Po tych księżycach spędzonych w miejskiej dżungli, Ryś zdążyła się do tego przyzwyczaić. Do bitwy o najmniejszy kawałek jedzenia. Głośnych potworów, przez tubylców zwanych "autami". Wszystkich zagrożeń, które tylko płynęły z tak bliskiej obecności dwunogów. Właściwie... przestała narzekać. Miasto było w jakimś sensie jedyną spokojną przystanią, miejscem, w którym mogła czuć się bezpiecznie. W końcu żaden kot z lasu o zdrowych zmysłach nie zapuści się w tą plątaninę wysokich budowli i śmierci. Wylizywała swoją zakurzoną sierść, próbując choć odrobinę przywołać ją do stanu sprzed księżyców. Czasy, gdy dbała o swój wygląd dawno minęły. Teraz tylko wyrywała spomiędzy skołtuniałych pęków martwe włosy, które przeżyły więcej niż czyjekolwiek inne. Nie było to przyjemne, ale tutaj nie było czasu na dbanie o własny wygląd.
Spod przymrużonych oczu obserwowała wschodzący dzień. Bezfutrzy przechadzali się po kamiennych ścieżkach. Ryś nie zamierzała ruszać się z miejsca. O tej porze mieszkańcy zawsze kłębili się, a ruch wzrastał. Po paru godzinach jednak było bardziej pusto, to był czas na polowanie. Z resztą, nie było to tu takie niemożliwe, jak początkiem mogło się zdawać. Oczywiście nie było tutaj jedzenia pod dostatkiem, ale nauczyła się współpracować z dwunogami. Trudne byłoby się tutaj utrzymać z samego łowiectwa, jako że zwierzyna była trudno dostępna. Co jakiś czas zdarzał się jednak życzliwy bezfutry, który poczęstował kawałkiem mięsiwa. Cóż, jeśli los wyciągał do niej rękę, nie skorzystanie z tego byłoby głupstwem.
Mimo tego wciąż była obca. Wrogiem dla wszystkich. Nawet coraz odleglejsza dla samej siebie. Nie rozmawiała z nikim od tak dawna, chyba że należy liczyć wrogie syczenie i groźby. Traciła poczucie własnej tożsamości, kurczowo trzymając się jedynie wspomnień. Jedynie tego nie mogli jej już odebrać. Jednak i one z czasem ulatywały na wietrze jak wyrywane kępki sierści. Opierała własne istnienie na lęku i resztkach tego, co pozostało z dumnej wojowniczki klifiaków, Rysiego Puchu. Nie widziała jej się wizja takiej przyszłości na dłuższą metę, jednak nie miała nic do powiedzenia. Już dawno zrozumiała, że w tym świecie są wygrani i przegrani. A Ryś już dawno utraciła przynależność, siłę, niezmordowaną ambicję. Chociaż to może ona pchała ją coraz bardziej do przodu? W końcu jeszcze się nie poddała. Żyła. Była ze stali, niezniszczalna. Nie do zatrzymania. Była rysiem, który terroryzuje las i swą siłą zachwyca wszystkich. A właśnie. Była.
Przeciągnęła się, kończąc głębokie myśli. Aby żyć, musiała jeść. A nikt za nią śniadania nie złapie. Zwlekła się z miejsca, by poszukać czegokolwiek świeżego. Możliwe, że pod jednym z tych miejsc, w których skupiali się zwykle dwunogi coś będzie. Zawsze wszelkie ptactwo wydziobywało z ziemi okruchy. Chociaż bezfutrzy niespecjalnie tolerowali tam jej obecności. Cóż, chyba nie podobał im się zapach świeżej krwi, ani brudny zapchleniec jak ona. Przynajmniej nie cieszyła się aż tak złą opinią jak psy, które regularnie były przeganiane i zabierane niewiadomo gdzie, pożerane przez potwory.
Mały, niepozorny wróbelek usiadł na ziemi, by podjeść co nieco. Idealne śniadanie na początek następnego ciepłego dnia. Już wiła się pod stolikami, gotowa do skoku na maleństwo. Wpatrywała się w swą ofiarę jak w obrazek, wiedząc, że nie posiada on żadnych szans w ostatecznym starciu.
W ostatniej chwili rozległ się wrzask, który sprawił, że wszystkie ptaki w okolicy zerwały się z miejsca, a Ryś skuliła, jeżąc sierść. To nie był zwyczajny pisk opon, czy głośne kłótnie bezfutrych. Po chwili zza rogu ulicy, jak uciekające stado królików wyłoniła się spanikowana kocia horda. Zastygła w jednym miejscu, gdy wokół przerażona fala wrzasków i futer brzytw się chwytała podczas ucieczki. Skakali po stołach, między krzesłami, lądując niemal pod kołami jednośladów. Ryś kuliła się pod nogą jednego ze stolików, gdy po jej grzbiecie skakały dreszcze. Co mogło ich wszystkich tak wystraszyć?
Szybko to zrozumiała, gdy wylądowała na niej zielona sieć. Serce zabiło mocniej. Zaczęła wić się jak trująca żmija, zawijając się w siatkę ciaśniej i ciaśniej z każdą chwilą. Nie mogła się poruszyć. Zostało jej jedynie gorączkowe syczenie na bełkoczącego coś swoim dialektem długonogiego. Na Klan Gwiazd, czy to już koniec? Najgorsze czarne myśli chaotycznie oplatały jej umysł, jedna po drugiej, wyżerając środek. W tej chwili długonóg pociągnął ją w górę, złapała się w panice sieci, plącząc swe łapy i pazury w niciach.
— Mam nadzieję, że spłoniesz kiedyś gdzieś na dnie rowu, parszywa szujo! — zasyczała, równie z tym jak została wrzucona do srebrnej klatki. Błyszczące złowrogo w świetle słonecznym kraty szczękały, gdy chaotycznie kocica próbowała znaleźć drogę wyjścia. Wbiła się pazurami w rękę wielkiego bezwłosego, których ciemnej i twardej skóry nie mogła przebić mimo starań i męki. Ten tylko strącił ją jak irytujące kocię, a sama wylądowała na białej, twardej ziemi. Zaraz po niej poleciały klatki z innymi przybłędami, których czule witała ostrzegawczym, silnym syknięciem. To miejsce zamieniło się w chaos. W końcu długonodzy zniknęli, zamykając wejście do tego białego miejsca o poszarpanych ścianach. Jedynym źródłem światła był płonący zimnym ogniem płaski głaz doczepiony do sufitu, raniący wszystkich lodowymi błyskami.
W otoczeniu obcych, nieznanych kotów słyszała wiele obelg i przekleństw, a także modlitw. Każdy bał się o swoje życie, postawione w mig na szali. Nawet ona przytuliła się jak najbliżej ściany, szepcząc słowa chwały do siebie, by zachować odwagę. Nie mogła zginąć.
Nie mogła zginąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz