BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypłosz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypłosz. Pokaż wszystkie posty

28 września 2024

Od Wypłosza

 Nigdy nie przypuszczał, że jego życie tak się zakończy. Urodził się pod krzakiem, bezdomny i zdany na siebie. Teraz miał kochającą rodzinę, która stała się dla niego całym światem. I choć w drodze stracił oko i kończynę, oni przy nim trwali. Blanka... jego ukochana, teraz posiwiała, wtulała się w jego bok, kiedy to razem wypoczywali na kanapie Wyprostowanych. Ha! Dziwnie było myśleć o tym, że te stworzenia stały się dla niego kimś bliskim. Słoneczko i Skarbie... Na początku nieznośni i przerażający, teraz byli przez niego tolerowani. Pierwszy raz od wielu księżyców czuł się... bezpiecznie. Nie musiał walczyć o przeżycie. Miska z jedzeniem zawsze była pełna, a jego chuderlawe kości nabrały masy. Badanie tego nieznanego świata, który teraz nie miał przed nim żadnych tajemnic było wspaniałą przygodą. Wciąż uwielbiał wpatrywać się w magiczne okno, teraz leniwie reagując na otoczenie. O tak... strasznie jego aktywność spadła. Słoneczko zabierał go zmartwiony do Obcinacza licząc, że to mu pomoże odzyskać werwę, ale... ale po prostu nie miał już sił. Musiał przyznać, że gdyby nie to, że Blanka uratowała mu życie, zapewne dawno byłyby już martwy. Betonowy Świat zeżarłby go i wypluł... A tak? Dała mu szansę, pokazała inny świat, świat, w którym mógł dożyć szczęśliwej starości u jej boku. Nie żałował tych chwil. Dla niego kocica była całym światem. Chociaż nie doczekali się potomstwa, tak życie u jej boku było tym o czym marzył. I to marzenie się spełniło. 
Kiedy odchodził... czuł jedynie ulgę. Miarowe bicie serca Blanki ukołysało go do snu... Wiecznego snu... Nie wiedział co go czekało po drugiej stronie, ale wiedział jedno... będzie tam na nią czekał. 

07 czerwca 2024

Od Wypłosza

 Gdyby powiedział młodemu sobie o tym, że na starość zostanie pieszczochem, wyśmiałby siebie za ten durny pomysł, ale tak... To się naprawdę stało. Tyle księżyców spędził pod tym dachem, nauczył się tolerować i ufać Wyprostowanym, którzy o niego dbali, że go samego to zadziwiało. Ale... przecież gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to już dawno temu. Słoneczko był jednak na to zbyt tępy, a Skarbie zdecydowanie skupiała się na czym innym niż na kotach. I bardzo dobrze. Jej to nie lubił. 
Dzisiejszy poranek jednak był okropny... Dlaczego? Otóż... Słoneczko znów zaczął słoneczkować. Nie rozumiał co on miał z miganiem, ale tak... migał. A raczej to coś co trzymał w swojej łapie błyskało, oślepiając go raz po raz. Chętnie by to pacnął łapą i popsuł, aby przestało go drażnić, ale Wyprostowany był zbyt wysoki. Chociaż gdy tak się zniżył, podtykając mu to coś prawie pod pysk, udało mu się przywalić w to z radością! 
— Wypłosz przestań, bo zrobi mu się smutno — skarciła go Blanka widząc co ten wyczyniał. Leżeli wtuleni w swoje futerka i cieszył się miłym dniem, więc spokój im się należał. 
— A ja to co? Drażni mnie to. Wracają złe wspomnienia — aż się zjeżył na wspomnienie tego jak Słoneczko wepchnął go w jakąś dziwną skórę i zaczął przy nim skakać i migać, jak gdyby ujrzał coś niespotykanego. Do dziś podejrzliwie patrzył na tego mysiego móżdżka, bo nie miał pojęcia co teraz mogło mu wpaść do łba. Jeszcze znów uzna to za genialny pomysł i zostanie uwięziony w ciasnej skórze ku jego radości. O nie! Drugi raz nie da się nabrać na te jego sztuczki! 
— Przesadzasz. — Kocica przewróciła oczami, zaraz łasząc się o rękę Słoneczka, który pogłaskał ją za uchem. 
Oburzył się tylko bardziej. Jak on mógł ją tak dotykać! Od razu niczym wybawiciel dał mu po łapie, a Blanka posłała mu karcące spojrzenie. 
— Nie zachowuj się jak kociak. 
— To on zachowuje się jak kociak. Ciągle tylko wyciąga w twoją stronę te łapy i cię mizia za uchem! — rzekł, uświadamiając bengalce to, że to był karygodny występek. 
— Bo ty zawsze syczysz, gdy ciebie chcę pogłaskać, chociaż dziwię się, że dalej to robisz. Widziałam jak ci się to podobało. 
— Wcale nie! — poczuł jak jego pysk robi się czerwony z zażenowania. Nigdy w życiu nie przyznałby, że lubił głaskanie! To byłoby dopiero hańbiące! 
— Jasne, jasne — mruknęła Blanka wstając i ocierając swój łeb o dłoń Słoneczka. 
Zacisnął zęby. Spokojnie. Nie bądź zazdrosny. Ona robiła to specjalnie. Sprawdzała go! Jak nic! Na jego nieszczęście Wyprostowany zauważył jego wzrok i zaskoczył go swą łapą, którą strzelił idealnie w jego czuły punkt. Starał się walczyć z przyjemnym uczuciem, gdy człowieczyna łaskotał go za uchem, ale w końcu wygrał. 
— Bardziej w lewo... — wymruczał praktycznie zapominając o obecności całego świata, w tym też Blanki, która uśmiechała się pod nosem, widząc jak Słoneczko usidla tego uparciucha. 

26 marca 2024

Od Wypłosza

Kolejny dzień w tym miejscu przyniósł mu zwiedzanie terenu. Spotkanie z magicznym oknem pobudziło jego ciekawość. Chciał wiedzieć co jeszcze skrywało Gniazdo Wyprostowanych. Blanka była w tym specem. Po śniadaniu zaprowadziła go tam, gdzie należało załatwiać swoje potrzeby i wskazała na otwartą rzecz, zwącą się podobno pralką. Dziwna nazwa. Z niczym znajomym mu się nie kojarzyła. Przyjrzał się jej uważnie. Miała okno, ale jej wnętrze było... jakieś dziwne. Śmierdziało też tak... inaczej. 
— Co to takiego? Można tam wejść? — zapytał, obwąchując uważnie pustą przestrzeń. 
— Dwunogi wrzucają tam swoje futro — wytłumaczyła mu bengalka. — I można. Kręci się śmiesznie w środku. — Wsadziła do środka łeb i zakręciła środek łapką, prezentując mu, że rzeczywiście tak się dało. — Patrz. 
Przyglądał się temu z zainteresowaniem. Rzeczywiście się kręciło. Niesamowite. I naprawdę to miejsce służyło za przechowywanie futer? To czemu teraz było puste? Nie za bardzo pojmował logikę tych tępych istot, ale musiał przyznać, że zabawki to mieli niezłe. 
— Można w tym biegać w miejscu? — zapytał, zaraz pojmując coś straszliwego. A co jeśli to jakiś rodzaj tortur? Wsadzali tam Blanke i kazali jej biegać? To mogłoby być prawdopodobne. Skarbie wyglądała mu na taką, która wykorzystuje koty do ciężkiej i niewolniczej pracy. W końcu... Ciągle fuczała na niego za ten podlany dywan, co mu się nie podobało. — Wsadzali cię tam kiedyś i zamykali? Czemu tam dają swoją skórę? — zalał ją pytaniami licząc, że kocica zna odpowiedzi. 
— Można, ale bardziej chodzić, a nie biegać. Siedzi też się całkiem fajnie. A dają tam swoje futro... chyba żeby deszcz na nie napadał? Robi się potem mokre, jak je wyjmują. Ale wcześniej klikają guzik, żeby się włączyło — opowiedziała.
Wpadł w lekką konsternacje. Doprawdy? Musiał spróbować. Mogło to okazać się całkiem ciekawym doświadczeniem. 
— Chcę tam wejść. Sprawdzę to — zdecydował, stając na tylnej łapie i przerzucając kończynę w bandażach do środka, to samo czyniąc z drugą. Już po chwili siedział w środku, bujając się w przód i w tył. Co za śmieszne uczucie! Nie przypominało mu to niczego z czym dotąd się zetknął. 
— Jest tam jeszcze miejsce? — zapytała Blanka, zaglądając do środka. — Zmieszczę się?
Spojrzał na nią zaskoczony. Chciała do niego wejść? Uśmiechnął się tak jak miał w zwyczaju, przesuwając się, aby zrobić jej miejsce. Nie zamierzał wcale jej wyganiać. W końcu z własnej woli pchała się w jego ramiona. 
— Jasne księżniczko. Zapraszam. Pobujamy się razem.
Kocica wywróciła oczami. Im więcej czasu z nim spędzała, tym bardziej ogarniała, że będzie musiała się przyzwyczaić do jego charakterystycznej mimiki twarzy. Wcisnęła się jednak do środka, a wchodząc rozbujała delikatnie środek.
— Śmieszne uczucie — mruknęła, rozglądając się.
Odwrócił łeb w jej stronę, uderzając ją kołnierzem w głowę. Yh... kiedy to mu wreszcie ściągną? Nie mógł zrobić przez to wielu rzeczy. Na dodatek... coś na niego kapnęło. Nawet nie mógł sprawdzić co dokładnie, bo zaraz czuł jak szorował tym czymś po wnętrzu pralki. 
— Coś kapie — powiadomił ją licząc, że może to ona zlokalizuje miejsce przecieku dachu. 
— Huh? Gdzie? Ja nic nie czuje.
Jak to nic nie czuła?! Ewidentnie coś się zbliżało. Coś... złego! Jego sierść robiła się mokra, a nie przepadał za kąpielami. Już sam fakt, że nie był brudny, bo go niegdyś wymyto, gdy był nieprzytomny, bardzo go dobijał. Wciąż bowiem nie znalazł idealnego miejsca, by przywrócić swój smród. 
— Gdzieś z góry. Czuje na grzbiecie takie kap, kap — powtórzył dokładną lokalizację problemu. 
— Deszcz? Myślisz, że powinniśmy wyjść? — mruknęła niepewnie, zerkając w górę. 
Zanim jednak zdążyli cokolwiek zrobić, w łazience pojawiła się Skarbie, która zgłupiała, widząc dwójkę kotów siedzących w pralce. Nie chcąc zostać podrapana zawołała Słoneczko, który zaraz schylił się, by wydostać ich z urządzenia. 
No nie! Zjeżył się na widok Wyprostowanych. Dobrze, że był za Blanką, bo chyba padłby tam na zawał. Na szczęście morda jaka pokazała im się przed oczami należała do Słoneczka. Tego idioty, co miał mózg wielkości ziarenka piasku. Wyciągnął swoje łapy w ich stronę, a mu zamarło serce. Mimo wszystko nadal bał się tych istot, nawet wiedząc, że Słoneczko prędzej sam siebie by zabił niż jego. Skulił się, zaciskając oczy. Wolał na to nie patrzeć. Przez złamaną łapę, nawet nie mógł dać nogi. Musiał się poddać. 
Słoneczko chwycił najpierw Blankę, którą szybko oddał Skarbie. Ta zaraz odstawiła ją na ziemię, a Słoneczko sięgnął po Wypłosza. Poczuł jak traci grunt pod łapami. Nie patrzył. Nie chciał. Widział, że wpadłby tylko w panikę i pewnie złamał sobie kolejną łapę. Nie wiedział w końcu jak wysoko był. Obcy zapach tylko się nasilił, tak samo jak uścisk. 
Słoneczko jednak nie oddał go partnerce, ani nie położył na ziemi. Objął go mocniej, żeby nie uciekł i zwrócił się do Wyprostowanej, która mu coś podała. 
Zaniepokojona Blanka przekręciła łepek, obserwując z ziemi całą sytuację
— Wypłosz? Tylko spokojnie... jestem pewna, że to nic takiego.
Zaczął cały dygotać od strachu, który powoli odbierał mu zmysły. Na dodatek słowa Blanki nie pomagały mu się uspokoić 
— Co się dzieję?! Czemu ja wiszę?! Blanka ratuj! — wyskamlał coraz bardziej panikując, że nie wróci na ziemię. Czy to była jakaś kara? Czego od niego chcieli?! Zaraz ich podrapie! Tak! Zrobi to! Jeszcze tylko chwila! 
— Słoneczko cię trzyma, dlatego! — odpowiedziała mu szybko, kręcąc się pod nogami Wyprostowanego. 
— Jak to mnie trzyma?! Co mu znowu odbiło?! — pisnął, zaczynając się szarpać. Nagle jednak został przyciśnięty do twardej powierzchni, więc otworzył oko, krzywiąc się na jakiś patyk, który wlazł mu do pyska. Starał się uciec i wyrwać, ale nie mógł. Trzymali go dranie. Zakrztusił się, gdy poczuł w gardle coś. Nie wiedział co. Przełknął kaszląc, próbując jeszcze łapą drapnąć Słoneczko w uciekającą rękę. Za bardzo jednak był w szoku, więc było to nieporadne i żałosne. Nie miał pojęcia co się właściwie stało — Otruli mnie?!
— Nie, na pewno nie. — Blanka pokręciła głową, wprawdzie sama nie będąc tego pewną. — Pachniało Obcinaczem, więc może coś na twoją łapę? Może ten kołnierz po tym odpadnie? — zastanawiała się na głos. 
Odpadnie? Oby! On wręcz marzył o tym, by to draństwo nareszcie się od niego odkleiło! Przez to miał tyle problemów. Nie mógł normalnie funkcjonować. Jednakże skoro to było tyle, to powinni go przecież puścić prawda? To dlaczego wciąż Słoneczko go trzymał? Na dodatek widok zaniepokojonej Blanki kręcącej się na ziemi nie pomagał mu się uspokoić. 
Zaraz jednak ujrzał jak znów jest podnoszony nieco wyżej. Drań jednak go nie postawił na ziemi. Blanka szybko podążyła za nimi do salonu, by zobaczyć, co się dzieje. Gdy dotarli na miejsce Słoneczko położył go na czymś miękkim. Było to bardzo podobne do miękkiego kamienia, który był w pudle. Nadal sparaliżowany przez strach i nerwy jakie mu zafundowali Wyprostowani, ani drgnął. 
Słoneczko jednak nie dał mu spokoju, bo najpierw pokazał palcem na kocura, potem na legowisko i znowu na kocura, mając nadzieję, że zrozumie, że to teraz jego nowe leże. Na pożegnanie wyciągnął jeszcze rękę, by go pogłaskać, lecz ten zasyczał, widząc jak jego ręka zaczęła zbliżać się niebezpiecznie do jego ciała. Nie starczyło mu, że go wysłał bardzo wysoko w niebo?! Co znów mu odbiło? Zapadł się bardziej w legowisku, mordując go okiem.
Słoneczko widząc niezadowolonego Wypłosza, cofnął się tylko i zostawił go na nowym legowisku, w którym dosłownie się zapadł. Blanka podeszła do burego, przyglądając się nowej rzeczy.
— Wyglądało na to, że chce, żebyś tu spał. To twoje teraz — wytłumaczyła mu gest Wyprostowanego.
— Moje? Jak to moje? Ja nie chcę. Chcę spać z tobą w pudle — oburzył się. Chciał teraz ich rozdzielić? Słoneczko coraz bardziej mu podpadał. Oj, bardzo. Już powoli planował jego śmierć na tysiąc sposobów, gdy tylko uda mu się wyzdrowieć. 
— Możesz! Możesz — spokojnie miauknęła zaraz, żeby kocur się nie gniewał. — Ja cię nie wyganiam. A Słoneczko pewnie myślał, że nam niewygodnie w jednym.
— Mhm... jasne... pewnie zazdrości — fuknął pod nosem, przypominając sobie jak ten potwór kleił się z łapami do Blanki. Może i ona nic do niego nie czuła, a czy w drugą stronę też tak było? Może powinien jakoś z nim wyjaśnić tą sprawę? Nie... przecież to idiota. Nie zrozumie. Tak jak wtedy, gdy kazał mu zdjąć kołnierz, a zamiast tego został spieszczoszkowany. — Jednak ten miękki kamień jest bardziej miękki. Jak jakieś ruchome piaski. 
— Może to jakiś specjalny? Żebyś jak leżał to łapa cię nie bolała? — zasugerowała, siadając niedaleko. Naprawdę wierzyła, że Słoneczko nie chce zrobić mu nic złego i tylko mu pomaga? No chyba nie! Wyprostowani z tego nie słynęli. Byli potworami co zabijają kocięta, dusząc je pod ziemią! 
— Może... jest... tu przytulnie. I łapa nawet przestała boleć — zdumiał się, bo dopiero teraz zauważył, że coś było nie tak. Nic go nie bolało. Usiadł aż z wrażenia, patrząc na swoją kończynę. Zepsuli go?! Przecież brak bólu oznaczał, że nie żył! Zabili go! Aggh! Wiedział, aby im nie ufać! Tylko skoro nie żył, to czemu był tutaj? I Blanka go widziała? Musiał to sprawdzić. — Uderz mnie w nią. — Wskazał na kończynę pyskiem kotce. 
Ta słysząc jego prośbę, zaraz pokręciła głową
— Nie! Nie ma mowy! Nie będę cię bić za nic! Co jeśli złamie się bardziej?
— Ale ona nie boli! Jak nie boli to znak, że nie żyje. Nie słyszałaś o tym? Ból to sygnał, że nadal tu jesteś, a nie przeszedłeś na drugą stronę. Może ja umarłem... po tym co mi wepchali do pyska? Musisz mi pomóc to sprawdzić — zażądał. Zawsze te napięcie mu towarzyszyło w życiu. Teraz gdy zniknęło... czuł się dziwnie.
— Nie słyszałam... ale jakbyś umarł, to byś nie mówił! I nie marudził! Więc żyjesz, nie trzeba tego sprawdzać...
— Trzeba! Może widzisz mojego ducha? — zastanowił się. — No bo jak to możliwe, że nic nie czuje? To ugryź mnie. W sierść, kark... bym sprawdził to.
— Ugh... jesteś niemożliwy — mruknęła, po czym zbliżyła się i dziabnęła go w ucho.
— Ałć! Jednak żyję — miauknął zdumiony. Czyżby łapa mu się wyleczyła? Spróbował nią poruszyć, ale bez efektu. Nadal była bezużyteczna Naprawdę dziwne.
— Widzisz? — zmarszczyła brwi po czym polizała kocura po ugryzionym uchu. — Mówiłam, że żyjesz.
— No tak, ale to dziwne uczucie. — Przysunął swoją głowę bliżej jej pyska. Podobało mu się to lizanie, chciał więcej.
— To... chyba dobrze? Źle? Nie mam pojęcia — westchnęła, a widząc jak kocur się nastawia tylko polizała go jeszcze raz. I kolejny. Był zestresowany, zmęczony i pewnie poddenerwowany całym dniem, więc tyle mogła dla niego zrobić. A on? On czuł jak powoli odpływa. To było takie kojące uczucie. Rozłożył się bardziej na legowisku, wręcz mrucząc. Dojrzał swoim okiem jak kocica podeszła, by ułożyć się obok niego, lecz gdy tylko weszła na miękki kamień, niemalże zapadła się w poduszkę, co nieco wbiło ją z tropu i równowagi. Zachwiała się i potknęła, zatrzymując zaraz przed tym, jak miała wpaść na burego.
— Uważaj księżniczko. To grząski grunt — zaśmiał się na ten jej wyczyn. 
— Właśnie widzę — westchnęła, ale uśmiechnęła się pod nosem, by w końcu ułożyć się blisko burego i polizać po barku.
Ah, jak tu było wygodnie, dobrze, przyjemnie i przytulnie. Mogli dzisiaj tutaj spać. 

***

W końcu stało się. Jego łapa była wolna od kolorowego futra i co najważniejsze sprawna! Kosztowało go to jednak wiele nerwów, bo Słoneczko musiał go złapać, a następnie wywieźć do Obcinacza, co skończyło się na wielkiej ucieczce po całym domu. Ale wracając... Nie potrafił w to uwierzyć. Mógł chodzić i powrócić do swojego dawnego życia... Tyle, że... Blanka. Przywykł do niej tak bardzo, że świat bez niej zdawał mu się pozbawiony sensu. Wróci na deszcz i mróz i co? Zaraz coś go zeżre. Tak w końcu działał świat. A tu... Tu było inaczej. Nawet ten przygłupi Słoneczko jak chciał to potrafił być mniej wkurzający. Czyżby się przyzwyczaił? Być może. Minęło w końcu sporo czasu odkąd opuścił ogród Blanki. Zwykle chodzili po nim, a on miał niemiłe spotkania z sąsiadami, którzy raz po raz przypominali mu o tym, aby spadał z powrotem na swój śmietnik. 
Wziął głębszy oddech. Nie wiedział co zrobić. Chciał zostać. Nie wierzył w to, że coś takiego przeszło mu przez myśl, ale tak. Chciał. Kiedyś dawny on by się zaśmiał, gdyby ktoś powiedziałby mu, że skończy jako pieszczoch. Bał się w końcu Wyprostowanych. Nigdy nie chciał się do nich zbliżać, ale Słoneczko zmienił wszystko. Był przygłupi i nie stanowił zagrożenia. Można rzec, że bawiło go to jego nierozgarnięcie. A Blanka... Blanka pomagała mu na nowo im zaufać. 
Dlatego też został ku zdumieniu bengalki, która sądziła, że po wyzdrowieniu od razu się wyniesie. Nie. Nie zamierzał jej zostawiać. To był jego świat. Przy niej... 
Pewnego jednak, mroźnego dnia, wybył do ogrodu. Odzwyczaił się od samotniczego życia, więc upolowanie czegoś było nie lada wyczynem, zwłaszcza w taką pogodę. Uważał jednak na drogach, ponieważ nie chciał skończyć martwy. Może i był pieszczochem, ale pamiętał jak to było żyć w strachu o swe życie. Czemu w ogóle się wykradał? Otóż... Postanowił uczcić te radosne nowiny. A co mogłoby być idealnego, by to zrobić? Pyszne śmieciowe żarcie, do którego nie miał dostępu w nowym domu. Łatwo dobrał się do śmietnika. Wystarczyło go przewrócić i zakosztować tutejszych specjałów. Wziął w pysk kawałek czegoś co musiało niegdyś być pizzą i powrócił czym prędzej do domu, wołając swą towarzyszkę, aby do niego wyszła. 
Blanka nieco wahała się przed wejściem w śnieg, ale zaraz zaciekawiona zbliżyła się do niego. 
— Wypłosz... Co to jest? — zapytała zdumiona tym co tak śmierdziało. 
— Wyżerka! Słoneczko ciągle daje te same mięso. Zero w nim ryzyka. A to... To powrót do starych czasów. Zjedz. Pycha, mówię ci — i na potwierdzenie swych słów zaczął przeżuwać nieco stwardniały kawałek placka. 
— Wiesz... Ja chyba podziękuje. Ty też powinieneś. Zatrujesz się — przestrzegła go. 
A tam zatruje! Tyle razy żarł na śmietniku i jakoś żył. Owszem, brzuch po tym bolał jak nic, ale wtenczas jadł co popadło, byle przeżyć. Dlatego też niezbyt zmartwiony słowami kocicy kontynuował.

***

Ależ go bolał brzuch! Ciągle wymiotował i czuł się tak okropnie, że gdy tylko Słoneczko do niego się zbliżył nie uciekł. Nie miał sił. Wręcz co chwile się z niego ulewało. 
— Blanko, pomocy... Zabiją mnie — majaczył już wręcz w gorączce. 
Kotka jednak nie mogła nic z tym zrobić. Słoneczko go zapakował do pudła i wywiózł do jego największego wroga. 
Obcinacz nie był zadowolony, że go widział i ze wzajemnością. Tyle razy ile go pogryzł i podrapał to nie zliczy. Nie lubił go. Ciągle kłułby go i macał. Tak przecież nie można! Teraz zresztą też mu coś wstrzyknął, ale tym razem był w takim stanie, że nawet nie wydał z siebie wrogiego syku. Ta pizza jednak była zbyt mocnym towarem. Nie wiedział ile spędził czasu w tym miejscu. Obcinacz doczepił mu do łapy rurkę i tak z nią siedział. Miał ochotę to odgryźć, nawet zaczął skubać, ale znów go zemdliło, więc przestał. Chociaż uczucie w łapie było strasznie niekomfortowe. Piekło. 
Dopiero, gdy te tortury dobiegły końca, wrócili do domu. I tam, padł przy Blance, wręcz wtulając się w jej futerko. Tylu wrażeń to on nie miał przez ostatnie księżyce w ogóle.

Wyleczony: Wypłosz

06 stycznia 2024

Od Wypłosza

Blanka pokazała mu dzisiaj tajemnicze, kolorowe okno. Było dla niego to interesujące przeżycie, ponieważ pierwszy raz w życiu widział coś takiego na własne oczy. Widział las, widział ptaki, słyszał nawet ich trel. To było... niemożliwe... Jak to działało? Czy rzeczywiście tam był inny świat? 
Podszedł bliżej, bowiem niedowierzał w to co widzi. Ale im bliżej był tym stwierdzał, że to nie mogło być okno. Zbyt migało, nie było stałe. Coś w tym miejscu było nie tak. 
— Tam są uwięzione ptaki! Spójrz! — Wskazał jej, gdy nagle te zniknęły i w ich miejsce pojawił się jakiś kot. To jeszcze bardziej sprawiło, że jego pysk opadł aż do samej ziemi. — Zniknęły! Jest kot! Taki duży! Jak on się zmieścił w tym pudle?! 
Blanka zachichotała widząc jego reakcję. Ona była przyzwyczajona do takich dziwnych zjawisk, bo w końcu była pieszczochem dłużej od niego. 
— Dwunodzy jakoś go magicznie zamknęli. O! Tylko nie próbuj polować na cokolwiek tam jest, bo wpadniesz w szybkę jak u okna. Nie można go otworzyć, więc niestety się nigdy nie dowiedziałam jak tam to wszystko upchali. A upchali duużo! Czasem nawet inne Dwunogi!
— Co?! Niemożliwe — Inne Dwunogi? To brzmiało jak żart. Przecież widział jakie te istoty były duże. Nie zmieściłyby się tam za żadne skarby! Teraz wpatrywał się w nowy krajobraz, który im się pojawił.  Była tam rzeka, las, zwierzęta i aż zaczęła go boleć od tego głowa. Tak się wciągnął, że gdyby Wyprostowany był krok od niego, pewnie by go nie dostrzegł.
— To magia... Przecież nie da zamknąć całego świata — stwierdził fakt oczywisty. — Słychać jednak ich jak na żywo. Nie wzywają pomocy? Czemu tam siedzą? — pytał, nie mogąc zrozumieć działania urządzenia.
— Nie wiem — Blanka nie potrafiła sama na to odpowiedzieć. — Ale zobacz jak ładnie tam mają! Może nie chcą wychodzić.
— Może... — Nagle cofnął się, widząc jak sfora wilków zabija jelenia. — O! Tam też się mordują! Zobacz!
Kotka otworzyła pyszczek z zaskoczenia. Oboje byli bardzo zafascynowani tym wszystkim co pokazywało im to urządzenie. Nie potrafili zrozumieć jego działania i tego jak tamtejsze zwierzęta funkcjonowały. To były czary lub coś niemożliwego do zaprojektowania. 
— Nigdy nie widziałam takiego zwierzęcia z patykami na głowie — mruknęła pieszczoszka, wodząc swoim wzrokiem za walczącym jeleniem. 
— Ja też nie. Jest dziwny, ale... ale umiera. To może inny świat? Podglądamy ich jako duchy? — zasugerował, bo to jedyne co przyszło mu do głowy. 
— Może...? — Przekręciła łepek. — A myślisz, że oni nas widzą?
— Nie wiem... nie wydaje mi się. W ogóle na nas nie patrzą — zauważył.
— Jak mi się nudzi, to często tu przychodzę. Chociaż czasem to wszystko po prostu znika i jest jakby ciemno, nawet gdy na dworze jest jasno.
— Może... wtedy wszyscy umierają? — zasugerował nadal przejęty tym co działo się za oknem. W sumie... tak mogło być. Bo skoro nadchodzi ciemność to oznacza, że mogło dojść do końca świata i te wszystkie zwierzęta, które teraz widzieli, już nie istniały. 
— To by było straszne! — przejęła się Blanka — Co jeśli rzeczywiście tak jest? Nie możemy dać przecież dwunogom tego zrobić!
Myśl o ocaleniu tych stworzeń go rozbawiła. Spojrzał na nią jakby oszalała. Co mogli zrobić? W jaki sposób w ogóle chciała sprawić, by te stworzenia wyszły z tego dziwnego czegoś? 
— Mamy ich ocalić? Niby jak? Sama mówiłaś, że się nie da. Powinniśmy wybić szybę — zasugerował po chwili namysłu. Bo skoro rzeczywiście była tam szyba, to ona mogła uniemożliwiać im ucieczkę. 
— Tak myślisz? A wtedy... też nie zginą?
— Nie mam pojęcia... — westchnął. — Nie znam się na tym oknie.
— Może lepiej raz a dobrze? Skarbie często sprawia, że wszystko z okna znika...
— To zróbmy by nie zniknęło. Co robi, że znika?
— Naciska coś — wytłumaczyła. — Albo na patyku, albo tutaj. — Wskazała łapką okrągły guzik na dole okna.
— Znajdźmy ten patyk i sprawdźmy co w nim takiego dziwnego.
Pieszczoszka skinęła głową na znak zgody, po czym skoczyła na kanapę i zaczęła się rozglądać za tym magicznym patykiem. Czuł lekkie podekscytowanie tą całą akcją ratunkową. Pierwszy raz czuł się tak, jakby brał udział w czymś wielkim. Nikt inny wszak nie widział tego okna na własne oczy. Najpewniej na ulicy by mu nie uwierzyli, że coś takiego istniało. Obserwował jak bengalka chodzi i szuka, gdy on pozostawał na miejscu. Nie był w stanie wskoczyć na tą kłodę, więc musiał pozostać na ziemi. 
— Znalazłam — miauknęła po chwili, zrzucając patyk łapką na ziemię.
Spojrzał na obiekt, który przed nim upadł. Był podejrzany. Miał czarny kolor i kolorowe przyciski. Było ich dużo, a tekstura była twarda i gładka. Nacisnął jakiś przycisk łapą, a okno ożyło i teraz zamiast zwierząt pokazało im Wyprostowanych, co sprawiło, że gęba mu opadła jeszcze niżej. Rzeczywiście nawet i te istoty się tam pomieściły. 
— O nie! Zniknęło!
— Ale patrz, nadal żyje! Coś... ale żyje! — zauważyła Blanka.
— Ale żyją Wyprostowani, a gdzie zwierzęta? — znów kliknął coś i znów okno pokazało co innego. Czuł się... niczym Bóg. W łapach dosłownie miał cały świat i decydował o życiu i nieżyciu tych stworzeń, znikając ich i oglądając nowe otoczenie. 
Kotka obok niego obserwowała to wszystko ze zdziwieniem. Sama kliknęła parę razy jakiś guzik, zmieniając co chwilę świat.
— Niesamowite...
— Dużo ma tu światów. Ale większość to Wyprostowani — skrzywił się. Ich tam nie żałował, mogli umrzeć, dlatego klikał jeszcze bardziej zawzięcie ciesząc się ich końcem. 
Dopiero ich pełną pasji zabawę przerwała im Skarbie, która widząc co koty robią wparowała do środka i zabrała im magiczny patyk, tym samym pozbywając ich władzy nad światem. Był zły, ale nie kłócił się z tym potworem, a tylko umknął kulejąc do swojego schronienia, gdzie nie mogła go dopaść. Ale to nowe doświadczenie sprawiło, że nie zamierzał na tym poprzestać. Jak odejdzie znów dobiorą się do tego okna i będą bogami! 

02 listopada 2023

Od Wypłosza

 Kolejny poranek był znośniejszy. Nauczył się korzystać z tej śmiesznej kuwety, co nie obyło się bez wielkiego trudu. Musiał jednak się do tego stosować, aby Wyprostowani przestali na niego wrzeszczeć, powodując w nim napady lęku. Na dodatek ostatnio spodobało mu się to, że gdy robił coś po myśli Blanki, ta zgadzała się na trochę czułostek. Więc teraz leżąc w swoim stałym miejscu w pudle, zaczepił ją. 
— Daj mi zadanie. — Kotka spojrzała na niego tak jakby nie wiedziała o co mu chodziło. Naburmuszył się, bo przecież to było jasne jak słońce! — No zadanie. Tak jak było z tym tulaskiem za bycie miłym dla Słoneczka — przypomniał jej o tym. 
— A... to — westchnęła, przypominając sobie co miał na myśli. — Daj mi chwilkę — to powiedziawszy, rozciągnęła się i ziewnęła przeciągle. — O, wiesz co... mamy mieć dzisiaj spotkanie ogródkowe. Twoim zadaniem jest zachowywać się podczas niego przyzwoicie i nie robić... przypałów.
Spotkanie ogródkowe? Co to niby było? Nigdy wcześniej nie słyszał o czymś takim. Nagle przypomniał sobie co mogło oznaczać to sformułowanie. Przecież pieszczochy chodziły na te swoje sąsiedzkie pogawędki! A to oznaczało, że mieli wyjść na zewnątrz. Zrobił wielkie oczy. Nie! Nie pokaże się jakimś kotom w takim... stanie. Wyglądał przecież jak pieszczoch! 
— A... muszę tam iść? Nie mogę zostać? Czy to konieczne? I zdefiniuj słowo przypał. 
— Tak, musisz, bo mieszkasz ze mną — stwierdziła rzecz oczywistą. — A przypał, no wiesz, nie będziesz na nich syczał, krzyczał, wyzywał od pieszczochów... takie tam.
Skrzywił się. Super. Mieszkał z nią i musiał iść się upokorzyć przed obcymi kotami. Już położył po sobie uszy niezadowolony z takiego stanu rzeczy. 
— Czyli mam być grzeczny jednym słowem... — westchnął. Nie wiedział czy mu wyjdzie. Zależy jak te koty będą do niego podchodzić. Na pewno nie przedstawi się imieniem jakie dał mu Wyprostowany. A tym bardziej jasno im wyperswaduje, że nie był pieszczochem. — Postaram się...
— Jestem pewna, że jak postarasz się, to ci się uda. Pamiętaj o nagrodzie — zamruczała, a skierowawszy się do wyjścia z pudła na śniadanie, z chytrym uśmieszkiem przesunęła ogonem po piersi kocura.
Uśmiechnął się na ten gest i ruszył za nią. Powoli przyzwyczajał się do takiego życia. Wsparł się na jej boku, docierając do kuchni. Rzucił Słoneczku bojowy wyraz pyska, by go nie tykał, po czym podszedł do miski z wodą, by najpierw się napić. 
Blanka w tym czasie podeszła do czekającego już na nią dania i zaczęła jeść, podczas gdy Słoneczko schylił się i pogładził ją parę razy po grzbiecie podczas posiłku. Następnie Wyprostowany spojrzał na niego, po czym podsunął mu jego miskę, wyjmując drugą ręką małe pudełko, które znowu mignęło. Ale ten typ go irytował! I co on tak znowu migał?! Znów prosił się o kłopoty! Jednak tym razem nie dziabnął go, a zaczął pochłaniać szybko swoją porcję. 
Blanka spojrzała na okno, a raczej porę dnia, jaka za nim się kryła.
— Spotkanie się powinno niedługo zacząć. Wincenty woli wychodzić rano, bo potem jego Dwunożni go szukają — wytłumaczyła, kończąc jedzenie.
Zjeżył się. O nie. Już?! Jaki Wincenty?! Złapała go trema. Spotkanie się z kimś kim zawsze pogardzał wiązało się z wieloma problemami. No i nie podobało mu się to, że jakiś pieszczoch decydował o czasie, kiedy miało odbyć się te ich śmieszne rozmowy o niczym. No bo o czym może rozmawiać pieszczoch? Czuł, że to będzie ponad jego siły. Dokończył jednak posiłek, póki jeszcze nie wyruszyli. 
— A jak... Będzie... źle? — miauknął spięty.
— Nie będzie źle — starała się go uspokoić. — Poradzisz sobie bez problemu. Tylko bądź miły.
— Mh... tak. Miły — powtórzył po niej nieprzekonany.
Jego obawy zaczęły rosnąć, kiedy zaczęli zbliżać się do wyjścia na tyły posesji. Gdy już mieli przekroczyć próg, zatrzymał się. Serce waliło mu zbyt szybko, musiał jeszcze to przemyśleć. Przecież mógł zostać! Ale wtedy... wtedy nie będzie mógł potulić się do bengalki. Ugh! Po co on się pisał na to zadanie! 
— Oj chodź, żaden samotnik cię nie zauważy. Na spotkanie przychodzą tylko pieszczochy, które nigdy nie widziały cię na oczy. Będzie dobrze — upewniła go, robiąc parę kroków do przodu.
Wziął głęboki wdech, a następnie przeszedł z nią do ogrodu, mając nadzieję, że się nie myliła. Ostatnio... trochę pieszczoszek wykorzystał dla gangu Śruby. A co jeśli o tym wiedzieli? Był w końcu dość charakterystyczny. Nie każdy samotnik nie miał oka, łapy oraz ogona. 
Blanka usiadła wygodnie na miękkiej trawie, czekając na sąsiadów. Na razie nikogo nie było, więc wyluzowany przycupnął tuż obok niej. Możliwe, że nikt nie przyjdzie. Może tym pieszczochom wypadło coś z głowy, bo musieli dawać się miziać swoim Wyprostowanym. Tak, na pewno tak. Przynajmniej starał się w to wierzyć. Jego wiara jednak natychmiast runęła, gdy usłyszał chrobot na płocie i ujrzał nowy pysk. 
Pierwszy pojawił się czarno-biały pers o długiej, bardzo długiej sierści. Kocur zeskoczył zza płotu prosto przed ich dwójkę.
— Blanko, jak dobrze cię widzieć! Ostatnio często znikałaś. Już myślałem, że jakiś potwór cię dorwał... o... a to — Skrzywił się delikatnie, zobaczywszy burego kocura za jej plecami. — Kto?
Miał być miły, miał być miły, powtarzał to sobie w głowie, aby nie zrobić bengalce siary. 
— Jestem Wypłosz — przedstawił się kocurowi. — I nie jestem pieszczochem — dodał dla jasności.
— Oh? Nie jesteś pieszczochem? — pers zmierzył go niepewnym wzrokiem. — To czym? Raczej nie samotnikiem. Masz nawet obrożę, mieszkasz z Blanką... — mruknął, by zaraz zwrócić się do kotki. — Moja miła, jak mogłaś pozwolić, żeby takie... coś, się u ciebie zaszyło. W twoim własnym domu! Co jeśli zabije ci dwunożnych? Słyszałem, że samotnicy tak robią... 
Co takiego?! Jak on śmiał! Widać było, że to było puste i głupie. Na dodatek typ miał taki spłaszczony pysk, jak gdyby uderzył w mur i mu tak już zostało! Chętnie by mu przeorał tą paszczę, ale wiedział, że teraz był do niczego. Bez pomocy pieszczoszki, nie mógł nawet się porządnie poruszać. 
Blanka posłała sąsiadowi wściekłe spojrzenie.
— Wypłosz to nie coś! To mój przyjaciel — powiedziała, nie wiedząc jak inaczej nazwać cokolwiek co między nimi było. — A poza tym- — już miała odwołać się do zabijania Dwunogów, gdy nagle przerwał jej niski, gardłowy głos.
— Źle słyszałeś, Wincenty — miauknęła chłodno starsza kotka, która jakby znikąd pojawiła się na płocie. Na jej niebieskiej szyi widniała pomarańczowa, podniszczona obróżka. — Samotnicy to koty jak każde inne, tylko na innych zasadach. — Nieznajoma zeskoczyła do nich do ogrodu.
— To Brunhilda — przedstawiła ją Blanka. — Też kiedyś była samotnikiem.
— Życie na własną łapę, gdy te coraz bardziej trzeszczą, nie jest takie łatwe — mruknęła, układając się wygodniej.
— Nie jestem pieszczochem — powtórzył by do niego dotarło. — To faza przejściowa aż do wyzdrowienia — burknął, po czym skierował wzrok na starszą kocice. Rzeczywiście wyglądała mu na kogoś kto poznał ulice. Nie podobał mu się jednak fakt, że wolała zostać pieszczochem, by mieć na starość wygodne życie. To była hańba! — Ja żyje tam bez łapy, oka i ogona długo i nie narzekam.
— Masz bardzo silną wolę, młodziku — zwróciła się do niego staruszka. — Godne szacunku. Nie pozwól, by kiedykolwiek wygasła — dodała, przymykając ślepia. 
Wincenty tylko napuszył się, odwracając łeb.
— Jakby kiedyś zaczął ci ten samotnik przeszkadzać, mój ogród jest zawsze otwarty dla ciebie, Blanko. — Posłał jej oczko, na co ta się skrzywiła, a go krew zalała. Czy on podrywał jego ukochaną?! A to miał tupet! Chyba dobrze się stało, że trafił pod ten dach, bo wiedząc, że ten typ łasił się do bengalki, nie było mowy o tym, aby zostawił ją tu samą! Jeszcze zrobią sobie kocięta i co będzie?! Pójdzie w odstawkę?
— Świetna propozycja, ale nie skorzystam — odmiauknęła mu mądrze pani tego domu, odwracając łeb.
No i dobrze! Ucieszył się, że kotka pokazała mu, że nie jest zainteresowana jego zalotami. Kocur coraz bardziej mu się nie podobał. Nagadałby mu, jednak miał się zachowywać, więc ugryzł się tylko w język. Przysunął się za to bliżej Blanki, by widział, że ona należy do niego i nie odda jej bez walki. 
Wincenty napuszył się, widząc to. Nie powiedział jednak nic, tylko zadarł brodę i odwrócił łeb w inną stronę. Blanka za to rozglądała się po otaczającym ich płocie, czekając jakby na kogoś jeszcze.
— Widziałaś ostatnio Figę? Coś długo jej nie ma... — miauknęła do Brunhildy, na co ta pokręciła głową. Zaraz jednak do ich uszu doszło skrzypnięcie płotu, a na nim pojawiła się niewielka, młoda kotka o liliowym kolorze sierści. Osz cholera. Spojrzał na nowoprzybyłą. Znał ją. To ją kiedyś zaciągnął do Śruby i jego kumpli. Nie wiedział, że była sąsiadką Blanki! No to teraz będzie miał przesrane. Czuł, że nie wyjdzie z tego żywy. 
— Figa! — ucieszyła się Wincenty, jednak jego wzrok przybrał zaraz bardziej ciekawski wyraz. — Nie mówiłaś, że znalazłaś sobie partnera. Bo jestem pewien, że to nie dwunogi cię tak utuczyły. 
Figa jednak skrzywiła się, kręcąc smutno głową. Na jej karku każdy dostrzegł dziwne rany. 
— To nie tak. Nigdy nie chciałam kociąt! Na pewno nie teraz, zostałam wykorzystana, przez... — jej drżący głos urwał nagle, gdy wzrokiem natrafiła na Wypłosza. Całe jej futro podniosło się, a ślepia otworzyły szerzej, widząc znajomy pysk. — TY! — wrzasnęła, kładąc po sobie wściekle uszy.
Zjeżył sierść, nie odpowiadając jej. Czuł, że zaraz zacznie się burza. Może powinien udawać, że się pomyliła? Zacisnął pysk.
— Figa? O czym ty mówisz? — miauknęła Blanka, z niepokojem przyglądając się to kotce, to Wypłoszowi. Figa za to z trudem zeskoczyła z płotu i szybko przyciągnęła bengalkę do siebie.
— To wszystko jego wina! To on mi to zrobił! — syczała wściekle. — Jesteś jego kolejną ofiarą Blanka! Na pewno! Ciebie też wykorzysta jak mnie, gdy nadarzy się okazja!
— Nie ja jej zrobiłem brzuch — fuknął, tłumacząc się z tej delikatnej sprawy. Nigdy przecież nie tknął ten pieszczoszki! W ogóle nie miał nigdy partnerki, ponieważ wciąż oczami wyobraźni widział siebie i Blankę. Z tego też względu nie mógł jej zdradzić, ku radości kumplów, którzy mieli z niego ubaw. — To Śruba. — wyjaśnił, by bengalka nie sądziła, że będzie miał młode. Nie podobało mu się to jak ta druga miauczy jej do ucha swoje głupoty!
— Zaprowadził mnie do swoich koleżków z ulicy, by mi to zrobili! — wycharczała, podczas gdy reszta zebranych słuchała w szoku. Blanka spojrzała na niego niepewnie. Pewnie już domyśliła się, że to było tym zadaniem, o które prosił go Śruba za to, że darował im życie. Musiał jednak to zrobić, aby ochronić pieszczoszkę. Gdyby się z tego wycofał, przyszliby i ich zabili. 
— Może to tylko nieporozumienie? — spróbowała załagodzić sytuację pani tego ogródka.
— Jakie nieporozumienie?! Zostawił mnie tam na ich pastwę! Zna imię jednego, to już dowód! A ciebie omotał tak, że tego nie widzisz!
— Och nie płacz tak. Jak nie chcesz kociąt, zjedz nasiona marchwi i będzie po problemie — podzielił się z nią informacją od starej wariatki, którą spotkał kiedyś wraz z Blanką. Nie powiedział jednak liliowej, że jej najdroższa przyjaciółka, którą tak przed nim broniła już pewnie domyśliła się, że to z jej winy tak ucierpiała. Miał nie robić jednak jej wstydu, więc zacisnął pysk bardziej. 
— Słucham?! — Figa ryknęła wściekle, wysuwając pazury. Blanka tylko zacisnęła pysk bardziej. 
— Ty zapchlony szczurze! Jak możesz coś takiego mówić?! — syknął pers, podnosząc się z miejsca. W całej nerwowej sytuacji, prawdziwie spokojna pozostała jedynie Brunhilda. Kotka wstała i jednym syknięciem uciszyła pieszczoszkowe towarzystwo.
— Koniec spotkania. Blanka sama rozprawi się ze swoim gościem — oznajmiła krótko, wyganiając z ogrodu Wincenta. Figa jeszcze zatrzymała się przy uchu bengalki.
— Ten potwór to złe wieści. Powinnaś uważać, inaczej skończysz jak ja — ostrzegła ją, nim przepędziło ją ostre spojrzenie starszej kocicy. A ta, tak szybko jak się pojawiła, tak szybko zniknęła. Blanka cały czas siedziała w ciszy, uciekając wzrokiem od pyska Wypłosza. 
No to się porobiło. Wiedział, że to całe spotkanie sąsiedzkie będzie jedną wielką klapą. 
— Zepsułem ci spotkanie. Przepraszam. — Zwiesił łeb. — Mówiłem byś mnie wtedy zabiła. Przynajmniej oszczędziłbym ci wstydu przed przyjaciółmi. Jak nie chcesz mnie widzieć, mogę dzisiaj zostać w ogrodzie. Przywykłem do takiego życia. Przynajmniej wiesz teraz, dlaczego uważam się za śmiecia i potwora — i mówił to szczerze. W końcu wiele razy powtarzał to Blance, gdy jeszcze był młodym kotem, który nękany był przez Krokus i Bylicę. Teraz jednak czuł się strasznie źle ze świadomością, że ta wiedziała o jego mrocznej przeszłości, z której nie był dumny. Dlatego też chciał właśnie jej to wynagrodzić, zaszyć się w krzaku, doczekać końca kuracji i zniknąć. Wstyd nie pozwalał mu spojrzeć w jej oczy. Była dla niego wszystkim, lecz powoli zdawał sobie sprawę, że być może nie byli sobie pisani. Chociaż i tak myśl, że Blanka mogłaby się związać z Wincentym podnosiła mu ciśnienie. Ale co miał zrobić? Jeżeli ta go po raz kolejny odrzuci, tak jak to było w przypadku Sójki, to musiał już sobie odpuścić. 
— To nie moi przyjaciele — powiadomiła go, kładąc po sobie uszy. —  I nie będziesz spać w ogrodzie. Wrócimy normalnie do pudła. To moja wina nie powinnam za tobą łazić do Wiedźmy, nie powinnam była kręcić nosem na skrót i nie powinnam zapraszać cię na głupie spotkanie, na którym nie chciałeś być. To ja przepraszam. Tylko... potrzebuję najpierw chwili dla siebie —  rzekła poważnym tonem, zbliżając się do Wypłosza by odprowadzić go do pudła. 
Czy mówiła szczerze? A może miała co do tego wątpliwości? Na razie nie chciał o to pytać. Już dość zrobił. 

29 października 2023

Od Wypłosza

 To napięcie nie dawało mu spokoju. Ciągle się okręcał z boku na bok, nie będąc w stanie nawet dotknąć futra przez ten głupi kołnierz! Dawno się nie wygryzał, więc świąd narastał, doprowadzając go do furii! To była kolejny dzień w tym miejscu, więc ranna łapa powoli wracając do zdrowia, przypominała mu o tym bólem. 
— Blanka weź pomóż. Tak swędzi... — jęczał jej nad uchem. 
Kotka spojrzała na niego jak na mysiego móżdżka, kiedy domyśliła się co miał na myśli. Przecież nie raz opowiadał jej jak radził sobie ze stresem. A teraz prosił, aby to ona stała się jego zębami, które pozbędą się tego nieprzyjemnego uczucia, które w nim zalegało od jakiegoś czasu. Ta jednak od razu kategorycznie pokręciła głową. 
— Nie ma mowy. Nie będę cię iskać. 
— Ale nie mogę wytrzymać. Musze na czymś pysk zamknąć, bo oszaleje! — biadolił jej. 
— Mogę ci przynieść moją ulubioną zabawkę... ale jej nie rozwal — zaproponowała. 
Spojrzał na nią zaskoczony. Chciała dać mu swoją zabawkę? Po pierwsze brzmiało to żałośnie, a po drugie bawił go fakt, że bengalka bawiła się takimi rzeczami jak jakieś malusie kocię. Ci Wyprostowani naprawdę potrafili zepsuć kota. 
— Nie musisz mi dawać zabawki. Nie wiem czy to pomoże... — Skrzywił się, nie chcąc przyznać przed samym sobą, że to byłaby kolejna hańba, którą w ostatnich dniach przeżył. 
— Poczekaj chwilę — Blanka nic sobie nie zrobiła na to jego biadolenie, po czym skierowała się do jakiegoś pudła. Nie widział za dobrze, bo miał ograniczone pole widzenia, ale zaraz powróciła z czymś zielonym w pysku. Miało oczka i rączki, więc jak nic wzbudziło jego zainteresowanie. — Proszę. Mi zawsze pomaga rozprawić się z nerwami. 
Wziął to coś w pysk niepewny, czy rzeczywiście mógł i był w stanie na nim odreagować. Nie za bardzo wiedział co miał zrobić. Nie chciał w końcu tego popsuć, skoro to była jej ulubiona... zabawka. Pomemlał ją chwilę, po czym wypluł. Nie czuł się zrelaksowany, wręcz bardziej wywołało to w nim spięcie. Od kiedy Blanka pokazała mu, że rządzi w tym domostwie, nie chciał sprawiać jej przykrości. 
— Tak... już lepiej — skłamał.
— Ta, jasne, widzę — mruknęła kotka, wywracając oczami. — Zaraz wracam — westchnęła, po czym wybyła z pudełka jeszcze raz. Tym razem wracając, przyniosła ze sobą niedużego, futrzastego zwierzaka. Ewidentnie martwego, takiego podobnego do fałszywej myszy, ale jednak wyglądającego na inne zwierzę. — Proszę, tego możesz tarmosić czy... ołysawiać ile chcesz.
Wziął pluszaka w pysk. Przypominał w konsystencji mysz, na którą polował. Wbił w niego zęby, gryząc miękki puch. I w sumie... Nawet mu się to spodobało. To uczucie zagłębiania się w watę i możliwość rozprucia wnętrzności napawało go frajdą. Spędził nad tym bardzo długi czas, póki się nie zmęczył, a szczęka nie rozbolała. Już chyba rozumiał co było takiego wspaniałego w tych zabawkach. 
Ziewnął, zerkając na towarzyszkę, przypominając sobie o jej wczorajszej obietnicy. 
— Blanka... Mogę się przytulić? 
— Właściwie... — zamruczała przeciągle. — "Proszę" byłoby miło usłyszeć. — Uśmiechnęła się szerzej.
Westchnął. No nieźle. Już go uczyła tutaj manier. Oczywiście był w takim stanie, że chętnie spełnił jej prośbę, aby chociaż przez chwilę nacieszyć się jej bliższym towarzystwem. 
 — Proszę? — spróbował jak najlepiej umiał wypowiedzieć to słowo. Na ulicy bowiem się nie prosiło, a brało. A jak nie umiało się zawalczyć o swoje to umierało w jakimś rynsztoku. 
Blanka zamruczała zwycięsko, po czym zbliżyła się do niego i wtuliła nosek w jego futro na szyi. W tym momencie był najszczęśliwszym kotem na ziemi. 

28 października 2023

Od Wypłosza

 Obudził się w lepszym humorze niż na początku. Blanka leżała tuż obok niego i nie potrafił się nacieszyć z jej towarzystwa. Pudło, w którym spali było wygodne i do szczęścia brakowało mu już tylko zdjęcia tego kołnierza z głowy. Niestety... Wciąż tkwił na swoim miejscu, a on nieważne jak bardzo się starał, nie mógł nic na to poradzić. 
Nagle kocica zastrzygła uszami i wyjęła główkę z pudełka. 
— Słoneczko nas woła — oznajmiła. 
Naprawdę szybko zareagowała, co go zirytowało. Nie cierpiał tego typa, a fakt, że pieszczoszka była już gotowa, aby wyjść i skierować się w stronę tego osobnika, nie pocieszał. 
— Niby po co? — miauknął, krzywiąc pysk i kierując wzrok na wyjście z bezpiecznego schronienia. — I skąd wiesz, że na pewno nas? On jest dziwny... Może woła do ptaków? — liczył, że tak było. 
Nie chciał mieć z nim nic do czynienia! Już mu starczy, że go upokorzył, dając zabawkę niczym dla kociaka, zamiast prawdziwą mysz, którą mógłby zjeść. Nie wspominając, że Blanka lubiła go bardziej niż powinna. 
— Dlaczego miałby wołać do- — Spojrzała na niego zdziwiona, po czym pokręciła głową. — No chodź, wiesz, że nic ci nie zrobi. Sam widziałeś. Może przyniósł nowe zabawki — zamiauczała z entuzjazmem, wychodząc.
Nowe zabawki?! Podziękuję! Nic od niego nie chciał. Nie był kociakiem! Oszukał go podle, więc nie zamierzał znów dać się nabrać. Blanka jednak ruszyła, aby to sprawdzić. Nie wierzył, że przestanie się łasić do Wyprostowanego. Musiał mieć na nią oko, dlatego też skierował się za nią, opierając się zaraz o jej bark. Nie chciał tam iść, ani się zbliżać, lecz zrobił to dla jej dobra. 
Bengalka zaprowadziła go niedaleko Dwunoga, który trzymał coś w ręce. Schował ją jednak szybko za siebie i podszedł troszkę bliżej, rzucając Wypłoszowi smakołyka, co go wielce zaskoczyło. 
No i znowu to robił! On naprawdę był nienormalny! Rzucał jedzeniem, a mało co pojmował. Mysi móżdżek. Takie to wielkie a głupie. I znalazłby jeszcze wiele obraźliwych określeń, które chętnie by wypowiedział, lecz widząc łakome spojrzenie swojej towarzyszki, prychnął na niego pod nosem i zabrał kulkę, by Blanka jej nie zjadła i nie odstawiła kolejnego przedstawienia. A wierzył, że była do tego zdolna. 
Korzystając z tego, że był zajęty przełykaniem, Słoneczko zbliżył się, ręką sięgając w stronę jego kołnierza. Cofnął się od razu, ale nagle zrozumiał, że może chcę zdjąć to ustrojstwo z jego szyi. Pokazał łapą na ten obiekt, próbując je zdjąć, by ten zrozumiał, że to ma zniknąć. Jeżeli tak się stanie, nareszcie będzie wolny! 
Wyprostowany znów postąpił krok i nachylił się. Zaczął grzebać coś u nasady tego ustrojstwa, na co zamarł. To było... straszne uczucie. Te jego lepkie, bezwłose palce, które zagłębiały się w jego sierści, były niczym z koszmaru. Zaczął drżeć i znów dostał ataku paniki. Bał się, że może zaciśnie tą obręcz bardziej i umrze. Zamknął oko, kuląc się, by jakoś to przeżyć. Taka była cena, pozbycia się kołnierza. Musiał jakoś wytrzymać. Musiał. 
Kiedy łapa potwora zniknęła, otworzył oko, nadal wyczuwając, że na szyi coś jest. 
— CO ZA IDIOTA! — syknął widząc, że nadal był zniewolony. — Mówiłem byś to ściągnął! Co ty tam grzebałeś tak długo, co?
Blanka podeszła, by się przyjrzeć, co takiego Dwunóg wymyślił, gdy nagle i ona została pochwycona. Czekała w przeciwieństwie do kocura grzecznie, aż ten skończy robić cokolwiek robił. Na jej pyszczku widniał za to rozbawiony wściekłością Wypłosza uśmieszek. 
Ha, ha! Bardzo śmieszne! Typ jak nic z niego drwił! Napuszył się z irytacji, obserwując co jej robił. Nakładał też kołnierz? Oby nie. Nie chciał się z nią zderzać. Cenił sobie to, że mógł jako tako zbliżać się do bengalki. Gdyby i jej ograniczyli widoczność, mógłby sobie pomarzyć o wspólnym śnie. 
— No i z czego tak się cieszysz? — fuknął widząc uśmiech kotki.
Słoneczko skończył, pogłaskał jeszcze pieszczoszkę po łebku, a ta, tak jak obiecała Wypłoszowi, nie poprosiła o więcej. I całe szczęście, bo już mu powieka drgała. Odwróciła się za to w jego stronę, uśmiechając się tylko bardziej.
— Patrz, mamy podobne! — miauknęła, przyglądając się czemuś na jego szyi.
Nie wiedział o co jej chodzi. Spojrzał na to coś co dostała od Słoneczka i zaśmiał się drwiąco. Potwór nałożył jej obrożę! Nie potrafił się powstrzymać od drwiącego tonu. 
— No, no. Tamtą zgubiłaś i sprawili ci nową. Teraz prawdziwy z ciebie pieszczoch. I jak podobne? O czym ty mówisz? — Skierował wzrok tam gdzie ona, lecz nic nie widział, bo pole widzenia miał ograniczone przez to badziewie, które wciąż nie potrafiło się od niego odczepić. 
— Uważałabym ze stwierdzeniem "prawdziwy pieszczoch". Oprócz kołnierza masz jeszcze obróżkę, mój drogi — zamruczała rozbawiona.
— CO?! — zapowietrzył się. Szok bowiem to nie wszystko co poczuł. Przeważała tam wściekłość, żal, a nawet rozgoryczenie, że ten znów go oszukał. Drań spieszczoszkował go?! No chyba go porąbało. Nie mógł mu tego zrobić, nie mógł! Najeżył się cały. — Niemożliwe! Ja nie jestem przecież pieszczochem! Mówiłaś, że nie zostanę! — fuknął oskarżycielsko. — Zdejmij mi to! 
Czemu świat go tak nienawidził?! Co podkusiło tego mysiego bobka do uznania go za swoją własność?! Przecież był dzikim kotem! Nie zamierzał tu zostawać! Gdy tylko mu zrośnie się łapa, ucieknie i tyle z niego będzie! A nie mógł ponownie dać się przyłapać na tym, że miał na szyi oznakę hańby! Jego koledzy nie dadzą mu żyć! Wszyscy będą go wyśmiewać! Ta wizja była tak bardzo realna, że nie potrafił jej znieść. 
— Hej! Nie ja ci ją założyłam! Nie wiem, jak ją ściągnąć... — Jak nic pewnie kłamała, chcąc trochę pocieszyć się widokiem Wypłosza-pieszczocha. Bardzo zabawne! On za to czuł się okropnie! Już po raz kolejny Wyprostowany udowodnił mu, że nie należało mu ufać! 
Położył po sobie uszy, zaczynając kopać łapą obroże na szyi. Rzeczywiście czuł coś tam jeszcze prócz kołnierza. Okręcało się dookoła. Wypełniła go prawdziwa żałość. 
— Ja nie chcę! Jestem samotnikiem! Prawdziwym! Nie chcę żyć jak księżniczka! — syknął zły. —Głupi Wyprostowany!
— Nie będziesz żyć jak księżniczka przez głupią obrożę! — westchnęła kotka, wywracając oczami — Przecież to nic strasznego. Jak ją ponosisz trochę, to pozwolę ci się przytulić do mnie blisko podczas spania
Przestał kopać obiekt swej udręki i spojrzał na Blankę. Wzrok przeniósł na jej obroże. Coś nim telepało wiedząc, że ma to samo na szyi. Jednak... jej propozycja kusiła. I tak musiał tu żyć, póki łapa się nie zrośnie, a raczej nikt nie zauważy go na dzielni, bo był w dużym pudle, więc wstyd oszczędzony. A możliwość przytulenia się do futra kotki, była takim luksusem, że uznał, że warto jakoś to wszystko przeboleć.  
— Dobra... Ale nie myśl sobie nie wiadomo co! — nadal siedział najeżony. Do tego idioty Słoneczka nie podejdzie już nigdy! Kto wie co znów mu strzeli do łba? Nie znał w końcu tych potworów. To wszystko było dla niego obcym światem, który starał się dla swojego bezpieczeństwa pojąć. I najwyraźniej pojmował źle, ponieważ dawał się przekonywać bengalce do postępowania wbrew własnemu sumieniu i co? I jedyne co dostawał to kopa w tyłek! 
— Oj nie dąsaj się tak. Nie jest aż taka zła.
— Jest. To oznaka hańby. Gdyby się dowiedzieli ci z zewnątrz, byłbym skończony. Śmialiby się ze mnie — fuczał niepocieszony. — Na serio nie rozumie co się do niego mówi. Idiota — prychnął.
— Nie idiota, tylko inny gatunek. Nic dziwnego, że cię nie rozumie.
— Ale jasno pokazywałem łapą! Mógłby się domyślić. — nagle uderzyło w niego jak grom z jasnego nieba — Blanka... czy... z tą obrożą mam to świecidełko? Co pieszczochy mają? Tam oni dają imię. Mam inne imię?! — spanikował — Nie chcę być jakimś Puszkiem!
Ta świadomość mroziła. Bo skoro Wyprostowany uznał go za część swojego stada, to jak nic musiał wymyślić mu imię. Pieszczochy miały je takie głupie i tępe, że obawiał się, co takiego ten podlotek sowy tam zawarł. 
Kotka przyjrzała się obróżce swojego kompana. 
— Świecidełko jest. I coś ma tam pobazgrane, ale nie wiem co. Nie umiem czytać — poinformowała go.
Sapnął aż, gdy jego przypuszczenia się sprawdziły. Czyli jednak! Został bardziej spieszczoszkowany! Nie wierzył... Blanka nie wiedziała co tam było napisane, więc do końca życia będzie żył ze świadomością, że został Puszkiem. Nagle coś mignęło. Odwrócił łeb na Słoneczko z dziwnym pudłem w łapie. A on u licha co znowu robił?! Mało mu napsuł krwi?! 
— Co to? Co on tak błyska? Umiera? — zapytał z nutką radości jak i nadziei w głosie. Liczył na to, że to były ostatnie chwile życia tego dużego stworzenia. Może przejadł się tymi kulkami, które ciągle mu rzucał albo właśnie dostawał ataku drgawek! 
— Nie, nie umiera — miauknęła Blanka z rozbawionym tonem — Czasem na mnie też tak błyska, a potem Słoneczko śmieje się albo uśmiecha do tego pudełka. Taka rozrywka. 
Jego radość szybko się skończyła. Czyli to było normalne? Niech to! A już liczył na to, że zniknie z ich życia i to piekło się skończy. 
— Phhh... głupek z niego. Niech mi powie jak mnie nazwał! Nie chcę być Puszkiem! Wiem! Trzeba mu pokazać gdzie jego miejsce. Ugryzę go — to powiedziawszy położył się na ziemi i tylną łapą odepchnął, by zbliżyć się do dziadygi, aby rzeczywiście spełnić swoje zamiary. 
— Nie! Ani mi się waż go gryźć! — Blanka zagrodziła pełzaczowi drogę. — Bo ja ugryzę ciebie! — zagroziła. — Oni pomagają ci tylko... z dodatkami! Rób jak chcesz, ale zostałeś ostrzeżony. 
Słoneczko tym czasem, niczego nie świadomy, zaczął potrząsać saszetką z jedzeniem i wołać Wypłosza cały czas jednym słowem, co wzbudziło jego zainteresowanie. Oho! Czyli jednak chce dostać lanie! Inaczej by tak gorliwie się nie dopominał. Może był masochistą? Widząc jednak co miał w łapie sapnął tylko. On chyba oszalał! Znowu jeść?! Nie widział tyle jedzenia nigdy w życiu! Naprawdę nie miał pojęcia skąd on to wszystko brał, ale to powoli robiło się nie tyle co męczące, a nierealne. 
— Co on mówi? — zapytał się Blanki, jeszcze zastanawiając się, gdzie go powinien użreć. Nie zrezygnował ze swojego celu, nawet po groźbach pieszczoszki. Według niego ten typ zasłużył na karę. 
Kotka wsłuchała się w dźwięki, jakie wydawał Dwunóg. 
— Zaczyna się na L... — myślała na głos, przekrzywiając głowę — Cały czas powtarza to samo. Może to twoje imię według niego? Mnie też wołali w ten sposób aż się nie nauczyłam.
— Mam imię na L?! Dobrze, że nie Puszek, ale i tak mi się to nie podoba! — syknął, próbując zrozumieć co Wyprostowany mówi. — Dobra Blanka. Pomóż mi go rozszyfrować to go nie pobije.
— Nie chciałbyś mieć na imię Puszek? — zamruczała rozbawiona — Wiesz co, może jednak mówi Puszek...
— Ej! Mówiłaś przed chwilą, że zaczyna się na L! To nie to samo! — oburzył się. —  I nie. Nie chciałbym, bo to lamerskie imię pieszczocha. Co drugi to Puszek, Okruszek i inne bzdety.
— Oj żartuje sobie tylko. Daj mi chwilkę to ci powiem. I idź do niego, ucieszy się jak przyjdziesz — starała się go namówić do tego okropnego czynu.  
I po co? Co zyska tym, że ugnie się pod naporem i się zbliży? Absolutnie nic! Albo gorzej! Zostanie jeszcze bardziej zhańbiony! 
— Jak niedawno podszedłem to spieszczoszkował mnie, kto wie co zrobi teraz. — Zjeżył się — Nie chce być kotką po Obcinaczu! Niech wypcha się tym jedzeniem. Jadłem raz na kilka dni, nie czuje potrzeby, by go lizać po łapach.
— Nie będziesz kotką po Obcinaczu! — Bengalka wydawała się załamana jego myślami. — Mnie co jakiś czas tam brali, a nadal wszystko mam, nie tak jak moja poprzednia sąsiadka. Tobie by też nic nie ucięli — prychnęła — Nie musisz jeść, wystarczy, że podejdziesz.
I to miało go pocieszyć? Zawsze w każdej chwili mógł zmienić zdanie. A świadomość tego, że sąsiadka kotki została tak brutalnie potraktowana, wcale nie pomagała. Przypominało mu to tylko o tym, że teraz jego życie leżało w tej bezwłosej istocie. Bo co mógłby zrobić w swoim stanie? Absolutnie nic! 
— Ale nie lubię go. Jak podejdę to będzie szczęśliwy. Wole jak ryczy — miauknął chociaż nigdy nie widział smutnego Wyprostowanego, a szkoda. To byłby naprawdę miły dla oka widok. 
Blanka westchnęła, wciąż nasłuchując co mówi Dwunóg.
— Wydaje mi się, że woła na ciebie coś w stylu Luki? Liki? Lucky? Któreś z tych...
— Okropne! Brzmi pieszczoszkowo! — Skrzywił się. — Niech ogarnie się i mówi jak do samotnika! Jestem Wypłosz przez W! — warknął, ale wiedział, że raczej to nie wyjdzie, bo Wyprostowany to debil
— Zawsze mogło być Mruczek — prychnęła.
Aż zamarł, gdy tylko to usłyszał. 
— O nie! To jeszcze gorsze! Wracajmy do pudła. Zignorujmy go, zaraz się zmęczy i da nam spokój — postanowił. 
Nie zamierzał się mu poddawać. Blanka była głupia jeżeli sądziła, że sprawi, aby zmienił o nim swoje zdanie. Na ten moment Słoneczko wypadał w jego oku źle. Nie miał w sobie nic co by sprawiło, aby z własnej woli spełnił jego prośbę i zareagował na to imię.
— Akurat Mruczek by ci pasowało — stwierdziła kąśliwie, podchodząc do Dwunoga, co od razu wywołało jego irytacje jak i gniew. 
— Ej! Nie podchodź do niego! — Starał się ją zatrzymał, lecz jedyne co zaliczył to upadek na pysk. Przeklął pod nosem, czołgając się za kotką w złości, by ją powstrzymać przed mizianiem się z Wyprostowanym. 
Widząc jak kocur powoli do niego pełznie, tak jak zapowiadała Blanka, Słoneczko uśmiechnął się. Wyciągnął łapę i pogłaskał burego, gdy ten znalazł się w miejscu gdzie mógł się do niego dostać. Na osty i ciernie! Gniew w nim wzrósł, zwłaszcza, że usłyszał jak Blanka podśmiechiwała się z jego marudzenia. Zasyczał na Wyprostowanego, dziabiąc go w palec. Tak jak obiecał ugryzł go, by nie pchał tak się z tymi czułościami do niego. Nadal za nim nie przepadał, mimo że był idiotą, który nie stanowił zagrożenia. Był tylko tu z powodu Blanki.
Słoneczko szybko zabrał rękę, a widząc krwawiący palec, Blanka zasyczała na Wypłosza.
— Mówiłam nie gryź, bo ja cię pogryzę — fuknęła na niego.
— To gryź — zasyczał na nią. — Nie jestem pieszczochem, jestem dziki i nie zamierzam dawać mu się dotykać!
— Głupek — syknęła, odprowadzając go od Słoneczka, który wstał obmyć palec. 
Wrócili do pudła i tak jak obiecała, użarła go delikatnie w ucho, co bardziej przypominało pociągnięcie aniżeli ugryzienie. Nie chciała go zranić, co go rozbawiło. Widać było, że gryzła jak księżniczka. 

26 września 2023

Od Wypłosza

Słoneczko nie poddawał się w próbowaniu nakarmienia kocura z ręki, jednak ta zaczęła go powoli boleć. Do drugiej ręki wziął jeszcze jeden kawałek mięsa i zawołał Blanke, która szybko podeszła i wzięła swoją porcję.
— To nie trucizna — rzuciła do Wypłosza, widząc jak stoi bezczynnie.
Szok wciąż go trzymał, bo nie potrafił zrozumieć, dlaczego Wyprostowany był... głupi. Zamiast go zabić, zakopać w swoim ogródku, to raz po raz kusił go jedzeniem. To było bardzo podejrzane i jeżeli sądził, że w taki sposób starci życie to naprawdę natrafił na jakiś okaz dziwaka. 
Widząc jak Blanka zjada z ręki smakołyk szlak go trafił. O nie. Znów zacznie się do niego przymilać! Nie mógł na to pozwolić! Syknął na Wyprostowanego, zabierając kolejną porcję, którą kusił kocicę, popychając przy tym Blankę na bok, by ta powstrzymała się od wzięcia kolejnego kęsa. 
— Przecież dostałeś swoje! Nic ci nie zabrałam — prychnęła niezadowolona, kładąc po sobie uszy.
O nie! Nie zamierzał jej pozwolić na kolejne przymilanie się do tego typa! To było oburzające! 
Blanka widząc, jak kocur ją cały czas odpycha od Wyprostowanego, po prostu przebiegła na drugi bok, po czym wskoczyła Słoneczku na ramiona, na co ten zamiast ją zrzucić, uśmiechnął się i podrapał pod brodą. Kotka zamruczała i wystawiła język Wypłoszowi. 
Spnął z irytacji, że ta się opierała i wręcz nachalnie rzuciła na Wyprostowanego. Zjeżył sierść, gdy ten znów ją dotykał.
— Złaź z niego, ale już! — syknął w jej stronę. — Natychmiast!
— Niby czemu, co? — prychnęła, próbując przekonać Wypłosza do gadania. 
— BO TAK, ZŁAŹ  — nie dawał za wygraną, bardziej się denerwując. — Jak to nie twój partner, to zrobisz to. Obrzydliwie się zachowujesz. Jakbyś chciała się z nim łajdaczyć! — fuknął.
Pieszczoszka otworzyła pysk z oburzenia. 
— WYPLUJ TO! To nie prawda. I nie jest moim partnerem. To Wyprostowany! — fuknęła, strosząc się. Słoneczko widząc wściekłego Wypłosza i kątem oka napuszoną Blankę, sam zdjął kotkę z ramion, czując się nieco zagrożony atakiem burego kota. Pogłaskał jeszcze ją i powiedział coś z "dobry" do Wypłosza i pozbierawszy swoje rzeczy poszedł do kuchni. 
Blanka obrzuciła poddenerwowanym spojrzeniem burego, kładąc po sobie uszy.
— Wyprostowany, a się łasisz jak do gołąbka! Nawet na niego wskoczyłaś dla uwagi, żałosne. Ale wie, gdzie jego miejsce, bo odrzucił twoje zaloty — stwierdził z niemałym zadowoleniem, że taki duży bydlak uciekł przed jego gniewem. Tak. Tak właśnie powinno być. Niech wie, że należy trzymać się z dala od bengalki! 
— Słucham?! — prychnęła — To nie były zaloty! Nie wiesz, jak wyglądają zaloty! Jesteś... jesteś niemożliwy! — syczała zła, machając gniewnie ogonem — Wyprostowani nie mogą być partnerami! Nic, a nic się nie znasz na zalotach, Dwunogach i Pieszczochach, więc nie mów głupot, bo tylko się pogrążasz — prychnęła — I nie mam nikogo, a na pewno nie tego Dwunoga!
— Fakt, nie znam się na pieszczochach i Wyprostowanych, ale swoje widzę. I nie podoba mi się to — fuknął.
Dla niego te istoty nie zasługiwały na atencję, a Blanka co robiła? Właśnie tuliła się i przymilała do tego stwora jak jakiś... no pieszczoch! A on czuł tylko rosnący gniew, że ten mysi móżdżek, który nie potrafił go raz a porządnie zabić, dostawał tyle uwagi od bengalki. To było niesprawiedliwe! Kocica do niego nie chciała się łasić, a do Słoneczka to leciała już pierwsza. 
— Jesteś po prostu zazdrosny! Przyznaj się! — w końcu wypaliła. 
Położył po sobie uszy, ponieważ udało jej się uderzyć w sedno. Tak... Był zazdrosny. Cholernie zazdrosny, przez co jeszcze bardziej nie cierpiał Bezwłosego i życzył mu najboleśniejszej śmierci. 
— Może tak, a co? Dopiero teraz to zauważyłaś? — prychnął pod nosem.
Nie zamierzał się jej tłumaczyć. 
— Jesteś niemożliwy... żadne może! Jak mi powiesz, że jesteś zazdrosny i dlatego nie mam się tyle łasić do dwunoga to może przestanę.
Całkiem interesująca propozycja. Jednak... czy Blanka naprawdę przestanie się tak do niego przymilać? Śmiał wątpić. Zawsze jednak miał głupią nadzieję i teraz także zaufał kotce w tej kwestii. Praktycznie musiał wysilić się, aby wypowiedzieć słowa, do których ciężko było się przyznać. W końcu... On? Zazdrosny o Wyprostowanego? To było aż śmieszne i niedorzeczne, ale tak rzeczywiście było. 
— Dobra. Jestem zazdrosny, zadowolona? — fuknął.
— To wcale nie było ładne przyznanie się. To było zwykłe przyznanie się... — mruknęła, wywracając oczami. — Masz przeprosić i powiedzieć, że jest ci głupio za swoje brzydkie zachowanie, po czym wytłumaczyć, że nie chcesz żebym się tak dawała głaskać. Tyle powinno wystarczyć na pierwszy raz. — Blanka usiadła i owinęła łapy ogonem. — No dalej, czekam. Chyba, że wymiękasz. 
Skrzywił się. Naprawdę? Brzmiało to jak coś co robią pieszczoszki. Na ulicy mówiło się prosto, bez ozdobników. Rzucało się krótkie przepraszam, a nie miauczało litanie o przebaczenie. Za takie darcie pyska zwykle dostawało się po łbie. 
Westchnął, ponieważ nie miał wyboru. Kocica mu nie odpuści. Zacznie jeszcze specjalnie przebywać w obecności Słoneczka, karząc go za tą jego dumę. 
— Nie chcę byś dawała się głaskać Wyprostowanemu — miauknął, tak jak chciała. — I? Zadowolona?
— I?
Skrzywił pysk. Co i? Jakie i? To było dla niej za mało? Przecież poniżył się dostatecznie! To jej powinno być głupio, że robiła takie halo odnośnie Wyprostowanego. 
— Jestem zazdrosny. Głupio mi, bardzo, bardzo głupio, już wyglądam jak głupek z kolorową łapą i tym czymś na szyi, więc mi głupio, że mówiłem o nim i o tobie te straszne słowa. 
— Ujdzie. I co, takie trudne to było?
Tak. Właśnie było. Miał już powoli dość. Blanka rządziła się w tym miejscu jak pani i władca, ale co się dziwić, skoro to był jej teren i znała zachowania tych istot lepiej od niego. Podziw jednak co do jej postawy na zawsze zniknął, gdy sprzedała się za smakołyki Słoneczku. Nie potrafił jej tego wybaczyć. 

25 września 2023

Od Wypłosza

Słoneczko podszedł do drzewka, co zaalarmowało kocura siedzącego w środku. Dwunożny nie wydawał się agresywny czy też przestraszony. Wyciągnął coś z kieszeni, a następnie rzucił parę smakołyków niedaleko pudełka, mając nadzieję oswoić ze sobą zdziczałego kota. 
Wypłosz spojrzał na smakołyki. Sierść mu się zjeżyła, ale też odczuwał szok, że typ znów dawał mu pokarm. Przecież już jadł. A teraz to? Ile w takim razie Blanka jadła jednego dnia? To było wręcz niemożliwe. Aż nieco zazdrościł, że on walczył o jeden posiłek na cały dzień, a tu opływali w jedzenie. Nie chcąc by Blanka pomyślała, że to dla niej i nie chcąc widzieć, jak ta znów mizdrzy się do Słoneczka, wystawił łeb i zjadł te dziwne kulki. Nie odda mu jej. Kotka była jego! To on ją kochał! To on zasługiwał na jej uwagę! 
Kiedy przełknął ostatni kęs czując się niczym wygrany, nagle dojrzał mysz. Szok to mało powiedziane co poczuł, gdy ta znalazła się w zasięgu jego wzroku. No bo jak?! Tutaj?! To było aż niemożliwe! Stworzenie uciekło, ale dziwnie krążyło przy pudle. Była chora? A może wywabiły ją smakołyki? Tak na pewno to było to. Ślinka napłynęła mu do pyska. One były w końcu takie pyszne. Obserwował ją uważnie, a gdy znalazła się niedaleko, wyskoczył z pudła, łapiąc ją w pysk. Niemożliwe... upolował! Pierwszy raz w życiu! 
Słoneczko zaśmiał się ciepło, widząc kota który upolował zabawkową mysz. Blanka prychnęła cicho, mimo wszystko zdziwiona, że tak łatwo z nim poszło. Wyprostowany pociągnął jeszcze parę razy linką, żeby bawić się dalej z kotem, który uważał w tym momencie zabawkę za prawdziwą, żywą istotę. 
Wypłosz czuł jak mysz chciała mu uciec z pyska, ale nie dawał za wygraną i ciągnął ją w kierunku pudła. Dziwił się jaką miała siłę. Prawie mu się wymknęła, ale mocniej wbił w nią zęby. Niestety, nagle ta mu się wyrwała i poleciała do Wyprostowanego. Poczuł złość. Jak ona mogła! Przecież... już powinna nie żyć! Chciał ją tylko zjeść. Obserwował ją zły, czając się, by znów zaatakować i tym razem ją ubić raz na zawsze.
Blanka zachichotała, widząc tą zabawę. Słoneczko za to znowu zarzucił myszą ku pudełku, jeżdżąc sznurkiem z lewej do prawej, co powodowało w kocurze irytację. Ta mysz sobie z niego drwiła! Wróciła i kręciła się tu ponownie. Rzucił się na nią, przygniatając łapami i łapiąc w zęby. Teraz nie pozwoli jej uciec.
— Zdychaj no — wysyczał trzymając ją w pysku.
Słoneczko z rozbawieniem obserwował polującego Wypłosza. Poluźnił nieco linkę, by kocur myślał, że mysz umarła, po czym napiął znowu, gdy próbował wciągnąć ją do pudełka. 
Miał szok, gdy jego posiłek zmartwychwstał i znów mu nawiał. Przecież gryzł dobrze! Powinna nie być zdolna do tego! Nawet czuł, że padła. Co to miało znaczyć? Znów uciekła, a on tam stał z rozdziawionym pyskiem, coraz bardziej zirytowany. 
— Jak?! Co to za nienormalna mysz?! — miauknął. Na dodatek zauważył, że Wyprostowany się z niego śmiał! Co za hańba! Nie podobało mu się to. Chciał zetrzeć mu ten uśmiech z pyska swoimi pazurami! 
Nagle dojrzał jak mysz wróciła. Podle. Wróciła. Zaatakował, a jak. Ubije drania tak, że zacznie błagać go o śmierć! Gryzł mysz mocno i boleśnie, szarpiąc łbem na boki. Teraz już na pewno zdechła. Jak nie to się załamie! 
Słoneczko pociągnął za linkę, żeby nie dać Wypłoszowi tak łatwo za wygraną, gdy nagle, sznurek pękł. Wyprostowany, gdy to ogarnął, mruknął coś pod nosem i ostrożnie podszedł do Wypłosza, próbując zabrać mu z pyszczka zabawkę. Ten jednak widząc te dziwne podchody, zjeżył sierść i wślizgnął się z powrotem do pudła, trzymając swoją zdobycz. Nie odda mu! Jak taki mądry to niech sam sobie złapie! Napracował się by ją upolować! Jeszcze mu się śmiała w pysk! Stracił aż wiarę w to, że był kotem. Bo co to za kot, co nie umiał upolować zwierzyny? Ah, tak. To był właśnie ktoś taki jak on. 
Wyprostowany cofnął się i usiadł, wciąż obserwując i nasłuchując odgłosy z pudełka. 
Widząc, że Słoneczko dał mu spokój, mógł zjeść swoją zdobycz. Już ciekła mu ślinka. Zaczął gryźć mysz, próbując oderwać mięso i wyczuć ten cudowny smak. Jednak... zamiast tego poczuł coś innego. Zaczął kaszleć, wypluwając białe coś i resztki tej dziwnej myszy, charcząc.
Słoneczko uderzył się ręka o twarz, by zaraz szybko włożyć dłoń do pudła i zabrać resztki myszy. Blanka za to słysząc charczącego Wypłosza zeskoczyła na dół i posłała mu zdziwione spojrzenie. Wypluł wszystko, nawet nie rejestrując jak ciało tej dziwnej myszy znika. Obślinił cały kołnierz, oblizując pysk i natrafiając na zdziwione spojrzenie Blanki.
— No co?
— Serio? Chciałeś to zjeść? — westchnęła, wywracając oczami. 
— A nie powinienem? To była mysz... ale jakaś... dziwna. Nigdy takiej nie jadłem — miauknął, nie wiedząc o co się jej rozchodzi. 
— To nie była prawdziwa mysz, Wypłosz. To zabawka, którą Dwunóg chciał się z tobą pobawić. I nie pachniała dziwnie dla ciebie?
— Zabawka? — zmarszczył czoło. — Coś jak szyszka, którą bawi się kociak? Czyli tym była ta mysz? Taką oszukaną szyszką? W tym miejscu wszystko pachnie dziwnie, więc się nie zdziwiłem, że to też tak pachnie — wybronił się. — Czyli... on mnie oszukał? — zacisnął pysk zły. — Drań! 
Wygłupił się przed Blanką i tym potworem! Sądził, że naprawdę miał do czynienia z żywą myszą, a okazało się, że to była tylko jego brudna zagrywka, mająca na celu zbłaźnienie go przed kotką. Jak nic to była wojna! Nie pozwoli, aby taki czyścioszek dobierał się do jego partnerki! I na dodatek podkopywał jego dobry wizerunek u bengalki! 
— Tak, coś jak taka szyszka. I tak, dałeś się oszukać. Ale żaden drań! Chciał się tylko z tobą pobawić — Blanka stanęła w obronie Wyprostowanego, co zakuło go w serce. 
Dlaczego to mówiła? Przecież ten typ był okropny! Nie widziała tego? 
— Zrobił mi smaka na mysz! Myślałem, że udało mi się pierwszy raz w życiu jakąś złapać. A to było oszustwo. — Położył po sobie uszy — Więc drań! Powiedz mu, że się nie bawię jak jakieś kocię. Byłem pewny, że to prawdziwe, bo się ruszało.
— Już ci mówiłam, że... — westchnęła, przypominając sobie, że do kocura niekoniecznie dociera ta informacja — Nie ważne. Obśliniłeś sobie cały kołnierz — zauważyła.
— Bo musiałem wypluć tą mysz, która... — zauważył, że zniknęła. Zaczął się rozglądać. Gdyby nie to, że Blanka o niej mówiła, uznałby że zwariował. — Nie ma jej...
Zaraz oszaleje. Co z tą piszczką było nie tak?! Była jakaś nawiedzona? 
— Dwunóg ja zabrał, żebyś się nią nie udusił — tłumaczyła mu prawie jak kociakowi. 
Zacisnął pysk bardziej, czując jak znów został przez tą wronią strawę oszukany. 
— Przepraszam bardzo, że nie zauważyłem tego. Jakbyś nie zauważyła mam jedno oko i nie widzę nic po tamtej stronie — fuknął, waląc łbem o pudło, bo Wyprostowany podwędził mu upolowaną zabawkę jak nowicjuszowi. 
— I co robisz? Upolujesz sobie nową, jeśli taki jesteś zły na to — fuknęła. 
— Nie mogę się gryźć przez ten kołnierz, to wale łbem, masz jakiś problem? Nie? Cudnie. Nie będę na nic polował, jestem w tym do niczego jak zauważyłaś, skoro nie potrafię rozpoznać prawdziwej zwierzyny od sztucznej. Uroki bycia życiowym kaleką, który nigdy nie polował — warknął, wysuwając się z pudła i stając oko w oko z Wyprostowanym. — Jesteś żałosny! Tak ty! Nie boję się ciebie kupo lisiego łajna! Możesz mnie pociąć na kawałki jak chcesz! — syczał na Wyprostowanego, który wpatrywał się w niego zdziwiony.
— Wypłosz, wiesz, że to nie tak, nie chciałam — zaczęła, jednak widziała, że kocur jej już nie słucha, bo teraz cała jego uwaga skupiła się na jednym. Na wrogu. 
Ku jego większej i stale rosnącej irytacji Słoneczko nic sobie nie zrobił z jego bluzgów. Wziął coś białego do łapy, a następnie zbliżył to do niego, a strach go obleciał. Zacisnął oko, kuląc się i czekał na śmierć. Ta jednak nie nadeszła. Bezwłosy przetarł szybko kołnierz z jego śliny, po czym wyjął z kieszeni smakołyka i podsunął go kocurowi na swojej dłoni. Uchylił oko i zobaczył na tej bezwłosej kończynie znów kulkę. Otworzył zdumiony pysk. Co za... głupi Wyprostowany! Miał go zabić, a nie dawać jedzenie! Stał tam zamurowany, nie wiedząc jak się zachować. Z tym potworem ewidentnie było coś nie tak. 

02 września 2023

Od Wypłosza

Gdy tylko wyszli, za drzwiami już było widać Słoneczko. Skarbie za to gdzieś zniknęła. Dwunożny stał w kuchni, otwierając coś. Znajomy dźwięk dobiegł do uszu kotki, na co ta podniosła ogon i uszy. 
— Słoneczko da nam jedzenie. Patrz! Nawet dostaniesz własną miskę — zamiauczała, widząc, jak Wyprostowany wyjmuje dwa naczynia.
Jedzenie brzmiało dobrze. Czuł jak brzuch boleśnie dopomina się o pokarm głośnym burczeniem. Nie chciał jednak przebywać w jednym miejscu co Wyprostowany, więc przed wejściem do kuchni usiadł, chowając się za framugą, by jak najszybciej uciec, gdyby ten skierował w jego stronę kroki. 
Blanka za to podeszła blisko, na powitanie ocierając się o łydki Dwunoga. Ten za to posłał jej uśmiech, po czym odłożył miskę, głaszcząc jeszcze kotkę po łebku. Widząc czającego się Wypłosza, położył miskę trochę dalej, nie zbliżając się do burego.
Blanka naprawdę była nienormalna, by dotykać tego... stwora. I to z taką chęcią! Zauważył jednak, że Wyprostowany szanuje jego prywatność i nie napastuje jak ta cała Skarbie. Zrobił niepewne czołgnięcie w stronę miski, jeżąc sierść, by pokazać mu, że mimo braku łap, potrafił gryźć. Cały czas bacznie go obserwował, podczołgując się do naczynia, a następnie powąchał jedzenie. Pachniało inaczej niż pokarm z kosza. Nawet nie przypominało myszy. Spróbował kawałków mięsa, które... były pyszne. Zaczął jeść ze smakiem, wylizując miskę z każdego, drobnego kawałka. 
Słoneczko odsunął się od miski Wypłosza jeszcze bardziej, dając mu spokojnie zjeść. Pogładził Blankę za uchem, na co ta zamruczała głośno, obserwując pochłoniętego jedzeniem Wypłosza, który po posiłku oblizał pyszczek, a następnie spojrzał na Blankę, która dawała się dotykać temu... czemuś. 
— Wracamy? — zapytał się jej z nutą zazdrości, nie spuszczając wzroku z Wyprostowanego. Co on sobie myślał? Przecież Blanka była jego! Jego! 
— Już, za chwilkę — odmiauknęła mu, dając się jeszcze chwilę głaskać. W pewnym momencie Słoneczko zaczął miziać ją pod brodą, na co Blanka uśmiechnęła się i zaraz przeturlała na grzbiet, dając się pogłaskać po piersi i kawałku brzucha. Kocur mordował wzrokiem i ją i Wyprostowanego, nie dając wiary tym dziwą. Widząc co wyczynia bengalka, aż sapnął z szoku. Pokazała mu najczulszy punkt! Prosiła się tylko o kłopoty. To cud, że jeszcze żyła. Pieszczoszka polizała Słoneczko jeszcze po ręce i stanąwszy na wszystkich łapach, wróciła do Wypłosza. 
— Idziemy — zamruczała. 
Spuścił po sobie uszy, prychając. Nie chciał jej pomocy. Nie po tym co widział. Wiedział jednak, że nie dałby rady dotrzeć z powrotem, bez oparcia się o jej bok, więc zrobił to dość niechętnie. 
— Widzę, że dobrze się z nim bawiłaś.
— I co się tak dąsasz? To mój Dwunożny, lubię jak mnie głaszczę. To miłe.
— Dałaś mu brzuch! Na ulicy byś leżała już trupem. I co to były za czułości? To twój partner? — prychnął.
— Ale to nie ulica! Nie ugryzł mnie, nie połamał, nic nie zrobił. Bo to Dwunóg! Słoneczko nic by mi nigdy nie zrobił. I nie! Oczywiście, że to nie mój partner. Dlaczego miałbyś tak myśleć? — fuknęła, kładąc po sobie uszy. Również je po sobie położył. 
— Bo go polizałaś i... nieważne. Przy mnie nie jesteś taka chętna na czułości — zauważył z nutą zazdrości w głosie. 
— Może gdybyś nie straszył mnie zrobieniem mi kociaków i cały czas nie napierał na chęć takiej zabawy ze mną może bym się bardziej otworzyła na czułości — dodała cicho, w postaci mruknięć pod nosem. Zaraz jednak prychnęła i dodała trochę głośniej. — A co, zazdrościsz? Też byś chciał, żebym się turlała przed tobą?
Odwrócił łeb w jej stronę, powodując że uderzył ją w nos kołnierzem. Przeklął na to ustrojstwo, czując pewną satysfakcję, że Blanka dostała za takie słowa nieświadomie po pysku.
— Chodźmy szybciej do pudła — zmienił temat, by nie odpowiadać na to pytanie.
— Teraz zmieniasz temat? Sam zacząłeś! — wytknęła mu, mimo wszystko jednak zgodnie z jego życzeniem przyspieszyła delikatnie kroku, żeby nie miał powodu do marudzenia.
Nie odpowiedział jej i na to. Dotarłszy do pudła, wsunął się do niego, odwracając do niej grzbietem.
— Oh, więc teraz się obrazisz? Świetnie... — prychnęła kotka. — No dobrze... jak tak, będę na górze. Zawołaj, jak będziesz coś chciał — burknęła, po czym wskoczyła na półkę wyżej. 
Spuścił po sobie uszy, burcząc coś pod nosem. Czuł się zazdrosny, ale przecież jej tego nie powie! Co sobie by pomyślała? Że konkurował o nią z Wyprostowanym? W jego głowie również okropnie to brzmiało. Dlatego też musiał znieść jej chwilowy foch. Odwrócił się z powrotem w stronę wyjścia z pudła, obserwując życie tych dziwacznych istot z oddali. 

31 sierpnia 2023

Od Wypłosza

Obudziło go parcie na pęcherz. Rozejrzał się po otoczeniu. Było jasno, ale nie widział słońca, więc ciężko było rzecz jaka była pora. Blanka jednak nadal spała. Wygramolił się z pudła, po czym czołgając się dotarł na dziwną trawę. Była turkusowa. Nadawała się jednak idealnie do zrzucenia balastu z pęcherza. Kiedy skończył załatwiać swoją potrzebę, zaczął żmudną wędrówkę z powrotem. Nie wiadomo gdzie czaili się Wyprostowani, a wolał ich nie spotykać dla swojego i ich dobra.
Stękając wgramolił się z powrotem do pudła, układając się wygodnie na miękkim kamieniu, przebudzając przy tym wszystkim bengalke. 
— Gdzie byłeś? — mruknęła w pół snie, uchylając jedno ślepie.
— Musiałem siku — westchnął. — Macie tu dziwną trawę... Pierwszy raz taki odcień widziałem na oczy.
— A, dobra — ziewnęła, jednak dopiero po chwili zaczęła rozumieć, o co kocurowi chodziło. — O nie Wypłosz... nie mów, że załatwiłeś się na zewnątrz pudła. W tym pomieszczeniu — jęknęła, otwierając drugie oko.
— No a gdzie miałem? W pudle? Nie bądź śmieszna. Nie sikam tam gdzie śpię. Jeszcze mam siły na czołganie się poza miękki kamień — prychnął, przymykając oko.
Aż taki niepełnosprawny to nie był. Zresztą... Co tak się tym przejęła? Na ulicy to było normalne zachowanie, a na podwórko nie mógł przecież wyjść, bo nie miał pojęcia, w którą stronę to miejsce się znajdowało. Kiedy był tak bardzo uziemiony, nie mógł szybko przemieszczać się po terenie, więc tutejszy świat wydawał mu się naprawdę zbyt duży, aby samotnie go zwiedzać. 
Blanka pokręciła głową, próbując się jak najszybciej pozbyć resztek snu. 
— Słuchaj, Dwunodzy będą rano wściekli. Więc lepiej ich unikać na jakiś czas... — poinformowała go.
— Czemu wściekli? Poranek to ich jakaś pora agresji? — zdziwił się, bo o tym nie wiedział. Czyli dobrze robił, że zawsze starał się ich unikać. A teraz, gdy słyszał napięcie w głosie pieszczoszki czuł, że stres tylko wzrasta. Byli tu... Czaili się na niego. Już wrócili... Chyba wolał ten moment, gdy całe Gniazdo było ciche i puste, pozbawione swoich lokatorów. 
— Nie, chodzi o tą trawę, na którą nasikałeś. Bardzo tego nie lubią — wyjaśniła. 
— He? To gdzie miałem sikać? Zawsze robiłem to na trawie lub pod krzakiem. — Strzepnął niezadowolony uchem. Czyścioszkowie się znaleźli. Umyli go i teraz dowiadywał się, że nie można było nic niszczyć, a także załatwiać się, bo będą źli. Z nimi było po prostu coś nie tak! Powinni go zabić już dawno, a dalej oddychał. 
— Jest jedno miejsce gdzie można. Obok kuchni jest takie śliskie pomieszczenie. Tam jest kuweta. Z niej się korzysta jak chce się załatwić — zdradziła mu Blanka, ale raczej było za późno na naukę co gdzie było i jak się z tego korzystało. 
— Nawet jak mi powiedziałaś, to nie wiem co to kuweta, a po drugie nie dotarłbym tam bez twojej pomocy. Zresztą spałaś — fuknął. Przecież nie będzie budził kocicy tylko dlatego, że mu się zachciało. To było okropnie żenujące. I tak miało wyglądać jego życie? Bycie zdanym na łaskę Wyprostowanych i Blanki? No chyba nie. 
— No wiem, wiem... następnym razem mnie obudź jak znowu ci się zachce — powiedziała. 
— Postaram się. — Przewrócił oczami. — Że też los mnie wkopał w takie bagno — westchnął. — Mam nadzieję, że nie wyciągną mnie z pudła. Będę się bronił.
Na samą myśl poczuł jak jego całe ciało się spina. Najpewniej według słów Blanki rozzłościł już te istoty i mógł liczyć na dość długą i bolesną śmierć. Teraz przydałoby się uciec na to podwórko i wcielić w życie swój plan. 
— Możesz się postarać wyglądać najsmutniej jak umiesz. Wtedy ci odpuszczą — rzuciła jeszcze i odwróciła się tyłem do kocura, kładąc się z powrotem do snu.
Prychnął. Najsmutniej? Nie będzie ryczał przed nimi. Prędzej pogryzie i podrapie. Co jak co, ale go porwali. Nie jest im nic dłużny. Zwinął się bardziej w kulkę, ale nie mógł już zasnąć. W skupieniu nasłuchiwał czy nadchodzą. Trwał w napięciu dość długo, póki nie usłyszał głosów. O nie. Szli tu! Panika zaczęła coraz bardziej wyzwalać w nim dreszcze. 
— Blanka. — Kopnął ją, wybudzając. — Blanka, oni tu idą — zaczął piskliwie. — Ratuj.
— Spokojnie, pokrzyczą trochę i odpuszczą sobie — zapewniła go, ale to nie sprawiło, że odetchnął z ulgą. Był przerażony. 
Dojrzał pierwszy alarmujący sygnał, który informował, że nie byli już sami. Długie, patykowate łapy Wyprostowanych. Jak tylko Skarbie zobaczyła obsikany dywan, zaczęła krzyczeć na Słoneczko. Ten uspokajał swoją partnerkę, a gdy ta się trochę ogarnęła, zwinął dywan i gdzież wyniósł. Skarbie w tym czasie zaczęła głośnym krokiem chodzić po domu, szukając kotów. Gdy tylko zauważyła, że siedzą w pudle, wzięła kuchenną rękawicę i włożyła łapę do środka, próbując wyciągnąć chociaż jednego z nich. Blanka wiedząc, że jej właścicielka szuka Wypłosza, wepchnęła się przed niego i gdy poczuła na sobie chwyt Wyprostowanej, zaparła się nogami, żeby jeszcze dopowiedzieć coś kocurowi.
— To nie boli. Jak cię wyciągnie, wyglądaj jakby było ci przykro to cię odstawi do drzewka i zostawi w spokoju — tyle zdążyła powiedzieć, zanim nie została wyjęta. 
Blanka uśmiechnęła się do Skarbie i zamruczała cicho, na co Dwunożna najwidoczniej zawiedziona chwyceniem złego kota po prostu ją odstawiła i sięgnęła ręką po Wypłosza.
Co takiego?! Nie zamierzał dać się jej chwycić, ani przepraszać za coś co musiał zrobić, bo inaczej zlałby się na Blankę! Widząc tą łapę, nurkującą do niego, wycofał się jak najdalej mógł, sycząc i prychając na rękawicę. Uderzył ją kilka razy pazurami, by trzymała się z daleka.
— Nie umrę tutaj! — syczał, ciągle odbijając łapę Wyprostowanego. Jednak przeciwnik nic sobie z tego nie robił. Pozostała mu więc ucieczka. Rzucił się do drugiej dziury, która stanowiła wyjście z pułapki i majtając dwoma łapami, starał się nawiać. Było ciężko, ale rozpłaszczył się i wsunął pod jakiś stolik, ratując w porę swoje życie. Chciał pod kanapę, ale oczywiście z tym czymś na głowie nie było to możliwe. Odkrył dzięki temu kolejny cel tego ustrojstwa na swojej szyi. Uniemożliwiał mu ukrycie się w ciasnych przestrzeniach, aby ci łatwiej mogli go złapać! 
Blanka widząc wyczyny Wypłosza, pokręciła tylko głową.
— Rozzłościsz ją bardziej! — rzuciła do niego, próbując jakoś uspokoić Skarbie, łasząc się do jej nóg. Ta jednak ani trochę nie wyglądała na zadowoloną. Znów sięgnęła ręką po burego. 
— Weź ją ode mnie — skomlał, widząc że przeciwnik nie daje za wygraną i znów łapa na niego poluje. Był do granic możliwości przerażony. Przyszło mu walczyć z tym potworem, a Blanka tylko obserwowała mówiąc, że bardziej tym ją rozzłości? No świetnie! Dzięki za pomoc Blanka! — Nie chcę iść na tortury za swoje siki! Blanka! — skomlał, wycofując się dalej od tych łap. 
— Nie pójdziesz na tortury! Nie masz się czego bać, serio! Ona tylko cię podniesie — próbowała mu wytłumaczyć kocica, po czym sama się weszła pod stół, obok Wypłosza. — Widzisz? Mi nic nie jest. Tobie też nic nie zrobi.
Z każdą chwilą trząsł się coraz bardziej i nawet obecność bengalki nie pomagała mu uspokoić swoich nerwów.  
— Bo to nie ty obsikałaś ich trawę! — miauczał przejęty. — Rozpoznali mnie pewnie po zapachu. Już po mnie! 
— Też mi się kiedyś zdarzyło! Ale żyję! Ciebie też nie zabiją za coś takiego — próbowała go uspokoić. 
Łapa zaczęła się zbliżać. Czuł już powiew śmierci na swoim ciele. Zamknął oko, godząc się ze swoim losem. To był koniec. Żegnaj okrutny świecie. 
— Dobra... zrobię to dla ciebie — po czym poczuł uścisk na karku i szarpnięcie, które go wysunęło spod stołu. Drżąc cały, smarkając się gorzej od kocięcia, z załzawionym okiem, wyglądał bardzo żałośnie, mimo tego, że chciał zgrywać twardziela.
Skarbie widząc, że dopadła swój cel, wbiła w niego gniewne spojrzenie, które z czasem zmieniło się w jedynie zezłoszczone, a potem podirytowane. Blanka z jej wypowiedzi zrozumiała tylko "zły", a następnie podążyła za Dwunożną, która włożyła zasmarkanego kota do kuwety, po czym wskazała ją parę razy gniewnie palcem.
— To jest kuweta. Tu możesz się załatwiać — Blanka wytłumaczyła buremu.
Najgorsza rzecz pod słońcem. Znów go trzymano, znów gdzieś niesiono. Zacisnął oko najmocniej jak potrafił, czując jak wpada w histerię. Już nie panował nad swoimi emocjami. To było koszmarne, stres palił mu łapy, wyrywał ostatni oddech, a łzy dość sowicie ciekły mu po pysku. Spuścił po sobie uszy. Był karcony przez Wyprostowanego. Tego chyba nigdy sobie nie wyobrażał. Jednak żył. 
— Dobrze! Niech tylko mnie nie topi — wybłagał, obawiając się, że to zaraz nastanie. 
— Nie będzie cię topiła za nasikanie na dywan — westchnęła Blanka. Skarbie tylko wywróciła oczami i wyszła z łazienki, zostawiając koty same sobie. — Widzisz? Aż tak było źle?
— Tak — powoli zaczął się uspokajać, bo ten potwór zniknął mu z oczu. Ciało całe mu drżało z nerwów, a urwany oddech opuszczał raz po raz jego pysk. Nadal siedział w kuwecie, bojąc się poruszyć choćby łapą. A co jeśli wróci? Wróci i coś mu zrobi? — Nie chcę tam wracać... — załkał, wpatrując się w bengalkę z przerażeniem. 
— Możemy... tu posiedzieć jak chcesz. Aż się uspokoisz. I ona. Słoneczko ją przytuli i już nie będzie zła.
Nie będzie zła? Śmiał wątpić. Pokiwał jednak głową, zgadzając się pozostać w tym miejscu przez jakiś czas. Spędzili tam chwilę, póki nerwy z niego nie zeszły. Nadal jednak był zaniepokojony faktem, że Wyprostowani byli tuż za rogiem. Mogli znów ich zaatakować. Znów wyciągnąć łapy. Musieli działać szybko. Musieli wrócić do pudła i w nim się zabarykadować już na zawsze! 
— Już... już możemy iść — miauknął, opierając się o Blankę, gotując się do szaleńczego biegu ku bezpiecznemu miejscu.  

30 sierpnia 2023

Od Wypłosza

Wyszedł z pudła, opierając się o kotkę. Gdyby nie ona, to nie dałby rady w ogóle ustać pionowo. Zaczęli iść do tej... dziwnej kuchni. Rozglądał się uważnie za Wyprostowanymi, nie chciał ich po drodze spotkać. Właśnie... Wydawało mu się, że było tu jakoś tak... cicho. Za cicho. Nie było ich w Gnieździe? To wyjaśniałoby, że jeszcze ich nie zauważył. 
Kiedy dotarli na miejsce Blanka zostawiła go przy poidełku, a sama wskoczyła na kuchenny blat i wyjrzała szybko przez okno.
— Wyprostowani pojechali gdzieś potworem — zakomunikowała mu, widząc, jak ogródek przed domem stoi pusty. Zeskoczyła na ziemię i pokazała Wypłoszowi swoją miskę — Patrz, płynie. Ostatnio zamienili mi na taką, wcześniej miałam bardziej przypominającą zwykłą kałużę.
Bury usiadł, by się nie wywrócić i spojrzał na ten cudaczny przedmiot, który wyglądał jak rzeka, tyle że kręciła się w kółko. Przyjął dobrze fakt, że Wyprostowanych nie było w najbliższym otoczeniu, wypijając z ulgą wodę. Ahhh... tego potrzebował. Gardło mu zaschło, a teraz było przyjemnie nawilżone.
— Bez nich jest tu nawet znośnie — zauważył. 
W sumie, gdyby Bezwłosi tu nie wracali, to raczej dałby radę wyluzować. 
— Z nimi kręcącymi się po domu też nie jest źle — dodała. — Karmią cię, czasem głaszczą. Nawet się nie narzucają za bardzo.
Ugh. A Blanka znów próbowała mu pokazać, że przesadzał ze swoją oceną tych istot. 
— Niewolnicy od jedzenia to nawet dobrze brzmi, ale głaskanie? Te łapy powinni trzymać przy sobie. Widzisz jak to się skończyło w moim przypadku? Podnieśli mnie i wpakowali do pudła — prychnął, oblizując pysk. — I jakimś cudem pozbyli się mojego smrodu, na który pracowałem całe życie! 
Dalej był o to zły. Nie poznawał swojego ciała, gdy lśniło i pachniało. Było okropne. Mdliło go na sam widok tej czystości. Odebrano mu tak jego jestestwo. Smród w końcu to był cały on. A teraz? Teraz aż go bolało, gdy go nie czuł! 
— Było czuć ile pracowałeś — prychnęła. — Ale za to dostałeś opatrunek i łapka ci się porządnie wyleczy. Będzie sprawna całkowicie! 
Brzmiała tak jakby wierzyła w to co mówiła. Nie wydawała się wcale powątpiewać w możliwości Obcinacza, co go nieco niepokoiło. Bo co jeśli się myli i daje mu złudną nadzieję, że wszystko będzie dobrze? 
— Zobaczymy. Ja to ocenie. Dobra. Możemy wracać do nie drzewa i pudła. — Wstał, opierając się o Blankę. — Nie mogę nadal uwierzyć, że nie chciałaś mnie zabić. Jednak... cieszę się. Bo mogę dłużej cieszyć się twoją obecnością.
— Dlaczego miałabym chcieć cię zabić, idioto? — syknęła. Wydawała się zła, że w ogóle wtedy zaproponował takie wyjście. Na drugą część wypowiedzi jedynie odwróciła wzrok. 
Naprawdę nie wiedziała, dlaczego chciał śmierci z jej łap? Sądził, że jasno jej to wtedy wytłumaczył. 
— By ulżyć mi w powolnym umieraniu z głodu? — prychnął, przecież to był fakt oczywisty. — Przywykłem do widma śmierci. Każdy samotnik musi — westchnął. — Kalectwo przekreśla szansę na wszystko, mało kto potrafi się przystosować. Ja miałem szczęście, bo porwała mnie Bylica i dostawałem od niej jeść. Rzadko się zdarza, by kogoś tak wybrakowanego przyjął gang na utrzymanie.
— Cóż, ja nie biorę na śmierć takiej poprawki. I nie dam ci umrzeć, nawet jakbym musiała cię targać do Obcinacza codziennie — powiedziała, na co się wzdrygnął.
Nie. Nie. Nie zniósłby tego. Wolałby chyba rzucić się pod potwora. Zrobiłby to nawet wtedy, lecz był uziemiony przez brak sprawnych kończyn. Ale wizja tych białych ścian, okropnego, ostrego i duszącego zapachu, a także widok Wyprostowanych, paraliżował. 
— Yh... — Skrzywił się.  Paskudna wizja. Podziękuje. Wracajmy do nie drzewa — zasugerował jej to ponownie, aby tylko zmienić temat i nie zadręczać się już tym wszystkim. 
— Tak, chodźmy — zgodziła się z nim bengalka, po czym zawrócili do salonu. Po chwili ciszy jednak postanowiła rozwiać swoje wątpliwości, żeby nie musieć czuć się dziwnie kładąc się obok kocura.
— Słuchaj, Wypłosz... pamiętasz co mi powiedziałeś, jak jechaliśmy do Obcinacza?
Co to w ogóle za pytanie? Zastanowił się nad tym, ale nie mógł z tej plątaniny myśli i uczuć jakie wtenczas przeżywał, wydobyć z siebie jakichś konkretów. 
— Wiele rzeczy wtedy mówiłem. Nigdy tak bardzo nie panikowałem. Aż się sam zdziwiłem. A co?
Kotka co chwilę na niego zerkała, obserwując jego reakcję. Nie wiedział za bardzo o co jej teraz chodziło. 
— A nieważne. Tak tylko zapytałam z ciekawości — w końcu powiedziała. 
Ciekawość? Eh, machnął tylko na to mentalnie łapą, bo ogona to nie miał. Pokiwał głową, irytując się ponownie na kołnierz, który naśladował jego ruchy.
Kiedy dotarli do pudła od razu tam padł, znów zachwycając się nad miękkością kamienia. Rozwalił się na nim prawie na całej szerokości, korzystając z tej wygody. 
— Blanka... pamiętasz jak bałaś się Bylicy? — wzięło go na wspominki.
Kocica ułożyła się w niewielkiej odległości od kocura. 
— Bałam się to mało powiedziane. Byłam nią przerażona. Nadal jestem. Bałam się, że coś mi zrobi... 
— Prawda. Ja brzydziłem się nią. Była stara, pomarszczona i ciągle mnie lizała — wykrzywił się w grymasie. — Ale lekcje prowadziła ciekawe. Powinnaś ich słuchać. 
— Tak. Może i były ciekawe, ale byłam zbyt zestresowana żeby czegoś się od niej nauczyć. I cały czas ktoś mnie rozpraszał, szepcząc jakiej to kolejnej okropnej rzeczy Bylica mi nie zrobi.
Zaśmiał się na to, bo prawdą było to, że jako dzieciak uwielbiał straszyć pieszczoszkę starszą kocicą. Zaraz rozgadał się na kolejne tematy o Bylicy, życiu na ulicy, gangach, lecz po jakimś czasie stwierdził, że na dzisiaj koniec tych opowieści. Ułożył się wygodniej na kamieniu, po czym natychmiast zasnął.
Biedna Blanka była skołowana jego zachowaniem. Pierwszy raz widziała, aby kocur tak się rozgadał. Czy to była wina Obcinacza? Nadmiernego stresu? Ciężko było to określić. Dwunożni wrócili niedługo po tym, jak bury głęboko spał. Blanka po cichu wyszła z legowiska, by ich powitać miłym miauknięciem. Słoneczko po pogłaskaniu kotki zaczął szukać drugiego kota, jednak widząc, że śpi w legowisku pieszczoszki machnął tylko ręką i odszedł do innej części domu. Kotka w tym czasie wróciła do Wypłosza i ułożyła się w kącie, zamykając oczy.