BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryż. Pokaż wszystkie posty

19 lutego 2023

Od Ryżu

Kręciła nosem, szukając najmniejszych okruchów karmy, jakie zostały jej w misce. Żałośnie oblizywała brudne i obrzydliwe ściany szklanego naczynia, czując skręcający ją od środka ból. To miejsce było nie tylko ich więzieniem, ale i łożem śmierci i cmentarzyskiem. 
Wielu z nich nie miało tyle wytrwałości. Z celi naprzeciwko, spomiędzy drutów, zwisały bezwładnie łapy, a głowa burego kota opierała się o drzwi. Długie i cienkie nogi, a także tors wyglądały jak naciągnięta skóra na gołe kości. Niezadbaną i splątaną sierść okalały drobiny brudu, czy może nawet własnych odchodów czy wymiocin. Z przymkniętych oczu jak łzy sączyła się wcześniej ropa, która pozostawiła teraz jedynie wyschnięte, smoliste ślady. Ryż z zobojętnieniem odwróciła wzrok. Po księżycach spędzonych w machinie śmierci nie robiło to już na niej większego wrażenia. W górze świeciły jedynie migające, stare lampy, przy których roiło się od much. 
Polizała swoją zakurzoną sierść, smakując brudu i własnej flegmy. W niektórych miejscach nie było jednak już czego lizać i układać. Na jej boku podrażniona rana pulsowała i ogniła się czerwienią, jak płomień. Spękana skóra powodowała syknięcia z bólu za każdym razem, gdy coś jej dotknęło. Obrażenia powoli wypierały sierść, powiększając się coraz bardziej. Ryż odpędziła od siebie natrętne owady, próbujące pożywić się jej krwią. Czuła, jakby gniła żywcem i była wobec tego bezradna. Klanie Gwiazdy, czy to kara? Pytała siebie w myślach, przymykając zmęczone oczy. 
Jeżeli tak to dłużej nie bała się Mrocznej Puszczy.
Nie wierzyła, że ktoś znajdzie dla niej gorsze cierpienie. 

20 listopada 2022

Od Rysia (Ryżu)

Wylądowała w środku wielkiego pierdolnika, o którym się jej nie śniło. Ile już księżyców spędziła w tym miejscu? Straciła rachubę czasu po pierwszych kilku księżycach. Czas jakby stanął w miejscu, a ani słońca, ani bladej tarczy księżyca nie była w stanie zobaczyć. Czy to tak miało skończyć się jej życie? Czy Klan Gwiazdy tak właśnie ją karał za rozlew krwi? Jeśli tak, udało mu się. Idealnie dręczył ją dniami i nocami, sprawiając, że każdy oddech stawał się jeszcze bardziej bolesny, jak i każde bicie serca. 
Lament tysiąca obcych dusz trwożył ją i jej serce. Nawet z widzenia nie znała nikogo, kto przewinął jej się przez druty kolczastych klatek. Każdy z nich jednak był przerażony. Wiedzieli, że już stąd nie wyjdą, jeśli nagle nie spotka ich nagły zastrzyk szczęścia, a jakiś dwunóg nie zabierze go ze sobą. Wielu z nich już znikało, jednak nie pojawiało się ponownie. Słyszeli tylko ich nieliczne ostatnie krzyki, nim słuch o nich zaginął. Tylko wted wszyscy ustawali we wrzaskach. Śmierć ich łączyła we wspólnej głuchej ciszy. To był jedyny sposób, by okazać zmarłym hołd.
Niektórzy płakali nad utraconą wolnością. Inni nad strachem. Jeszcze inni nad rodziną, miłością, potomstwem, które osierocili. Ryś przez ten cały czas leżała jak makiem zasiał, zapominając brzmienia własnego głosu. Witała nowych jedynie syknięciem, nie dając im złudnej nadziei na to, że jeszcze pojawi się dobra iskra, która wyciągnie ich z tego miejsca. Nie miała po co ich okłamywać - nigdy się stąd nie wydostaną.
Wieczny smród odchodów, moczu, wymiocin i choroby również towarzyszył im od początku. Jedynie słabe, migające światło lampki. Było ich wielu, zbyt wielu by każdy usługujący dwunóg mógł odwiedzić ich codziennie. Dlatego przychodzili tylko co kilka dni, by uzupełnić jedzenie i wodę, ewentualnie sprzątnąć to, czym naświnili samotnicy. Im dalej jednak była tym bardziej o niej zapominano. Gardło skręciło się jej w supeł od odwodnienia. Nie była w stanie się poruszyć, nie miała na to siły. 
Ale niegdyś była w innym miejscu, piękniejszym miejscu. Tam, gdzie na co dzień inni plotkowali zawzięcie, cieszyli się, a wyprostowani chodzili wte i wewte, uśmiechając się niepokojąco do czystych, dobrze odżywionych i pięknych kotów. Nadali jej tam imię Ryżu, ale nigdy nie zamierzała się nim posługiwać. Stamtąd również nikt nie wracał, ale cieszył się, że nareszcie trafi do domu. Jej jednak nikt nie wziął, choć wielu spojrzało. Rezygnowali, gdy warczała. Została więc wtrącona do lochu. A w lochu już tylko była jedna ścieżka - do zgnicia i stania się żywym szkieletem.
— Hrrgh — kaszlnął gardłowo ktoś po jej lewej stronie, sprawiając że momentalnie się odwróciła. Był to stary kocur, którego długa i poskręcana sierść wyglądała na ekstremalnie niezadbaną. Miał długą bródkę i wąsy, z których zwisały posrebrzałe włosy. — Oh, przepraszam piękną frelkę. — mruknął zakurzonym, zachrypniętym głosem. 
Ryż nic nie odpowiedziała, jedynie chłodnym wzrokiem przytuliła starca.
— Oh, fanzolę jak dycki. Od tego siedzenia aż głupieję. — przyznał, a kocica skinęła głową mimo że nie rozumiała do końca słów, którymi się posługiwał. Brzmiał jednak ciepło, niczym matczyny brzuch. Odchrząknęła potężnym lwim rykiem i poruszyła skamieniałymi strunami głosu.
— Ile tu siedzisz? — wysyczała poprzez wysuszone, drapiące gardło.
— Podwiel jak ty, a może i dłużej. Ale to i tak nie ma znaczenia. Trochę na tym świecie jestem — zaśmiał się słabo — kojtnę prędzej czy później. Jeżeli można sobie umilić ten czas...
Znów kaszlnął, plując flegmą. Za nim i ona, jednak sucho.
— Co pannie dolega?
— Wody... — wychrypiała tylko, patrząc jak na ostatni kęs jadła na miskę z brudną wodą kocura.
— Już, już, dzięk nie trzeba. — mruknął, przysuwając pod kraty życiodajny napój nosem, który zaczęła chłeptać bez opamiętania. Mimo kwaśnego posmaku piła, jak gdyby jej własne życie od tego zależało (i właściwie tak było). Skończyła dopiero, gdy biała, porcelanowa misa była wylizana do ostatniej kropli.
— Już sam nie pamiętam, jak moje miano — westchnął — ale kiedyś trefiłem takiego małego chłopczyka. On nazywał się śmiesznie - Gżdółka? Gżółka? Oh, Gżegżółka! Takie pocieszne maleństwo... — rozmarzył się. — On mówił na mnie Opa, albo nazywał żartobliwie starzykiem. Ah, piękne czasy... A jak twoje imię?
— Ryś. — odetchnęła, czując jak siły do niej wracają. Jeśli i tak tu zdechnie, chętnie posłucha Opy. Co jej szkodzi spędzić ostatnie chwile z choćby delikatnym uśmiechem.
 
Wyleczeni: Ryż

09 października 2022

Od Rysia

Po tych księżycach spędzonych w miejskiej dżungli, Ryś zdążyła się do tego przyzwyczaić. Do bitwy o najmniejszy kawałek jedzenia. Głośnych potworów, przez tubylców zwanych "autami". Wszystkich zagrożeń, które tylko płynęły z tak bliskiej obecności dwunogów. Właściwie... przestała narzekać. Miasto było w jakimś sensie jedyną spokojną przystanią, miejscem, w którym mogła czuć się bezpiecznie. W końcu żaden kot z lasu o zdrowych zmysłach nie zapuści się w tą plątaninę wysokich budowli i śmierci. Wylizywała swoją zakurzoną sierść, próbując choć odrobinę przywołać ją do stanu sprzed księżyców. Czasy, gdy dbała o swój wygląd dawno minęły. Teraz tylko wyrywała spomiędzy skołtuniałych pęków martwe włosy, które przeżyły więcej niż czyjekolwiek inne. Nie było to przyjemne, ale tutaj nie było czasu na dbanie o własny wygląd.
Spod przymrużonych oczu obserwowała wschodzący dzień. Bezfutrzy przechadzali się po kamiennych ścieżkach. Ryś nie zamierzała ruszać się z miejsca. O tej porze mieszkańcy zawsze kłębili się, a ruch wzrastał. Po paru godzinach jednak było bardziej pusto, to był czas na polowanie. Z resztą, nie było to tu takie niemożliwe, jak początkiem mogło się zdawać. Oczywiście nie było tutaj jedzenia pod dostatkiem, ale nauczyła się współpracować z dwunogami. Trudne byłoby się tutaj utrzymać z samego łowiectwa, jako że zwierzyna była trudno dostępna. Co jakiś czas zdarzał się jednak życzliwy bezfutry, który poczęstował kawałkiem mięsiwa. Cóż, jeśli los wyciągał do niej rękę, nie skorzystanie z tego byłoby głupstwem. 
Mimo tego wciąż była obca. Wrogiem dla wszystkich. Nawet coraz odleglejsza dla samej siebie. Nie rozmawiała z nikim od tak dawna, chyba że należy liczyć wrogie syczenie i groźby. Traciła poczucie własnej tożsamości, kurczowo trzymając się jedynie wspomnień. Jedynie tego nie mogli jej już odebrać. Jednak i one z czasem ulatywały na wietrze jak wyrywane kępki sierści. Opierała własne istnienie na lęku i resztkach tego, co pozostało z dumnej wojowniczki klifiaków, Rysiego Puchu. Nie widziała jej się wizja takiej przyszłości na dłuższą metę, jednak nie miała nic do powiedzenia. Już dawno zrozumiała, że w tym świecie są wygrani i przegrani. A Ryś już dawno utraciła przynależność, siłę, niezmordowaną ambicję. Chociaż to może ona pchała ją coraz bardziej do przodu? W końcu jeszcze się nie poddała. Żyła. Była ze stali, niezniszczalna. Nie do zatrzymania. Była rysiem, który terroryzuje las i swą siłą zachwyca wszystkich. A właśnie. Była.
Przeciągnęła się, kończąc głębokie myśli. Aby żyć, musiała jeść. A nikt za nią śniadania nie złapie. Zwlekła się z miejsca, by poszukać czegokolwiek świeżego. Możliwe, że pod jednym z tych miejsc, w których skupiali się zwykle dwunogi coś będzie. Zawsze wszelkie ptactwo wydziobywało z ziemi okruchy. Chociaż bezfutrzy niespecjalnie tolerowali tam jej obecności. Cóż, chyba nie podobał im się zapach świeżej krwi, ani brudny zapchleniec jak ona. Przynajmniej nie cieszyła się aż tak złą opinią jak psy, które regularnie były przeganiane i zabierane niewiadomo gdzie, pożerane przez potwory. 
Mały, niepozorny wróbelek usiadł na ziemi, by podjeść co nieco. Idealne śniadanie na początek następnego ciepłego dnia. Już wiła się pod stolikami, gotowa do skoku na maleństwo. Wpatrywała się w swą ofiarę jak w obrazek, wiedząc, że nie posiada on żadnych szans w ostatecznym starciu. 
W ostatniej chwili rozległ się wrzask, który sprawił, że wszystkie ptaki w okolicy zerwały się z miejsca, a Ryś skuliła, jeżąc sierść. To nie był zwyczajny pisk opon, czy głośne kłótnie bezfutrych. Po chwili zza rogu ulicy, jak uciekające stado królików wyłoniła się spanikowana kocia horda. Zastygła w jednym miejscu, gdy wokół przerażona fala wrzasków i futer brzytw się chwytała podczas ucieczki. Skakali po stołach, między krzesłami, lądując niemal pod kołami jednośladów. Ryś kuliła się pod nogą jednego ze stolików, gdy po jej grzbiecie skakały dreszcze. Co mogło ich wszystkich tak wystraszyć?
Szybko to zrozumiała, gdy wylądowała na niej zielona sieć. Serce zabiło mocniej. Zaczęła wić się jak trująca żmija, zawijając się w siatkę ciaśniej i ciaśniej z każdą chwilą. Nie mogła się poruszyć. Zostało jej jedynie gorączkowe syczenie na bełkoczącego coś swoim dialektem długonogiego. Na Klan Gwiazd, czy to już koniec? Najgorsze czarne myśli chaotycznie oplatały jej umysł, jedna po drugiej, wyżerając środek. W tej chwili długonóg pociągnął ją w górę, złapała się w panice sieci, plącząc swe łapy i pazury w niciach.
— Mam nadzieję, że spłoniesz kiedyś gdzieś na dnie rowu, parszywa szujo! — zasyczała, równie z tym jak została wrzucona do srebrnej klatki. Błyszczące złowrogo w świetle słonecznym kraty szczękały, gdy chaotycznie kocica próbowała znaleźć drogę wyjścia. Wbiła się pazurami w rękę wielkiego bezwłosego, których ciemnej i twardej skóry nie mogła przebić mimo starań i męki. Ten tylko strącił ją jak irytujące kocię, a sama wylądowała na białej, twardej ziemi. Zaraz po niej poleciały klatki z innymi przybłędami, których czule witała ostrzegawczym, silnym syknięciem. To miejsce zamieniło się w chaos. W końcu długonodzy zniknęli, zamykając wejście do tego białego miejsca o poszarpanych ścianach. Jedynym źródłem światła był płonący zimnym ogniem płaski głaz doczepiony do sufitu, raniący wszystkich lodowymi błyskami.
W otoczeniu obcych, nieznanych kotów słyszała wiele obelg i przekleństw, a także modlitw. Każdy bał się o swoje życie, postawione w mig na szali. Nawet ona przytuliła się jak najbliżej ściany, szepcząc słowa chwały do siebie, by zachować odwagę. Nie mogła zginąć.
Nie mogła zginąć.

15 sierpnia 2022

Od Rysia CD. Tygrysiej Smugi

przyjmijmy że to już się działo po tamtym zgro chronologicznie i dawno
— Coś się stało w Klanie Klifu, że tak wyglądasz? — spytała roztrzęsiona Tygrysia Smuga. — Potrzebujecie pomocy? Poza tym... Co ty tu robisz? Przyszłaś, by mnie spotkać, czy twoje cele są jednak inne i powinnam się obawiać?
Kremowa spojrzała na nią, nie do końca wiedząc jak jej wszystko wytłumaczyć. Sama nie potrafiła posklejać tych kawałków w swojej głowie. Nie chciała wracać do dawnych czasów, ale Tygrys nie wiedziała o tym wszystkim. Wciąż znała ją jako wojowniczkę Klanu Klifu, odważną Rysi Puch. Pokręciła smętnie głową na wspomnienie tego imienia, które wbijało jej w serce drewniany kołek. Minęło tyle czasu, a ona wciąż mogła ryczeć nad tym jak dzieciak. Żałosne. 
— Wiele się zmieniło. 
— Chyba mam czas, żeby wysłuchać.
— Jeszcze cię burzaki znajdą. Nie musisz sobie zaprzątać tym głowy.
— Jesteś moją siostrą, Rysi Puchu. Naprawdę nie wyglądasz dobrze. Widzę po tobie, że coś się wydarzyło.
Samotniczka spojrzała na nią z wyrzutem. Nie chciała jej niczego tłumaczyć. Otworzyła pysk, ale słowa nie potrafiły przejść jej przez gardło. Jak zacząć wywód? Jak powiedzieć tak ukochanej osobie jak Tygrysia Smuga, że jest się zdrajcą i mordercą?
Kolejny raz, kiedy emocje ściskały ją i szponami się wdzierały w skórę. Tak bardzo ich nienawidziła. Gdy już była o krok od zaczęcia, coś znowu rozszarpywało zaczęte już zdanie na kawałki. Przełknęła w końcu ślinę, nerwowo poruszając koniuszkiem ogona.
— Nie jestem już klifiaczką.
Zapadła głucha cisza, mętna i onieśmielona. Na pysku Tygrysiej Smugi malowało się zaskoczenie. Ogromne. 
— Co? Jak?
Ryś speszyła się, wbijając wzrok w ziemię.
— Los się ode mnie odwrócił. 
— Czy w Klanie Klifu dzieje się coś złego? 
— Nie wiem. Już... nie moja sprawa. — mruknęła, owijając wokół łap bujny ogon.
— Próbujesz coś przede mną ukryć. — stwierdziła Tygrys, przez co Ryś zdębiała. Spodziewała się raczej, że zwyczajnie wojowniczka przestanie napierać. Jak widać, nawet we wciskaniu bujd nie była dobra. 
— I co z tego? Nie w tym twój interes. — zawarczała szorstko kremowa. Mimo tego była bliska płaczu. I jak miała spojrzeć Tygrysiej Smudze choćby w oczy, jeśli była taką łajzą?
— Jesteśmy rodzeństwem! A ty wyglądasz jak ryba, która przeleżała na słońcu tydzień... przepraszam. To nie zmienia faktu, że-
— Jestem śmierdzącym włóczęgą bez dalszych perspektyw na życie. To jest ten fakt. — wymamrotała. 
— Nieprawda. Nie jesteś... bez perspektyw na życie. Jesteś silną, świetną wojowniczką.
— Spójrz na mnie. Jestem teraz nikim. — miauknęła ponuro.
— Nie mów tak. — Tygrysia Smuga próbowała podejść bliżej, a Ryś odsunęła się gwałtownie.
— No a kim innym? — westchnęła głęboko samotniczka, ponownie wpatrując się w piach.
— Nie musisz być wcale zapyziałym włóczęgą. W Klanie Burzy na pewno znalazłoby się dla ciebie miejsce, jeśli chciałabyś dołączyć. 
— Co?
— Zajęcza Gwiazda przyjąłby cię. W końcu nasz ojciec pochodzi stąd. Jesteśmy dziećmi z sojuszu. Masz naszą krew.
Jej słowa obijały się od jej uszu. To, o czym tak gorliwie próbowała zapomnieć. To, co sprawiło, że czuła się gorsza przez całe życie. Za co niejeden rzucał zgryźliwym komentarzem. Zacisnęła zęby. 
— Wolę już być tym nikim.
— Jesteś cieniem siebie.
— I?
— W Klanie Burzy byłoby ci dobrze, naprawdę. Jesteśmy wyżywieni, bezpieczni, spokojni...
— Nic nie wiesz. 
— O czym nie wiem?
— O wszystkim. 
— Tylko dlatego, że nie chcesz mi o tym powiedzieć. — uniosła jedną brew podejrzliwie Tygrys.
— Bo to wszystko nie twoja sprawa! A ty dociekasz, jak uparty lis broniący swojej nory. 
— Bo nie rozumiem, dlaczego to ukrywasz. Coś się złego stało, a próbujesz to uchować, jak trupa w norze. A trupy śmierdzą.
— A ja nie rozumiem, czemu cię to tak interesuje! — zasyczała już Ryś, cofając się, podchodząc bliżej skały. — Nie twoje problemy!
— Chcę pomóc. 
— Nie chcę pomocy!
— Ale jej potrzebujesz!
— Nieprawda! Potrafię o siebie zadbać!
— Zachowujesz się niemoralnie. 
— Nieprawda! Bujda! Wymysł! — kręciła łbem na boki w złości, wypluwając plugawie słowa.
— Spokojnie. — zamruczała Tygrysia Smuga, starając się samemu brzmieć tak łagodnie, jak to tylko możliwe. Ryś gwałtownie przestała i zamilkła. Zachowywała się jak durny dzieciak. Ale jednocześnie Tygrys traktowała ją jak nieporadną gówniarę, która nie potrafi obronić własnego tyłka! Jakby sama nie mogła sobie poradzić w życiu. Nigdy przecież się nie dowie jak to jest. Być wygnańcem, znienawidzonym przez wszystkich. Wbiła pazury w ziemię. 
— Spokojnie? — miauknęła już wracając do pionu. 
— Nie musimy się kłócić. Wśród nas, burzaków nie będziesz musiała się martwić o nic. Z resztą... miałabyś mnie. A ja miałabym ciebie. Nie musiałybyśmy łazić tak długo, bojąc się innych. To naprawdę dobre rozwiązanie. 
— Nie potrzebuję was, by przeżyć.
— To byłoby o wiele prostsze. Widzisz, jak chuda jesteś. Ledwo łączysz koniec z końcem. Jesteśmy dorosłe, nie możemy się oszukiwać. A ja nadal nie wiem, czemu tak bardzo stawiasz opór. Sama wiesz, że to będzie dla ciebie dobre.
— Klan Klifu to mój jedyny Klan i dom.
— Chyba coś nie wyszło, skoro od jakiegoś czasu pomieszkujesz nielegalnie skałę, prawda?
— Przestań! — jej oczy zaświeciły się jak świeczki, gdy była już skłonna rzucić się na Tygrysią Smugę i wyrwać struny głosowe, by tylko zamknęła ryj. To nie byłby jednak dobry pomysł. Opanowała impuls, zaciskając jednak znowu szczęki, trąc o siebie kłami. Tygrys w żadnym stopniu jej nie pomagała, a tylko sprawiała, że czuła się gorzej. — Wiesz co? Mam dość. Stokrotnie dość. — wstała i machnęła ogonem. 
— Co masz przez to na myśli?
— To, że nikt mi nie jest potrzebny. A ja poradzę sobie sama. I tylko sama. — odwróciła się od niej.
— Czyli?
— Odchodzę.
— Odchodzisz?
— Tak. Daleko. I zobaczysz, że uporam się ze wszystkim na mojej drodze. O ile w ogóle zobaczysz. — parsknęła. 
— To nie jest dobry pomysł, Rysi Puchu.
— Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić. I jestem Ryś! — syknęła, odwracając się po raz ostatni w jej kierunku, zanim nie szła dalej, przed siebie, w stronę granicy Klanu Nocy i Klanu Klifu. Ku jej zaskoczeniu, Tygrys nie biegła za nią, nie próbowała jej powstrzymać. Jeszcze się przekona... o czym? Właściwie, nawet Ryś nie była tego taka pewna. Ważne było to, że nie dała za wygraną, to się tylko dla niej liczyło. A świat wokół miała głęboko pod ogonem.

***

I w taki sposób skończyła w mieście. Dygocząc na całym ciele mijała ośnieżone drogi, którymi nieraz przebiegały potwory, które przedtem znała tylko z bajek. Tak bardzo chciała, by to jednak była bajka. Skręciła w miejsce, gdzie ogromne szare fortyfikacje rozciągały się aż do nieba. Tutaj śniegu było jeszcze więcej. Drżała, szukając ciepłego miejsca. Wszystkie wejścia do legowisk zawalone, że nie dało się przejść. Śnieg, który niegdyś oglądała z nienawiścią przez wejście do leża wojowników, teraz sypał na jej brudną sierść. 
Gdyby tylko nie ta durna kłótnia, byłoby jak dawniej. Dostałaby może w spadku jakąś piszczkę czy dwie, miałaby do kogo otworzyć pysk. Kto wie, może nawet miałaby do kogo otworzyć pysk i postrzępić suchy język. Wdrapała się na niskie, mętne okno i położyła na niewielkim skrawku kamienia.
Niech Klan Gwiazd broni jej duszę, o ile można zwracać się do niego o pomoc po dokonaniu tylu zbrodni. Ironia losu, że tak kiedyś znienawidzone miejsce było tym, do którego wznosiła bezcelowe modły. Parsknęła, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Myślała. Tylko to jej zostało. Tak niewiele miała wcześniej, tak niewiele miała teraz. W każdej chwili mogła stracić wszystko, zostać zupełnie sama. To było przerażające.
Właściwie, co ją tutaj jeszcze trzymało, prócz lęku przed Ciemnym Lasem? Chyba jedynie jałowe wspomnienia tego, co było, a co nie mogło już wrócić. Choćby rozmowy z Tygrysią Smugą, ciepły oddech Mrocznego Omenu na swojej skórze. Albo sięgając jeszcze dalej, dziecięce przepychanki z Lamparcim Rykiem, moment, w którym Koguci Dziób był z niej dumny, może nawet treningi z Miętową Gwiazdą, po raz pierwszy poczucie się docenionym. A teraz zniknęli, daleko w środku lasu, który pozostawiła za sobą  znienawidzona przez wszystkich, których miała okazję poznać. Kryła się gdzieś po cieniach, poza zasięgiem ich pazurów. Jak żałosny tchórz. Ważne było jednak, że żyła, a to jedynie otoczka miasta sprawiła, że jej łeb nie wisi teraz na jakimś drzewie. Żaden klanowiec nigdy z własnej woli nie wybrał się do tego gąszczu skały i metalu. Jednak wiedziała, że kiedyś ją znajdą i będą oczekiwać zemsty, jak ona wiele razy. A wtedy nie będzie już gdzie uciekać, bo sprawiedliwości nareszcie stanie się zadość.

11 czerwca 2022

Od Rysia do Tygrysiej Smugi

Mogła tylko składać modły w podziękowaniu na porę nowych liści. Jej głód już nie odbijał się tak bardzo na zdrowiu, a kondycja sierści znacząco się polepszyła, tak jak samopoczucie kocicy. Nie musiała godzinami leżeć w legowisku z podartych liści i stęchłego mchu. Mogła przeznaczyć na polowanie. Starała się jak najlepiej maskować swój zapach. Swe potrzeby zakopywała jak najgłębiej, resztki jedzenia wyrzucała jak najdalej. Wiele razy już niemal życiem przypłaciła siedząc tu i narażając się na patrole. Nie pamiętała kiedy ostatnio jej sierść była chociaż minimalnie czysta. Aby się kryć musiała być okryta błotem, piaskiem i kurzem, czy tego chciała czy nie. Wykrycie było gorsze niż sama śmierć. Skażą ją na tortury, oddadzą do Klanu Wilka, gdzie Mroczny Omen własnoręcznie ją zabije. Na myśl o czarnym kocurze przeszedł ją dreszcz. Te wszystkie wspomnienia z wilczakiem uderzyły w nią jak kula armatnie w łeb. 
Była naiwna, by myśleć, że znaczy dla niego cokolwiek. Nawet nie był najpiękniejszym z kotów. Jego głos nie wydawał się mieć w sobie żadnej czułości. Każdy dotyk nie sprawiłby, że poczułaby szczęście, przywiązanie. Teraz był jak cierniowe kolce raniące jej skórę. Żadne z jego słów nie było prawdziwe. Była wykorzystana i zdradzona. Wycisnął z niej jak najwięcej i odłożył na śmietnik, nie licząc się z niczym. On jej nienawidził. Jak już mówiła, nie wahałby się przed wydzieleniem okrutnej sprawiedliwości. Jakby mógł wgryzłby się w jej gardło bez najmniejszego wyrzutu sumienia. Nigdy nie zależało mu na niej, tylko na tej durnej czwórce kociąt.
Dlaczego więc na tereny wilczaków patrzyła z tęsknotą? Dlaczego w głębi duszy chciała dojrzeć te białe kosmyki sierści, chociaż chowała się przed najmniejszym szelestem? Właśnie, dlaczego. Ryś nie wiedziała. Nie miała pojęcia co ją ściska w brzuchu. Pragnęła usłyszeć od niego chociaż jeszcze raz, że ją kocha. Chciała być karmiona kłamstwami po sam grzbiet w słodkiej niewiedzy, prowadząc życie jak z bajki. Być po prostu na tyle głupia, aby żadne problemy nie dotyczyły jej małego rozumu. Ale Ryś nie miała mózgu złożonego z dwóch ziemniaków połączonych ładowarką od smartfona. Na szczęście i na nieszczęście.
Rytyna weszła arlekince w krew. Musiała się zagłębiać miejscami nieco głębiej poza polanę od zgromadzeń, by nie umrzeć z głodu. Najczęściej wychodziła tam nocami i zbierała jak najwięcej jedzenia ile mogła. Zjadała wszystko, co wpadło jej do łap – poczynając od gryzoni, kończąc na królikach, których tak nienawidziła jeszcze parę księżycu temu. Z tego co łamała, robiła sobie niewielkie zapasy. Tym razem jednak brzuch wrzeszczał prosząc o jadło, a leże świeciło pustkami. Obejrzała się dookoła skały, ale jak na złość nic nie zamierzała tu zawitać na ubój. Nie chciała tak żyć. Chciała znowu być w Klanie i nie musieć się martwić o jutro. Nie chciała popaść w większą melinę niż teraz, więc po kilku godzinach wygłodniałego czekania na cud zwlokła się z wyra. 
Wychyliła łeb poza ostre rokitniki, powlekła łapami. Klan Burzy wydawał się być jej najbezpieczniejszą ostoją. Zauważyła, że burzaki i wilczaki wykraczali daleko poza swoją wcześniejszą granicę. Miała wrażenie, że stało się coś. Jakaś bitwa, którą przespała? Może bunt? Szybko wróciła do siebie i zaczęła szukać zwierzyny. Potrzebuje jedzenia, nie filozofii do życia.
Musiała się oddalić od bezpiecznej ostoi jeszcze bardziej. Futro na karku paliło ją ze stresu. Było już po niej, jeśli ktoś czujnym okiem wytropił ją jak mysz. Zawiał mocniejszy wiatr, wzbijając w powietrze piach, co rozproszyło słabą woń piszczki, którą wyczuła ledwie chwilę temu. Na osty i ciernie! Mogła złapać tą nornicę. Przeklnęła kilka razy pod nosem i powąchała powietrze. Otworzyła pysk, pozwalając, aby każda woń z otoczenia mogła trafić tam, gdzie ją zweryfikuje. Świeża trawa, deszcz, wróbel... burzak?!
Zjeżyła sierść na karku. Już jest martwa. Nie żyje. Trup. Zimny nieboszczyk pochowany w kałuży. Zjedzą ją wrony, a później robaki. Trafi tam, gdzie nie ma gwiazd. Będzie przeżywać wieczną mękę.
Warknęła coś niezrozumiałe sama do siebie. Nigdy nie było za późno, by uciekać, ale zdrętwiały białe łapy Rysia, gdy jedynie usłyszala głośniejsze kroki. Widziała już wyprostowaną, rdzawą sylwetkę na pobliskim wzgórzu. Tak będzie wyglądał jej marny koniec. Ona, dumna wojowniczka Klanu Klifu, Rysi Puch zginie zamordowana brutalnie przez patrolowcę burzaków. A potem kałuża i wrony. Zapomniana i bez możliwości powrotu.
Ruda ją zauważyła. Zaczęła szybszym krokiem pokonywać odległość między nimi. Ryś zjeżyła się na jeża i wydała z siebie gardłowe syknięcie. Cofnęła się o połowę długości lisa, wraz ze zbliżaniem się wojowniczki.
– Te tereny należą do Klanu Burzy. Jeśli nie wyniesiesz się dobrowolnie, będę zmuszona do użycia siły. – mruknęła do niej z ostrzeżeniem. Gdy ujrzała ją bliżej wydawała jej się być znajoma. Potwornie znajoma. Ale przecież nie znała żadnego kota z Klanu Burzy. Oprócz Tygrysiej Smugi oczywiście. Nie ważne jak by chciała, to nie mogła być właśnie Tygrys  Ona przecież miała jasną, niemal kremową sierść w rudy, dymny wzór. Miała też skarpetkę na przedniej łapie i białą końcówkę kity. No i oczywiście błękitne oczy, których się nie dało pomylić.
Kurwa, przecież to ona.
Odnalazła ją po tylu księżycach. Nie rozmawiały ze sobą nigdy poza jednym zgromadzeniem. Nie widziała jej przez tyle pełni. Jaka była szansa, by przed nią ukazała się akurat Tygrys?
– Tygrysia Smugo? – wyprostowała się, co skutkowało sykiem siostry. Nie poznawała jej, ale była zdziwiona tym skąd zna jej imię.
– Kim jesteś? – odpowiedziała twardo.
– Poznajesz mnie? – postawiła jeszcze jeden krok w tył. – Ryś?

<Tygrys?>

05 czerwca 2022

Od Rysiej Pogoni (Rysia)

Nie było jej tu. Nie było. Uciekła z tych terenów, objętych panowaniem dzików. Biegła szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej, czując na swojej sierści powoli opadające płatki śniegu. Nie mogła ryzykować znalezieniem przez patrol Klanu Wilka, który wciąż przeszukiwał teren. 
– Chyba ich tu nie ma. – usłyszała głos jednego z wojowników. Musiała chwilę pomyśleć do kogo on należy. Krzaczasty Szczyt, dawny uczeń Omena. Świetnie się składa. Po prostu zajebiście. Jeśli ktokolwiek z nich ją przyuważy będzie w głębokim bagnie. Nawet w głębszym niż była wcześniej. W takim, że można było się utopić.
– Musiały być gdzieś niedaleko. – stwierdził kto inny. – Przy strumieniu ich zapach się urywa.
– Nie mogły zajść daleko. 
– To prawda. Cholera, gdzie je powiało. – kremowy tupnął łapą. 
Rysia Pogoń próbowała iść dalej, jednak nadepnęła na paprocie. Zjeżyła się nerwowo i stanęła jak słup. 
– Tam się ktoś czai!
Pognała przed siebie, już nie martwiąc się o rozpoznanie. Niech wiedzą że ucieka. Niech wiedzą, że już jej tu nie ma. Patrol rzucił się za nią biegiem, ale stopniowo zwalniał.
– To nic nie da. – rzucił Suśli Nos. – To jakiś zapyziały włóczęga. 
– Może zamordował te kocięta?!
– Takie chuchro nie uniesie gałązki, a ty je o zabicie czwórki dzieci osądzasz. – warknął czekoladowy. Zatrzymali się gdzieś w tyle.
– Jeszcze się okaże, że miałem rację, gdy znajdziemy ich ciała!
– Spokój! 
– Nie szukajmy zaczepki, tylko poszukujmy! Każda sekunda jest ważna.
– Zamieniasz się w medyka podczas operacji. 
Podczas gdy patrol wybuchł niespodziewaną dyskusją uciekająca Ryś myślała, że zaraz dostanie palpitacji serca. Stanęła w końcu po ucieczce, dysząc jak pies w zgrzanym aucie. Gdy tylko jej łapy przestały się poruszać obezwładniło ją wyczerpanie. Padła na ziemię. Jej sierść była tak zlepiona błotem, że jeśli wcześniej była w tak złym stanie że wzięli ją za samotnika, to teraz była już owłosioną, brązową świnią. Leżała tak w plątaninie własnego oddechu, odgłosu cudzych kroków i coraz mocniej padającego deszczu, który roztapiał ledwo położony na ziemi śnieg. Dopiero w tej chwili zrozumiała jak jest głodna. O wiele większym zaskoczeniem było podniesienie się z ziemi i zrozumienie, że weszła na teren Klanu Klifu. Serce jej zabiło dwa razy mocniej. Nie było jej tu od tak dawna, a jednak nic się nie zmieniło. Ta sama trawa, zapach świeżej zwierzyny, widok gór na horyzoncie i malowniczy las, w którym spędzała tyle czasu gdy jeszcze tu była. 
Nie wiedziała, że można się rozpłakać patrząc na swój stary dom. Przypomniała sobie o swoim życiu przed wygnaniem. Treningi z Miętową Gwiazdą, podczas których wiedziała, że żyje i to naprawdę. Jego tragiczną śmierć, opłakiwaną przez tygodnie zanim się wzięła w garść. Wychodzenie na schadzki z Lamparcią Łapą, podczas których robili te wszystkie bzdety jak polowanie i kłócenie się. Potem jego wzrok, zmieszany strachem, żalem, zaskoczeniem i gniewem. Nawet spotkania z Mrocznym Omenem, jak przechodziła przez strumień, razem siadali pod drzewem i nawzajem czyścili sobie futra, dzieląc się językami. Teraz...
To była tylko przeszłość. Musiała się od tego odciąć. Zapomnieć. Rozpocząć nowe życie. 
Tylko gdzie iść?
Zamierzała przejść przez tereny klifiaków i chociaż na chwilę zamieszkać za nimi. To będzie najrozsądniejszy wybór. Mimo wszystko jej łapy stały w miejscu. Nie mogła biec. Nie mogła nawet się na nich utrzymać. Usiadła na kilka minut i zamknęła oczy. Wstanie z miejsca było trudne. Doskwierał jej niezmiennie głód, a w brzuchu burczało.
Coś poruszyło się w krzewach. Pachniało znajomo, a jednak obco. Zanim to coś zdążyło zareagować na jej obecność, ruszyła biegiem. Tylko pruła do przodu. Miała wrażenie, że ktoś woła jej imię, ale nie zamierzała się zatrzymać, dopóki nie zemdleje. Choć raz mogła podziękować jej ojcu-burzakowi za talent do pędzenia przed siebie bez opamiętania. Była jednak świadoma, że zmęczenie boleśnie gryzie ją w łapy, spowalnia ją, jakby biegła przez wodę. Opór powietrza coraz bardziej dawał jej w kość, aż w końcu łapy powiedziały stop. Skała zgromadzeń. Dobre miejsce, by chociaż na moment odpocząć...
Weszła w krzewy, czujac jak ciernie ocierają się o jej drżącą skórę, jak nieliczne zeschnięte liście muskają jej sierść. Nie było tu nic, z czego mogla zrobić legowisko. Musiała podziękować Klanowi Gwiazdy za schronienie. Mokre, nieprzyjemne i ostre, jednak schronienie.

***

Zima to trudny czas dla każdego zwierzęcia. Rysia Pogoń boleśnie przekonała się o tym na własnym przykładzie. Życie samotnika było trudne. Nigdy by nie przypuściła, że aż tak. Codziennie wychodziła na kilka polowań, na których łapała może z jedną wiewiórkę z żebrami na wierzchu. Tym czymś nie najadłoby się kocię, a co dopiero kocica w jej wieku, porą nagich drzew. Poczuła to po wychudzeniu ciała i futrze, które wypadało garściami, gdy się o coś zaczepiła. Później odpoczywała w miejscu, które służyło jej za tymczasowy dom, chociaż nie było w tym nic odprężającego. Były dni podczas których Ryś nie mogła wyjść stamtąd z wycieńczenia. Czuła, że powoli ogarnia ją szaleństwo, gdy nie było obok niej żadnego kota. Nigdy nie przepadała za towarzystwem, teraz pragnęła tego bardziej niż kiedykolwiek. Nie otwierała pyska do nikogo od kilku tygodni. Piła wodę z kałuży, gadając sama do siebie. Nie mogła przestać. Wiedziała, że w ciszy zwariuje już do końca. Musiała się kryć przed patrolami, które tu przechodziły. Gdy czuła się źle nie mogła iść do medyka, bo go nie było. Jeszcze nie zachorowała na nic, ale bała się, że zaraz to się stanie. Wtedy będzie skazana na bolesną śmierć. Nie chciała umierać. Zdradziła dwa Klany, zabiła współklanowicza, miała kocięta z kotem z innego Klanu. Nigdy nie trafi do gwiezdnych. Nie wpuszczą jej tam. Trafi do Mrocznej Puszczy i tam bedzie cierpieć. Żyć po śmierci w bólu i niekończącej się agonii. Wraz ze wszystkimi, którzy w nią wierzyli, a których zawiodła. Brzmiało jak najgorsze, co może ją spotkać. Tęskniła za życiem w Klanie. Jakimkolwiek Klanie. Oddałaby wszystko, byle cofnąć czas i nie oddać tych przeklętych kociąt. Oddałaby jeszcze więcej, by zabić Fioletową Łapę i zostać w Klanie Klifu. Tam gdzie się urodziła, tam gdzie się wychowała, tam gdzie była jej ojczyzna. 
Jednak już jej nie było. 
Te czasy nie wrócą, nie ważne jak będzie tego pragnąć.
Nie jest już Rysią Pogonią ani Rysim Puchem. 
Teraz jest już Rysiem. Okrągłym nikim.

17 maja 2022

Od Rysiej Pogonii CD Łasicy

– J-jak poznałaś ojca? – oczy małej szylkretki otworzyły się szeroko, czekając na odpowiedź matuli. Ryś westchnęła.
– Normalnie. Pewnego dnia wyszliśmy razem na patrol i się świetnie bawiliśmy. – bredziła jakieś plotki, byle mała się od niej odczepiła. – I stwierdziliśmy że to powtórzymy. I znowu. I potem znowu. I tak dalej. I tak powstałaś ty i twoi bracia.
Kocię zamilkło, przynajmniej na chwilę, jednak kremowej wcale nie ulżyło. Gapiła się na malucha. Łasica była inna niż reszta kociąt. Gdy one koncentrowały się na zabawach, jedzeniu i spaniu ona była sama, narzekająca na każdy pyłek jaki się unosi w powietrzu. Gdy na nią patrzyła miała wrażenie że to najgorsza kara od losu. Rude plamki na ciemnym ciele. Sierść skąpana w bieli. Nawet durne cętki, kropka w kropkę takie same. Jednak najgorsze były oczy - posiadające niebieską barwę. Miała wrażenie że to koszmarny duch, który zszedł na ziemię by jeszcze dalej drążyć jej zbrodnię. Wyglądała jak Fioletowa Łapa. Nie mogła na nią patrzeć nie myśląc o tym, że Klan Gwiazdy ją karze za swe występki. Nie wiedziała, że taką okrutnością mogli się wykazać ci, którzy rządzili nad całym światem. Byli straszniejsi niż go malowali.
– Witaj, Rysiu. – podniosła łeb słysząc głos Omenu. Wykrzesała z siebie uśmiech. Wojownik upuścił przed nią nornicę na posiłek, którą Rysia Pogoń przyjęła z wdzięcznością.
– Cześć, co tam w Kla-? – zaczęła ciepło, jednak urwała zdając sobie sprawę że kocur w ogóle jej nie słucha. Opuściła uszy.
– Co tam maluchy? – miauknął Omen, obserwując biało-rude dzieci. Jeden z nich, Chłód, szczególnie przykuł swoją uwagę. Jego również.
– Tata!
– Ojciec, nie tata. Widzę że mały siłacz nam tu rośnie. – pacnął malca łapą, a rudy potraktował to jako zaproszenie do zabawy.
– A masz! – uderzył wojownika w łapę i chwilę później do ataku na Mrocznego Omena przyłączyły się również inne kociaki.
Rysia Pogoń patrzyła na to smętnie, skubiąc zwierzynę. Obok niej siedziała również Łasica, która nie chciała brudzić sobie sierści w bijatyce. Nie skupiały się jednak na swoim towarzystwie. To się działo już po raz kolejny. Gdy czarny nawet na nią nie spojrzał. Może musiała przyjąć do wiadomości że to wszystko czym byli było zwykłym kłamstwem?
Zawsze to wiedziałaś.
Pamiętała te wszystkie wspólne chwile. Gdy wtulała się w jego futro płacząc, mówiąc mu o wszystkim co ją kiedykolwiek trapiło. Gdy miejscami po prostu wpatrywali się w gwiazdy bez słowa albo w chmury, mówiąc co im przypominają. Gdy powiedziała mu, że go kocha i on zrobił to samo. Gdy po prostu byli razem, ciesząc się własną obecnością.
Może to z nią był problem? Może nie wyglądała tak jak on chciał żeby wyglądała? Powinna być chudsza niż teraz, a może jeszcze czystsza? Albo to co mówiła jej Senny Pysk, czy Omen znalazł sobie kogoś lepszego? Piękniejszą, twardszą kotkę, która nigdy się nie łamie i po prostu idzie przed siebie?
Nawet nie zauważyła, gdy partner wyszedł, a ona została sama ze zgrają kociąt. One były problemem? A może rozwiązaniem?
Jeśli on tego chce, będzie najlepszą matką. Taką, jakiej inni zazdroszczą talentu, łapy do zajmowania się kociakami, relacji z nimi. Byle wszystko wróciło do normy i mogła się dłużej nie martwić własnym losem.

***

Im dłużej starała się być milutką matulą tym bardziej pękała jej żyłka w głowie. Wbiła wściekle oczy w kocięta jak gdyby chciała się wgryźć w ich szyje, pozbawić durnego życia, które wszystko zepsuło. Mroczny Omen nie kocha jej przez nie. Jakby została w Klanie Klifu albo samotnikiem, nigdy by się to nie stało. Nigdy nie przestałaby być jego priorytetem. Teraz były nim te gówniaki. Zepsuły wszystko. Wszystko. Gdyby zniknęły wszystko byłoby dobre, jak kiedyś.
Właściwie...
Środkiem nocy do groty wpadało tylko słabe światło księżyca. Uśmiechnęła się jak wielki filmowy złol, gdy wpadnie na jakiś plan. Trąciła nosem śpiące kocięta, które przekręcały się ospale, przecierając oczy i ziewając.
– Jest już rano?
– Co my robimy?
– Jestem śpiący..
– Chce dalej spać!
– Ciszej. – syknęła królowa, ale uspokoiła się. Zdenerwowanie to nie sposób, tylko ostateczność. Przynajmniej w tym kontekście. – Czy chcielibyście zobaczyć jak wyglądają tereny Klanu Wilka?
– TAK!
– Możemy?
– Nie możemy jutro?
– Zieeeeew...
– Jutro nas nikt nie wypuści. Dzisiaj jest nasza jedyna szansa. Nie chcecie zobaczyć tego? Po raz kolejny będziecie mieć szansę tylko jak zostaniecie uczniami.
Usłyszała rozentuzjowane piski.
– Cicho! Chodźcie za mną, malce. – rozejrzała się kilka razy, upewniając się że nikt jej nie widzi. Popatrzyła na Senny Pysk, która jakby imię miało na to wskazywać, spała jak zabita i to chrapiąc. Irgowego Nektaru... nie było? Przestraszyła się nieco. Co jeżeli stoi na warcie?
Wyszła na chwilę ze żłobka. Zobaczyła zarysowaną sylwetkę jednego kota. Pobladła ze strachu i szybko się wycofała.
– Idziemy? – podrapał ją po boku Chłód, jakby wyrywając z transu.
– Tak, już, chwila..
Kolejny ryk nie był już wydany przez przyjaciółkę, a ze środka obozu. Spanikowała. Bała się wyjrzeć. Może była podsłuchiwana?
Dziwne odgłosy powtarzały się regularnie, aż w końcu srebrna zebrała się na odwagę i zerknęła. To tylko ucinający sobie drzemkę na straży Suśli Wąs. Kamień spadł jej z serca. Ruchem ogona zachęciła dzieciarnię do pójścia za nią. Wszystkie podekscytowana podreptały w jej stronę, prócz Łasicy. Na osty i ciernie. Chwyciła bez skrupułów szylkretkę za kark i nie zwracając uwagi na jej niezadowolone pomrukiwania wyszła. Krocząc między nocną ciszą czuła się jak bóg, król wszechświata, od której zależy życie tych małych, durnych istot. Niedługo w ogóle się ich pozbędzie. Głuptaski.
Biała jak śnieg tarcza księżyca oświetlała jej drogę w gęstwinie drzew i zarośli. Jak gdyby ktoś ją prowadził świetlnym szlakiem. Tętent łap bijących o twardą ściółkę, zapach mokrej sosny, twarde igły świerku wbijające się w jej łapy jeden po drugim. Skowyt wielkich stworzeń, do których należały losy żyć kocich. Porozdzierane krzyki i chrapnięcia, gody potworów. Ich ostry zapach drapał kocicę w nozdrza, podrażniając przy okazji delikatne, kocięce noski. Rysia Pogoń trącała je, by szły szybciej. Podjudzała, byle dalej kroczyły jej śladem.
– Ruszcie się, zaraz bę- – przerwał jej wrzask. Koci wrzask. Taki, co rozdziera duszę i jest powodem rozdzierania czegoś innego.
– Aaaa!
– Mamo!?
Rudo-biale ciałka skuliły się u jej boku, piszcząc żałośnie. Odgłosy kroków. Wiedzą, że ona tu jest. Zjeżyła się. Była gotowa odbiec, gdy tylko zobaczy jak to coś na nią szarżuje. Była tego świadoma. Jeden ruch łapą, a one nie żyją. Pamiętaj Rysia Pogonio. Ich życie zależy od ciebie.
Sama wrzasnęła zaskoczona i chwyciła czarny, puszysty kark, wbijając w niego swoje kły. Metaliczny odór krwi wypełnił okoliczne powietrze nie tylko za pomocą nowej rany, ale również obecnych. Puściła w popłochu chudego, kościstego kota na ziemię.
Nie wiedziała co się dzieje. Zapachy były silne i ją mdliły. Posmak przywołał wszystkie skrywane w sobie wspomnienia.
Bura kotka leżąca w kałuży zmieszanego błota, deszczówki i krwi.
Wgryzanie się w ciało Koguciego Dziobu podczas treningów tam, gdzie jej łapa nie powinna nigdy stanąć.
Rude ucho w jej pysku, ociekające szkarłatem na tle uciekającej ofiary.
Smak porażki.

Cofnęła się, patrząc jak powoli samotniczka bierze coraz mniej oddechów. Zeskrobana skóra odchodziła od ciała płatami. Miała poszarpany bok dymnej kocicy, przedziurawiony kłami większymi niż mogła sobie wyobrazić. Najgorsze jednak były jej oczy, identyczne jak te, które widziała już dawno, a których widoku nie mogła zapomnieć. O tym samym kolorze głębokiej żółci, pozbawione... wszystkiego. Bez duszy, puste, z powiekami wygiętymi szeroko i źrenicami chowajacymi się za nimi. Zamrugała kilka razy. Jej ciało drżało, nie mogąc odwrócić wzroku ze strachu. Szczerego jak nigdy. Kocięta niemal mdlały na jej oczach, chyląc się ku pozbawieniu samych siebie świadomości. One. Te, których chciała się zawsze pozbyć.
– M-mamo?
Obróciła łeb. Wbiła spojrzenie we własne łapy. Okrwawione, splamione, pociągające za sobą czerwony szlak, znaczący kolejną zbrodnię.
Co ona do cholery zrobiła?
Miała krew na rękach. Widok jej się rozjeżdżał i sama nie wiedziała na co patrzy. Wołające krzyki przerażonych dziatków nie działały.
Zabiłaś. Zrobiłaś to ponownie. Umarła. Nawet jej nie znasz. Jest martwa. Martwa. Przez ciebie.
Blady blask księżycowej łuny uplótł jak warkocz nowy przesmyk, prowadzący między obfitą puszczę. Włóczyła łapa za łapą, będąc w innej przestrzeni. Poza swoim ciałem. W otchłani myśli. Myśli, które niszczyły ją. Powoli.
Bagno. Weszła w bagno, zlepiając sierść i łapy w jeden brązowy kosmyk. Kroczyła za tunelem przemyśleń, z których mogła wyodrębnić tylko jedną rzecz. A dokładniej dwa słowa, powtarzane jak marę w jej umyśle.
Zrobiłaś to.

***

Powróciła. Na drżących łapach, bez życia.
Chciała biec. Biec w stronę strumienia. Zostawiła je. Zostawiła dzieci. Co ona myślała. Że to rozwiąże jej problem? Pognała. W gonitwie za nimi. Kociętami. Każdy ją znienawidzi. Omen ją znienawidzi. Jest kolejnym zdrajcą. Pozostawiła kocięta na śmierć. Powolny zgon z łap tego samego, co sprawiło, że czarna włóczęga skończyła oskórowana, okrwawiona, umierająca w agonii, którą sama pogłębiła. To było jednak bez sensu. Czy była jeszcze szansa? Stanęła w bezruchu przez krótką chwilę, po czym powłóczyła zrezygnowanie łapami.
Za wejściem schodziła jutrzenka, rozświetlając niebo, spędzając z niego leniwe gwiazdy. Słońce płynęło przed siebie. Nad horyzontem pojawiła się zupełnie nowa gama barw – spływająca głównie gorzką czerwienią. Żaden z wojowników Klanu Wilka wychodząc na pierwszy z patroli nie spodziewał się zastać na samym środku skulonej na ziemi pozlepianej kuli futra, strachu i krwi.
– Rysia Pogoń? – pierwszy z głosów nieśmiało powitał klifiaczkę.
– Co się stało?
– Na Klan Gwiazdy, co ty tutaj robisz?
– J-ja- – urwała, nie wiedząc co robić.
– Rysia Pogoń? Co tu się do cholery wyprawia? Gdzie są kocięta? Co ty zrobiłaś? – warknięcie jednego kota było najbardziej charakterystyczne z tłumu.
– N-nie ma... Zniknęły... Nie wiem co się z nimi stało... – przełknęła głośno ślinę, nie mogąc unieść głowy by spojrzeć kocurowi w oczy.
– Coś cię zaatakowało? Kto zabrał kocięta? Żyją? – ton głosu Omenu był wściekły, niski. Skuliła się jeszcze bardziej.
– J-ja nie wiem. Mogą być w lesie... – wbijała pazury w twardą posadzkę, kuląc się z lęku. Gdzie się podziała ta dawna odwaga, parcie przed siebie? Kiedy się zmieniła w czyste przerażenie?
– Jak to "mogą"? Co tam się zadziało?
Przeszedł przez jej ciało gwałtowny dreszcz.
– Nie wiem! – krzyknęła na niego z wrogością i syknęła. Po chwili rozszerzyły jej się oczy. Co ona kurwa robi? – P-przepraszam!
Wojownik odsunął się od niej ze zdziwieniem malującym się na pysku.
– W ten sposób nic nie zdziałamy.
Zamilczała. Jej wzrok błądził po wszystkich okolicznych kotach.
– Co się tutaj dzieje? – zapytał głęboko Jastrzębia Gwiazda.
– Kocięta Rysiej Pogoni zniknęły! – miauknął Suśli Nos.
– Co się z nimi stało?!
– Nie wiemy. – wysunął się z tłumu Krzaczasty Szczyt, patrząc pytająco na Ryś. Ta tylko zjeżyła sierść.
– Nic nie wiem!
– Wszyscy co zebrali się na poranny patrol… – bury lider przejechał wzrokiem po Suślim Nosie, Krzaczastym Szczycie, Cisowej Kołysance, Wydrzym Lesie oraz po Mrocznym Omenie. – …macie wyruszyć na poszukiwania kociąt, zanim coś im się stanie. Ty – zwrócił się w stronę swojego byłego ucznia, który już się prędko zbierał z innymi – Porozmawiaj na spokojnie z Rysią Pogonią. Może jak ochłonie jej się coś przypomni.
Wcale nie chciała by coś jej się przypomniało. Myślała, że zaraz zwymiotuje. Powolnym krokiem Omen wziął ją na stronę, w ciche miejsce.
– Oddychaj głęboko i jeszcze raz. To wina dzików, czy jacyś samotnicy was napadli? Powiedz wszystko, co pamiętasz, wolno i wyraźnie. Chcesz, żeby nasze kocięta opuściły ten świat? Chcesz, żeby ten potencjał się zmarnował?
– Obudziłam się, nie było ich. Nigdzie. Najmniejszego zapachu, odcisku łapki, niczego. – załkała, owijając łapy ogonem. Jaką trzeba dać bujdę, by uwierzył? – S-spanikowałam. Wyszłam z obozu. Nie było śladu po żadnym z nich…
– Jakim cudem cokolwiek mogło zakraść się AŻ do kociarni? Może to sprawka tych... Tej szemranej dwójki. Może zechcieli się zemścić za Łasicę. Nie zdziwiłbym się. Idioci. Nie znalazłaś żadnego tropu?
– Sam sobie sprawdź, jeśli nie wierzysz. – warknęła, patrząc mu głęboko w błękit oczu, w których niegdyś widziała głębię. Tą głębie jak w oceanie, w którą możesz patrzeć bez końca, a i tak nie zobaczysz dna. Teraz ocean pokrywała lodowa powłoka, nie przepuszczająca niczego, na której można było się tylko ślizgać i mieć nadzieję, że się nie spadnie. Omen nie był tym samym kotem, co kiedyś.
– Więc tak się dla nas oboje poświęciłem, a ty zachowujesz się tak bezczelnie? – wyprostował się, przez co kremowa odruchowo przyklęknęła, patrząc na niego z dołu. – Może nie powinienem był załatwiać ci dachu nad głową, co? To NASZE dzieci. Oboje powinniśmy o nie dbać. A to, co się wydarzyło, jest niedorzeczne. Nie mogły ot tak zniknąć. A może w ogóle ci na nich nie zależy, ani na mnie, ani na całym Klanie Wilka? Tak pilnowałaś kociąt, że aż ci uciekły! To była tylko JEDNA noc. Nie potrafiłaś ich przypilnować.
– Czyli interesuje cię tylko ich stan, co? Dla ciebie już liczy się zmoknięta kupa popiołu, a nie JA! – sama napuszyła się jak paw. – Może jakbyś nie miał tysiąca innych lasek na boku i chociaż trochę martwił się tym co czuje, może byłyby tutaj i to szczęśliwe!
– Dość!
– Dość to ja mam ciebie! Powiedz mi chłopcze tylko, czy w ogóle mam w twoim sercu jakieś miejsce dla siebie? – spochmurniała, jednak nie zamierzała ustąpić. – Ponieważ to wszystko było tylko kłamstwem, które opowiadasz każdemu! Każdej, jaka się tylko za tobą obejrzy! Te słodkie słówka były niczym, prawda?! Gadaj! – syknęła mu prosto w twarz, stojąc z nim pyskiem w pysk. Po raz pierwszy od dawna wybuchnęła. I wiecie co? Nie żałowała powiedzieć tego wszystkiego w jego ohydną, czarną mordę, która dawno ją zdradziła.
– Żadna nie ma u mnie takich względów jak ty! Ale skoro sądzisz, że nasza miłość była kłamstwem, to może nie powinienem był w ogóle przekonywać Jastrzębia, żeby cię tu przyjął! Poświęciłem dla ciebie wszystko, zrobiłem sobie dzieci z klifiaczką, a ty masz czelność tak się do mnie odzywać?!
W jej oczach jakby zgasł płomień agresywnego rankoru. To co mówił było prawdą. Poświęcił dla niej wszystko, a ona zachowywała się jak rozwydrzone dziecko.
– Nigdy nie rozmawiamy! Wszystkim czym się zajmujesz kiedy wejdziesz do żłobka to jedynie kocięta! Jednego spojrzenia mi nie podarujesz! – z każdym słowem brzmiała coraz mniej pewnie. Położyła po sobie płasko uszy i oblizała nerwowo pysk. – Naprawdę nie wiem co się stało. – wbiła wzrok we własne łapy, czując, że wojownik wcale jej nie wierzy i pali jej sierść wzrokiem. – Obudziłam się i zniknęły. Bez śladu. Wyszłam ich poszukać, ale wokół jedynie rozpościerał się zapach dzików. Wróciłam brudna, wycieńczona…
– Mhrm. – odburknął Mroczny Omen, kierując się by poszukać przywódcy. Zanim jeszcze ją opuścił obrócił się. – Lepiej, aby się odnalazły, Rysia Pogonio.

***

Patrole wychodziły jedne po drugim, cios za ciosem, grupa za grupą. Żadna z nich jednak nie miała dobrych wiadomości. Wyglądało, jakby malce wyparowały. Wszystkie penetrowały inną część lasu. Słyszała tylko wiadomości o martwej, zamordowanej przez dziki samotniczce. Po kłótni z partnerem wydawało jej się, że Klan Wilka był jeszcze bardziej obcy niż gdy do niego dołączyła. Siedziała przed legowiskami w półmroku. Myślała o jej i Mrocznego Omenu dzieciach, a może już tylko ich duszach w Klanie Gwiazdy. O Chłodzie, małym i wesołym kocurku, pierworodnym synu. O Mrozie, ponurym i grzecznym kocięciu nie sprawiającym kłopotów. O Kruku, małym gburze stojącym na uboczu, obserwującym wszystko z daleka. Oraz małej Łasicy, którą brzydziło postawienie swojej łapy na brudnej ziemi, a co dopiero na zabawę z braćmi. Nie było jednak ich. Może zabrało ich ze sobą to samo, co zrobiło masakrę na ciele czarnej nieznajomej. Być może cudem śmierć nie złapała ich w swe objęcia. Wszyscy byli na nią wściekli. Każdy chciał, aby jej tutaj nie było w tej chwili. Łącznie z samą Rysią Pogonią. Czy to wszystko miało jeszcze sens? Czy może tym jednym razem ucieczka okaże się być rozwiązaniem?
Obóz był niemal pusty przez natłok obowiązków. Zrobiła pierwszy, niepewny krok. Żadnego najmniejszego szelestu. Podeszła bliżej skalnej ramy. Delikatny deszcz zmywał wszystko, co mogło się jeszcze zachować z dzieci kropla po kropli. Czuła świąd podsycenia zmieszanego z lękiem. Jej oczy błądziły po wysokich świerkach, w końcu spoczywając na złotym władcy dnia, skrywającym się za obłokami. Postawiła łapę na trawie, którą pokrywały powoli gnijące liście uginające się pod wodnymi smugami ulewy.
Teraz już nic jej nie trzymało w tym miejscu.

14 maja 2022

Od Rysiej Pogonii CD Mrocznego Omena

– Mówiłaś, że kogoś... Zabiłaś. Powinniśmy być ze sobą szczerzy, kochanie. Obwiniasz się za to? Żałujesz? A może wręcz przeciwnie? Nie będę zły. Wysłucham.
Jej oczy otworzyły się ze strachem. Nie chciała nic mówić. Czy wszystko musiało ją dręczyć wspomnieniami przeszłości? Zapach świeżej zwierzyny był jak czysta, kocia krew którą rozlała. Wszystkie bure i szylkretowe koty sprawiały, że robiło jej się niedobrze. Nawet w każdym powiewie wiatru słyszała te imiona. Słodka Łapa i Fioletowa Łapa. Zapomnieć. Chciała tylko i wyłącznie zapomnieć. Jednak ten błękit oczu, które wbijały się w jej dusze. Wciąż miała w myślach jego słowa, o tym że i jego zawiodła. Gdyby zrobiła to znowu... Wolała o tym nie myśleć. Nie sprawić, że powiedziałby coś takiego po raz drugi. Wstyd. 
– T-to.. – wahała się. Nie wiedziała jak to ująć w słowa. Czy w ogóle przejdzie jej to przez gardło. – Nie. Przepraszam. To był... Rozkaz. Nie mówmy o tym. Proszę. Błagam. – zwiesiła łeb, czując że jeszcze jedno miauknięcie i zaleje się płaczem. Była słaba jak wychudzona mysz. Okropna. Zła. Źle. To wszystko zrobiłaś źle. Nigdy nie umiałaś wykonać czegoś dobrze. Jesteś zła. Dlaczego on cię chce. Dlaczego ktokolwiek cię chce. Nie powinien. Spierdoliłaś wszystko. Twoja wina. Tylko twoja. Prawie rozpierdoliłaś wszystko z Omenem. Czy on cię może wciąż kochać? Nie kocha. Nigdy nie kochał. Po co jeszcze istniejesz?

***

Kręciła się po legowisku niespokojnie, jakby coś ją gryzło. Była nerwowa. Każdy jej mówił, że poród się zbliża. Bała się. Stresowała się. 
Przeszył ją ból. Ból w dolnej części brzucha. Z początku słaby, z czasem coraz mocniejszy. Z jej pyska wydał się pierwszy jęk. 
– S-Senna?
– Rodzisz?
– Nie wiem. Tak mi się wydaje. 
– Pójdę po uzdrowicieli. – miauknęła królowa. – Nie ruszaj się i nie rób nic głupiego.
Kolejne skurcze przeszły przez jej ciało. Zmieniała kilka razy pozycję. Nic nie było wygodne. Wszystko bolało. Pręgowana wróciła dopiero po kilku minutach, widocznie zaniepokojona. 
– Nie ma ich. Musieli wyjść po zioła. 
To sprawiło, że na pysku Rysiej pojawił się strach. Po raz kolejny westchnęła głośno i boleśnie. 
– Jak to nie ma?!
Przez jej ciało przeszedł kolejny skurcz, sprawiający, że wrzasnęła na cały głos. Przed żłobkiem pojawiło się wiele zaciekawionych pysków.
– Pójdźcie po medyków, zapchlone skóry, a nie się gapicie! – warknęła Ryś. 
– Może ktoś ogarnia zioła? – spytał Wydrza Rzeka cicho. 
– Ja ogarniam. – miauknęła z tłumu Makowe Ziarno dumnie. 
– Nikt nie potrzebuje narkotyzowania karmicielki. – warknął Oset, patrząc na swoją partnerkę. Ta jednak posłała mu obojętne spojrzenie.
– No zróbcie coś! Nie potrzebujemy trupów i martwych kociąt! – fuknął Suśli Wąs. – Kiedyś to przynajmniej byli medycy w obozach, a nie szlajali się niewiadomo gdzie. 
– Zamknij ryj, jeśli sam nie wiesz jak się pomaga. – syknął Ostowy Pył ponownie. 
– Kultury trochę! – odezwał się Dymne Niebo. 
– Wypchaj się tą kulturą. – odgryzła się Zakrzywiona Ość.
– Jesteście młodzi i myślicie że wszystko możecie! – stwierdził głośno Suseł. 
– Bo jak dostaniesz ode mnie po uszach to się skończy to zA mOiCh CzAsÓw! – przedrzeźnił go Oset. 
– Wszyscy cisza, na Klan Gwiazdy! - krzyknęła Słodki Pysk. – Ona rodzi!
– Ale sensacja. Podziwiajmy. – Ryś usłyszała po raz kolejny głos Ości.
– Co się dzieje? - żółtooka, dymna kotka weszła do żłobka, przeciskając się przez tłum. 
– Poród się dzieje, a nie ma medyków! – zaćwierkali Mak. 
– Jestem ja. – odparła Ośnieżona Łąka podejrzliwie.
– Od kiedy Jastrzębia Gwiazda jest medykiem? – rzucili płowej kotce podejrzliwe spojrzenie.
– …Co?
– Znowu się zjarałaś? – mruknęła Zakrzywiona. 
– Nieprawda.
– Jak idzie, Rysia Pogonio? – w końcu Śnieg wślizgnęła się, by pomóc kremowej w porodzie. Obejrzała ją na szybko ze wszystkich stron.  – Tak trzymaj. Będzie dobrze. 
– Przynieść patyki? – spytała Sen.
– Przynieś. I liście maliny. Stoją na lewo od wejścia, obok żywokostu. 
– Jakbym jeszcze wiedziała co to… – szepnęła sama do siebie Senny Pysk, ale wyszła z legowiska.
Kolejne skurcze przechodziły przez wątłe ciało Ryś. Wrzasnęła z bólu. Wtedy też przyszła z powrotem siostra medyczki, stawiając przed przyszłą mamą badyla. Chciała jej wytłumaczyć jak to działa, ale kotka instynktownie wbiła w niego wszystkie zęby. 
– Idzie ci świetnie, Rysiu. – miauknęła starając się utrzymać spokój Ośnieżona Łąka. – Widzę pierwsze kocię, tak trzymaj. – zwróciła się do tłumu kotów. – Wy wszyscy, nie stresujcie matki. Idźcie stąd. Może tu zostać Sen, ja i może… Makowe Ziarno. Reszta do swoich legowisk!
– Rysia Pogoń? Wszystko dobrze? – czarny van wszedł do żłobka. Omen. Z jakiegoś powodu poczuła się bezpieczniej.
– Partnerka ci rodzi. Możesz pójść jeszcze po mech.
Skurcze i bóle nasiliły się. Czuła że nie rodzi malutkiej kulki z futra, a jakiegoś dzika. W końcu poczuła prawdziwą ulgę, jakby coś ją opuściło. Pierwszy maluch. Uspokoiła się nieco, czując wyraźne ukojenie. Mrok wrócił z namoczonym jak gąbka kawałkiem zieleni akurat w tym momencie.
– Proszę, wylizuj pierworodnego. – mruknęła, podrzucając rudo-białym kocięciem. 
– Delikatnie! – warknęła Sen. – Zaraz go całego połamiesz!
– Czy to koniec?
– Nie wygląda. Może to tylko przerwa. Zdarza się. 
Ewidentnie Ośnieżona miała rację, bo zaraz spazmy obezwładniły słabą królową z głośnym rykiem.

***


Czwórka kociąt. Komplikacje. To wszystko wymęczyło młodą matkę. Ale były przy niej. Dzieci jej i Omena. Może wszystko się ustabilizuje w jej życiu? Zostanie tutaj, w Klanie Wilka, mając partnera i jakoś znosząc te pierdoły? Może?

Trójka rudych synów, jedna szylkretowa córka. Niewielkie zawiniątka, które można było z łatwością przekłuć jednym pazurem. Bezbronne. Ssające cały dzień mleko z jej brzucha, obgryzając wszystko wokół tego. Już teraz, kilka dni po porodzie, była poraniona. Co będzie później?

– I jak ci się malce podobają?

– Są okropne.

Senny Pysk zaśmiała się.

– Zobaczysz jak okropne będą. Jak na razie ciesz się tym, że nic nie robią poza jedzeniem i spaniem.

– Nie chcę wiedzieć.

– Ojciec zadowolony? Grubą sztukę złapał, jak widzę. Ty również. – zadrżały z rozbawienia wąsy płowej. 

– Co masz na myśli? – spojrzała z dozą podejrzliwości na znajomą. 

– Daleko musiał się zapędzać, że skończył z wojowniczką Klanu Klifu. A ty z najpopularniejszym kocurem w Klanie. Jak to się w ogóle stało, co?

– Nie twój interes. – odfuknęła, przykrywając siebie jak i kociaki puszystym ogonem.

– Hej, hej, spokojnie. Ja cię tylko ostrzegam.

– Niby przed czym?

– Że Mroczny Omen to nie takie niewiniątko jak sądzisz. Pewnie nie jesteś wcale pierwszą uwiedzioną.

– Uwiedzioną? Jesteśmy partnerami. Od dawna.

– Kto wie, może nawet te kocięta nie są jego pierworodnymi. Szemrany typ.

– Dlaczego tak sądzisz?! – warknęła agresywnie. Nie zamierzała pozwolić na opowiadanie dziwnych plotek bez o Omenie. Zwłaszcza, że śmierdziały najgorszą bujdą, jaką można wymyśleć. 

– Błagam cię, ile to ja już rozmarzonych mordek nie widziałam? Nawet u kocurów by się taka znalazła. Co jak co, ale ma on charyzmę. 

– Niech mi w takim razie zazdroszczą, skoro nie mają nic lepszego do roboty. Jest mi lojalny.

– Każdy tak sądzi o swoich póki nie dojdzie co do czego. – mruknęła Sen. – Nie no, też gościa lubię. Niezły z niego przystojniak. – wybuchnęła śmiechem, Ryś również kąciki ust się uniosły do góry. Nic więcej jednak nie powiedziała.


***


Zostawiła kocięta pod opieką Sennej. Gdy patrzyła na te pyszczki nie mogła wykrzesać z siebie miłości do nich. Za każdym razem jak musiała się z nimi spotykać, nie zamierzała być delikatna. Nie żałowała sobie żelaznej dyscypliny. Żadnych wrzasków, pisków, zakaz mówienia do niej “mamo”, “mamusiu“ czy innymi przesłodzonymi wyrazami, nakaz słuchania jej i ojca oraz jeszcze więcej. Jej matka nigdy nie zajęła się nią tak jak powinna. Nie chciała zrobić tego samego z jej dziećmi. Niech chociaż jedno pokolenie, skoro już jest, będzie wychowane jak należy. 

Szczerze nie wiedziała co czuć. Tych kociąt nigdy nie potrzebowała. Nie chciała ich. Była dziwna. Z drugiej strony Omenowi na nich zależało. Im dłużej tkwiła w obozie wilczaków tym bardziej poddawała w wątpliwość w ich uczucie. Czuła się niekochana. Ignorowana. Wiedziała jednak, że to wszystko co czuła było zwyczajną częścią ciążowych hormonów. Niczym więcej. Omen miał ważniejsze sprawy na głowie niż ona. Był wojownikiem. Miał rodzinę, przyjaciół, wrogów. Wszystkich innych, którymi trzeba było się zająć. Nie dziwiła się więc, dlaczego spycha ją na drugi plan. Już i tak ją kochał, powinna być mu wdzięczna. Starał się najbardziej jak mógł. Odwiedzał ją. Opowiadał różne historie. Mówił na nią tymi wszystkimi słodkimi zdrobnieniami. A mimo tego miała wrażenie, że są od siebie daleko jak gwiazdy.

W końcu ten czarny pysk pojawił się w grocie po patrolu. Jak zwykle dobry i cudowny. A jej brzydki i smętny. Odegnała te smutne myśli. Mogli spędzić chwilę razem. Jak kiedyś, gdy byli jeszcze oboje z różnych Klanów, chowali się pod iglakami i rozmawiali o każdym temacie, jaki podwinął im się pod łapy. Chciałaby, żeby to wróciło.

– Cześć, Omen. – zamruczała, unosząc ogon do góry, chociaż poczuła stres. – Chciałbyś wyjść na spacer?


<Mroczny Omenie?>

17 kwietnia 2022

Od Rysiego Puchu CD Mrocznego Omenu

- Nie są inteligentne. Mają rybie ości zamiast mózgów. - machnęła ogonem. - Na szczęście większość z nas ich nienawidzi. Jeśli Jaśminowa Gwiazda zechce sojuszu, myślę, że rzucą się na jeno z prędkością gnającego królika. W ogóle - zmieniła temat - u was wszystko dobrze? Jeśli coś jest nie tak to wiesz.. Zawsze możesz mi powiedzieć. - miauknęła, nieśmiało się uśmiechając.
- Nie ma takiej potrzeby. U nas jest bardzo dobrze. Ale dziękuję za troskę. - zamruczał czarny.
- Ale jak coś to wiesz. - strzepnęła uchem. - Może zapolujemy razem?
- Dobry pomysł. - miauknął kocur. Deszcz delikatnie kropił, więc nie zmoczyliby sobie futer. Tak zrobili - i polowali długo i szczęśliwie, czy co tam robią koty.

***

Długa sierść leżąca w błotnistej kałuży okalała jej ciało, sprawiając wrażenie nieszczęśliwej istoty.
Krew wydobywająca się powoli z rany na gardle z ochydnym bełkotem. Kałuża krwi mieszająca się z bagnem płonęła ciemną czerwienią.
Jej oczy, wypełnione przerażeniem. Jedno zamglone, drugie ze źrenicami zachodzącymi pod powiekę. Bez życia, ze zgaszoną iskrą nadziei
Zamordowałaś, Rysi Puchu. Zrobiłaś to.

Kremowa nie potrafiła sama siebie zrozumieć. Czuła niepokój. Oglądała się cały czas za siebie, mając wrażenie że w jej pierś wbijają się cudze pazury. Oddychała nierównomiernie, za każdym razem jakby jej wdech miałby być tym ostatnim. Wbiła pazury w ziemię. Nie powinna tak reagować! Szczęk jej zębów rozniósł się po okolicy.
Zabiłaś.
Dlaczego nie mogła sobie z tym poradzić? Dlaczego wzbudzało w niej to tyle emocji?
Nienawidziła ich. Były największą przeszkodą w jej życiu. Byłaby idealna, gdyby była normalna. A co robiła teraz? Wiła się po ziemi w amoku, rycząc. To jeszcze bardziej spotęgowało ból kotki.
Lisia Gwiazda nigdy się nie wahał.
Uważa mnie na pewno za tchórza.
Nie jestem godna mu służyć.

Im więcej myślała tym było gorzej. Słyszała bicie własnego serca, które podpowiadało jej, by dać wszystkiemu upust. Gdyby mogła wbiłaby kły w pierwszą lepszą kulę futra, która pojawiłaby się w jej zasięgu. Nie mogła nawet jednak ruszyć nawet końcówką ogona.
Przed oczami miała tylko własną ofiarę. Nie mogła się jej pozbyć. Przeszedł ją zimny dreszcz. Nie powinna tu być. Nie powinna tu w ogóle być. Niech ktoś już ją dobije. Jest nieudanym wiernym. Inni się jej wstydzą. Mroczny Omen jest z nią z litości. Lamparci Ryk jej nienawidzi. Klan Klifu szepta o niej plotki. Każdy się z niej naśmiewa. Jest sama. Jest pierdolonym odludkiem. Nie powinna żyć. Błagała Klan Gwiazd, by znalazł się tu jakiś samotnik i zacisnął szczęki na jej szyi. To jedyne czego chciała. Cieszyć się własną śmiercią, na którą zasługiwała.
- Co się dzieje słoneczko? - przesłodzony głos odezwał się jej nad uchem. - Przestań się zachowywać jak mały kociak. To żałosne.
- N-n-nie p-p-p.. - wydukała ledwo.
- Co tym razem? Chłoptaś cię nie kocha? Nie wyszło ci polowanie? - wyliczał Koguci Dziób w jej głowie. - Aha! Już wiem, pewnie znowu żałujesz ubicia tego świńskiego łba. Nie mylę się, co?
Nie otrzymał nic w odpowiedzi oprócz pociągania nosem swojej uczennicy.
- Weź się w garść, bo nikt nie chce takiej zapłakanej baby jak ty. - warknął. - Rodzina tych bękartów sama się nie wybije.
- M-mam ich więcej za..?
- Oczywiście! Myślałaś że w jednego wbijesz pazury i już po sprawie? - zaśmiał się czarny. - Niedoczekanie. Coś mi obiecałaś. Czekam dziesięć wschodów słońca, Rysiczko. A ty się ogarnij i zachowuj jak na ciebie przystało. Brzydzę się takiego smarkania w ziemię.
Nie otrzymał nic w odpowiedzi. Jedynie Rysi Puch wtuliła się w piaszczysty grunt i płakała cicho. Tak by nikt tego nie zauważył.

***

Nikomu się nie przyznała do tamtej ochydnej słabości. Miała ogromne szczęście że nikt jej nie zobaczył w takim stanie. Nie rozumiała samej siebie. Musiała ogarnąć swoje emocje. Musiała się ich pozbyć ze swojego życia. Czy błaga o tak wiele?
Nie błagaj, pracuj.
Miała rację. Nie można błagać. Trzeba się wziąć do kupy i wykonać to zadanie.
- Hej.. Lampart? - podeszła do kocura wracającego właśnie z patrolu. Później jednak zauważyła, że był on przemoczony aż do suchej nitki. - A tobie co?
- Robią się tu spore stawy. - otrząsnął się z wody. - Chodziłem przez te kałuże, aż żeśmy nie wpadli do jednego z patrolem. Oczywiście ja pierwszy. Brr. Niech te deszcze się już skończą.
- Masz rację. Leje już kilka księżyców. Mam dość. Pójdź może lepiej do medyka, bo się przeziębisz.
- Dobry Pomysł. - zakaszlał i zwrócił się w stronę lecznicy, raz po raz drżąc z zimna. Poszła za kocurem do legowisko medyka.
Ciemność i ostry smród ziół uderzył w jej oczy i nozdrza. Aż kichnęła jak zaswędziało ją od nich w nosie.
- Patrz jak chodzisz! - miauknęła do niej Rozżarzone Serce, niemal się potykając o arlekinkę stojącą w przejściu.
- Przepraszam.. - wymamrotała obojętnie, przepychajac się przez kasłający tłum. Lamparci Ryk szybko został naprawiony i przywrócony do poprzedniego stanu. Aż za bardzo.
- Wrzosowa Pogonio, następnym razem bądź ostrożniejsza. - powiedziała Cicha Kołysanka, nakładając opatrunek z liści jeżyny na jej ranę.
- Postaram się.
Pląsający Wiesiołek również siedział zaraz za kocicą.
- A tobie co?
- Kiedy byliśmy na polowaniu z Wrzosową Pogonią i Perliczym Grzebieniem... - kichnął kilka razy. - Zaatakowały nas pszczoły. Pobiegłem do wody, ale Wrzos już nie miała tyle szczęścia. A ja przemokłem.
- A gdzie Perliczka?
- Siedzi gdzieś w obozie. Chyba się jej nic nie stało.
- No nic.. Zaraz ci dam coś na przeziębienie. I wyliż się z tej wody.
- Zdrowy? - zwróciła się Rysi Puch do przyjaciela.
- Chyba tak.
- Chodź stąd. Niezły tu chaos.
Wyskoczyli do obozu i schowali się w tłocznym legowisku wojowników. Położyli się na swoich miejscach i odsapnęli na chwilę.
- Jak tam treningi?
- Super nam idzie. Fioletowa Łapa to zdolny uczeń. Walka jej idzie całkiem całkiem, ale polowanie na ptaki pokochała. Jest w tym naprawdę dobra! Zawsze polujemy na ptaki u podnóża gór. Jest świetną uczennicą.
- Czyli nieźle się sprawuje z tobą?
- Tak, jestem pod wrażeniem.
- Brzmisz jak ojciec jakiegoś kociaka.
Czarny parsknął.
- Nie wiem czy bym się sprawował w takiej roli.
- Ja na pewno nie. Z resztą, z kim?
- Z tym chłopakiem o którym mi nie chcesz powiedzieć.
- Zamknij kurwa mordę. - zawarczała. Myślała, że Lampart już się odczepił od tego tematu, ale jak widać był jak rzep na ogonie. - Nikogo nie mam. Spadaj.
- Nie obrażaj się! Ja po prostu wiem.
- Jestem singlem.
Zamrugał błękitnymi oczami. Lamparci Ryk był z wyglądu tak podobny do Mrocznego Omenu. Zastanawiała się czasem, czy są spokrewnieni. Te same kolory, te same niebieskie oczy i półdługa sierść. Eh.
- Co się tak tym interesujesz?
- Bo uwielbiam się z tobą droczyć. - miauknął Lamparci Ryk.
- Wstrętny geju.
- Geju?
- Pół Klanu mówi, że jesteś gejem. Tylko zastanawiam się skąd te podejrzenia.
Wojownik zawstydził się delikatnie.
- Nie mam pojęcia.
- Mhm.
Spojrzała na wyjście z legowiska wojowników. Powoli się ściemniało. Ułożyła się więc wygodnie na zbitku mchu, liści i piór. Jeśli nie będzie spać do rana, to przynajmniej drzemka dobrze jej zrobi.

***
Kilka dni później

Fioletowa Łapa przypominała poniekąd swoją siostrę. Tyle że wyglądała jeszcze słabiej niż ona. Jakby mógł ją zwiać najsłabszy podmuch wiatru. Nie powinno jej to pójść źle. Zwłaszcza że ta uczennica spędzała sporo czasu samemu poza obozem. Wystarczyło za nią pójść i zwalić winę na jakiegoś samotnika. Nie denerwuj się, Rysi Puchu. Będzie dobrze.
Patrzyła na młodą kicię. Uczennica jego własnego przyjaciela. Czuła jak krew pulsuje jej w uszach.
Szła za nią w ciszy przerywanej tylko szelestem liści i śpiewem ptaków.
Zawarczała pod nosem. Pośpieszała samą siebie. Jeśli tego nie zrobi, to ucieknie i już jej nie dorwie.
Pobiegła tak szybko jak nigdy wcześniej. Łapy ślizgały jej się po mokrej ziemi, ale zdążyła się przyzwyczaić, więc nie upadła na twarz. Zrobiła to szylkretka, spadając pod ciężarem jej łap. Wbiła pazury w jej kark, czując jak kotka w przerażeniu wierzga. Wbiła zęby w jej kark, jednak nim wyrządziła jej większą krzywdę kotka odwróciła się na plecy. Pokorny zwierzak. I to tak głupi.
Nie spodziewała się, że dostanie po oku łapą. Cofnęła się na krótki moment, mrużąc oko z bólu. Zasyczała. Wbiła kły w jej pierś, zaciskając szczęki tak jak to było możliwe. Fioletowa Łapa kopała ją po brzuchu niemiłosiernie. Czuła jak wszystko wymyka się jej spod kontroli. Fiolet krzyknęła głośno z bólu, gdy Rysi Puch wgryzła się jej w gardło. Wyrwała się z uścisku z wściekłością i strachem w oczach. Kremowa sama się wściekła. Ten bękart mimo tuszy nie zamierzał poddawać się bez walki. Zestresowała się. Przybiła ją do ziemi, chwytając za ucho. To uciszyło na moment uczennicę. Poczuła się jak władca. Lisia Gwiazda, wypełniający swoje przeznaczenie, idący za losem. Trzymała właśnie w ryzach jego krew, która również akceptowała własny los. Teraz wystarczy tylko wbić się mocniej. Na śmierć wykrwawić to łasicze łajno. Niespodziewanie to szylkretowa szarpnęła się, by wydostać z uścisku. Gwałtownie ruszyła z miejsca, zaczynając krzyczeć.
A Ryś stała zdezorientowana z okrwawionym kawałkiem ucha w pysku.
- GOŃ. JĄ. KURWA! - usłyszała kolejny krzyk, tym razem w jej głowie. Dopiero on przywrócił ją do stanu świadomości. Kogut.
Pogoniła za uciekającą kotką. Jej łapy uderzały o błoto, rozpryskując je po całym jej futrze. Wygląd jednak był ostatnią rzeczą, która ją interesowała. Z każdym krokiem była coraz bardziej przerażona. Nie dogoni jej. Pazury wbijały się w ziemię, a zęby stukały o siebie nawzajem przerywając to dyszeniem.
Niebieskooka zeszła jej z oczu. Gnała dalej za jej zapachem, taranując wszystko na jej drodze. Nie mogła się zatrzymać. Nie czuła już własnego ciała, jednak ból obezwładniał ją od środka.
Wpadła do obozu.
- R-rysi Pu-uc-ch to m-morder-derca! - Fioletowa Łapa krzyczała, jąkając się w przerażeniu. Inni wojownicy patrzyli się na dwie kotki w osłupieniu, zanim zdziwienie przeszło i doszło do natychmiastowej reakcji.
- Patrzcie, ma krew na łapach! - miauknął ktoś z tłumu z obrzydzeniem.
- Potwór!
- Morderca!
- Moja córka! - wycharczał Pierwszy Brzask. Mimo sztywnych stawów i bycia starej daty wyskoczył przed płaczące dziecko. - Jak śmiałaś oszpecić moją córkę?! - syknął, jeżąc sierść na grzbiecie. Sama również najeżyła się cała w panice.
- Rysi Puchu? - usłyszała jeden łamiący się głos. Odwróciła głowę, by ujrzeć... Lamparci Ryk. Jego spojrzenie mówiło wszystko. Rozdarte, nierozumiejące nic.
- Cisza! - krzyknęło Jaśminowa Gwiazda. - Dajcie się jej wytłumaczyć, może to zwykły przypadek!
Skinęła głową, dziękując za prawo do głosu. Fiolet jednak ją wyprzedziła.
- Szłam na polowanie, gdy ta na mnie zaatakowała! Próbowała mnie zabić! - wrzasnęła pierwsza.
- Morderczyni!
- Nieprawda! - syknęła srebrna. - Nic jej nie zrobiłam!
- Rozdarłaś mi ucho.. - miauknęła cicho, jej niedoszła ofiara. Rysiemu Puchowi zrobiło się niedobrze. Była blada jak ściana. Czuła jak mentalnie usycha. Jak jest już całkiem sama. Wszystkie spojrzenia były usytuowane na nią. Miała ochotę zwrócić wszystko co kiedykolwiek zjadła w tej jednej chwili. Jej żołądek wywrócił się na drugą stronę. To musiał być zły sen.
- C-co ze Słodką Łapą? - miauknął cicho Jelenia Cętka, wychodząc od medyków z ziołami.
- Ją zabił Klan Nocy!
- Nie zabił, to ona! Chciała wymordować wszystkie kocięta Iskrzącego Kroku!
- Skąd wiesz, może jej pomagałeś?!
- Spadaj!
- ZAPRZECZ WORKU LISIEGO ŁAJNA! - zawarczał Koguci Dziób.
- N-nic nie zrobiłam Słodkiej Łapie! - krzyknęła przez tłum Rysica.
- Czyli próbowałaś zabić Fioletową Łapę?!
Zamilkła. Nie miała już nic na swoją obronę.
- Nie wierzę. - wyszedł z tłumu Lampart, patrząc się na wojowniczkę jak na obcego. Nie mógł z siebie wydusić nic przez krótki moment. - Jak mogłaś to zrobić? M-moją.. uczennicę?
- L-l-lampar-rcie, to..
- NIE ZNAM CIĘ!
- Cisza! - rozległ się ostry głos Jaśminu. - Rysi Puchu, dopuściłaś się próby morderstwa kota z własnego Klanu. Złamałaś kodeks wojownika! Skazuję cię na.. - widziała wahanie w oczach przywódcy. Błagała o życie Klan Gwiazd. Nawet Klan Gwiazd w tym momencie. Kierowała wssystkie modły w ich stronę. - wygnanie. Jeżeli jutro ktoś cię zobaczy na terenach Klanu Klifu będzie miał obowiązek cię przegnać. Od tego dnia tracisz pozycję wojownika. Nie należysz już do Klanu Klifu.
Poczuła, jak jej serce kruszy się na miliardy drobnych odłamków, jak gdyby ktoś rozbił pszczele gniazdo, a pszczoły się z niego ulotniły. Zaszlochała cicho, uciekając. Opuściła obóz. Mijała las, który być może widziała już po raz ostatni. Nie była świadoma, gdzie stawia kroki. Słyszała, że w takiej sytuacji czuje się bezkresną pustkę. W niej szalała burza. Sztorm na morzu.
Jak mogłaś.
Zawiodłaś wszystkich bez wyjątku.
Już nikt cię nie lubi.
Jesteś zdrajcą.
Nikt cię nigdy nie chciał na tym świecie.
Nikt, oprócz Omena.

Ten kocur był jej jedynym wybawieniem. Wbiła pazury w ziemię i przeskoczyła przez jedną z dużych kałuż. Czy mogłaby dołączyć do Klanu Wilka? Żyć w tamtym miejscu?
Chyba teraz nie miała innego wyboru.
Przeszła po kamieniach przez rwący strumyk. Mroczny Omen musiał tu być. A jeśli nie, to przyjdzie później. Została sama ze swoimi myślami. Czuła się.. Brudna. Zawstydzona własnym istnieniem. Krople deszczu biły o jej smętnie wyglądającą sierść. Wbiła ponownie szpony w ziemię. Myślała. Dużo myślała. O tym, co właśnie zrobiła. Czy było to słuszne, czy mogła to zrobić lepiej, co się stało z dawną nią. Jak bardzo odrzuciła starego kociaka narzekającego na rodzeństwo i ambitne, by nauczyć się bycia wojownikiem? Czy to właśnie przeznaczeniem Rysiego Puchu było zostanie mordercą i wyznawczynią tyranii? Miała być dobrym i lojalnym wojownikiem Klanu Klifu. Najlepszym w lesie. A teraz uciekła z podkulonym ogonem. Zapłakała gorzko. Żałowała. Pierdyliard razy żałowała. Jej życie było już zmarnowane. Co jej zostało? Mroczny Omen. Tylko on. Ten jeden kocur, w którym miała oparcie, jedyny któremu mogła zaufać. A bardziej jedyny który ufał jej.
Była żałosna.
- Rysi Puchu? Coś się stało? - usłyszała ten sam ciepły głos jak miliony razy. Nawet nie mogła wymusić uśmiechu. Nie miała na to żadnej siły.
- J-ja.. Ja.. - rzuciła mu się w ramiona. Wtuliła się w gęstą sierść. Siąknęła nosem. - P-proszę, nie oceniaj mnie.
- Co się wydarzyło? - zamruczał zaskoczony, liżąc delikatnie partnerkę po uchu. - Krwawisz..
Westchnęła głośno, biorąc chaotyczny wdech.
- J-ja.. Ja zabiłam. Musiałam to zrobić. - łzy popłynęły po smukłych policzkach Rysicy.
Brzmiała jeszcze żałośniej niż wyglądała. Była obrzydzona własnym zachowaniem. Teraz to imię doczekało się prawdziwego sensu. Była delikatnym puszkiem, którego ktoś rozdeprał łapą.
- Nie martw się, Rysiu. - zapewnił ją kocur, patrząc się na nią z politowaniem. W tym bardziej pozytywnym sensie. - ..Musiałaś mieć dobre powody.
- W-wyg-wygnali mnie.. - wbiła spojrzenie we własne łapy, pokryte mieszanką błota i krwi. - Proszę, Omen. C-czy mogłabym d-dołączyć do Klanu Wilka? - dodała smętnie, zwieszając łeb.
- Dobrze. Mogę przekonać swojego mentora, by pozwolił ci wstąpić do Klanu Wilka i zmienić to cholernie upokarzające imię. Ale jeśli coś dla mnie zrobisz. - miauknął, ściszając pieszczotliwy, lodowaty głos. Spojrzała mu w oczy. - Jeśli zrobisz dla mnie kocięta. Silnych wojowników dla Klanu Wilka. - smagnął ją zalotnie ogonem po policzku, ocierając łzy.
Osłupiała.
- Kocięta? - zdziwiła się. Omen nigdy nic nie mówił jej o tym, że chciałby być ojcem. Ona sama.. Postawmy sprawę jasno, nie chciała kociąt. Nie czuła się gotowa na nie i nie myślała, że będzie kiedykolwiek. Nie wiedziała, czy uda jej się zaadaptować w nowym środowisku z kociakami noszonymi pod sercem.
- P-przepraszam Omen, ale.. Nie chciałam nigdy zostać matką. - wyjaśniła mu. - To nie jest coś, czego pragnę. - dodała cicho. Wiedziała, że on to zaakceptuje. Zrozumie ją jak zawsze.
- Ja tyle dla ciebie robię, poświęcam się dla ciebie, a ty nie chcesz spełnić mojego malutkiego pragnienia? - warknął do niej, niepodobnie do swojego zwykłego zachowania. Przestraszyła się i zniżyła nad kocurem. - Już mnie nie kochasz?
- Jesteś dla mnie najważniejszy, przysięgam! - miauknęła w panice.
- Zapomniałaś, że związek polega na zaangażowaniem z dwóch stron? A może zapomniałaś, że w ogóle coś do siebie czujemy?
- Nie nie nie, nie zrozumiałeś-
- Zawodzisz mnie. Jest mi przykro, że nie doceniasz moich starań. - powiedział smutnym tonem, kręcąc głową. Kotka poczuła się źle. Ale było jedno wyjście z tej sytuacji.
- Przepraszam.. Masz rację. B-będziesz cudownym ojcem.
Kąciki ust czarnego uniosły się w uśmiechu.
- Dobrze, że zmieniłaś zdanie. Wychowamy świetnych wojowników.
Nie chciała kociąt, ale.. Może po prostu będzie mogła cieszyć się tą chwilą bliskości?
Najbliższy krzak posłużył im za schronienie na to miejsce.

***

Chciało jej się wymiotować po tym co się stało. Nic nie przypominało tego romantycznego uniesienia o którym inni rozmawiali między sobą. Bolało ją całe ciało. Przemoczona, brudna i splamiona na umyśle. Była wyczerpana po tym dniu. Nawet obóz Klanu Wilka nie wyglądał tak, że można było go nazwać dobrym przytuliskiem. Obślizgłość tego miejsca była ochydna. Miała Mrocznego Omena u swojego boku. To jedyne co sprawiało, że jeszcze nie uciekła. Zobaczyła sporego, burego kocura z blizną na pysku. Znała go, lider Klanu Wilka, Jastrzębia Gwiazda.
- Witaj, Jastrzębia Gwiazdo. Kotka u mojego boku to Rysi Puch. Przyszła prosić o dołączenie do Klanu Wilka. W zamian da nam silne kocięta, które wyrosną na dobrych wojowników. Widziałem, do czego jest zdolna i myślę, że przyda nam się również jako wojowniczka. A przynajmniej mam taką nadzieję. - miauknął spokojnie. - Przybywa też z prośbą zmiany imienia, bo obecne... Jest zbyt miękkie.
Spojrzała się z podziękowaniem na partnera, tak jak wcześniej w ciągu dnia na Jaśminową Gwiazdę. Może to wszystko będzie mieć więcej pozytywów?
<Mroczny Omenie?>

16 kwietnia 2022

Od Rysiego Puchu

2 dni po zgro

Koguci Dziób miał dla niej propozycję. Taką wręcz nie do odrzucenia, mogłaby rzec. Tym razem jednak Rysi Puch nie miała zrobić tego samego co wcześniej, przerazić się i uciec z podkulonym ogonem. Uczyła się na swoich błędach. A tym razem sprawi, że Lisia Gwiazda spojrzy na nią z góry, jak na córkę, dziecko z którego można być dumnym. Kogut był inteligentnym kotem. Znał tego lidera na wylot. Powiedział jej wszystko co powinna wiedzieć.
- Lisia Gwiazda zawsze chciał mieć silne, mądre, podobne do niego kocięta. Jednak Iskrzący Krok i Kwaśny Język nie spełniali jego wymagań. Byli słabi. Całkowite przeciwieństwo ojca, który znienawidził swoje dzieci. Na szczęście Kwaśny Język nie doczekał się nigdy potomstwa. Związał się z jakimś.. Kocurem. - warknął pogardliwie. - Natomiast Iskra urodziła kocięta, o których dobrze wiesz. Lisia Gwiazda nigdy nie chciał, by po ziemi stąpała jego krew w takiej postaci. Jeżeli się pozbędziesz tych bachorów, wybaczy ci wszystko.
Skinęła głową.
- O ile nie zdezertujesz jak płochliwa mysz. Jak ostatnio. - dodał, patrząc na arlekinkę z chłodem w oczach.
- Obiecuję.
- I mam nadzieję, że tym razem obietnica zostanie dotrzymana.
***
Już dawno wybrała swoją ofiarę. Deszcz lał z nieba niemiłosiernie, stukając o twardą posadzkę. Ona jednak nie była specjalnie tym zirytowana. Deszcz wręcz idealnie maskował jej zapach i zacierał ślady. Od rana z trudem spuszczała swoje oczy z burej terminatorki. Nie chciała na siebie zwracać uwagi innych, gdy już dojdzie do tego, do czego dojdzie. Jednak w tej chwili leżała w środku obozu. Odbębniła już jeden patrol, więc nikt jej nie wyśle na następny. Nic jej nie przeszkodzi. Nic.
Tak jak kilka księżyców temu chwiała się niespokojnie i drżała z przerażenia teraz nic takiego w niej nie było. Wręcz można było powiedzieć, że była nabuzowana energią i chęcią do działania. Lisia Gwiazda ją zauważy. Dawno nic dla niego nie robiła. Omen zabierał jej dużo wolnego czasu. Ale mogła to nadrobić. Obaj byli dla niej bardzo ważni.
Szare chmury leżały płasko nad sklepieniem nieba. Właściwie było nawet spokojnie w obozie. Można było się zrelaksować pod liściastą koroną. Słyszała mnóstwo plotek kręcących się tu kotów.
- Słyszałaś, że Łabędzia Pieśń kręci z Jelenią Cętką?
- Nie kręcę! - wrzasnęła zbulwersowana biała.
- Lamparci Ryk jest gejem!
- Dlaczego tak sądzisz?
- Spójrz na niego! Widać po nim! Teraz wszystkie jego wielbicielki będą musiały pogodzić się ze stratą.
- Haha!
- Słyszałam, że Szczawiowy Liść zabił włóczęgę na patrolu. Myślisz, że to prawda?
- No chyba nie! Wroni Wrzask to zrobiła!
- Spójrz na tą bliznę!
- Skąd ją masz?
- Jak to skąd? Z moim mentorem już podbijamy obce tereny! Ci samotnicy nie mają z nami szans.
Jedynie Słodka Łapa nie wyglądała na zainteresowaną rozmową. Wiedziała. Wierciła się na miejscu, a potem wstała i prędkim krokiem opuściła obóz. Ptaszyna wyleciała z gniazda równie prędko jak prawdziwy ptak. Wpadnie wprost w jej sidła.
- Na patrol południowy pójdą Srocze Pióro, ja i Perliczy Grzebień. Poprowadzi go Zadymiony Pysk. - miauknęła pogodnie Cętkowany Ryś. Tłum się rozproszył, zbijając w kupki. - Reszta może iść na polowanie. Patrol łowiecki wyjdzie wieczorem. - na lisie łajna! Jeżeli wyjdą to..
Na szczęście, lenistwo innych kotów było widoczne. Nie kwapili się by wyjść z obozu. Uśmiechnęła się. Chociaż raz te tobołki robiły to, co chciała.
Musiała działać szybko. Zapach Słodkiej Łapy szybko rozmazywał się. Las był dobrą przestrzenią. Bura szła w stronę granicy z Klanem Nocy. Oblizała się i wyłupiła oczy, gdy tylko zobaczyła, że uczennica siada na ziemi i zaczyna toaletę. Przeszedł ją dreszcz. Opanowała się. Mogła zwolnić. Cieszyć się chwilą. Dlatego też rozluźniła na chwilę spięte do boju mięśnie. Opanowała umysł. Odetchnęła głęboko.
Siedziała obok bujnego, jeżynowego krzewu. Sok z owoców pachniał słodko, niczym jej ofiara. Kwiaty kwitnęły, a nawet można było wyczuć w powietrzu zapach myszy czy innej nornicy. Listowie delikatnie muskało jej półdługą, lekko ubłoconą sierść. Szybko jednak się zbudziła, gdy tylko zobaczyła poruszenie. Żółtooka wstała z miejsca i poszła dalej. Ryś przez przypadek nadepnęła na gałązkę. Cholera. Zniżyła łeb, by jej nie zauważyła. Nie widziała przez to, że się rozgląda, szukając źródła dźwięku. Poślizgnęła się na śliskiej ziemi, prawie upadając.
- Na Klan Gwiazd. - szepnęła pod nosem bura. - A zwierzyny brak.
Brak? Brak? Dosłownie czuła, że leży obok jej łap. Ale to dobrze. Niech szuka. Co chciała zrobić? Oczywiście, że upozorować, że to te durne rybojady jej to zrobiły. Już od dawna śliniły się z chęcią usunięcia każdego klifiaka po kolei. Nie pozwoliłaby im jednak dotknąć nikogo z nich dobrowolnie. Żaden kot z czystą krwią Klanu Klifu nie powinien odchodzić z brudnych, obślizgłych łap tych.. Czy można ich w ogóle nazwać wojownikami? Ble. Uniosła wzrok by przyjrzeć się temu, co robi teraz Słodka. Zeszła jej z oczu. Zamyśliła się! Na Klan Gwiazd..
Już przestało ją obchodzić nierobienie hałasu. Szybkim krokiem przedzierała się przez krzewy. Czuła wciąż ten cierpki zapach młodej. Była niedaleko. Zaraz pod jej nosem. Zaraz cały plan będzie musiał iść w pierony, jeśli jej nie znajdzie!
Zatrzymała się gwałtownie. Kotka oznaczała granicę. Serce jej było jak oszalałe, gdy bura się przestraszyła. Teraz już pewnie nie miała złudzeń. Węszyła w powietrzu po raz drugi. Czuła jej niepokój, jak i swój. Co jeżeli jednak się jej nie uda? Co jak za moment ponownie stchórzy? Stawka była wyższa niż wcześniej. Łapy zrobiły się jej jak z waty. Słodka podeszła do drzewa za którym siedziała. Już nie było czasu.
Odwróciła się gwałtownie, wbijając kły w kark Słodkiej Łapy, która jednak wyrwała się z niepewnego uścisku jej szczęk. Pisnęła, cofając się chaotycznie. Rysi Puch skoczyła na małą, puchatą kotkę. Wbiła się w stworzenie, które było dla niej jak mała myszka. Wszystko działo się bardzo szybko.
Czuła wypływającą krew spod jej zębów. Jej metaliczny posmak na języku, znacznie różniący się od tego zwierzęcego. Szkarłatne plamy splamiły pierś czarnej kocicy, która próbowała się uwolnić, a zamiast tego rozszarpała ranę jeszcze bardziej, upadając na ziemię bezwładnie. Cicho i chrapliwie oddychała, jedynie wbijając w oprawczynię spojrzenie, które wyrażało więcej niż przerażone krzyki, jakie mogła z siebie wydać. Parsknęła śmiechem, cofając białą łapę od powstającej kałuży. To było prostsze niż się spodziewała. Jakby walczyła z bezbronnym kociakiem, a nie samym potomkiem Lisiej Gwiazdy. Żałosne. Nie dziwiła się, dlaczego rudy mógł ich nienawidzić. Złapała wręcz bezwładne ciało za kark i przerzuciła dalej za granicę Klanu Klifu. Było to dość proste, bo Słodka nie należała do ciężkich czy grubych. Skrzywiła się, gdy woda z kałuży do której wpadła bura prysnęła na jej sierść. Słodka łapa zaczęła się miotać w wodzie przez kilka dobrych sekund, dopóki konwulsyjne ruchy się skończyły, a ciało zatopiło się w błocie. Nie miała już wątpliwości, że ten bękart nie żyje. Patrzyła się w bezruchu na obłoconą, posklejaną sierść od błota. Zabiła. Pozbawiła ją życia.
I niczego nie żałowała.
- Wydłub jej oczy! - syknął w podekscytowaniu niski głos. Wygładziła swoją sierść po zrozumieniu, że to tylko Koguci Dziób i jego fetysze. Podeszła do ciała. Przerzuciła na bok, odchylając również wcześniej zatopiony w bagnie łeb. Deszcz szybko zaczął zmywać breję z jej mordki, odkrywając wciąż otwarte powieki i żółte ślepia, których źrenice były niemal niewidoczne. Wzięła głowę w łapę, oglądając. Spłoszony wzrok, błagający o pomstę do nieba. Pysk otwarty w głuchej agonii. Puściła łeb Słodkiej Łapy i przejechała pazurami po jej prawym ślepiu. Widziała, jak samoistnie się przymyka pod wpływem rany a potem pokrywa mgłą. Na jej pysk wkradł się obrzydliwy uśmieszek, chociaż bardziej nerwowy i obrzydzony niż sadystyczny. Po jej grzbiecie przebiegł dreszcz, który zadziałał jak kubeł zimnej wody. Jej oczy się rozszerzyły. Co ona do cholery robi? Zadrżała jej łapa. To było maksimum.
- Wykonane. - miauknęła cicho, do siebie i do Koguta. Odwróciła się, by wrócić do lasu. Obmyła łapy i pysk w kałużach, by nikt nie zauważył krwi. Nie mogła sobie wymarzyć lepszej scenerii do zamordowania tego plugawego stworzenia, jednak..
Czy nie było innego wyjścia?
Czy to wszystko było konieczne?
Potrząsnęła głową, uwalniając się chociaż na krótkie uderzenie serca od natrętnych myśli. Nie powinna tak główkować na ten temat. Zrobiła to, co było słuszne.
***
Na środku obozu leżało zakrwawione ciało, pachnące miętą i śmierdzącym bagnem. Widziała przestraszone spojrzenia członków jej Klanu. Sama nie mogła oderwać wzroku od cętkowanego trupa. Nie wiedziała dlaczego. Znowu przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Lider spojrzał na swoich dwóch przyjaciół ze smutkiem w oczach.
- Klanie Klifu, patrol Cętkowanego Rysia przyniósł nam smutną wiadomość. Klan Nocy odebrał nam kolejnego, dzielnego kota. I do tego tak młodego... Mowa o Słodkiej Łapie. Niestety, nie ma innych dowodów na winę tych przeklętych rybojadów niż to, że ciało Słodkiej Łapy znaleziono na ich terenie. Chciałobym wysłać jeszcze jeden patrol z nadzieją, że dowiemy się czegoś więcej. Zadanie to powierzę Cętkowanemu Rysiowi, a wraz z nią pójdą Rysi Puch i Jelenia Cętka. - powiedziało z żalem w głosie Jaśminowa Gwiazda, raz po raz się jąkając. Słyszała głośne szlochy Iskrzącego Kroku, która podpierała się o starszego partnera. Oboje byli w rozpaczy. Wiewiórcza, Kalinkowa, Truskawkowa i Fioletowa Łapa patrzyli z niedowierzaniem raz na rodziców, a raz na obrzydliwe truchło siostry. Płakali. Łzy spływały im po policzkach tak żeliwnie, że nawet serce Rysiego Puchu rozgrzało się płomykiem współczucia. Szybko jednak to stłumiła. Oni nie zasługiwali na współczucie. Nie powinni istnieć i nie powinna tego wszystkiego tak przeżywać.
- Znowu przelali naszą krew! - warknęła Rozżarzona, wychodząc z tłumu. Tupnęła stanowczo łapą wymawiając te słowa. - A my nadal nic nie robimy, by tego pożałowali!
- Właśnie! - syknął podstarzały, ale wciąż z wigorem, Szczawiowy Liść. - Już dość!
- Nie zamierzam więcej opatrywać ran kotów, które wracają z granicy z Klanem Nocy! - zwykle spokojna, teraz wściekła Cicha Kołysanka dodała swoje trzy grosze. - Mordują nam koty, a później zaprzeczają!
Perliczy Grzebień również opuściła bezpieczną grupę i zbliżyła się do środka.
- S-sama widziałam, co się stało Słodkiej Łapie. To okrutnicy. - miauknęła kremowa bicolorka. Ryś była chociaż raz dumna z matki. Przynajmniej w tym względzie się mogły zgodzić. - Traktują nas jak przerażone myszy czekające na ubój!
- Jak inaczej to wytłumaczyć? Jeśli chcą wojny, dostaną wojnę. - prychnęła stanowczo Rdzawe Futro, patrząc się partnerowi w oczy. Widać było, że to najbardziej skłoniło Jaśmin do powiedzenia czegoś jeszcze.
- Uwierzcie mi, też chciałobym sprawiedliwości, ale nie róbmy niczego głupiego i wbrew woli Klanu Gwiazdy. Obiecuję, że będę domagać się sprawiedliwości na następnym zgromadzeniu klanów, a jeśli to nie poskutkuje, dopiero wtedy możemy wypowiedzieć im wojnę. W międzyczasie, godnie pożegnamy Słodką Łapę, a zaś patrol... Cóż. Uważajcie na siebie.
Dopiero w tej chwili przypomniała sobie, że przecież wybrano ją na patrol. Cętkowany Ryś machnęła kikutem, by przywołać ją do siebie, tak samo jak Jelenią Cętkę.
- Musimy być ostrożni. - miauknęła cętkowana.
- Jesteśmy w grupie, więc o ile żaden wielki patrol się nie napatoczy jesteśmy bezpieczni. - miauknęła Cętkowany Ryś. Deszcz ustał, przynamniej na chwilę. Szybko znaleźli się na granicy z Klanem Nocy, niemal nie przerywając ciszy.
- Co z-znalazł poprzedni patrol? - spytał cicho i nieśmiało Jelenia Cętka.
- Ciało leżało zaledwie kilka króliczych susów od granicy. Ulewa zmyła wszystkie ślady zapachowe jak i rzeczowe. Słodką Łapę odnaleźli w kałuży błota. Miała rozszarpane gardło i oślepione jedno oko. - powiedziała Cętkowany Ryś.
- Klan Nocy jest okrutny, jak mówiła Perliczka. Nie mogli się zadowolić szybkim pozbawieniem życia, musieli jeszcze się nad nią pastwić. - prychnęła z obrzydzeniem. Co powiedzieć, gra aktorska jak na razie wychodziła jej nieźle. Chociaż w środku już ją skręcało. Inni przemilczeli jej uwagę. Zakręciła nosem w powietrzu. Bardzo dobrze wiedziała, co się tutaj stało. Aż za dobrze. Łapy ją świerzbiły, by się pochwalić wiedzą, jednak byłoby to ryzykowne.
- Dobra robota, Rysi Puchu. - podskoczyła na dźwięk głosu Koguciego Dzioba.
- Coś się stało? - miauknęła Cętka, patrząc na Rysią ze zdziwieniem.
- Nic nic. Tylko myślałam, że coś znalazłam. Ale to tylko zwidy.
- Jestem z ciebie dumny. - dodał Koguci Dziób.
- Na tym drzewie jest kępka szarej sierści.. - miauknął Jelenia Cętka, oglądając pień.
- To raczej wygląda na bury. - stwierdziła Rysi Puch, oglądając "dowód". - Wydaje mi się, że należy do Słodkiej. Ktoś mógł ją wyciągnąć z granicy, z tego drzewa, a ona próbowała się bronić.
- Dobra uwaga, ale to nic nie wnosi. - stwierdziła smutno Cętka.

Szukali jeszcze długo tego dnia. Nic nie znaleźli i wrócili do obozu z niczym pożytecznym dla sprawy. A tak właściwie z czymś innym - satysfakcją jak i ulgą Rysiego Puchu.