BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srocza Łapa x Zajęcza Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srocza Łapa x Zajęcza Łapa. Pokaż wszystkie posty

13 września 2023

Od Zajęczej Troski CD. Sroczego Lotu

Pierwszy raz od tamtego zdarzenia zdołała na dłużej zasnąć. Nie zbudziła się z powodu wspomnień wciśniętych w najgorszy koszmar czy też pesymistycznych myśli, że niechciana ciąża wiązała się z bolesnym porodem, a w późniejszym czasie opieką nad zgrają kociąt. Po porodzie była na tyle zmęczona, ale i przepełniona ulgą po wyzbyciu się z siebie tego ciężaru, że od razu padła.
Teraz jednak jej zlepione od niewyspania ślepia, ledwo co rozpoznawały malujące się przed nią kształty. Czwórka piszczących istot znajdowała się w pobliżu. Jedno z nich zdołała od siebie odsunąć tylną łapą. Jedyne co, to przykryła je z lekka ogonem, bo jakby padło za szybko z zimna, mogłoby to być podejrzane. Uznała je za najsłabsze z całego miotu, nie chciała nawet próbować się przekonywać do opieki nad nim. To był kocur. Czekoladowy. Przypominał jej kogoś.
Był paskudny jak jej ojciec.
— Ja... — Głos utknął jej w gardle. Zapomniała już, jak to jest z nią rozmawiać. Jak to jest w ogóle przebywać w jej towarzystwie. Była przytłoczona. Tyle dni przemilczała, a jeszcze wcześniej nie raczył jej o czymkolwiek powiedzieć. Nie mogła po prostu. Wydawało jej się, że nie tylko ją tym zraniła, ale i siebie samą. — Nie wiem. Chyba wolę chwilę poczekać, aż zaczną cokolwiek robić, ruszać się. Może wtedy mnie olśni — wypaliła, spuszczając wzrok na przednie łapy. Nie zasługiwała w tym momencie na to, by móc podziwiać oblicze Sroki.
Była piękna. Jak zawsze. Futro w olśniewająco biało-czarnych barwach. Zielone, przecudowne ślepia, w które Zając mogłaby wpatrywać się całą wieczność.
W tym momencie wyglądała przy niej jak jedna, wielka porażka. Ociekała zmęczeniem, miała potarganą sierść, posklejaną wciąż gdzieniegdzie od potu. Nie czuła się ani trochę dobrze ze sobą.
— To... Niegłupie. — Tylko tyle jej powiedziała. Zamilkła, a liliowa kątem oka spoglądała na nią rozpaczliwe. Tak bardzo chciała, by ta do niej mówiła. Jej głos był rozkoszą dla jej uszu. Potrzebowała jej teraz, jak nigdy dotąd. — Nie będę cię dłużej męczyć. Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko u... — urwała, jakby wahała się nad sensem swoich słów — czy wszystko tu w porządku — dokończyła, choć Zając miała wrażenie, że co innego chciała jej powiedzieć.
— Nie męczysz mnie — odparła niemalże natychmiastowo. — Bardzo mnie cieszy... twoje towarzystwo — wypaliła, przełykając zaraz to głośno ślinę. Śpiąca w kącie Źródlany Dzwonek nie pomagała jej pozbierać myśli. Jej obecność ją rozpraszała, nie chciała w razie co jej zbudzić i sprawić, by usłyszała za dużo. — Ja... Ja nie... — wyjąkała, nie potrafiąc pozbierać się w garść. Przeróżne myśli mieszały jej się ze sobą, nie pozwalając się jakkolwiek skupić. — Ja... Chciałabym ci to wszystko wyjaśnić. Jednak nie tutaj. Nie teraz. Nie jestem gotowa. — Prawie że załkała. — Ja... Daj mi czas. Proszę, pozwól mi ze sobą porozmawiać za księżyc, może dwa. Gdy kocięta będą starsze i będę mogła je tu na chwilę zostawić i gdy ja... Gdy ja będę wiedziała, co chcę ci powiedzieć — wybełkotała.
Sroka wydawała się zaskoczona, a jednocześnie jej pysk doskonale skrywał wszelkie emocje. Niemrawo pokiwała głową, zbierając się do wyjścia. Zając tak bardzo chciała na moment zbliżyć się do niej i znów zatopić pysk w jej krótkim futrze, jak to robiła zza czasów, gdy obie spały w legowisku wojowników, a ich posłania leżały blisko siebie.
— D-dobrze — odparła arlekinka, choć zdawała się również zmieszana. — Będę... Będę czekać.
Liliowa przełknęła po raz kolejny ślinę, siląc się na słaby uśmiech. Dopiero gdy został jej odwzajemniony, a Sroka wyszła, mogła pozwolić sobie na cichą rozpacz.

***

Gryzła się w język za każdym razem, gdy próbowała przygotować sobie sensownie brzmiące wyjaśnienie dla Sroki. Nastał dzień, w którym poczuła, że jest gotowa powiedzieć jej wszystko. Zawalczyć o ich znajomość i sprowadzić tę relację na dawne, właściwe tory.
Kocięta dorosły na tyle, by mogła je zostawić. Nie szukała z początku nikogo, kto mógłby je przypilnować, ale Pszczela Duma sama w końcu znalazła się w żłóbku, ku jej ogromnemu zdziwieniu i bez problemu podjęła się zajęcia maluchami.
Zając wychodziła już nie raz z kociarni, ale teraz, gdy chłodny wiatr obejmował jej wychudzone ciało, traciła całą pewność siebie. Czuła się niezwykle mała wobec świata i słaba przy reszcie klanu. Wyczekiwała dnia, gdy jej potomstwo przyjmie role uczniów, a ona powróci do wojowniczych zajęć.
Nienawidziła wzroku innych. Spoglądali na nią z zaciekawieniem. Z pewnością spora część chciała wiedzieć, co się wydarzyło, że kotka, otwarcie krytykująca samców, skończyła z brzuchem. Im jednak nie zamierzała się tłumaczyć.
Tylko Sroczy Lot zasługiwała na wyjaśnienia.
Nie mogła jej znaleźć w obozie, więc dopytała Cedr o przyjaciółkę. Ona jako jedna z nielicznych wydawała się mieć gdzieś całą sytuację i z uprzejmością udzieliła jej odpowiedzi. Zastępczyni była na patrolu, więc liliowa zasiadła na uboczu, oczekując jej powrotu.
Pora Nagich Drzew była wyjątkowo sroga. Marzła, ale nie zamierzała kryć się po kątach. Chciała mieć to z głowy. Nie mogła przegapić momentu, w którym łapy czarnej przekroczą próg obozu.
W końcu nadeszło to, co nieuniknione. Zaraz to za kotką zjawiła się dwójka uczennic. Zajęcza Troska z żalem spoglądała na Piankę, której treningu nie zdążyła dokończyć. Gdyby tylko miała czas i nic złego by jej nie spotkało, doprowadziłaby liliową na sam szczyt. Na szczęście pod okiem arlekinki na pewno dobrze się rozwinęła.
Vanka czekała cierpliwie z boku, aż Sroka sama pochwyci jej wzrok. Zielone ślepia przepełnione były zaskoczeniem. W końcu ich właścicielka zbliżyła się do niej, najwyraźniej rozumiejąc wszystko bez słów.
— Wyszłaś ze żłóbka — zauważyła.
— Tak. Chciałabym z tobą porozmawiać. A raczej prosić cię o wysłuchaniu. Nie musisz nic mówić — zapewniła. — Chcę po prostu, żebyś wiedziała.
W odpowiedzi skinęła jej głową. Zając chciała oddalić się choć trochę od obozu i choć przepłynięcie od niego na ląd po drugiej stronie kosztowało ją sporo wysiłku, szczególnie po takim czasie uwięzienia w kociarni, udało jej się to. Oddech miała ciężki i nierówny, ale uparcie parła do przodu, byleby nikt nie był w stanie ich usłyszeć.
— Pewnie jesteś zmęczona — rzuciła pierwsze, co przyszło jej do głowy, byleby jakkolwiek zacząć tę rozmowę. — Postaram się nie zabrać ci dużo czasu. Zasługujesz jednak, żeby wiedzieć. A ja wiem, że to wszystko zostanie między nami — westchnęła, zamykając powieki. Oczy ją szczypały, a gardło na nowo zaczęło piec. Jakby jakiś mały stworek zamieszkał tam i drapał ją od środka w najmniej dogodnych momentach. — Słyszałam już dużo plotek na mój temat. Że poszłam w krzaki z pierwszym lepszym samotnikiem i mnie zostawił, że ojcem jest ktoś od nas, albo w ogóle jakiś gość z innego klanu — mruknęła. Łapy się pod nią uginały, przez co musiała wbić pazury w mokrą ziemię, aby złapać równowagę. — To stało się podczas ostatniej Pory Nagich Drzew. Byłam na patrolu z... sama już nie pamiętam kim, chyba Przyczajony Drozdoń i... oh, to nie jest zresztą teraz ważne. Chciałam koniecznie sprawdzić Brzozowy Zagajnik, bo tyle razy pałętały się tam jakieś przybłędy, że musiałam się upewnić, czy jest bezpiecznie. Tamtym dupy marzły, to chciały zawrócić, więc polazłam sama. Potem... Nawet go nie zauważyłam. Był biały, wtapiał się w tło. Miał obrzydliwie zielone ślepia i tylko dlatego go w ogóle dostrzegłam — wymamrotała, starając się ani na moment nie zawiesić. Jak raz przestanie, to na pewno nie da rady dalej mówić. — Kiedyś już go spotkałam, jak byłam uczennicą. Chciał mnie wtedy zabić, ale towarzyszył mi akurat Bażancie Futro i go przegonił. On... On pamiętał mnie, a ja pamiętałam go — wykrztusiła, choć głos coraz bardziej jej się łamał. — Byłam już zmęczona po tym patrolu, było mi straszliwie zimno i ja... Ja nawet nie miałam sił. Powiedział, że odwdzięczy mi się za blizny, które zostały mu po tamtym razie. Sądziłam, że umrę, ale on... On... — Próbowała uspokoić oddech. Serce biło jej tak szybko, że czuła się, jakby zaraz miało wyskoczyć z jej piersi. — Myślę, że możesz się już tego domyślić. Minął może księżyc, a ja zaczęłam czuć się tragicznie i wtedy Strzyżykowy Promień przekazała mi, że to ciąża. Nie mogłam wam o tym powiedzieć. To było takie upokarzające i niejasne, nie chciałam, by ktokolwiek wiedział. Myślałam, że... że może coś się do tego czasu stanie i to zniknie. Starałam się jak najmniej jeść, żeby nie doszło w ogóle do narodzin — mamrotała, a ucisk w klatce piersiowej coraz bardziej narastał. — Zrozumiem, że po tym wszystkim możesz nie chcieć mnie znać. Przemilczałam to, bo jest mi za mnie okropnie wstyd, że nie dałam rady się obronić. Źle mi było was unikać, a potem i ty.... I ty nie przychodziłaś do mnie. Jest mi z tym paskudnie, naprawdę. Nie chciałam popsuć naszej relacji. Byłaś mi zawsze bliska i nawet jeśli teraz zechcesz zakończyć naszą znajomość, wiedz, że dalej jesteś dla mnie najwspanialszą kotką, jaką tylko mogłam spotkać w swoim życiu — oświadczyła, czując coś mokrego na policzkach. Nie padało z nieba, za to z kącików jej oczu ciekły drobne łzy.
Zdawało jej się, że mogłaby powiedzieć coś więcej. Takie dwa słowa, które jednak nie potrafiły przejść jej przez gardło. Nie, gdy Sroka znała prawdę.

<Sroczko?>

16 sierpnia 2023

Od Sroczego Lotu CD. Zajęczej Troski

wiele księżyców temu
– Myślałam nad okolicami zrujnowanego mostu – rzuciła w odpowiedzi kotka. – O tej porze powinno tam być spokojnie i nikt nam nie będzie przeszkadzał. – uzasadniła.
Na pysku towarzyszki przez moment dało się dostrzec zdziwienie. Jej powieki uniosły się, a źrenice zwężyły w zaskoczeniu, jednak wyraz ten zniknął razem z potrząśnięciem głowy kotki. Sroczy Lot zastanawiała się, czy powiedziała coś niestosownego, ale zanim zdążyła o cokolwiek zapytać, odezwała się Zajęcza Troska:
– Jasne. Chodźmy, nie ma co zwlekać. – palnęła vanka, której koniuszek ogona drgał niecierpliwie.
Czarno-biała zmrużyła oczy, ruszając ramię w ramię z drugą kocicą. Od uczniowskich czasów dużo się zmieniło i wszystko wskazywało, że ich relacja się ociepliła. Razem z resztą kotek należących do ich grupy spędzały dużo czasu ze sobą, ochoczo dzieląc się swoimi poglądami i doświadczeniami. Dzięki wojowniczce nawet Makowe Pole, do której niegdyś kocica miała sceptyczne podejście (z wzajemnością), przyjęła ją do ich grupy. Pszczela Duma i Cedrowa Rozwaga także nie miały nic przeciwko towarzystwu zielonookiej, dlatego w stosunkowo krótkim czasie wszystkie zaakceptowały ją jako jedną ze swoich. Nadal jednak ona i Zajęcza Troska pozostawały ze sobą najbliżej, na co Sroka nie narzekała. Szczerze lubiła jej towarzystwo, co dało się wyczuć bez używania żadnych słów.
Kiedy w końcu dotarły w okolice Zrujnowanego Mostu, słońce już chyliło się ku zachodowi. Jego blask odbijał się w nienaruszonej tafli wody, kiedy kotki powoli schodziły w dół koryta rzeki. Czarna skoczyła na przód, pełnymi gracji ruchami zsuwając się niżej, aż nie stanęła na samym brzegu. Jej łapy obmyła zimna, mieniąca się złotem woda. Obejrzała za siebie, obserwując, jak jej starsza koleżanka ostrożnie schodzi na brzeg. Przyjemny wiatr rozwiał zielonookiej futro, podczas gdy jej towarzyszka przystanęła obok niej.
– Słyszałam, że poranny patrol widział w tej okolicy parę kaczek. – szepnęła Sroczy Lot, a kąciki jej pyska na samą myśl o tak dużej zdobyczy uniosły się w górę. – O tej porze powinny wracać do gniazda. Jeśli będziemy mieć szczęście, może uda nam się jakaś złapać. Słyszysz, Zajęcza Trosko? – zapytała, unosząc wzrok znad wody.
Wojowniczka drgnęła, kiedy spojrzenie zielonych oczu się na niej zatrzymało. Odwróciła wzrok, skinięciem głowy dając znać, że dotarły do niej słowa kotki. Sroka nie zadawała więcej pytań, zanurzając się w chłodnej rzece. Drobne, zielone roślinki rozsunęły się na bok, kiedy kotka znalazła się po szyję w wodzie. Czuła, jak jej łapy tracą mulisty grunt. Za sobą usłyszała chlupot wody, świadczący o wchodzącej za nią Zajęczej Trosce. Złapała ostatni oddech na powierzchni, po czym rzuciła się w głębie rzeki. Pod wodą otworzyła oczy, przyzwyczajone już do warunków, w jakich polowała Sroka. Resztki światła nie docierały już o tej porze do dna rzeki, dlatego kotka obrała nieco inny kierunek. Rozejrzała się, próbując namierzyć pierwszą zdobycz. Była przekonana, że jeszcze zanim weszła do wody, gdzieś przy rosnącej na środku rzeki kępie trawy widziała ruch, toteż tam popłynęła. Nie musiała długo czekać, aż światło odbiło się od migocących na grzbiecie ryby łusek. Wynurzyła się na moment ponad taflę aby złapać oddech, po czym znowu zniknęła pod odbijającą słońce powierzchnią. Zaszła rybę od tyłu, okrążając mała, trzcinowa wysepkę dookoła. Zdecydowanym ruchem uderzyła w zwierzę łapą, zahaczając pazurami o jego skórę. Ryba szarpała się, okaleczając się jeszcze mocniej, przez wbite w nią pazury, które przy każdym ruchu coraz głębiej ryły w jej ciele. Sroczy Lot dosięgła jej zębami, zatapiając je w zdobyczy. Krew wypływająca z ran zadanych rybie zabarwiła wodę na szkarłat, wabiąc do siebie małe, zaciekawione wonią żyjątka. Sroczy Lot obróciła się gwałtownie, czując ruch wody za sobą. Ku jej uldze, ujrzała jedynie parę błyszczących, żółtych oczu. Białe łapy przebierały intensywnie w wodzie, a w pysku kotka dzierżyła zdobycz podobnej wielkości, co Sroka. Patrzyły na siebie przez jakiś czas, otoczone porastająca dno roślinnością, która plątała się między ich łapami. O potrzebie oddychania przypomniało Sroce dopiero charakterystyczne ściśnięcie w płucach. Prawie upuszczając z pyska rybę, wypuściła parę bąbelków, które poleciały do góry. Po wypłynięciu na powierzchnię kaszlnęła kilka razy.
"Wszystko w porządku?" – mówił wzrok Zajęczej Troski, która wynurzyła się tuż obok łaciatej. Sroka pokiwała twierdząco łbem. Kiedy dotarły na brzeg, upuściła rybę na piach, wypluwając kilka łusek, które zaczepiły się o jej kły.
– Już lepiej? – zapytała troskliwie liliowa, kładąc swoją rybę tuż obok towarzyszki.
– Tak, nic się nie stało. – rzuciła sucho Sroka, którą poczuła się zirytowana nadopiekuńczością koleżanki. Nie była przecież kociakiem, żeby Zając miała nad nią skakać!
Druga kotka nic nie odpowiedziała, otrzepując futro z wody. Sroka nie widziała jej pyska, ale czuła, że atmosfera się zagęściła.
– Z kaczek dzisiaj nici, ale przynajmniej udało nam się coś złowić. Może następnym razem wyjdzie… – mruknęła Sroka, przyglądając się ich zdobyczom.
– Następnym razem? – mimo, że głos kotki nie zdradzał żadnych emocji i pozostawał neutralny, złote oczy zalśniły ekscytacją, czego niestety odwrócona tyłem Sroka nie ujrzała.
– Oczywiście. Na pewno jeszcze kiedyś tu przyjdziemy. – odpowiedziała spokojnie Sroka, podnosząc swoją piszczkę. – Ściemnia się. Wracajmy do obozu.
***
teraźniejszość
Zając zdawała się być ostatnio inna. Dziwna. Taka nieobecna. Sroczy Lot nigdy przedtem nie widziała jej w takim stanie. Nawet w trakcie rozmowy potrafiła się odciąć, zupełnie ignorując swoje otoczenie. Nikt nie wiedział co spowodowało takie zmiany w kotce, jednak ona sama nie była chętna do dzielenia się tą informacją. Zawsze znajdowała jakieś wymówki, albo taktycznie zmieniała temat. Jej zachowanie zaczęło się zmieniać jeszcze porą nagich drzew.
– Czy z ciocią wszystko w porządku? – zapytała Spieniona Łapa, zajmując miejsce obok matki.
Kotka obdarzyła córkę czułym spojrzeniem. Mimo, że nie posiadała ona czarno-białej sierści jak jej siostry, Sroczy Lot uważała, że została przez nią dobrze wychowana.
– Co masz na myśli? – odpowiedziała pytaniem na pytanie zastępczyni. Chciała wiedzieć, co tak zmartwiło liliową. Skoro i ona to widziała, oznaczało to jedno - z Zajęczą Troską było coraz gorzej.
Zielonooka pogrzebała pazurem w ziemi, układając w głowie swoją odpowiedź. Widać było, że martwi się o swoją mentorkę, ale jednocześnie nie chce jej sprawiać problemu.
– Ostatnio jest jakaś… inna, nie zauważyłaś, mamo? Często się zamyśla i czuję, że coś jest nie tak. Nie mówiłam jej tego, ale jej ruchy także są wolniejsze… – Spieniona Łapa wbiła zmartwione oczy w matkę. Łaciata trąciła uczennicę nosem w puszysty policzek.
– Porozmawiam z nią o tym, nie martw się – pocieszyła zielonooką – Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. – zapewniła, otaczając córkę ogonem.
Uczennica zamruczała z wdzięcznością, ocierając się brodą o bark zastępczyni.
– No, dość czułości, zmykaj coś zjeść, na pewno jesteś głodna po treningu! – upomniała liliową Sroczy Lot.
Kotka ze śmiechem pokiwała głową, po czym pobiegła w stronę sterty zwierzyny. Sroce trudno było uwierzyć, że to były te same, malutkie kocięta, które znalazła wiele księżyców temu pośród trzcin. Były już takie duże! I każdy z ich mentorów zapewniał ją, że świetnie się uczą, co napawało kocice dumą.
***
Minęło zaledwie parę wschodów słońca od rozmowy ze Spienioną Łapą, a sprawa sama się wyjaśniła. Jednak nie w sposób, jakiego oczekiwałaby Sroka. Pewnego dnia Zając po prostu nie wróciła do legowiska wojowników, a jej posłanie leżało nietknięte. Nie było to niczym dziwnym, wojowniczka często pełniła rolę nocnego wartownika. Dopiero rano po klanie rozeszły się zaskakujące wieści. Zajęcza Troska była w ciąży i przeniosła się do kociarni. Nie powiedziała o tym nikomu, nie wspomniała choćby razu. Zastępczyni Klanu Nocy czuła się zdradzona. Nigdy nie podejrzewałaby Zając, swojej Zając, o tak haniebne czyny. Ale teraz wszystkie jej zachowania układały się w jedną, spójną całość – Zajęcza Troska miała romans na boku i zdradziła swój klan. Te smętne spojrzenia z pewnością były kierowane do jej kochanka. Sroka nie rozumiała, jak jej przyjaciółka mogła zrobić to jej, zrobić to ich klanowi, któremu przyrzekała wierność! Co prawda Spieniona Łapa ani żaden z kotów nie donosił o wcześniejszych podejrzanych zachowaniach vanki, ale zielonooka dobrze ją znała, lepiej niż inni. W najśmielszych snach nie umniejszałaby jej umiejętnościom. Zając była sprytna i zaradna, do tego była też indywidualistką i już nikogo nie dziwiło, kiedy decydowała się samotnie kontynuować patrole i wybierać się na polowania w pojedynkę. Kto by jednak pomyślał, że miały one na celu spotkania z jakimś parszywym kocurem? Kto wie, ile czasu minęło, aż w końcu wpadli. Obcy pewnie wystawił kotkę, kiedy ta przyszła do niego z brzuchem, co było przyczyną jej nietypowego zachowania.
– Poranny patrol poprowadzi Pchli Nos. Towarzyszyć mu będą Przyczajony Drozdoń, Cedrowa Rozwaga, Wodnikowe Wzgórze i Makrelowa Łapa. – wzrok kotki przesunął się po wszystkich wspomnianych kotach, aż nie zatrzymał się na srebrzystym uczniu. Nadal ubolewała nad tym, że nie udało się go jej naprostować, tak jak zrobiła to z Kawczym Sercem. Podobieństwo do Nastroszonego Futra było uderzające nie tylko przez zdobiące pysk zielone ślepia i rozczochrane futro, ale też ciągłe wodzenie oczami za kotkami. Na szczęście, na razie tylko jedną, ale po synu tego lisiego łajna spodziewała się różnych rzeczy. Westchnęła ciężko, po czym kontynuowała przemowę – Kawcze Serce poprowadzi patrol wieczorny. Razem z nią pójdą Wirująca Łapa, Tonący Pasikonik, Borsuczy Język i Ryjówkowy Urok.
Siostrzenica posłała jej ciepłe spojrzenie, podobnie jak Pchli Nos. Zastępczyni miała w zwyczaju rolę prowadzącego patrol powierzać swoim bliskim. Ufała ich raportom, dlatego często wysyłała z nimi koty, które ją ciekawiły. Nie przejmowała się tym, czy ktoś zauważy jej działania. Nikt zresztą nie miał siły jej podskoczyć, ani tym bardziej argumentów, mających podważyć słuszność jej wyborów. Otaczała się kotami silnymi, których umiejętności często przewyższały te posiadane przez większość Klanu Nocy. Zniesmaczona obserwowała, jak przygnębiony wzrok Makrelowej Łapy odprowadza krągły zadek Ryjówkowego Uroku, który po chwili zniknął w mroku legowiska wojowników. Kocur, pospieszony syknięciem Przyczajonej Drozdoń, ruszył za resztą porannego patrolu. “Wykapany tatuś” – pomyślała Sroczy Lot, gotowa do odwrócenia się i pójścia w stronę legowiska lidera. Jednak ku jej negatywnemu zaskoczeniu, prawie zderzyła się nosem z stojącą mysią długość dalej Makowym Polem.
– Nie porozmawiasz z nią? – wypaliła od razu srebrzysta, do której boku jak kleszcz przywarła Pszczela Duma.
Zastępczyni wiedziała dokładnie o kogo chodzi. Temat kotki był teraz na językach wszystkich plotkar Klanu Nocy, dlatego nie dziwiło jej, że Mak w końcu się do niej udała.
– Nie wydaje się być chętna na pogaduszki. – odpowiedziała krótko, starając się uciąć rozmowę i wrócić do swoich obowiązków.
Srebrna wywróciła oczami, niezadowolona z tego, że gorące ploteczki przeszły jej między palcami. Na szczęście miała wystarczająco godności, by nie drążyć tematu.
– Cóż, to i tak nie moja partnerka chodzi z obcymi po krzakach… – szepnęła, mijając Sroczy Lot.
Łaciata stanęła jak wryta. Była przyzwyczajona do takich zaczepek ze strony Makowej Pole, które lubiły uciekać z jej pyska, kiedy coś nie szło po jej myśli, ale te słowa uderzyły w nią jak rozpędzony potwór dwunożnych. Dlaczego nazwała Zając jej “partnerką” i czemu to ją zabolało? Potrząsnęła łbem, przy okazji poprawiając swoją posturę. Nie miała czasu na takie przemyślenia. Pewnym siebie krokiem ruszyła, kierując się do legowiska, w którym odpoczywała Mglista Gwiazda.
***
Wracała ze szkolenia z Kotewkową i Spienioną Łapą, którą ostatnio przyjęła pod swoje skrzydła. Przez niedyspozycje Zajęczej Troski, jej liliowa córka straciła mentorkę, dlatego natychmiast potrzebowała zastępstwa na to stanowisko, aby móc kontynuować naukę. Zastępczyni nie mogła jednak pozwolić, aby byle kto stanowił pieczę nad Pianką, dlatego w porozumieniu z Mglistą Gwiazdą, sama zajęła się treningiem zielonookiej, z czego ta była niezaprzeczalnie zadowolona. Jedynie Wirująca razem z Tuptającą Łapą patrzyły na to krzywo, zazdroszcząc siostrom czasu i uwagi, jaką otrzymywały od ich matki.
Były na samym środku rzeki, kierując się do wejścia do obozu, kiedy z trzcin wypadł Pchli Nos, skacząc z rozbiegu do wody. Fala wywołana jego czynem uderzyła trójkę kocic w pysk, jednak nim któraś z nich miała szansę jakoś to skomentować, głos zabrał biały.
– Zajęcza Troska rodzi! – wypalił spanikowany, łapami głośno uderzając w taflę. Sroczy Lot pamiętała, jak kocur kiedyś panicznie bał się wody i ile czasu zajęło jej przekonanie go do niej.
Siostry posłały sobie znaczące spojrzenia i razem ze Sroczym Lotem przyspieszyły tempa, Czarno-biała skinęła do Pchlego Nosa, który razem z nimi popłynął na wyspę.
Czwórka przemoczonych kotów wpadła do obozu. Na ich czele szła zastępczyni, która nadal ociekała woda. Potrząsnęła łbem, udając się w stronę ukrytego między gęstymi gałęziami sumaków żłobka. W wejściu ujrzała wychodzącą ze środka Lecący Czas.
– Zajęcza Troska rodzi, nie powinno się jej przeszkadzać… – szepnęła, jednak dostrzegając jakim spojrzeniem obdarowała ją Sroka, umknęła z jej pola widzenia tak szybko jak mogła.
Zielonooka wparowała do kociarni bez żadnego zastanowienia. Dopiero w progu uświadomiła sobie, jak dziwnie się zachowywała. Skoro karmicielka przeżyła ostatni księżyc bez jej wizyt, dlaczego teraz się nią tak przejęła?
Zając nie zawiodła jej oczekiwań. Poród przebiegał w ciszy, mimo widocznego na pysku ciężarnej bólu. Jedynym co przerywało panujące wewnątrz żłobka milczenie, było ciężkie dyszenie i stękanie vanki oraz ciche głosiki schowanych za bokiem Źródlanego Dzwonka kociąt, którym matka wolała oszczędzić takich widoków.
– S-Sroczka…? – stęknęła Zając, której oczy z trudem się otworzyły.
Zielonooka dostrzegła w żółtych ślepiach przyjaciółki odbicie własnego strachu, jak i bijącą od białej ulgę. Poczuła za sobą ruch powietrza, wywołany przechodzącą obok Lecącym Czasem. Chciała odwzajemnić słaby uśmiech, malujący się na mordce wojowniczki, jednak przez ciało rodzącej przeszedł silny skurcz, wykrzywiający pysk córki Bławatkowego Potoku w bolesnym grymasie. Po kilku uderzeniach serca w żłobku rozległo się głośne kwilenie. Przez pysk Sroczego Lotu przewinęło się jednocześnie wiele skrajnych emocji, aż nie zatrzymało się na czystym obrzydzeniu. Zając, dostrzegając w przyjaciółce tę nagłą zmianę, skierowała spojrzenie w miejsce, w które tak intensywnie wpatrywała się zastępczyni i skamieniała. Ruda medyczka intensywnie wylizywała małe, pokraczne kocię, którego kolor sierści przynosił na myśl mokrą ziemię. Nikt nawet nie zauważył częściowo skrytego za matką malucha, który kwilił w niebogłosy, podczas gdy szylkretowa asystentka go myła.
– Sroczko…! – głos Zajęczej Troski zadrżał, kiedy odwróciła się do towarzyszki.
Źrenice w żółtych oczach były skurczone w obrzydzeniu i przerażeniu. Sroczy Lot otworzyła pysk, by po chwili go zamknąć. Nie mogła na to dłużej patrzeć. Czym prędzej wyszła ze żłobka, a niosący się za nią krzyk kociąt wypełnił cały obóz. Na sztywnych łapach doszła do legowiska, przez całą drogę czując padające na nią spojrzenia zdezorientowanych klanowiczów. Nie dowierzała temu co zobaczyła. Nie umiała się pogodzić z tym, że Zając urodziła czekoladowe kocię. I nie mogła się pozbyć obrzydzenia, jakie wypełniło ją, kiedy pierwszy raz je ujrzała. Nie chciała wyjść, nie chciała jej zostawić, ale jednocześnie nie wyobrażała sobie tam ani chwili dłużej zostać.
Od wczorajszego wieczoru przychodziło do niej wiele kotów, ciekawych stanu Zajęczej Troski. Kocica jednak ich wszystkich zbywała krótkim “dobrze” i “poradziła sobie”, nie chcąc o tym z kimkolwiek poza żółtooką rozmawiać. Rano wysłała swoje uczennice razem z Makowym Polem i Kawczym Sercem na wspólny trening, kiedy ona sama musiała zająć się istotniejszymi sprawami. Wzięła głęboki oddech jeszcze przed wejściem do kociarni, by po chwili zostać otoczoną przez jej mleczny, ciepły zapach. Widząc, że vanka śpi, zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od niej, przyglądając się skulonym przy jej brzuchu kociętom. Najdalej od niej leżał znajomy czekoladowy kociak, którego narodzin sama doświadczyła, natomiast nieco bliżej mały, chudy, o cętkach w podobnym kolorze co jego starsze rodzeństwo. Najmilszym zaskoczeniem były jednak dwa, czarno-białe kocięta. Jedno o bardzo charakterystycznym ułożeniu plam nerwowo wierzgało, natomiast drugie, prawie całe czarne, spało spokojnie wtulone w matkę. Na ich widok z pyska Sroki uciekło ciche westchnienie, które zbudziło płytko śpiącą karmicielkę. Od razu kiedy dostrzegła, kto się im przygląda, chciała się wyprostować, jednak uczepione jej brzucha kocięta to utrudniły.
– Nie musisz! – zaprotestowała Sroka, uspokajając królową – …Myślałaś już jak je nazwać? – zapytała po chwili niezręcznego milczenia, starając się zacząć w ten sposób rozmowę.
<Zajączku?>

27 lutego 2023

Od Zajęczej Łapy(Zajęczej Troski) CD. Sroczej Łapy(Sroczego Lotu)

Nie potrafiła określić, co dokładnie czuła. Poniekąd upokorzona, z drugiej strony nie mogła wyprzeć z siebie ulgi, która ogarnęła jej zmarznięte od siedzenia w dole ciało. Gdyby zwracała większą uwagę na miejsca, w które stawia łapy, obyłaby się bez tej krótkiej i żenującej przygody. Nie drżałaby teraz aż tak z powodu wyziębienia, a na dodatek nikt nie ciągnąłby jej za kark, jak głupie kocię.
Zesztywniałe kończyny nie pozwoliły jej ustać w miejscu. Przechyliła się, odnajdując oparcie w postaci czarno-białej kotki. Uchroniła ją od zderzenia z ziemią, toteż Zając cicho westchnęła, próbując wydobyć z gardła, chociażby jeden dźwięk.
— Dzięki Srocza Łapo — palnęła, mrużąc oczy. Prószący coraz to mocniej śnieg stawał się większym utrapieniem dla ich grupki. Ograniczał widoczność, utrudniał przemieszczanie się...
— Wracajmy — zażądał Bażancie Futro. Tak, jakby wyczytał z niej — bądź z jej myśli — to, o czym teraz marzyła. — Powinnaś się ogrzać w legowisku — dodał, co zabrzmiało bardziej jak rozkaz aniżeli propozycja, ale w odpowiedzi jedynie pokiwała kilka razy głową.
I chociaż dwójka starszych wojowników, po wymianie między sobą poważnych spojrzeń, ruszyła, tak ona stała dalej, wspierając się o drugą uczennicę. Potrzebowała chwili, aby upewnić się, że będzie w stanie dojść bez potknięć bądź też jakiejkolwiek innej formy wywrotki. Sroka zdecydowanie zobaczyła zbyt wiele jej słabości jak na jedno spotkanie.
— Dasz radę? — Usłyszała jak na zawołanie zaintrygowany głos koleżanki. Niezmartwiony, jak to wielu miało w zwyczaju używać w takich sytuacjach. Po prostu była ciekawa jej stanu.
— Tylko posiedziałam chwilę w dole. Nie umrę od tego — zapewniła, siląc się na lekki, a zarazem krzywy uśmiech. Nawet pysk jej zdrętwiał od tego mrozu i zwykłe uniesienie kącików do góry kosztowało ją odrobiną bólu mięśni, o których istnieniu nawet nie miała pojęcia.
Zielonooka nic więcej nie powiedziała. Poczekała, aż liliowa sama się od niej odsunie, a gdy ruszyła w stronę obozu, Zając podjęła się próby chodu. Z początku łapa jej się z lekka poślizgnęła, ale zaraz to złapała równowagę i na tyle, na ile mogła, popędziła za czarną.

***

Mimowolnie uśmiechnęła się w kierunku srebrnej postury, znikającej wśród wejścia do legowiska. W końcu miała ucznia, którego trening szedł sprawnie, więc prędzej czy później dorówna swoim rówieśnikom, mającym na koncie co najmniej jednego mianowanego terminatora.
Zawiesiła wzrok na szepczących między sobą kotkom. Daliowy Pąk, jej kuzynka, poruszała niespokojnie pyskiem, nachylając się nad niebieską sylwetką Astrowego Poranku. Bacznie śledziły ślepiami otoczenie, a gdy zorientowały się, że liliowa je obserwuje, kiwnęły głowami i każda poszła w swoją stronę.
Zając słyszała, że te dwie coraz to częściej krytykują otwarcie obecne rządy. Zielonooka nie dziwiła się nikomu — w klanie działo się kompletne nic. Od księżyców nie było widać wśród nich Źródlanego Dzwonka, a ani razu nie słyszała, by lider poruszał ten temat.
Drgnęły jej wąsy, gdy usłyszała zza pleców ciche "Cześć". Wstrzymała w sobie zbyt przesycony radością uśmiech i obróciła się ze spokojem w stronę czarnawej kotki.
Wydawało jej się, że od dłuższego czasu ich relacje były na całkiem dobrej drodze. Na samym początku miała sceptyczne nastawienie wobec Sroki. Przyszła znikąd, wraz z tą swoją stukniętą siostrą, a potem jakby nigdy nic miały stać się im równe. Vanka po poznaniu Paskudy obawiała się, że czarna będzie prezentowała to samo co ona. A tu okazało się, że to wspaniała wojowniczka, będąca lepszą Nocniaczką niż niektórzy z tych, co się tu urodzili.
— Dużo kotów szepcze — palnęła, krzywiąc się w duchu. Dlaczego zamiast odpowiedzieć na zwykłe powitanie, rozpoczynała nowy temat i to tak nieumiejętnie?
— Co masz na myśli? — spytała, choć zdawała się w pełni wiedzieć, do czego Zając zmierzała.
— O Rudzikowym Śpiewie. Że jego władza jest do kitu — mruknęła, wstrzymując się od ziewu. Niezbyt dobrze spala tej nocy, bo przez cały czas otwierała oczy i szukała wzrokiem ojca. Po jego ostatnich akcjach wolała się upewnić, że nie będzie zwiewał. W końcu obiecała Kruczej Gwieździe, że to ona się nim zajmie. Wolność byłaby dla niego ratunkiem, na który nie mogła pozwolić.
— I zgadzasz się z tym? — spytała jej towarzyszka.
Zajęcza Troska odczuła momentalnie ulgę. Nie musiała się hamować. Wiedziała, jakie podejście miała Sroka i że w pełni zrozumie jej tok myślenia.
— To kocur. Im łatwiej odbija od władzy. A do tego zwykły tchórz, który wybrany na to stanowisko został na ślepo. Gdyby miał, choć odrobinę godności, już dawno porzuciłby liderowanie — prychnęła, spoglądając oskarżycielsko w stronę legowiska rudego.
Ciarki przebiegły jej wzdłuż kręgosłupa, kiedy Sroczka skinęła głową. Dla Zająć posiadanie logicznie myślącego sprzymierzeńca w klanie było wspaniałym uczuciem.
— Zamierzam iść na polowanie, chciałabyś mi potowarzyszyć? — To pytanie wręcz wryło ją w ziemie. Była pewna, że kotka nie miała takich samych myśli jak ona i zaproponowała to wyłącznie z powodów czysto koleżeńskich, a mimo to uśmiechnęła się szeroko, nim zdążyła odpowiedzieć.
— W sumie dopiero co wróciłam z treningu z uczniem... — zaczęła.
— A, jesteś zmęczona? Jasne, odpocznij sobie — odparła, wybijając ją na moment z tropu.
Liliowa powstrzymała się od grymasu. Nie do tego zmierzała.
Pokręciła intensywnie głową.
— Nie o to chodzi — westchnęła rozbawiona. — Chciałam powiedzieć, że i tak chętnie się przejdę, bo mam ochotę jeszcze trochę rozprostować kości. Plus nie sposób odmówić na tak wspaniałą propozycję, zawierającą opcję ucieczki jak najdalej od tych wszystkich półgłówków — dodała, stawiając pewny krok w przód. — No to co, gdzie idziemy?

<Sroczko?>

11 listopada 2022

Od Sroczej Łapy CD. Zajęczej Łapy(Zajęczej Troski)

Cichy świst uciekł z pyska kotki, kiedy wpatrywała się w jasną kocicę bezradnie kulącą się na dnie dziury. Nie mogła ryzykować podzielenia losu towarzyszki i razem z nią skończyć w tym dole jako mrożonka. Ostrożnie schyliła łeb, zwracając się do Zajęczej Łapy:
– Muszę spróbować ich odnaleźć, sama cię nie wyciągnę. Po drodze będę zostawiać ślady, po których do ciebie wrócimy.
Liliowa nie wyglądała na przekonaną jej odpowiedzią, co podkreślały jej położone po sobie uszy.
– Staraj się tracić jak najmniej energii. Nie krzycz, dopóki nie jesteś pewna, że zbliża się ktoś z naszych. Nie daj odmarznąć swoim łapom – poradziła kotce, powoli odsuwając się od wgłębienia w ziemi.
Żółtooka kiwnęła na znak zrozumienia łbem, otulając się ciasno swoim ogonem.
Srocza Łapa odwróciła się i biegiem rzuciła w stronę, z której przyszły. Śnieg skrzypiał nieustannie pod jej łapami, irytując tym kotkę. Co jakiś czas zatrzymywała się przy jakimś drzewie, ryjąc pazurami w jego twardej, zmarzniętej korze, albo rozglądała się za charakterystycznymi miejscami, służącymi za punkty orientacyjne, dzięki którym mogłaby wrócić po Zajęczą Łapę.
Po długim biegu czuła, jak opuszki łap zaczynają ją piec z zimna i bólu. Z ciemnych chmur zaczął sypać biały puch, zasypując odciśnięte w śniegu ślady. Zapachy mieszały się w jedno, a wiatr smagający jej grzbiet mącił kierunkami, z których dochodziły. W końcu udało jej się wyróżnić inną, charakterystyczną woń, a przed sobą dostrzegła przyczajoną Żonkilową Zatokę, której czarna sierść wyraźnie odznaczała się wśród jasnego terenu. Kilkoma susami pokonała dzielącą je odległość.
– Zajęcza Łapa utknęła, potrzebuje pomocy – wypaliła od razu Sroka, ciężko dysząc.
Żonkilowa Zatoka otworzyła szerzej oczy, lecz zanim miała szansę się odezwać, z kępy trawy wyszedł Bażancie Futro, skupiając swoje spojrzenie na uczennicy.
– Gdzie jest? – zapytał z poważną miną bury, strosząc niespokojnie sierść na grzbiecie.
– Tam, gdzie miałyśmy polować. Musimy się pospieszyć, resztę opowiem w drodze – ponagliła ich łaciata, już przygotowując się do biegu powrotnego.
Wojownicy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Prowadź
Srocza Łapa nie czekała już dłużej, tylko ruszyła naprzód. Czuła, jak zimne powietrze szczypie jej nos i gardło, ale zdawała sobie sprawę, że nie może zostawić współklanowiczki samej. Migoczący śnieg co rusz dezorientował członków Klanu Nocy, zmuszając ich do przystawania, by móc dalej podążać trasą prowadzącą do Zajęczej Łapy.
– To jak to się stało? – odezwał się Bażancie Futro, zbliżając się w biegu do Sroki.
– Miałyśmy rozpocząć polowanie, kiedy Zajęcza Łapa wpadła do głębokiego zagłębienia w ziemi. Śnieg musiał je prawdopodobnie przysypać, dając złudne wrażenie stabilnego terenu – wydyszała kotka, rzęsami strzepując osiadłe przy jej ślepiach śnieżynki – Będziemy potrzebować czegoś, by ją wyciągnąć.
Bażancie Futro skinął łbem. Mijali już kolejne oznaczone przez uczennicę drzewo, ale droga wydawała się nie mieć końca. W powietrzu wisiała obawa o życie kotki, która sama została w śnieżnej zasadzce, skazana na litościwość losu.
Serce Sroczej Łapy biło jak oszalałe. Każdy postawiony krok był coraz boleśniejszy, a krajobraz co chwilę rozmywał się przez łzawiące kotce oczy. Miała wrażenie, że zaraz tutaj oślepnie, a wojownicy wrócą do obozu z zamarzniętymi zwłokami Zajęczej Łapy i niewidomą Sroką. Kotka postawiła uszy, kiedy okolica wydała się być jej znajoma. Zwolniła kroku, zwieszając z wycieńczenia łeb.
– Musi być gdzieś blisko – stwierdziła, węsząc w powietrzu, a z jej pyska uleciało kilka jasnych chumrek.
– Dobrze, patrzcie pod nogi – ostrzegł je kocur, ruszając na przedzie.
Srocza Łapa z nosem blisko ziemi zaczęła szukać miejsca, w którym utknęła vanka. Bała się, że śnieg mógł na nowo przykryć zdradliwą szczelinę, maskując jej obecność.
– Zajęcza Łapo!! – głos Sroki był słaby, ale pełen nadziei.
Po kilku uderzeniach serca spędzonych w ciszy powtórzyła swój okrzyk:
– Zajęcza Łapo, gdzie jesteś?
Ponowny brak odpowiedzi zmroził kotce krew w żyłach bardziej, niż robiła to obecna pogoda. Wtem, wiatr przywiał do jej uszu świst, brzmiący niczym kocie wołanie. Uczennica postawiła uszy, ruszając nimi we wszystkie strony, aż dźwięk się nie powtórzył i teraz niezaprzeczalnie należał do liliowej kocicy. Srocza Łapa podążyła kierowana przez głos uczennicy, przystając co kilka kroków, by z tego wszystkiego nie wylądować obok Zajęczej w dziurze.
– Jesteś! – wyrwało się Sroce, kiedy nachyliła się nad znajomą szczeliną.
Na dnie dalej siedziała kotka, z łbem wysoko zadartym ku niebu.
– Nie bardzo miałam jak stąd pójść… – mruknęła Zając, co speszyło trochę łaciatą.
Nad żółtooką zawisły jeszcze dwie sylwetki, powodując w jej oczach błysk ulgi.
Bażancie Futro przyciągnął ze sobą po śniegu długą gałąź, wystarczająco grubą, by uczennica mogła się po niej wspiąć na górę. Trójka kotów współpracujących ze sobą, powoli obsunęła ją w dół, mocno trzymając zębami. Biała kotka zatopiła pazury w korze, odbijając się tylnymi łapami od podłoża. Jej ruchy były sztywne z zimna, ale przepełnione determinacją. Trzymający gałąź wojownicy zaparli się tylnymi łapami o ziemię, a Srocza Łapa złapała towarzyszkę za kark, kiedy była już wystarczająco blisko, wyciągając ją do siebie. Koty puściły gałąź, która zsunęła się w głąb śnieżnej pułapki.
Sroka z trudem łapała oddech, czując, jak wychłodzone ciało córki Zdradzieckiej Rybki opiera się o nią, świszcząc nosem. Kłębki pary unosiły się z pysków obu kotek, kiedy powoli się od siebie odsunęły.

<Zajączku?>

[przyznano 5%]

06 listopada 2022

Od Zajęczej Łapy CD. Sroczej Łapy

Wiadomość, że nie idą sami na patrol, była pozytywnym zaskoczeniem. Pomimo zaakceptowania przez nią Bażanciego Futra jako mentora, kocur ją po prostu nudził. Treningi wydawały się jej schematyczne, nawet gdy wprowadzali w nie coś nowego, to i tak zaraz traciła całe swoje zainteresowanie. Nie był Kruczą Gwiazdą, która jak nikt inny potrafiła zmotywować ją do każdej pracy. Jej niekonwencjonalne metody nieraz uderzały w jej uczucia, ale były niezwykle skuteczne.
Również ucieszył ją fakt, że zamiast grzebać się za starszymi, dostała okazję na towarzystwo młodej duszy. Mało co wiedziała o Sroczej Łapie, ale póki niczym jej nie podpadła, wywierała na niej dobre wrażenie. Nawet jako przybysz znikąd, nie mogła być aż taka zła. Źródlany Dzwonek także nie była czystej krwi Nocniakiem, a stanowiła według liliowej godny do podziwu przykład.
Pozwoliła młodszej uczennicy poprowadzić ich dwuosobową grupę. Pomimo osiadłego na jej futrze śniegu, czarne plamy wyróżniały się na tle białego krajobrazu. Zając przekrzywiła głowę i otrzepała się, zastanawiając się, ile tak naprawdę było z niej widać, zważywszy na jej jasne ubarwienie.
Mróz szczypał ją w czubek nosa. Zmarszczyła go, a następnie kichnęła, mrużąc oczy. Zimno było uciążliwe, szczególnie gdy tak naprawdę z każdym krokiem coraz bardziej oddalały się od obozu, przebywając na terenach, których tajemnic wciąż w pełni nie odkryli. Spięła się na myśl o czającym się pomiędzy korami drzew potencjalnym niebezpieczeństwie. Jakie drapieżne istoty mogły żyć w tutejszych borach? Nigdy nie widziała dla przykładu wilka, ale słyszała, że z jego szczęką jednym gryzem mógłby zabić dorosłego wojownika. Czy Bażant postąpił słusznie, wysyłając je dwie na samotny trening?
Nim zdążyła cokolwiek skomentować, śnieg zaczął prószyć znacznie mocniej, zasłaniając jej cały widok.
Jeden omylny krok sprawił, że z jej piersi wydał się zduszony okrzyk. Utraciła grunt pod łapami i przez chwilę leciała, nim z głuchym łoskotem nie uderzyła o ziemię.
— Zajęcza Łapo…?
Uniosła wzrok ku górze. Śnieżynki wpadały jej do oczu, a spod przymrużonych powiek ledwo co dostrzegała sylwetkę swojej towarzyszki. Miała nad sobą po prostu jasną plamę, przyozdobioną ciemnymi paćkami i znajdującą się znacznie wyżej od niej.
— Co się stało? — spytała zaskoczona, choć wydawało jej się, że odpowiedź jest jej znana, ale zadała to pytanie dla zasady.
Vanka odkaszlnęła. Przysypana z lekka śniegiem, ledwo co kontaktowała z otoczeniem. Od przeraźliwego chłodu świszczało jej w uszach i głos Sroki dochodził do niej zniekształcony.
— Nie wiem dokładnie, nie zauważyłam tej dziury... — mruknęła, niechętnie przyznając się do braku uwagi. Pora Nagich Drzew bywała zwodnicza, a ona z każdym dniem miała jej coraz bardziej dosyć.
— Dasz radę sama wyjść? — miauknęła, odsuwając się na krok od szczeliny.
Rozsądne zachowanie. Niech, chociaż ona zostanie na górze.
— Spróbuję — krzyknęła, otrzepując się i opierając się przednimi łapami o bok dziury. Wysunęła pazury i spróbowała je wbić w ziemistą ścianę, jednak ta skuta lodem, nie uległa ostrym końcówkom. — Nie da rady, zbyt ślisko — pisnęła żałośnie, zawiedziona tym, do czego doszła.
Nastała chwila ciszy. Co jakiś czas przerywał ją jedynie świst wiatru. Zajęcza Łapa marzła coraz bardziej, panicznie rozglądając się dookoła. Nie miała tu nic, co mogło jej pomóc, a jej jedyną nadzieją była czarna u góry kotka. Nie mogła powiedzieć, że jest z tego faktu zadowolona. Nie były ze sobą blisko, zresztą, to pierwszy raz, kiedy w ogóle miały okazję się lepiej poznać. Liliowa nie potrafiła przypomnieć sobie sytuacji, w której powiedziała do niej coś więcej niż "Hej".
Chociaż, nawet gdyby stał tam ktoś pokroju Makowego Pola, również nie mogła być pewna otrzymania pomocy. Srebrna bywała niezwykle toksyczna i żmijowata, gdy tylko coś jej nie pasowało. Nazywanie jej przyjaciółką było ze strony Zając zwykłym aktem głupoty.
— Nie masz tam może jakiegoś dłuższego kija? — zapytała, kuląc uszy. Próbowała się jakkolwiek ocieplić, bo im dłużej stała w tej szczelinie, tym bardziej doskwierało jej zimno. — Jak bardzo silna jesteś? Może będziesz w stanie mnie wyciągnąć... — zasugerowała, hamując ten płaczliwy ton, który cisnął jej się na język.
Zdana na jej łaskę, była totalnie zdesperowana.
— Nie wiem, czy to się uda. Może skończyć się tak, że ja wpadnę do ciebie, jeśli za mocno pociągniesz — westchnęła. — A to będzie koniec dla nas dwóch. Mogę pójść poszukać Bażanciego Futra i Żonkilowej Zatoki — zaoferowała.
Liliowa spięła się, strosząc ogon. Było to rozsądniejsze, ale zarazem również ryzykowne dla niej, tkwiącej tu w dole bez wyjścia.
— A dasz radę tu wrócić? Nie zgubisz się? Przez śnieg wszystko wygląda tak samo, a zapachy od razu zanikają — mamrotała, przełykając ślinę. — A ja nie wiem, jak długo będę w stanie tu wytrzymać. Tu jest znacznie zimniej — dodała, zwijając się w ciaśniejszy kłębek. Z każdą chwilą traciła nadzieję na wyjście stąd. Nie tak chciała zginąć, a tym bardziej nie tak młodo.

<Srocza Łapo?>

[przyznano 5%]

04 listopada 2022

Od Sroczej Łapy do Zajęczej Łapy

Poranne poruszenie, jakie panowało w legowisku uczniów każdego wschodu słońca, zbudziło Sroczą Łapę. Ziewając przeciągle, otworzyła oczy, lustrując nimi otoczenie. Wzburzony Potok pochylała się nad jeszcze pogrążoną we śnie Mglistą Łapą, lekko ją szturchając, natomiast Łosia Łapa niespiesznie schodził ze swojego posłania, by dołączyć do jego mentorki, Popielatego Świtu, która stała w wejściu, wpatrując się w niego wyczekująco. Kotka niechętnie zaczęła rozglądać się za czekoladowym futrem Gorzkiej Woli, lecz ku jej uciesze, nie dostrzegła go. Ostatni raz leniwie przejechała językiem po swojej łopatce, zanim wstała na łapy i wyszła z legowiska uczniów.
Śnieg prószył przyjemnie, okrywając wszystko białym puchem. Zimny podmuch wiatru zmierzwił łaciatą sierść kocicy, porywając ze sobą resztki jej ochoty na sen. Uczennica skierowała swoje łapy w stronę legowiska wojowników, gdzie spodziewała się zastać Gorzką Wolę. Ze zdziwieniem odkryła jednak, że jednym kotem, który jeszcze grzał się na swoim mchowym posłaniu był Sarni Tupot, który gdy tylko dostrzegł Srokę, posłał jej mordercze spojrzenie, zniechęcające do dalszego węszenia po cudzym legowisku. 
– Srocza Łapo! – rozległ się za nią męski głos.
Kotka odwróciła głowę, zauważając zmierzającego w jej kierunku Trzcinową Sadzawkę, z którego pyska uciekały obłoczki jasnej pary.
– Razem z Zajęczą Łapą, Żonkilową Zatoką i Bażancim Futrem udacie się na patrol łowiecki – oznajmił kocur, strzepując uszami osiadłe na jego głowie płatki śniegu.
– A co z Gorzką Wolą? – zapytała ciężko, sama niedowierzając, że to robi.
– Gorączkuje i nie jest w stanie cię dzisiaj trenować – wyjaśnił ze spokojem bury, mrużąc oczy przez rażące go w pysk światło.
Po całym ciele Sroczej Łapy rozeszło się przyjemne ciepło. Wiadomość, że jej mentor był chory była niczym miód na jej serce! Ich ostatnie treningi wysysały z uczennicy resztki zapału do nauki, więc informacja o jego chorobie była najlepszym co mogła teraz usłyszeć. Nawet nie wstydziła się tego okazywać przed innymi.
Skinęła do zastępcy głową, prędko go mijając. Pozostała część patrolu już czekała na nią przy wyjściu z obozu, a gdy tylko się zbliżyła, mogli wyruszać na polowanie.
Płatki śniegu wirowały w powietrzu, kiedy czwórka kotów ostrożnie przekraczała zdradziecki lód dzielący ich od przeciwległego brzegu. Srocza Łapa szła na końcu pochodu, zachowując bezpieczną odległość między sobą, a idącą przed nią Żonkilową Zatoką. Nikt z nich nie chciał wpaść do mroźnej wody, od której oddzielała ich tylko cienka warstwa lodu. Sroka nieufnie powąchała śliską powierzchnię, stawiając powoli kolejny krok przed siebie. Rozluźniła się dopiero, kiedy wszyscy bezpiecznie dotarli do brzegu, a pod łapami poczuła stały ląd. 
– Tutaj się rozdzielimy. – zarządził najstarszy kocur, machnięciem ogona przywołując do siebie czarną kotkę. – Ja i Żonkilowa Zatoka zapolujemy przy trzcinowisku. Wy dwie natomiast – zwrócił się pyskiem w stronę uczennic – udacie się na obrzeża lasu. Możecie to potraktować jako wspólny trening. – dokończył, czekając na ewentualne uwagi ze strony towarzyszy.
Wszystkim jednak pasował ten układ i zgodnie skinęli łbami. Bażancie Futro widząc brak sprzeciwu, obrócił się na pięcie i ruszył wzdłuż brzegu, razem z Żonkilową Zatoką u swojego boku, zostawiając obie terminatorki same. 
– My też powinnyśmy już iść. – miauknęła żółtooka, wskazując ogonem las przed nimi.
Srocza Łapa z uwagą przyglądała się otaczającemu ją krajobrazowi. Mniej więcej o tej porze, kilkanaście księżyców temu, przyszła na świat, jednak niewiele już z tego okresu pamiętała. Kotka czuła, jak śnieg zsuwa się na nią z oprószonych nim liści paproci, które aż uginały się pod jego ciężarem. Biały, migocący puch, skrzypiał pod łapami przy każdym postawionym kroku. Pora nagich drzew była piękna, ale w tym samym czasie nieraz zabójcza, niosąc ze sobą brak zwierzyny i długie, bezgwiezdne noce. 
Kotki weszły na lekkie wzniesienie ziemi, wciągając w nozdrza zimne powietrze, które nieprzyjemnie piekło wnętrza ich nosów. Niespodziewanie gdzieś za Sroką rozległ się zduszony krzyk Zajęczej Łapy. Uczennica poruszyła niespokojnie wąsami, rozglądając się za białą sylwetką.
– Zajęcza Łapo? – zapytała zdezorientowana, okręcając się wokół.
Brak odpowiedzi zaniepokoił ją jeszcze bardziej. “Przecież nie rozpłynęła się w powietrzu!” pomyślała zdenerwowana. Zielonooka przyjrzała się odciśniętym w śniegu śladom łap Zajęczej. Nie zdążyła nawet pokonać dwóch długości lisa, gdy trop się urwał, idealnie przed głębokim zagłębieniem w śniegu. Uczennica nachyliła się ostrożnie nad dziurą, uważając, by samej tam nie wpaść.
– Zajęcza Łapo…? – miauknęła, z zaskoczeniem unosząc brwi, kiedy jej wzrok napotkał trudne do odczytania spojrzenie żółtych ślepi, łypiących na nią z samego dołu.

<Zajączku?>

[przyznano 5%]