BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skowroni Odłamek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skowroni Odłamek. Pokaż wszystkie posty

12 listopada 2025

Od Skowroniego Odłamku

 Oh, to się dopiero porobiło… Ojeju, jeju…
Powietrze w obozie było ciężkie — medyk czuł, że z łatwością mógłby się nim zadławić, gdyby nie przykładał uwagi do prawidłowego oddychania.
Blade promienie słońca rzucały cienie na zgromadzone koty — nienaturalnie długie, ciemne kształty rysowały się na ścianach Skruszonej Wieży, w której jeszcze chwilę temu udzielał pomocy Pozłacanej Pszenicy. 
Ojeju, jeju… biedne, biedne…
Czekot podniósł nieznacznie wzrok, niemal nieśmiało. W jego umyśle odtworzył się obraz martwych korpusów Rozkwitającej Szanty oraz Koziego Przesmyku. Zmierzwione futro, poraniona skóra…
Martwe ślepia łypały na niego, jakby z wyrzutem, jakby zarzucając mu jakieś niepojęte grzechy…
Skowronek zacisnął odruchowo powieki i skulił się na ziemi, przykładając łapy do skroni, jakby to miało mu jakoś pomóc uporać się z natarczywymi myślami, niczym gęsta, lepka pajęczyna oplatającymi jego umysł. Uchylił pysk, aby wziąć kilka urywanych, płytkich oddechów. Jego klatka piersiowa była ciężka — z trudem mógł oddychać. Czyżby…?
Każdy szept wiatru niósł za sobą cichy syk, gwiezdni pochylali się nad nim, jęczeli mu do ucha, wyli, zawodzili… Ojeju, jeju… Na Klan Gwiazdy, co on narobił?
No właśnie, nie wiedział… 
A jednak natrętne myśli wciąż świtały w jego umyśle, jakby na siłę wciskając mu poczucie winy pod łapy… 
Nie mógł tego znieść dłużej, zaraz nie wytrzyma… 
Serce waliło mu jak młotem w piersi, we wnętrzu coś go szarpnęło gwałtownie za wnętrzności, jakieś dziwne ciepło rozlało się po jego ciele, mimo, iż na zewnątrz miał dreszcze. 
Wziął kolejny haust powietrza w chwili, w której usłyszał stanowczy głos Zawodzącego Echa. Gwałtownie podniósł wzrok znad ziemi, otwierając szeroko oczy.
— Zawodzące Echo? — Niepewny głos Skowronka przebił się przez huk rozmów. Dotąd siedział w całkowitym milczeniu i z oddali przysłuchiwał się debacie; dopiero teraz wreszcie się odezwał — w jego oczach malowało się czyste przerażenie, wzrok błądził po tłumie kotów, a ogon drgał nerwowo.
— Jeśli w jakiś sposób... przyczyniłem się do śmierci któregoś z kotów... chciałbym zostać ukarany — przerwał, aby przekręcić nieznacznie głowę i rzucić krótkie spojrzenie za obóz. Przełknął żółć nagromadzoną w gardle i poruszył się niespokojnie, a jego żałośnie wyglądająca sylwetka zarysowała się pod zjeżonym futrem. 
Polanę niemal natychmiast przeszyły wściekłe syki, na które omal nie podskoczył ze strachu. Zatrząsł się, gdy czyjś ostry warkot rozbrzmiał mu koło ucha i rozejrzał się z lękiem po obozie. Rozpętało się istne piekło. 
Jakiś kot zaczął krzyczeć, ale słowa przerwał mu szloch; inni wojownicy rzucali w jego stronę obelgami i jeżyli sierść, zarzucając łbami i smagając ogonami powietrze. Poczuł na sobie szorstkie łapy innych — popychali go, szturchali, uderzali… A on stał w przerażeniu, skulony jak kociak, ze wzrokiem wlepionym przed siebie, jakby obawiał się spojrzeć w oczy innym.
Zawodzące Echo zrobić krok do przodu i wykrzyczał jakieś polecenie, prawdopodobnie starając się uspokoić podjudzone koty. Na nic się to jednak zdało, a zanim zdążył ponownie zabrać głos, Kminkowy Szum rzucił się do przodu — w jego oczach widniała taka furia, że Skowronek omal nie wyskoczył z własnej skóry, gdy zrobił krok do tyłu, potykając się o własne łapy w przerażeniu. 
— Uspokójcie się. To oczywiste, że to nie mógł być on… — Stonowany głos Wędrującego Nieba poniósł się po polanie, ale nikt już nie słuchał.
— Sam się przyznał! — wrzasnął Kminkowy Szum, gwałtownie uderzając łapą w medyka i sprawiając, że omal nie upadł na ziemię. — Parszywiec! Sam go zabiję, gołymi łapami!
Klatka piersiowa Skowroniego Odłamku unosiła się i opadała gwałtownie. Jego szeroko otwarte oczy zaszkliły się, ale nie odważył się odezwać. Skulił się tylko bardziej, jakby starając się uchronić najważniejsze organy przed uderzeniami pobratymców.
Przecież zasłużył…
Kolejne, mocne uderzenie w żebra sprawiło, że na moment powietrze opuściło jego płuca, a przeraźliwy ból przeszył całe ciało kocura. Ktoś z oddali wzniósł kolejny, pełen nienawiści okrzyk:
— Od dawna wiedziałam, że całkiem postradał zmysły!
Inne koty zawtórowały mu, czyjeś pazury niby przypadkiem przeorały jego bark…
Głowa go bolała, dźwięki dookoła rozmywały się w jeden, drażniący skowyt, słońce świeciło zbyt mocno, zbyt jasno, trawa pod łapami była zbyt szorstka…
Ojeju, jeju… Co on narobił…
Przecież był wtedy nieopodal miejsca zbrodni… Podejrzewali go… Może coś zrobił? Może słyszał krzyk, ale go zignorował?
Na Klan Gwiazdy, na Klan Gwiazdy… 
Musiał uciszyć te natarczywe głosy, drażniący jazgot, pełne zawodu szepty… 
“Winny! Winny!”
Nim zdążył się zorientować, łzy strugami spływały mu po polikach, żłobiąc mokre koryta w białej sierści. Zepsuł, zepsuł…
Szloch wydobył się z jego piersi, bardzo cichutki, niemal nieśmiały.
Z oddali dobiegł go czyjś głos — może to ktoś z rodziny starał się go wybronić przed innymi, może usłyszał płacz matki, a może to tylko kolejne oszczerstwa rzucane w jego stronę…
Ktoś nadepnął mu na ogon, ktoś popchnął z jednej strony, ktoś z drugiej… Zachwiał się w lewo, przepchnięto go w prawo; Kminek naskoczył na niego, zwalając z nóg i warcząc wściekle; poczuł mocny cios w kark, czyjeś pazury wbiły się w jego łapę… wkrótce całkiem zginął w tym chaosie, niemal dusząc się wśród wściekłych pobratymców.
Bolało, oj wszystko bolało…
Nie miał już siły podnieść się z ziemi — każdy oddech łączył się z przerażającym kłuciem w klatce piersiowej, powieki ciążyły mu niesamowicie, a umysł był spowity gęstą mgłą.
Przez chwilę leżał tak w milczeniu, z trudem oddychając. Ból ogarniał całe jego ciało, każdy zmysł — do tego stopnia, że wkrótce przestał zwracać uwagę na otaczające go koty.
Ktoś nachylił się nad nim; tym razem jego ruchy były o wiele spokojniejsze, jakby nie do końca przesiąknięte nienawiścią. 
— Wybacz, Skowroni Odłamku… — wymruczał Wędrujące Niebo, zanim nachylił się nad nim i zatopił zęby w jego szyi.
Medyk napiął mięśnie i drgnął nieznacznie, a po chwili poczuł, jak silne szczęki kronikarza wyrywają resztki życia z jego piersi. 
W oddali usłyszał pełne nienawiści okrzyki. 
Czy… czy poniósł już karę?
Uchylił pysk, ale nie wydobył się już z niego żaden dźwięk. Chciał przeprosić… Za późno.
Poczuł nagłą błogość — ból momentalnie ustąpił, a ciężkie powieki opadły na oczy. Czyżby… był w raju? 

[*]

05 października 2025

Od Skowroniego Odłamku

Dni dłużyły mu się w nieskończoność; przewlekłe, monotonne wschody i zachody słońca zdawały się wręcz zlewać w całość, odkąd zmarła Pajęcza Lilia. Skowronek rzadko kiedy wystawiał nos poza legowisko medyka — prawie całe dnie spędzał na segregowaniu ziół oraz porządkowaniu wnętrza lecznicy, wciąż doszukując się nowych rzeczy, za które mógłby się zabrać, żeby tylko na chwilę pozbyć się wszelkich natrętnych myśli. Od czasu do czasu wychodził razem z Wdzięczną Firletką lub Zawilcową Koroną, aby pozbierać zioła, ale oprócz tego niespecjalnie gdziekolwiek wychodził.
I tak upływały mu całe dnie — na powolnej rutynie, nie przerywanej niczym ciekawym. Może to i lepiej. Często odwiedzał grób Pajęczej Lilii; dbał, aby pozostawał w dobrym stanie, aby zawsze leżały na nim kwiaty. Dodawało mu to nieco otuchy, niemal jakby wciąż gdzieś tam była. Nie zmienił również zbyt wiele rzeczy w lecznicy — ufał, że wszystko było najlepiej tak, jak było za czasów życia jego mentorki.
Akurat wracał do obozu; w pysku niósł kilka drobnych ziół, a w sercu ogromny ciężar. Słońce wschodziło na nieboskłon, rzucając pierwsze promienie słońca na koczowisko, a parne powietrze wciskało się do nozdrzy medyka. W pewnej chwili dostrzegł Dzwonkowy Świst; kocur właśnie opuszczał lecznicę, a zaraz za nim Nieustraszony Chomik.
Medyk wymruczał jakieś słowa powitania do swojego brata, zanim (unikając jakichś dłuższych rozmów) zniknął we wnętrzu Skruszonej Wieży. Delikatnie odłożył medykamenty na swoje miejsca i przejrzał składzik — ziół wciąż brakowało, ale zapasy powinny starczyć jeszcze na jakiś czas, dopóki nie uzbierają więcej roślin.
I nagle usłyszał czyjeś przyciszone kroki, a po chwili również głos. Odwrócił się, aby zerknąć na nowo przybyłego kota; Poczciwy Dziwaczek stał w wejściu do lecznicy, machając przyjaźnie ogonem.
— Przepraszam… Mógłbyś mi pomóc? — zapytał, przechylając łepetynkę. — Ostatnio bardzo boli mnie głowa i trochę mi słabo.
Skowronek strzepnął uchem, zerkając na niego z ukosa.
— Pijesz wystarczająco dużo wody? — zapytał, uważnie lustrując młodszego wzrokiem. Nie wyglądał na szczególnie chorego.
— Nie jestem pewien — wymruczał.
— W takim razie pójdź się napić i trochę odpocznij; jeśli objawy nie miną lub będziesz czuć się gorzej, przyjdź ponownie i coś wymyślę. W porządku?
Wojownik pokiwał głową ochoczo.
— Jasne, dziękuję!
I tyle go widział.

Wyleczeni: Dzwonkowy Świst, Nieustraszony Chomik, Poczciwy Dziwaczek 

24 sierpnia 2025

Od Skowroniego Odłamku

Pajęcza Lilia odeszła. Pamiętał jej ostatnie słowa — tak proste — jakby jeszcze mieli się zobaczyć. Legowisko medyków, mimo, że przepełnione innymi medykami, teraz zdawało mu się dziwnie puste; jakby całe życie uleciało z niego w momencie śmierci rudej uzdrowicielki, pozostawiając po sobie tylko niezliczoną ilość wspomnień i smutku. Od momentu przyniesienia ciała jego dawnej mentorki, pysk Skowroniego Odłamku zamarły był w tym samym, jednakowym wyrazie, a on sam zdawał się być pogrążony w jakimś niepokojącym transie. Wszystko docierało do niego jak przez mgłę; zmęczone oczy pozbawione iskier, pysk milczący, sierść matowa. Snuł się po obozie jak cień samego siebie — nie wiedząc, co ze sobą począć i za co się zabrać. Posłanie Pajęczej Lilii stało nietknięte i stać tak jeszcze miało bardzo, bardzo długo — aż Skowroni Odłamek nie otrząśnie się z szoku, bo strata dawnej mentorki dotknęła go bardziej niż by się tego spodziewał i niż chciałby przyznać. Nie uronił nawet jednej łzy, gdy wpatrywała się w ciało kocicy. Tylko jego oczy jakby delikatnie przygasły. Nie jadał, nie rozmawiał — odpuścił sobie nawet zbędnych ceregieli oraz uprzejmości. Był pogrążony w żałobie do tego stopnia, że nawet Wdzięczna Firletka oraz Zawilcowa Korona posyłali mu zmartwione spojrzenia.
Drgnął nieznacznie, gdy do Skruszonej Wieży wkroczył kot — ruda, elegancka kocica. Nie podniósł jednak wzroku znad mchowego posłania; w zamian Firletka dźwignęła się na łapy i podeszła do niej, przekrzywiając delikatnie łeb, gdy zaczęła coś mówić. Czekot za to pozostał na swoim miejscu, z podkulonymi kończynami i lekko zwieszonym pyskiem; wkrótce Sójka dostała jakieś zioła i opuściła wnętrze lecznicy, pozostawiając ich w ciszy.

Wyleczeni: Sójka

03 sierpnia 2025

Od Skowroniego Odłamku

Machnięciem ogona pożegnał Zawodzące Echo; kocur wolnym krokiem opuścił legowisko medyków i wkrótce cała jego osoba zniknęła w przejściu. Był ledwo ranek, a już pierwszy kot odwiedził Skruszoną Wieżę w poszukiwaniu pomocy z chorobami — tym razem ciemny wojownik nabawił się całkiem niezłego kataru, co nie było jednak wielkim zdziwieniem ze względu na obecną pogodę. Pajęcza Lilia wciąż jeszcze spała, a Wdzięczna Firletka oraz Zawilcowa Korona wyruszyli jakiś czas temu zbierać zioła, toteż Skowronek musiał pozostać w legowisku i czuwać, gdyby jakieś koty postanowiły ich odwiedzić. Gdy wojownik opuścił legowisko, czekot zajął się segregowaniem ziół — wiele medykamentów było już starych lub niezdatnych do użycia, więc wypadało się nimi zająć. Ostrożnie przekładał rośliny do osobne sterty. Zapach kurzu unosił się w całym legowisku, a jasne, blade smugi światła wdzierały się do wnętrza legowiska, rzucając cienie na ściany.
W pewnej chwili do uszu Skowronka dobiegły dzwięki czyichś kroków i para dobrze znanych mu, zielonych oczu błysnęła w wejściu, a po chwili również cała mamina sylwetka ukazała się we wnętrzu przytulnego legowiska. Czekot uśmiechnął się nieznacznie i podniósł z ziemi, machnięciem ogona witając Przepiórczy Puch.
— Hej, mamo — przywitał się, przechylając nieznacznie łeb. — Coś się stało?
Kocica uniosła kąciki ust w delikatnym, czułym uśmiechu, zanim zbliżyła się nieco do syna.
— Cześć, Skowronku — odparła pogodnie, ale widocznie biło od niej zmęczenie. — Ostatnio mam straszne problemy ze snem… Myślałam, że przespałabym się teraz, póki mam chwilę, ale nie jestem w stanie.
Pręgowany cętkowanie pokiwał powoli głową, a następnie ruszył w kierunku składziku z ziołami.
— Poczekaj chwilę, zaraz przyniosę ci nasiona maku. Powinny nieco ci pomóc.
Zastępczyni skinęła łbem i usiadła, cierpliwie czekając, aż kocur przyniesie odpowiednie zioła.

Wyleczeni: Zawodzące Echo, Przepiórczy Puch

13 lipca 2025

Od Skowroniego Odłamku

Uniósł pytająco brwi, gdy w Skruszonej Wieży pojawił się jasny, nieznany mu dotąd pysk, należący do (na pierwszy rzut oka) młodego kota. Obca mordka opatulona była gęstym futrem, a spokojne, brązowe oczy błyszczały delikatnie. Kocurek przez chwilę lustrował wzrokiem nowe otoczenie, zanim z zaciekawieniem wkroczył do środka, stając naprzeciw mchowym posłaniom medyków, na których leżał Skowroni Odłamek oraz Pajęcza Lilia.
— Ja się nim zajmę — rzuciła medyczka do Skowronka, kątem oka spoglądając na niego. Czekot skinął głową, obserwując, jak starsza podnosi się z legowiska, aby chwilę po tym stanąć przed młodziakiem.
— Cześć, Cyklonowa Łapo — przywitała się, marszcząc nos.
— Hej! — Srebrny przez chwilę przyglądał się kotce, zanim znów otworzył pysk:
— Od dłuższego czasu pobolewa mnie lewe ucho i zastanawiam się, czy to coś poważniejszego. Ruda Lisówka kazał mi tu przyjść, aby się zbadać.
Pajęcza Lilia z uwagą skinęła głową, po czym zrobiła kilka kroków w bok i mówiąc coś w kierunku ucznia, zniknęła w składziku z ziołami. Minęło kilka uderzeń serca, zanim ruda ponownie wyłoniła się z ciemności, tym razem w pysku niosąc odpowiednie medykamenty, które wkrótce podała Cyklonowi. To był moment, w którym Skowronek przestał zwracać uwagę na dalsze poczynania medyczki i ponownie ułożył pysk na łapach, przymykając powieki. Jakiś czas później do jego uszu dotarły słowa pożegnania kotów, a następnie mech ugiął się delikatnie, gdy Pajęcza Lilia powróciła na swoje posłanie.

Wyleczeni: Cyklonowa Łapa

22 czerwca 2025

Od Skowroniego Odłamku

Powoli mielił zębami korę olchy; dawała mu ukojenie, a ból zęba nieco się uspokoił.
W pewnej chwili usłyszał ciche chrząknięcie, a chwilę później ognisto-ruda czupryna ukazała się w wejściu do legowiska medyków.
— Witaj… ugh, Skowroni Odłamku… — Para pomarańczowych ślepi błysnęła tajemniczo, gdy Płomienny Ryk wkroczył do wnętrza Skruszonej Wieży. Głos wojownika był lekko zachrypnięty, świadcząc zapewne o infekcji gardła. Skowronek zmarszczył brwi.
— Wiem, wiem… boli cię gardło, tak? — odparł z pyskiem pełnym kory, po czym, nie czekając na odpowiedź, ruszył do składziku z ziołami. Rzucił tylko krótkie spojrzenie rudemu wojownikowi, który powoli skinął głową. Już po chwili Skowronek zniknął za kamiennymi półkami, w poszukiwaniu odpowiedniego medykamentu.
Znał system układania ziół Pajęczej Lilii aż zbyt dobrze; z zamkniętymi oczami mógłby wskazać gdzie co się znajduje, chociażby po samym zapachu. Dlatego też, gdy do jego nozdrzy dotarła intensywniejsza niż w innych częściach legowiska woń roślin, łapy od razu pokierowały go do właściwego miejsca, podążając tą samą drogą, co zawsze. Uniósł nieznacznie łeb, aby chwycić liść, na którym spoczywał słodko pachnący miód, po czym zawrócił, powolnym krokiem podchodząc do Płomiennego Ryku. Kocur niechętnie zjadł lekarstwo, a następnie w pośpiechu opuścił legowisko, mamrocząc coś cicho pod nosem. Wkrótce ruda kita starszego całkiem zniknęła za kamiennym murem.
Wyleczeni: Skowroni Odłamek, Płomienny Ryk

02 maja 2025

Od Skowroniego Odłamku CD. Motylkowej Łapy

— Wtedy należy podać szczaw; powinno się go przeżuć na papkę, a potem wysmarować nim ranę. Można też użyć skrzypu, ale co do niego lepiej uważać, bo w dużych ilościach może naprawdę zaszkodzić — odparł, zatrzymując wzrok na pysku uczennicy. — Rzecz jasna przed tym trzeba oczyścić dokładnie ranę; pokażę ci to kiedyś, gdy nadarzy się ku temu sposobna okazja.
Kotka pokiwała powoli głową, jakby starała się dokładnie przeanalizować słowa starszego, po czym machnęła ogonem, językiem przejeżdżając po swojej klatce piersiowej.

────⊹⊱✫⊰⊹────

— Motylko, mogłabyś podać mi te zioła? — Wskazał łapą na niewielką stertę medykamentów, znajdującą się tuż przy szylkretce i uniósł nieznacznie brew.
— Oczywiście! — Motyla Łapa podniosła się z ziemi i schyliła się, aby chwycić wymienione przez mentora rośliny. Następnie zrobiła kilka kroków w przód, ostrożnie podając je starszemu.
— Usiądź obok mnie — odezwał się Skowronek po chwili milczenia, poruszając uszami. — Wiesz, co to za zioło?
— Mhm… to jasne oko, tak?
Czekot skinął głową, w zamyśleniu sięgając po kolejną roślinę; tym razem z delikatnymi, fioletowymi płatkami.
— A to?
— Czyściec wełnisty — odparła bez zastanowienia koteczka, uśmiechając się promieniście.

────⊹⊱✫⊰⊹────

Zazwyczaj starał się unikać spotkań ze swoją młodą uczennicą, toteż, gdy tylko dowiedział się, że opuszcza ich medyczne grono, poczuł pewnego rodzaju ulgę. Dopiero po jakimś czasie w sercu Skowronka zaczęły rodzić się pewne wątpliwości i co najważniejsze: przytłaczające poczucie winy. Widział, jak niektóre koty krzywo się na niego patrzyły, zapewne obwiniając go o ponowną zmianę drogi szkolenia szylkretki, co z resztą było całkiem logicznym tokiem myślenia, zważywszy na ich słabą relację. A mimo tego, odczuwał pewnego rodzaju żal, gdy widywał Motylkę, opuszczającą obóz wraz ze swoim nowym mentorem. Była zdolną uczennicą i dobrym kotem, który nie zasługiwał na coś takiego. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że kotka zrobiła to z własnej woli… Może tylko zdawało mu się, że dawny, figlarny blask opuścił oczy Motylkowej Łapy?
Czasami zastanawiał się, jak to wszystko potoczyłoby się, gdyby udało mu się otworzyć przed uczennicą.

Koniec sesji

01 maja 2025

Od Skowroniego Odłamku CD. Wdzięcznej Firletki

Był samotny, mimo iż otaczało go tyle kotów. Czuł się zagubiony, mimo iż rzekomo wiedział, gdzie jest jego legowisko. Nie mógł spać, mimo iż jego powieki same zamykały się, znużone i zmęczone. Choć czuł, jak jego wnętrzności wykręcają się z głodu, nie był w stanie przełknąć ani kęsa suchego mięsa.
I nie wiedział czemu. Tęsknota znów sponiewierała jego duszę, co noc gnając go na granicę z Klanem Nocy. Każde źdźbło trawy, każdy kłos zboża, każdy płatek różnorakich kwiatów czy pomruk wiatru… To wszystko zdawało się naglić go, kusić i wołać, popędzać, jakby jutra miało nie być, jakby jego ukochana zaraz miała się ulotnić niczym śnieg w Porze Nowych Liści. Gałęzie drzew wyciągały ku niemu swe skostniałe palce, szarpiąc za futro i dotkliwie wbijając się w skórę; one jedyne zdawały się powstrzymywać medyka, jakby ostrzegając przed rozczarowaniem, czyhającym na niego każdej gwiezdnej nocy tuż przy granicy z terenami wybranki jego serca.
Nie potrafił tak dłużej żyć. Bez jej głosu, zapachu, dotyku… Co dzień wracał myślami do tych beztroskich chwil z kocicą, gdy jeszcze, jako zwykły młodziak, bez żadnych obaw rozmawiał z nią o nieistotnych sprawach… A potem, zupełnie jak nieprzerwany koszmar, w umyśle srebrnego pojawiał się pełen żałości pysk księżniczki, upstrzony skrzącymi, perlistymi łzami.
Kocham cię…
Te słowa, niczym okrutna mantra zapętlały się w umyśle Skowroniego Odłamku, przypominając mu o tym wszystkim, co utracił dawno temu. Gdyby tylko nie został medykiem… może dane byłoby mu być z ukochaną? A teraz? Klan Gwiazd go opuścił; nie dawał żadnego znaku, wskazówek… nie karcił go, nie chwalił, nie dawał niczego, co mogłoby przynieść medykowi choć chwilę ukojenia, zapewnienia, że wciąż gdzieś tu są. Nie potrafił dłużej wierzyć w miłosierdzie swoich przodków. Nie potrafił dłużej udawać, że wszystko było w porządku, gdy ewidentnie nie było.
Dlatego też, kiedy po raz kolejny tęsknota zmyła sen z jego powiek, mozolnie wstał z mchowego posłania, podchodząc do śpiącej Wdzięcznej Firletki. Poruszył ogonem, ostrożnie kładąc go na barku kocicy. Widząc, że powoli się rozbudza, a jej oddech nieznacznie przyspiesza, odwrócił wzrok. Medyczka zamrugała kilka razy, unosząc łeb znad łap.
— Skowronku?... Coś się stało? — spytała ospałym głosem, delikatnie uchylając powieki, spod których wyjrzały zielone, skrzące ślipka.
— Chcesz może… wyjść na chwilę na dwór? — Czuł, jak głos mu się łamie. Nie wiedział, czy dobrze robił. Może zbytnio obciążał siostrę swoimi problemami? Liliowa niepewnie podniosła się na łapy, marszcząc brwi. Zdawała się zdezorientowana, jednak nie zadawała pytań, za co był jej niezmiernie wdzięczny.
Oświetlona księżycowym blaskiem, Firletka stanęła przed nim, przestępując z łapy na łapę.
— Możesz mi już powiedzieć, dlaczego wyciągnąłeś mnie z legowiska, w środku nocy?
Skulił się.
— No więc…
Poczuł, jak głos ugrzązł mu w gardle. Zaczął rozpaczliwie błądzić wzrokiem po ciemnej przestrzeni przed nim.

<Siostro?>

05 kwietnia 2025

Od Skowroniego Odłamku

Poruszył łapą, odkładając na bok jedno ze starszych ziół i przeniósł spojrzenie swego zdrowego oka wprost na leżący nieopodal krwawnik. Ostrożnie odsunął medykament na drugi stosik i przesunął ogonem po ziemi, przymykając powieki. W tej samej chwili do uszu Skowroniego Odłamku dotarł dźwięk czyiś kroków, a uderzenie serca później do jego nozdrzy zdążył dopłynąć znajomy mu zapach. Czekot uchylił ślipka, przyglądając się Kwiecistej Kniei, stojącej tuż przed nim.
— Coś się stało?
Kocica machnęła łapą, rozglądając się po lecznicy.
— A nic… Tak sobie przyszłam — mruknęła, poruszając wąsami.
Medyk uniósł jedną brew ze zdziwieniem, jednak postanowił nie drążyć tematu. Powrócił więc do swojego poprzedniego zajęcia, w pełni mu się oddając. Z zamyślenia wyrwało go głośne chrząknięcie.
— No… Swoją drogą chyba coś mi jest.
Skowron uniósł wzrok znad kupki medykamentów, dając przewodniczce znak, aby kontynuowała.
— Ostatnio czuję się trochę gorzej. Jakoś nie wiem, słabo mi, gorąco… Daj mi może któreś z tych twoich ziółek… — Wskazała paliczkami na maleńką stertę. — I powinno być lepiej.
— Ugh, jasne — odparł zielonooki, po czym dźwignął się na łapy, powoli ruszając do składziku z ziołami.
Wciągnął głośno powietrze do płuc i odruchowo wręcz skierował się do najbliższej półeczki z ziołami, ostrożnie chwytając kilka liści ogórecznika, które chwilę później postawił przed łapami Kwiecistej Kniei.
— Zjedz je; powinno pomóc — stwierdził.
Przewodniczka usłuchała brata, a następnie ruszyła do wyjścia ze Skruszonej Wieży.
— Dzięki — rzuciła na odchodne, ogonem smagając powietrze.

Wyleczeni: Kwiecista Knieja

07 marca 2025

Od Skowroniego Odłamku do Motylkowej Łapy

Chwilę po mianowaniu Motylkowej Łapy

No i dostał kolejnego ucznia. W teorii powinna towarzyszyć mu ekscytacja i radość, ale... Gdy wychodził na środek obozu, aby zetknąć się nosami z Motylą Łapą, czuł tylko strach zmieszany z niepewnością. Wiedział, że sobie poradzi - Firletka była bardzo pojętną uczennicą i zdecydowanie zbliżał się czas jej mianowania, toteż jeden niedoświadczony uczeń nie powinien stanowić dla niego większego problemu; zwłaszcza z pomocą Pajęczej Lilii. Sęk w tym, że najzwyczajniej w świecie bał się. Obawiał się, jak będzie od tej pory wyglądać legowisko medyka. Czy nie zrobi się zbyt tłoczno? Zdecydowanie przywykł już do obecności swojej dawnej mentorki oraz uczennicy, a teraz znów ich medyczne grono miało się powiększyć. Mimo to, kiedy usłyszał o Motylkowej Łapie, nie był w stanie odmówić. W końcu musiał się do niej przekonać, czyż nie?
— Tu od tej pory będzie twoje nowe legowisko. — Wskazał ogonem na jedno z posłań i poruszył wąsami, posyłając świeżo upieczonej uczennicy krótkie spojrzenie. — Pamiętaj, aby nie dotykać niczego, czego zastosowania nie znasz. Nie bierz nic do pyska, jeśli nie jesteś pewna, że jest bezpieczne i nie podawaj nic żadnemu innemu kotu. Pamiętaj też o postępowaniu zgodnie z kodksem — przestrzegł młodszą, robiąc krok w przód.
Szylkretka pokiwała głową, rozglądając się po wnętrzu Skruszonej Wieży.
— Jak wygląda kontakt z Klanem Gwiazdy?Odwiedzają cię czasem we snach?
Kocur spiął się na to pytanie nieznacznie, uderzając ogonem o tylne łapy.
— To... Dość skomplikowane. Sama się przekonasz, gdy nadejdzie czas — uciął, łapą wskazując składzik z ziołami. — Tutaj mieszczą się wszystkie medykamenty; gdy zdobędziesz podstawową wiedzę będziesz je segregować.
— A jak wygląda praca medyka? Często przychodzą do ciebie bardzo chore koty? Amputowałeś komuś kiedyś łapę?
Entuzjazm Motylki był dla srebrnego co najmniej przytłaczający, toteż skrzywił się lekko, odwracając wzrok:
— Nie, nigdy nie miałem okazji mieć do czynienia z tak poważnym przypadkiem... A przynajmniej nic takiego sobie nie przypominam. Praca medyka głównie polega na leczeniu małych zadrapań, doglądaniu kociaków, zbieraniu ziół czy podawaniu miodu na bolące gardło; rzadko kiedy ktoś przychodzić z czymś poważniejszym.
— Mhm... A co to za zioło? — Kotka przytknęła nos do pierwszej z boku rośliny, wciągając głośno powietrze.
— To tylko mięta. Łagodzi ból brzucha.

<Uczennico?>

[349 słów]

06 marca 2025

Od Skowroniego Odłamku do Szałwiowej Łapy

Z każdym kolejnym posunięciem medyka do przodu jego uszy poruszały się nieznacznie w przód i w tył, a białe kosmyki futra falowały delikatnie. Frywolny wiatr przemykał między pokrytymi skrzącym szronem gałęźmi i szemrał cichutko; jego "głos" niósł się echem po polanie, przykrytej grubą warstwą śniegu. Ostatnimi czasy Skowronek coraz więcej chwil spędzał poza obozem, co przedtem nie zdarzało się często, zważywszy na fakt, iż rzadko kiedy opuszczał własne legowisko, a co dopiero koczowisko. Nie wiedział, co tak naprawdę zmuszało go do tego; może po prostu ciasnota, spowodowana dołączeniem Motylkowej Łapy do ich wąskiego, medycznego grona, a może krew burzaka, która po długim czasie spoczynku obudziła się w nim, zmuszając do rozprostowania zdrętwiałych łap. Z żalem jednak musiał przyznać się przed samym sobą, że zdecydowanie stracił kondycję - zmuszony do przebywania w ciemności oraz bezruchu całkiem zapomniał o istnieniu czegoś takiego jak polowanie czy chociażby, dłuższy niż kilka uderzeń serca, bieg, toteż ta czynność nie wychodziła mu szczególnie dobrze. Srebrny odbył nawet parę, w większości przypadkach, nieudolnych prób upolowania czegoś; z trudem jednak przypominał sobie dawne lekcje Barszczowej Łodygi, więc, wielce zniechęcony, szybko zrezygnował z tego pomysłu.
Korzystając z okazji jego nagłej ochoty do ruchu postanowił zbierać również zioła - w końcu ich nigdy za wiele, zwłaszcza tak bezwzględną Porą Nagich Drzew. Z resztą, nie musiał zbyt często przebywać w legowisku; po wyszkoleniu Firletki pozwolił sobie na nieco odpoczynku, prosząc świeżo upieczoną medyczkę o pomoc przy treningu Motyl; ku jemu zaskoczeniu ta przystała na propozycję i to dość entuzjastycznie, jak na nią. Tak więc chwilę po tym, jak zajął się Wędrującą Łapą oraz Bajkową Stokrotką, opuścił Skruszoną Wieżę.
Przemierzał ośnieżone tereny Klanu Burzy; śnieg trzeszczał pod naciskiem jego kończyn. Nie minęło wiele czasu, a dotarł do granicy z Klanem Nocy. Nie był do końca pewien, dlaczego akurat tu poniosły go łapy... Może po prostu z przyzwyczajenia? Choć bardzo starał się trzymać od nocniaków z daleka, to nie potrafił pozbyć się wrażenia, że coś ciągle przywoływało go do miejsca dawnych spotkań z ukochaną, jakby był połączony z nim jakąś niewidzialną, wyjątkowo grubą nicią. Miał zamiar zgrabnie ominąć obce mu terytorium, jednak w pewnej chwili do jego nozdrzy dotarł intensywny, obcy zapach. Na tyle dobrze pamiętam lekcje Barszcza, aby wiedzieć, iż ta woń zdecydowanie nie należała do żadnej zwierzyny pokazanej mu przez wojownika i szybko połączył fakty. Rozejrzał się niepewnie, nieco zaintrygowany tym, kogo napotkał na swojej drodze tym razem. W głębi serca liczył, że ujrzy tak bliskie mu futro Mandarynkowego Pióra, choć wiedział, jak było to bardzo nierealne.
Tak, jak się spodziewał, zamiast upragnionej przez niego kocicy, dostrzegł utkwioną w niego parę niebieskich ślepi. Po chwili cała sylwetka kocura wyłoniła się z zarośli. Młody point przechylił nieznacznie łeb, unosząc lekko brew. Dopiero wtedy Skowroni Odłamek zwrócił uwagę na krzywą szczękę nieznajomego... Poczuł, jak serce na moment zamiera w jego piersi, a słowa Mandarynki wypowiedziane na zgromadzeniu rozbrzmiały w umyśle medyka.
Nie potrafił sobie przypomnieć imienia (bardzo prawdopodobnie) swojego potomka, toteż pierwszym, co przyszło mu na myśl, był rogatek.
— Kim jesteś?... Och, pamiętam cię! Rozmawiałeś kiedyś na zgromadzeniu z moją mamą, Mandarynkowym Piórem. — Kocurek uśmiechnął się promieniście, jednak nie trwało to długo; chwilę później spochmurniał nieco, podejrzliwie przyglądając się nieznajomemu. — A co tu tak właściwie robisz?
— Zbierałem zioła... Ale już sobie pójdę. — Skowron odwrócił się, z zamiarem ruszenia w swoim kierunku, jednak młodziak znów się odezwał:
— Zaczekaj! Nie będę ci przeszkadzać, chciałbym tylko o coś zapytać.
Medyk zatrzymał się w pół kroku, kierując swe zielone ślepia na blade lico pointa.
— O... O czym rozmawiałeś wtedy z mamą?
Spiął się. Nerwowo machnął ogonem, czując, jak unosi mu się sierść na karku.
— O niczym ważnym... Wiesz, jesteśmy... Dawnymi przyjaciółmi. — Wbił pazury w ziemię, rozgrzebując piach.
Niebieski zmarszczył brwi.
— Przyjaciółmi? To znaczy, że już się znacie?
Na osty i ciernie, mógł to przewidzieć. Dlaczego dzieci w dzisiejszych czasach muszą być aż tak dociekliwe? Odchrząknął, nerwowo odwracając wzrok.
— Zapytaj się mamy... Na pewno chętnie odpowie ci o tym, jak się poznaliśmy — wydukał. — Wybacz, ale nieco się spieszę.

Wyleczeni: Wędrująca Łapa, Bajkowa Stokrotka

<Synu?>

13 lutego 2025

Od Skowroniego Odłamku

Machnięciem ogona pożegnał Chomiczą Łapę, chwilę po zniknięciu kotki również opuszczając Skruszoną Wieżę. Przeszedł ukosem przez środek obozowiska, mijając stos ze zwierzyną, a następnie siadając gdzieś w kącie i tym samym kryjąc się w cieniu krzewów. Promienie słońca przebijały się przez ciemne, burzowe obłoki, rozświetlając mrok i tworząc figlarne cienie, harcujące po ścianach legowisk.
Wziął głęboki wdech, przejeżdżając ogonem po ziemi. Minęło kilka księżyców od ostatniego zgromadzenia, a on ciągle nie potrafił się z tym wszystkim pogodzić... Fakt, iż najprawdopodobniej miał dzieci... Zdecydowanie go przerastał. Codziennie towarzyszyła mu ta męcząca tęsknota, przez którą wdzięczny pysk Mandarynkowego Pióra znikąd pojawiał się w jego umyśle, a po chwili znikał, niczym zwykły, ulotny sen. Czasem zdarzało mu się zastanawiać, jak wyglądałoby ich życie, gdyby tylko nie był medykiem Klanu Burzy... Gdyby należał do Klanu Nocy na pewno mogliby być razem...
Z rozmyślań wyrwał go czyiś głos. Mógł nawet powiedzieć, że słyszany był przez niego bardzo często. Gdy uniósł łeb, jego oczom ukazała się Pajęcza Lilia. Ruda kotka zmierzyła go spojrzeniem swych złotych ślepi, zanim ponownie się odezwała:
— Szafirkowy Wiatr czegoś potrzebuje. Czy mógłbyś się nią zająć? Muszę iść do żłobka, upewnić się, że kociaki Margaretkowego Zmierzchu dobrze się rozwijają. — Medyczka uniosła zadziornie brew. — No dalej, wstawaj! — ponagliła go, uderzając ogonem o tylne łapy.
Na pysk srebrnego wkroczył figlarny uśmiech, jednak wykonał polecenie dawnej mentorki i ruszył do Skruszonej Wieży.
W wejściu napotkał Szafirkę; z gardła wojowniczki wydobył się chrapliwy kaszel.

Wyleczeni: Chomicza Łapa, Szafirkowy Wiatr

01 lutego 2025

Od Skowroniego Odłamku

Leżał. Tak po prostu. Jego długi ogon leniwie zamiatał ziemię, co jakiś czas wzbijając w powietrze trochę kurzu oraz piasku, zalegającego na posadzce w legowisku medyka. Wziął głęboki wdech, rozkoszując się znajomym zapachem ziół i kątem oka zerknął na Firletkę. Uczennica dawno już spała, tak samo jak Pajęcza Lilia; boki kotek unosiły się i opadały w rytm ich spokojnych oddechów. Tylko on nie był w stanie zmrużyć oka po ostatnim zgromadzeniu. Blade promienie księżyca wpadały przez szpary do wnętrza Skruszonej Wieży, tańcząc na ścianach i swą srebrną poświatą ochlapując pysk Skowroniego Odłamku. Zza większego otworu wyglądało krągle lico księżyca, jakby uśmiechając się do medyków. Noc jak co noc, mogłoby się zdawać. A jednak za tym wszystkim kryło się coś dziwnego, niepokojącego; jakby oczekiwanie na najgorsze. Wokół było cicho; nie było słychać wiatru ani deszczu, nawet najmniejszego poruszenia, szelestu świadczącego o istnieniu czegoś innego poza ciemną norą medyków.
Czekoladowy wzdrygnął się, odwracając wzrok dotąd wlepiony w ciemny nieboskłon, raz po raz wychylający się zza maleńkich okienek Skruszonej Wieży. Nie wiedział, co myśleć, co robić. Kiedyś odczuwał panikę, a teraz... Teraz zdawało się, jakby przywykł do wiecznego niepokoju oraz żalu, towarzyszącemu mu od tak wczesnych księżyców. Przypomniał sobie dzień swojego mianowania na ucznia medyka; gdy przysiągł sobie, że zostanie jednym z najlepszych medyków w historii Klanu Burzy. I na czym się skończyło? Zakochał się w księżniczce Klanu Nocy, złamał kodeks, oślepł, a teraz dowiedział się, że prawdopodobnie ma dzieci. Jakby nie dość mu było. Mimo wszystko nie winił za to Mandarynkowego Pióra. Miał pretensję tylko i wyłącznie do samego siebie. Nie czuł rozpaczy, niegdyś targającej nim bezlitośnie - raczej czuł pustkę. Zwykły smutek. Nie potrafił już odczuwać tych samych, skrajnych emocji co kiedyś. Leżał więc na swoim mchowym posłaniu, powoli, mechanicznie wręcz przeżuwając kolejne ziarnka maku.

Od Skowroniego Odłamku

Klan Burzy stał się dziwnym miejscem bez ich dostojnej liderki. Zastępiona Króliczym Nosem, który przedtem często bywał w legowisku medyka, Obserwująca Gwiazda złamała serce wielu kotom; na przykład Płomiennemu Rykowi. Kocur zdawał się być tak zdruzgotany faktem jej śmierci, że medyk nie był w stanie odmówić mu miejsca w Skruszonej Wieży i rudy szybko przeniósł się do lecznicy, podkreślając, aby nie pozwalać Ognistej Piękności go nachodzić, na co Skowronek oczywiście również przystał. Bo co innego mógł zrobić? Pozwolić temu biedakowi się męczyć w towarzystwie źle dobranej partnerki? Jedyną jego obawą było utrudnianie szkolenia Firletki, toteż czujnie spoglądał na nowego współlokatora, upewniając się, czy aby na pewno nie naprzykrza się jego uczennicy, co jak dotąd nie miało miejsca.
Z daleka usłyszał czyjeś wolne kroki; z każdym uderzeniem serca przybliżały się, aż w wejściu do legowiska nie ukazał się brązowy, przeorany bliznami pysk Bobrzego Siekacza. Kocur rozejrzał się, a gdy jego wzrok napotkał na lico Skowroniego Odłamku, skinął głową na przywitanie, całkiem już ukazując się we wnętrzu lecznicy.— Witaj, Bobrzy Siekaczu. — Srebrny poruszył wąsami, siląc się na delikatny uśmiech. — Coś ci dolega?
Dymny nie odpowiedział, tylko potaknął łbem zbliżając się do medyka.
— Oko zaczęło mi ropieć i zastanawiam się, czy to coś poważniejszego, czy tylko chwilowy stan — odparł po chwili milczenia, wskazując łapą na prawe ślepię.
— Wygląda na infekcję — mruknął srebrny, odwracając się i kierując do składziku z ziołami.
Wkroczył w gęstwinę mroku, wyuczonym krokiem stając przed odpowiednią półką. Wziąwszy głęboki wdech, zabrał do pyska kilka kruchych, zielonych łodyżek, po chwili ponownie stając obok Bobrzego Siekacza. Na pytanie, co teraz zrobi, odpowiedział tylko szybkie "uszykuję maść", po czym zaczął powoli przeżuwać medykament, aż zupełnie się nie rozdrobnił, zamieniając się w miękką papkę. Gdy tylko to nastąpiło, wypluł breję, nakładając ją na chore oko przewodnika. Kocur skrzywił się z obrzydzeniem, jednak nic nie powiedział; po chwili na jego pysk znów powrócił ten sam, obojętny wyraz.
— Dzięki — bąknął, w pośpiechu opuszczając legowisko.

Wyleczeni: Bobrzy Siekacz

27 stycznia 2025

Od Skowroniego Odłamku CD. Płomiennego Ryku

Położył uszy po sobie, marszcząc nos ze zdenerwowaniem. Za kogo on się uważał?
Z resztą, Skowronek mógł się tego spodziewać... Wyjątkowo źle wspominał leczenie jego - wyjątkowo egoistycznych oraz przekonanych o własnej wartości - dzieci. Po chwili milczenia, którą czekoladowy przeznaczył na wewnętrzną walkę ze sobą, kocur westchnął cicho, jakby poddając się. Strzepnął ogonem, uchylając lekko pysk:
— Zapewniam, nic ci nie będzie... Mam czyste łapy, wiem, co robię. — Z jakiegoś powodu srebrny uznał, iż najlepiej będzie udawać, że nie ma pojęcia o nienawiści Płomiennego Ryku do innych, nierudych kotów.
— Oby. Jeśli mnie otrujesz, moja siostra o wszystkim się dowie.
Wojownik spojrzał na medyka sceptycznie, jakby nie do końca mu ufając, na co Skowronek skinął nieznacznie łbem. Nie miał zamiaru bawić się w te bezsensowne gierki, dopytywać, czemu niby miałby go otruć...
— Jasne, nie mam takiego zamiaru — odparł szybko, odwracając się. — Pójdę po te zioła dla ciebie, zaczekaj tu chwilę. Na co miały być?
Płomienny Ryk westchnął ciężko.
— Na sen... i ból... Pajęcza Lilia mówiła na to jakiś mak czy coś — wytłumaczył. — Jak to łykniesz to odpływasz i masz cały świat gdzieś. Cudowne uczucie...
— Mhm, wiem, o co ci chodzi. Jak często go zażywasz?
Jego rozmówca prychnął, strzepując uchem. Skowroni Odłamek poruszył się nerwowo; szczerze mówiąc, denerwowanie kocura niezbyt mu się uśmiechało, ale chciał się dopytać. Znał takie przypadki, które potrafiły zażywać te lekarstwo codziennie... I po części sam kiedyś do nich należał.
— Aktualnie? W ogóle. Kiedyś mi się zdarzyło, bo na moich oczach zamordowano mi matkę, a teraz sytuacja się powtórzyła, więc zamiast zadawać głupie pytania, dawaj ten przeklęty mak! — zawołał kocur. Po chwili jednak zamknął oczy, ocierając pysk łapą; najwidoczniej starał się nieco uspokoić. — Nie spałem od kilku dni, wybacz moją drażliwość.
Mimo początkowej złości, którą medyk darzył rudego wojownika, teraz nie czuł nic więcej, niż zwykłe współczucie. Dlatego też, po rzuceniu krótkiego "nic nie szkodzi", zniknął w ciemnym składziku. Odszukał wzrokiem odpowiedniego zioła i zawinął kilka ziarenek maku w liść buku, wracając do kocura.
— Dzięki... — rzucił Płommieny Ryk. Skowronek dostrzegł, jak znów wziął oddech, jak gdyby zmagał się z potwornym ciężarem w piersi i wskazał łapą miejsce, gdzie medyk miał pozostawić liść.
Nagła zmiana zachowania nie uszła jego uwadze. Pręgowany cętkowanie położył zioło tam, gdzie rudy sobie zażyczył, po czym zerknął na niego niepewnie. Wojownik zjadł przyniesiony medykament, jakby od tego zależało jego życie. Gdy tylko przełknął, nieco się rozluźnił i skierował swe pomarańczowe ślepia na białe lico srebrnego.
— Wszystko w porządku? — zapytał Skowronek, uderzając ogonem o tylne łapy.
— Nic nie jest w porządku. Nie powinno mnie tu być. Nie powinienem był... Ale to zrobiłem... — szepnął pacjent, znów łapiąc oddech. — Przeklęta starucha... Dlaczego tam poszliśmy? Gdybym ją zatrzymał w obozie... Nie doszłoby do tego. Jestem głupi! Teraz zostałem sam... z tą wariatką... Ona mnie wykończy. Jeszcze te dzieci... całkowita klęska. Przodkowie mnie przeklęli — wojownik zaczął szybciej oddychać, nieznacznie poruszając ogonem. — Słabo mi...
Medyka zamurowało. Stał jak słup soli, w milczeniu wysłuchując słów Płomiennego Ryku. Śmierć Obserwującej Gwiazdy z pewnością była dla niego mocnym ciosem, z resztą tak, jak dla każdego z nich, jednak jego reakcja... Wzmianka o "wykończeniu przez nią"... Nie spodziewał się czegoś takiego.
— S-spokojnie... Pomóc ci jakoś? — wybełkotał, robiąc gwałtowny krok w przód.
Płomienny Ryk pokiwał powoli głową.
— Muszę odpocząć. Ostatnim razem to pomogło; to i mak. Siostra nie pogniewa się, jeśli tu z wami jakiś czas zostanę. Nie wpuszczaj tu Ognistej Piękności, no chyba, że chcesz ją otruć. Ona jest obrzydliwa. Taka słodka i naiwna. Już mnie zaczęła dusić tą swoją przytłaczającą miłością. Nie rozumie, że potrzebuje spokoju. Ach... Dlaczego jej nie zeżarły te lisy? — jęknął boleśnie.
— Jeśli ci to pomoże... Myślę, że możesz z nami zostać na jakiś czas, ale będziesz musiał się jeszcze dopytać Pajęczej Lilii, czy aby na pewno jej to nie przeszkadza — odparł, poprawiając się w miejscu. — A co do Ognistej Piękności... Wiesz, że nie musisz z nią być, tak?

<Płomienny Ryku?>

18 stycznia 2025

Od Skowroniego Odłamku CD. Firletkowej Łapy

— Tak, to te. Szybko się uczysz — pochwalił kotkę, która uśmiechnęła się delikatnie na ten niespodziewany komplement.
Czekoladowy odwrócił się do Przeplatki i podał jej zioła. Kąciki ust szylkretki uniosły się delikatnie do góry, po czym zielonooka odebrała roślinę, powoli biorąc wyznaczoną przez Skowronka dawkę do pyska. Medyk odwrócił się do Firletki, posyłając jej pogodne spojrzenie.
— Możesz wrócić do segregacji ziół, chyba, że wolisz odpocząć — stwierdził cicho, poruszając wąsami.
— Nie ma takiej potrzeby, zostanę — odparła koteczka, odsuwając się w głąb legowiska i po chwili ginąc gdzieś w cieniu.
— Jak uważasz. — Czekot przeniósł wzrok na Przeplatkę, która zdążyła już zjeść zioła i teraz zbliżała się do wyjścia, uśmiechając się życzliwie oraz wypowiadając słowa pożegnania.

─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───

Blade, stęsknione promienie zachodzącego słońca wdzierały się przez szpary do Skruszonego Drzewa, rzucając światło na pysk Skowroniego Odłamku oraz delikatne, zielone liście, trzymane przez niego w łapach. Kilka uderzeń serca temu pozwolił Firletce zakończyć dzisiejszą lekcję, aby miała jeszcze czas na posilenie się oraz odpoczynek, a Pajęcza Lilia postanowiła przejść się, zobaczyć co u kociaków, toteż pozostał zupełnie sam w legowisku. Od ścian wieży odbijał się dźwięk jego oddechu, przebijając się przez ciszę. Asystent medyka sam postanowił zająć się segregacją ziół, napełniając swoje nozdrza ich delikatnym aromatem, połączonym z tak dobrze znanym mu zapachem kurzu. Nie minęło wiele czasu, a do legowiska ktoś wszedł. W pomarańczowym blasku kocur ujrzał kremowego wojownika, wpatrującego się w niego swoimi wielkimi, zielonymi ślepiami. Zza pręgowanego klasycznie wyłonił się również Ostowy Pęd, delikatnie popychając syna.
— Coś się stało? — zapytał czekot, odkładając zioła i wstając.
— Modliszkowa Cisza chyba złapał kleszcza — poinformował starszy, uśmiechając się delikatnie do medyka. — Ciężko było go tu zaciągnąć, ale oto jest!
Skowronek skinął głową, zbliżając się do wojownika. Powoli przyłożył łapy do jego futra i poczuł, jak kremowy drgnął. Ignorując to, srebrny rozgarnął sierść kocura, w poszukiwaniu pasożyta. Chwilę później natrafił na upite krwią, grube stworzenie, przyczepione do skóry.

─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───

Machnął ogonem na pożegnanie i już-już miał wrócić do swojego poprzedniego zajęcia, gdy w przejściu pojawiła się kolejna, znajoma mu sylwetka, należąca do Firletkowej Łapy. Na pysk uczennicy wkradł się nieśmiały uśmiech i koteczka wkroczyła do środka.
Skowroni Odłamek odwzajemnił uśmiech, z czułością patrząc na młodszą siostrę. Odczuwał dumę za każdym razem, gdy ją widział, jednak jednocześnie czuł, jak pojawia się w nim niezrozumiały strach. Bał się, że liliowa skończy niczym on. Chciał, żeby miała normalne, spokojne życie, pełne beztroski oraz szczęścia. Może też dlatego pozwalał jej na tyle odpoczynku i zabawy... Zaraz za tortie do Skruszonej Wieży weszła Pajęcza Lilia, mówiąc coś do Firletki. Dopiero po chwili dostrzegł, iż ruda medyczka zajmuje się ogonem uczennicy. Nieco zdenerwowany zbliżył się do kotki, spoglądając pytająco na dawną mentorkę.
— Nic się nie stało, Firletka tylko zraniła się w ogon. — Uspokoiła czekoladowego.
Zielonooki zmierzył wzrokiem młodszą, jednak widząc, że rzeczywiście nie dolega jej nic poważnejszego, powędrował do składziku z ziołami, odkładając posegregowane medykamenty.
Chwilę później jasne smugi lśniące na ziemi i ścianach legowiska zniknęły, pozostawiając po sobie jedynie nieprzeniknioną, atramentową czerń. Gdy Skowronek opuścił składzik, obie jego towarzyszki leżały już na swoich legowiskach; Pajęcza Lilia pogrążona była w głębokim śnie, jednak Firletkowa Łapa wpatrywała się w jakiś bliżej nieokreślony punkt.
— Wszystko w porządku? — Kocur usiadł obok niej, ściągając brwi.

Wyleczeni: Modliszkowa Cisza, Firletkowa Łapa

<Siostro?>

[526 słów]

[przyznano 5%]

09 stycznia 2025

Od Skowrokowej Łapy (Skowroniego Odłamku) CD. Przepiórczego Puchu

Na dźwięk matczynego głosu, czekoladowy zastrzygł uszami i obrócił się, a na jego pysk wkradł się delikatny uśmiech.
— Jeśli Cię ten temat interesuje... Tak właściwie jest kilka ziół, które moglibyśmy pozbierać — stwierdził, uderzając ogonem o swoje tylne łapy.
— Jesteś pewien, że nie sprawię kłopotu? Nie chciałabym przeszkadzać — upewniła się Przepiórczy Puch, rozglądając się po legowisku.
Co prawda Skowronek zdecydowanie bardziej wolałby teraz zostać w samotności, chowając się przed słońcem w jego ciemnej norze i poddając się głębokiej zadumie, jednak nie był w stanie odmówić matce. Z resztą, na pewno trochę świeżego powietrza oraz jej obecność dobrze mu zrobi.
— Nie, nie martw się. Przyda mi się kolejna para łap do pomocy.
Rodzicielka widocznie odetchnęła i z pogodnymi iskrami w oczach opuściła legowisko. Bicolor chwilę patrzył na znikającą w przejściu kotkę, po czym wziął głęboki wdech i ruszył za nią. Gorące, a co najważniejsze, wyjątkowo jasne promienie słońca uderzyły w ucznia, rażąc go bezlitośnie po oczach. Przymknął zielone ślepia, przebierając niespokojnie łapami. Niepotrzebnie opuszczał chłodne legowisko. Ciężkie, duszące powietrze wpełzło do jego nozdrzy, zmuszając Skowronkową Łapę do otworzenia pyska, aby zapewnić odpowiednią wentylację organizmowi.
— Prowadź — miauknęła Przepiórczy Puch, spoglądając na pręgowanego cętkowanie z czułym uśmiechem.
Skowronek skinął głową i machnął ogonem, ruszając ku wyjściu z obozu. Czuł za sobą obecność kotki, więc bez zbędnego oglądania się, opuścił koczowisko.
— Gdzie się udamy? — zapytała rodzicielka, przerywając chwilową ciszę.
— Myślę, że możemy pójść w okolice Kamiennych Strażników...
Choć kocur nie potrafił przyznać tego przed samym sobą, miał nadzieję, że uda mu się spotkać Mandarynkowe Pióro... No właśnie. Księżniczka zdecydowanie zbyt często zaprzątała jego myśli, zwłaszcza zważając na fakt, iż był przyszłym medykiem Klanu Burzy. Zielonooki mimowolnie skrzywił się, gdy przypomniał sobie jego ostatnie spotkanie z kotką...

─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───

Powoli wynurzył się ze Skruszonej Wieży, mrużąc oczy w reakcji na nagły przypływ światła. Poruszył nieznacznie wąsami i machnął ogonem, w pełni wyłaniając się z legowiska. Od ostatniego spotkania z Mandarynkowym Piórem coraz rzadziej opuszczał swoją ciemną norę. Tylko czasem wychodził na dwór, aby posilić się, sprawdzić co u kociaków lub wyjść z Firletką pozbierać zioła. Coraz rzadziej rozmawiał z kimkolwiek, pomijając medyczne grono i krótkie wymiany zdań z pacjentami. Czuł, że tracił coś, co sprawiało, że tak naprawdę żył. Coś mu uciekało, przepływało między łapami, a on nie był w stanie tego złapać, zatrzymać dla siebie. Niegdyś jego umysł osnuwały chwiejne wątpliwości, ale teraz... Teraz nie miał nad czym się zastanawiać, o co walczyć. Był pogrążony w samotności, choć otaczało go tyle kotów.
Stanął przed wejściem do żłobka. Przeplatka niedawno urodziła i musiał regularnie doglądać jej potomstwa, aby upewnić się, że jest zdrowe. Zazwyczaj do tego zadania wysyłał Firletkę lub Pajęcza Lilia z własnej woli wychodziła, jednak dzisiaj postanowił się tym zająć. Nie mógł wiecznie siedzieć w legowisku, układając zioła i wdychając tak dobrze mu znane, zakurzone powietrze.
Przed sobą ujrzał czyjąś sylwetkę, lecz dopiero po chwili dotarło do niego, kim jest kot stojący przed nim. Mama. Zdawało się, że kotka właśnie wychodziła z legowiska, do którego miał zamiar wejść.
— Cześć — miauknął cicho.
Czemu kotka, która kiedyś była mu tak bliska, teraz stała się mu tak obca? Jego kochana, wspierająca mama... Nie rozmawiał z nią szczerze od czasów uczniowskich. Ale nie powinien zrzucać na nią swoich problemów.

<Mamo? Co u ciebie?>


31 grudnia 2024

Od Skowroniego Odłamku

Znowu tu wracał. Kręcił się przy granicy z Klanem Nocy jak głupi, licząc, że dane mu będzie jeszcze raz ujrzeć jej pełne życia oczy. Że jeszcze raz poczuje jej miły zapach, usłyszy jej kojący głos. Wszystko mu o niej przypominało. Wiatr, poruszający liśćmi, słońce, widniejące na nieboskłonie...
Walczył ze sobą każdego dnia. Starał się nie przejmować, stłamsić w sobie wszystkie uczucia. Mimo to czuł, że się dusi. Uśmiechał się, okazywał innym kotom dobroć... Nie wiedział tylko, jak długo to potrwa. Przegrywał walkę. Samotność targała nim na wszystkie strony. No właśnie, samotność. Uczucie tak dziwne, ciężkie do opisania. Czuł pustkę. W teorii otaczało go tyle kotów, a jednak był samotny. Tak bardzo. Bez jej uśmiechu, głosu, obecności...
Odwrócił łeb, spoglądając w kierunku Klanu Nocy. Wiedział, że to, co robi, nie jest słuszne, ale nie potrafił bez niej żyć. Uniósł łapę i powoli dotknął okolicy swojego lewego oka. Kara. Przypomnienie, klątwa od Klanu Gwiazdy. Ślepie mrowiło go delikatnie, jakby mówiąc: "nie waż się nawet przejść na drugą stronę".
Machnął ogonem i ze wzrokiem wlepionym w ziemię, odwrócił się, ruszając z powrotem do obozu. Czuł, że tam za granicą, daleko poza terenami Klanu Burzy, zostawił cząstkę siebie. Cząstkę, tak bardzo potrzebną mu do życia. I właśnie ją opuszczał.
Delikatny wicher zaszumiał w koronach drzew, poruszając gałęziami i futrem czekoladowego. Medyk poruszył wąsami, gdy kolejny, mocniejszy podmuch uderzył w jego bok. Ostatni raz rzucił krótkie, tęskne spojrzenie granicy z Klanem Nocy, po czym, zaciskając powieki, kontynuował swoją wędrówkę.
Jego przygarbiona, skulona sylwetka majaczyła na tle śniegu. Zielonooki widocznie schudł, a jego, niegdyś lśniąca sierść, zmatowiała.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

— Dzięki! — usłyszał na odchodne od Barszczowej Łodygi, po czym wojownik zniknął w wyjściu z legowiska, machając powoli swoim ciemnym ogonem.
Asystent medyka uśmiechnął się niepewnie, po czym odsapnął cicho, odwracając się. Ostatnio przychodziło do niego wiele kotów ze swoimi różnymi dolegliwościami, zazwyczaj czekającymi jakiś czas. Barszczowa Łodyga przez swoje zaniechanie stracił już ząb, Gradowy Sztorm miewał kłopoty z oddychaniem, a Płomienny Ryk dostał zielonego kaszlu. Z dwojga złego, przynajmniej Firletkowa Łapa mogła uczyć się na ich dolegliwościach... Nie potrafił wypowiedzieć, jak bardzo był wdzięczny, że młodsza siostra została jego uczennicą. Co prawda w legowisku medyka zrobiło się nieco ciasno, ale za to zyskał kolejne łapy do pomocy oraz przyjaciółkę.
— Skowroni Odłamku!
Czekot wzdrygnął się na dźwięk czyjegoś głosu po jego lewej stronie. Zdenerwowany odwrócił się do kota, patrząc na niego zdrowym okiem i powoli wygładzając swoją nastroszoną sierść.
— Nie zachodź mnie tak od boku, Bajkowa Stokrotko! — burknął, uderzając ogonem o ziemię.
— Wybacz, nie wiedziałam...
— Niech ci będzie, co się stało? — uciął szybko pręgowany cętkowanie, poruszając wąsami. Chciał jak najszybciej zakończyć te odwiedziny.
Wojowniczka poruszyła się niepewnie w miejscu.
— Mam kolec w łapie. Czy mógłbyś mi go wyjąć? Chyba, że jesteś zajęty... Mogę wtedy pójść do Pajęczej Lilii albo...
— Nie, nie, opatrzę ci to. Pokaż łapę.
Skowronek potrząsnął głową z roztargnieniem i uniósł pysk, mierząc wzrokiem wyciągniętą kończynę kotki. Schylił się do poduszki Stokrotki i pewnym ruchem wyciągnął cierń. Na jego miejscu pojawiło się kilka kropelek krwi, które następnie cienką strużką spłynęły po rudym futrze wojowniczki. Zielonooki odwrócił się, wchodząc do składziku z ziołami. Sięgnął po trybulę i ostrożnie zaniósł ją do Bajkowej Stokrotki, nakładając na jej ranę. Następnie owinął skaleczenie pajęczyną, marszcząc brwi.
— Dziękuję...
— Mhm, nie ma za co. Miłego dnia!
Czekoladowy odprowadził powoli kotkę do wyjścia, po czym zawrócił, chcąc pobyć chwilę w samotności. Firletka spała, a Pajęcza Lilia wyszła szukać ziół, tak więc miał czas na odpoczynek... No prawie. Nie minęło wiele czasu i w Skruszonej Wieży zawitała Margaretkowy Zmierzch, tym razem skarżąc się na uporczywy katar.

Wyleczeni: Barszczowa Łodyga, Płomienny Ryk, Gradowy Sztorm, Bajkowa Stokrotka, Margaretkowy Zmierzch

15 grudnia 2024

Od Skowroniego Odłamku CD. Firletki

Zdziwiony tym niespodziewanym, ale i uroczym pytaniem, zatrzymał się, odwracając łeb ku siostrze. Leniwie machnął ogonem, a jego oczy zaiskrzyły wesoło.— Oczywiście, że możesz mieć ładne piórka — odparł.
Liliowa poruszyła się, posyłając bratu nieśmiały uśmiech.
— Naprawdę? — wyszeptała, jakby onieśmielona możliwością posiadania takiej ozdoby.
— Tak właściwie — medyk przerwał, przyglądając się reakcji młodszej. — Mógłbym przynieść ci kilka piór, jeśli jakieś znajdę. Na pewno pięknie będą się na tobie prezentować!
Firletka zamrugała kilka razy.
— Byłabym ci bardzo wdzięczna... Myślisz, że rzeczywiście wyglądałabym w nich ładnie? — spytała, przenosząc wzrok na swoje jasne łapki.
Czekoladowy pokiwał poważnie głową, marszcząc nos.
— Skąd w ogóle pomysł, że nie? Na pewno będziesz w nich jeszcze śliczniejsza. Jak księżniczka!
Zanim srebrny zdążył dokładnie przemyśleć znaczenie jego słów, poczuł, jak zalewa go fala lodowatego potu. Wzdrygnął się, bezskuteczne starając otrząsnąć z wspomnień, które zaczęły napływać do jego głowy. Jego dziwne zachowanie najwidoczniej umknęło uwadze Firletki lub przynajmniej liliowa bała się o to zapytać, gdyż po chwili milczenia poruszyła uszami i odezwała się, zagłuszając ciszę:
— Dziękuję...
Skowroni Odłamek poruszył wąsami, wyglądając przez wyjście ze żłobka. Śnieg bezwładnie leżał na ziemi, odbijając od siebie blask promieni słonecznych i skrząc się w świetle ognistej kuli. Było ciepło, ale zarazem zimno. Może to i lepiej? Choć czekot nie mógł poczuć całkowitego wytchnienia po jakże gorącej Porze Zielonych Liści, przynajmniej łatwiej było odgrzebywać zioła spod grubej warstwy śniegu, a zwierzyna częściej wychodziła na powierzchnię, zachęcana przyjaznym ciepłem. Asystent medyka po raz kolejny odwrócił się do siostry.
— Przy okazji... Jaką drogą szkolenia chciałabyś pójść? — zapytał nieśmiało, przestępując z łapy na łapy.
Jego oczy zalśniły w niemej, prawie niewidocznej prośbie.

<Siostrzyczko?>

29 listopada 2024

Od Skowroniego Odłamku

Klatka piersiowa kocura powoli unosiła się i opadała, w rytm jego oddechu. W pewnej chwili miarowe wydychanie powietrza przyspieszyło, przeistaczając się w walkę o tlen. Czekoladowy rozejrzał się. Zamrugał kilka razy, starając się odgonić spod powiek czarne plamki, zarastające jego zdrowe oko. Uczucie duszenia się zniknęło. Zamiast tego pojawił się czarny cień, swoją potęgą zakrywając nic nie znaczącego kota. Po grzbiecie bicolora przebiegł lodowaty dreszcz. Otrząsnął się. Wszystko zniknęło, pozostawiając po sobie jedynie strach. Strach, zasnuwający umysł Skowroniego Odłamku, niczym gęsta, lepka pajęczyna. Obok kocura ktoś stanął. Pręgowany cętkowanie wzdrygnął się, obracając ku postaci. Pajęcza Lilia.
— Wszystko w porządku, Skowronku? — Głos medyczki rozbrzmiał w głowie zielonookiego, jednak był cichy i odległy, jakby dobiegał spod powierzchni wody.
— Oczywiście.. — wymamrotał, uderzając ogonem o swoje tylne łapy.
Kotka jednak nie odpuściła. Zmarszczyła brwi i posłała zirytowane spojrzenie dawnemu uczniowi.
— Nie wierzę ci — odparła. — Dobrze wiesz, że możesz się do mnie zwrócić o pomoc? Ostatnio jesteś jakiś dziwny.
— Naprawdę, czuję się dobrze — powtórzył po raz kolejny.
— Jak uważasz — rzuciła nieco zdenerwowana rozmówczyni i oddaliła się, zapewne zmierzając do żłobka, aby sprawdzić, co u Przepiórczego Puchu i jej pociech.
Skowroni Odłamek westchnął, przymykając na moment powieki, po czym wkroczył do spowitego mrokiem legowiska medyka. Położył się na swoim posłaniu, powoli wdychając zapach ziół i kurzu. Czuł, jak wszystkie jego kończyny drżą. Ciepło i zimno na zmianę dokuczały mu, podszczypując szyderczo, a wszystko to potęgowało skrajne zmęczenie. Medyk machnął ogonem, bezwładnie opuszczając pysk na miękki mech. Nad jego sylwetką zawisnął ogromny cień o czerwonych, krwistych ślepiach.
Nie.
Zamknął swoje zielone oczy, starając się zasnąć, jednak usłyszał ciche kroki. Tym razem po otwarciu ślepi zjawy nie było. Uniósł głowę, wbijając spojrzenie we wchodzącego do Skruszonej Wieży kocura, którym okazał się Króliczy Nos.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale boli mnie lewy ząb... Mógłbyś coś na to poradzić? Nigdzie nie widziałem Pajęczej Lilii — miauknął wojownik, stając obok asystenta medyka.
Srebrny powoli stanął na rozdygotane łapy i bez słowa ruszył do składziku z ziołami.

Wyleczeni: Króliczy Nos