BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srocza Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srocza Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2025

Od Sroczej Gwiazdy CD. Murenowej Łapy (Czyhającej Mureny)

— Rozumiem... — wymruczała, przyglądając się prawnuczce.
Była nieco umorusana, zakurzona od pracy, a także... Duża. Srocza Gwiazda nawet nie wiedziała, kiedy to zleciało. Pamiętała, jak odwiedzała tę małą kluskę jeszcze gdy była maleńkim kocięciem. Teraz jednak stała się dostojnym, choć jeszcze niskim podrostkiem. Ukłucie serca przypomniało jej, że najprawdopodobniej nie dożyje momentu, w którym łaciata stanie się dojrzałą kocicą. Machnęła głową.
— Jestem pewna, że zanim się obejrzymy to uda jej się opanować to do perfekcji — stwierdziła pokrzepiająco — Jeśli nigdy nie upadniemy, skąd mamy wiedzieć czego się wystrzegać? — dodała, próbując jeszcze bardziej pocieszyć wnuczkę, która wydała jej się widocznie spięta.
Algowa Struga energicznie pokiwała głową, posyłając babce wdzięczny uśmiech.
— No właśnie Murenowa Łapo, Srocza Gwiazda dobrze mówi. Jeśli się przyłożysz do nauki, nie zdążysz mrugnąć, a już będziesz miała to wszystko w małym pazurku! — miauknęła mentorka Mureny, liźnięciem poprawiając loczek na swojej klatce piersiowej — Teraz zmykaj, najedz się. Dużo dzisiaj ćwiczyłyśmy, musisz koniecznie odpocząć.
Pomarańczowooka przytaknęła, skinieniem łebka żegnając się zarówno z ciotką, jak i prababką. Srocza Gwiazda powoli odprowadziła ją wzrokiem aż do sterty zwierzyny, po czym odwróciła się do wojowniczki.
— A tobie jak idzie szkolenie, Algowa Strugo? — zagadnęła, ruchem ogona zachęcając, by udała się za nią w bardziej zacienione miejsce.
Kotka wyszczerzyła rzędy jasnych zębów, dumnie strosząc sierść na karku.
— Murenowa Łapa to pojętna uczennica. Robi więcej niż mówi, uczy się szybciej niż większość jej rówieśników, z którymi miałam styczność. Myślę, że jeśli tak dalej pójdzie to szybko się z nią pożegnam! — mówiła, dotrzymując kroku liderce.
Srocza Gwiazda słuchała tych słów jak dziwnej kołysanki. Pomagały jej pogodzić się z myślą, że już wkrótce zostawi całą rodzinę samą, tutaj, wśród pól, lasów i rzek. Martwiła się o to, czy wszyscy się odnajdą, podołają nowym zadaniom i obowiązkom. Szczególnym utrapieniem w jej umyśle był konflikt między dwiema córkami Wirującej Lotki. Ich ród powinien trzymać się razem, nie dzielić pazurami i kłami. Ich siła drzemała w rodzinie, zwartej i pewnej, której można śmiało zaufać. Alga była największym jej odludkiem, mimo widocznych na pierwszy rzut oka podobieństw, nawet po chwili rozmowy z kocicą dało się wyczuć, że wśród rodu była niczym albinotyczna żaba. Przyciągała swą odmiennością ciekawskie spojrzenia, zarówno te dobre, jak i złe.
— Czy przez bycie mentorką Murenowej Łapy, stosunki twoje i Mandarynkowego Pióra uległy poprawie? — zapytała bezpośrednio.
Wojowniczka pokręciła łebkiem, pozwalając na wydobycie się ze swojego pyska gorzkiego pomruku.
— Babciu... Wątpię, czy jej podejście do mnie kiedykolwiek się zmieni — odpowiedziała, uciekając spojrzeniem ku niebu — Ja nie rozumiem jej, a ona mnie. Podczas rozmów z nią, choć są rzadkie, czuję się, jak gdyby ryba próbowała zrozumieć sposób życia zająca... — Jej ton nieznacznie posmutniał — Czuję, że nie jest zadowolona z twojego wyboru.
— Możliwe. Nadal jednak uważam, że powinnaś spróbować znaleźć wasz wspólny język. Szczególnie teraz, gdy zewsząd czyhają na nasz klan złowrogie cienie, a ja nie jestem pewna, czy będę w stanie was przed nimi uchronić — Przywódczyni przejechała kojąco ogonem po grzbiecie potomkini — Nawet jeśli różnice ryb i zajęcy można wymieniać aż do nadejścia Pory Niebieskich Liści, to wciąż możemy odnaleźć między nimi pewne podobieństwa. Ot, choćby wspólni wrogowie.
Nim niższa zdążyła odpowiedzieć i nafukać na babkę, za sugerowanie swego odejścia, do kotek powróciła terminatorka, Murenowa Łapa, niosąc w pysku pokaźnych rozmiarów jazgarza.
<Mureno?>

20 stycznia 2025

Od Sroczej Gwiazdy do Mureny (Murenowej Łapy)

Przeszłość
— Srocza Gwiazdo? — Po legowisku lidera rozniósł się niski, męski głos — Księżniczka Mandarynkowe Pióro wraz z kociętami przybywa prosić o audiencję — dodał, a w wejściu pojawił się kocur o ciemnym obliczu oraz mocnych plecach, oświetlonych blaskiem szczytującego słońca.
Srocza Gwiazda, chodź wciąż zaspana, wybudzona nagle ze swej popołudniowej drzemki, nie potrzebowała świetnego, młodzieńczego wzroku, by rozpoznać kim był wojownik stojący w jej progach. Białe jak łabędzie pióra futro, nieprzeniknione, bystre spojrzenie niebieskiej pary oczu i podstarzałe, chodź wciąż silne barki, podtrzymujące zdecydowaną posturę kocura, za którą ślepiami wodziła niejedna kocica. Jedyną skazą, jaka okrywała jego ciało, były wszechobecne szramy, niczym podarte tępym ostrzem płótno, szpecące Pchli Nos. Mimo wieku, wyraz jego poczciwego pyska nie uległ zmianie - nadal miał w sobie spokojną głębię, a spoglądając w jego oczy, obserwator mógł doznać wrażenia, iż spogląda on w dwie, idealnie symetryczne sadzawki, na których dnie połyskiwały rybie łuski, a powierzchnia falowała swawolnie przy każdym podmuchu wiatru.
— Czy czujesz się na siłach by ich przyjmować, Srocza Gwiazdo? — spytał już mniej oficjalnym tonem, ginąc całkowicie w cieniu leża.
Kocur zatrzymał się w należytej odległości od swej przywódczyni, tak, by nie zaburzać jej i tak już naruszonego spokoju, po czym wbił w nią oczekujące, lecz nienaglące, spojrzenie. Łaciata westchnęła, wstając do pozycji siedzącej przy użyciu przednich łap.
— Przyprowadź ich. Mówiłam ci już, że nie musisz się o mnie martwić. Wątpienie we własną liderkę to pierwszy stopień do potępienia! — przestrzegła go żartobliwie, spokojnymi pociągnięciami języka poprawiając nierówność w futerku na swej klatce piersiowej.
Naderwane ucho kocura drgnęło, zdradzając jego lekkie zmartwienie. Jego twarz także przybrała smutny, nieco melancholijny wyraz.
— Nigdy bym nie śmiał w ciebie wątpić, Srocza Gwiazdo. Jest to jednak mój obowiązek, jako twojego wojownika, by dbać o twoje dobre samopoczucie i komfort — usprawiedliwił się.
Srocza Gwiazda przetarła dwoma paliczkami rozespane oczy, usuwając z nich zalegające po drzemce śpioszki. Kąciki jej ust nieco się uniosły, a w oczach zaiskrzyło rozbawienie.
— Nie zapominaj kto tu kogo szkolił! — upomniała, posyłając w stronę kocura zmęczony uśmiech — Nie po to wyciągałam tego małego urwisa z kłów wyder, by teraz mnie pouczał.
Pchli Nos dokładnie obserwował ruch warg przywódczyni, by móc jak najdokładniej odczytać o czym mówi. Bo dosłyszeniu ostatniego zdania, zmarszczył nieco brwi. Biało-czarna wstała ze swego mchowego posłania, spokojnym krokiem podchodząc do byłego ucznia, w celu poczochrania bujnej czupryny, rosnącej na czubku jego łba.
— Mmph, powinienem już iść. Księżniczka nie lubi czekać — miauknął wyraźnie speszony zachowaniem liderki, robiąc krok w tył, w stronę otworu wyjściowego.
Z mordki liderki uciekło jedynie ciche westchnienie.
— Mała lekcja cierpliwości by jej nie zaszkodziła. Ale w porządku, leć. Jeśli nie ona cię dopadnie, to zrobi to Tuptająca Gęś, a jej nie chcesz zajść za skórę za obijanie się — wymruczała, ruchem ogona oddelegowując kocura z legowiska przywódcy.
Biały pospiesznie opuścił leże, wykonując przy tym parę nerwowych strzepnięć kikutem swego lewego, zaróżowionego ucha. Przywódczyni wróciła na swe posłanie, przysiadając na nim wygodnie. Ogonem strzepnęła drobinki piasku, jakie zebrały się na dnie pomieszczenia, po czym wróciła do wyczekiwania wizyty swej wnuczki, wraz z jej małymi potomkami.
Już z oddali usłyszała donośny głos Mandarynkowego Pióra, która surowym tonem karciła swe kocięta i ustawiała je do pionu tak, aby przed wejściem w odwiedziny do prababki zachowywały się w sposób pasujący do najmłodszych księżniczek i książąt Klanu Nocy. Srocza Gwiazda wzięła głębszy wdech, szykując się na zbliżającą się rozmowę ze swymi potomkami. Nie musiała długo czekać. Już po paru uderzeniach serca od usłyszenia wielu małych kroczków, w wejściu do legowiska zamigotała para intensywnie pomarańczowych oczu, należących do samej Mandarynkowe Pióro.
<Mureno?>

Od Sroczej Gwiazdy do Piórka (Pierzastej Łapy)

Przeszłość
Po długiej i mrocznej Porze Nagich Drzew, na tereny klanów w końcu powróciła upragniona Pora Nowych Liści. Drobne, zielono-brzoskwiniowe pączki zawijały się na młodych gałązkach drzewek, a spod stwardniałej, zimnej gleby, swe ciekawskie główki, przyodziane w fioletowe kapelusiki, wystawiły krokusy. Śnieg topniał, spływając wraz z lodowymi krami w dół rzeki, zawieruszając się czasem wśród odrastających szuwarów. Stos zwierzyny powrócił do swej dawnej świetności - pniaczek starego drzewa na nowo zapełnił się myszami, wiewiórkami, nornikami, ptactwem i przede wszystkim - rybami, za którymi każdy członek Klanu Nocy tak bardzo tęsknił przez większość zimnych pór, gdy to były one trudniejsze do schwytania, a tym samym - rzadsze. 
Srocza Gwiazda siedziała na gałęzi sumaka, rozkoszując się ciepłem słonecznych promieni, okrywającym jej skostniałe ciało. Wiedziała, że gdyby ktoś spróbowałby przejechać teraz po jej boku, to z pewnością byłby w stanie wyliczyć dokładnie każde z jej starczych żeber. Koniec był bliski, a gwiezdni przodkowie coraz ciaśniej owijali swe łapy wokół jej duszy. Nie chciała jednak jeszcze zostawiać tego świata. Miała do zrobienia tyle rzeczy. Nad jej głową wciąż wisiała myśl o zbliżającej się mściwej eskapadzie do rewiru wrogich lisów, które przed wieloma księżycami pozbawiły ich klanu aż trójki członków. Musiała przeprowadzić ze swą zastępczynią ostatnie rozmowy, wypowiedzieć ostatnie rady, wesprzeć ją na drodze, którą już wkrótce po niej odziedziczy. I jeszcze tak nieistotne w obliczu wcześniej wspomnianych rzeczy, tak samolubne, ale jak bolesne pragnienie obserwowania swych prawnucząt, wkraczających w dorosłość. Gdyby tylko była parę księżyców młodsza, z pewnością wzięłaby któreś z nich na swojego kolejnego terminatora. Jednak mogła jedynie o tym marzyć. Nawet jej pierwszy uczeń, Pchli Nos, mimo, iż na jego białej sierści ciężko było dostrzec siwiznę, zdawał się słabnąć wraz z nią, niczym wierny stróż, oddany kompan, nigdy nie pozostający w tyle. Jedyny, który pozostał z nią tak długo.
Piski kociąt przyciągnęły uwagę przysypiającej liderki. Otworzyła z zainteresowaniem jedno z zielonych ślepi, wbijając je w trójkę biegających przed wejściem do żłobka dzieci książęcych. Szałwik, najbardziej odstający przez swą aparycję książę, kicał za dwiema siostrami - Mureną, dostojną panną, oraz Piórkiem, nieśmiałą, acz uroczą księżniczką, o oczach jak sama Srocza Gwiazda. Niebieski kocurek nawet nie zauważył, gdy podczas zabaw z rodzeństwem, jego mniejsza siostra upadła na ziemię. Skupił się na pogoni za zgrabnie umykającą przed jego atakami Mureną, która w paru wdzięcznych susach przedostała się na wyższe gałązki krzewu tworzącego żłobek. Dumnie zadarła łebek, rzucając wyniosłe spojrzenie w stronę swojego bliźniaka - Laguny, obserwującego wszystko z boku. Srocza Gwiazda zsunęła się z drzewa, swe kroki bezpośrednio kierując w stronę wciąż leżącej na piasku, srebrnej księżniczki.
— Piórko? — zamruczała liderka, fuknięciem nosa zdmuchując z czoła wnuczki osiadły na nim pył —
Wszystko w porządku?
Zaskoczona kociczka aż podskoczyła, czując na swych plecach oddech babki. Speszona wstała na cztery łapki, otrzepując się z piaszczystego kurzu.
— Babciu — przywitała się najpierw Piórko, skłaniając nisko głowę — Wszystko w porządku. Przewróciłam się podczas zabawy z Szałwikiem i... I tak jakoś zostałam. Przepraszam — wyjaśniła, z trudem powstrzymując się od nerwowego grzebania pazurkiem w ziemi.
— Nie musisz mnie przepraszać — Srocza Gwiazda pokręciła łbem — Wypadki zdarzają się każdemu, to część nauki. Najważniejsze jest jednak, aby nigdy nie pozostawać na ziemi zbyt długo, bo inni nie będą czekać aż się pozbierasz. Cóż, ewentualnie złapiesz wilka — dodała po chwili, widząc nietęgą minę kociaka, jaka zarysowała się na jej pysku po usłyszeniu pierwszej połowy zdania.
<Piórko?>

18 stycznia 2025

Od Sroczej Gwiazdy do Szałwika (Szałwiowej Łapy)

Niedługo po narodzinach kociąt Mandarynkowego Pióra
Kotka starzała się. Czuła to w każdym ruchu, każdym swym geście, postawionym kroku, widziała swe siwe kosmyki sierści w znajomym, lecz zmienionym przez upływający czas obliczu, które za każdym razem odbijało się w tafli wody, gdy chyliła nad nią swój pysk. Wiedziała, że nie zostało jej już wiele czasu wśród żywych. Przeżyła swoje. Spełniła polecenie matki, uchroniła Klan Nocy, a końcowo zawędrowała na sam szczyt tej pokrętnej, kociej hierarchii, jaka panowała w dziczy. Co jednak najistotniejsze - zabezpieczyła swą rodzinę, tak, by każdy jej potomek mógł wieść spokojne i dostatnie życie. Pod jej skrzydłami kluły się pisklęta od małego chowane na przyszłych liderów, medyków i zastępców. Do władzy nie mieli już jak dojść niewyszkoleni wojownicy, którzy swymi nierozważnymi czynami doprowadziliby do upadku rzecznych mieszkańców. Kocięta, które od małego przyzwyczajane były do myśli objęcia w przyszłości władzy, oswajane z konsekwencjami ich czynów, szkolone do wręcz nieskazitelnej perfekcji, na liderów pewnych i odważnych, miały wkrótce zająć miejsce starej kocicy. I właśnie to widziała, przypatrując się z odległości swym prawnuczętom - przyszłość. Liderów i ich wiernych zastępców, wspieranych pomocną łapą medyka, rządzących surowo, acz sprawiedliwie. Nie wszystkie koty to rozumiały. Lecz dla Sroczej Gwiazdy nie było to niczym zaskakującym. Każdy z nich chciałby w swe szpony złapać choćby blade widmo możliwości objęcia tak ważnej funkcji.
— Czy Pchli Nos doniósł wam mój prezent? — spytała mrukliwie, wchodząc do ciepłego wnętrza żłobka.
— A czy on kiedykolwiek nie wykonał twojego rozkazu? — zaśmiała się cicho srebrna, nim udzieliła odpowiedzi — Oczywiście, że tak, Babciu. Ja i kocięta jesteśmy ci niezmiernie wdzięczni — dodała, zgrabnym ruchem głowy wyrażając swoje podziękowanie.
Czarno-biała uniosła kąciki swego pyska, przelatując wzrokiem po wspomnianym upominku. Biała, podłużna i wyczesana skóra leżała w rogu żłobka, tuż obok legowiska dla królowych z rodu. Jej była właścicielka, zgrabna samica gronostaja, szczycąca się swą zachwycającą okrywą, którą przywdziewała tylko na trzy księżyce, była jedną z ostatnich ofiar liderki. Sprytna łasiczka była dobrym wyzwaniem dla spiętych, już nie tak silnych jak niegdyś, kończyn liderki. Godną przeciwniczką, która nie mogła ot tak pójść w niepamięć. Na rozkaz Sroczej Gwiazdy, jej wiotkie zwłoki zostały rozebrane z śnieżnego płaszcza, a następnie oczyszczone ze szkarłatnych plam, jakie okryły jej jasne włosie. Jedynie końcówka ogona gronostajki była ciemna, hebanowa.
Cichy, senny pomruk rozniósł się po żłobku. Piątka śpiących dotąd, kulących się przy aksamitnym brzuchu matki młodych, zaczęła wybudzać się ze swego snu. Zielone, zmatowiałe wiekiem oczy liderki skierowały się wprost na nie.
<Szałwiku?>

11 sierpnia 2024

Od Sroczej Gwiazdy CD. Mandarynkowej Łapy

Tej nocy liderka nie zmrużyła oka choćby na chwilę. Podczas gdy księżyc powoli sunął po niebie, jej myśli zajmowało to, co stało się z Błotnistą Plamą, wojowniczką Klanu Nocy… Jednak dla niej czekoladowa na zawsze miała pozostać Paskudą, jej małą, niesamodzielną siostrą, która od kiedy kotka pamiętała chowała się w cieniu innych. Najpierw tą osobą była ich matka, Łasiczy Kieł, po dołączeniu do nocniaków sama Sroka, następnie, po pamiętnej już kłótni podczas zgromadzenia, czekoladowa sama oddała się w szpony zwyrodnialca, zwącego się Nastroszone Futro, by w późniejszym czasie spłodzić z nim kocięta i zostać porzuconą, bez możliwości odwrotu. W końcu, przez swoje ostatnie, zarazem długie księżyce życia, poczęła żyć w cieniu całego Klanu Nocy. Odtrącona przez matkę, siostrę, “partnera”, któremu, zdaniem Sroczej Gwiazdy, bliżej było do wroniej strawy niż jakiejkolwiek definicji tak bliskiego kota. Jego udział w życiu Paskudy ograniczył się do zalężenia w jej brzuchu kilku klusek, z czego połowa nie przeżyła nawet porodu. Ostatecznie, nawet te kociaki, którym udało się dotrwać do wieku dorosłego, a było ich zaledwie dwoje, odwróciły się od starzejącej się matki, urywając kontakt lub uciekając poza granice ich klanu. Czy Sroczej Gwieździe nigdy nie było żal jej mizernej, zagubionej siostry? Oczywiście, że było. Zdarzały się momenty, w których kocica z odległości spoglądała na zgarbioną postać, pokrytą rzadkim, brązowym włosiem i wspominała młodość. Momenty, w których Błotnista Plama zachowywała się jak normalny kot dało się policzyć na paliczkach jednej łapy, jednak nadal dawały czarno-białej sposobność do wyobrażenia sobie, co by było gdyby tamtej nocy kotka podjęła inną decyzję i zaakceptowała wyciągniętą w jej stronę łapę. Srocza Gwiazda jednak nie lubiła gdybać nad rzeczami, których nie dało się już odwrócić. Nastroszone Futro, który mimo niebieskiej sierści, inteligencją nie grzeszył, był świadomym wyborem Paskudy. Być może jeśli wtedy podjęłaby inną decyzję, nie żyłaby w takiej dystopii, telepiąc się przy każdym podmuchu wiatru, nie mając grzbietu, na którym mogłaby się oprzeć. Fakt, iż była czekoladowa, nie zmieniał tego, że nawet te koty mogły wieść godne życie, jeśli tylko były w stanie dostosować się do panujących w klanie zasad. Dobrym przykładem był Cuchnący Śledź, który pomimo noszenia na sobie brązu, nadal czynnie wypełniał klanowe obowiązki. Nigdy nie negował, nie spędzał dni płacząc nad swym losem. Nawet ze swoim dziwnym usposobieniem potrafił odnaleźć się w społeczeństwie, chętnie wypełniając dane mu polecenia. To właśnie jemu powierzone zostało “zajęcie się” zimnym już ciałem Błotnistej Plamy i zabranie jej tak daleko od obozu, jak było to możliwe. Wrócił wczesnym rankiem, dyskretnie wkradając się przez wejście do obozu. Stróżujący tej nocy Śnieżne Wspomnienie i Księżycowy Blask przepuścili go z przymrużeniem oka. Pokryte resztkami ziemi białe łapy oraz unoszący się wokół niego zapach świeżo rozkopanej gleby, jasno wskazywały na to, czym zajmował się tej nocy.
Oprócz zaprzątających jej głowę myśli, zaśnięcie wojownikom utrudniały matczyne szlochy, mieszające się ze spokojnym, nocnym szmerem rzeki. Lament Mglistego Spojrzenia nieprzyjemnie wsuwał się pod skórę wojowników, sprawiając, że futro się unosiło, a uszy przylegały do czaszki. Dawna liderka, mimo swej tyranii i grzechów, które ciężko byłoby wybaczyć komukolwiek, nadal była tylko zwykłą kotką. Matką, która właśnie straciła swoje jedyne kocię. Nieważne, czy ktoś nadal trzymał do niej urazę, czy jakimś cudem puścił jej czyny w niepamięć, rozpaczliwy płacz samotnej matki nie był dla nikogo przyjemnością. Koty zakrywały swoje pyski ogonami, chowały się w objęciach bliskich, próbując uciec od narastających zmartwień.
***
Rankiem, po ogłoszeniu swojego ostatecznego werdyktu dotyczącego wydarzeń ubiegłego wieczoru, kiedy koci tłum powoli zaczął się rozchodzić, Srocza Gwiazda zmrużyła piekące od zarwanej nocy ślepia. Małe listki powoli pojawiały się na gałęziach sumaka, przypominając jej, że mimo tragicznych wydarzeń, świat toczył się dalej. Jedno z jej czarnych uszu drgnęło, kiedy z dołu drzewa dobiegł ją dźwięk pazurów, zatapiających się w twardej korze. Źrenice kotki pozostały niezmienione, wpatrując się w tereny skryte poza trzcinowymi ścianami. Śnieg topniał, spływając w stronę morza pod postacią odłamków lodu i białych, rozpadających się zasp. Liderka poczuła ciężar innego kota, który zajął miejsce obok niej. Znajomy zapach zawitał w jej nozdrzach.
– Babciu... Co się stało... tam wtedy... z Błotnistą Plamą? – zapytała srebrna uczennica, spuszczając po sobie uszy.
Srocza Gwiazda zadarła wyżej pysk, przypatrując się przelatującej nad nimi chmarze wróbli.
– Klątwa zasnuła jej umysł – odpowiedziała krótko.
Mandarynkowa Łapa nie wydawała się zadowolona z otrzymanego wyjaśnienia, a jej niezaspokojona ciekawość nadal grała pierwsze skrzypce.
– Ale… Czemu? Jak? – nie dawała za wygraną, dopytując swą mentorkę wstrząśniętym głosem.
– Być może przodkowie chcą nam wskazać, co może stać się z czekoladowymi, jeśli nie zostaną odpowiednio ukształtowani. A być może to od zawsze kryło się w ich krwi – wymruczała, dając kotce kolejną niejasną odpowiedź. – Niemniej jednak, tak jak mówiłam, musimy zachować ostrożność. Wszyscy, bez wyjątku. Dopóki cała ta sytuacja się nie rozjaśni, niczego nie możemy być pewni.
Pomarańczowooka wbiła wzrok w łapy, raz za razem chowając i wysuwając pazury. Czarny ogon zsunął się z gałęzi, pozwalając się spleść z drugim, pręgowanym. Ciężki oddech uczennicy nieco zelżał.
– Nie martw się. Tak samo jak obroniłam nas wtedy, tak samo obronię was za każdym kolejnym razem, tyle ile tylko będzie potrzeba. – zapewniła kocicę – Od czegoś mam dziewięć żywotów, racja?
Na mordkę terminatorki wkradł się niepewny uśmiech, a jej brwi nieco się skrzywiły.
– Nie mów tak, babciu. Nie chcę, żeby stała ci się krzywda. – miauknęła Mandarynkowa Łapa.
Srocza Łapa przymknęła oczy, odrywając się na chwilę od obserwacji stada wróbli. Jej ogon ścisnął mocniej ogon młodszej, jednak z jej pyska nie wyszło już żadne słowo. Cisza była najlepszą odpowiedzią, jaką jej wnuczka mogła teraz otrzymać.
***
Minęło już ponad sześć księżyców od dnia morderstwa z łap Błotnistej Plamy. Sytuacja w Klanie Nocy została nieco ustabilizowana, jednak nadal pojawiały się głosy zaburzające spokój, którego wojownicy teraz tak bardzo potrzebowali. Negujące władzę, podburzające inne koty… W swej naiwności myślały, iż pomagają swemu klanowi, w rzeczywistości jeszcze bardziej mu szkodząc i nie dając czasu na zagojenie nowo powstałych ran. Większość nocniaków pozostawała jednak na nie głucha. Znali historię ich klanu, a także innych, którymi rządzili faktyczni tyrani. Nie chcieli powracać do tych czasów.
– Jak mi poszło, Srocza Gwiazdo? – zapytała dumnie Mandarynkowa Łapa, wyłaniając się z wody.
W pysku trzymała trzymała połyskującego w świetle dnia okonia. Jej uczennica wyrosła. Pod jej gładkim, pręgowanym futrem rysowały się zdrowo rozwijające się mięśnie, łapy stały się długie i zgrabne, dodając Mandarynkowej Łapie wzrostu. Mimo wciąż młodej aparycji, jej rysy stały się wyraźniejsze, a kości policzkowe ostre, podobnie jak u jej matki i ciotek. Charakter srebrnej także uległ zmianom. Stała się bardziej stonowaną, spokojniejszą kocicą, która już nie rzucała się do gardła każdemu czekoladowemu kotu. Nauczyła się jak przewodzić innym, zyskała grupę zaufanych przyjaciół. Patrząc na nią, do Sroczej Gwiazdy docierały odległe wspomnienia z jej przeszłości, kiedy to ona, jeszcze nosząc imię Sroczego Lotu, spędzała dni na rozmowach z Pszczelą Dumą, Cedrową Rozwagą, Makowym Polem, Mglistą Zatoką oraz jej najdroższą Zajęczą Troską. Jednak te dni już dawno minęły, a na świecie z całej szóstki kotek, pozostała jedynie ona i Pszczela Duma. Nie tak dawno opuściła je Mgliste Spojrzenie, umierając w ciszy, samej. O jej śmierci zawiadomili dopiero inni starsi, dzielący z nią legowisko.
– Bardzo dobrze, Mandarynkowa Łapo – pochwaliła terminatorkę, pozwalając jej wyjść na skrawek lądu obok niej.
Kotka zajęła miejsce przed stertą wcześniej wyłowionych ryb, dokładając do niej swoją zdobycz. Zarówno ona, jak i jej siostra, Algowa Łapa, były już doświadczonymi uczennicami. Pchli Nos regularnie składał swojej liderce raport dotyczący postępów w szkoleniu jej wnuczki, dzięki czemu Srocza Gwiazda miała dokładny wgląd w jej trening. Z czystym sercem mogła przyznać, że obie jej wnuczki były już gotowe na dołączenie do wojowników Klanu Nocy. Obie wykazały się ponadprzeciętnymi umiejętnościami, tak jak na jej potomkinie przystało. Jedynym co martwiło liderkę, było niezdecydowane podejście jej loczkowanej wnuczki. Coraz częściej widywała ją w towarzystwie Skrzelowego Szeptu, co napawało ją niepokojem. Nie tylko przez jego pochodzenie i specyficzny sposób bycia, ale także różnicę wieku, jaka dzieliła oba koty. Na jej prośbę, mentor Algowej Łapy miał mieć ją na oku w trakcie kontaktów z czekoladowym i reagować natychmiast, gdyby kocur tknął jej wnuczkę.
– Wracajmy do obozu – zarządziła Srocza Gwiazda, wstając z miejsca. – Muszę coś jeszcze załatwić.
Pamiętała obietnicę o wizycie, złożoną Zimorodkowej Łapie, trzeciej córce Wirującej Lotki. Kotka, która z początku szkoliła się pod łapą swojego stryja, Kolcolistnego Kwiecia, w trakcie treningu odnalazła swoje prawdziwe powołanie, kryjące się w legowisku medyka. To wszystko stało się za sprawą omenu, martwego zimorodka, który spadł wprost do obozu Klanu Nocy. To on utwierdził Strzyżykowy Promyk w przekonaniu o drodze liliowej. Mianowanie uczennicy medyczki nie należało do obowiązków Sroczej Gwiazdy, jednak nadal, z zasłyszanych od młodszej historii wynikało, iż w krótkim czasie poczyniła spore postępy, a człon "Łapa" szybko ją opuści. Podobno ruda pozwalała jej już nawet samodzielnie wybierać sposoby kuracji niektórych pacjentów, co tylko potwierdzało, jakie zaufanie pokładała w swojej podopiecznej. Zmierzchająca Łapa, przyjaciółka Mandarynkowej Łapy oraz Krzycząca Makrela, wydawali się być bardzo zadowoleni z opieki księżniczki. 
<Mandarynkowa Łapo?>
[1455 słów]
[przyznano 15%]
Wyleczeni: Krzycząca Makrela, Zmierzchająca Łapa

28 czerwca 2024

Od Sroczej Gwiazdy CD. Mandarynki (Mandarynkowej Łapy)

Księżyce mijały spokojnie, kocięta dojrzewały, a Klan Nocy rósł w siłę. Jedynym problem jaki się pojawił, było nagłe zniknięcie Kawczego Serca razem z Płotkową Łapą, które wywołało nie lada poruszenie wśród młodszej części klanu. Koty spoza rodziny i tak nie znały szczegółów jej zniknięcia. Po tym jak Spieniony Nurt przybyła do jej legowiska, na puchowych nogach, przejętym głosem szepcząc o decyzji byłej uczennicy Sroczej Gwiazdy, koty zaczęły się podburzać. Całe szczęście, była to jedynie część blisko związana z zaginionymi. Pozostali wojownicy, którzy otrzymali jedynie pobieżne informacje, z wersją bardzo uszczuploną w szczegóły, nie zdawały się być aż tak poruszone. Fakt, była to spora strata dla klanu, jednak po kilku nieudanych patrolach poszukiwawczych, każdy musiał powrócić do swojego normalnego trybu życia. Nawet najbliższa sercu Kawki kocica, była wojowniczka Klanu Klifu zwana Księżycowym Blaskiem, wydawała się nie znać planów partnerki, uparcie wyruszając na kolejne poszukiwania, których efekty były marne. Gleba była rozmokła, szybko przykrywana śniegiem, nie dając dużo czasu na odnalezienie rozpływających się w mgnieniu oka śladów. Liderka współczuła zarówno jej, Porannemu Ferworowi, jak i ich dzieciom. Kawcze Serce zawiodła ją. Popisała się swą samolubnością i hipokryzją, która do reszty zaślepiła jej umysł. Zabrała małe kocię, zaledwie sześcio księżycową uczennicę, na pewną śmierć. Pora Nagich Drzew, nawet lekka i bez mrozów takich, jak jeszcze sezon temu, była niebezpieczna, a koty nieprzyzwyczajone do samotniczego trybu życia miały niskie szanse na przeżycie. Srocza Gwiazda zdawała sobie sprawę z tego, jak wielkie różnice dzieliły życie kotów klanowych od samotniczych. Samotnicy i włóczędzy nie mieli zwykle na kim polegać, skupiając się na swoim własnym przeżyciu. Nigdy nie pomogliby też nikomu, nie mając pewności, że wyniosą z tego jakieś korzyści. Podczas mroźniejszych okresów wojownicy potrafili znajdować zwłoki samotników, walające się na granicach klanów, czy leżące w oddali po roztopach, kiedy pokrywający je śnieg się rozpuścił, odsłaniając martwe, wychudzone ciała. I o ile Srocza Gwiazda nie wątpiła w umiejętności czarnej, sama ją uczyła i wiedziała, że kotka świetnie sobie radzi zarówno w wodzie jak i na lądzie, tak polowanie na obcych terenach, kiedy grunt jest lepki, drapieżniki głodne, a włóczędzy krążą w okolicach klanów, co jakiś czas atakując niewinnych wojowników, nie wyglądało dobrze. Szczególnie, że kocica na swoich barkach nie miała tylko swojego życia, ale także tej małej, niewyszkolonej koteczki, która ledwo co sama zyskała człon “Łapa”.
Przykrym było, że zielonooka skazała siebie i czekoladową na śmierć, w imię idei, której Srocza Gwiazda nie mogła pojąć. Zabrała ją i siebie od domu, rodziny, stałego dostępu do pożywienia i ciepłego legowiska. Młodsza prawdopodobnie nie miała nawet za dużo do powiedzenia. Była dzieckiem. Musiała słuchać się starszych. Nie zdążyła poznać na tyle świata i życia, by samej móc zadecydować o swoim losie. W zimnych oczach liderki było to jawne morderstwo Płotkowej Łapy, która była zbyt młoda i niepewna, by podejmować tak poważne decyzje. A Kawcze Serce, jako dorosła kocica, wzór do naśladowania, samozwańcza wybawczyni, zmusiła ją do wiecznej tułaczki w samotności, bez własnego kąta. Mimo skrawków czekoladowej sierści, starej liderce nadal było żal kocięcia.
Piórolotkowy Trzepot i Karasiowa Ławica, którzy przybyli do niej kilkanaście wschodów słońca po tym wydarzeniu, wydawali się być, podobnie jak zbiegła Kawka, niewidomi wobec realiów świata. Nie widzieli, kto w rzeczywistości ranił ich klan, kto skazał Płotkową Łapę na śmierć i kogo oni tak zażarcie bronili. Liderka nadal doceniała ich próbę rozmowy, jednak w tym samym czasie, droga jaką musieli jeszcze przejść, była długa i pokrętna, ponieważ taką właśnie sobie wybrali. To kiedy przejrzą wreszcie na oczy było jedynie kwestią czasu i chęcią do zobaczenia czegoś więcej niż “urojonego dobra”, w jakie tak zaciekle wierzyli.
– Możesz już zejść, Mandarynkowa Łapo! – zakrzyknęła do uczennicy, zeskakując na bezpieczny grunt.
Srebrna spojrzała na nią z góry, niepewnym wzrokiem lustrując otoczenie w poszukiwaniu gałęzi, na którą może bez obaw wskoczyć. Po kilku uderzeniach serca zaczęła schodzić, raz po raz czepiając się pazurkami kory jesionu, na którym to chwilę temu uczyła się wspinać. Ostatecznie udało jej się wylądować obok babki, z zadowoloną i wysoko uniesioną główką.
– Dobrze ci poszło – pochwaliła wnuczkę łaciata – Musisz jedynie dopracować swoją technikę schodzenia. Parę razy omsknęła ci się łapa, ale jestem przekonana, że szybko udoskonalisz tę umiejętność.
Mandarynkowa Łapa przytaknęła. Starsza kocica cieszyła się, że młoda tak szybko nabiera wprawy. Większość umiejętności nabywała bez większego problemu, a jedynym do czego Srocza Gwiazda mogła się doczepić, było jej… zachowanie, wobec niektórych członków Klanu Nocy, konkretnie tych o czekoladowej sierści. Wierzyła jednak, że po paru przeprowadzonych z nią rozmowach, uczennica zyska więcej taktu. Wciąż była wszakże kocięciem, które dopiero się uczyło. Do tego Wirująca Lotka, jej zmarła matka, jeszcze za życia większość swej uwagi poświęcała Płotkowej Łapie, co zdaniem liderki, mogło częściowo uzasadniać jej wrogość wobec siostry. Do teraz pamiętała, jak Kawcze Serce potrafiła spozierać na srebrną. Jej oczy wypełnione były nieprzychylnością w stronę małej kotki.
– Wracamy już do obozu? – spytała niższa, rozglądając się na boki.
Liderka spokojnie skinęła jej łbem, ruszając przed siebie. Uczennica szybko zrównała z nią krok, po drodze jeszcze odkopując wcześniej skryte pod kupką ziemi i liści piszczki - rozespaną wiewiórkę, która spała w dziupli drzewa, na jakim trenowały kotki oraz rudzika. Obie trzymając pochwycone przez siebie zwierzęta kierowały się w stronę obozowiska, którego trzcinowe ściany widać było tak szybko, jak wyszły z leśnej gęstwiny. Spod topniejących kupek śniegu wyrastały pierwsze przebiśniegi i krokusy, zwiastuny mającej przyjść lada moment Pory Nowych Liści. Kolorowe kwiaty przypomniały liderce o wydarzeniu mającym miejsce parę wschodów słońca wcześniej, kiedy to Czapli Taniec i Wodnikowe Wzgórze przyszli do niej z prośbą o błogosławieństwo. Oboje byli już starsi, jednak nie wydawali się być tym szczególnie przejęci. Pierwsza podobna ceremonią, jakiej udzielała Srocza Gwiazda, była zawarta między jeszcze starszymi kotami - Jaskrowym Pyłem oraz Szyszkowym Zagajnikiem, którzy aktualnie wspólnie odpoczywali w legowisku starszyzny. Ślub był miłym wydarzeniem. Barwnym i pomimo braku świetlików wesołym. Szczególnie moment rozdawania prezentów i rzut żabą, którą Bratkowe Futro wygrzebała z mułu. Wszyscy uczestnicy zdawali się cieszyć chwilą, nawet ci nieproszeni, jak Kazarkowa Śpiewka, która cudem złapała żabę, by następnie przegrać ją w potyczce z cztero-księżcyową Zmierzch, jedną ze znajdek, którymi opiekowała się Bratkowe Futro.
– Jesteśmy już blisko – skomentowała Mandarynkowa Łapa, zanurzając się w zimnej wodzie.
Faktycznie, wejście do obozu znalazło się parę lisich długości od nich. Powoli zachodzące słońce nadało wodzie pomarańczową barwę, która działała kojąco na ostatnio zszargane nerwy liderki. Za nimi rozległ się chlupot - to jeden z patroli właśnie wracał, podobnie jak one, do obozu. Trzcinowisko szumiało, a pojedyncze kawałki lodu spływały powoli w stronę morza. Po wyjściu na stały ląd otrzepały się z kropli wody, szybko przesuwając się do przodu, aby nie stać dłużej w rozmokłym błocie. Były już w tunelu, kiedy do ich uszu dobiegł przeraźliwy wrzask, któremu zawtórowały kolejne, każdy coraz boleśniejszy. Mandarynkowa Łapa w ostatniej chwili została powstrzymana przed wystrzeleniem w przód, przez głośny syk, wypuszczony z pyska liderki. Za sobą poczuły wojowników, także próbujących przebić się do wnętrza obozu.
To, co zastała po wydostaniu się z korytarza, przerosło jej wszelkie oczekiwania. Na środku obozowej areny, która jeszcze chwilę temu musiała być głośna i zatłoczona, o czym świadczyły kotłujące się przy ścianach koty i rozrzucone wokół sterty na zwierzynę piszczki, leżało nieruchome, zakrwawione ciało Nawałnicowej Łapy. Szkarłat ściekał mu w dół, od karku do szyi, sugerując śmierć przez uszkodzenie kręgów. Mimo to jego skóra była pokryta zadrapaniami od pazurów. Niedaleko niego leżała Okraszona Polana z rozerwaną szyją i podobnie jak uczeń ciałem pokrytym szramami. Przy ścianie zataczał się Czapli Taniec, którego bark zdobiło ugryzienie. Na samym środku obozu stał sprawca tego wszystkiego. Zgarbiona postać, z niegdyś białym pyskiem, teraz pokrytym szkarłatem, z którego strumieniami ściekała ślina. Brązowe, posklejane i zaniedbane futro, poczochrane jak upiór. Błotnista Plama. Paskuda. Odrzucona przez Sroczą Gwiazdę siostra. Ta cicha, wiecznie przerażona dziwaczka, wariatka, jak niektórzy ją zwali, zmora kociąt i matka Kawczego Serca, która porzuciła ją już dawno temu. Krzycząca na widok własnego cienia. Jej morda wykrzywiona była w nienaturalnym uśmiechu, drgającym co jakiś czas, kiedy kolejne fale śliny zmieszanej z krwią wylewały się spomiędzy jej rozwartych szczęk. I te puste oczy. Obce, niekocie, niedrapieżne, niepiszczkowe, nieobecne. Wszystko trwało kilka uderzeń serca. Czekoladowa wojowniczka nagle zerwała się przed siebie, koślawo stawiając każdy krok, a jej świeżo porwane uszy poruszały się w mylący sposób. Kierowała się w stronę ściany żłobka, przy której zwinięta leżała Zmierzch. Wielkie, sparaliżowane strachem oczy czekały na swój koniec. W pysku kocięcia nadal zwisała kulka mchu, którą jeszcze chwilę temu musiała się bawić. Lisią długość dalej, przy legowisku starszyzny, Kotewkowy Powiew blokowała drogę Bursztynowi, próbując za wszelką cenę utrzymać go pomiędzy swoimi łapami i nie pozwolić, aby rzucił się do siostry. Spełniała swój obowiązek piastunki. Srocza Gwiazda skoczyła przed siebie, paroma susami skracając odległość między nią, a Paskudą. Powaliła ją w locie, tuż przed rzuceniem się na Zmierzch. Nie myślała długo, wgryzła się w szyję kocicy, nie puszczając, dopóki ta nie stała się wiotka i przestała wierzgać. Odsunęła się, wypluwając z pyska skrawki brudnego, przesiąkniętego odorem wymiocin i brudu futra oraz krwi. Przez chwilę myślała, że martwe oczy siostry wpatrują się w nią, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że nie było to prawdą. Zielone, matowe już od dawna ślepia utkwione były w nocnym niebie. Obróciła się przez ramię, chcąc upewnić się, że czarna jest cała. Przy kotce, ku uldze liderki, już czuwała piastunka i jej brat. Kotewkowy Powiew ciasno owinęła kocięta ogonem, uważnie oglądając całe ciałko roztrzęsionej, niedoszłej ofiary Błotnistej Plamy. Srocza Gwiazda wyprostowała się, rozglądając się po obozie. Strzyżykowy Promyk próbowała z pomocą Różanej Łapy odsunąć chlipiącego w futro partnera Wodnika, aby móc bliżej przyjrzeć się jego ranie, podczas gdy Pchli Nos, uczestniczący w tym samym patrolu co Wodnikowe Wzgórze, zawisł nad Okraszoną Polaną. Większość spojrzeń była jednak wbita w nią, bojąc się ruszyć, aż nie dostaną sygnału, że już po wszystkim.
– Nie żyje.
***
Minęło parę susów księżyca, a ten zdążył się już znaleźć na szczycie. Mimo trwającej nocy, po obozie nadal rozchodziły się szepty i rozpaczliwe łkanie, jeżące włos na karku. Parę kotów zgłosiło się do pomocy przy znoszeniu zwłok, wszystkich oprócz ciała Błotnistej Plamy. Pozbyciem się go miał się zająć zgodnie z prośbą Cuchnący Śledź. Zabrać tak daleko od obozu jak się da i zakopać jak najgłębiej, by słońce nie miało szansy do niej dotrzeć.
– Czy on wydobrzeje? – pociągnął nosem Wodnikowe Wzgórze, rozpaczając nad śpiącym małżonkiem.
– Oczyściłyśmy jego rany i je opatrzyłyśmy. Teraz zostało nam jedynie czekać.
– Ale! – próbował zaoponować niepocieszony pręgus, przestępując z łapy na łapę.
– Nie ma ale – upomniała go ruda – Zimorodkowa Łapo, podaj Wodnikowemu Wzgórzu nasiona maku. Pomogą mu zasnąć. Musisz być odpowiedzialnym wojownikiem i nie sprzeciwiać się medyczce. – syknęła do kocura, który już więcej się nie odezwał.
Liliowa księżniczka podała mu zwitek, w którego wnętrzu kryły się drobne, czarne nasionka, a następnia pozwoliła mu odejść. Strzyżykowy Promyk westchnęła ciężko.
– Srocza Gwiazdo, musimy natychmiast porozmawiać. Wy też – zwróciła się do swoich dwóch pomocnic.
Czarno-biała liderka, dotąd zachowująca milczenie, uniosła oczekująco wzrok na niebieskooką.
– Mów – poleciła.
– To… co dzisiaj zaszło w obozie... – zaczęła, przełykając ślinę ruda – To nie była zwykła sytuacja. – Srocza Gwiazda ledwo powstrzymała się przez zirytowanym parsknięciem – Błotnista Plama od dłuższego czasu wykazywała symptomy pewnych… problemów, jednak dzisiejsze wydarzenie… To choroba ciała, mózgu i duszy. Słyszałam o niej zaledwie parę razy, jeszcze jako uczennica, kiedy szkoliłam się u boku Muchomorzego Jadu. Jest rzadka, silnie zaraźliwa, jednak nieuleczalna. Przenosi się przez ślinę zarażonego. Nigdy nie przypuszczałam, że doświadczę jej na własne oczy…
Trójka kocic słuchała w osłupieniu. To co mówiła medyczka, brzmiało nierealnie, jak choroba stworzona przez Mroczną Puszczę.
– Czyli to dlatego kazałaś wszystkim ostrożnie obchodzić się ze zwłokami. To nie była troska o ich uszkodzenie, tylko o żyjących… – podsumowała Różana Łapa.
Srocza Gwiazda poczuła, jak Zimorodkowa Łapa przywiera do jej boku. Splotła z nią ogon.
– Czy uważasz, że to może być jakiś znak od Gwiezdnych? – zapytała bardzo bezpośrednio liderka.
To nie mógł być przypadek, że akurat czekoladowemu kotu odbiło. Że ktoś taki jak Paskuda stał się krwiożerczym mordercą, gorszym od borsuka, gorszym od tego co zrobiła chociażby Makowe Pole. Czyżby Klan Gwiazdy chciał pokazać, czym mogą stać się czekoladowi? Błotnista Plama nie była jedynym kotem o takim kolorze sierści, który był na skraju postradania zmysłów.
– Nie wiem – odparła zmieszana Strzyżyk.
Wewnątrz legowiska medyka nastała smętna, ciężka cisza, przerywana deszczem, który zaczął padać na zewnątrz.
– Ale… Skoro jest silnie zaraźliwa… To co z Czaplim Tańcem?
Słowa Zimorodkowej Łapy odbiły się głuchym echem po kamiennych ścianach. To było najważniejsze pytanie.
– Pozostało nam czekać.
***
– Koty Klanu Nocy! – zawołała z góry sumaka Srocza Gwiazda, zwracając się do zebranych w dole wojowników – Wczorajsza tragedia jest nie do pojęcia. To czego dopuściła się Błotnista Plama… Nie da się opisać słowami, które pochwaliliby przodkowie. Straciliśmy wojowniczkę, młodego ucznia, a w dodatku Czapli Taniec, jej były i jedyny uczeń, który jeszcze parę wschodów słońca wcześniej radował się ślubem, teraz leży w legowisku medyka, a jego stan jest niejasny. Strzyżykowy Promyk jest w trakcie interpretacji tego wydarzenia. Musimy jednak zachować ostrożność. Zdaje się, że niektóre koty mogą nosić na sobie swego rodzaju klątwę, chorobę obejmującą ciało, serce i duszę, którą zarażają innych, dlatego proszę, zachowajcie ostrożność, szczególnie wobec kotów wykazujących anormalne zachowania, takie jak ślinotok, obawa przed światłem, szukanie odosobnienia, niepokojąca lękliwość czy wymioty. – zapauzowała, by wziąć kolejny głębszy oddech i dać tłumowi czas na przetrawienie informacji, które o przekazanie prosiła ją medyczka – Chciałabym też uhonorować Nawałnicową Łapę, który zmarł zanim miał szansę dostąpić do swojej ceremonii mianowania na wojownika. Od dzisiaj będzie znany jako Nawałnicowy Ryk i z tym też imieniem spocznie i zostanie pochowany. Proszę, aby parę silnych i chętnych kotów zebrało się i pomogło w pochówku jego oraz Okraszonej Polany i w przepłynięciu rzeki przez Mgliste Spojrzenie.
Koty przez chwilę milczały, rozglądając się po sobie. W tłumie dostrzegła, jak Krzycząca Makrela zerka niepewnie na syna, wnuka Błotnistej Plamy. Jej uwagę szybko jednak odwrócił Pchli Nos, przyjaciel Okraszonej Polany, Wodnikowe Wzgórze, a nawet Biedronkowe Pole, która najwyraźniej poczuła obowiązek pożegnania swojego podopiecznego. Spodziewała się, że ktoś może sprzeciwić się jej werdyktowi, jednak najwyraźniej wszyscy uznali, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a kłótnie nad zwłokami, które jeszcze wczoraj były ich rodziną i przyjaciółmi, były bardzo nie na miejscu. Podczas gdy inne koty zaczęły się przegrupowywać i przygotowywać do patrolu, wyczuwając zakończenie zebrania, na gałąź obok niej wspięła się Mandarynkowa Łapa.

[2339 słów ]
[przyznano 23% ]

<Mandarynkowa Łapo?

23 czerwca 2024

Od Sroczej Gwiazdy CD. Stokrotki

Przed zaginięciem Kawczego Serca i Płotkowej Łapy
Życie Sroczej Gwiazdy mijało we względnym spokoju. Od śmierci jej córki, Wirującej Lotki, minęło parę księżyców, a życie powoli wracało do normy. Treningi ze swoją nową uczennicą, Mandarynkową Łapą, uważała za udane. Jedyną umiejętnością, która wymagała była jej…. Dyskrecja i umiejętność zachowania się. Kocica już nie raz musiała upominać srebrną, aby ta zachowała niektóre komentarze skierowane w stronę czekoladowej zachowała dla siebie. Młoda musiała zrozumieć, że kotami nie włada się strachem, a rozumem i sprytem, inaczej w przyszłości może skończyć jak poprzedniczka Sroczej Gwiazdy, aktualnie znana w klanie jako Mgliste Spojrzenie. Tyranka, jej dawna przyjaciółka, była idealnym przykładem efektów i konsekwencji, jakie spotykały morderców. Została obalona i znienawidzona przez ponad połowę klanu, któremu zabiła bliskich, rodzinę, mentorów i przyjaciół. Nadal jednak w klanie żyli jej zwolennicy, a jednym z nich była sama Kawcze Serce, druga uczennica Sroczej Gwiazdy. Z początku pełna potencjału, młoda wojowniczka, przez wpływ swojej czekoladowej matki oraz Topikowej Głębiny, szybko pogrążyła się w swej hipokryzji, popierając morderczynię bardziej niż swoją mentorkę, a zarazem ciotkę i to samo przekazywała swoim bliskim i potomstwu. W oczach Sroczej Gwiazdy, Kawcze Serce za wszelką cenę próbowała umoralnić wszystkich wokół, swój wzrok odciągając od gorzkiej prawdy tak daleko jak się dało, ignorując fakty, żywe dowody, byleby ułożyć swój światopogląd pod własne przekonania. W przeciwieństwie do swojego rodzonego brata, Krzyczącej Makreli, była zaślepiona i nie doceniała spokoju, jaki w klanie zaniosła ciotka.
Srocza Gwiazda siedziała na czubku wysokiego sumaka, skryta pośród jego szkarłatnego kwiecia, obserwując w ciszy rozmokły obóz. Na niższych gałęziach siedziała Mandarynkowa Łapa i Różana Łapa, plotkując o czymś nad bezwładnie zwisającym spod ich pazurów stworzeniem. Przy legowisku wojowników Lodowy Omen, kotka z Klanu Wilka, dyskutowała zawzięcie z Kruczym Szponem, która jak gdyby nigdy nic wylizywała swoje jasne pazury. Pod trzcinową ścianą, w ustronnym kącie obozu, język dzielili Wodnikowe Wzgórze i Czapli Potok, czule liżąc swoje grzbiety, porośnięte zimową okrywą szyje, pyski... Srocza Gwiazda pospiesznie odwróciła wzrok, czując, że patrzy na coś, na co nie powinna. W okolicach z wyjścia obozu rozległy się głośniejsze szmery, które na całe szczęście szybko odciągnęły umysł liderki od obrazu miziających się wojowników. Krzycząca Makrela, Ryjówkowy Urok i Spieniony Nurt. Pysk kocura mocno zaciśnięty był na niedużej, obcej kotce, wyglądającej na niewiele starszą od jej wnuczek. Srocza Gwiazda zgrabnie zeskoczyła w dół, zbliżając się do nowoprzybyłych.
– Srocza Gwiazdo – powitała ją Ryjówkowy Urok skinieniem głowy – Znaleźliśmy ją w zaklinowaną wśród konarów na rzece. Siedziała w jednym z gniazd noszonych na grzbietach przez potwory dwunożnych.
Faktycznie, od kremowej kocicy bił silny smród samotników i oddechu potworów. Po pobieżnych oględzinach, Srocza Gwiazda powróciła wzrokiem na szczupłą postać szylkretki.
– Mówiła cokolwiek? – spytała, ruchem ogona dając znać srebrnemu, że nie musi jej tak kurczowo trzymać.
Krzycząca Makrela upuścił kotkę, która nadal milcząc spadła na ziemię.
– Nic, mamo – odpowiedziała Spieniony Nurt.
Czarno-biała westchnęła.
– Umiesz mówić, dziecko? – zwróciła się do samotniczki.
Obca pokiwała głową, ogonem ciasno owijając swoje łapy.
– W takim razie jak się nazywasz i co najważniejsze - skąd wzięłaś się na terenach Klanu Nocy? – ton Sroczej Gwiazdy był wyniosły, a spojrzenie zielonych oczu chłodne i odległe.
– S-stokrotka – wzdrygnęła się obca – I… nie wiem. Nie wiem skąd się tu wzięłam. Nie pochodzę stąd! – zakwiliła. – Jeszcze zeszłego wieczoru byłam w swoim mieście, a teraz… Nie wiem nawet jak wrócić.
Faktycznie, kotka nie pachniała znajomo, jak chociażby samotnicy leśni. Srocza Gwiazda z ulgą stwierdziła, że Stokrotka nie może należeć do gangu kotów, który niegdyś napadał ich tereny.
– Co z twoimi rodzicami? Nie będą cię szukać?
– Nie żyją…
Odpowiedź Stokrotki nie była dla Sroczej Gwiazdy dużym zaskoczeniem. W świecie wojowników sieroty zdarzały się bardzo często. Być może, podobnie jak ich wcześniejsze nabytki, młoda została wyrzucona przez dwunożnych?
– W porządku – zaczęła Srocza Gwiazda – Możesz u nas pozostać do następnego wschodu słońca. Zajmie się tobą Strzyżykowy Promyk, nasza medyczka. Obejrzy, czy nie masz żadnych obrażeń. Po tym czasie będziesz musiała zdecydować co dalej uczynisz. Spieniony Nurcie, odprowadź ją do legowiska medyków. – poleciła córce, która bez słowa doskoczyła do kremowej, pyskiem wskazując, w którą stronę mają się udać.
Kodeks jasno zakazywał porzucania kociąt w potrzebie, dlatego liderka nie miała innego wyboru, niż udzielić młodej pomocy. Wzrokiem starzejących się oczu odprowadziła dwójkę kotów.
– O matulu! – wrzasnęła przechodząca obok Stokrotki i Spienionego Nurtu Kazarkowa Śpiewka – To kolejne w tym księżycu!
<Stokrotko?>

01 czerwca 2024

Od Sroczej Gwiazdy CD. Zimorodek i Algi

Pierwsze wschody słońca po śmierci Wirującej Lotki były dla całej rodziny królewskiej nadzwyczaj ciężkie, a szczególnie dla samych sierotek, które na świecie pozostawiła wojowniczka. Często o nią dopytywały, czasem nawet szukały jej w zakamarkach żłobka, wciskając noski i klinując swoje łapki w krzewinkowych szparkach. Mimo częstych odwiedzin kuzynów, ciotek, babci i ojca, a nawet niespokrewnionych z nimi kotów, smutne iskierki nadal pojawiały się od czasu do czasu w małych, powoli wybarwiających się oczętach księżniczek. Jednak były młode, a z samą matką nie zdążyły się zżyć, stąd w Sroczej Gwieździe nadal żyła nadzieja, że wkrótce cała czwórka stanie na łapki. Ona także szybko straciła matkę, w tym samym momencie, w którym została podrzucona na dawne tereny Klanu Nocy, jako niespełna kilku księżycowe kocię, obarczone niesamowitą odpowiedzialnością, położoną na jej barkach przez Łasiczy Kieł. Sama pamiętała, jak niegdyś matka była dla niej wszystkim. Każdym porankiem, wieczorem, snem, każdym posiłkiem czy polowaniem. Nadal chwilami czuła, że rodzicielka spoziera na nią z góry, swymi wąskimi, żółtymi oczami oceniając każdą podjętą przez nią decyzję.
Nieoczekiwany szelest wybudził ją z płytkiego snu. Para zielonych ślepi wbiła się w dwie, małe postaci, których plecy oświetlał delikatny blask księżyca.
– Babcia! – pierwsza krzyknęła Alga.
– Cześć Babciu! Czy mogłybyśmy u ciebie zanocować? – pisnęła Zimorodek, przestępując z łapki na łapkę.
– Plosimy!!! – dodała czarno-biała, podskakując w miejscu.
Wielkie, czarne źrenice wbiły się w odpoczywającą sylwetkę babki, trzepocząc przy tym rzęsami. Starsza westchnęła, rozchylając swoje długie przednie kończyny. Nie miała serca ani ochoty odsyłać wnuczek do żłobka.
– Dobrze, dobrze… – wymruczała sennie, kręcąc łebkiem.
Księżniczki radośnie zakwiliły, ochoczo korzystając z okazji ułożenia się pomiędzy łapami babki. Szybko wtuliły się w jej gładką sierść, a liderka poczuła, jak jedna z nich zaciąga się jej zapachem.
– Woah… Ładnie tu masz, babciu – skomentowała Zimorodek, rozglądając się na boki.
– Mmh… – przytaknęła Srocza Gwiazda, kładąc pysk na swoich łapach. – Dobranoc, kaczuszki… – dodała pieszczotliwie, chcąc wrócić do snu, z którego chwilę temu ktoś ją wybudził. Nie była już taka młoda, nie mogła sobie pozwolić na zarywanie cennych nocy.
– Dobranoc babciu, dobranoc Algo!
– Dobranoc! – zawtórowała siostrze liliowa.
Nastała chwila ciszy. Kocięta zaczęły powoli układać się do snu, a Alga wcisnęła się pod brodę zielonookiej, szukając ciepła. Na zewnątrz słychać było ciche pochrapywanie Czaplego Tańca oraz typowy dla Klanu Nocy, szum opływającej wyspę wody.
– Nie jesteś zła, że uciekłyśmy, babciu? – milczenie przerwała Alga, ze stęknięciem wyczołgując się nieco spod przygniatającej jej bródki.
– Nie… – odpowiedziała sennie liderka, mlaszcząc ze zmęczeniem.
– Jesteś pewna?
– Mhm…
– Ani troszeczkę?
– Tak…
– Ani w najmniejszym, najtyćniejszym stopniu?
Srocza Gwiazda machnęła ogonem, w głowie już szykując poranną reprymendę dla Kotewkowego Powiewu za niedopilnowanie swoich siostrzenic.
– Ani w najmaluśniejszym, najpchlejszym, najmaciupniejszym stopniu… – zapewniła wnuczkę.
– To dobrze – powiedziała ucieszona, a po legowisku lidera rozległo się głośne, zadowolone mruczenie księżniczek.
***
Poranek rodziny królewskiej był pełen wrażeń, ponieważ tuż po wzejściu słońca, po obozie biegała w panice niewyspana piastunka, nawołując imiona dwóch zbiegłych zeszłej nocy księżniczek. Jednak nawet po odnalezieniu zgub, nie mogła sobie pozwolić na chwilę ulgi, a matka bardzo dosadnie skrytykowała jej sposób pilnowania przyszłości klanu. Otrzymała ona chwilową przerwę na przemyślenie swojego zachowania oraz pożywienie się, podczas gdy Srocza Gwiazda zabrała całą czwórkę wnucząt między przybrzeżne szuwary, aby miały szansę lepiej zapoznać się z wodą, która na ich szczęście w tym miejscu była bezpiecznej dla kocięcia głębokości. Sama siedziała na mieliźnie, czując, jak chłodna woda obmywa jej starzejące się łapy. Trzcina była gęsta, tworząc nieugiętą ścianę, chroniącą obóz przed silnym wiatrem, zimnem oraz drapieżnikami, które mogłyby chcieć zapolować na młodego kota. Od czasu wypadku Pchlego Nosa, w którym to kocur został porwany przez wydry, miejsce to stało się o wiele lepiej strzeżone, często odwiedzane nie tylko przez mieszkańców żłobka, ale także spragnionych lub szukających prywatności wojowników. Wokół mielizny trawa była intensywnie zielona, chętnie korzystając ze stałego dostępu do wody. Porą Nowych Liści, “kącik zabaw”, jak niektórzy go żartobliwie nazywali, był najurodziwszy, pełen świeżych trzcinek, a nawet małych kijanek i innych żyjątek, na których kocięta mogły odbywać pierwsze nauki łowienia.
– Babciu, babciu spójrz! – krzyknęła Mandarynka, pyszczkiem wskazując na nadlatujące stworzenie.
Kocica, idąc za spojrzeniem grzecznie siedzącej przy niej potomkini, skierowała swoje ślepia ku niebu. Pozostała trójka chlapiących się księżniczek także przystanęła, z uwagą przyglądając się motylowi, który raczył je odwiedzić. Blado żółty motyl, z czarną siateczką pokrywającą jego skrzydła, których dolna partia była charakterystycznie postrzępiona oraz przyozdobiona małą, szkarłatną kropeczką, która na myśl przywodziła kropelkę krwi. Srocza Gwiazda pełnym gracji ruchem uniosła łapę do góry, wysuwając z ukrycia jeden z jej jaśniejących w promieniach dnia pazur. Motyl nieśmiało zatrzepotał skrzydłami, przysiadając na wyciągniętej w jego kierunku kończynie.
– Jakie ładne… Co to? – spytała Zimorodek, przysuwając się bliżej babci.
Razem z pozostałą trójką rodzeństwa okrążyły starszą, z oczami pełnymi dziecięcej fascynacji wpatrując się w kolorowego owada.
– To motyl. Paź królowej – wyjaśniła Srocza Gwiazda, pozwalając mu na wędrówkę wzdłuż jej obnażonego szponu.
– A czemu się tak nazywa? – miauknęła Alga, próbując po siostrach wspiąć się wyżej i tym samym zyskać lepszy widok na nową istotę.
Srocza Gwiazda zamyśliła się.
– Ponieważ był najbliższym towarzyszem królowej. – wyjaśniła ze spokojem, pozwalając swojej łapie nieznacznie opaść niżej, aby kocięta miały lepszy widok na trzymanego przez nią motyla.
– A czy królowa nie powinna mieć swojego… Swojego kró… Królika? – zastanowiła się Zimorodek, na której pysk wstąpił wyraz głębokiej zadumy.
Liderka uśmiechnęła się słabo, wywracając oczami.
– Królików w to nie mieszajmy! – poprosiła Srocza Gwiazda. – Cóż… Istniał kiedyś motyl, który szaleńczo zadurzył się w młodej królowej mrówek. Poznał ją jeszcze kiedy posiadała mieniące się wieloma barwami skrzydła i swym pięknem cieszyła niebiosa. To była miłość od pierwszego wejrzenia, jednak nigdy nie miała prawa bytu. Oboje od początku mieli przypisany sobie los, do tego każde z nich należało do innych światów. Motyl, nie mogący żyć bez wolności w rozległych przestworzach oraz mrówka, nie będąca w stanie żyć poza podziemnymi norkami. Wtedy jeszcze księżniczka, musiała pozostać wierna mrowisku i wypełnić swoje przeznaczenie, dbając o kolonię. Po stracie skrzydeł opadła na ziemię i schowała się w jej wnętrzu, w mrocznych odmętach tuneli kopca, by już nigdy nie spotkać ukochanego pazia. Ona wypełniła swoje przeznaczenie, jednak zrozpaczony i rozgoryczony motyl nie był w stanie pogodzić się z utratą królowej. Dniami i nocami przemierzał łąki i lasy, lecąc tuż nad ziemią, szukając swojej muzy. Było to jednak coś wbrew jego powołaniu, bo przecież motyl powinien latać wysoko, pośród kwiatów i drzew. Pewnego dnia wybrał się nad rwącą rzekę, w której spostrzegł postać do złudzenia przypominającą jego niegasnącą miłość. – kontynuowała kocica, obracając pazur, po którym wędrował motyl – Obniżał swój lot i obniżał, niebezpiecznie zbliżając się do tafli, ale widząc coraz wyraźniej, jak mu się zdawało, sylwetkę mrówczej królowej, za którą tak szaleńczo tęsknił. Przez jego obłąkanie nie zdał sobie sprawy aż do ostatniej chwili, że to, co widział w wodnych odmętach, było tylko i wyłącznie jego własnym odbiciem. Tak więc, kiedy jego delikatne, cienkie skrzydełka zetknęły się z powierzchnią wody, było już za późno na ratunek, a rzeka pochłonęła go, wciągając w muliste głębiny. – zakończyła opowieść kocica – Dlatego nazywamy go właśnie paziem królowej.
Nastrój w kąciku zabaw uległ zupełnej przemianie.
– I… i już nigdy się nie zobaczyli? – spytała drżącym głosem Mandarynka.
Srocza Gwiazda pokręciła głową.
– Ale-ale to smutne! – załkała Alga, przywierając do łapy babci. – A co z nim? Czy on też odejdzie? – dodała, chlipiąc u stóp starszej.
Czarny ogon nakrył płaczące kocię, kojąco gładząc je po grzbiecie.
– Może… A może nie. Kto wie? – odpowiedziała niejednoznacznie, pozwalając motylowi odfrunąć – Jednak nieważne co się z nim dalej stanie, przynajmniej teraz mieliśmy okazję go podziwiać, a to coś dobrego, racja?
<Nie płaczcie aniołki>

11 maja 2024

Od Sroczej Gwiazdy do Mandarynki

Była noc. Na zewnątrz latały małe światełka, tworząc pętle w powietrzu, co jakiś czas zatrzymując się na chylących się sennie liściach trzcin. Szum rzeki kołysał cały Klan Nocy do snu, szemrząc im wieczorne kołysanki. Gdzieś w oddali kumkały żaby, a jeszcze dalej dało się usłyszeć pohukiwania sów, wylatujących na łowy pod osłoną nocy. Srocza Gwiazda była już starszą kotką. Słabo pamiętała już czasy poprzednich terenów, tych które tak szybko opuścili, niedługo po jej dołączeniu do klanu. Okolica wyspy była więc jej najbliższym sercu domem. Niezliczone księżyce spędziła zasypiając w cieniu bezpiecznego trzcinowiska, a jedynym co się zmieniało było położenie jej legowiska. Od uczniowskiego, po wojownicze, po nawet kociarnię, aż w końcu jej własne, prywatne, należące do lidera. Czasami, w zimne noce Pory Nagich Drzew dołączała do niej Zajęcza Troska, swoim ciałem ogrzewając jej własne. Od kiedy kompanka opuściła ten świat, odzwyczaiła się do czyichkolwiek wizyt, a jej czujność wzrosła. Dlatego też nasłuchiwała, a kiedy do jej uszu doszedł dźwięk zbliżającego się cichego tupotu, jej ciało mimo pogrążenia we śnie spięło się. Ktoś wszedł do legowiska lidera, jednak nie pachniał na kogoś obcego. Właściwie to nosił na sobie dziwnie znajomą woń, a rozpoznanie tożsamości tajemniczego odwiedzającego nie zajęło Sroczej Gwieździe dłużej niż uderzenie serca. Przez lekko zdenerwowany oddech i zatrzymanie się w bezruchu, dało się wyczuć, że kotem miotają silne emocje.
– Śpisz, babciu? – szepnął kocięcy głosik.
Srocza Gwiazda otworzyła leniwie jedno ze swoich zielonych ślepi, wbijając je w stojącą w wejściu wnuczkę, Mandarynkę. Widziały się już parę razy, wszakże kociczka miała już półtora księżyca i mimo pewnej niechęci Wirującej Lotki do swojej matki, Sroczej Gwieździe udało się z nimi parę razy porozmawiać, co bardzo cieszyło jej starzejące się serce. Wierzyła, że jej i córce uda się naprawić relację, być może właśnie przez kocięta.
– Mmh? Co się dzieje, Mandarynko? – spytała rozespanym głosem, powoli wstając na nogi.
Koteczka zdała się być nieco onieśmielona rozmiarami babci, która nawet nieco zgarbiona po wyrwaniu ze snu, zdawała się być wysoka jak drzewo. Srebrną łapką nerwowo pogrzebała w ziemi, próbując zebrać w sobie odwagę. Srocza Gwiazda uśmiechnęła się delikatnie, rozchylając przednie łapy i wyciągając pysk w stronę wnuczki.
– Ja… Chciałam pójść w krzaczki na chwilkę… W nocy jest dość ciemno i mamusia nas zawsze zabiera kiedy musimy iść… – zaczęła nieco speszona, na co czarno-biała uniosła jedną z brwi. – A-ale nie o to chodzi! Kiedy próbowałam ją obudzić, ona nie otwierała oczu. Zwykle otarcie się o jej policzek albo pacnięcie łapką działa, jednak teraz śpi bardzo głęboko! Nikt inny jednak tego nie zauważył…
Zielone oczy zmrużyły się. a liderka wstała na wszystkie cztery kończyny.
– Pewnie jest po prostu zmęczona. Ma was aż czwórkę do odchowania i nawet z pomocą cioci Kotewkowy Powiew może być czasem ciężko. Chodź, pójdziemy sprawdzić co u niej, a po drodze możemy zahaczyć o krzaczki.
Mandarynka zamachała końcówką małego ogonka, z ulgą dreptając przy górującej nad nią postaci. Światło księżyca sprawiało, że kociczka prezentowała się zjawiskowo, mieniąc się niczym rybka w jego świetle. W przyszłości z pewnością będzie mogła być uznana za jedną z najbardziej zjawiskowych osobistości w Klanie Nocy, a może i nie tylko. Zgodnie ze złożoną obietnicą, obie zatrzymały się przy krzaczkach, przy których Srocza Gwiazda cierpliwie czekała, aż jej wnuczka skończy swoje sprawy i do niej wróci. Faktycznie, w nocy to ustronne miejsce mogło budzić lęki i nawet jeśli kociczka nie chciała tego pokazać, dało się to wyczuć w mowie jej ciała. Jednak liderka nie uznawała tego za nic złego. Strach był naturalną częścią życia, a jego brak skutkowałby wieloma idiotycznymi śmierciami.
– Już! – bąknęła srebrna wyskakując spomiędzy liści.
Starsza pokiwała łbem.
– Wracajmy już do żłobka. Jeszcze twoja mama się obudzi i będzie się martwić.
Koteczka nie protestowała, pozwalając babci prowadzić się poprzez mrok, aż do wejścia do żłobka. Czarne uszy zahaczyły o zwisające pnącza. Mały pajączek siedział na suficie kociarni, przędąc swoją sieć. Kocię uradowane podbiegło na paluszkach do matki, wtulając się w jej bok. Srocza Gwiazda podeszła do córki, nosem delikatnie dotykając jej czoła. Wiedziała, że ich kontakty ostatnio nie były najlepsze, ale mimo to nadal była jej ukochaną cór… Zimno.
Jej nos, zamiast spotkać się z ciepłym, miękkim czołem Wirującej Lotki, wyczuł zimno i chłód, bijące od leżącej karmicielki. Zamrugała. Nie chciała budzić kotki, ale taka temperatura, szczególnie przy panującej pogodzie, była niespotykana. Nosem posunęła niżej, do policzka dymnej.
Wszystko zdawało się zwalniać. Spojrzała na bok kocicy, chcąc ujrzeć, jak delikatnie się unosi. Czekała jedno uderzenie serca. Potem dwa. Trzy. Cztery. Przy piątym przełknęła ślinę. Królowa nie mogła udawać. Starając się zachować spokój podeszła do Kotewkowego Powiewu, swojej drugiej córki.
– Kotewkowy Powiewie, wstawaj – szepnęła, chociaż przez zaciśnięte zęby zabrzmiało to bardziej jak syk.
Zaspane oczy kocicy o wywiniętych uszach wlepiły się w matkę nieprzytomnym wzrokiem. Można to było uznać za sukces, zważając na jej ogólne skłonności do problemów ze wstawaniem, które tak dobrze zapisały się w pamięci starszej, jeszcze kiedy pełniła funkcję jej mentorki.
– Mamo? Co ty tu robisz… Zieeew, wiesz, że to niezdrowe się nie wysypiać… – wymamrotała łaciata.
– Twoja siostra nie żyje.
– C-co? – głos Kotewki zadrżał, a oczy błysnęły, powoli odzyskując przytomność.
– Wirująca Lotka nie żyje. Nie wiem co się stało. Zajmij się kociakami, spróbuj odwrócić ich uwagę, zaśpiewać kołysankę, cokolwiek, co odciągnie je od tematu matki. Ja pójdę po Strzyżykowy Promyk.
Vanka głośno przełknęła ślinę, ale pokiwała głową. Miała szansę się wykazać. Srocza Gwiazda wierzyła, że spędzone w żłobku księżyce nie poszły na marne i piastunka nauczyła się chociaż paru sztuczek działających na kocięta. Tym bardziej tak małe. Większość ich zajęć polegała na leżeniu i jedzeniu. Jeszcze niedawno ich oczy były zamknięte, a uszka oklapnięte. Nadal sepleniły i uczyły się słów. Dla piastunki nie powinno być to żadne wyzwanie.
Czarny ogon zniknął w wyjściu, idąc w stronę legowiska medyka. W nim bez większych ogródek powiadomiła Strzyżykowy Promyk i Różaną Łapę o wydarzeniu, jakie miało miejsce, a także poprosiła o jak największą dyskrecję. Kociaki nie musiały o tym wiedzieć, Srocza Gwiazda wątpiła, czy nawet gdyby ktoś im powiedział to czy zrozumiałyby koncept śmierci. Pod osłoną nocy wyszły, ruszając do żłobka.
Wewnątrz medyczka potwierdziła przypuszczenia liderki.
– M-mamo? – rozległ się cichy pisk, któremu zawtórowały pozostałe siostry.
Kotewkowy Powiew wysunęła się do przodu, częściowo zasłaniając i tak ginącą w ciemności sylwetkę odciąganej na zewnątrz karmicielki. Zajęła przy nich miejsce, ciasno oplatając ogonem. Po jakimś czasie piski ucichły.
– Mówiłaś, że się z tego wyliże – rzuciła oskarżycielsko Srocza Gwiazda.
Strzyżykowy Promyk machnęła ogonem.
– Bo wszystko na to wskazywało. Powoli odzyskiwała siły. Jadła zioła. Nie jestem jednak Klanem Gwiazdy, ani wyrocznią, aby znać co planują dla nas przodkowie. Zrobiłyśmy wszystko co w naszej mocy, aby zadbać o jej dobro. – wymurczała w odpowiedzi ruda – Wiem, że utrata dziecka to olbrzymi cios, nawet dla ciebie, Srocza Gwiazdo, ale nie mieliśmy na to wpływu. Możemy cię pocieszać tym, że odeszła we śnie. Bezboleśnie.
Ogon kotki przeciął powietrze. Próbowała zachować przed wnuczką i medyczką resztki godności.
– Wracajcie do legowiska. W dzień odbędzie się pogrzeb. – zbyła kotki.
***
Noc spędziła czuwając przy ciele. Ostatni raz tuląc córkę. Nie chciała się z nią rozstawać. Tym bardziej w tak złych stosunkach. Żadna matka nie powinna patrzeć na śmierć własnego dziecka. Straciła kolejnego bliskiego swemu sercu kota. Wirująca Lotka pozostawiła ją, a także osierociła czwórkę maleńkich kociąt. Wiedziała, że Sumowa Płetwa jest dobrym ojcem, jednak będą potrzebowały szczególnej opieki także ze strony reszty rodziny. Cała czwórka była wszystkim co pozostało jej po jej małej Wir. Rzeka szumiała, a po pysku Sroczej Gwiazdy spływały gorzkie łzy. Jej malutkie kociątko. Jej uparciuszek. Głuptasek.
***
Pogrzeb odbył się na wyspie, na której także spoczywała mała Łabędź, zmarła córka jej zastępczyni, a także potomkini. Drzewko, którego pęd posadziła przed jej grobem ładnie się rozrastało, swym niedużym cieniem osłaniając kocię przed ostrymi promieniami słońca. Śmierć Wirującej Lotki była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Dużo kotów płakało. Na wyspie zebrała się cała ich rodzina. Srocza Gwiazda, Tuptająca Gęś, Kolcolistne Kwiecie, Różana Łapa, Kawcze Serce, a także zdruzgotany partner dymnej, Sumowa Płetwa i parę innych kotów, które zdecydowały się dołączyć do tej ceremonii. Brakowało tylko Kotewkowego Powiewu, która musiała zostać w obozie aby pilnować jeszcze śpiących o tej porze kociąt. Ciało Wirującej Lotki, przyozdobione kwiatami, spoczęło niedaleko grobu Łabędź, którą teraz miała się zajmować w Klanie Gwiazdy.
Powrót do obozu okazał się być równie ciężki jak przewidywała. Czekała ją rozmowa z osieroconymi wnuczkami, które teraz niecierpliwie wyczekiwały powrotu swojej mamy.
– Babciu! – pisnęła Alga, zauważając ruch w wejściu – Babciu, babciu, wiesz gdzie mama?
Kotwewkowy Powiew rzuciła matce błagalne spojrzenie. Kociaki od momentu obudzenia się musiały zasypywać ją tymi pytaniami, na które nie sposób było odpowiedzieć.
– Mama… Jest daleko – zaczęła, siadając obok rozpiszczanych kociąt.
Księżniczki przechyliły w zdezorientowaniu łebki, których czoła zdobił krwisty lotos.
– Ale… Ale jak to? – załkała Mandarynka, przednimi łapkami opierając się o wysoką.
– Jest teraz w bezpieczniejszym miejscu. Już nie kaszle. Już się nie martwi. – próbowała pocieszyć kocięta Srocza Gwiazda.
– A kiedy wróci? – spytała Płotka – Ja też tam chce!
– Ona… nie wróci. To miejsce, do którego trafiają tylko wybrane koty i po dotarciu tam nie ma już drogi powrotnej.
<Mandarynko?>

06 maja 2024

Od Sroczej Gwiazdy do Płotki

Kocięta Wirującej Lotki przyszły na świat wraz z początkiem Pory Zielonych Liści. Początkowa radość, która po śmierci tylu bliskich sercu Sroczej Gwiazdy kotów, zaglądała na jej pysk jeszcze rzadziej niż wcześniej, została zmyta niczym błoto z łap wojowników Klanu Nocy po wejściu do rzeki. Niestety, nie dane jej było bezpośrednio towarzyszyć przy porodzie córki, jednak dobiegła tam tak szybko jak mogła. Wchodząc do żłobka napotkała swoją starszą wnuczkę, Różaną Łapę, towarzyszącą swojej mentorce przy porodzie czarno-białej. Jej oczy były szeroko otwarte, a brwi zmarszczone w zniesmaczonym grymasie. Srocza Gwiazda posłała jej uśmiech, myśląc, iż reakcja kotki wynikała jedynie z bycia nieobeznaną z widokiem rodzących królowych. Różana Łapa wstała, kilkoma susami pokonując dzielącą je odległość.
– Babciu! – jęknęła, zadzierając swój czarny łebek do góry, aby móc spojrzeć starszej w oczy.
Ogon liderki drgnął.
– Co się stało, Różana Łapo? – spytała ściszonym głosem, nie chcąc przeszkadzać odpoczywającym w żłobku kotkom.
Uczennica medyka najwyraźniej wyczuła atmosferę i naśladując liderkę także uspokoiła swój ton.
– Ciocia Wirująca Lotka, ona… ona… – próbowała się wysłowić, wyraźnie przejęta. Uszy Sroki powędrowały do tyłu, a narastający w klatce piersiowej niepokój zaczął kłuć. Obawiała się kolejnej wiadomości o martwym kocięciu. – Ona urodziła czekoladowego! – w końcu wydusiła z siebie młoda, robiąc do tego dramatyczną minę.
Nos Sroczej Gwiazdy zmarszczył się nieznacznie, a w poszukiwaniu potwierdzenia słów wnuczki, wzrok swój przerzuciła na pomagającą medykom piastunkę. Kotewkowy Powiew przytaknęła w milczeniu, kręcąc z zawodem głową.
– Różana Łapo, miałaś iść do legowiska medyka pomóc Biedronkowemu Polu! Zostawiłyśmy ją w trakcie wyciągania żądła, na pewno ją nadal boli. Mówiłam ci, że z resztą formalności już sobie poradzę sama. – zganiła uczennicę Strzyżykowy Promyk.
Zielonooka wywróciła oczami, jednak posłuchała się mentorki, opuszczając żłobek z wysoko zadartą kitą, którą delikatnie musnęła poruszane przez wiatr pnącza, oplatające wejścia do wnętrza. Srocza Gwiazda podeszła bliżej, aby na własne oczy ujrzeć wspomniane przez wnuczkę stworzenie.
– Jak się mają? – zaczęła, zasiadając przy boku córki.
Dopiero teraz widziała ją dobrze. Wcześniej królowa leżała skryta w cieniu, zamaskowana przez ciemność. Teraz jednak liderka widziała ją aż za dobrze. Wyglądała źle. Pierwszym co przykuło jej uwagę, było miarowe dyszenie, słyszane jeszcze podczas rozmowy z Różaną Łapą. Oczy miała zaciśnięte, a łapy podkulone. Bez pękatego brzuszka, towarzyszącego jej przez ostatnie dwa księżyce, prezentowała się bardzo marnie i w najmniejszym stopniu nie przypominała tej dumnej, pewnej siebie wojowniczki, którą Sroka widziała jeszcze parę wschodów słońca temu. Mimo zmęczenia ciążą nadal wyglądała jak przykładowa wojowniczka, krew z jej krwi, dbająca o posturę i swoją kondycję.
– Kocięta są silne i zdrowe. Wszystkie przeżyły – zapewniła liderkę Strzyżykowy Promyk. – Wirująca Lotka… ma się nieco gorzej, ale to krzepka kocica. Powinna szybko dojść do siebie, a porody, szczególnie tak liczne jak ten, są z natury wyczerpujące.
Srocza Gwiazda z troską zetknęła się czołami z na wpół świadomą córką. U jej brzucha faktycznie leżała liczna gromadka aż czterech kociaków. Śliczna, czarno biała kotka, o nieco skręconym futerku leżała najbliżej przednich łap matki. Tuż obok niej, mocnymi ruchami łap, brzuch ugniatała srebrna kuleczka, o unikatowym ułożeniu bieli przy jeszcze zamkniętych oczach. Na środku znajdowała się liliowa istotka, której kolor futra na myśl przywiódł Sroczej Gwieździe jej zmarłą… kompankę, Zajęczą Troskę, która zginęła w tragicznym wypadku z samotnikami. Zielonooka potrząsnęła głową. Nie chciała o niej teraz myśleć. Nadal nie mogła pogodzić się ze stratą najdroższej, a każde jej wspomnienie zalewało ją falą poczucia winy i nieposkromionego bólu. Brakowało jej jej głosu, dotyku, zapachu, a także żartów dotyczących jej siwych kosmyków, których od dnia jej straty tylko przybyło. Kocięce piśnięcie oderwało ją od negatywnych wspomnień.
– Oto nasz “mały problem”… – skomentowała Kotewkowy Powiew, wstając tuż po wypowiedzeniu tych słów.
Liderka kątem oka widziała, jak córka o wywiniętych uszach oddala się w kierunku przeciwległego posłania. “Mały problem” jak nazwała to łaciata, wiercił się, próbując dostać w bardziej dogodne miejsce. Stworzenie, mimo pokrywającej je w większości bieli, wyglądało jakby ktoś zanurzył jej ogon i połowę pyska w ciepłym, lepkim błotku. Gdyby nie panujący w żłobku porządek i okoliczności, Srocza Gwiazda miałaby nadzieję, iż był to jedynie nieszczęśliwy wypadek i białe kocię pechowo wpadło do brunatnej kałuży. Westchnęła ciężko. Domyślała się, że czekająca ją rozmowa z dymną córką nie będzie należeć do najprzyjemniejszych.
***
Poranek nastał wcześniej niż tego chciała. Zbudził ją lekki wietrzyk, który zawieruszył się w jej dziupli, smyrając w nos, niosąc ze sobą orzeźwiający, rzeczny zapach. Słońce powoli wschodziło na czysty nieboskłon, swoimi promieniami muskając grzbiety opuszczających swoje legowiska kotów. Tuptająca Gęś od rana sumiennie wykonywała swoje obowiązki, wydzielając koty na patrole i pilnując ogólnego porządku w obozie Klanu Nocy. Napotykając wzrok matki, uśmiechnęła się dumnie, poprawiając sierść. Zauważając jednak, w którą stronę się kieruje, jej uśmiech zrzedł. Zastępczyni często rozmawiała ze swoją potomkinią, Różaną Łapą, dlatego znając życie, była już bardzo dobrze doinformowana w temacie futerek nowych członków Klanu Nocy. Srocza Gwiazda od wczorajszego wieczoru nie zdążyła z nią zamienić choćby słowa, ale zdawała sobie sprawę z tego, co córka ma ochotę jej powiedzieć i co z pewnością wkrótce zrobi.
Żłobek był miejscem, które liderka odwiedzała dużo częściej niż jej poprzednicy. Mimo wielu obowiązków zawsze znajdowała czas by choć na chwilę wpaść do tego zacisznego, wypełnionego mlecznym zapachem miejsca, nawet jeśli było to już po zmroku, kiedy wszystkie kociaki smacznie spały. Rozsunęła pyskiem zwisające pnącza, osłaniające wejście do żłobka przed niechcianymi spojrzeniami i ostrymi promieniami słońca, które w nadmiernej ilości mogły być szkodliwe dla najmłodszych członków ich klanu.
– Witaj, Wirująca Lotko – przywitała się z córką po przekroczeniu progu żłobka.
Kotka uniosła głowę. Nadal wyglądała niewyraźnie, ale teraz przynajmniej zdawała się być bardziej przytomna.
– Hej mamo – rzuciła w odpowiedzi dymna, mierząc Srokę nieprzeniknionym spojrzeniem pomarańczowych ślepi.
– Jak się czujesz?
– Dobrze. Kociaki także. – odpowiedziała krótko.
Srocza Gwiazda pod skórą czuła, że Wirująca Lotka wiedziała o tym, o czym przyszła z nią porozmawiać. W końcu sama je wychowała. Wszystkie cztery córki były sprytne i świetnie wyszkolone. Znały ją prawie tak dobrze jak ona je.
– Zdecydowałaś już jakie imiona im nadasz? – kontynuowała zielonooka.
– Tak. Sumowa Płetwa odwiedził mnie przed świtem, specjalnie aby je zobaczyć. – miauknęła, po czym przystąpiła do przedstawiania kociąt ich babci. – To Alga, najstarsza z nich. Jest też największym rozrabiaką. Jeszcze się dobrze nie urodziła, a już wierzga. Jestem pewna, że te wszystkie kopnięcia w pęcherz były od niej… – zaśmiała się, czule spoglądając na odpoczywające pociechy. – To Mandarynka. Druga w kolejności. Jest znacznie spokojniejsza od reszty sióstr, mała elegantka… A to Zimorodek. Przy wyborze jej imienia pomógł mi Sumik. Powiedział, że ten kędziorek na głowie przypomina mu sposób, w jaki układają się piórka tychże ptaków. Urocze, prawda? – zamruczała, a ogonem odsłoniła dotąd częściowo skryte kocię. – I Płotka. Nasza najmłodsza, przylepna rybeńka. Tylko spójrz mamo na te loczki!
Pomarańczowe oczy Wirującej Lotki nie pasowały do radośnie wypowiadanych przez nią słów. Oceniały ją. Czekały na reakcję. Podczas całej wypowiedzi córki, Srocza Gwiazda dostrzegła jak wolne są jej ruchy, a głos słaby, z lekką chrypką.
– To bardzo ładne imiona. – potwierdziła liderka.
Odpowiedź nie zadowoliła dymnej, jej ogon machnął, podnosząc drobne pyłki z ziemi, które następnie zawirowały w powietrzu, mieniąc się przez wdzierające się przez małe szparki do wnętrza żłobka promienie dzienne. Atmosfera się zagęściła.
– Kiedy planujesz przeprowadzić ich ceremonię? Bo po to przyszłaś, racja? – zapytała chłodniej niż poprzednio.
Srocza Gwiazda nie chciała tak szybko wprowadzać tego tematu do ich rozmowy. Było miło, ciepło. Wiedziała, że będzie musiała to zrobić, a jednak odpowiedź, która wypłynęła z jej pyska była niechętna.
– To prawda. Chciałabym, abyś z pomocą twojej siostry przyszykowała je do tej wielkiej chwili. Całą trójkę.
Karmicielka uniosła brew.
– Jest ich czwórka. – poprawiła matkę niższym głosem, przez co chrypa zdała się nasilić.
– Tak, ale do ceremonii może przystąpić tylko troje z nich. – odpowiedziała nieustępliwie, przywdziewając odległy, władczy i zimny wyraz pyska, jaki gościł na nim przy rozmowach z obcymi.
– Dlaczego?
– Znasz przyczynę tego bardzo dobrze, Wirująca Lotko.
Atmosfera z każdym uderzeniem serca się zagęstniała. Srocza Gwiazda cieszyła się, że los akurat chciał, aby Kotewkowy Powiew zabrała Nimfę, ich znajdkę, do stosu zwierzyny, przy którym edukowała ją o najzdrowszych ich rodzajach. Nie życzyłaby sobie, aby ktokolwiek poza ich dwójką uczestniczył w przebiegającej rozmowie.
– Nie, właśnie problem w tym, że nie znam. Będzie równie dobrą księżniczką co jej siostry i kuzynki.
– Jej futro jest czekoladowe-
– I co z tego! – wychrypiała głośnej, czemu towarzyszyła salwa kaszlu – Czekoladowi są nam równie potrzebni co reszta kotów w Klanie Nocy!
Liderka uniosła wyżej łeb, przyglądając się patrzącej na nią spod byka córce, w której zmęczonych oczach tańczyły rozdrażnione ogniki. Zwęziła ślepia, które teraz przypominały wąskie, zielone szparki, z których błyskało zielone światło.
– Nie mów do mnie takim tonem, Wirująco Lotko. – zaczęła – Inaczej cię wychowałam. Sama powinnaś świetnie zdawać sobie sprawę z tego, jakimi kotami są czekoladowi. Topikowa Głębina, Zdradziecka Rybka, Cuchnący Śledź, Błotnista Plama, a nawet taki lider Owocowego Lasu, Agrest. Czy mam wymieniać dalej? Nie widzisz w nich pewnej powtarzalności?
Dymna fuknęła z oburzeniem.
– I tylko dlatego Płotka nie zasłużyła na bycie mianowaną? Przez zachowanie jakichś obcych nam kotów? Czy ty siebie słyszysz, matko? – parsknęła, uspokojając swój ton po tym, jak kocięta zaczęły nerwowo poruszać noskami – I czy naprawdę wierzysz w słowa mojej siostry? Przecież Topik by muchy nie skrzywdził, a co dopiero kocięcia!
– Dość tego. – warknęła Srocza Gwiazda, urywając rozmowę – Nie będziesz mówić tak o naszej rodzinie. Ceremonia się odbędzie tak czy inaczej. Kotewkowy Powiewie! – zawołała do stojącej przed wejściem kocicy – Wiem, że tam jesteś. Wejdź śmiało i pomóż w przygotowaniu przyszłych księżniczek. W razie potrzeby poproś o łapę Tuptającą Gęś albo Spieniony Nurt. Co do ciebie… – ponownie zwróciła się do karmicielki – Zawiodłam się. Nie spodziewałam się po mojej własnej córce takich słów. Poproszę Różaną Łapę, aby zaopatrzyła cię w zioła na ukojenie nerwów i poradziła coś na tę chrypkę. Odpoczywaj. Stres matki źle wpływa na dzieci.
***
Ceremonia mianowania przebiegła pomyślnie. Pogoda nie zawiodła liderki, a Wirująca Lotka pozostała w żłobku, wraz ze swoją najmłodszą pociechą, Płotką. Kotewkowy Powiew, Tuptająca Gęś i Spieniony Nurt trzymały podczas całego procesu trzy kocice, które z godnością, jak na kocięta, przyjęły znak lotosu na czole. Nikt także szczególnie nie kontemplował nad nieobecnością matki kociąt. Po tak licznym miocie kotki często musiały długo dochodzić do siebie, a zmęczone pokasływania słyszane ze żłobka jedynie to potwierdzały. Słabe samopoczucie karmicielki okazało się być ich szczęściem w nieszczęściu. Srocza Gwiazda przeczuwała, że gdyby kotka lepiej się czuła, nie byłaby taka zgodna i przeniosłaby ich kłótnię w bardziej publiczne miejsce. Po odniesieniu kociąt do matki, udała się na brzeg wyspy, obmywając sobie łapy z zebranej na nich szczupaczej krwi. Miała nadzieję, że córka jej wybaczy i zrozumie, że było to robione dla dobra ich rodziny, Klanu Nocy, jej, a także samej Płotki. Nie chciała stać się jej kolejnym wrogiem, w końcu Wir była jej ukochanym kocięciem, jednym z jej czterech oczek w głowie. Nadal często patrząc na tę już dojrzałą wojowniczkę, widziała w niej swoją małą księżniczkę, która ciekawskimi oczkami obserwowała fascynujący świat wokół. Czuła, że zmiana, która zaszła w sercu kotki, nastąpiła przez Topikową Głębinę, zmarłego przed paroma księżycami medyka Klanu Nocy. Często widywała ich dwójkę wspólnie dyskutującą w legowisku medyka, jednak nigdy nie zdecydowała się interweniować, co być może było jej największym błędem. Kocur zasiał w jej sercu ziarno niepewności, a może i niechęci do własnej rodziny, które przez długie księżyce zdążyło wykiełkować do alarmujących rozmiarów.
***
Minęło parę wschodów słońca. Srocza Gwiazda starała się odwiedzać głównie swoje wnuczki po zmroku, kiedy to nie przeszkadzała im i ich matce. Jednak tego dnia dowiedziała się od Kotewkowego Powiewu, że kocięta zaczęły otwierać oczy. Była to wspaniała wiadomość i wydarzenie, z którym nie mogła zwlekać ani chwili dłużej.
Weszła po cichu do żłobka, rozglądając się w poszukiwaniu małych, okrągłych pyszczków jej potomkiń. Na jej szczęście Wirująca Lotka spała, korzystając z ciepłych, kojących promieni słonecznych. Jej stan nadal pozostawał pod znakiem zapytania, ale zapewnienia Strzyżykowego Promyka nieco uspokoiły i tak już nadszarpnięte nerwy czarno-białej. A komu innemu miała ufać w sprawie czyjegoś zdrowia, jeśli nie medykowi?
Wtem do jej uszu doszedł cichy dźwięk. Odgłos przesuwania się. Czołgania. Spojrzała w dół, aby zobaczyć kociaki, przewracające się po podłożu parę długości ogona od niej. Każde z nich miało na swym czole znak lotosu, nawet czekoladowa vanka. Srocza Gwiazda domyślała się, że była to sprawka Wirującej Lotki, nie chcącej wykluczać swojej córki z rodu. Nie był to jednak prawdziwy znak. Dymna nie miała takiej wprawy, a słabe łapy nie były w stanie odzwierciedlić równego symbolu nadanego przez Sroczą Gwiazdę jej siostrom. Troszkę spływający, stworzony przy pomocy krwi mniejszych rybek, jakie dostarczano do żłobka, w oczach liderki był jedynie imitacją.

Wyleczeni: Biedronkowe Pole
<Płotko?>

25 marca 2024

Od Sroczej Gwiazdy do Muszelki

przed zgromadzeniem
Chłodny wicher rozwiewał gładką i zwykle ułożoną sierść łaciatej kocicy. Wpatrywała się w swoje odbicie w rzece, cierpliwie wyczekując podpłynięcia jakiejś ryby. W tafli jednak zamiast srebrzystych, rybich łusek, odbiły się dziwne, małe kształty, niewiele mniejsze od mrówek, sunące się powoli po wodzie. Srocza Gwiazda zadarła głowę do góry. Hen, daleko na nieboskłonie, oddalony od wszystkiego co ziemskie leciał majestatyczny klucz żurawi, jeden z wielu, jakie można było zaobserwować o tej porze. Ich odbicie w wodzie zupełnie wybiło ją z rytmu. Ptaki, które opuszczały ich tereny budziły w Sroczej Gwieździe sprzeczne uczucia. Kaczki, gęsi, bociany, żurawie, a nawet czaple… One wszystkie znikały na wiele księżyców, mimo bycia wielkimi, potężnymi zwierzętami. Dla jednych mogłaby to być oznaka tchórzostwa, dla innych - rozwagi i troski o siebie nawzajem. Czarno-biała zawsze podziwiała osobnika prowadzącego stado, swoistego lidera pośród ptaków. Leciał on na przedzie, prowadząc olbrzymie stado, nierzadko liczące nawet kilkadziesiąt ptaków. I zawsze udawało mu się powrócić. Jej samej pozostało tylko aspirować do ich poziomu. Nikt właściwie nie wiedział, gdzie się udawały, jednak wielu uważało, że odlatują w owiane tajemnicą “cieplejsze strony”. Z opowieści byłych samotników i starszyzny wynikało, że gdzieś na świecie istniały legendarne tereny, na których wiecznie panuje Pora Zielonych Liści, a słońce piecze w grzbiety bardziej niż tutaj, złocąc wszystko, czego dotknie. Tam też koty dorastały do horrendalnych rozmiarów, siejąc postrach na przepełnionych zwierzyną połaciach. Nie znała jednak nikogo, kto chociaż raz postawiłby łapę na takowych terenach, jednak wyjaśniałoby to wiele istniejących w ich świecie zagwozdek. Chociażby tą, gdzie znika słońce po zajściu, bowiem właśnie w tym kierunku zmierzały odlatujące ptaki. Może to tam, zanurzone w morskich odmętach słońce ogrzewało swoimi promieniami legendarną krainę wielkich kotów.
– To jedno z największych stad jakie dotąd widziałam – stwierdziła Zajęcza Troska, ocierając się o bok liderki.
Liliowa była jedną z nielicznych osobistości, które Srocza Gwiazda dopuściła tak blisko siebie. Jednak nia miała powodu by postępować inaczej. Zając była sprytna, silna, inteligenta, a przede wszystkim wierna, co miała szansę już nieraz udowodnić. Była zawsze tam, gdzie czarno-biała jej potrzebowała. Gotowa na każdą sytuację, zawsze lojalna, Srocza Gwiazda czasami odnosiła wrażenie, iż vanka byłaby w stanie na jej rozkaz rzucić się z klifu, ginąc pośród morskiej piany.
– To prawda – przytaknęła, zniżając swoje spojrzenie. – Ile ryb udało ci się złowić?
Żółtooka uśmiechnęła się do niej, posyłając nieprzeniknione spojrzenie. Ruchem głowy wskazała na pobliskie trzcinowisko, a ogon oplotła wokół czarnej kity drugiej kocicy, zachęcając ją do podążenia jej śladami, czemu ona się nie opierała. Wystarczyło przejść parę kroków po śliskim brzegu, by znaleźć się wystarczająco blisko zarośli. Kiedy do nozdrzy Sroczej Gwiazdy dotarła słodka, mięsna woń, zamruczała z zadowoleniem. W międzyczasie Zając wyszła do przodu, odgarniając grube źdźbła, aby jej towarzyszka mogła lepiej przyjrzeć się piszczce.
– Imponująca zdobycz – pochwaliła ją Srocza Gwiazda, oglądając wąsatą rybę. – Jestem pewna, że klan ją doceni.
Biała wyprostowała się dumnie, łapiąc zębami za skrzela suma, podczas gdy Srocza Gwiazda ujęła jej bok, mocno zaciskając zęby, aby śliskie stworzenie nie wysunęło się jej przypadkiem z pyska.
Droga do obozu minęła im w ciszy, przerywanej jedynie dźwiękiem płynącej wody. Srocza Gwiazda w najgorszym nawet scenariuszu nie spodziewała się tego, co zastała w obozie. Wszystko wydawało się być ciche, spokojne. Wszystko, aż do momentu usłyszenia wrzasków Tuptającej Gęsi i dostrzeżenia umykającego ze żłobka medyka, Topikowej Głębiny. Kotka wypuściła trzymany przez siebie kawałek ryby, rzucając się do przodu. Zajęcza Troska w żaden sposób tego nie skomentowała, zmartwionym spojrzeniem odprowadzając liderkę.
Zielonooka wpadła do żłobka jak burza, dostrzegając na samym środku, leżącą w najlepszym, najbardziej miękkim, najświeższym mchowym legowisku jakie dało się znaleźć w Klanie Nocy swoją córkę. Odpoczywała, cicho rozmawiając z Kolcolistnym Kwieciem. Wzrok obojga kotów uniósł się i spoczął na Sroczej Gwieździe. Niebieski kocur z szacunkiem skinął głową w jej stronę, robiąc miejsce przy boku królowej. Z każdym krokiem narastało w niej napięcie. Wtedy zobaczyła Ją. Leżącą między łapami Tuptającej Gęsi czarno białą kruszynkę. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, a w gardle powstała gula nie do przełknięcia. Czekała, aż mały boczek się podniesie. Chociaż raz. Najmniejszy. W duszy modliła się, aby kocię ziewnęło, nawet kichnęło. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Mimo panującej w żłobku grobowej ciszy, w uszach Sroczej Gwiazdy świszczało. Nawet mała Nenufara, skryta pod ogonem zaniepokojonej matki, nie odezwała się choćby piśnięciem.
– Zabił ją, mamo… – wyszeptała młodsza, celowo przesuwając kocię bliżej matki – Topikowa Głębina zabił moją Łabędź…
Srocza Gwiazda zadrżała. Słowa te przeszyły ją niczym lodowy szpikulec, trafiając tam, gdzie najbardziej bolało. Ten mały czekoladowy szczyl, tchórz, który otrzymał zaszczyt, na który nie zasłużył… Ośmielił się zabić jej wnuczkę? Kocicy ciężko było w to uwierzyć. Tak bardzo jak chciała teraz rzucić się komuś do gardła, znaleźć winnego, by jakkolwiek wyrazić przerastającą ją rozpacz, tak nie mogła tego uczynić. Nigdy nie ufała kocurowi, jednak czy byłby zdolny posunąć się do jawnego morderstwa niewinnego kocięcia? Nieważne jak wielką czuł niechęć wobec Gąski, uśmiercenie dziecka było ciosem, którego Srocza Gwiazda nie zadałaby nawet największemu wrogowi. W milczeniu spojrzała na pręgusa siedzącego obok. Kocur widząc pytające spojrzenie liderki jedynie wzruszył ramionami. Miał na swoim koncie pewne wpadki, jednak czarno-biała wiedziała, że nie skrzywdziłby jej córki ani jej dzieci. Przynajmniej w tej kwestii mogła mu zaufać.
– To Muszelka oraz Różyczka – miauknął, wskazując na uczepione brzucha Tuptającej Gęsi kociaki.
Srocza Gwiazda uśmiechnęła się krzywo. Były piękne i zdrowe, a co najważniejsze żywe. Nie była jednak w stanie cieszyć się ich narodzinami bez rozdzierającego ją od środka bólu, a jej spojrzenie szybko powróciło na najmniejszą wnuczkę. Schyliła się, trącając czołem karmicielkę.
– Zabiorę ją. Zasługuje na godny spoczynek. – wyszeptała, sięgając po małe ciałko. – Ty tu zostań. Musisz zająć się Muszelką i Różyczką.
Kotka niechętnie się zgodziła, układając pysk na łapach. Jej zmęczona, ciężkie powieki szybko opadły.
– Ja też pójdę – zaoferował wojownik, ruszając za wychodzącą liderką.
Dopiero na zewnątrz kotka zdołała go powstrzymać od dalszej próby podążania za nią.
– Nie. Ty musisz zostać. Dopilnuj, aby Tuptającej Gęsi nikt nie przeszkadzał… A tym bardziej nie on. – nakazała starsza, posyłając niebieskiemu poważne spojrzenie.
Kocur nie miał nawet jak się sprzeciwić. Srocza Gwiazda była liderką, a jej słowa stanowiły prawo. Zawiedziony zatrzymał się przed żłobkiem, pozwalając łaciatej samej odbyć dalszą podróż.
Koty Klanu Nocy widząc przemierzającą liderkę szeptały i wydawały zaskoczone pomruki. Było to zrozumiałe. Kogo normalnego cieszyłby widok martwego dziecka? Srocza Gwiazda jednak ignorowała narastające wokół siebie szmery. Niosła najdelikatniej jak potrafiła to małe, bezwładne ciałko, zwisające z jej pyska w obrzydliwie podobny sposób co piszczka.
Czuła, jakby coś ciągnęło ją do przodu. Nie umiała tego wyjaśnić, jednak od postawienia kroku poza obozem wiedziała, w którym kierunku się uda. Powoli przepłynęła rzekę, z wysoko uniesioną głową, aby nie zamoczyć Łabędź. Czerwone słońce odbijało się w tafli, nadając jej szkarłatną barwę. Osiadłe na powierzchni wody jesienne liście rozsuwały się na bok, robiąc miejsce dla liderki Klanu Nocy i jej wnuczki. Nie musiała płynąć długo, by jej łapy dotknęły mulistego brzegu jednej z pobliskich wysepek. Powoli i ostrożnie wyszła na stały ląd. Zbliżyła się do trzcinowej ściany, pyskiem próbując odnaleźć najsłabsze łodygi, które nie będą stawiać oporu podczas rozsuwania. Rośliny jednak okazały się być łaskawe i zdawałoby się, jakby z własnej woli rozstępowały się przed idącą kocicą, smyrając jej grzbiet i szemrząc cichą pieśń, graną przez wieczorny zefirek. Tylko one, trzciny, wiatr i otaczająca je zewsząd ciemna woda. Za gęstą ścianą roślinności, skrywała się dotąd niezbadana polanka, porośnięta jasną, zieloną trawą, niewydeptaną przez niczyje łapy. Serce wyspy.
Srocza Gwiazda zabrała wnuczkę na sam jej środek, układając ją obok siebie. Biedna, biedna Łabędź. Trąciła jej czółko. Spojrzała na jej małe oczka, które nigdy nie dostały szansy się otworzyć. Nie pachniała jak ktoś, kogo już nie było. Nadal miała na sobie delikatną, kocięcą woń. Jedynie płynące od niej zimno zdradzało, że kocię nie żyje. Nie zasłużyła na taki los. Powinna dorosnąć i cieszyć się życiem wraz z rodzeństwem, brykając i poznając ten świat, co nigdy nie było jej dane. Srocza Gwiazda przyciągnęła ją bliżej siebie, czule liżąc policzek kociczki, chcąc ogrzać jej sztywniejące ciałko. Cały czas w środku czekała, aż maleństwo wyda z siebie jakiś dźwięk, machnie łapką. Nie wiedziała nawet kiedy z jej oczu zaczęły spływać łzy. Nie mogła się pogodzić ze stratą wnuczki, której nigdy nawet nie udało jej się poznać. Przytuliła ją jeszcze ciaśniej. Nie chciała puszczać. Najchętniej zostałaby już tak na zawsze, skulona w kłębku razem z tym małym, bezbronnym istnieniem, poświęcając resztę życia na próbie ogrzania jej zimnego serduszka. Na małą, rozczochraną główkę upadło kilka dużych łez. Cieszyła się, że jest teraz sama i może wylać wszystkie swoje uczucia. Nie chciałaby, aby ktokolwiek jej teraz przeszkadzał.
Wiele godzin spędziła leżąc na chłodnej ziemi, tuląc do siebie Łabędź. Miała nadzieję, że ta otrzyma szansę zobaczenia wszystkiego z góry, tak, jak widzą świat ptaki i Klan Gwiazd. I że nigdy nie zazna śmiertelnych trosk ani nie doświadczy bólu. I będzie bezpieczna. Srocza Gwiazda zdawała sobie sprawę, że nie może leżeć wiecznie. Wiedziała co ją czeka. Tak bardzo jak nie chciała skrywać jej pod warstwą ziemi, tak wiedziała, że musi to zrobić. Powolutku odsunęła się od czarno białej kuleczki, zupełnie tak, jakby uważała, aby nie zbudzić jej ze snu. I zaczęła kopać. Słabo, powolnymi ruchami wygrzebała mały dołek w ziemi. Najmniejszy w całym życiu. Najmniejszy jaki widziała. Wyścieliła go porastającą wyspę trawą i miękkim mchem, w podobny sposób, w jaki przygotowywała legowiska za uczniowskich czasów. Pociągnęła nosem, po raz ostatni zerkając na śpiącą istotkę.
– Dobranoc, słoneczko – wymruczała, przyciskając swój nos do łaciatego noska noworodka.
Najdelikatniej jak potrafiła ułożyła ją w dołku, starając się nie patrzeć za długo, aby nie rozmyślić się i nie wyjąć małej na ponownie na powierzchnię. Wiedziała, że niczego to nie zmieni. Nakryła ją jedynie liśćmi trzcin, aby przynajmniej jej futerko pozostało czyste i nieskażone, równie piękne co nocne niebo. Dopiero wtedy ze spokojem mogła na zawsze skryć ją pod warstwą ziemi. Parę łez znowu spłynęło po jej policzkach, szybko wchłaniając się w miękką glebę. Położyła się na jej grobie. Nie chciała wracać do obozu, do tych spojrzeń i do możliwego oprawcy malutkiej. Podniosła z bólem powieki. Wtedy zobaczyła ją – wierzbową gałązkę, unoszącą się na powierzchni jednej z paru niedużych kałuż znajdujących się na wyspie. Prawdopodobnie z winy wiatru została zerwana i ukradziona od swojego matczynego drzewa. To dziwne podobieństwo zmusiło łaciatą do zebrania się. Wstała i podeszła do kałuży, chwytając gałązkę w zęby. Była młoda, rosło na niej zaledwie parę listków, które dało się policzyć na paliczkach jednej łapy. Srocza Gwiazda zdecydowała, że to będzie wieczny towarzysz małej Łabędź. Wbiła go tuż przed jej miejscem pochówku. Od teraz będzie strzec jej wnuczki. Pochyliła się, ocierając swój policzek o mokrą ziemię, pod którą leżała kotka.
– Jeszcze wrócę… – szepnęła, mrużąc oczy.
***
Nikt nie wiedział, co stało się ze Sroczą Gwiazdą. Po gwałtownym opuszczeniu obozu nie wróciła na noc. Wiele kotów zmartwiło się, a ulgę odczuły dopiero, kiedy o poranku w wejściu obozu zastali ją we własnej osobie, znowu chłodną, oschłą i odległą. Wyglądała jednak nienagannie – miała dobrze ułożone, czyste futro i żaden aspekt jej wyglądu ani zachowania nie zdradzał wydarzeń zeszłego wieczoru. Pewna była jednego – musiała zapewnić bezpieczeństwo żyjącym kociętom córki. W drodze do legowiska lidera poprosiła Pchli Nos, aby ten przekazał Kotewkowej Łapie, że życzy sobie ją ujrzeć.
Po skończonej rozmowie, udała się do swojej drugiej córki – Tuptającej Gęsi. Cicho przekroczyła próg żłobka, podchodząc do odpoczywającej karmicielki.
– Przygotuj Muszelkę i Różyczkę. Muszą być gotowe, kiedy zwołam zebranie. – powiedziała.
Młodsza spojrzała na nią zdezorientowana. W zielonych oczach córki odbiło się zmęczenie, ale także pewna zgorzkniałość, złość. Owinęła ciaśniej swoje kocięta ogonem, ruchem łba przytakując matce. Srocza Gwiazda zetknęła się z nią po raz ostatni czołem.
Po obozie już rozeszła się wieść o śmierci jednego z kociąt Tuptającej Gęsi, Łabędź, która była teraz tematem przeplatającym się przez większość rozmów w klanie. Śmierć kociąt zawsze była druzgocąca i niezrozumiała, bo czym zawiniło małe kocię, by zasłużyć na los tak okropny jakim jest śmierć? Jedynym pocieszeniem był Klan Gwiazdy. Łatwiej i lżej było żyć z myślą, że pociecha nadal gdzieś tam jest, cała i zdrowa, pod opieką swoich przodków.
Westchnęła przez nos. Słońce powoli znikało za horyzontem. Nadszedł czas, aby ogłosić jej współklanowiczom nową wieść. Myślała nad tym przez całą noc. Wiedziała, że decyzja, którą podejmie, dla wielu może okazać się niezrozumiała, jednak to była jedyna szansa, aby zabezpieczyć jej potomków, a także Klan Nocy. Miała jedynie nadzieję, że nie wywoła to zbyt nagłych reakcji.
– Niech wszystkie koty zdolne samodzielnie polować zbiorą się u stóp sumaka! – zagrzmiała z górnej, grubej gałęzi drzewa, odczekując chwilę, nim większość kotów zgromadziła się w miejscu zebrań. Po pyskach niektórych dało się stwierdzić, że domyślają się, czego może dotyczyć dzisiejsze przemówienie liderki – Klanie Nocy… – zaczęła, prostując się na gałęzi – Zapewne większość z was słyszała już o tragicznym wydarzeniu jakie miało miejsce ubiegłego dnia. Straciliśmy jedną z najmłodszych duszyczek w naszym klanie. Łabędź opuściła ten świat jeszcze zanim zdążyła go choćby ujrzeć – kontynuowała, wpatrując się w zachmurzone niebo – Wczoraj osobiście pożegnałam ją i zapewniłam godny spoczynek. – w tym momencie kocica wzięła głębszy wdech wiedząc, że jej kolejne słowa mogą zmienić całą przyszłość Klanu Nocy – Nie mogę jednak na tym spocząć. Fakt, że w naszym własnym żłobku umierają nowonarodzone kocięta jest druzgocący, bo przecież to właśnie one powinny być otoczone największą troską spośród wszystkich członków klanu. – parę kotów w tłumie zgodnie pokiwało łbami, smętnie patrząc po sobie – Właśnie dlatego wprowadzam nową rolę - rolę piastunki. Jej zadaniem będzie dożywotnie poświęcenie się kociętom i opiece nad nimi. Będzie służyć pomocą królowym, oraz dbać o dobrostan dzieci, abyśmy już nigdy nie doświadczyli podobnych tragedii. Tę rolę obejmie Kotewkowa Łapa, której dzisiaj, na mocy przodków, nadaję imię Kotewkowy Powiew. Wystąp. – nakazała córce.
Kotka nieśmiało wysunęła się przed tłum, skupiając przy tym na sobie wszystkie spojrzenia. Z szacunkiem zniżyła łeb w stronę matki.
– Czy przysięgasz troszczyć się, dbać i chronić kocięta nawet za cenę własnego życia, Kotewkowy Powiewie? – spytała Srocza Gwiazda, spoglądając z góry na uczennicę.
– Przysięgam – bąknęła vanka, z trudem utrzymując pewną siebie minę.
Srocza Gwiazda rozejrzała się po zebranych. Pierwsza informacja, jaką im podała, zdawała się zostać przyjęta przez członków Klanu Nocy ze spokojem i bez większych kontrowersji, może poza tą, że liderka znowu oszczędziła swoją córkę. Jednak nikt nie miał ochoty się o to wykłócać – wszystkim wszakże zależało na dobru dzieci, a tajemnicze okoliczności śmierci Łabędź niepokoiły niejednego kota. Sam fakt, że liderka zdecydowała się właśnie przez to wprowadzić nową rolę w klanie, rzucał pewien cień na wszystkich obecnych tego dnia w żłobku, podczas porodu Tuptającej Gęsi, kotki, która właśnie przemierzała rozstępujący się na boki tłum kotów. W pysku trzymała małe i rozespane kocię – czarno białą Różę. Głowę miała wysoko, jej ogon także był dostojnie zadarty, maskując przed innymi burzę emocji. Tuż za nią podążał Kolcolistne Kwiecie, razem z Muszelką, drugą córką Gąski, która wierzgała z niezadowoleniem łapkami. Zebrane koty patrzyły zdezorientowane na poczynania zastępczyni, która z każdym krokiem przybliżała się do stojącej już na ziemi liderki.
– Nie jest to jednak koniec zmian, jakie chciałabym wprowadzić. – zaczęła, pozwalając córce i jej kompanowi zasiąść obok niej. – Większość z was była świadkami rządów wielu liderów w Klanie Nocy, o wielu więcej, niż ktokolwiek chciałby zobaczyć podczas swojego dość krótkiego życia. Często ich panowanie kończyło się w brutalny sposób i rzadko udawało się rozwiązać to bez rozlewu krwi. Dlatego też, aby uchronić nasz klan przed dalszymi nieszczęściami… wprowadzam zasadę dziedzictwa. – dokończyła, a tłum ucichł. – Od dzisiaj każdy kolejny lider będzie musiał być potomkiem poprzedniego. W ten sposób zachowamy ciągłość linii, a dodatkowo unikniemy brutalnych przewrotów. – kontynuowała, zmierzając w stronę sterty ze zwierzyną. – Aby podkreślić płynącą w żyłach takowych kotów przywódczą krew, naznaczone one będą krwią władcy wód – schyliła się, chwytając w zęby szczupaka, którego następnie zaciągnęła na środek obozu, skrupulatnie rozcinając jego bok. Szkarłatna ciecz pokryła jej łapy. Podeszła do trzymanej przez córkę Róży, wyciągając w jej stronę obie przednie kończyny, opuszkami delikatnie przejeżdżając przy kąciku oczu, a następnie rysując na jej czole symbol kwitnącej lilii wodnej, składającej się z trzech płatków. Podobnie postąpiła z Muszelką, a na samym końcu z Tuptającą Gęsią. Odwróciła się do klanu. – Lilie to symbol narodzin i odrodzenia, nowego początku. Chciałabym, aby każdy członek tego rodu nosił ten znak z dumą, wiedząc, jaką wartość on posiada. Róża i Muszelka stają się nowymi Księżniczkami Klanu Nocy!
Po zakończeniu przemowy, liderka sama naznaczyła swoje czoło symbolem kwiatu, który od tego dnia miał być noszony przez wszystkie kolejne pokolenia, przynieść im szczęście i otuchę w trudnych chwilach. Żaden z kotów nie odezwał się. Wszyscy zdawali się być zbyt zszokowani, aby wydusić z siebie choćby słowo. Nawet największe paple umilkły, zerkając to na siebie, to na stojącą przed sobą nową “rodzinę królewską”. Dopiero nagłe uderzenie Cuchnącego Śledzia głową w ziemię wybudziło niektóre koty z szoku, w jakim się znalazły. Parę stojących obok niego postaci nieśmiało schyliło głowy, nie do końca będąc pewnymi swoich działań.
– Jak to dziedziczne rządy?! To... To oburzające! Niesprawiedliwe! Co jeśli twoje dzieci i inni potomkowie okażą się nieodpowiedni i pogrążą Klan Nocy? Kto wie czy im nie odbije, bo "im się to należy" z racji urodzenia i będą jedynie szkodzić? Co na to Klan Gwiazdy?! To herezja! Herezja! Tak nie może być! Przez to lepsi od was, a tym bardziej urodziwsi, nie będą mieli szansy zaistnieć! Phi! – obruszył się z pewnym opóźnieniem ktoś z zebranych.
Srocza Gwiazda uniosła głowę. Gdzieś w tłumie dostrzegła podskakującą ze złości Makowe Pole. Na szczęście dla wszystkich wokół, do jej boku szybko przywarła Pszczela Duma, odciągając nadal oburzoną ukochaną na bok.
– Ta urodziwość w przypadku niektórych nie idzie niestety w parze z rozsądkiem… – skomentowała niezbyt dyskretnie Zajęcza Troska.
Kruczy Szpon tymczasem nachyliła się do Nartnikowego Czułka, szepcząc jej coś na ucho, jednak na tyle głośno, by siedzące bliżej koty to usłyszały:
– W przypadku niektórych to w ogóle ciężko o jakąkolwiek z tych cech...
Borsuczy Język parsknęła, niechcący wyłapując słowa kotki, podobnie jak Bratkowe Futro, która jednak zrobiła to w o wiele mniej widoczny sposób. W tym czasie tłum zaczął się powoli rozchodzić, widząc, że zgromadzenie dobiegło końca. Szuranie i szmeranie po kątach zastąpiło dotąd niepewną ciszę. Srocza Gwiazda odwróciła się do córki, spoglądając na kocięta, które były już zniecierpliwione przebywaniem tak długo na zewnątrz.
– Zabierzmy je już do legowiska. Na pewno są zmęczone. – mruknęła liderka, razem z całą eskortą kierując się w stronę żłobka.
<Muszelko?>