. Ze swojego zdenerwowania nie zauważyła nawet, że to wcale nie ona była najbardziej zestresowana tą sytuacją z ich dwójki.
— Ach, nie, nie… to nic takiego… nie musisz przepraszać — zaczął bełkotać, jednocześnie wznawiając nakładanie tej ohydnie wyglądającej papki. — Po prostu nie spodziewałem się, że zadasz mi nagle takie pytanie… właściwie to mógłbym spytać o to samo. Dla mnie zostanie medykiem było… oczywiste. 
— Oczywiste? Zazwyczaj jest raczej na odwrót.
Ach, nigdy nie potrafiła ugryźć się w język! Jednak konwersacja zmierzała w naprawdę interesującym kierunku i bynajmniej nie tak niezręcznym, jak pierwsze chwile ich spotkania. Trudno było oprzeć się pokusie porozmawiania trochę więcej z kimś, z kim rzadko miało okazję to zrobić. Właściwie było to dla niej co najmniej dziwne. Nawet w żłobku nigdy nie miała okazji bliżej go poznać. Nie zdawała sobie z tego sprawy, aż do tego momentu.
— Nie odnalazłbym się jako wojownik… dlatego najlepszym wyjściem dla mnie było zostać medykiem. Czyli było to w pewien sposób oczywiste. I mogę też pomagać innym, tak jak teraz… — odparł. Spienionej zdawało się nawet, że ujrzała cień uśmiechu na jego pyszczku, choć pod tym kątem nie mogła być pewna. 
— Bardzo podziwiam medyków — przyznała, uśmiechając się delikatnie do kocura. — Chociaż tak jak mówiłeś, dla mnie zostanie wojowniczką była tak oczywista, jak dla ciebie zostanie medykiem. Nie zamieniłabym mojej przyszłości na nic w świecie. 
Kocurek spojrzał na nią w taki sposób, że nie była w stanie go odczytać. W każdym razie nie wyglądał już na tak wypłoszonego, jak przedtem, co podniosło ją na duchu. 
— Gotowe — powiedział, odsuwając się wreszcie od jej łapy. O dziwo przestała piec już tak bardzo jak jeszcze chwilę temu. Odetchnęła, od razu czując się lepiej. Nadal nie miała tyle energii co zawsze, ale przynajmniej nie czuła już chęci odrąbania sobie łapy przy najbliżej okazji. 
— Dziękuję.
— Widzę, że już opatrzyłeś ranę Spienionej Łapy, Topikowa Łapo — usłyszała za sobą melodyjny głos Strzyżykowego Promyka. Kocur kiwnął głową. Za to Pianka obróciła się, by spojrzeć na medyczkę. W tym całym hałasie nie usłyszała nawet, jak się do nich zbliża. — Teraz wszystko zależy już od twojego ciała. Z twojej strony najważniejsze będzie dużo odpoczywać.
— Odpoczywać? Co w takim razie z treningiem? — zapytała, mimowolnie uderzając ogonem o ziemię. 
— Najpierw rana musi się zagoić. Nie chcemy, żeby wdało się zakażenie. Odpuszczenie treningów do tego czasu będzie opłacało się o wiele bardziej, niż nieustanne otwieranie rany lub większe komplikacje przez nieuwagę.
Spieniona nie dała po sobie poznać jak bardzo dotknęła ją ta wiadomość. Znajdowała się tak właściwie na półmetku, a mianowanie nie było już tak odległą przyszłością. To było tak jak zrezygnować z piszczki, mając ją już pod łapą. Przygryzła policzek od wewnątrz, powstrzymując się od okazania jakichkolwiek emocji. Kiwnęła powoli głową. 
— Rozumiem. Jeszcze raz dziękuję za opatrzenie rany. Do widzenia, Strzyżykowy Promyku. Na razie, Topikowa Łapo. 
Jeszcze raz kiwnęła obydwóm na pożegnanie, po czym obróciła się i wyszła.

*jakiś czas później*

Czas dłużył się nieubłaganie, kiedy jedynym co się robiło to siedziało w swoim legowisku dniami i nocami, a w najlepszym wypadku wymieniało się mech starszyźnie. Czuła się, jak uczeń, który coś nabroił i dostał przez to szlaban na wychodzenie z obozu. Nigdy jeszcze nie przeżyła czegoś takiego. Z reguły była zdrowa jak ryba. Rzadko łapała przeziębienia i inne dolegliwości. A ten szczur… najgorsze co jej się przytrafiło! Przeklinała nieustannie wszystkie szczury! 
Na szczęście rana zagoiła się bez żadnych większych komplikacji, a Pianka po pozwoleniu medyczki powróciła do zwykłej rutyny. Znaczy, tak można by było powiedzieć. Gdyby nie fakt, że zarówno Gąska, jak i Wir zostały już mianowane, przez co w legowisku uczniów została tylko ona z Kotewką. Po przegranym zakładzie nastrój był bardzo posępny, choć żadna z nich nie chciała otwarcie przyznać z jakiego powodu. 
Sroczy Lot musiała być bardzo dumna z córek, które tak szybko zostały wojowniczkami. Ta myśl sprawiała, że miała trudność spojrzeć starszej kotce w oczy. 
Nie oznaczało to jednak, że wpadła w dołek. Ba, raczej wydarzyło się coś zupełnie odwrotnego. Jeszcze bardziej się spięła i brała na siebie jeszcze więcej niż przedtem. W przeciwieństwie do sióstr nie miała uprzywilejowanej pozycji na starcie, jako jedyna nie czarno-biała kotka w miocie. Musiała wziąć się w garść, by je dogonić. Chyba tak również myślała jej mentorka, która przyspieszyła tempa na treningach.
— Idzie ci coraz lepiej! — wykrzyknęła Sroka, kiedy Pianka wspinała się coraz wyżej po nieco kołyszącym się drzewie. Przyszła odwilż, a kora nie była już tak śliska jak przedtem, dlatego wznowiły naukę wspominania się po drzewach. 
Porywisty wiatr szarpał jej futro. Zmarszczyła nos. Mimo nadchodzącej Pory Nowych Liści, poranne powietrze nadal szczypało ją w pysk. Szczególnie na takiej wysokości. Mogła prawie wyjrzeć ponad korony drzew i wypatrzeć najbardziej rozpoznawalne miejsca.
— Dobrze, teraz spróbuj zejść na dół. To będzie trochę trudniejsze niż wchodzenie — instruowała ją mentorka. Pianka spojrzała na nią kątem oka i mimowolnie tego pożałowała. Znajdowała się naprawdę wysoko. Wzięła głęboki wdech i zaczęła schodzić. Krok po kroku. — Uważaj, Spieniona Łapo! Zerwał się mocniejszy wiatr, spróbuj od razu skoczyć!
Zawahała się i w tym samym momencie poczuła, jak osuwa się z gałęzi. Serce zabiło jej szybciej. Na szczęście znajdowała się już blisko ziemi, dlatego udało jej się spaść na cztery łapy. Szkoda tylko, że wprost na jakiś krzew, który trochę poprzecinał jej pyszczek. 
— Aj… — wymamrotała, przejeżdżając łapą po pyszczku. Przyjrzała się dokładnie opuszkom, ale nie dostrzegła śladów krwi. Uf, najwyraźniej nie było to nic poważnego. Popiecze, popiecze i przestanie.
— Wszystko w porządku, Spieniona Łapo? Zraniłaś się? — spytała Sroka, która momentalnie znalazła się przy jej boku. 
— Nic poważnego — odparła, przygryzając pyszczek. Sroczy Lot zmarszczyła brwi, przyglądając się swojej córce. Pianka nieco speszyła się pod jej spojrzeniem, ale nie odwróciła wzroku. Zamiast tego uśmiechnęła się delikatnie. — Daję słowo.
— No dobrze, ale i tak powinnaś pójść do Strzyżykowego Promyka, żeby się tobie przyjrzała. Lepiej dmuchać na zimne. A na dzisiaj zakończymy trening, słońce już chyli się ku zachodowi.
Pianka na jej słowa skierowała wzrok na niebo. Faktycznie, błękit przeplatał się już z fioletami i różami. Odwilż sprowadzała ciepło, ale wypełniony mrokiem las zawsze przyprawiał o dreszcze. Szybko udały się w kierunku obozu.
Po przybyciu do obozu i pożegnaniu się ze Sroczym Lotem, jej kroki od razu poprowadziły ją w kierunku legowiska medyków. Nie chciała ignorować słów swojej mamy. Tym bardziej, że czuła na sobie jej spojrzenie.
W legowisku zastała jedynie Topika, który krzątał się to tu, to tam, robiąc nie wiadomo co. Najpewniej coś ważnego. Reszty medyków nie widziała, ale właściwie jej to nie zdziwiło. Rzadko kiedy mieli czas odpocząć. Nowo zebrane zioła były zawsze potrzebne, nawet ona o tym wiedziała. Najpewniej wyruszyli w poszukiwaniu czegoś, czego nazwy nigdy nie słyszała.
— Topikowa Głębino. Gratuluję nowego imienia i stanowiska, niech Gwiezdny Klan rozświetla ci drogę — pozdrowiła go z uśmiechem, mimo ukłucia w sercu. Nawet on nosił już prawdziwie dorosłe imię, kiedy ona nadal musiała zadowolić się członem Łapy. Szybko odgoniła od siebie te myśli. Powinna cieszyć się z sukcesu jednego z członków Klanu. Zazdrość zwyczajnie do niej nie pasowała. — Nie przeszkadzam, prawda?

<Topiku?>

[1688 słów + nauka wspinania się na drzewa]
[Przyznano 39%]

08 września 2023

Od Spienionej Łapy do Sroczego Lotu

 — A więc mamy świadka. Klan Gwiazdy nigdy nie kłamie, ani się nie myli. Nie ma sensu tego niepotrzebnie przedłużać, Gawroni Obłędzie?
To były ostatnie słowa, które dotarły do jej uszu. Cała reszta bełkotu zlała się w jeden wielki ocean, zalewający jej uszy, ale wywołujący jedynie szum. Odetchnęła. Powietrze utknęło jej gdzieś na języku. Próbowała wziąć kolejny oddech, ale na nic. Spuściła wzrok. Dreszcze przepływały wzdłuż jej kręgosłupa. W momencie, w którym ziemia zatrzęsła się od upadku truchła, nogi się pod nią ugięły. Zacisnęła powieki, ale mimo tego obraz rozgrywał się pod nimi na okrągło.
Kiedy uchyliła powieki, widziała jedynie czerwień. Na miejscu Sarniego Tupotu leżała już Tuptająca Łapa. W bezruchu. Nieżywa. Kołatanie w klatce piersiowej stało się uciążliwe. Zastygnęła w miejscu i zaczęła wpatrywać się w jeden punkt. Nie była pewna, na co konkretnie patrzyła. Za to strugi krwi leniwie zalewały obóz Klanu Nocy. Jak morze podczas przypływu, ociężałymi falami zatapiały ostatnie knieje. A ona stała. Stała i tonęła jednocześnie. Wreszcie, kiedy jej głowa znalazła się już całkowicie pod taflą, coś wstrząsnęło jej ciałem. Próbowała wziąć oddech, łapczywie, jak prawdziwy tonący i…

Poderwała się z legowiska. Jej klatka piersiowa opadała i podniosła się w szybkim tempie. Przejechała wzrokiem po otoczeniu i uspokoiła się dopiero na widok swoich sióstr, spokojnie śpiących niedaleko niej. Głębszy oddech. To tylko koszmar – powtarzała sobie to w głowie jak mantrę. Jednak nawet to nie pozwoliło jej się uspokoić. Była już całkowicie wybudzona.
Westchnęła i po cichu zaczęła kroczyć ku wyjściu z legowiska uczniów. Po drodze polizała Gąskę po głowie, żeby upewnić się, że wszystko z nią dobrze. Ta coś wymamrotała i przekręciła się na drugi bok. Pianka uśmiechnęła się delikatnie. Nie chcąc przerywać jej snu, ruszyła dalej. 
Powietrze było rześkie, przyjemne. Chłodne podmuchy wiatru smagały jej futerko. Skierowała wzrok do góry, zatrzymując go na Srebrnej Skórze. Gwiazdy migotały na tle bezchmurnego nieba. Cały świat zdawał się zapomnieć o pamiętnym deszczowym dniu, który odszedł od nich wraz z ostatnią kroplą krwi na obozowej ziemi. Życie toczyło się dalej. Dlaczego ona nie mogła wymazać go z pamięci? Sarni Tupot nie był dla niej kimś bliskim. Większość jej wspomnień o nim wiązała się z jego kłótniami ze Wzburzonym Potokiem. Nie czuła do niego niczego, oprócz zwykłego klanowego pobratymstwa. 
Nie. Tak naprawdę już dawno doszła do tego, dlaczego czuła te kłębiące się w sercu uczucia. Nie chciała tego przyznać. Chociaż wiązały się ze śmiercią Sarniego Tupotu, tak naprawdę go nie dotyczyły. Za każdym razem, kiedy wspominała te lodowate oczy Mglistej Gwiazdy… kiedy przypominała sobie to nieruchome ciało… nie widziała tam już starszego wojownika. Widziała swoje siostry, mamę, bliskich. Czasami nawet… siebie. 
Mogłaby dać sobie łapę uciąć, że każda z nich była lojalna klanowi. Jednak jak mogła ufać czemuś tak dla niej mistycznemu jak Klan Gwiazdy? Jak mogła wierzyć w jego nieomylność? Zadrżała. Co jeśli tak naprawdę to nie Klan Gwiazdy stworzył tę przepowiednię, a sama Mglista Gwiazda ją wymyśliła? Nie powinna o tym myśleć. Nie chciała. Próbowała przełknąć ślinę, ale nadaremno. Myśl o tym, że ktoś mógł zostać zabity za zbrodnię, której nie popełnił, była co najmniej straszna i niepojęta dla jej nadal delikatnego serduszka. A to, że coś takiego mogło przytrafić się (a może już przytrafiło?) w jej własnym klanie, wywoływała trwogę, której nigdy przedtem nie czuła. 
Łza spłynęła po jej pyszczku i opadła na piach. Gwiazdy nagle się rozmazały. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że płacze. Czy te karygodne myśli były wystarczające na skazujący wyrok? Zjeżyła ogon i wysunęła pazury. Poderwała głowę i rozejrzała się dookoła, w poszukiwaniu jakiegoś ruchu. Cisza. Wszyscy spali. Nikt nie mógł zobaczyć jej rozszerzonych źrenic i usłyszeć cichego łkania. Tak powinno zostać. Przetarła łapą ostatnie łzy, wreszcie zbierając się w sobie i przywracając neutralną ekspresję. Mogłaby być wiarygodna, gdyby nie jej wilgotne futro i zaczerwienione oczy. 
Odetchnęła, ostatni raz spojrzała na obóz i wreszcie udała się do spania, zmęczona rozmyślaniem. Obiecała sobie, że te wszystkie emocje zostawi księżycowi i gwiazdom, a rano wstanie i będzie zachowywać się tak, jak zawsze. Jak Pianka. 

W obozie powoli robiło się głośniej od wszystkich budzących się kotów. Już w tym momencie wiedziała, że dotrzymanie obietnicy będzie bardzo trudne. Oczy kleiły się do siebie i z wielkim wysiłkiem udało jej się w końcu je otworzyć. Słyszała już gwar dookoła, dlatego zmusiła się do podniesienia i przeciągnięcia się.
— Och, wreszcie wstajesz! — zawołała Kotewka, wygięta w jakiejś dziwnej pozycji na swoim legowisku. Na widok siostry Pianka momentalnie się uśmiechnęła. 
— A ty? Dlaczego już nie śpisz? — zagadnęła, przekrzywiając główkę. — Dzisiaj masz trening dopiero po szczytowaniu słońca. Idziesz na patrol, prawda?
Sroczy Lot musiała rozdysponować swój czas na dwie uczennice, dlatego często jedna zaczynała trening wraz ze wschodem, a druga kiedy słońce już powoli spadało za drzewa. Ich mama była naprawdę zabieganą kotką. Sam fakt, że jeszcze do tego wykonywała obowiązki wojowniczki oraz zastępczyni, był naprawdę imponujący.
Kotewka próbowała pokiwać głową, ale było to niewykonalne w jej pozycji, dlatego odpowiedziała:
— Tak, dokładnie. Idą z nami jeszcze Pszczela Duma, Śnieżne Wspomnienie i Wodnikowe Wzgórze.
Rozmawiały jeszcze przez krótką chwilę o niezbyt ważnych sprawach. Lecz niebo zaczynało się rozjaśniać, a obóz robić coraz głośniejszy, a to oznaczało jedno - jeszcze chwila i spóźni się na trening. Pośpiesznie się pożegnała i ruszyła ku wyjściu z obozu. Odetchnęła z ulgą, kiedy dostrzegła, że Sroczy Lot dopiero kroczy w jej kierunku. Kiwnęła jej głową. 
— Mam nadzieję, że jesteś wyspana? — zapytała mentorka. W międzyczasie zaczęły kierować się w obranym przez nią kierunku. Pierwsze promienie słońca smagały ich grzbiet.
— Tak — skłamała, z uśmiechem cały czas goszczącym na jej pysku — nie chciałabym paść gdzieś po drodze na trening.
Sroczy Lot pokiwała głową, zaraz ponownie skupiając się na otoczeniu. Stawiała pewne kroki wśród wysokiej trawy. To oznaczało tylko jedno; od początku wiedziała, gdzie udadzą się na dzisiejszy trening. Nie mogła być to plaża ani Kolorowa Łąka, gdyż szły bardziej na południe niż na północ. Spieniona uważnie obserwowała zmieniający się krajobraz w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. W końcu drzewa pojawiły się na horyzoncie, a las zaczął między nimi gęstnieć. Czyżby kierowały się nad jezioro? Dzisiejszy trening mógł być powtórzeniem ostatniej próby łowienia ryb.
— Mam taką nadzieję, bo dzisiaj nauczę cię kolejnej umiejętności, bardzo ważnej dla każdego Nocniaka — przerwała wreszcie ciszę Sroka, rozwiewając wszelkie wątpliwości Pianki. Po tym jednym zdaniu odpowiedź na zagadkę stała się oczywista. — Dni stają się cieplejsze, a Pora Nowych Liści jest w pełnym rozkwicie. To idealny moment na rozpoczęcie nauki pływania.
— Naprawdę?!
Jej oczy zaświeciły się na te słowa. Marzeniem prawie każdego kociaka urodzonego w Klanie Nocy było nauczenie się dwóch rzeczy: pływania i łowienia ryb. To właśnie te umiejętności wyróżniały ich spośród innych klanów oraz czyniły z nich prawdziwych wojowników. Takie coś było dla kociaka - zafascynowanego wielkimi wyczynami starszych - czymś godnym aspirowania. Pianka w tym aspekcie nie różniła się od swoich rówieśników. 
Z podekscytowania mimowolnie przyśpieszyła, a Sroczy Lot bez słowa dorównała jej kroku. 

Kiedy pierwszy raz na treningu z Kotewką próbowały łowić ryby, woda była lodowata. Za to dzisiejszego dnia była już o wiele bardziej przyjemna. Wystarczyło delikatnie zamoczyć łapy, by się o tym przekonać. 
— Najpierw będziemy wchodzić stopniowo do wody, żebyś twoje ciało się przyzwyczaiło — tłumaczyła Sroczy Lot, która stała parę kroków przed nią, już prawie cała zanurzona. Tym razem doszły do zupełnie innej części jeziora niż ostatnio. Plaża była dosyć długa, a zejście łagodne. 
Gdzieś w oddali kaczki patrzyły na ich wyczyny. One spokojnie unosiły się na wodzie, dlatego Pianka mimowolnie im zazdrościła. Nawet najmniejsze pisklaki wyglądały na mistrzów w sztuce unoszenia się na tafli. Ich wzrok wyglądał prawie szyderczo. Prędko odwróciła od nich wzrok, skupiając się całkowicie na swoim zadaniu.
Jednak szybko okazało się, że nie było jednak tak proste jak mogło się wydawać. Każdy krok sprawiał, że coraz bardziej otaczała ją woda. Naciskała na jej kończyny. Mazała gęste futro. Już zdarzało jej się wchodzić do wody, ale nigdy tak głęboko. Wzięła głębszy oddech, od razu wyrywając się do przodu, by wreszcie przełamać. I wtedy to nadeszło. Przydusił ją niebywały ciężar. Puls przyśpieszył. Nie była pewna, czy to głębina tak na nią zadziałała, czy jedynie mózg płatał jej figle. W tym momencie się zakrztusiła. 
Nie mogła do końca pojąć, co się dzieje, ale już po chwili znalazła się na brzegu. Wypluła zawartość całego pyska na piasek. Miała wrażenie, że jeszcze chwila, a wykaszle sobie płuca. Gardło zaczęło ją drapać. Za to bicie serca nadal nie zwalniało, ba!, nawet przyśpieszyło na widok Sroczego Lotu. Patrzyła się na nią z nieodgadnionym wyrazem. Spieniona Łapa spaliła się ze wstydu. Najwidoczniej mama musiała ją tu przytargać za skórę na karku, jak jakiegoś kociaka.
— Prz… ekh… — próbowała coś wymamrotać, ale na darmo. Jej struny głosowe zbyt się nadwyrężyły. Jednak jej siła woli była na tyle silna, że w końcu wydusiła z siebie z bólem coś w miarę zrozumiałego. — Przepraszam…
— Nie musisz za nic przepraszać, nie każdemu udaje się za każdym razem — odparła, liżąc ją jednocześnie po uchu. Czyli niektórym (albo większości) udaje się za pierwszym razem, tak? I najpewniej Sroka liczyła na to, że jej córce też się uda. Była tego pewna. Zwiesiła wzrok na swoje łapy. — Nie martw się. Posiedzimy sobie tutaj chwilę, odzyskasz siły i potem spróbujemy znowu. Albo i nie. To zależy od ciebie.
Siedziały dłuższą chwilę w ciszy, wpatrując się we wschodzące słońce. Pianka cały czas przełykała ślinę, chcąc przywrócić gardło do porządku dziennego. Jej wzrok błądził to tu to tam. Ani razu nie spojrzała przy tym na swoją mamę. Bicia serca dłużyły się niesamowicie. To niebywałe, że jeszcze chwilę temu czuła się bardzo dobrze, a teraz jej myśli znowu powracały do koszmaru. To poczucie topienia się wywlokło je na powierzchnię ze zdwojoną mocą. Możliwe, że czuła się jeszcze gorzej niż po samym przebudzeniu.
Być może te myśli, a być może strasznie niezręczna cisza, w końcu wyciągnęły z niej pytanie, które niezbyt chciała zadać komukolwiek. A już na pewno nie zastępczyni Klanu Nocy.
— Czy Mglista Gwiazda naprawdę musiała zabić Sarni Tupot?

<Sroczy Locie?>
1626 słów + nauka pływania
[Przyznano 38%]

31 sierpnia 2023

Od Spienionej Łapy CD. Kotewkowej Łapy

 Odetchnęła głęboko, słuchając kolejnego wykładu typowego dla Kotewki. Trudno było znaleźć adekwatną reakcję na te wszystkie słowa, gdyż już wszystkie je zużyła w przeciągu swojego krótkiego życia. Znała doskonale wszelkie opinie swojej siostry. No cóż. Cieszyła się, że czuła się aż tak przywiązana do jakiegoś tematu. Pełna pasji. W dodatku wraz z Gąską i Wirem wiedziała, że faktycznie je wykorzystuje. Zawsze ciekawe było widzenie wygiętej w dziwną pozycję Kotewki jako pierwsza rzecz z samego rana. 
Pianka pokiwała głową na potok jej słów, chociaż większości z nich nie słyszała. Spojrzała ku wyjściu z legowiska. Czas się wydłużał, słońce wschodziło wyżej i w końcu doszło do takiego momentu, w którym logicznym byłoby rozprostować łapy po popołudniowym odpoczynku.
— Dobra, dobra — mruknęła Tuptająca Łapa, wciskając się między zdania — zapamiętam każde to słowo, żeby je powtórzyć potem Kotewkowej Łapie na mojej ceremonii mianowania. Zobaczymy wtedy, kto ma lepszą poranną rutynę. 
Kotewka zachichotała, jakby było to najśmieszniejsze, co usłyszała tego dnia.
— Jasne, siostrzyczko — odpowiedziała śpiewającym tonem, wzruszając ramionami. — Chociaż wtedy już będę dawno po swojej ceremonii, więc mówienie do mnie starym imieniem będzie bardzo niemiłe z twojej strony. Ty z przyszłości będzie musiała bardzo przemyśleć swoje zachowanie, prawda, Spieniona Łapo?
Pianka poderwała się, zdając sobie sprawę z tego, że została właśnie postawiona w centrum uwagi. Odchrząknęła cicho. Spojrzała na obydwie siostry i odparła:
— To tylko hipotetyczna sytuacja… Aktualna Tuptająca Łapa nie jest niemiła. 
— Och, tak, to hipotetyczna sytuacja. Owszem! — od razu potwierdziła Kotewka, trochę zbyt entuzjastycznie kiwając głową. — Bardzo mało prawdopodobna. Dlatego, zamiast się nad nią rozwodzić, lepiej pomyślmy nad czymś ciekawszym. Wykonalnym.
Wszystkie trzy spojrzały się po sobie, dopiero po chwili kierując wzrok z powrotem na swoją siostrę. 
— Na przykład? — zagaiła Pianka, przekrzywiając główkę.
Były przyzwyczajone do jej dziwnych pomysłów. Dość ryzykowne było pozwolić im się rozwinąć, jednak w tym momencie wszystko wydawało się lepsze od kolejnego słowotoku. Ucichły, pozwalając Kotewce się wypowiedzieć:
— Jak już wspominałyśmy, coś za dużo tej teorii na treningach… dlatego trzeba wziąć sprawy w swoje łapy. 
— Co proponujesz? — spytała Wirująca Łapa, która dotąd przebierała łapą w mchu i spoglądała w przestrzeń, wyraźnie niezainteresowania. Jednak teraz skierowała wzrok prosto na Kotewkę, podobnie jak reszta. Jej słowa przykuły ich uwagę.
— Wspólny trening. 
Pianka otworzyła szerzej oczy na te słowa. Uśmiechnęła się szeroko. Już dawno chodziło jej to po głowie, ale żeby jej siostra (zazwyczaj zawłaszczająca Sroczy Lot całą dla siebie) na to wpadła… to było zaskoczenie!
— Zajęcza Troska wspominała o czymś podobnym — napomknęła Spieniona. — Powiedziała, że jeśli zbierzemy się wszystkie razem wraz z mentorami to będziemy mogły wybrać się do Brzozowego Zagajnika.
Jej siostrom zaświeciły się oczy na te słowa. Doszło do wręcz niewiarygodnego wydarzenia: wszystkie były jednej myśli. Żadna z nich nie musiała tego skomentować, by wszystkie wiedziały, że mają to samo zdanie. Sprawią, że ten plan dojdzie do skutku.
***
Żadna z nich nie przewidziała jednak tego, że ten dzień treningu z siostrami nadejdzie dopiero wtedy, kiedy pora nowych liści będzie już w pełnym rozkwicie. Pomiędzy niespodziewaną ciążą Zajęczej Troski i zmianami w mentorach, mało czasu było na bardziej wyszukane pomysły na treningi. W całym tym zamieszaniu trudno było robić postępy w nauce na wojownika. Na szczęście jednak wszyscy postarali się o jak najszybsze znalezienie dla niej zastępstwa. 
Nie była w stanie ukryć radości, kiedy dowiedziała się, że nie przejmie jej nikt inny, tylko mama. Zajęcza Troska była genialną mentorką, to prawda… ale za to lekcje ze Sroczym Lotem były spełnieniem marzeń. 
– Kotewkowa Łapo! jesteś już gotowa? – zawołała Pianka, wpychając głowę do ich legowiska.
– Tak, tak! Już idę…! – odpowiedział jej głos.
Słońce zaczynało już rzucać pierwsze promienie, a to oznaczało, że zostało im mało czasu. Jej siostra była nadzwyczaj dobra w pojawianiu się idealnie na czas, o czym przekonała się bardzo szybko, ale i tak przestępowała z nogi na nogę. Logistycznie szkolenie na raz dwóch kotów było bardzo trudne, dlatego też rzadko się takie coś praktykowało. Właśnie dlatego Kotewka i Pianka ostatnimi czasy często treningi spędzały razem. To było najlepsze wyjście. 
Po paru biciach serca, które zdawały się dłużyć w nieskończoność, Pianka zobaczyła zielone oczy siostry. Uśmiechnęła się szeroko i polizała ją po uchu, w ramach powitania. Siostra odwzajemniła ten gest. Długo jednak tutaj nie stały i pośpieszyły do ustalonego miejsca.
– Uff, mamy jeszcze nie ma – odetchnęła Pianka z ulgą. Przystanęły i spojrzały się na środek obozu, by od razu móc ją zobaczyć. 
– Widzisz? Przyszłyśmy nawet przed czasem, siostrzyczko – szybko skomentowała Kotewka, wypinając pierś. – Mogłaś przyłączyć się do porannego rozciągania, na pewno dobrze by ci to zrobiło. Jeśli będziesz chciała potem narzekać na zakwasy, to proszę nie do mnie.
Pianka uśmiechnęła się pobłażliwie, ale nie zdążyła odpowiedzieć na tą sugestię. Ni stąd ni zowąd pojawiła się przed nimi Sroczy Lot. Na jej czarno-białe futerko padały właśnie pierwsze promienie słońca. Zjawiła się idealnie. Jej wargi uniosły się na widok córek i ciepło je pozdrowiła:
– Dzień dobry, Spieniona Łapo, Kotewkowo Łapo. 
– Dzień dobry, Sroczy Locie – odparły obydwie w tym samym momencie. 
– Mam nadzieję, że jesteście wyspane? Dzisiaj poćwiczymy czegoś zupełnie nowego, dlatego dobrze, gdyby tak było – zaczęła mówić Sroka, kierując się już ku wyjściu z obozu. Na te słowa obydwie wlepiły w nią wzrok z zainteresowaniem. – Chodźcie, chodźcie. Opowiem wam wszystko w drodze na nasze miejsce docelowe.
Był to dzień wyjątkowo ciepły. Pianka zdążyła już przywyknąć do odmarzniętego nosa, dlatego pogoda ta była miłym zaskoczeniem. Kępy trawy poruszały się w takt delikatnych podmuchów wiatru. Szur, szur. Szuranie łaskotało je w uszy. Raz po raz leniwe odgłosy roślin przerywane była przed okrzyki nowoprzybyłych ptaków. Być może wprawione ucho Sroczego Lotu słyszało o wiele więcej, choć nawet dla Pianki otoczenie wydawało się zaskakująco głośne. Natura budziła się do życia.
W końcu ciszę narastającą między nimi przerwała Sroka, wreszcie rozwiewając ich ciekawość:
– Dzisiaj poćwiczymy łowienie ryb. Każdy Nocniak z krwi i kości musi nauczyć się właśnie tej umiejętności. To ona odróżnia nas od innych klanów. 
Pyszczek Pianki od razu się rozjaśnił. Uśmiechnęła się szeroko. Było to coś zupełnie innego od tradycyjnego polowania. Była ciekawa jak dokładnie będzie to wyglądać. Do jej nozdrzy dochodził już zapach ryb i glonów, dlatego musiały znajdować się blisko wody.
– Świetnie! Polowanie tylko na gryzonie stawało się już powoli monotonne – mruknęła Kotewkowa Łapa. 
Obydwie nieświadomie przyspieszyły, chcąc jak najszybciej doprowadzić do tej lekcji.
– Szkoda, że odwilż przyszła dopiero teraz – przytaknęła siostrze Pianka. Wyciągnęła wysoko głowę, chcąc dojrzeć wodę zza drzew i traw. Było to jednak na razie niemożliwe. Musiały jeszcze przejść kawałek drogi. – Czy łowienie ryb jest trudne?
– Technika łowienia ryb znacznie różni się od tej jaką znacie z lądu. Trzeba mieć do niej o wiele więcej cierpliwości, ponieważ większość czasu musisz siedzieć nieruchomo i czekać na dogodny moment. Chwila nieuwagi, a szansa przepadnie. I wtedy trzeba znowu czekać – odparła ich mentorka, jednocześnie tłumacząc już skrótowo teorię łowienia. Zamilkła na parę bić serca, wpatrując się w przestrzeń. W końcu dodała – Moim córkom nie powinno sprawiać to kłopotu. Ja już pierwszego dnia dopadłam dorodną rybkę.
Zrobiło się jej ciepło w środeczku na tą uwagę. Przygryzła policzek, starając się powstrzymać głupi uśmiech od uformowania się na pysku. Skierowała wzrok na bok, ponownie się zamyślając i wsłuchując w dźwięki przyrody. Jednocześnie Sroczy Lot i Kotewka prowadziły jakąś ożywioną rozmowę, która kompletnie odeszła od poprzedniego tematu. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero szum wody. Zwolniły tempa. Drogę przesłoniły im trzcina i paprocie, nieodłączny element zbiorników wodnych.
Odsunęły chaszcze, za którymi ukazała im się niewielka, zarośnięta plaża. Zaraz za nią rozciągała się woda. Przejechała po niej wzrokiem, ledwo dostrzegając majaczące gdzieś w oddali brzozowe pnie. Po tamtej stronie rozciągały się już tereny Klanu Burzy.
– Jesteśmy już na miejscu. W takim razie bierzmy się do pracy – powiedziała Sroczy Lot.
Wybiła się i w jednym susie znalazła się nad wodą. Nie musiała dwa razy powtarzać. Dwie kotki od razu za nią pobiegły. Teraz w tafli odbijały się ich trzy pyski: dwa czarno-białe i jeden liliowo-biały. Pod nimi woda była nieruchoma, ciemna. Nie była w stanie dostrzec, żeby cokolwiek się w niej ruszało.
– Co się stało z rybami? – spytała Pianka, przekrzywiając głowę i dotykając łapą tafli, która zmarszczyła się pod jej dotykiem.
– To jest właśnie najtrudniejsza część łowienia. Musimy poczekać, aż ryby stwierdzą, że nie ma już zagrożenia i tutaj powrócą. Jeśli nie będziemy się ruszać, dotykać wody i zbyt głośno rozmawiać, to bardzo szybko się to stanie.
Kotewka cofnęła łapę jak poparzona i zastygła, zresztą podobnie jak Pianka. Obydwie wpatrywały się w taflę jak zahipnotyzowane, aż w końcu dostrzegły jakieś rozmazane, czarne plamy pod wodą. Zanim którakolwiek zdążyła zareagować, Sroczy Lot wyskoczyła do przodu i pacnęła łapę wodą. W jej pysku ryba szarpała się jeszcze przez krótką chwilę, aż zastygła nieruchomo. Gdyby tylko kotki mogły klaskać, najpewniej by to teraz zrobiły. Było coś bardzo imponującego w tym widowisku.
– To teraz kolej na was.
<Kotewkowa Łapo?>
[1434 słowa + łowienie ryb]
[Przyznano 34%]

03 sierpnia 2023

Od Pianki (Spienionej Łapy) CD. Kotewki (Kotewkowej Łapy)

 Pianka przestawiła ciężar z łapy na łapę, rozglądając się ukradkiem po żłobku. Jej wzrok padał wszędzie, tylko nie na jej siostrę i na leżącego przed nimi robaka. Tak naprawdę jej chwila zawahania trwała jedynie parę bić serca. Brak odpowiedzi nie był opcją. Tym bardziej, że cisza oznaczałaby stwierdzenie, że Sroczy Lot nie jest ładna. Oj, a jak dalekie byłoby to od prawdy! Pianka całym swoim małym serduszkiem była pewna, że jej mama jest absolutnie najpiękniejsza i najbardziej olśniewająca z wszystkich kotek Klanu Nocy.
 Nie spoglądała bezpośrednio na Kotewkę, ale i tak czuła na sobie jej spojrzenie. Zmarszczyła nosek i wypaliła:
– Mama jest o wiele ładniejsza od Wzburzonego Potoku. To prawda.
Trzepnęła ogonem po ziemi, smakując słowa formujące się na jej języku. Rozejrzała się po żłobku, upewniając się, że znajdują się daleko poza polem słyszenia starszej kotki. Na szczęście stała ona do nich tyłem, gdzieś po drugiej stronie żłobka. Jej liliowe futro ledwo wyróżniało się na tle połaci. Siana, mchu i chwastów nieznanego pochodzenia.
– I? – dociekała Kotewka, unosząc brew. Wyglądała, jakby była zaledwie krok od tupania nóżką. Chociaż były podobnego wzrostu, Pianka miała wrażenie, jakby jej siostra nad nią górowała. Przełknęła ślinę. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Może to uratowałoby ją od nieuchronnej odpowiedzi. Kotewka jednak cały czas przed nią stała, a ziemia nie wyglądała jakby miała ją pochłonąć. Dużo siły zajęło jej powstrzymanie chęci cofnięcia się do tyłu. 
– To tyle. Mama jest najpiękniejsza z wszystkich kotek w Klanie Nocy, więc naturalnie… inne kotki nie dorównują jej do pięt.
– Czyli uważasz, że Wzburzony Potok jest brzydka, hm? Obleśna, okropna, jak ten robaczek, o – prawie śpiewającym głosem dodała od razu Kotewka, cały czas mając na nią baczne oko. Najwidoczniej dużą satysfakcję sprawiało jej wyciąganie tego typu słów z Pianki. Choć nadal wykrzywiała pysk i mrużyła oczami, jej wargi nieznacznie uniosły się w uśmieszku. Ot, tak delikatnie. Wręcz niezauważalnie. Pianka przejechała po niej wzrokiem. Zanotowała do siebie, że jej siostra wyglądała pięknie, nawet z tak nieprzyjemnym skrzywieniem pyska. Było to dla niej coś osobiście zdumiewającego. 
– Tak – wreszcie wydusiła z siebie. Kotewka jednak nadal miała wlepiony w nią wzrok. Pianka nie była pewna, czego konkretnie od niej oczekiwała. Większego przekonania? Nie potrafiła go w sobie zebrać. Przygryzła język. Po chwili namysłu dodała, ledwo otwierając pysk – a jej futro wygląda jak stare siano, wasze jest o wiele ładniejsze.
Triumfalny wyraz przejął pysk Kotewki. Stała na tyle blisko, że i tak zrozumiała każde jej słowo. Tym razem jej pysk wypełnił prawdziwy uśmiech:
– Dziękujemy Pianko, za twoje szczere zdanie, które oczywiście podzielam w całości.
Nawet kiedy kotka wreszcie zostawiła ją w spokoju, Pianka nadal nie potrafiła dobrze przełknąć śliny. Odchrząknęła, wpatrując się w robaka. Wił się we wszystkie strony. Przebierał nóżkami. Nie była na tyle blisko Wzburzonego Potoku, by żałować, że tak niemiło ją nazwała. Żadna z nich nie była jej fanką (chociaż Pianka tą myśl trzymała w ciemnym zakątku umysłu). W takim razie dlaczego ten moment wrył jej się w głowę? Czuła na sobie wzrok siostry, mimo tego, że ta była już od dawna pochłonięta w rozmowie z Gąską. Pianka w myślach wyrzucała z siebie cały czas te same słowa. Z czasem urosły one do olbrzymich rozmiarów, uciskając jej klatkę piersiową.
Brzydka. Obleśna. Okropna. 
Spojrzała na swój ogon. Ledwo widoczny na tle starego siana pokrywającego żłobek. Uderzenie serca. Poczuła się niewygodnie we własnej skórze.

Księżyce mijały w zaskakującym tempie, a każdy wschód i zachód zdawał się przychodzić szybciej niż poprzedni. Żłobek stał się za duży, by pomieścić ciągle rosnące kotki. Cztery córki Sroczego Lotu to było o cztery za dużo dla Wzburzonego Potoku, co kotka przekazywała im bardzo dosadnie każdego kolejnego dnia. Na szczęście dla niej, wraz ze zmieniającym się krajobrazem, zmieniły się również rangi kotek i wszystko, co było im znane. Zanim Spieniona Łapa mogła to wszystko przekalkulować, siedziała już w swoim nowym legowisku. Odetchnęła głęboko. Wydech ulatujący z jej pyska stał się biały. Nadal nie mogła od tego przywyknąć.
– Ahhh, tak. Jak dobrze. Czy wy też macie wrażenie, że ten mech jest jakiś wygodniejszy? – westchnęła z zadowoleniem Kotewkowa Łapa, przeciągając się w swoim legowisku.
– I jest tu o wiele więcej miejsca – dodała Wirująca Łapa, która ostatnie kilka chwil spędziła na dokładnym rozejrzeniu się po ich nowym miejscu zamieszkania. Koniec końców usiadła obok Pianki i Kotewki, choć jej wzrok nadal błądził dookoła w kontemplacji.
– No dobra, ale widziałyście legowisko wojowników? O, tam, zaraz obok nas. Prawie je widać między trzciną. Oni to mają dobrze… – mamrotała Tuptająca Łapa z okiem przyklejonym do ich ściany. –  Gdyby tylko nie ta Makowe Pole. Już tak niewiele dzieli mnie od rangi wojownika… 
Wir uniosła na nią sceptycznie brew i prychnęła:
– Niewiele? Na razie nawet nic poważnego nie zaczęłyśmy robić na treningach. Trochę teorii, to tyle.
– Być może, ale jesteśmy już bliżej, niż dalej. Mam nawet trudniej niż wy. Ale okropna mentorka czy nie, i tak wiadomo, kto będzie pierwszy. Ja. Mglista Gwiazda dostrzeże prawdziwy talent.
Kotewka i Wir w tym samym czasie spojrzały się na nią sceptycznie. Następnie rzuciły sobie bardzo wymowne, porozumiewawcze spojrzenie. Pianka nie mogła powstrzymać rozbawionego uśmiechu na ten widok. Wszystkie w tym samym czasie otworzyły pysk, by jakoś to skomentować, ale Kotewka jakimś cudem ubiegła całą trójkę:
– Sroczy Lot jest moim mentorem. Hmm, kto tutaj ma największe szanse na bycie pierwszą, drogie siostrzyczki? Zastanówmy się. 
Na dźwięk imienia swojej mamy wszystkie z powrotem zamilkły. Trudno było negować ten argument. Nie żeby którakolwiek chciała to zrobić. Jeśli ktoś miał być najlepszym mentorem, to w ich oczach była nim Sroczy Lot. Niezaprzeczalnie. Mimo to nad dyskusją nadal nie została postawiona kropka. Nic dziwnego, skoro całe ich krótkie życie wypełnione było marzeniem nad życiem wojownika, nowym imieniem i życiem. Tak różnym od tego w żłobku. Każdy chce, by jego marzenie spełniło się możliwie jak najszybciej.
– Najfajniej byłoby, gdybyśmy skończyły trening w tym samym czasie – wtrąciła wreszcie Spieniona Łapa, uśmiechając się ciepło do swoich sióstr i starając się załagodzić ich duchy pełne chęci rywalizacji. – Wtedy mogłybyśmy razem przeżyć nasze pierwsze czuwanie. Ach, jak miło by było! Tak właściwie to nie musimy aż tak się śpieszyć. Wolałabym, żeby ten moment przyszedł wraz z ciepłą pogodą… inaczej któraś z nas mogłaby się przeziębić…

<Kotewkowa Łapo?>

[1012 słowa]
[Przyznano 40%]

Od Spienionej Łapy do Zajęczej Troski

 Pianka wystawiła język, smakując płatki śniegu. Gdyby ktoś parę księżyców temu opowiedział jej o widoku, który zobaczy dzisiejszego ranka, z trudnością by mu nie uwierzyła. Nawet teraz trudno było uwierzyć, kiedy małe, białe śnieżynki wirowały na wietrze. Niektóre z nich opadały na ziemię. Inne przyklejały się do futra. Uśmiechnęła się szeroko. Nagle fakt, że przez chłód zwiędła jej kolekcja kwiatków, przestał się liczyć. W końcu kto nie chciałby mieć lśniących kryształków w futrze? 
– Spieniona Łapo – usłyszała nieopodal znany jej już głos. Odwróciła głowę, by dostrzec Zajęczą Troskę zmierzającą w jej kierunku. Otrzepała futerko, by jakkolwiek się prezentować i uśmiechnęła się do starszej kotki. –  Długo na mnie czekałaś?
Pokręciła głową i odpowiedziała:
– Nie, dopiero teraz wyszłam z legowiska. Jestem tu wcześniej, bo nie chciałam spóźnić się na pierwszy trening.
Tak naprawdę nie mogła być pewna jak długo tu stała, gdyż przez cały ten czas wpatrzona była w śnieg. Nawet jeśli odmarzałby jej już nos, nie powiedziałaby o tym Zajęczej Trosce. Po pierwsze niebo było jeszcze czarne, a obóz ledwo widoczny. Miały spotkać się dopiero o pierwszych promieniach słońca, dlatego jej mentorka w żadnym wypadku się nie spóźniła. Była nawet chwilkę przed czasem. Dlatego nie czekała na nią per se, a na mrozie znajdowała się z własnej, nieprzymuszonej woli.
– No dobrze, skoro tak mówisz. W takim razie idziemy – powiedziała Zajęcza Troska, po dokładnym przyjrzeniu się swojej uczennicy. Nawet jeśli przejrzała przez jej słowa, to nijak tego nie skomentowała. Zamiast tego ruszyła już w kierunku wyjścia z obozu. Pianka wiernie dotrzymywała jej kroku, cały czas z pogodnym wyrazem pyska. Wątpiła, by ta mina mogła z niej zejść, nawet jeśli wyglądała głupio. Wreszcie zacznie swój trening! Trudno było opisać towarzyszące temu uczucia. Miała wrażenie, jakby niosły ją, kiedy podążała za mentorką. 
– Co będziemy dzisiaj robić? – spytała po dłuższej chwili milczenia. 
Cisza ta nie była niezręczna, nawet jeśli ciągnęła się za nimi aż od obozu. Pianka skupiła się na obserwowaniu otoczenia. Chłonęła wszystkie dźwięki, widoki, zapachy. Starała się zapamiętać każde drzewo i krzew. Każdą dziurę, wzniesienie, czy zamarzniętą kałużę. Wątpliwym było, czy faktycznie zapamięta każdą tą poszczególną rzecz. Jednak ona na to nie zważała. Wolała być krok do przodu przed losem. Co gdyby ktoś je zaatakował, a ona musiałaby powiadomić o tym kogoś z obozu? Znajomość drogi powrotnej mogła okazać się bardzo wartościowa. Albo gdyby któraś z jej sióstr się zgubiła? Z drugiej strony o tym akurat wolała nie myśleć.
Dla innych mogła na taką wyglądać, ale nie była głupia. Nasłuchała się nieprzyjemnych opowieści od wojowników, a jej mama parokrotnie zwracała uwagę na niebezpieczeństwa czyhające poza obozem. Mimo uśmiechu i rozmarzonego wzroku, jej uszy cały czas były postawione. Co nie zmienia faktu, że nawet gdyby usłyszała coś niepokojącego… cóż, chyba zrozumiałym jest, że pewnie nie rozpoznałaby niebezpieczeństwa. Świat zewnętrzny dla nowo mianowanej Spienionej Łapy był ciągle niezrozumiały.
– Przejdziemy się trochę po naszych terenach. Pokażę ci z kim graniczymy, najważniejsze miejsca do zapamiętania, może trochę poćwiczymy rozpoznawanie zapachów – odparła wojowniczka, cały czas nie zwalniając kroku. Po krótkim namyśle, dodała – w końcu wychowywała cię Sroczy Lot, pewnie sporo już umiesz, co?
Wymawiając to imię, jej pysk przeszył delikatny uśmiech, który rozpłynął się wraz z podmuchem wiatru. Był to pierwszy raz, kiedy Pianka zobaczyła jak się uśmiecha. Po kilku biciach serca nie była już pewna, czy jej się to nie przewidziało.
– Oh, tak. Mama jest bardzo mądra. Mówi dużo ciekawych rzeczy – potwierdziła od razu, kiwając z zapałem głową. Mimo jej pogodnego tonu głosu, poczuła małe ukłucie w serduszku. Wbrew słowom Zajęczej Troski, tak naprawdę mogła jedyne na palcach jednej łapy wyliczyć, ile razy na dłużej niż chwilę wpadła do nich mama. Będąc jej uczennicą, Kotewka na pewno spędzi z nią o wiele więcej czasu, niż Pianka kiedykolwiek.
Odrzuciła od siebie tę myśl. Była tutaj teraz ze swoją własną mentorką, która również była bardzo miła i na pewno była świetną wojowniczką. 
– W takim razie pewnie niektóre rzeczy będą dla ciebie tylko powtórką.
– Mam nadzieję – zaśmiała się cicho Pianka.
– W razie gdybyś czegoś nie wiedziała, zawsze możesz pytać. Jesteś tu po to, żeby zostać świetną wojowniczką i ja ci to umożliwię – dodała jeszcze szybko jej mentorka. 
Pianka pokiwała na to głową. Zdawała sobie sprawę z tego, że sporo rzeczy nie wie i najpewniej o dużą ilość rzeczy będzie musiała się dopytać. Była przyzwyczajona do odzywania się kiedy o czymś nie wie, nawet jeśli Wzburzony Potok rzadko okazywała się pomocna. Jej cierpliwość danego dnia kończyła się często wraz z pierwszym świtaniem.
 – Okej. Zbliżamy się do jednej z granic – oznajmiła Zajęcza Troska parę długości lisa później. W pewnym momencie drzewa zaczęły się przerzedzać i aktualnie stały na otwartej przestrzeni. Wiatr przyjemnie smagał je po karkach.  – Widzisz może coś, co pozwoliłoby ci dowiedzieć się, z kim tutaj graniczymy? Albo czujesz? Jakieś zapachy?
Na jej pytanie zamknęła na chwilę oczy. Wciągnęła nosem powietrze i otworzyła pysk, chcąc je posmakować. Najbardziej wybijał się zapach drzew iglastych, a także ptaków. Jednak niewiele jej to mówiło. U nich również sporo było drzew i czasami na stosie widziała ptaki. Zmarszczyła brwi. Otworzyła oczy, licząc na to, że znajdzie jakąś odpowiedź. Długo nie musiała się rozglądać.
– Klan Klifu! – wypaliła na widok klifu w oddali. Był trudny do zobaczenia, ledwo widoczny za mgłą i opadającym śniegiem, ale mimo to znajdował się tuż przed nimi. Jednak teraz nie wiedziała jak mogła go na początku nie zauważyć. Jego kształt rysował się wyraźnie na tle białego nieba.
– Brawo, Spieniona Łapo! – Zajęcza Troska kiwnęła głową z aprobatą. Pianka uśmiechnęła się. Była to pierwsza pochwała od nowej mentorki, dlatego wiedziała, że zachowa ją w serduszku. – Ich zapachu nie można pomylić z niczym innym. W żadnym wypadku nie możesz pójść tam, gdzie będzie cię on otaczał z każdej strony. Wyryj go sobie w głowie i nigdy nie zapomnij. Sosny, ptaki, trochę śmierdzącej tchórzliwości, to właśnie Klifiacy. Chodź, jeszcze mamy sporo do zobaczenia.
Na te słowa ruszyła przed siebie, przedzierając się przez głęboki śnieg. Za to Pianka została, starając się zrobić dokładnie to, o co ją poprosiła. Dopiero kiedy była pewna, że zapach pozostał jej w głowie, przyspieszyła, by dogonić kotkę.
Reszta treningu przebiegła im sprawnie. Słońce dopiero zaczynało górować, a one już dawno zostawiały za sobą granicę z Klanem Burzy. Szły sobie spokojnie wzdłuż oblodzonego brzegu. Czasami pojawiała się między nimi nagła cisza, kiedy starsza kotka zdawała się czegoś (lub kogoś?) nasłuchiwać. Pianka jej nie przerywała, bo nie była chętna na osobiste spotkanie z jakimś niepożądanym gościem. Cisza jednak bardzo szybko się rozpływała. Zazwyczaj wypełniana była bardziej lub mniej ważnymi informacjami o życiu w klanie.
– …tak właśnie brzmi Kodeks Wojownika – tłumaczyła Zajęcza Troska, odgarniając na bok gałęzie i pozwalając swojej uczennicy przejść. – Ale nie martw się, jeszcze go powtórzymy. Na pewno go zapamiętasz.
– Zajęcza Trosko, naprawdę wiesz bardzo dużo rzeczy! Cieszę się, że zostałaś moją mentorką – wymamrotała Pianka. Dopiero po paru biciach serca zdała sobie sprawę z tego, jak pewnie śmiesznie zabrzmiała. Mimo tego chciała jej jakoś okazać swój podziw i nie wiedziała co innego zrobić, oprócz ubrania go w słowa. W tym była najlepsza.
– Oj, nie słodź mi tutaj. Do czegoś zobowiązuje tytuł wojowniczki – odparła jedynie, uśmiechając się krzywo pod nosem. Nagle o czymś jeszcze pomyślała i przewróciła oczami. – Chociaż… uwierz mi, mogłaś trafić o wiele gorzej. Na przykład na taki Sarni Tupot. Uh, kocury.
Pianka nijak tego nie skomentowała. Z natury nie była chętna do obgadywania współklanowiczów. A już na pewno nie wyższych rangą. Dlatego zamiast odpowiedzieć, skupiła się na otoczeniu. Szły wzdłuż zamarzniętej rzeki, porośniętej kępami trzciny. Szur, szur. Tylko je było tutaj słychać. Tafla wody lśniła w promieniach słońca, nieruchoma i cicha. Za nią rozciągało się jeszcze więcej drzew i krzewów. Pomiędzy nimi dostrzegła cienkie, białe pnie, bujające się na wietrze. Ledwo widoczne na tle śniegu.
– A tam, co tam jest? Nie czuję zapachu innych klanów – zagadnęła, wskazując w tamtym kierunku.

<Zajęcza Trosko?>
[1279 słów]
[Przyznano 40%]

23 czerwca 2023

Od Pianki do Kotewki

 Promienie słońca rzucały delikatną poświatę na łąkę, która rozciągała się tak daleko, jak można było sięgnąć wzrokiem. Niezapominajki, konwalie, dzwonki, chabry. Kolory mieszały się w jedną połać, niczym takty niesamowitej symfonii. Widok ten można było opisać jako spełnienie marzeń. Prawdziwą radość dla oczu. Barwne kwiaty poruszały się wraz z wiatrem, któremu towarzyszył przyjemny dla ucha szum. Pianka na chwilę nastawiła uszy, skupiając się na przyjemnym dźwięku. Czy tak właśnie powinny brzmieć łąki? Nie mogła być pewna, ale skoro właśnie jedna z nich rozciągała się przed nią, to najpewniej tak. 
Pochyliła się nad jednym z kwiatków, wąchając roztaczający się w powietrzu słodki zapach. Ach, gdyby tylko mogła tu być już do końca dnia. A właściwie, dlaczego nie było to możliwe? No tak…
— Pianko! — donośny okrzyk, jak grom z jasnego nieba przerwał ciszę. Cały ten żywy obraz legł w gruzach, a kotka spojrzała z nieopisanym rozczarowaniem na małą kupkę niezapominajek leżących tuż przed nią. Były piękne, to prawda. Ale stanowiły jedynie podwaliny dla jej wyobraźni. Nozdrza wypełnił jej rybi smród, który był nieodłącznym elementem obozu Klanu Nocy. Każdy był do niego przyzwyczajony, choć nie równał się ani trochę z pięknymi zapachami, które stworzyła przed chwilą jej głowa. Zmarszczyła nosek i trzepnęła ogonem, porzucając raz na zawsze swoje fantazje i odwracając się do wnętrza żłobka. 
— Tak? Coś się stało?
— Chodź! Szybko, szybko! — odparł na jej pytanie głos jednej z sióstr, wyraźnie… podekscytowany? Poddenerwowany? Nie mogła być pewna.
Może właśnie jedna z sióstr zrobiła sobie krzywdę? Albo coś jeszcze gorszego? Serce zabiło jej szybciej. Poderwała się do biegu. Łapki miała na tyle krótkie, że zajęło to dłuższą chwilę, ale koniec końców znalazła się przy kotkach. Zabrała głośny oddech. Bieganie było o wiele trudniejsze od chodzenia, bez porównania. Tym bardziej, kiedy dopiero co nauczyłeś się tej pierwszej czynności.
Przejechała spojrzeniem po wszystkich zgromadzonych. Wir, Kotewka, Gąska. Na pierwszy rzut oka wyglądały na zdrowe (przynajmniej fizycznie, bo psychicznie nigdy nie wiadomo), dlatego wewnętrznie odetchnęła z ulgą. 
— Wszystko dobrze, prawda? —  zapytała jeszcze raz Pianka, przechylając głowę. —  Mam w czymś pomóc? Czegoś potrzebujecie?
Gąska i Wir spojrzały po sobie. Ich pyski przyozdobił malutki uśmieszek, jak gdyby zastanawiały się, jak podzielić się z nią zdobytą informacją. Za to Kotewka przewróciła oczami i spojrzała na sklepienie żłobka, jak gdyby znajdowały się tam rzeczy o wiele ciekawsze, niż ich towarzystwo. Dopiero wtedy Pianka dostrzegła, jak jej siostra dziwnie się zachowuje, ale zanim mogła o to wypytać, nagle jej wizję zakrył czerwony kształt. Wijący się, czerwony kształt. Pisk wyrwał jej się z gardła:
— Ahhhh!
Odsunęła się gwałtownie i upadła na tyłek. Przed nią stała Gąska trzymająca w pazurach wykrzywiającego się na wszystkie strony robaka. Wyglądał absolutnie obrzydliwie. Jego ciało pokrywało jakby futerko, choć w żadnym innym aspekcie nie przypominał kota. Nigdy nie widziała czegoś podobnego. Pianka wykrzywiła się, a jej wąsy nastroszyły.
— Widzicie! Mówiłam wam, że to… to coś! jest okropne i nie rozumiem, dlaczego musicie to tu przetrzymywać! — parsknęła Kotewka, nadal stojąc do nich plecami.
— To nie jest jakieś coś, tylko gąsienica — Wir odchrząknęła, wtrącając swoją uwagę. — Słyszałam, jak jeden z uczniów coś o nich wspominał.
Zapanowała nagle cisza, kiedy wszystkie utkwiły wzrok w robaku próbującym się wyswobodzić z pułapki. Jego wszelkie plany zakończyły się szybko fiaskiem. Został przyduszony jeszcze bardziej przez Gąskę. Biedak. Jej siostra przyjrzała mu się jeszcze bardziej, prawie dotykając go nosem. Piance nagle zrobiło się niedobrze na ten widok.
— Gąsienica, niegąsienica, jeden pies. W każdym razie podobno jest jadalna. — wymamrotała Gąska, ze wzrokiem cały czas utkwionym w zdobyczy. Pianka wreszcie podniosła się ze swojej niedorzecznej pozycji i otrzepując futerko z kurzu, zapytała:
 — Gąsko, jesteś tego pewna…? A co jeśli komuś stanie się krzywda po zjedzeniu tego? 
 — Nic się nie stanie. Jedzenie to jedzenie, a to moja pierwsza zdobycz. Zresztą nie mówię nic o jedzeniu tego teraz. Znaczy, wy i tak na pewno byście tego nie zjadły. To wiadomo.
Nikt nie odpowiedział na to oczywiste samochwalstwo. 
Za każdym razem, kiedy choć na chwilę ucichła rozmowa, ciszę wypełniał stukot małych nóżek. Wdzierał jej się w głowę i doprowadzał do obrzydzenia. Chociaż właściwie tym dłużej na niego patrzyła, tym mniej ohydny się stawał. Był mały, kolorowy, ruchliwy. Trochę jak motylek, tylko w brzydszej wersji. Był prawie taki, jak ona przy trójce pięknych siostrzyczek. Pianka delikatnie uśmiechnęła się do siebie, wpatrując w gąsienicę i obserwując jej ruchy.
— Ale po co jeść takie ciekawe stworzonko? Nie rozumiem — wymamrotała po dłuższym namyśle, spoglądając na kotki.

<Kotewka?>