BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Promieniste Słońce x Niedźwiedzi Miód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Promieniste Słońce x Niedźwiedzi Miód. Pokaż wszystkie posty

21 grudnia 2024

Od Nocnego Kochanka (Niedźwiedziego Miodu) CD. Promiennej Łapy (Promienistego Słońca)

Dzień mianowania

Jego pierwszy uczeń zakończył trening.
To było coś...

Siedział obok Delikatnej Bryzy; czy kotka czuła się tak samo, kiedy to jego mianowanie miało miejsce? Nie umiał sobie przypomnieć, jaki wyraz pyska wtedy przybrała. Sam nawet nie wiedział, jaki powinien przybrać teraz. Uczucie, które w nim narastało, było czymś nowym. Oczywiście, przepełniała go duma; przecież to dzięki niemu i jego staraniom, wielogodzinnym treningom, wyrzeczeniom, Promyczek stoi teraz na środku obozu, z głową wysoko wzniesioną ku Srokoszowej Gwieździe, i zostaje mianowany na prawowitego wojownika Klanu Klifu. Z drugiej strony nie umiał sobie wyobrazić, że znów ma powrócić do tego zwykłego, nudnego i przewidywalnego życia, które skupiało się tylko i wyłącznie na polowaniu i chodzeniu na patrole... To była prawdziwa, iście koszmarna, tragedia... 
Kocur, mimo panującej dookoła atmosferze radości i entuzjazmu, westchnął ponuro. Przyjaciółka posłała mu pytające spojrzenie.
— Co tak sapiesz? Już tęsknisz za wczesnym wstawaniem, za dzieciakiem jęczącym ci nad głową, za powtarzaniem w kółko i w kółko, ciągle tego samego? — Kocica podniosła jedną brew, przylizując wierzch swojej łapki, a następnie przeczesując niej futro za uchem. Niedźwiedź z tęsknotą zerknął na kremowego młodzieńca, który już nigdy nie skoczy mu o poranku na brzuch, doprowadzając go do mikrozawału.
— Toż to niesamowicie smutne... Co ja teraz ze sobą zrobię? Z nudów umrę, wyzionę ducha... — zawył żałośnie, kładąc po sobie uszy. Szylkretka zaśmiała się. — Bawi cię to! Jak zwykle czerpiesz ogrom satysfakcji i radości z mojego nieszczęścia! 
— Och przepraszam! No tak... Możliwość spania do południa, spokojnego polowania, wracania na posiłek, gdy tylko zacznie ssać cię w brzuchu... Brzmi jak prawdziwie okropna sprawa... — Pokiwała głową, udając zrozumienie. — Strasznie mi ciebie żal, mój Miodku... Albo wiesz co... Nie. Ja tak żyje i w życiu, z własnej woli, nie chciałabym mieć kolejnego ucznia; co moje, to juz potrenowałam. Niech młodzi szkolą tę latorośl. 
— Nie tęsknisz za naszymi wspólnymi treningami?
— I tak trzymasz się mnie dalej, jak rzep kociego tyłka, więc co za różnica? Teraz przynajmniej nie musisz mnie pytać o zgodę, żeby iść się odlać za wodospad.
— Może masz racje... — mruknął. Wojowniczka wstała, przeciągnęła się i musnęła go ogonem na pożegnanie. Rozmawiali wcześniej o tym, że bardzo nie chce iść na patrol w okolice Złotych Kłosów, ale niestety, przez wzmożoną aktywność dwunożnych, musieli być niezwykle ostrożni. Jako że to Niedźwiedź i Bryzka, wraz z Ćmim Księżycem, po raz pierwszy natknęli się na potwory i ich właścicieli, a jakiś czas później pomarańczowooka była świadkiem próby ataku psiej bandy na Pietruszkową Łapę, Przyczajona Kania zrobił z niej głównego dowodzącego w pilnowaniu całej sprawy. Na ogromne nieszczęście głównej zainteresowanej... Za każdym razem, gdy wyruszała, kocur bardzo się o nią martwił... 
Tym razem jednak powrócił wzrokiem na Promieniste Słońce. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze kilka księżyców temu, ten sam kot, był tą jaśniutką kuleczką, która budziła go dzień w dzień, ranek w ranek, wraz z pierwszymi ptasimi trelami, aby rozpocząć trening. Teraz stał, pięknie wyprostowany, z piersią wypięta niczym lew, gotowy, aby przynieść chwałę swojej rodzinie, swojemu klanowi. 
Niedźwiedzi Miód pokiwał głową i niemrawo podreptał do legowiska. 

* * *

Po zgromadzeniu 

Nie oszukiwał się; był niezwykle niezadowolony, zszokowany i nawet przerażony, tym wszystkim, co miało aktualnie miejsce w Klanie Klifu. 
O ile samo zgromadzenie minęło mu arcymiło; za sprawą wspaniałego towarzystwa wspaniałej Migotki z Owocowego Lasu, tak to, co miało miejsce już w obozie, było jak z przerażających opowieści o złych władcach. Był szczery sam ze sobą i nie ukrywał, że średnio rozumiał konflikt na płaszczyźnie Judaszowcowy Pocałunek i Srokoszowa Gwiazda. Wiedział, że jego łysawy przyjaciel nie pała zbytnią sympatią do ich lidera, ale szanował to, ba! Nawet chętnie słuchał jego wypowiedzi, dając sobie lekko namieszać w głowie, stworzyć dość pejoratywny obrać niebieskiego staruszka. Nie spodziewał się jednak, że ta dwójka jest w stanie się tak ostentacyjnie obrzucać łajnem i innymi nieprzyjemnymi rzeczami, podczas zgromadzenia, gdzie przygląda się im niezliczona para oczu z całego lasu. Jasne było, że stał po stronie Judasza; kumple trzymają się razem, jednak nie miał ochoty, ani odwagi stawać w jawnej opozycji do przywódcy i jego zastępcy. Nie chciał dostać po nosie, zwłaszcza że nie mógłby zagrzać w Klanie Klifu miejsca, gdyby nie decyzja Srokoszowej Gwiazdy sprzed wielu księżyców. 
No ale właśnie... Coraz częściej poddawał tę decyzję wątpliwościom...
Cenił ten etap swojego życia za komfort i bezpieczeństwo, które dawała społeczność klifiaków; teraz niestety te dwa aspekty zaczynały się kruszyć. 
Jak mógł czuć się komfortowo, gdy jego drogi przyjaciel żyje jako więzień o marnych ochłapach najgorszego mięsa? Nie czuł tej samej swobody, co jeszcze kilka wschodów słońca temu. Przyczajona Kania, jak i sam lider, za każdym razem, gdy napotykali na sobie wzrok innego kota, posyłali mrożące krew w żyłach spojrzenie... We wszystkich widzieli wroga. Czuł się wiecznie obserwowany, wiecznie oceniany i podejrzewany o najgorsze występki. 
O bezpieczeństwie również nie było mowy. Nie dość, że hałasy i obecność dwunożnych przy Złotych Kłosach tylko się wzmagały, to doszły do tego jakieś inne, przedziwne smrody. Nie podobało mu się to, bardzo... No i oczywiście niezwykle, przeokropnie bał się otwartego konfliktu z Klanem Burzy. Nie wątpił w swoje zdolności walki i zasadzki, ale jeśli nie musi się bić, to nie ma zamiaru. Skręcało go wręcz na myśl, że mógłby na polu bitwy napotkać Barszczową Łodygę... Nie czuł względem Klanu Klifu takiego patriotyzmu, aby niszczyć dla niego przyjaźń, zwłaszcza tak mu drogą. 
Wszystko, co było zaletami życia jako Klifiak, powoli przygasało, a fakt, że miał teraz znacznie więcej czasu, nie pomagał. Zaczynał myśleć o zmianach... Ssące uczucie w sercu, które domagało się bliskości Wybranki, nie pomagało w trzeźwym, racjonalnym podejmowaniu decyzji. 
Kocur musiał coś ze sobą zrobić. Leżenie i rozmyślanie było w tym momencie jego największym wrogiem. 
Wojownik zsunął się z gładkiego kamienia, na którym zdążył przeleżeć większość poranka. Przednie łapy zatopiły mu się w białym, puszystym śniegu, który delikatnie chrupnął pod naciskiem. Naprężył tylne nogi i rozciągnął je, ziewając. Zerknął do środka obozu. Musiał kogoś wyciągnąć; musiał, bo inaczej oszaleje. 
Kremowy ogon mignął między skałami. Żółte oko zaiskrzyło, a z cienia jaskini wynurzył się Promieniste Słońce; idealny kandydat na towarzysza. Był sam, więc nie mógł powołać się na inne towarzystwo i odmówić. 
— Promyczku! —  zawołał radośnie Niedźwiedź, uśmiechając się szeroko do dawnego podopiecznego, który delikatnie podskoczył, nie spodziewając się obecności czekoladowego. — Mój drogi, czy będziesz tak dobry i dołączysz do staruszka na spacerze? Może nawet uda nam się coś razem upolować. — zaproponował, a na widok lekko zmieszanej mordki, dodał — No nie daj się prosić, chyba mogę rościć sobie prawo do twojego towarzystwa, po tych wszystkich księżycach, co?
— Ah! Nie, nie! Oczywiście, Niedźwiedzi Miodzie, bardzo chętnie pójdę z tobą —  zapewnił. Chociaż Miodek nie mógł pozbyć się wrażenia, że dawny terminator nie cieszył się specjalnie z takiego obrotu spraw. Było to wrażenie dość ogólne; dawny mentor bardzo ubolewał nad tym, że nie udało mu się zbudować silnej więzi, opartej nie tylko na szacunku, ale i czystej sympatii i przyjaźni, z siostrzeńcem Judaszowca, ale wierzył, że nie wszystko stracone. 
— No to ruszamy! — ogłosił i skierować się w okolice klifów; nie chciał spacerować przy terenach Klanu Burzy; przecież ta mała, szalona uczennica dalej może być głodna krwi. Dreptali w ciszy. Było dosyć niezręcznie, a jedyne co przerywało całkowity bezruch natury, to pojedynczy szum gałęzi. W końcu Niedźwiedzi Miód osiągnął swój limit. — H-hej... Nieźle się podziało na zgromadzeniu, co? — zapytał, próbując nadać słowom żartobliwy, lekki ton. Nie wiedział, jak młody radzi sobie z oskarżeniami, które spłynęły na jego wuja. Nie umiał go rozczytać, a sama sytuacja nieźle go ciekawiła. — Słuchaj, strasznie mi szkoda z powodu Judaszowca, mam nadzieje, że u ciebie wszystko w porządku... Nie chce niszczyć tej naszej przemiłej atmosfery, ale myślę, że czasami dobrze porozmawiać, wygadać się, na dany temat. Wiem, że moje przywiązanie do Klanu Klifu nigdy nie dorówna twojemu, ani innym kotom, które się w nim urodziły, ale w razie czego, wiesz, że można ze mną pogadać... — podsunął przyjaźnie. 

<Promieniste Słońce?>

10 listopada 2024

Od Promiennej Łapy CD. Nocnego Kochanka

Patrzyłem na czekoladowego moim okiem. Słowa wydobywające się z jego gardła były dla mnie skomplikowane. Nie zrozumiałe, jak poczynania przodków. Niczym głośne i niebezpieczne burze dla nas wszystkich. Jednak mój mentor i te zjawisko nie mieli wiele wspólnego w tej chwili. Był spokojny. I chyba nawet mądrze mówił! W końcu czemu byśmy mieli nie okazywać swoich uczuć i być nieszczęśliwi?
— Nie rozumiem tego… Ale może kiedyś to też zrozumiem. — Powiedziałem bez większych emocji I dodałem. — No to ten, idziemy? —
— Chyba już pora. — Rzekł, tym razem krócej.
Bez większego słowa zacząłem iść. Trawa pod moimi łapami delikatnie łaskotała mnie w poduszki. Kierowałem się w stronę obozu. Chciałem już tam wrócić, troszkę odpocząć. W końcu jutro i tak pójdę na trening więc nie ma co tu siedzieć nie wiadomo ile!

***

W trakcie pory zielonych liści

Słońce było już wysoko. Szedłem właśnie tuż obok mojego mentora. Nie równo, byłem trochę z tyłu. Podążałem za nim, krok w krok. Jak to uczeń za mentorem. Cieszyłem się, że namówiłem go na pójście nad plaże! Tak bardzo chciałem już otwierać kraby! Patrzyłem spokojnie spokojnie na kocura, przyglądając się mu. Nocny Kochanek był szczupłym, smukłym kocurem. Chude, dosyć długie nogi. Zupełnie jak u czapli. Futro znajdujące się na kocurze było zadbane i czekoladowe. A oczy były niczym dwa słońca. Żółte i jasne, choć nie świeciły, to skojarzenie nasuwało się wręcz same! Gdybym miał mieć inne futro, niż kremowe to chciałbym mieć brązowe. Najlepiej ten sam odcień! W końcu chciał bym wyglądać tak elegancko! Z resztą troszkę zazdrościłem wszystkim kotom o tej barwie futra. Wszystkim, które widziałem na oczy! Nawet tych z innych klanów. Po prostu wszystkim. W końcu mojemu oku ukazał się znajomy, lecz wciąż zachwycający widok. Plaża. Piaszczyste wybrzeże zachwycało, a szum był niczym najpiękniejsze ptasie świergoty. Nie mogłem się już doczekać, aż wejdę na piasek i poczuje te trudne do opisania uczucie, chodzenia po nim. Morze spokojnie odsuwało się i przysuwało się do brzegu. Niczym w pięknym, nieskończonym tańcu. Aż chciało się je porównać do wyczynu ptaków w powietrzu, tylko takich powtarzających się i trwających od… Właśnie od kiedy? Od początku? Czy może kiedyś się zaczęło i już tak trwa? I może będzie trwać w nieskończoność? No cóż, w każdym razie nie powinienem się tym przejmować. W końcu to nie wpływa na moje życie, ani moich krewnych, więc wszystko jest w porządku. Zachwycając się tak krajobrazem zostałem nieco w tyle.
— Promienna Łapo, co ty tak w tyle stoisz? Chodź, przecież mieliśmy otwierać te całe kraby! — Rzekł w końcu Nocny Kochanek
— Już idę! — Powiedziałem ciut za głośno i przyśpieszyłem kroku. Po chwili już byliśmy na miękkim, jasnożółtym piasku. Bardzo lubiłem to uczucie chodzenia po piasku. Zapytałem się po chwili ciszy. — Już możemy szukać krabów?
— Tak, musimy ich poszukać. — Rzekł spokojnie czekoladowy, po czym dodał: — Ale chyba sobie z tym poradzisz? Kraby przecież nie są jakieś najtrudniejsze do zauważenia! I zobaczę przy okazji jak radzi sobie mój uczeń, poczekam tu na ciebie.
— Dobrze, proszę pana! Już idę! Zaraz wracam! — Powiedziałem głośno i zacząłem iść. Obejrzałem się tylko za siebie raz, by ujrzeć siedzącego nieco w tyle długowłosego kocura. Nic ciekawego, po prostu odwróciłem głowę do przodu.
Szedłem przez plaże. Nie poszedłem wcale jakoś specjalnie daleko od mentora, ale już to zauważyłem. Jeden specyficzny stwór. Miał nogi, pancerzyk i szczypce! Wyglądał jak przerośnięty pająk, taki rozpłaszczony w bok! No może nie do końca, ale tak było go najłatwiej do czegokolwiek porównać! Szybko podbiegłem do jeszcze nie zauważającego mnie stworzenia i przycisnąłem je od tyłu łapą, tak by nie mógł mi zrobić krzywdy szczypcami. W końcu nikomu raczej nie podoba się wizja bycia zranionym przez kraba, zwłaszcza, przez jego większą łapę. O ile można to tak określić.
— Proszę pana! Już mam! — Krzyknąłem jeszcze mocniej przyciskając zwierzę.
— Dobrze! — Krzykną z oddali mentor, powoli przemieszczając się po plaży. Wydawał się aż dziwnie daleko chodzić od morza. Może dlatego, że było zimno? W końcu nikt nie lubi moczyć łap w zimniejsze dni, no, chyba, że Klan Nocy. Ale to oni są akurat specyficzni. Fakt, mój mentor aż za bardzo przepadał za ich przywódczynią. A przynajmniej kiedyś, miałem nadzieje, że to już nieaktualne. Nie pytałem go o to, bo wtrącać w jego życie byłoby nie ładnie, ale miałem dużą nadzieję, że takie odczucia będzie mieć tylko do kotów z Klanu Klifu. Słabo by było, gdyby został Nocno-wilczo-burzo-owocowym kochankiem! Nie, żebym wtrącał się w jego prywatne sprawy, po prostu nie chciałem odczuwać tego wstydu.
— Promienna Łapo, powiem, jak otworzyć kraba, jednakże bez kraba, żebyś mógł sam to zrobić. — Postanowił mentor.
— Dobrze! — Mruknąłem krótko i zacząłem się przyglądać uważnie kocurowi.
— Bierzesz w pysk, od tyłu i rzucasz w klif. Dobrze?— Powiedział z krótka kocur.
— Dobrze! — Odpowiedziałem.
Wziąłem kraba w pysk i zacząłem podchodzić do klifu. W końcu rzuciłem małą istotą. Ta uderzyła z impetem o klif i chyba skorupa się uszkodziła. Szybko podszedłem do istoty. Była nieco uszkodzona… I martwa.
— Udało się, proszę pana! — Krzyknąłem do czekoladowego.

***

Było już popołudnie, mgła była wszędzie. Gdy tylko patrzyło się na wyjście za obóz widziało się mgłę. Białą niczym mleko, niczym chmury. A może to były chmury, które spadły na ziemię? Któż wie. Ostatnio uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje mi otwierania krabów. To było nawet fajne, szukać tych małych istotek, niszczyć ich skorupy, a potem jeść! Niestety było już na to za późno. Krabów już nie można było spotkać tak łatwo. Gdzie się podziały? Nie mam pojęcia. W każdym razie w obozie zaczynało mi się już nudzić. Może pogadałbym z moim mentorem? To był świetny pomysł. W końcu może uda mi się znowu wyrwać na trening? Chciałbym już zostać wojownikiem! To byłoby świetnie. Może nazywałbym się Promienista Bitwa? To byłoby cudowne imię. Albo Promienista Ptaszyna? Brzmi trochę jak imię jakiejś kotki, ale mi się podoba! W końcu kto powiedział, że ptaszyna w imieniu jest zarezerwowana dla kotek? W końcu ważne, że mi się podoba. Albo Mniszkowy Promień, to też świetnie brzmi! W każdym razie Srokoszowa Gwiazda na pewno da mi dobre imię! Może ze względu na dalsze pokrewieństwo, da mi szczególnie fajne? Chociaż kto wie, co mu tam siedzi w głowie. W każdym razie z tego zamyślenia wyrwało mnie to, że zauważyłem mojego mentora, spożywającego coś ze stosu zwierzyny. Czekoladowy jadł sobie spokojnie chudą mysz. Szybkim krokiem podszedłem do kocura i powiedziałem głośno:
— Dzień dobry, proszę pana! — W moim głosie było słychać podekscytowanie potencjalnym treningiem.

[1046 słów, otwieranie krabów]

<Nocny Kochanku?>

[przyznano 21%]

12 października 2024

Od Nocnego Kochanka CD. Promiennej Łapy

— Nocny Kochanku? Mam pytanie, wiesz, czy ty serio kochasz tą postarzała przywódczynie? Czemu wyznałeś jej miłość? — Kocurek nie użył swojego codziennego, nonszalanckiego i pewnego siebie tonu. Widocznie zmieszany, Promienna Łapa przysiadł przed kamieniami prowadzącymi do obozu. Czekał, aż mentor go dogoni. 
— Wiesz, Promyku... Miłość to bardzo, bardzo skomplikowane uczucie. Jest nieobliczalna, nigdy nie wiesz kiedy złapie cię w swoje objęcia, oraz kiedy cię z nich wypuści. Nie wiesz, kto napełni twoje serduszko motylim trzepotem, kto wleje w nie ciepło słonecznego blasku... To jest właśnie najpiękniejsze. — Rozmarzył się podczas wypowiadania tych słów. Chwile milczał, ale gdy odczuł, że cisza trwa za długo, odwrócił łeb w stronę swojego ucznia. Kremowy siedział zdezorientowany. Nocny Kochanek zarechotał. Zmarszczone brewki, niezrozumiałe spojrzenie i grzebiące łapy... Taki obraz miał przed sobą. — Co to za gromowa mordka? Uwierz mi, kiedyś zrozumiesz, o czym tak tutaj biadolę. Jakaś lotna niewiasta o krasnym licu podbije twoje śmiałe serce... A być może już jakaś podbiła, hm? Ja już w młodości miałem bardzo czułą i kochliwą naturę... Wiele razy się zakochiwałem i odkochiwałem w kotkach, które akurat pomieszkiwały, dłużej lub krócej, w dziupli moich rodzicieli. Oczywiście, dla nich byłem tylko głupiutkim podrostkiem, co wciąż miał mleko pod nosem i kocięcy tłuszczyk na brzuchu... Ja, mimo wszystko, zawsze uważałem, że wpatrują się we mnie z prawdziwą miłością. Że ich oczy błyskają na widok takiego nieporadnego kociaka, jak ja — zaśmiał się krótko. 
— Czyli... Zawsze gustowałeś w starszych kocicach? — zapytał niepewnie, dalej delikatnie zmieszany Promienna Łapa. Wojownik się zamyślił... Nigdy nie uważał, że jego gust można tak łatwo włożyć do jakichś ram. Gdyby miał odpowiedzieć z biegu, raczej by zaprzeczył, ale jako że nic ich nie goniło; byli po treningu, a pogoda była przyjemna i rześka, zastanowił się dłuższą chwilę. Oczywiście, Srocza gwiazdeczka była od niego zauważanie starsza, ale nie widział w tym żadnego problemu; pociągało go to, jak doświadczona w życiu musiała być, co przeżyła, a najbardziej dech zapierała mu myśl o władczym, przywódczym charakterze liderki. Cofając sie w tył powrócił do Delikatnej Bryzy. Dawna mentorka również była dojrzalsza, ale nie było między nimi aż tak dużej przepaści. Podobała mu się jednak, że nauczyła go wszystkiego, co umiał. Zanim zostali przyjaciółmi, często fantazjował o tym, co mogliby wyprawiać po treningach... Była jego wzorem. Jego wojowniczą muzą... Patronką edukacji, która trzyma go w ryzach, pilnuje i stawia do pionu. Zakochał się też wiele razy podczas swojej tułaczki. Taniec, która nakierowała go na klany, mimo szkaradnej szramy po jednej stronie pyska, miała w sobie coś elektryzującego. Ta dzikość i energia podziałała na niego jak uderzenie pioruna. Był oszołomiony szalonymi perypetiami kotki. Byli w podobnym wieku, chociaż chyba faktycznie znowu potwierdzało się spostrzeżenie Promyczka. Dwa razy z rzędu jednak miał pecha. Nie chodziła, przynajmniej tym razem, o coś, co zrobił, jaki był. Głównym problemem okazała się tym i poprzednim razem, jego... Płeć. Taniec, jak i jego poprzednia umiłowana panna, były zainteresowanie tylko i wyłącznie innymi kotkami. Piękna i pokaźna Pytia, która swoją aurą przypominała mu nawet Sroczą Gwiazdę, dała mu kosza z tego samego powodu. Wszystko w życiu było przeciwko Nocnemu Kochankowi... Ale czy faktycznie miał jakiś głębszy problem ze starszymi kocicami? No i właśnie... Czy to musiał być problem? Wszystko, co robił, było krytykowane...
— Co masz na myśli? Mówisz, jakbym miał się wstydzić... Przecież zaznaczyłem, że serce to nie twój sługa — trochę się podirytował. Dlaczego wszystko, co myślał i czynił, musiało być odbierane z kąśliwymi uwagami i krzywymi spojrzeniami. Czy nie mógł być po prostu sobą? Czy nie mógł być dziarskim, przystojnym Niedźwiedzim Miodem, który, tak się składa, że ma słabość do Pań z większym życiowym stażem niż on? Wszechświat daje mu najcięższe zadania...
— Nie mówię, że to źle... To po prostu bardzo... specyficzne upodobanie... — mruknął uczeń. Siedzieli we dwójkę w milczeniu. Był to najbardziej niezręczny moment ich znajomości. Nocny Kochanek lubił swojego podopiecznego. Lubił jego zapał i energiczne usposobienie, lubił jego swawolną duszę i słoneczne obliczę. Dalej lubił jego śmiałość, zwłaszcza w słowie. Musiał jednak przyznać, że takiej rozmowy na koniec treningu się nie spodziewał. Nie chciał wplątywać tej całej dziwnej, pogmatwanej sytuacji do szkolenia. Może i nie był najbardziej kompetentnym i odpowiedzialnym nauczycielem, ale zdawał sobie sprawę, że miał jedno główne zadanie; przygotowanie Promiennej Łapy to zostania wojownikiem. Po raz pierwszy na jego barkach ciążyła odpowiedzialność za innego kota. Chciał się dobrze sprawić. Jeśli zawali, zawiedzie Delikatną Bryzę. Wolałby rzucić się do rzeki niż usłyszeć słowa szczerej, okrutnej krytyki od szylkretki. Czułby, że te wszystkie poranne patrole, walki i polowania, które z nią odbył, zostały zmarnowane. — Gniewasz się? 
— Nie... — burknął. Widać, że młodszy ma pewne wyrzuty sumienia. Czekoladowy poczuł uścisk w żołądku. Nie tylko przez głód, ale i wyrzuty sumienia. Przecież Promyk był tylko ciekawy... Czemu ma teraz się za to ganić? Westchnął i musnął terminatora ogonem po boku, aby zwrócić na siebie uwagę. — Nie jestem zły. Nie dziwie się, że jestem zaintrygowany. Dla takich podrostków jak ty, te wszystkie emocje i uczucia dopiero zaczynają się budzić. Zrozumiesz, co mam na myśli. Wtedy też zrozumiesz mnie. Zrozumiesz, że lepiej jest dać im upust, nawet jeśli będą się potem z ciebie śmiać, nawet jeśli wszyscy będą przeciwko tobie. Lepiej jest być pośmiewiskiem z lekkim sercem, niż w milczeniu pozwalać swojemu sercu pękać z rozpaczy i tęsknoty po niewykorzystanej szansie. 

<Promyczku?>

[865 słów]

[przyznano 9%]

04 października 2024

Od Promiennej Łapy CD. Nocnego Kochanka

W Pore Nagich Drzew

Skakałem po kamieniach, zachwycając się w myślach, otaczającym mnie otoczeniem. Świat poza jaskinią był cudowny. Barwy były… Takie piękne. Zachmurzone niebieskie niebo było takie idealne! A podobno w cieplejsze pory było jeszcze piękniej! Gdy wzlatywałem nad kamieniami, czułem się jak ptak, uczący się latać. Wyskakując z gniazda, rozskładając skrzydła, lecąc niewiadomo gdzie, poraz pierwszy. Ptak niebędący już pod opieką swojej matki, a w moim przypadku, matek. Smakujący wolność, choć kosztem bezpieczeństwa. Wolność, tak ważną dla niego... Sunący, wśród śniegu i łysych roślin pozbawionych liści. Szczęśliwy, bardzo szczęśliwy. Podsumowując, było perfekcyjnie, mimo tego, że czułem zimno. Śnieg chrupną mi pod łapami, gdy w końcu znalazłem się na ziemi. Czy tak będą chrupać kości podczas bitw, w których będę uczestniczyć?! Po chwili usłyszałem dźwięk, ale na początku zignorowałem go zamyślony. Pachnący piaskiem kocur jednak znów to powiedział.
— Pytam ponownie, jakie masz ambicje? Kim chciałbyś zostać w przyszłości? —  zapytał mój mentor, patrząc na mnie swymi żółtymi, wręcz miodowymi oczami.
— Ja? — rzekłem nieco zdziwiony. Musiałem się chwile zastanowić; to nie było takie łatwe pytanie. Chyba chciałem po prostu być wojownikiem… Po chwili do mojej głowy wpadła inna myśl —  Przywódcą! Chcę być przywódcą! Wielkim, majestatycznym przywódcą! Takim mądrym! I silnym!
— Myślę, że to dobrze, że masz jakieś ambicje, ale nie tak prędko Promienna Łapo, najpierw musisz zostać wojownikiem — powiedział czekoladowy kocur
— To wiem! A możemy już iść, żebyś mi pokazał jak polować? A może nauczysz mnie jednak włazić na drzewa? Albo jak otwierać kraby! Lub walczyć!! — Postanowiłem poprosić.
— Na razie nie, na razie nie. —  odpowiedział mój mentor.
— A czemu to? — zapytałem.
— Przypominam ci, zasada numer jeden; ja zawsze mam racje—  mruknął spokojnym, przyjaznym tonem.
— No to, w takim razie, możemy iść? — domagałem się, energicznie przebierając łapkami miejscu.
— Tak, możemy już iść — rzucił mi kocur i poszedł po chrupiącym pod łapami śniegu.
Także poszedłem za nim. Byłem ciekawy, czego dziś się potencjalnie nauczę. W końcu fajnie by było już umieć polować! Idąc tak sobie, spoglądałem na niebo. Ku mojemu przerażeniu, powoli przybywało na nim chmurek. Jednak postanowiłem to zignorować.
— Jesteśmy już?— zapytałem po dłuższym czasie
— Tak— miauknął mój mentor, a po chwili ujrzałem miejsce, do którego szliśmy. Był to mały zamarźnięty stawik.
— Co my tu robimy?— zacząłem się zastanawiać.
— Zaraz — pisnął czekoladowy, po czym spojrzał w dal, spokojnie wdychając chłodne powietrze.
Owy zamarźnięty stawik był dosyć ładny. Jeśli się nie mylę, nazywał się kaczy czy tam ptasi. Nie pamiętałem dokładnie jego nazwy... Byłem ciekawy, czy Mamusia Zielone Wzgórze często tu bywała. A może Mamusia Bożodrzewny Kaprys lubi to miejsce? Muszę je kiedyś zapytać!
— Myślisz, że ten lód jest wystarczająco gruby, by mnie utrzymać?— spytałem, wpatrując się w zmrożoną tafle. Lód jest śliski, na pewno fajnie by można się na nim pobawić! Nie czekając na odpowiedź, zacząłem iść w jego stronę
— Nie wiem, ale nie próbuj! — krzyknął szybko i głośno miodowooki.
— Czemu? Przecież fajnie by było się poślizgać! — Odmruknąłem, zatrzymując się tuż przed stawikiem. Położyłem łapę na lód a ten się, ku mojemu zaskoczeniu, złamał. Woda była… Zimna! Okropnie zimna!
— Promienna Łapo! Wracaj!— wrzasnał w końcu Niedźwiedzi Miód.
— Aha…—  Mruknąłem cicho. W łapę zaczęło robić mi się zimniej, niż teoretycznie powinno. Czyżby zimna woda sprawiała, że kot marznie, nawet jak wyjmie z niej kończyne? Chociaż teoretycznie nadal na niej jest. Jak to, na Klan Gwiazdy, działa? W każdym razie, postanowiłem wrócić do czekoladowego kocura. Szkoda, że śnieg wydawał się zimiejszy gdy stawiałem na nim mokrą łapę!
— Promienna Łapo? Czyż nie mówiłem ci, że masz mnie słuchać? W każdym razie, muszę cię poinformować, że wracamy. Powinieneś się mnie posłuchać... —  odpowiedział mi zrezygnowany.
— Czem-… Musimy? —  Najpierw chciałem zapytać czemu, ale po chwili doszło do mnie, że to serio, poniekąd moja wina. Ale żeby od razu wracać?
Niedźwiedzi Miód nie odpowiedział mi. Powoli zaczął iść w stronę obozu, a ja posłusznie za nim. Kolejnym razem będę musiał bardziej się słuchać! Mentor wydawał mi się fajny, ale to trochę niesprawiedliwe, że musieliśmy zawrócić. Mimo że się go nie posłuchałem, chciałem jeszcze tu posiedzieć! Jednak po chwili przekonałem się, że i tak byśmy zaraz zakończyli zwiedzanie, gdyż z nieba zaczął padać śnieg.

* * *

Obecnie

Byłem ostatnio ciut smutny i zmęczony rozmyślaniami. Czarny Ogień był martwy. Niby nigdy nie nawiązałem z nim bliższej relacji, ale… Był moim dziadkiem, powinienem się nim bardziej interesować gdy żył! Nie dość, że było mi żal, że nie znałem go lepiej, że umarł, oczywiście, to i jeszcze było mi żal mamy Zielone Wzgórze! Jednak nie powinienem teraz o tym myśleć, ponieważ jakiś czas temu zostałem zabrany przez mojego mentora na trening. Przy okazji treningu chciałem zrobić w końcu coś, a mianowicie spytać o parę rzeczy. Jednak nim zdążyłem to zrobić, usłyszałem nowe polecenie
— Promienna Łapo! Spróbuj teraz wejść na te drzewo, byle nisko!— Powiedział Nocny Kochanek.
Parę razy próbowałem już wejść na drzewo.
— Dobrze!— odpowiedziałem. Szybkim ruchem skoczyłem na pień i wbiłem pazury w brązowo-szarą korę drzewa. Poszedłem parę kroków do góry. Udało się.
— Gratulacje! A teraz zejdź! Przynajmniej spróbuj!— powiedział mój mentor.
Tak więc zrobiłem. Starałem się naśladować mentora, który wcześniej mi to pokazał. Powoli zszedłem ze drzewa, nieco niezdarnie, ale przecież dopiero jestem uczniem!
— Jestem z ciebie dumny Promienna Łapo!— powiedział brązowy kocur, po czym dodał — Wiesz, słońce jest coraz niżej, co powiesz na to, aby wracać?
— Dobrze!— odpowiedziałem, po czym zacząłem szybkim krokiem iść.
Mentor został w tyle. Powoli idąc za mną. Szliśmy sobie tak przez terytorium naszego klanu. Pora Nowych Liści była piękna. Kwiaty kwitły, liście wyrosły, trawa była piękna i zielona! To dużo lepsze niż śnieg! I lód, i mróz. Podczas Pory Nagich Drzew zamarzałem, a teraz? Było cieplutko! Prawie dotarliśmy już do obozu, a ja nadal miałem zagwozdki. Dlatego zatrzymałem się na chwile i postanowiłem zapytać.
— Nocny Kochanku? Mam pytanie, wiesz, czy ty serio kochasz tą postarzała przywódczynie? Czemu wyznałeś jej miłość? — W końcu się odważyłem.

[958 słów; trening wojownika]

<Nocny Kochanku?>

[przyznano 19%]

26 września 2024

Od Niedźwiedziego Miodu (Nocnego Kochanka) CD. Promiennej Łapy

Nieźle się zdziwił. Nie spodziewał się, że tak szybko zostanie doceniony jako wojownik, zwłaszcza że przywódca nie ukrywał swojej niechęci do jego skromnej osoby, Z drugiej strony był jednym z niewielu kotów, które jeszcze nie prowadziły małemu adeptowi szkolenia. Zawsze musiał być ten pierwszy raz; zwłaszcza że kociąt w Klanie Klifu teraz nie brakowało. Na samo mianowanie dzieci Bożodrzewnego Kaprysu szedł w pełni nieświadomy tego co się wydarzy. Nikt go nie uprzedził, nie powiadomił, nie przygotował. Czuł się pozostawiony na lodzie, tak troszeczkę. Będzie chyba musiał porozmawiać z Delikatną Bryzką i popytać ją o jakieś ciekawe porady i wskazówki, bo przecież jak nie ona to, kto mu teraz najbardziej pomorze. To kwestia do przemyślenia...
Nie mógł jednak zwlekać, aż się przygotuje; mentalnie i fizycznie. Musiał rozpocząć trening tego młodego potworka. Już od samego początku zauważył, że problemu z inicjatywą i zaangażowaniem w trening Promienna Łapa mieć nie będzie. Kiedy stykali się nosami (to jak miał się zachować, podpatrzył u Bławatkowego Wschodu, na całe szczęście to on pierwszy został wywołany) niemal nie został uderzony w pysk, uczeń tak bardzo się ekscytował. To był obiecujący znak. Nie wiedział, od czego miał zacząć. Nawet jego własne dni uczniowskie nie przychodziły z pomocą; wiedział, że wyglądały one zgoła inaczej niż u innych. No i co on, nieszczęsny, miał zrobić? Uratowało go to, że kremowy kocurek od razu pognał pochwalić się swoimi nowymi godnościami do matek i rodzeństwa. Niedźwiedź miał chwile dla siebie. Chciał to wszystko ułożyć sobie w głowie, zrobić jakiś prowizoryczny plan działania, a co najważniejsze, zdecydować, od czego on ma w ogóle zacząć. Przysiadł pod kamienną ścianą.
Promyczek był jeszcze chyba zbyt mały, by uczyć go walki, nawet ze swoim rodzeństwem czy Pietruszką lub Mrozkiem. Nie chciał od razu go pokiereszować, zwłaszcza że dostał go już bez jednego oka; te drugie dość mu się jeszcze przyda. Czy poradzi sobie więc z polowaniem? Słyszał, że koty, u których kuleję jakiś zmysł, wyostrza się inny. Może jego terminator zostanie mistrzem wyczuwania lub nasłuchiwania zwierzyny? Albo ogromnym znawcą i smakoszem różnych gatunków ptaków i gryzoni? Ciekawe... Lecz na to chyba również zbyt wcześnie... No tak! Przecież, aby mógł poruszać się po leśnym runie, musi je poznać. Zaprzyjaźnienie się z terenami Klanu Klifu jest pierwsze na jego liście. Znał je jak własny grzbiet; tyle razy patrolował je z Delikatną Bryzką! No to znakomicie. Wiedział, co będą robić jutro.

~ * ~

Miał naprawdę niesamowicie piękny sen. Był otoczony pachnącymi konwaliami i makami, wszędzie latały pazie i rusałki, a niczym nieprzejmujące się łanie pasły się w pobliżu. Na środku tej arkadyjskiej sceny leżał on. Rozłożony na ciepłym, gładkim kamieniu. Promienie słońca muskały i rozjaśniały jego czekoladowe futerko, a śpiew wróbelków rozlewał się po jego uszach niczym miód. Ah! Żeby tu zostać jak najdłużej i śnić, i śnić, i śnic bez końca...
— Wstawaj! Wstawaj! Chodźmy na trening! — wybrzmiało z jakiegoś odległego miejsca. Cały krajobraz zaczynał zanikać, a uczucie ciepła zniknęło niemal natychmiast. Skrzywił się. — No chodź, chodź!
— Jeszcze trochę — udało mu się wybełkotać, chociaż nawet nie umiał zrozumieć do końca, jakie słowa kierowane są w jego stronę. A to, kto je wypowiadał było już kompletną tajemnicą. Zakrył pysk i wciąż zamknięte ślepia łapami, jednocześnie kładąc uszy. Owinął się szczelniej ogonem.
— No wstawaj! — pisnął Promienna Łapa, jednocześnie wskakując przednimi łapami na jego grzbiet. Przestraszył się i gwałtownie otworzył ślepia. Zaskoczony wlepił wzrok w kocurka. — O! Wstał Pan, Panie mentorze! Dzień dobry!
— D-dobry... Już taka pora? — zapytał, ciągle delikatnie nieobecny i niekontaktujący. Rozejrzał się. Na półkach wciąż znajdowało się dość sporo kotów. Niektórzy w głębokich fazach snów, oddychali miarowo i spokojnie, inni myli swoje futerka i rozmawiali; ci posyłali mu spojrzenia spod wilka. Chyba jego podopieczny musiał ich obudzić... No cóż... Przynajmniej dzień będą mieli dłuższy i pełen wrażeń już od samego początku.
— Słońce wpadło do legowiska uczniów już jakiś czas temu. A Pełnia, znaczy się mój brat, to się znaczy Rozświetlona Łapa, już daaawno wyszedł na trening. My też chodźmy!
— Mhm... No tak, tak. Tylko, no... Musisz mi dać momencik. — powiedział, po czym zaczął zwilżać łape językiem i przeczesywać nią futerko, najpierw na piersi, potem policzkach i łbie. Nie śpieszył się, a wyraz niecierpliwości na mordce ucznia robił się coraz wyraźniejszy.
— Co będziemy robić?
— Chodzić.
— Aha... A potem?
— Chodzić jeszcze dalej i więcej, a potem pewnie wrócimy do obozu.
— Czy to nie... Nudne? Kiedy będę mógł zapolować? — zapytał podekscytowany. Wyprężył ciało, jakby przygotowywał się do skoku.
— No jeszcze nie teraz. Jaki widzisz sens w bieganiu po lesie jeśli chwila nieuwagi i się w nim zgubisz? — zapytał wstając. Przeciągnął się elegancko, uważając, by nie szturchnąć Bijącej Północy wciąż śpiącej w legowisku za nim. Podrostek wydawał się, na moment, zakłopotany.
— N-no może masz rację, ale prze-
— A-a-a! Zasada numer jeden naszego noworozpoczętgo treningu brzmi następująco, Promienna Łapo, ja mam zawsze racje — Posłał mu szarmancki uśmiech i puścił oczko. Dziarskim kłusem puścił się w dół na środek obozu, a uczeń pognał za nim. Zatrzymał się i spojrzał na stos zwierzyny. — Głód cię ściska?
— Jak najbardziej!
— No to masz pecha, zasada numer dwa jest taka, że najpierw musimy wykarmić starszych i karmicielki z maluchami. Jeszcze do niedawna byłeś jednym z tych małych robaczków, więc traktowano Cię z nadzwyczajnymi honorami, ale teraz już nie będzie tak dobrze.
— No dobrze... Ale jak mam wykarmić, skoro mamy tylko chodzić, a potem chodzić jeszcze dalej?
—No... To dobrze pytanie. — zamyślił się. Nie przewidział tego. — Popatrzysz jak ja poluje. Weź to jaki swój wstęp do ścieżki łowcy z sokolim okiem. Umiesz być cichutko?
— Jak ślimak!
— No to znakomicie. Chyba nic już nas nie trzyma w obozie. Zapraszam do twojej pierwszej wyprawy poza bezpieczne objęcia jaskini. — powiedział oficjalnie, ruszając w stronę wodospadu, który zdążył już pokonać lodowe więzienie. — Uważaj tutaj, jest ślisko. — rzucił przez barki. Zwinnie zeskoczył z kamieni i poczekał na Promyczka na dole. Młodemu szło naprawdę nieźle, zwłaszcza na kogoś z jednym okiem. Kiedy ten dotarł do mentora, kontynuował. — No dobrze, więc dzisiaj poprzechadzamy się po terenach i sobie porozmawiamy, poznamy się. Daj mi zadać sobie pierwsze pytanie. Jakie masz ambicje, jakim chciałbyś stać się kotem i wojownikiem w przyszłości?


[1004 słowa]
[przyznano 10%]

<Promyk?>

16 września 2024

Od Promyczka (Promiennej Łapy) do Niedźwiedziego Miodu

Siedziałem właśnie przed mym nowym legowiskiem, mimo że dzień zaczął się krótszy czas temu ja, już byłem na nogach. Ciemno-szare, zimne kamienie ściany i podłoże wypełnione mchem mającym służyć za miejsce do spania. Niby coś innego niż w żłobku, a jednak coś tak podobnego. W skrócie przyjemne miejsce, w którym możesz się wyspać. To czekało na mnie co dzień. Cieszyłem się z zostania uczniem. A serce nadal biło mi dosyć intensywnie. Ale nie ze złości czy stresu, z podekscytowania! Ale nadal nie mogłem się doczekać, jak nauczę się walczyć bądź polować! Chciałem być wspaniałym wojownikiem, może tak dobrym, że dożyje późnej starości? Jednak było coś, co mnie przygnębiało, że ze zdrowym okiem byłoby mi łatwiej. Szczerze? Wstydziłem tego co sobie zrobiłem. Co byłoby gdybym sobie tego nie zrobił?
Nagle z tego zamyślenia wyrwał mnie dźwięk kroków. Od niedawna zdawało mi się, że słyszę ciut lepiej, ale równie dobrze mogło mi się zdawać. Może po prostu zacząłem zwracać większą uwagę na to z powodu bardziej ograniczonego pola widzenia? Specjalnie by zobaczyć owego kogoś, odwróciłem nieco łeb, by zobaczyć go moim zdrowym okiem. Była to moja matka. Konkretnie ta czarno-biała. Zapewne poszła załatwić swoje potrzeby. Nie chciałem jej zaczepiać, było jeszcze wcześnie. Jednak przypomniało mi o tym, że powinienem spać. Jednak nie mogłem, chciałem już trenować. Może powinienem jednak spróbować obudzić mentora? Może nie byłby to taki zły pomysł? Postanowiłem więc tak zrobić.
Przechodząc obok stosu zwierzyny i zatrzymałem się na chwile. Jednak natychmiastowo poszedłem dalej. Różnobarwne futra wojowników i wojowniczek zdobiły półki, na których spali. Mimo dużej liczby kotów szybko zauważyłem tego, co szukałem. Spał sobie spokojnie. Oddychał delikatnie, przez co jego eleganckie czekoladowe futro delikatnie się ruszało. Mimo że kocur był skulony, było widać, że jest smukły. Do mojego nosa trafił zapach przypominający piasek. Moim zdaniem Niedźwiedzi Miód wyglądał fajnie. Chciałbym tak wyglądać, Byłem pewny, że ugania się za nim sporo kotek! Byłem ciekawy czy mogę się doprowadzić do podobnego stanu! W końcu postanowiłem coś zrobić. Powoli poszedłem na półkę, uważając, by nie nadepnąć na ogon czy inną część ciała jakiegoś wojownika. W końcu podszedłem do czekoladowego kocura, przykucnąłem mu przy sporym uchu i pisnąłem głośno:
- Wstawaj! Wstawaj! Chodźmy na trening! - W moim głosie było słychać podekscytowanie.
Starszy ode mnie kocur tylko położył uszy do tyłu. Po czym mruknął coś pod nosem.
- No chodź! Chodź! - pisnąłem, ale ciszej.
- Jeszcze trochę - mruknął zaspany kocur. Najwyraźniej jeszcze ledwo myślał, jak to mają w zwyczaju koty dopiero co obudzone.
- No wstawaj! - pisnąłem głośno, prawie budząc przy tym paru wojowników

<Niedźwiedzi Miodzie?>
[418 słów]

[przyznano 8%]