BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łabędzia Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łabędzia Łapa. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2026

Od Łabądka (Łabędziej Łapy) CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Przed zostaniem uczennicą

Ten komplement bardzo ją ucieszył. W ogóle lubiła komplementy, ale szczególnie te dotyczące jej wysokiego statusu (był wysoki przynajmniej w jej mniemaniu). W ogóle mianowanie na namiestniczkę było dla niej bardzo miłą niespodzianką. Co z tego, że w praktyce do mianowania na wojowniczkę nie dawało jej to niczego oprócz znaczków na pysku? Może Żabia Łapa nie była wcale taka zła? Powstrzymała się od skakania jak jakiś głupi kociak pokroju… Wesołej Łapy… Wyprostowała się tylko jeszcze bardziej i zademonstrowała swój elegancki krok. Uczennicy wąsy zadrżały z rozbawienia. Oburzona Łabądek już miała zrobić scenę, ale wtedy usłyszała głos matki.
– Dzieci, wracajcie do środka, bo jeszcze się przeziębicie!
Posłała tylko pomarańczowookiej wymowne spojrzenie i podreptała do Trzcinowego Szmeru.

***

Na dzisiejszym treningu było okropnie wietrznie. Okropnie w znaczeniu “bardzo” i “tragicznie” jednocześnie. No bo jak miała się skupić na łowieniu ryb, jeżeli grzywka co chwilę zwisała jej przed oczami? Tkwiła w pozycji nad brzegiem jakiegoś strumyka. Obok niej siedział Błękitna Laguna. Kazał jej czekać, a gdy tylko zobaczy cień ryby, zanurzyć łapę w wodzie i bardzo szybko ją wyciągnąć. Niestety wiatr targający jej futrem, oprócz bycia bardzo nieprzyjemnym, okazał się dużą przeszkodą. Przy jednym z mocniejszych podmuchów, grzywka przestała trzymać się w jednym miejscu i opadła jej na oko. Pod wpływem ruchu, sięgnęła łapą do wody. Niestety nic nie wyczuła.
– To nie była ryba – poinformował ją mentor. Miała ochotę prychnąć albo fuknąć, ale na księcia zastępcę nie wypadało. Zaczęła bardziej skupiać się na wodzie, zapamiętując, aby tym razem szukać kształtu ryby, a nie samego ruchu. Niestety to również było utrudnione przez wicher. Przez niego, grzywka raz zasłaniała jej lewe oko, a raz prawe. Nic dobrze nie widziała. Tak się na to zirytowała, że nie zauważyła, kiedy ryba przepłynęła tuż przed jej nosem. Zarejestrowała to dopiero w ostatniej chwili, ale nie była w stanie wyrzucić ryby na brzeg. Zahaczyła ją tylko pazurami, przez co ta zaczęła się miotać pod wodą, barwiąc ją na czerwono swoją krwią. Łabędzia Łapa z piskiem odskoczyła z obrzydzenia. Zastępca schylił się do wody, złapał ranne zwierzę w szczęki, wyrzucił je na brzeg i dobił.
– Poćwiczymy to jeszcze kiedyś – mruknął, podnosząc piszczkę.

***

Kiedy dotarli do obozu, praktycznie od razu pobiegła na brzeg wyspy, żeby przejrzeć się w wodzie i poprawić futro. Wtedy okazało się, że wyglądała tragicznie. Grzywka była potargana, z kryzą to samo, futro szło w kilka różnych stron, a jedna z jej łap nadal była troszkę różowawa od krwi ryby. W tym momencie miała ochotę się rozpłakać. To był najgorszy dzień! Nie dość, że wygłupiła się przed Błękitną Laguną, trening jej się nie udał, to jeszcze wyglądała, jakby ją pies przeżuł i wypluł! Jednak przyszłej namiestniczce nie wypadało płakać. Zamiast tego od razu wzięła się do roboty. Opłukała łapę z krwi, przemyła futro, wygładziła kryzę i naprawiła grzywkę. Zajęło to dużo dłużej, niż według większości kotów układanie futra zajmować powinno. Mimo naprawienia swojego wizerunku nadal była na skraju płaczu. Pewnie pomogłoby jej patrzenie na swoją kolekcję pięknych skarbów… Nie. To by tylko pogorszyło sprawę. Chciałaby wtedy włożyć sobie jakieś piórko w futro, ale wiatr wyrwałby je i poniósł gdzieś daleko tak, żeby przepadło na zawsze. Z tego powodu zdecydowała się po prostu na zjedzenie czegoś. Dzisiaj nawet nie chciała już patrzeć na ryby, dlatego wzięła ze sterty jakąś sierpówkę. Usiadła tuż przy źródełku i rozpoczęła posiłek. Na chwilę jej to pomogło, lecz uderzenie serca później znowu jej humor się zepsuł. Mianowicie do obozu weszła Żabie Oko z Liliową Łapą. Naprawdę ten głupi rybi móżdżek nie mógł wrócić z treningu trochę później?! Musiał akurat wtedy, kiedy próbowała się uspokoić?! Odepchnęła ptaka trochę na bok, wbiła pazury w ziemię i nienawistne spojrzenie w tę dwójkę.

<Żabo?>

[604 słów + łowienie ryb]

Od Łabądka (Łabędziej Łapy) CD. Nura (Nurowej Łapy)

– Chciałam tylko przymierzyć – prychnęła i obrażona wróciła do swojej skrytki ze skarbami. Jak brat nie chciał usłyszeć czegoś dosyć ważnego dla jego reputacji, to nie usłyszy. Jego strata.

***

Dzień mianowania

Dzisiaj był ich wielki dzień! Wreszcie zostaną uczniami! Nie mogła się doczekać. Nie, żeby jakoś bardzo jej się spieszyło do treningów, bo one zupełnie jej nie obchodziły. Przede wszystkim chodziło o awans społeczny i wyrwanie się ze żłobka. Nie będzie musiała już dłużej znosić tego Lilii. W tym akurat się z Nurem zgadzali. Liliowy działał na nerwy obu młodym namiestnikom. Trzcinowy Szmer właśnie układała jej bratu futro, gdy ona sama poprawiała grzywkę i kryzę. Przez wyjście ze żłobka zobaczyła Mandarynkową Gwiazdę wskakującą na jedną z gałęzi wielkiego sumaka. Do kociarni wszedł Żmijowcowa Wić.
– Chodźcie już. Zaraz się zacznie – pośpieszył. Karmicielka puściła Nura i dwójka kociaków wydreptała na zewnątrz. Rodzice poszli za nimi i po chwili rodzina usadowiła się w dobrym miejscu.
– Niech wszystkie koty zdolne polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się pod wielkim sumakiem na zebranie klanu! – rozległo się wezwanie. Reszta Nocniaków powoli zbierała się w obozie, a rozmowy cichły. Łabądek przez cały czas myślała tylko o jednym – kto będzie jej mentorem? Fajnie by było, gdyby to tata ją szkolił, ale podobno to działo się bardzo rzadko. Pan książę Rogaty Flaming miał już uczennicę – Wesołą Łapę. Z tego powodu była okropnie zazdrosna o niebieską. Czemu ta nieumiejąca się zachować kotka dostąpiła takiego zaszczytu? Rzekotka nadal zachowywała się jak kociak! Chciałaby jej to powiedzieć, ale mogłaby tym urazić pana księcia Rogatego Flaminga, dlatego musiała trzymać język za zębami. Z innych fajnych mentorów oczywiście najbardziej chciałaby być szkolona przez samą przywódczynię. Podobno szkoliła mamę, więc może ją też? Niestety było to mało prawdopodobne. Rodzice tłumaczyli jej już jak dużo pracy miał lider i wątpiła, żeby Mandarynkowa Gwiazda znalazła czas na jej trening.
– Zebraliśmy się dzisiaj by przyjąć do grona uczniów dwójkę młodych kotów. Łabądku, Nurze, wystąpcie.
Bez zawahania oba kociaki podniosły się i zaczęły dostojnie kroczyć na środek obozu. Koteczka poczuła jeszcze delikatne muśnięcie ogonem ojca w plecy, które chyba miało dodać jej pewności siebie. Nie potrzebowała tego, bo nie była ani trochę zestresowana, ale doceniała troskę taty. W końcu razem z bratem dotarła na odpowiednie miejsce i popatrzyła w górę na srebrną księżniczkę.
– Nurze, Łabądku, ukończyliście sześć księżyców i nadszedł czas, abyście zostali uczniami. Od tego dnia, aż do otrzymania imion wojowników będziecie nazywać się Nurowa Łapa i Łabędzia Łapa – tu przerwała. – Szałwiowe Serce, Błękitna Laguno, wystąpcie.
Point przecisnął się przez tłum i stanął obok swojego brata, który już wcześniej stał naprzeciwko nich. Łabędziej Łapie aż iskierki zamigotały w oczach. Błękitna Laguna! Zastępca! Może być jej mentorem! Obaj wojownicy byli książętami, ale Szałwiowe Serce nie był czarno-biały, był tylko zwykłym wojownikiem, a do tego słyszała o nim nieciekawe plotki. Przez te kilka uderzeń serca powtarzała w myślach “Tylko nie ten z krzywą szczęką. Tylko nie ten z krzywą szczęką”.
– Błękitna Laguno, Szałwiowe Serce, jesteście gotowi do szkolenia kolejnych uczniów. Otrzymaliście od swoich mentorów, ode mnie i Sumowej Płetwy doskonałe szkolenie i pokazaliście swoje umiejętności, szkoląc uczniów już wcześniej. Błękitna Laguno, będziesz mentorem Łabędziej Łapy, Szałwiowe Serce, ty zajmiesz się szkoleniem Nurowej Łapy. Mam nadzieję, że przekażecie swoim podopiecznym całą swoją wiedzę.
Tak! Udało się! Podeszła do swojego nowego mentora i zetknęła się z nim nosem. Po chwili rozległy się wiwaty. Słyszała koty wykrzykujące nowe imiona zarówno jej, jak i Nura. Tak bardzo miała teraz ochotę pobiec do rodziców i ich przytulić, ale nie mogła. Nie była już kociakiem. Zamiast tego stała prosto, nie odrywając wzroku od pyska mentora. Po chwili koty ucichły, a przywódczyni zakończyła koniec zebrania i powrót do swoich obowiązków.
– Możesz pójść do swoich rodziców i zająć miejsce w legowisku uczniów. Będę czekać przy wyjściu z obozu – miauknął zastępca. Skinęła głową, ukłoniła się i podreptała do rodziców. Nurowa Łapa już tam był.
– Jest i nasza przyszła wielka wojowniczka! – przywitał ją Żmijowcowa Wić. – Jak wrażenia?
Uśmiechnęła się.
– Świetnie! Niestety muszę się trochę spieszyć, mentor już na mnie czeka.
– Na mnie też – dorzucił kremowy.
– W porządku. Przykładajcie się do treningów, ale nie przemęczajcie się i za niedługo będziecie wojownikami. No, dobra, możecie już iść – powiedziała Trzcinowy Szmer. Dwójka nowych uczniów odwróciła się, żeby wybrać swoje miejsce w legowisku uczniów, ale wtedy zielonooka poczuła ogon matki na barku. Odwróciła się do niej z powrotem.
– Dostałaś na mentora zastępcę. To wielki zaszczyt, ale przez to musisz włożyć w trening więcej wysiłku, pamiętaj o tym – miauknęła poważnie. – Ale jakbyś miała z nim jakieś problemy, to powiedz mi. Poradziłam sobie z Mandarynkową Gwiazdą to dam radę jej zastępcy – zażartowała. Łabędzia Łapa skinęła głową i poszła w kierunku legowiska uczniów. Przed wejściem czekało już na nią jedno suche posłanie. Chwyciła je lekko zębami i wciągnęła do środka. W legowisku uczniów było dużo miejsca. Trudno się dziwić. Oprócz nich przebywała tu tylko piątka uczniów. Patrząc po ilości młodych wojowników, można by łatwo wywnioskować, że to legowisko potrafi pomieścić zdecydowanie więcej kotów. Swoje posłanie umieściła w tylnym lewym punkcie legowiska, przy ścianie stykającej się z legowiskiem wojowników. Nie czuła potrzeby zajmowania miejsca obok brata. W końcu mieli już dorosnąć. Szybko wyszła ze swojego nowego legowiska i poszła do żłobka. Na początku bardzo delikatnie zabrała wianek od pana księcia Rogatego Flaminga, a potem całą resztę skarbów: różnokolorowe kamyczki ze ślubu rodziców, piórka, łuski i ususzone kwiatki od taty. Wszystko to ułożyła koło swojego posłania. Najdalej pod ścianą umieściła wianek, żeby przypadkiem go nie zgnieść podczas snu. Nie wciskała niczego pod posłanie. Lubiła przechwalać się swoimi zdobyczami. Nie musiała się też martwić o kradzieże. Wszystko miała przeliczone, a w przypadku takiej tragedii mogła szybko przeszukać i przepytać innych uczniów. Zadowolona z tego, jak wyglądały jej zbiory, wyszła na spotkanie z mentorem. Ten tylko otaksował ją spojrzeniem.
– Ruszamy.

***

Nadal ten sam dzień, po treningu

Kiedy wrócili, słońce już zaczynało zachodzić. Naprawdę nie myślała, że tereny Klanu Nocy były takie wielkie. Teraz już rozumiała sens wysyłania więcej niż jednego patrolu granicznego dziennie. Na Klan Gwiazdy, jak ją bolały łapy! Do tego było tak zimno!
– Dobrze to tyle na dzisiaj. Możesz iść – mentor odprawił ją przy wejściu do obozu. Pomimo zmęczenia wysiliła się na uśmiech i ukłon, po czym skierowała się na skraj obozu. Usiadła na brzegu i odgarnęła łapą śnieg z lodowej tafli. Ku jej zdziwieniu, jej futro wcale nie wyglądało tak źle po tym spacerze. Musiała tylko lekko poprawić grzywkę, żeby jej nie opadała na oko, przygładzić kryzę i przemyć futro na piersi. Po tych drobnych poprawkach wzięła jakąś rybę ze stosu zwierzyny i usiadła, żeby ją zjeść. Zauważyła, że jej brat, który przed chwilą wrócił, również brał coś dla siebie. Nie usiadł przy niej. Popatrzyła tylko na niego przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami, po czym wzruszyła ramionami. Nie musieli wszystkiego robić razem. Po posiłku było już dosyć późno i od razu poszła spać. Położyła się na swoim posłaniu i popatrzyła na swoje skarby z uśmiechem, po czym przekręciła się na plecy i patrząc w sufit legowiska, myślała o swoim pierwszym treningu. Jej chyba ulubionym miejscem na terytorium musiała być plaża. Chociaż nie widziała nigdy kolorowej łąki w czasie kwitnienia kwiatów. Podobno to piękny widok. I o ile takie miejsca jak Zrujnowany Most czy Opuszczone Cmentarzysko nie przypadły jej do gustu, to i tak uważała ten dzień za wybitnie udany. Dostała świetnego mentora i odkryła miejsca, o których nie wiedziała. Brzozowy Zagajnik pełen pni w królewskich barwach, czy wodospad otulony śnieżnym puchem. Nawet nie zauważyła, kiedy zwinęła się w kłębek i odpłynęła do krainy snów.

***

Teraźniejszość

Pora Nagich Drzew nadal trwała, co trochę utrudniało jej trening. Normalnie powinna już umieć przynajmniej podstawy pływania i łowienia ryb, ale przez lód, który skuł wszystkie zbiorniki wodne było to niemożliwe. Dlatego też ciągle uczyła się wchodzenia na drzewa. Jedną łapą puściła pień, żeby wbić pazury w innym miejscu.
– Dobrze, masz bardzo dobry punkt zaczepienia obok twojej lewej przedniej łapy – usłyszała. Szybko zlokalizowała to, o czym mówił zastępca i przeniosła tam łapę. Po kilku podobnych ruchach już siedziała na gałęzi i patrzyła z góry na Błękitną Lagunę.
– To masz już opanowane. Zejdź. Wracamy do obozu. To koniec na dzisiaj.
Posłusznie wykonała polecenie i obok mentora zaczęła kroczyć w stronę obozu. Na treningach zazwyczaj się nie odzywała. Dla kotów, które ją znały, mogłoby to być wielkim zaskoczeniem. Powód był taki, że nie wiedziała jak zwracać się do kocura, a nie chciała popełnić kolejnego błędu tak jak podczas ślubu i rozmowy z panem księciem Rogatym Flamingiem. Do tego zastępca nie wydawał się zbyt chętny na paplaninę z uczennicą, a nie chciała go zirytować. Kiedy weszli do obozu i dostała pozwolenie na odpoczynek, od razu podszedł do niej Żmijowcowa Wić.
– Dzisiaj ma się odbyć ślub Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana. Cała nasza rodzina została zaproszona.
Nie chciała iść na ślub kotki, która broniła koty czekoladowe. Jak by to wyglądało?! Niestety cała rodzina została zaproszona i musiała iść. Przynajmniej nie będzie musiała znosić Liliowej Łapy przez cały wieczór. Ale jeśli on, chociażby tknie wianek od pana księcia Rogatego Flaminga, rozszarpie mu posłanie! Skinęła głową i weszła do legowiska uczniów. Sprawdziła, czy wszystkie jej skarby były na właściwym miejscu. Na szczęście tak było. Wtedy zaczęła się zastanawiać, co ona miała właściwie włożyć? Nie było kwiatów, więc to odpadało, a musiała przecież dobrze wyglądać! Wtedy przyszedł jej pomysł do głowy. Podeszła do Nurowej Łapy, który akurat też przebywał w środku legowiska.
– Cześć, braciszku! – przywitała się, trzepocząc rzęsami. – Pożyczyłbyś mi może jedną ze swoich ozdób z muszli na czas ślubu?
Ten popatrzył na nią podejrzliwie.
– Tylko na czas ślubu? – upewnił się, czym zirytował siostrę. Czemu ciągle patrzył na nią, jakby była czekoladowym kotem o lepkich łapach, który tylko czekał, aż będzie mógł coś ukraść?!
– Tak właśnie powiedziałam – odpowiedziała, z trudem zachowując spokój.

<Bracie?>
[1593 słowa + wspinaczka na drzewa]

[32% + 5%]

10 lipca 2026

Od Łabądka CD. Rogatego Flaminga

Jego tytuł był… trochę przydługi. Ale może to było dziedziczne? Nie jej oceniać. Dlatego po prostu przytaknęła.
– Dobrze, Panie książę Rogaty Flamingu – powiedziała, wyliczając w myślach, czy niczego nie zapomniała. Kocur skinął głową z aprobatą i napuszył się dumnie.
– Dobrze. Będą z ciebie koty – wojownik miauknął i poszedł znaleźć sobie inne towarzystwo. Łabądek po prostu stała tam i z błyszczącymi oczami patrzyła za pointem. On ją lubił!

***

Pojawienie się nowego kociaka w żłobku okropnie jej się nie podobało. I w tym razem z Nurem byli zgodni. Na początku jeszcze była w stanie go tolerować, ale wtedy zaczął przesuwać jej skarby… i prawie dotknął wianka od pana księcia Rogatego Flaminga! Miarka się przebrała. Robiła sceny, popadała w histerie, wyzywała Lilię. A ta wronia strawa za każdym razem przekonywała matkę, że to jej wina! Wchodzi do żłobka, przesuwa rzeczy, kradnie uwagę rodzicielki, a potem to ona była ta zła?! Codziennie miała nadzieję, że wyjdą do kącika zabaw, żeby ten głupi Lilia wszedł do wody, wywalił się na ten swój głupi pysk i był cały w mule. Oh jak ona by go wtedy wyszydziła… Nie miałby życia do mianowania na wojownika. Jednak była z nim jedna rzecz, która oburzała ją bardziej od wszystkich innych. Ta wypluwka kociaka uważała się za syna jej matki i tej głupiej Niezapominajkowej Nadziei! A Trzcinowy Szmer tego nie widziała! To był skandal, który umniejszał jej ojcu, dlatego musiała go jak najszybciej o tym wszystkim poinformować. Dzisiaj matka dla odmiany pozwoliła im wyjść ze żłobka, ale nie mogli iść do kącika zabaw, ani się zbytnio oddalać. Ojca nigdzie nie widziała, dlatego postanowiła podpytać o niego inne koty. Pierwszy natrafił się pan książę Rogaty Flaming. Podeszła do niego i ukłoniła się kulturalnie.
– Dzień dobry, Panie książę Rogaty Flamingu. Mam pytanie. Czy wie pan może, gdzie jest mój tata?

<Panie książę Rogaty Flamingu?>

03 lipca 2026

Od Łabądka CD. Nura

– Braciszku czemu krzyczysz? Przecież nic nie robię! – zaczęła się bronić. Widziała jednak, że Złocisty Widlik już na nich patrzył i za chwilę mama pewnie też się wtrąci w tą sytuację. Przewróciła oczami i odłożyła przedmiot na ziemię. – Trzymaj swój durny kamyk – prychnęła i odeszła od brata. Kiedyś odnajdzie sposób, by położyć łapy na otoczaku.

***

Dzień po ślubie

Kiedy prosiła rodziców o drobiazg z ich prezentów ślubnych, miała nadzieję na coś fajnego, ale nie spodziewała się, że dostanie ich aż tyle! Niebieski kamyk w kształcie głowy kota (pewnie miała być to ona, ale po prostu trudno było uchwycić jej blask), trochę zielonych kamyczków i najlepsze… wianek od pana Rogatego Flaminga! O ile reszta prezentów była co chwilę układana w różne formacje, tak żeby wszystko wyglądało, jak najlepiej, to wianka aż bała się ruszyć. To był jej największy skarb. Był tak cenny, że odezwała się do czekoladowych kotek przebywających w żłobku, by poinformować je o tym, że nie mogą na niego patrzeć. Oczywiście zawsze mogła dostać jeszcze więcej. W końcu zawsze prezenty Nura mogłyby należeć do niej. Chociaż… jej i tak przypadły lepsze. Brat dostał kilka bursztynów (podobno istniała ich cała wyspa, więc nie mogły być tak rzadkie), pomarańczowy kamyk w kształcie zachodu słońca (nawet ładny, ale nie tak wspaniały, jak jej zdobycze) i ozdoby za ucho zrobione z muszli (tego zupełnie nie rozumiała, brat nigdy nie lubił świecidełek, więc czemu ona nie mogła dostać tej biżuterii?). O ile o, chociażby potrzymaniu większości ze skarbów brata nie było szans, postanowiła spróbować namówić go, aby dał jej przymierzyć te ostatnie.
– Cześć, braciszku! Co dostałeś? – zapytała. Tak naprawdę doskonale wiedziała, bo przez pół dnia wlepiała w niego wzrok w celu zdobycia tej informacji. Nur od razu zakrył wszystko łapkami.
– Nie pokażę ci, bo mi zabierzesz!
Zakryła łapką pyszczek w udawanym zaskoczeniu.
– Jak możesz, tak mnie oskarżać?! Chyba powiem o tym mamie i tacie – oznajmiła, odwracając od niego głowę. – No, chyba że… – uśmiechnęła się. – Dasz mi przymierzyć tamtą dekorację. A potem jak będziesz miły, może powiem ci coś, czego dowiedziałam się od pana Rogatego Flaminga… – odwróciła się do brata, nadal szczerząc się jak lis. – To jak będzie?

<Nurze?>

30 czerwca 2026

Od Łabądka do Nura

Ostatnio pogoda robiła się coraz gorsza. Było zimno, wietrznie i padało. Mama zabraniała im wychodzić do kącika zabaw, żeby się nie przeziębili. Może i nie lubiła tego całego chlapania się w wodzie, ale tylko tam mogła znajdować ładne rzeczy do swojej kolekcji. Oczywiście tata przynosił jej dużo rzeczy i była mu za to wdzięczna, ale bardzo się cieszyła z samodzielnych poszukiwań. Do tego tam czasem widywała motyle, których wewnątrz żłobka nigdy nie było. Teraz kiedy musiała przesiadywać wewnątrz, jedyne co mogła robić to podziwianie swojej kolekcji. To właśnie teraz robiła. Zauważyła jednak ostatnio, że jej brat również dostał coś od taty. I to nie byle co! Idealnie okrągły kamyk z rzeki. Nie był błyszczący ani nic w tym stylu, ale jego nieskazitelna symetria w połączeniu z brakiem czegoś podobnego sprawiała, że chciała go mieć. Może jeżeli ładnie poprosi, to Nur jej go odda? Dlatego teraz przejechała kilka razy językiem po futrze na piersi, po czym podeszła do brata. Ten akurat leżał na ziemi z otoczakiem między łapami.
– Dzień dobry, braciszku! – przywitała się, wyszczerzając zęby. – Ładny mamy dziś dzień nieprawdaż? – zadała pytanie retoryczne. Wiadomo było, że dzień nie był ładny. Prawdopodobnie zaraz miało zacząć padać. Nie zmieniało to faktu, że jakoś rozmowę trzeba było zacząć, żeby nie wyszło na to, że interesuje się bratem tylko, kiedy coś od niego chce. I co z tego, że taka była prawda?
– O! A co tam masz pomiędzy łapami? Nigdy czegoś takiego nie widziałam, mogę zobaczyć? – zapytała, trzepocząc rzęsami.

<Nurze? Daj kamienia>

Od Łabądka CD. Trzcinowego Szmeru

Ze żłobka patrzyła, jak mama ustawia wszystkie inne kociaki do pionu. Zakryła pyszczek łapką i zachichotała. Dobrze im tak. Teraz nikt nie będzie jej ochlapywać! Fakt, że mama okrzyczała jej rówieśników za coś zupełnie innego, nie robił żadnej różnicy. Bo co z tego, że lekko podkoloryzowała fakty? Po chwili Trzcinowy Szmer wróciła do żłobka i zaproponowała jej wplecenie kwiatów w futro. Koteczka przeskanowała je wzrokiem i zmarszczyła nosek. Czy one były jakieś ładne? Nieszczególnie. Ale skoro tata je przyniósł… Na pewno były wyjątkowe. Może rosły wyłącznie w jednym tajnym miejscu, które znał tylko on? Na pewno poprosi go, żeby ją tam zaprowadził, jak tylko będzie uczennicą! Skinęła łebkiem i usiadła. Po chwili jej kryza już była udekorowana kwieciem. Wstała i z wysoko podniesionym ogonem i dumnie uniesioną głową wyszła ze żłobka, żeby pokazać się innym kociakom.

***

Była przeszczęśliwa! Właśnie dostała specjalne odznaczenie na pysku namalowane przez samą Mandarynkową Gwiazdę! Może nie był to jej wymarzony królewski lotos, ale nadal! Teraz żadna Żabia Łapa nie będzie mogła konkurować z jej urodą! Bardzo chciała zapytać mamę, o co właściwie z tym wszystkim chodzi. Nie jej wina, że nie mogła się skoncentrować na zebraniu klanu! Niestety mama i tata poszli gdzieś. Pytała Złocistego Widlika, kiedy wrócą, lecz ten odpowiadał jej tylko, że musi być cierpliwa. Fukała wtedy oburzona. Nie będzie jej mówić, co ma robić! Do tego upoważnieni są tylko mama i tata. Siedziała w wejściu do żłobka i przeglądała się w kałuży w oczekiwaniu na powrót Żmijowcowej Wici i Trzcinowego Szmeru.

<Mame?>

20 czerwca 2026

Od Łabądka CD. Żabiej Łapy

Nie wiedziała, co miała zrobić. Niby kotka nazwała ją dzieciakiem… którym nie była! Była przecież dostojną panienką prawie należącą do rodu! …No może nie do końca. Ale potem Żabia Łapa poprawiła się i zaczęła ją komplementować. Chociaż to oczywiście już wiedziała. Słyszała to od taty, mamy, a nawet pani Mandarynkowej Gwiazdy! Zlustrowała okiem kotkę i natrafiła na coś, co ją zaintrygowało. Jak już wcześniej zauważyła, wyglądała łudząco podobnie do pani liderki. Nie zauważyła jednak białej kryzy tak podobnej do jej i taty. Nie podobało jej się to. Przecież to była cecha zarezerwowana tylko dla takich wyjątkowych kotów jak ona! Bez urazy dla Żaby, która może i była jedną z wyżej w hierarchii uczennic w Klanie Nocy ze względu na swoje futro i rodziców, ale Łabądek była definitywnie lepsza! Przede wszystkim jej rodzice byli dużo ważniejsi, no i ona przynajmniej nie wgapiała się w inne koty jak jakaś niewychowana przybłęda! Popatrzyła, więc z obrzydzeniem na kryzę uczennicy.
– Co to jest?
Rozmówczyni zmarszczyła brwi.
– Tak zawsze miałam… Coś nie tak?
Zawsze tak miała? Hah! Jeszcze czego! Może jeszcze ta jej kręcona grzywka też taka była?!
– Nie nic… – miauknęła, po czym zakryła swój pyszczek łapką, jakby tłumiąc śmiech.
– Ty też taką masz – zauważyła pomarańczowooka. – Czemu zwracasz mi na to uwagę?
– …Muszę ci powiedzieć jeden sekret… – powiedziała. Poczekała, aż starsza nachyli się do niej i wyszeptała do jej ucha:
– Wiesz… niektórym to pasuje.

<Żaba?>

19 czerwca 2026

Od Łabądka do Żabiej Łapy

Koteczka powoli zsunęła łapkę z oczu i pomrugała chwilkę, by przystosować się do światła. Wstała i przeciągnęła się po drzemce. Poprawiła grzywkę i kryzę, po czym polizała się po futrze na piersi. Rozejrzała się po kociarni w poszukiwaniu zajęcia. Niestety jedyne, na co natrafiła wzrokiem to ta paskuda – Fląderka. Wzdrygnęła się. Nie chciała się do niej ani trochę zbliżać. Podreptała więc do wyjścia ze żłobka. Pewnie zaraz ktoś zwróciłby jej uwagę, że nie może wychodzić. Ona jednak zatrzymała się i usiadła w wyjściu. Po co miałaby chcieć wychodzić na zewnątrz? Tam było tak gorąco. A w żłobku był miły cień. Planowała poobserwować motyle, ale te chyba też nie miały ochoty latać w takim skwarze. Zauważyła za to coś innego. A konkretnie kogoś. Jedna z nowomianowanych uczennic siedziała i wgapiała się w nią. Niby nic dziwnego. W końcu co chwilę ktoś na nią patrzył, wraz z bratem byli najmłodszymi członkami klanu. Ale on nie był taki piękny jak ona. Tak czy siak, im dłużej Żabia Łapa na nią patrzyła, tym dziwniej się czuła. Chętnie nazwałaby ją paskudą, ale wyglądała zbyt podobnie do przywódczyni klanu, która przecież paskudą nie była. Podniosła jedną łapkę, jakby próbując zdecydować, czy nie powinna zaraz podejść do niej, żeby bronić swojego honoru.

<Żaba?>

14 listopada 2023

Od Ananasika (Łabędziej Łapy)

    Próba spędzenia nocy samemu w lesie napawała go okropnym przerażenie, słyszał historię, co spotkało Jutrzenkę, teraz Zaranną Zjawę i na samą myśl o tym wszystkim obiad podchodził mu do gardła. Nie wiedział, jak ma do tego podejść, czy jak się zachować; tym bardziej że ilekroć prosił ojca o to, by porozmawiał z liderką i dali mu lżejsze zadanie... wracał posiniaczony z kolejnymi zadrapaniami na ciele. Ostatecznie odpuścił sobie, tracąc jakiekolwiek resztki odwagi, jakie w sobie posiadał. Nie chciał, by coś mu się stało, mu oraz jego siostrą. Pewnie, gdyby mama tu była, wszystko wyglądałoby inaczej. Ananas nie mógł uwierzyć, że kotka ich po prostu zostawiła, bo ich nie kochała, tak jak opisywał ojciec. Znał mamusię od urodzenia, ona nie mogła być taka... przecież, po co wtedy śpiewałaby razem z nim o melasowych cukiereczkach?
    Młodzik pociągnął nosem, kryjąc się między korzeniami starej sosny, dźwięki oraz nowe zapachy przytłaczały go. Coś zaskrzeczało, coś zawyło, a mały Ananasik zwinął się w kulkę najmocniej, jak tylko potrafił. Jego jasne futerko było łatwe do wypatrzenia między buro-zieloną leśną scenerią, nawet mimo panującego nocnego mroku.
    Pisnął, słysząc jakiś gardłowy warkot, który brzmiał przerażająco blisko.
    Drgnął, widząc dwa kręci mieniące się w blasku księżyca. Gdy chmury odkryły bladą tarczę, oczom Ananasika ukazał się lis. Przerażony kociak rzucił się desperacko do ucieczki, przeciskając się przez najgorsze zarośla i licząc, że drapieżnik sobie odpuści trud w łapaniu akurat tego posiłku.
    Nic bardziej mylnego, rude stworzenie ruszyło za nim, kłapiąc wściekle zębami i tocząc ślinę z pyska.
    Ananasik usłyszał raz jeszcze przeraźliwe wycie, nim ból przeszył jego ciało.
    Ostre jak brzytwa lisie zęby wbijały się w jego lewą tylną nogę, szarpiąc przy tym, jakby próbował mu ją oderwać. Coś chrupnęło, coś pękło, a krzyk przyszłego ucznia zerwał ptaki do lotu. Kątem oka widział w oddali listowie okalające obóz oraz sylwetkę, aż nazbyt znajomą.
    Ojciec.
    Siedział tam i z niewzruszonym wyrazem pyska obserwował, jak jego jedyny syn był właśnie pożerany przez rude stworzenie.
    Ostatkiem sił podrapał napastnika po nosie, dając sobie chwilę na ucieczkę. Wykorzystując znikome resztki energii, jakie miał w swoim ciele, wpadł do obozu niczym szmaciana lalka wyrzucona przez znudzone dziecko.
    Point spojrzał na niego z obrzydzeniem.
    — Jak zwykle kurwa do niczego — warknął gniewnie, przechodząc obok syna, zupełnie ignorując fakt, iż ten mógł dosłownie chwilę temu zginąć. Przerażony malec zaczął szlochać, wręcz wyć, aż nie obudził połowy obozu, w tym Pierzastą Czerń, który zabrał kociaka do Kuniej Norki, by ta go opatrzyła.
    Przez cały zabieg, jakim było odkażanie ran oraz podawanie ziół, Piórko nie odstępował go na krok, zaś gdy tylko próbował, Ananas zaczynał trząść się niekontrolowanie i histeryzować.
    Wczepił się w czarno-białe futro niczym tonący w koło ratunkowe.
    “Przez długi czas możesz mieć problemy z chodzeniem, Ananasiku”
    Kuna popatrzyła na niego smutno, wzdychając. Kocurek kiwnął głową, chociaż niewiele rozumiał przez szok. Jedyne, co wiedział to to, że czeka go jutro druga próba, którą ku swojemu szczęściu oraz uldze - zdał, choć mało brakowało.
Nie podobało mu się jednak, że ojciec wymusił na liderce zmianę jego imienia. Łabędzia Łapa brzmiało okropnie, wolał ostać przy tym, które mamusia mu nadała...

[511 słów]
[Przyznano 10%]

06 października 2023

Od Ananasika


Poranek w kociarni klanu wilka dla Ananasika był czymś przyjemnym. Ciepły język matki na jego mordce, delikatnie budzący malca z głębokiego snu, był czymś szalenie przyjemnym i kojącym, czego kociak nie potrafił sobie wytłumaczyć ani pojąć. Nie trzeba mu było tego jednak do szczęścia. Wystarczyła tylko mamusia i jej perlisty, pełen miłości uśmiech oraz bystre, niczym woda w potoku, błękitne ślepia.
Kochał ją strasznie.
Dlatego też, gdy Alba starała się obudzić jedynego syna, ten wyciągnął łapki w jej kierunku, łapiąc na nos i chichocząc pociesznie. Jego uśmiech był szeroko od ucha, zaś ślepka, które, na razie były takie same, jak matki, świeciły się w blasku słońca, przepełnione radością, mimo głodu, którego kocięta nie były świadome.
— No już, Ananasiku, nie wolno łapać mamy za nos — zaśmiała się, trącając malca pyszczek, na co ten zmarszczył nosek, nadymając policzki.
— A dlaczego? — przechylił główkę, niemalże zrywając się na cztery łapki, by wspiąć się na tylne nogi i wtulić w policzek Alby.
Kotka parsknęła perlistym śmiechem, zaczynając nucić jego ulubioną piosenkę, o którą tak często ją prosił, że aż siostry miały dosyć.
— Mały ptaszek, mały ptaszek, wleciał przez okienko…
— Mały ptaszek, mały ptaszek, wleciał przez okienko! — pisnął cały podekscytowany, siadając zaraz między łapami rodzicielki, by zatopić się w jej aksamitnie miękkiej sierści.
— Mały ptaszek, mały ptaszek, wleciał przez okienko i znalazł melasowe cukiereczki!
Ananas chichotał za każdym razem przy tym fragmencie. Dla malca było zabawne, że malutki ptaszek wolał dziobać sobie cukiereczki, zamiast ziarenka czy robaczki, jak mamusia mu wielokrotnie opowiadała.
Oczywiście, Alba tłumaczyła mu, co to cukierki, acz kociak nadal nie pojmował konceptu słodkiego kamienia. Nie przeszkadzało mu to jednak, by cieszyć się piosenką, tak dobrze mu znaną dzięki mamie.
— Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku…
Nos Alby znalazł się tuż przy jego policzku, gdy kotka polizała go, pozbywając się resztki kolacji, które zostały od zeszłego wieczora. Z pyszczka pointa uciekł dławiony śmiech. Maluch przewrócił się na pupę, upominając mamę, że przecież miał w tamtym miejscu łaskotki!
A nie wolno go było łaskotać!
Przecież był już taki duży!
— Kto zna ptaszka? — Alba przyciągnęła syna, łaskocząc go po brzuszku. Siostry rudego zajęte były zabawą w trójkę, lecz malcowi to nie przeszkadzało. Nie, póki miał swoją mamusię.
— Ja! Ja mamusiu! — pisnął, podnosząc łapkę. Królowe zamruczała “Ach tak?”, pozwalając malcowi pochwalić się wiedzą. — Sikorka!
— A jak robi sikorka, Ananasiku?
— Sisisisisi! — pisnął, pozwalając matce, by ta ułożyła go w swoich łapach na grzbiecie.
— Sikoreczka, Sikoreczka wleciała przez okienko. Sikoreczka, Sikoreczka wleciała przez okienko. Sikoreczka, Sikoreczka wleciała przez okienko…
— I znalazła melasowe cukiereczki!
Wtórował jej, nie mogą się powstrzymać przez te wszystkie pozytywne emocje. Matka zaśmiała się, przyciągając go jeszcze bliżej, kontynuując piosenkę i robiąc z nim “noski eskimoski”, jak to nazywała. Ananasik pamiętał, jak mamusia opowiadała mu, że robiła tak samo z jego babcią, gdy była mała! Zamknął więc ślepka, pocierając swój mały, różowy nosek o ten większy, należący do mamy.
— Ja! Sójeczka!
— A jak robi sójeczka?
— Sójsójsójsój…!
— Sójeczka, Sójeczka wleciała przez okienko. Sójeczka, Sójeczka wleciała przez okienko. Sójeczka, Sójeczka wleciała przez okienko… I znalazła melasowe cukiereczki! Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku. Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku. Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku…
Trąciła go nosem, zachęcając, by dalej sam kontynuował.
— Kto zna jednego ptaszka? — pisnął, wlepiając wielgachne ślepka w mamę. Ta zaśmiała się, podnosząc łapę.
— Ja, ja znam. Lelka.
— A jak robi Lelek, mamusiu?
Alba przechyliła głowę, wykrzywiając pyszczek w nadal nieznany, dla Ananasa sposób, po czym zaczęła wydawać z siebie praktycznie taki sam dźwięk, jak ptaszki! To dla kociaka była prawdziwa magia, zaś szylkretka była jego prywatną czarodziejką.
— Lelek, Lelek wleciał przez okienko. Lelek, Lelek wleciał przez okienko. Lelek, Lelek wleciał przez okienko… I znalazł melasowe cukiereczki!
Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku. Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku. Przez okienko, przez okienko mój cukiereczku…
Jej głos powoli cichł, gdy ślepka Ananasa powoli opadały, zaś sam kociak przewrócił się na bok, powoli odpływając do krainy, gdzie mógł śnić o sikorkach, sójkach, lelkach i melasowych cukiereczkach…