BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruta x Betelgeza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruta x Betelgeza. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2024

Od Ruty CD. Betelgezy

— Bo jest dużo smaczniejsze niż to, co wy, przybłędy jecie! Najwyższej jakości! Nie każdy ma szczęście, by posmakować takich pyszności. Nie pytaj się głupio, tylko jedz. — Usiadła, oplatając swoje łapy ogonem. — Już ci mówiłam, nie brakuje mi jedzenia.
Ruta pokręciła główką, niezbyt przekonana, ale zaraz postawiła uszy, znowu patrząc na Bigos.
— A chcesz potem iść ze mną po kwiatki? Miałam właśnie jakichś poszukać! Wiesz gdzie jakieś ładne kwiatuszki rosną? Bo moje przecież zgniotłyśmy, i mi bez nich smutno i trochę samotnie, więc chciałam położyć jakieś przed doniczką, by wyglądała wesoło! — zakręciła ogonkiem, tuptając tylnymi łapkami w miejscu, spalając ekscytację. Była miło zaskoczona wizytą Bigos, nawet jeśli na początku troszkę się przestraszyła jej niespodziewanego przybycia. 
— No... Kwiaty to chyba ostatnia rzecz, jaką zajmowałabym się na twoim miejscu, ale skoro chcesz — wzruszyła barkami biało-czarna kotka — Nie przyszłam tu przecież po to, by siedzieć i się gapić na skrzeczące mewy — zaraz podniosła wzrok. — Czy wiem? Nie mam pojęcia, nigdy nie zwracałam uwagi, gdzie rosną. Nie miałam po co. Ale myślę, że mogę znać jedno miejsce…
— O, jakie, jakie? Jak nie pamiętasz, to możemy po prostu poszukać jakiegoś! To będzie nasze sekretne miejsce! — zerknęła szybko na kawałek mięsa przy jej łapach i znowu popatrzyła na nią

— Pamiętam... Pamiętam. To miejsce... Myślę, że... Spodoba ci się — odparła zaraz, patrząc przez ramię na rozciągające się przed nimi uliczki, a jej głos zdawał się dużo spokojniejszy, jakby czuła się bardziej komfortowo. Zaraz znów jednak zwróciła się do Kurz z typowym dla siebie tonem głosu. — No co tak się patrzysz, nie targałam ci tego przez pół miasta, żebyś teraz nawet nie spróbowała! Niektórzy to by się bili o skrawek tak dobrze przyrządzonego mięsa, a ty go masz przed samym nosem!
Kurz zerknęła ciekawsko w stronę w którą patrzyła Bigos, zaraz patrząc w dół.
— Ła! Dobrze, dobrze, już nie krzycz... — schyliła się i po jednym kąsku oblizała pyszczek — Naprawdę jest dobre! — zapiszczała, zaraz szybko pochłaniając całość — Dziękuję! Jesteś najlepszą przyjaciółką jaką spotkałam!... Właściwie to jedyną przyjaciółką, ale wciąż! 
Chciała jej dać tuli w podzięce, ale pamiętała swoją obietnicę, więc tylko wpatrywała się w nią wdzięcznymi oczkami.
— A nie mówiłam! Nic nie smakuje lepiej. Mam nadzieję, że po takim posiłku nie będziesz się wlec nieporadnie jak jakaś starucha. Więc teraz możemy ruszać?
Ruta oblizała dokładnie wąsy, wąchając ziemię w nadziei na jakieś okruszki, ale nic nie znajdując.
— Mhm! W którą stronę jest to miejsce które znasz? Daleko jest? Jakie kolorki kwiatków tam są? — zaczęła truchtać w stronę wyjścia z uliczki, oglądając się na Bigos.
— Zdecydowanie powinnaś zadawać mniej pytań — uznała i zaczęła iść do przodu, prowadząc, nieco pospiesznie, kotkę do obiecanego miejsca. — Zależy, czym dla ciebie jest "daleko", bo jak zdążyłyśmy się przekonać, szybkie i sprawne chodzenie nie jest twoją mocną stroną... I skąd mam wiedzieć, jakie tam są kwiaty? Mówiłam... Nie zwracam uwagi na takie rzeczy! Wiem tylko, że jest ich dużo. 
Przyspieszyła kroku, gdy znajdowały się już bliżej celu, nie obracając się nawet za siebie, by patrzeć, czy Kurz nadąża.
Koteczka szybkim marszem podążała za nią, wyciągając łapki daleko do przodu, i od czasu do czasu przyspieszając do truchtu by nadgonić dystans między nimi; próbowała jak mogła, ale co chwilę traciła biały ogon Bigos sprzed noska. 
— Hej, zwolnij troszeczkę! — zakwiliła, gdy kotka coraz bardziej się oddalała, mimo, że Kurz szła najszybciej jak umiała —Nie zostawiaj mnie tutaj samej! Nie chce znowu się zgubić! Przepraszam!
Bigos niechętnie zwolniła.
— Ćwiczenia naprawdę ci się przydadzą... — stwierdziła cicho, czekając, aż zdyszana samotniczka dotrze do niej. — Nie zostawiłabym cię tutaj. Zresztą, nie musisz się o to dłużej martwić. Jesteśmy na miejscu.
I mówiąc to, skierowała się, tym razem wolniejszym krokiem, do jednego z wielu ogrodzeń najróżniejszych miejskich domów. To było wysokie i drewniane. W niektórych miejscach drewno było stare i ciemne pod wpływem upływu lat, w innych zdawało się być w dobrym stanie. Poprowadziła Kurz wzdłuż płotu, aż nie dotarły do wyłamanej deski tworzącej niewielkie przejście, w które nie wcisnąłby się praktycznie żaden pies.
Ruszyła przodem i zniecierpliwiona czekała, aż Kurz wgramoli się niezgrabnie przez dziurę, a następnie przez niezwykle gęste krzewy, które obrastały przestrzeń za nią. Gdy kotki wyszły z zarośli, otworzyło się przed nimi dość duże, zarośnięte podwórze, które wyraźnie sugerowało, że od dawna nikt się tym skrawkiem ziemi nie zajmował. Trawa była gęsta i wysoka, a niewielki dom, który się przed nimi rozciągał, stary i zniszczony. Widocznie wiekowy i gruby dąb rosnący na środku był domem dla szpaków, których skrzeczące głosy przerywały ciszę. Tak, jak obiecała Betelgeza, rosło tu mnóstwo kwiatów o różnych kolorach i wyglądzie. 
— Widzisz? Mówiłam, że jest tu dużo kwiatów. No i nikomu nie przyszło do głowy, by się tu panoszyć! Rzadko kiedy można znaleźć takie miejsca niezajęte przez jakichś gburów.
— Ła! — Kurz stanęła na tylnych łapkach, chcąc jak najwięcej zobaczyć — Ale dużo, naprawdę miałaś rację! O, są różowe! — zachichotała i pobiegła w podskokach do upatrzonego miejsca, opowiadając przez bark:
— Wiesz, widziałam kiedyś ludzie kocięta. I one robiły z kwiatków takie okrągłe coś na głowy. Było bardzo ładne. Szkoda że my nie możemy zrobić tego łapkami — westchnęła — Jakbym mogła, to zrobiłabym ci taką... — rozejrzała się po kwiatkach — z tych czerwonych, o! Bardzo by ci pasowała!
— Nie słyszałam o czymś takim — odparła zaciekawiona, przekręcając łeb i nie spuszczając z oczu podekscytowanen towarzyszki. — Myślisz, że czerwony do mnie pasuje? — powtórzyła nieco zakłopotana. — Cóż, myślę, że tobie byłoby ładnie w białych lub różowych…
— Tak? Może, jeśli tak myślisz... Hm... Możemy zrobić takie coś na ziemi! — od razu zaczęła zbierać czerwone kwiatuszki, układając je blisko siebie w kółko — A potem wcisnąć kwiatki w futerka! Będzie im przykro jak je tak tutaj zostawimy!
Bigos chwilę milczała, by opuścić uszy, westchnąć głęboko i odpowiedzieć:
— Uh... No dobrze... Tak myślę... — mruknęła. Zaraz zaczęła zbierać kwiatki i choć z początku robiła to niechętnie, tak szybko przekonała się i uznała to zajęcie za nawet fajne - przynajmniej lżejsze od tego, co zazwyczaj musiała robić. Już po kilku chwilach uzbierała cały krąg białych i liliowych kwiatów.
— Ła! — zapiszczała Kurz radośnie, kiedy skończyła swoją pracę — Popatrz, tak to wyglądało! Tylko na ich łebkach! Myślę że byłyby też fajne na szyi albo łapkach, widzisz to? Tylko nie mamy jak ich połączyć… Ale! Popatrz, popatrz, wpleciemy ci je w sierść, bo masz ją dłuższą, więc pewnie jest jak moja, a w moją ciągle się coś wplątuje! Tylko musisz się trochę wtedy schylić…
Bigos popatrzyła na zebrane przez Kurz czerwone kwiaty o rozłożystych płatach. 
— Czemu kocięta Wyprostowanych miałyby wkładać sobie na głowy kwiaty? — zastanowiła się, przekręcając głowę, gdy patrzyła na kwieciste koło. — Myślisz, że będą mi pasować? — spytała, a następnie schyliła szyję z cichym parsknięciem, by Kurz mogła jej dosięgnąć.
— Może żeby wyglądać ładnie? Albo pachnieć? Albo dla zabawy! — wyliczała, w czasie grzebania wśród kwiatków za najładniejszymi, i ostrożnie obgryzając łodyżki, by można było je wplątać w futerko. — Mhm! Już mówiłam, że na pewno będą dobrze wyglądać! Ładnie się odznaczają na tle twojej sierści! — delikatnie pomogła sobie łapką w umieszczeniu kwiatka
— Wyglądać ładnie? Przecież Wyprostowani sami w sobie są szkaradni i wynaturzeni! Nawet nie mają futra i chodzą na dwóch łapach! Nawet kwiatki tego nie naprawią — stwierdziła pewnie. — Chyba nigdy nie nosiłam nic czerwonego... No, może oprócz sweterków, które robi moja Wyprostowana, ale one są brzydkie i niewygodne... W przeciwieństwie do tych kwiatów — zamruczała zadowolona, nie ruszając się, gdy Kurz wplątywała w jej sierść czerwone kwiaty. — Myślisz, że powinnam je częściej nosić?
— Tak! Jeśli ci się podobają i się w nich czujesz, oczywiście...? Mogę ci nawet je przynosić i pomóc w umieszczeniu ich! Nawet codziennie jak chcesz! — prawie podskoczyła w miejscu, szeroko uśmiechnięta i z wysoko postawionym ogonem.
— To odważna propozycja — stwierdziła, skrywając zadowolenie. Gdy Kurz wplątała jej ostatni kwiatek, kotka odnalazła wzrokiem najbliższą kałużę i przejrzała się w niej, wypinając dumnie pierś. — Hej! Wygląda prześlicznie! Kwiaty może są bezużyteczne, ale cieszą oko... — zamruczała i znów podeszła do Kurz, by tym razem zająć się dekorowaniem futra kotki. Starannie obgryzając kwiaty z łodyg. — Hmm, twoje jasne futro dobrze komponuje się z różem i bielą.
— Myślisz? Nigdy jakoś nie zwróciłam uwagi jakie kolorki mi pasują... — stała bezczynnie, próbując zdecydować czy powinna chlebkować czy kontynuować na wszystkich łapach, nie będąc pewną jak będzie wygodniej dla Bigos. 

<Geza?>

14 kwietnia 2024

Od Betelgezy CD. Ruty

 *still przed porwaniem Jafara, w dzieciństwie*

Od ostatniego spotkania z Kurz minęło trochę czasu - nie zbyt dużo, ale wystarczająco, żeby znów odwiedzić kotkę. Wprawdzie mimo swojego irytującego obycia, gadatliwości i słodko-pierdzącego charakteru, pointka miała w sobie coś urokliwego. Być może była to ta gruba warstwa niewinności, która była dla Gezy miłą odskocznią od codziennych problemów i wygórowanych wymagań rodziców, którym w żaden sposób nie można było sprostać. A może coś innego? Vanka nie chciała się nad tym zastanawiać.
Spostrzegła towarzyszkę dość szybko. Siedziała na środku alejki, rozglądając się ciągle na boki, jakby czegoś (lub kogoś) wypatrywała. Gdy tylko dostrzegła zbliżającą się do niej gangsterkę, jej oczy rozszerzyły się, a ta podbiegła jej na spotkanie. Była już gotowa jej podbródek czołem na powitanie, ale jakby w ostatnim momencie zatrzymała się, nim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch w jej stronę. Betelgeza nie musiała nawet się zastanawiać, żeby wiedzieć, jak dużą ulgę z tego powodu poczuła - nie przepadała za... uhm, kontaktem z ledwo co poznaną osobą, zwłaszcza, że Kurz była dość... problematyczna w tej kwestii. Dlatego też Geza zachowywała wyraźny dystans, zatrzymując się gwałtownie, gdy była wystarczająco blisko Kurz, która natychmiast się z nią przywitała:
— Bigos! Cześć! W końcu przyszłaś! Czekałam! Szkoda, że nie wiedziałam kiedy się spotkamy, niedawno mama Seraf przyniosła mi jeść, jakbym wiedziała, że będziesz, to bym ci je zostawiła!
Cóż, jej jedzenia akurat nie brakowało. Sama myśl o tym, że mogłaby go nie mieć, była jakaś dziwna i obca. Nie wyobrażała sobie nawet takiej możliwości i czasem zapominała, że inni nie mieli takich wygód.
— Nie sądzę, żebym potrzebowała jedzenia — odparła, a następnie prześwidrowała kotkę oceniającym spojrzeniem od góry do dołu. — A ty za to jesteś prawie jak kupka kości i skóry... Mam nadzieję, że nie dzielisz się swoim jedzeniem z innymi przybłędami.
Kurz może i była na swój sposób urocza, ale jej naiwność była denerwująca. Vanka czuła, że ta byłaby w stanie oddać cały swój życiowy dorobek jakiemuś zapchlonemu przybłędzie. Przecież ktoś tak łatwowierny w mieście nie ma szans na przeżycie!
— Może czasami, czemu nie miałabym się dzielić? Są moimi gośćmi! — przekrzywiła główkę — O właśnie! Bigos, popatrz, popatrz! — energicznie obskoczyła kółko wokół niej, zaraz skręcając ku głębi alejki. Zatrzymała się przy ciemnym przedmiocie. — Ludzie to tutaj zostawili! Jest lepsze niż karton, nie przesiąka wodą! Mama Seraf pomogła mi to przetoczyć za ten kamień żeby się nie turlało, mówi że to doniczka, taka na kwiatki, ale żeby były ładniejsze, więc taka druga doniczka, taka duża! I śmiesznie się w niej siedzi! Chodź! Zmieścimy się obie!
Nie czekając, Kurz pobiegła do wspomnianego miejsca. Przecisnęła się przez szczelinę ograniczającą dostęp do schronienia i kuląc się na samym jego końcu, oczekująco patrzyła w wejście. 
— No nie wiem, może dlatego, że ledwo tobie samej starcza?? — spytała, mocno akcentując pytanie. 
Po tych słowach Betelgeza oczywiście podążyła za nią, początkowo niechętnie, ale zaraz przekrzywiając głowę z zainteresowaniem. No cóż... Gnicie na dole miastowej hierarchii musiało objawiać się mieszkaniem w jakichś obskurnych pozostałościach po Wyprostowanych, których Kurz nazywała "ludźmi". Ale mimo to takie... schronienia wciąż miały w sobie coś ciekawego, coś nowego i dotąd jej nieznanego. Zanim weszła do środka za koleżanką, dotknęła łapką doniczki, badając ją, jakby była czymś dziwnym i dotąd niespotykanym. 
— Huh, to trochę specyficzne miejsce na spędzenie reszty życia — stwierdziła. Weszła do środka, choć wzdrygnęła się na myśl o brudzie oraz konieczności siedzenia w ściśnięciu z drugą osobą. — Tylko się do mnie nie tul. Trochę to dziwne miejsce do spania każdej nocy. Ale z pewnością lepsze niż karton...
Kurz przewróciła się na grzbiet z radosnym chichotem, smagając się własnym ogonem po pyszczku i łapkami ugniatając powietrze, wyraźnie podekscytowana nowym miejscem i towarzystwem. 
— Oczywiście! W kartonie deszczyk kapał mi na główkę! I wcale nie jest dziwne! Mama mówi że jest naprawdę rzadkie i mam szczęście!
Więc to było dla pospólstwa rzadkością? Więc w czym musieli spać samotnicy, którzy tego szczęścia nie mieli? Wolała nawet nie myśleć. Nie wyobrażała sobie innego miejsca do spania niż miękkich, jedwabnych czy aksamitnych posłań. 
—  No cóż, musicie korzystać z tego co macie... Tak myślę — mruknęła, wąchając niepewnie ściany doniczki, tym razem od wewnątrz, i krzywiąc się zaraz. — Ale wciąż nie przywykłam do tego typu... eee... schronień? Nie myślałyście o tym, żeby poszukać jakiejś... Nie wiem, piwnicy Wyprostowanych? W mieście jest dużo opuszczonych domów. Chociaż... Hm, to zły pomysł,  tam zawsze grasują bandy drani. Zajmują podobno najlepsze miejscówki.  Nie wiem, nigdy nie miałam potrzeby, żeby się tam panoszyć. Jakbyś się tak nie bała wszystkiego, to może miałabyś szansę przejąć schronienia gangów. Słyszałam, że tam się ciągle ktoś z kimś leje. Musisz być twarda, Kurz.
— Mówiłam już, że nie mogę odejść stąd zbyt daleko, bo mama mnie nie znajdzie. — wyjaśniła cierpliwie pointka, spojrzeniem uważnie śledząc swój ogon — I nie chcę nikogo wyrzucać z jego domu! To byłoby niemiłe. Szczególnie, jakby oni mieli mnie pobić. Nie brzmi to fajnie!
Tak... zdecydowanie była zbyt naiwna i zbyt życzliwa dla samotników. Nie wiedziała, jak żyć, by przeżyć, co było dość dołujące.
— Zawsze mogłabyś z matką pójść. Nie widzę problemu — rzuciła Betelgeza, wzruszając barkami, jakby było to co najmniej równie proste co wysunięcie pazura. — Słuchaj, wiem, że przynosisz wszędzie radość, szczęście i takie tam, ale czasem to jedyna opcja — zaznaczyła, nagle rozciągając się i rozpychając w doniczce prawie jak we własnym domu. —  Kiedyś musisz zawalczyć o swoje miejsce, bo wygnają cię aż na sam koniec miasta. Wątpię, żeby komuś zależało na donicy, ale gdybyś się tylko dorobiła czegoś bardziej... Wystawnego, uwierz mi, trzy uderzenia serca i ktoś by ci to ukradł.
Kurz jednak zdawała się nieprzekonana.
— Ale skąd bym miała się dorobić? I nie chcę nic tracić, a jak mam tylko doniczkę, to jestem bezpieczna, tak mówisz! I nikt nie zrobi mi wtedy krzywdy. I co byłoby złego w końcu miasta? Poza tym, muszę tu zostać, bo nie mam jak powiedzieć mamie gdzie pójdę!
W jej słowach było trochę racji. W mieście jeśli coś masz, to jesteś celem innych, którzy będą próbowali ci to odebrać. Nie da się być w posiadaniu czegoś i jednocześnie trzymać się z dala od intryg. A jeśli nie masz nic... Nie masz nic do stracenia, nikomu nie zależy na tym, by cię atakować, podkopywać ci reputację czy działać na twoją szkodę. Ale czy naprawdę takie życie w cieniu było czymś fajnym? Geza w to wątpiła. Nie potrafiłaby tak żyć, na uboczu, nie walcząc o swoje, ustępując wiecznie innym. 
— W ten sam sposób, w jaki dorobiłaś się doniczki! — wyjaśniła. — Przypadkiem, może jakimś trafem. Poza tym, nie musisz przecież nikogo zabijać. Większość z nich to tchórze, mówię ci.  Albo idioci. Zawsze możesz im coś zaproponować! Jak... Nie wiem właściwie, co ty tam masz, chyba niezbyt wiele. Ale część z nich pewnie przystałaby na wymianę. Sami ledwo wiążą koniec z końcem — na jej następne słowa przekrzywiła głowę, spoglądając na nią spode łba. — Naprawdę nie zależy ci na tym, żeby żyć trochę... Bardziej dostatnio? Wiesz, nie nalegam na nic, ale miasto oferuje więcej niż doniczkę. A co do obrzeży miasta, cóż... Im dalej, tym bardziej biednie. I więcej zbirów się tam kryje.
— Oh, nie chcę więcej zbirów. — posmutniała — Ale nikt się mnie nie przestraszy! Mama mówi że jesteśmy tylko kotkami i nic nie zrobimy, bo nie potrafimy walczyć. I nie mam co im zaproponować oprócz tuli! I mi tutaj dobrze, skoro mama mnie tu na pewno znajdzie.
Geza natychmiast zesztywniała, a jej spojrzenie zdawało się przyszpilające. Jednak nie była widocznie zła na Kurz - we wzroku, który kierowała w przestrzeń, odbijała się frustracja. Słowa Kurz zadziałały na nią jak płachta na byka - Betelgeza zawsze nienawidziła tego, w jaki sposób kotki były w mieście postrzegane, w jaki sposób wiele z nich kończyło, jeśli miało odrobinę nieszczęścia włóczyć się w pojedynkę na ulicach. Matka udowodniła jej, że kotki też mogły być silne, że były czymś więcej niż głupimi, słodkimi marionetkami. Zasłynęła legendą, prawdziwą legendą, i budziła strach. Betelgeza chciała być jak ona.
— Tylko kotkami — powtórzyła i wreszcie spojrzała na Kurz. — Nie mów w ten sposób nigdy więcej. Już dość się tego nasłuchałam — syknęła, wysuwając pazury. — To pierwsza myśl, która pojawia się w głowie miejskich kotów, gdy widzą kogoś takiego jak ja czy ty. Myślą, że mogą robić co chcą, bo nie jesteśmy w stanie same się obronić! — jej głos obniżył się znacząco. — Nie powinnaś udowadniać im, że mają rację. Nie jesteś słaba... — zaraz przerwała i pokręciła głową. — Nie, jesteś, ale możesz być silniejsza od nich wszystkich. Musisz nauczyć się walczyć, Kurz.
— Nie ma mnie kto nauczyć — wywróciła oczami, widocznie nieprzekonana — i to wciąż niemiłe! Nie chcę z kimś walczyć, bo oboje będziemy mieć auć auć! Ale dobrze, więcej tak nie powiem. Nie chcę żebyś była smutna!
— Jak to nie? A kto tu z tobą siedzi w tej cuchnącej doniczce? — teraz Geza nieco się rozluźniła, pozwalając sobie na pół-żart. — Słuchaj, czy tego chcesz, czy nie, musisz ćwiczyć. Zrób to dla mnie. Przecież bardzo ci na mnie zależy, prawda? — zamrugała, wymuszając na sobie błagalne spojrzenie. — Mogę przekazywać ci to, czego sama się uczę! To wcale nie jest tak ciężkie — po tych słowach westchnęła lekko. — No cóż, tutaj każdy robi sobie "auć auć". Trzeba umieć sobie poradzić. A jeśli już naprawdę nie chcesz walczyć, to znajdźcie sobie jakiegoś kocura, który was ochroni. Jak ładnie wyglądasz to nie jest to takie trudne. — przeciągnęła się. — Nie, żebym się martwiła, nie wyobrażaj sobie zbyt dużo. To po prostu dobra rada.
— Oczywiście że zależy mi na mojej przyjaciółce! — stwierdziła jakby to było oczywiste — Jak ci tak na tym zależy... To mogę... Tylko bez robienia sobie nawzajem krzywdy! Chociaż... Mogę chyba zaczepić jakiegoś przechodzącego kota i spytać czy umie walczyć, mogę mu dać tuli jak będzie nas bronił!
—  Właśnie taką odpowiedź chciałam usłyszeć! — uśmiechnęła się promiennie, jakby właśnie na takie słowa liczyła. — Słuchaj, wystarczy, że wytarzasz się w intensywnie pachnących kwiatach i przemyjesz w jakiejś kałuży. Mówię ci, o cokolwiek byś nie poprosiła, zgodziliby się natychmiastowo. Skoczyliby dla ciebie wprost pod Potwora Wyprostowanych. Moja mamusia mówiła, że głupieją na widok ładnych kotek — odparła. — No a ty... Należysz do takich, tak mi się wydaje — zakaszlała zaraz, odwracając wzrok.
Kurz drgnęła niepewnie, chowając nosek w futerku na szyi, zawstydzona. To z kolei wprawiło Gezę w jeszcze większe zażenowanie.
— Wcale nie jestem ładna... I wcale nie zgadzają się teraz, to czemu mieliby potem? Poza tym, mama wciąż by była narażona, bo musi szukać jedzenia, a to nie byłoby sprawiedliwe. — mruknęła w sierść — I mama nie lubi kocurów, mówi, że robią zazwyczaj kotkom krzywdę, na pewno nie byłaby zadowolona. Ale jeśli wolisz ten pomysł od nauczenia mnie, mogę spróbować...
— Nawet to nie jest takie proste. Tak myślę — odparła. — Trzeba być wyjątkowo uroczym! No i, może znajdujesz niewłaściwe kocury. Im bardziej zajęci są własnymi problemami, tym mniej będą chętni, by ci pomóc i tutaj nawet wygląd nie pomoże. A próby wkupienia się w łaski kogoś... Bardziej wpływowego jest dość ryzykowne — stwierdziła niezadowolona. — Twoja mama ma rację, ale czasem się przydają. Jeśli nie będziesz się poddawać po pierwszych lepszych porażkach, to mogę cię uczyć! Mi też się to przyda. Niejedną osobę pewnie będę czegoś uczyć... — dodała zamyślona. — A tak będę miała doświadczenie!
— Oh, czyli jednocześnie ja będę pomagać tobie! To dobrze, bo już się martwiłam, że nie mam czym się odwdzięczyć skoro nie chcesz tuli! Ale nie wiem czy cię nie zawiodę... Pewnie okażę się za słaba. Ale spróbuję się nie poddać! — machnęła łapką w górę, i odwróciła główkę by ziewnąć. 
— No mam nadzieję! — miauknęła, czując przypływ energii. — Ostatnim razem bardzo szybko wymiękłaś. Wiem, że stać cię na więcej. Tylko musisz więcej jeść! Prawie ci widać szkielet przez futro. Następnym razem może coś ci przyniosę.
— Ah, nie możesz, musisz sama jeść! U mnie to normalne że tak słabo się czuję!
Betelgeza machnęła łapą lekceważąco, zbywając towarzyszkę.
— Daj spokój, widzisz, żeby mi czegoś brakowało?  Mam wystarczająco jedzenia dla siebie, żeby się podzielić. Poza tym nie będę mogła cię uczyć, jeśli będziesz mi się wykładać po kilku uderzeniach serca.
— Nie wiem czy więcej jedzenia pomoże, ale skoro tak twierdzisz, to ci wierzę... Tylko jak już nie będziesz mieć wystarczająco, to mi nie przynoś! Poradzę sobie. — znowu schowała nosek w futerku, chowając też krótkie ziewnięcie. 
Betelgeza nie sądziła, by w najbliższym czasie nie miała go wystarczająco. Kurz najwidoczniej nie znała życia innego niż w głodzie.
— Ha! To mi raczej nie grozi — zażartowała, a jej wąsy zadrżały.
— Ale jakby się tak zdarzyło! Obiecaj mi to! — pointka zamachała ogonem, w czasie gdy główka jej opadła na uderzenie serca.
— W porządku, obiecuję — odparła Geza mimo wszystko, choć nie zdawała się szczególnie przejmować tymi słowami. Gdy poczuła, że głowa Kurz lekko ją dotyka, niemal niezauważalnie odsunęła się. — Chyba powinnaś się zdrzemnąć — mruknęła, spuszczając wzrok gdzieś, gdzie nie napotkałaby spojrzenia towarzyszki.
Kurz ziewnęła głęboko i po raz kolejny, na siłę otwierając zamykające się powieki. Przytuliła swój ogon, co Gezie zdawało się na moment... specyficzne, ale najwyraźniej dawało jej to jakiś komfort.
— Wiesz, chyba masz rację, troszkę chce mi się spać... Zdrzemnę się chwileczkę. Możesz też... — na chwilę przerwała, a głowa jej opadła, by znowu się podnieść — Albo przynajmniej nie idź nigdzie, proszę... — tym razem już nie dała rady otworzyć oczu i zapadła w sen.
Geza odetchnęła ciężko, przymykając powieki i intensywnie zastanawiając się nad odpowiedzią. Może i była wychowywana w standardach gangsterki, ale wciąż nie miała serca zostawić tutaj kotki, która potrzebowała jej obecności. W końcu rozłożyła łapy.
— Dobrze. Nie pójdę — odparła cicho, gdy Kurz była już w głębokim śnie. Cały czas wpatrzona w wejście, jej temperament nakazywał jej chronić je obie przed możliwym niebezpieczeństwem. W tym momencie Betelgeza była stróżem, który czuwał nad swoim podopiecznym i gotów był zabić wszystko na swojej drodze, by go ochronić.

* * *
Wyprostowana rano przyszykowała im bardzo dobre, doprawione jedzenie. Betelgeza używając zdolności, których uczyła ją wciąż matka, starała się wyjść z domu z kawałkiem przygotowanego mięsa, by zanieść je przyjaciółce. W końcu jeśli miała się czegoś nauczyć, musiała w tych swoich wiotkich mięśniach mieć trochę tłuszczu, a była chuda prawie jak patyk. A poza tym... Nieco martwiła się o stan jej zdrowia.
Z daleka dostrzegła już Kurz, ale nie poinformowała o swojej obecności. Zamiast tego jak cień przesunęła się między budynkami i chcąc w pewien sposób poćwiczyć to, czego nauczyła ją matka, zaskoczyła Kurz od tyłu.
— No cześć! — miauknęła niespodziewanie, upuszczając aromatyczne żarło u swoich łap.
Kurz pisnęła najeżona po końce sierści, przypominając przez to okrągłą kulkę. 
— Ła!
Zaraz odwróciła się w stronę dźwięku z podskokiem. 
— Bigos! Hejcia! — opuściła sierść, wpatrując się w pyszczek kotki
— Powinnaś zobaczyć swoją minę — parsknęła Betelgeza i nie czekając chwili dłużej, podsunęła kotce kawałek mięsa. — Patrz, przyniosłam dla ciebie. Jesteś chuda i słaba, powinnaś się lepiej odżywiać. To od mojej Wyprostowanej! Nie wiem co ty tam jesz, mięso z martwych szczurów albo jakieś pozostałości po Wyprostowanych, ale to jest dużo lepsze!
— Huuuh? — schyliła główkę, ruszając noskiem — Ojejku, jakie dziwne. Nigdy czegoś takiego nie widziałam, na pewno mogę to zjeść? A ty nie jesteś głodna?
— Bo jest dużo smaczniejsze niż to, co wy, przybłędy jecie! — przekonała ją. — Najwyższej jakości! Nie każdy ma szczęście, by posmakować takich pyszności. Nie pytaj się głupio, tylko jedz. — Usiadła, oplatając swoje łapy ogonem. — Już ci mówiłam, nie brakuje mi jedzenia.

<Dziewczyno?>

09 kwietnia 2024

Od Ruty CD. Betelgezy

 —  To tutaj. Moja matka twierdzi, że na ten moment skakanie po dachach jest dla mnie zbyt ryzykowne. Drzewa... cóż, nie są może najbezpieczniejsze, ale raczej nie powinny zabić. Co najwyżej połamać kości. Nie tak źle, co?
Kurz przekrzywiła główkę, mrucząc w zamyśleniu.
— Um... Brzmi niezbyt miło...? Ale możemy spróbować! Tylko, czy twoi rodzice nas tutaj nie znajdą? Mówiłaś, że mnie nie polubią...
— Nie słuchasz mnie... — mruknęła. — Powiedziałam, że mój ojciec rozszarpałby cię na strzępy, gdybym powiedziała mu, że polizałaś mnie po nosie. Moja mama mówi, że mogę zadawać się z kim chcę, dopóki nie będę słaba lub dopóki nie będą to wrogowie rodziny. Nie jestem słaba, a ty nie podpadłaś mojej rodzinie. Proste —  wzruszyła ramionami. Nie czekała na odpowiedź, a od razu wdrapała się na pień drzewa, znów czując się jak we własnym żywiole. Kotka zaczęła wspinać się po długim pniu, a potem po gałęziach.
Kurz tworzyła pyszczek by obronić się, że słucha, ale kotka już skoczyła na górę i szybko zniknęła w gałęziach, w czasie gdy ona dopiero co oparła się o pień, goniąc ją. 
— Łaaa! Bardzo dobrze ci to idzie! — powiedziała z zachwytem, nim zaczęła się powoli wspinać na górę.
— Dzięki! Ćwiczyłam! —  zawołała z góry z dumą rozpierającą jej serce. — Mam to po mamie. 
Kurz obserwowała z dołu jak Bigos zaczęła wędrować po jednej z grubszych gałęzi i dotarła na kraniec i choć z początku się zachwiała, a jedna jej łapa niebezpiecznie zetknęła się z brakiem oparcia, udało jej się wskoczyć na gałąź drugiego drzewa. Odwróciła się przez ramię, patrząc na Kurz.
Koteczka była prawie na najniższej gałęzi, gdy zaczęła czuć, jak drżą jej mięśnie od wysiłku. Zacisnęła ząbki, nie chcąc się jeszcze poddawać. Czasami tak przecież miała, gdy trochę za bardzo się poruszała. Miała wrażenie, że jako mały kociak, jeszcze z pierwszą mamą, miała więcej siły na wspinanie się. Zdołała dotrzeć z bólem do gałęzi sprawdzonej przez przyjaciółkę, a gdy stanęła na niej, widziała, jak trzęsą jej się łapy i wbiła pazurki w korę.
— Jak się będziesz trzęść to prędzej spadniesz — prychnęła Bigos. — Na tym polega sztuka wspinania się. Żeby się nie bać. No dalej, nie bądź tchórzem, nic ci się przecież nie stanie! — przekrzywiła głowę, uśmiechając się półgębkiem.
— Nie boję się! To tak samo! — prawie zapłakała, teraz  faktycznie przestraszona wizją spadnięcia i złamania łapki przez to drżenie. — Czasami tak mam. — wyjaśniła już ciszej, nie wiedząc czy kotka ją usłyszy, i przywarła brzuchem do gałęzi. Zawsze po jakimś czasie przestawało jak odpoczęła. Musiała tylko poczekać.
— Tylko się nie ociągaj, nie mamy całego dnia, — miauknęła niezadowolona Bigos, patrząc z politowaniem na Kurz, która wyraźnie nie radziła sobie z zadaniem.
— Teraz nie chcę! — wypiszczała, tuląc się do gałęzi. — Poza tym, mówiłaś że mamy dużo czasu!
— Bo mamy, ale wciąż, nie chcesz chyba siedzieć na tej gałęzi całą wieczność? — parsknęła i pokręciła wreszcie głową. —  Najwyraźniej jesteś zbyt lękliwa. No, nie patrz się tak, tylko przenieś ciężar na tylne łapy. Musisz być lekka jak piórko i mieć siłę, by się odbić. I przestań patrzeć w dół, bo z twoją odwagą to jeszcze spadniesz i się połamiesz. Ogon musisz mieć na wysokości swoich barków, żeby utrzymywał ci równowagę. I skacz! To nie takie trudne!
Przełknęła ślinę, załzawionymi oczkami wpatrując się w następną gałąź. Wydawała się zbyt daleko na jej słabe łapki, nawet gdyby te się tak nie trzęsły. 
— A jak nie mam siły by tak daleko się odbić?
— Nie przesadzaj, na pewno masz. Im więcej myślisz, tym bardziej nie chcesz czegoś zrobić. Więc po prostu nie myśl, tylko rób!
Spojrzała za siebie, ale cofnięcie się też wydawało się niemożliwe. I nie chciała zepsuć zabawy nowej koleżance. Powoli wykonała jej instrukcję,  przesuwając się odrobinę dalej. Poprawiła trochę tylne łapki, kręcąc kuprem by poprawić posturę  i skoczyła, wyciągając się jak mogła, byle móc złapać się następnej gałęzi
Prawie jej się udało i już serduszko głośniej jej zadudniło, gdy przednimi łapkami dotknęła następnego drzewa, tylko by… spaść. Na szczęście instynkt zadziałał i wylądowała na czterech kończynach. Zaraz jednak położyła się na ziemi, ciężko oddychając i czując jak nadal drżą jej mięśnie pod skórą, teraz dodatkowo ze strachu.
Kurz trochę podniosła oczka, przez dudniące serduszko nie słysząc jak Bigos nagle złapała powietrze z zaskoczenia, ale widząc że kotka patrzy na nią z góry, następnie schodząc w dół. Zeszła i podeszła do koteczki, z początku lekko zmartwiona, ale gdy zobaczyła, że nic większego jej nie jest, jej ekspresja zmieniła się.
— Co to miało być? — chuchnęła zaskoczona. — Prędzej czy później musisz się tego nauczyć. Gdyby gonił cię jakiś pies, już byłabyś martwa — zauważyła.
— No to bym była. — sapnęła, chowając oczy pod łapą. — I umiem! Przynajmniej trochę... Po prostu jak za dużo się wysilę to drżę! Nie mogę nic z tym zrobić! — wytłumaczyła, by koleżanka jej nie strofowała i nie uznała jej za niewartą, by nie wrócić nigdy więcej w odwiedziny.
— Naprawdę jest aż tak źle? — mruknęła. — Nie możesz się poddawać tylko dlatego, że twoje ciało jest słabe! Moja mama mówi, że nawet najbardziej słabego kota da się naprawić, jeśli dużo ćwiczy! Ty też powinnaś.
— Nie umiem! — schowała główkę w łapkach
Bigos wydała z siebie głośne stęknięcie. 
— Uch, nie przesadzaj. Twoje ciało musi się po prostu przyzwyczaić do wysiłku. Mi na początku też było ciężko!
— To mi pomożesz! — uniosła nagle głowę z determinacją.
—Uhhh,  niech ci będzie — mruknęła cierpiętniczo, na moment wędrując gdzieś wzrokiem. — Ale nie oczekuj, że będę ci odpuszczała! Jeśli chcesz żyć w mieście bezpiecznie to nie możesz sobie pozwolić na odpoczynek!
— Tak długo jak będziesz ze mną, mogę to robić! — podniosła się chwiejnie z ziemi
Bigos uniosła brew, wyraźnie coraz bardziej zadziwiona tym, jak bardzo socjalna była ta niewinna, trochę przygłupia, ale urokliwa duszyczka. 
— Więc musimy zacząć od ćwiczenia twojej wytrzymałości! Musisz wejść na jakąkolwiek gałąź i wytrzymać na niej wystarczająco długo bez spadania! No dalej, na jakąś niską, żebyś się nam nie zabiła przypadkiem, bo trochę szkoda by było.
Skrzywiła się na te słowa i spojrzała w dół, na swoje łapki. Zerknęła znowu na Bigos, jakby z nadzieją, że ta wycofa swoje słowa, ale w końcu wzięła głębszy wdech i podeszła do drzewa. Przygotowała się do skoku z lekkim pokręceniem kuperkiem i za chwilę przyczepiona była swoimi małymi pazurkami do kory, nie ruszając się dalej.
— No! Dalej! Musisz się odepchnąć tylnymi łapami — poinstruowała ją kotka zniecierpliwiona. — A potem bardzo szybko wejść po korze na gałąź!
Znowu ciężko złapała oddech i odepchnęła się, ale wyszło to bardziej jakby kopała się z drzewem. Utknęła w dziwnej pozycji z prawie wyprostowanymi tylnymi łapami. Nie wiedziała co ma teraz zrobić i oglądnęła się na koleżankę błagalnie. Bigos z trudem powstrzymała śmiech, choć ciche parsknięcie i tak wydobyło się z jej klatki piersiowej. 
— Dobra, zejdź, złapię cię jak spadniesz. Musisz spróbować z rozbiegu!
— Na pewno mnie złapiesz? — upewniła się, powoli poruszając jedną łapką w dół.
— Jak mówię, że złapię, to złapię — przewróciła oczami poirytowana. — Nie pytaj się głupio, tylko schodź.
— D-dobrze, to schodzę... — cofnęła tylną łapkę, szukając pod nią oparcia, a gdy je znalazła, próbowała przesunąć przednią do dołu, ale gdy wypuściła już pazurki z kory, własny ciężar pociągnął ją do tyłu, rozciągając jej wciąż wczepioną w drzewo kończynę, aż ta też puściła, a z jej pyszczka wydobył się przestraszony pisk — Ła!
Kotka złapała Kurz, tak, jak obiecała, choć gwałtowny spadek nieco ją zaskoczył i nie przygotowała się tak, jak powinna. Próbowała podtrzymać Kurz przed upadkiem, ale ciężar ciała kotki podczas spadania był na tyle duży, że młoda nie zdołała go utrzymać i obie runęły na ziemię z bolesnym stękiem.
— O! Złapałaś mnie! Dziękuję! — zachichotała bez krzty sarkazmu w głosiku Kurz, a zaraz przerwała, by krótko ziewnąć.
— Chyba mamy różne definicje złapania kogoś — mruknęła sfrustrowana. — Co, już się zmęczyłaś?
Koteczka podniosła się na słabe łapki i znowu ziewnęła, pochylając głowę by chociaż trochę to zakryć. 
— Chyba... Chyba chcę już do domu. To była długa przygoda. — stwierdziła cicho gdy zamknęła już pyszczek z tamtego odruchu. Wcale nie było tak późno, ale zdarzało jej się dużo spać. Pewnie dlatego, że ciągle rosła. Rozglądnęła się na boki, nie będąc pewną gdzie ma się kierować.
— Nigdy nie odeszłam tak daleko... Moja mama mogła się w tym czasie pojawić! — przypomniała sobie, odrobinę panikując.
— Czego się tak boisz? Nie rozpłynęła się w powietrzu przecież — zauważyła Bigos z rozbawieniem. — Nawet nie zdążyłyśmy się rozkręcić! Faktycznie słaba jesteś, ale pewnie da się to jakoś naprawić. Odprowadzę cię do... domu, czy gdziekolwiek ty mieszkasz. Bo chyba pamiętasz, jak do niego dojść z tamtego miejsca, z którego tu przyszłyśmy, prawda?
— Tak, tam właśnie jest mój dom! Dziękuję że chcesz mnie odprowadzić! Chodźmy, chodźmy! Musisz też zapamiętać gdzie to, by mnie odwiedzać!
— Mhm — mruknęła pod nosem nowa koleżanka, a zaraz jakby pod wpływem myśli otworzyła szerzej oczy. — Zaraz, ty mi ufasz na tyle, że chcesz pokazać mi, gdzie mieszkasz?
— Eh? Czemu mam ci nie ufać? Jesteś moją przyjaciółką! Poza tym, mówię, że już tam obok byłaś! A teraz chodźmy proszę. Troszkę źle się czuję…
Bigos postanowiła nie zadawać więcej pytań i ruszyła do przodu, z początku zbyt szybko. Próbowała początkowo nadążyć za kotką, ale coraz bardziej miała wrażenie, że czas płynie wolno, a ona idzie ciągle w miejscu, z coraz cięższymi łapkami. Dopiero, gdy Bigos zauważyła, że Kurz strasznie się wlecze, zwolniła tempo.
— Wyglądasz, jakbyś zaraz miała paść.
— Po prostu chcę już do domu... — westchnęła, kryjąc za tym głębszy wdech.
— Uhh, nie mdlej mi tu teraz, bo będę musiała cię ciągać do domu — westchnęła cierpiętniczo starsza, choć nuta czegoś w rodzaju... zmartwienia? Zabrzmiała w jej głosie. Otaksowała spojrzeniem kotkę, jakby miała nadzieję, że ta zacznie iść do przodu, ale widząc, że wyraźnie sobie z tym nie radziła, wypuściła powietrze z płuc i podeszła do niej, podpierając jej bok. — Nie jest aż tak daleko, wytrzymaj choć trochę.
— Jeszcze nigdy nie zemdlałam! — obroniła się, ale mocniej przywarła do jej boku, ciesząc się nieświadomie z bliskości innego kota. Nagle zadrżała — Skoro cię dotykam, to znaczy, że już mnie nie odwiedzisz?
Kotka zamknęła na moment powieki, gdy młodsza patrzyła na nią bez przerwy, z rozszerzonymi źrenicami. Wreszcie odparła:
— Teraz robię to z własnej woli, Kurz. To duża różnica.
— Oh. To dobrze, już się zmartwiłam! — podniosła na chwilę ogon, wyraźnie szczęśliwa
— Zdążyłam zauważyć — odparła. Szła powoli i ostrożnie, choć widocznie się niecierpliwiła. — Mam nadzieję, że mówisz prawdę z tym niemdleniem, bo już samo chodzenie twoim tempem jest nieznośne, a co dopiero targanie twojego ciała... Chociaż nie możesz ważyć aż tak dużo, twoje nogi są jak patyki. Ale wciąż.
— Wcześniej się przewróciłaś razem ze mną... — przypomniała, wpatrując się w nią, jakby z podziwem mimo wypowiedzianych słów, po chwili zawstydzając się i patrząc po okolicy, która wydawała się już znajoma.
Uszy kotki z zainteresowaniem podniosły się na sztorc, ale ona sama obróciła głowę lekko zażenowana. Po krótkiej ciszy w końcu znów przemówiła:
— To całkiem spokojne miejsce... Jak na miasto — mruknęła bardziej po to, by przerwać moment niezręczności.  — Nic dziwnego, że tu przeżyłaś. Choć to wciąż zaskakujące.
— Mhm! Chociaż nie mam porównania... Ale większość kotów po prostu tędy przechodzi i idzie dalej. I nie ma ich zbyt dużo. Trochę jest samotnie... Byłoby fajnie, gdybyś tu zamieszkała! Mogłybyśmy spędzać czas razem... Chociaż jak moja mama wróci i mnie zabierze, to zostałabyś sama, to lepiej nie! Ale jak będziesz mnie odwiedzać to będzie też super!
— Wciąż niczego nie obiecuję, ale... — opuściła barki. — Może jeszcze przyjdę. Podkreślając może. A co do zamieszkania... Nie zrozum mnie źle, ale tu jest dość obskurnie. Bardzo. Nie wiem jak możesz wytrzymywać w tak brudnym miejscu. Dom mojego ojca jest czysty i duży, a tu... Cóż. Śmierdzi.
— Muszę tu czekać, żeby mamy wiedziały gdzie jestem! Gdzie indziej miałabym pójść, żeby mogły mnie znaleźć? — Kurz zapytała, defensywnie.
— Mówię... Ogólnie. Niezależnie od miejsca, na ulicach jedzie zdechłym kotem — miauknęła. —  Mówiłaś coś, że twoja matka mieszkała kiedyś u Wyprostowanych? Czemu nie została? Miałaby wszystko pod nosem.
Kurz przekrzywiła głowę. Mama u ludzi… Ah, mama Seraf. Uniosła ogonek, bo zawsze była szczęśliwa by opowiadać o swoich mamach.
— Nie wiem, mówiła coś, że wzięli ją z domu i ją tutaj zostawili. Poza tym, praktycznie nie czuję już tego zapachu! Można się przyzwyczaić!
— Wiesz, to chyba nie dla mnie — prychnęła Bigos. — Mogę chodzić po okolicach, ale nie wyobrażam sobie tu mieszkać — stwierdziła. — Czemu Wyprostowani mieliby kogokolwiek zostawić? Oni są po to, by nam usługiwać. Wyprostowana mojego ojca w życiu by się go nie pozbyła.
— Mhhm — ziewnęła — nie wiem, może już jej nie kochali... Ale ja ją bardzo kocham! Oh! Tam jest moja alejka! — trochę energiczniej przebierała chwilę łapkami, by po kilku kroczkach znowu zwolnić.
— Uważaj, żeby cię tam co nie zabiło po drodze — powiedziała, przypatrując się kotce ze zmrużonymi oczami. — Na mnie chyba pora. Powinnam wracać.
— Jasne, rodzice pewnie też na ciebie czekają! — uśmiechnęła się, chociaż była trochę zawiedziona — To cześć! Mam nadzieję, że wrócisz! Jeśli nie będę na zewnątrz alejki, to będę w moim kartonie! Na pewno mnie znajdziesz... Będę czekać, obiecuję! — podniosła ogon i usiadła, wciąż słabo czując się w łapkach, by poobserwować kotkę jak będzie odchodzić.
— W to nie wątpię — odparła sarkastycznie Bigos, ale Kurz tego nie wyczuła i wciąż radośnie drżały jej wąsiki. . — Mam nadzieję, że będziesz żywa, jak tu wrócę! — pożegnała się z nią, by przemknąć na zewnątrz alejki, prawie niewidoczna dla samej Kurz, która patrzyła na to z zafascynowaniem i zauroczeniem. 
<Bigosiku?>

15 marca 2024

Od Betelgezy CD. Ruty

 *parę księżyców temu*

— Jestem Kurz! — uśmiechnęła się szeroko, wesoło ugniatając powietrze łapkami — I co znaczy kto mnie uczy? Mama Seraf mówiła, że nie ma co mnie nauczyć, bo jestem za mała! Jeszcze wspominała, że sama nic nie potrafi, ale przecież jest dorosła, więc nie wiem czego nie umie! Teraz ty się przedstaw, to będziemy w końcu przyjaciółkami!
Gdy tylko Betelgeza usłyszała te słowa, wyraz zdegustowania pojawił się na jej pysku. Zmarszczyła brwi.
— Betelgeza — postanowiła nie mówić jeszcze o swoim pochodzeniu. Zresztą, podejrzewała, że Kurz mogła nawet nie kojarzyć jej rodziców. Zdawała się mało wiedzieć o mieście. — Nie mówiłabym tu prędko o przyjaźni... Zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi — westchnęła, myśląc nad tym, skąd puszysta kotka bierze takie pokłady energii.  Czarno-biała sama w sobie była aktywna, ale bez przesady! — To wstyd, żeby dorosły kot nic nie umiał! Na litość, jak ty sobie radzisz w życiu? Każdy samotnik musi znać podstawowe informacje o walce i przetrwaniu... Musisz znaleźć sobie kogoś, kto cię tego nauczy, jeśli chcesz przeżyć. Nie martwisz się o swoją przyszłość?
Nowo poznana towarzyszka nie wydawała się jednak zbyt przejęta.
— Nieee! Na pewno sobie poradzę! Najwyżej mama Seraf mi pomoże, a ja jej. Brzmisz bardzo dorośle jak tak mówisz! — mruknęła z zastanowieniem, szybko się rozpraszając — Masz bardzo trudne imię. Co to be… bet… to coś?
Betelgeza poczuła coś w stylu ukłucia zazdrości. Chciałaby myśleć pozytywnie, jak przystało na bachora, i ignorować wszystko co złe. Ale jej rodzice nie dali jej dzieciństwa, którym mogła się szczycić Kurz. Mieli być spadkobiercami majątku ojca. Mieli być przygotowani na dorosłe i brutalne życie. Nie było czasu na to, by żyli jak dziecko takie jak Kurz - w niewinności i wierze w to, że świat jest dobry i wspaniały. Przez naprawdę krótki okres Geza faktycznie mogła o niczym nie myśleć i cieszyć się dzieciństwem, ale nawał obowiązków przyszłych dziedziców majątku Jafara szybko dał o sobie znać.
— Nie brzmię dorośle... Po prostu mówię prawdę — odparła lekceważąco. — Be-tel-ge-za — przeliterowała, a jej ucho strzygnęło z poirytowania. — To taka gwiazda. Moja mama zna dużo określeń, których używają Wyprostowani. To ona mi je nadała. Mają bardzo dziwny i skomplikowany język, ale to imię nie jest wcale takie trudne — wywróciła oczami. — No i nie byłabym taka pewna, czy sobie poradzisz. Szczęście ci nie wystarczy! Musisz zacząć myśleć racjonalnie!
— Oooh! Tego słowa jeszcze nie znałam! Moja mama mnie czasami też uczy słów ludzi! Dużo o nich wie, bo kiedyś z nimi mieszkała, wiesz? — Kurz zignorowała docinki o tym, czy sobie poradzi. — Lubię gwiazdki. Ale wciąż nie wiem czy potrafię powiedzieć twoje imię… — przekrzywiła główkę — Beetlz… betle… hm… Ba… — im więcej powtarzała, tym więcej plątał jej się języczek. 
Geza wolałaby nie słyszeć tych żenujących prób powtórzenia jej imienia. Nie było może codzienne, ale z pewnością dało się je wymówić!
— Lu...Ludzi? — powtórzyła nieumiejętnie, mrużąc oczy. Nie słyszała wcześniej tego określenia. — Więc masz szczęście. Wyprostowani dziwnie nazywają różne rzeczy. Do niczego się to w sumie nie przydaje, ale przynajmniej możesz ich zrozumieć, jak coś gadają tym swoim zniekształconym głosem — mruknęła. — Mój... mój ojciec mieszka z Dwunożną. Dlatego też znam trochę ich język — słysząc starania kotki, westchnęła. — Możesz mi mówić Bet lub Geza. Wszystko, bylebyś nie kaleczyła mojego pięknego imienia... — rzuciła nieco ironicznie.
Kurz jednak musiała mieć nieco inne plany co do jej imienia.
— Hmm... Niee, za krótkie! Będę cię nazywać Bigos! — machnęła łapkami, dumna z siebie.
Betelgeza nie miała pojęcia, czym ten bigos był, ale brzmiał idiotycznie. Zmarszczyła brwi, spoglądając na kotkę spojrzeniem w stylu "żartujesz sobie ze mnie?".
— Sama nie wiem, co jest gorsze — prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Oczy pointki błysnęły.
— Bigos jest lepszy! Gwiazdki są fajne, ale trudno je się wymawia, a bigos jest smaczny! To takie jedzonko, mama Nebula nam to mięsko czasem przynosiła!
Vanka zdawała się bardzo mocno analizować słowa Kurz, jakby mówiła jakimś obcym językiem.
— Lubię jedzenie jeść, ale nie nosić je jako swoje imię — mruknęła niezadowolona. — Uch, dobra, niech ci będzie. Możesz tak na mnie mówić, ale lepiej, żebyś się nauczyła wymawiać moje imię, bo nie ręczę za siebie!
— Jej! — przymknęła radośnie oczka, wiercąc się w oznace szczęścia, jak piesek który macha ogonkiem — A skoro nie chcesz się tulić, to mogę wstać? Trochę zimno mi w plecki...
Spiorunowała ją spojrzeniem, przez ułamek sekundy świdrując ją wzrokiem w ciszy. Wreszcie strzepnęła ogonem i cofnęła się o krok.
— Jak ty to robisz, że jesteś wiecznie uśmiechnięta?
— Wcale nie wiecznie! Czasami mi smutno. — przekręciła się na brzuszek, by wygodnie wstać i obróciła się ku nowej przyjaciółce. — Zanim na mnie skoczyłaś było mi smutno, bo wylałam wodę którą miałam dla roślinek! 
Wraz z tymi słowami zerknęła za Bigos i zszokowana wciągnęła powietrze:
— O nie, moje kwiatki! Zgniotłyśmy je! 
Wepchała się szybko w miejsce przy boku białej, by sięgnąć do nich i spróbowała łapką podnieść łodyżkę, jakby miało to ją naprawić, ale ta natychmiast opadła znowu na ziemię. 
Betelgeza zaś odskoczyła taktycznie, gdy Kurz podniosła głos, starając się uratować podeptane kwiatki. Zaraz jak gdyby nigdy nic wygładziła futro, zażenowana faktem, że się przestraszyła.
— To tylko rośliny, czemu się tak martwisz? I tak prędzej czy później by obumarły, Wyprostowani nigdy nie wiedzą jak chodzą i je depczą. O, albo ich psy. Te idiotyczne bestie stawiają swoje brudne łapska, gdzie nie powinny — mimo wydźwięku swoich słów nie mówiła ofensywnie, bardziej brzmiała, jakby była zaskoczona, czemu Kurz tak bardzo się tym przejmuje. — Mój tata mówi, że są bezużyteczne, no chyba że leczą lub ładnie pachną. A najbardziej wartościowe są te, co działają na psychikę. Te raczej nie działają, prawda?
— Nie wiem, ale je lubię! Nie wszystko musi być użyteczne! Widziałam jak rosły z ziemi i im pomagałam, i ludzie ich nie zdeptali, a teraz umarły! — wypiszczała, wciąż grzebiąc przy ziemi w marnych próbach podnoszenia roślinek, z drżącymi wąsikami, zwiastującymi łzy. Czy Kurz naprawdę zamierzała teraz płakać? Z powodu tak błahej rzeczy?
Geza odsunęła się, zakłopotana, nie do końca wiedząc, co powinna zrobić. Nie przywykła do tego, że ktoś przy niej płakał. W jej rodzinie nikt nie płakał. To była słabość, a okazywanie jej przy kimkolwiek było głupstwem.
— Jestem pewna, że jest ich dużo więcej w mieście — mruknęła. Nie powinna w ogóle zawracać sobie kotką głowy, a jednak coś ją powstrzymywało. Nawet, jeśli robiła wiele głupich rzeczy i była żenująco słaba, pozostawienie jej samej wydawało się zbyt trudne. — Wiatr roznosi wszędzie nasiona, zwłaszcza porą nowych liści. Wkrótce zaczną rosnąć kolejne.
— Mam nadzieję — chlipnęła, zerkając na nią z wdzięcznością — Nie chodzę zbyt daleko, więc mam nadzieję że wrócą...
— Na pewno wrócą, ale potrzebują czasu — zapewniła ją. — A w tej chwili nie masz czym się przejmować.
Chwilę popatrzyła jeszcze na roślinki, by pokiwać główką i powoli wstać, odwracając łebek ku kotce.
— Dziękuję — liznęła ją po nosie w podzięce, nie mając nic innego by okazać swoją wdzięczność.
Ten drobny i pozornie nieznaczący ruch wystarrczył, by Betelgeza zastygła w bezruchu, oszołomiona. Wybałuszyła oczy i cofnęła się o krok, spoglądając na Kurz z niedowierzaniem.
— Co... ty... zrobiłaś? — syknęła, kładąc po sobie uszy.
— Huh? — Kurz przekrzywiła główkę, stojąc w miejscu i próbując zrozumieć co zrobiła źle — Chciałam podziękować, bo jesteś moją przyjaciółką i byłaś miła i mnie pocieszyłaś... Tak się robi...
— Nie. Nie w mieście. Nie w stosunku do mnie — syknęła, podnosząc do góry podbródek. —  To, że byłam dla ciebie miła nie znaczy, że masz prawo mnie dotykać. Rozumiesz? — nastroszyła futro, przenosząc ciężar na przednie łapy i wysuwając wysoko twarz, przez co wyglądała na wyższą, niż w rzeczywistości. — Wiesz, kim jestem? Wiesz, co by się stało, gdyby mój ojciec się dowiedział?... Rozszarpałby cię na strzępy. Nie przekraczam twoich granic, więc ty nie przekraczaj moich — skończyła cierpko i dopiero wtedy trochę się uspokoiła, choć wciąż gromiła kotkę spojrzeniem.
Pointka troszkę się skuliła ku ziemi, najpierw zerkając na nią dużymi oczkami, by uciec spojrzeniem gdzieś na bok.
— N-no dobrze, już nie będę...
Widząc skruchę kotki, Geza uspokoiła się trochę, biorąc głęboki wdech.
— Musisz wbić sobie do głowy, że nie każdy lubi... taki — zaczęła z obrzydzeniem. — Sposób okazywania wdzięczności.  Możesz tym na siebie sprowadzić same nieszczęścia. W mieście nie ma miejsca na wybaczanie i pomyłki. Zrobiłabyś to komukolwiek innemu, to dostałabyś w pysk. Ciesz się, że nie jestem taka jak oni. Przynajmniej wtedy, gdy to nie jest konieczne.
— A czemu tak podkreślasz że miasto jest... Takie? Czym się różni od innych miejsc? I czemu nie lubisz tulenia? Nie rozumiem. — srebrna powoli się wyprostowała do wcześniejszej luźnej pozycji, a córka Jafara odwróciła na moment głowę.
— Bo to miejsce nie jest takie jak inne. Miasto rządzi się swoimi prawami. Wszędzie indziej jest porządek, a jeśli ktoś nie musi cię zabić, nie zrobi tego. I poza Betonowym Światem nie ma tak wiele kotów. Nigdy tam nie byłam, ale znam je z opowieści. To są zielone tereny, z lasami i rzekami... Nikt tam nie potrzebuje nikogo krzywdzić. Ale w mieście? Tutaj rządzi bezprawie. Tutaj wystarczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Tutaj zabiją cię nawet, jeśli nie muszą. Dla zwykłej satysfakcji. Jeśli będziesz wierzyła, że każdy ma wobec ciebie dobre zamiary, jeśli będziesz spoufalała się z obcymi kotami, to skończysz jak te... wszystkie trupy —  aż zrobiło jej się niedobrze. — Mnie chroni pozycja. Nikt nie odważyłby się skrzywdzić córki jednego z najbardziej wpływowych kotów w mieście. Ale co chroni ciebie? To durne — przerwała na moment, znów patrząc jej w oczy. — To nie tak, że nie lubię dotyku, ale nie z obcymi kotami. Jeśli będę pozwalała innym się "tulić", to nie będą mnie szanować. Tak to działa. Im bardziej pozwalasz ze sobą igrać, tym mniejszy szacunek do ciebie mają. Dlatego zamiast się przed każdym kajać powinnaś stawiać na swoim. Moi rodzice uczyli mnie tego od początku. Ciebie też ktoś powinien w końcu nauczyć.
Kurz najwidoczniej niewiele wyciągnęła z jej wyczerpującej wypowiedzi, sądząc po jej następnych słowach.
— Ooh. To jak się bardziej poznamy to będziesz chciała tuli? Musisz mnie kiedyś odwiedzić!
Betelgeza zacisnęła powieki. Wysunęła i wsunęła pazury, zanim podniosła znów głowę i spojrzała na Kurz.
— Naprawdę mało z tego rozumiesz, co? — westchnęła. — Niczego nie obiecuję, ale jeśli przestaniesz mnie lizać po nosie z zaskoczenia, to nad tym pomyślę.
— Jej! — Kurz podreptała parokrotnie w miejscu. — Już nie będę! Następnym razem uprzedzę!
— Wliczając w to uprzedzenia — dodała Geza. — Masz mnie nie dotykać. Wcale. Niezależnie czy mnie uprzedzisz czy nie. Zrozumiane?
— No dobrze... Jeśli obiecasz że wtedy mnie znowu odwiedzisz!
Przewróciła oczami.
— Obiecuję. Ale robię to z własnej woli, jasne?
— No tak, a czyjej innej? — zamrugała — Przecież nie mam jak cię zmusić...
— Wolę mieć pewność — mruknęła z wyższością w głosie. —  Żebyś nie myślała sobie za dużo.
— Mhm... A jak długo dzisiaj zostaniesz? — zapytała, patrząc na nią z nadzieją
Zmrużyła oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Ile tylko chcesz. Mamy czas. Pod warunkiem, że nie będziesz irytująca — dodała z ironią.
— O! O! Nie spodziewałam się! Mamy zawsze po chwili sobie szły! Co będziemy robić? Możemy się pobawić? Znasz jakieś zabawy?
— Uhh... O ile wspinanie się po jakichś wysokich miejscach, starając się nie spaść z nich i nie złamać sobie kręgosłupa można nazwać zabawą?...
— Umiem się wspinać! Zawsze się tak bawiłam w domu jak byłam mała! Możemy się tak pobawić! Ale gdzie?
— Cóż... — popatrzyła się na okoliczne budynki, ale podejrzewała, że mama zabiłaby ją za skakanie po dachach. To prawie jak misja samobójcza. — Wokół ulic jest dużo drzew posadzonych w rzędach. Odległości są na tyle małe, że mogłybyśmy spróbować, hm?
— Możemy! A jak daleko takie drzewa są? Bo to tutaj się nie nadaje. I zniszczyłybyśmy więcej kwiatków... 
— Niedaleko... To całkiem blisko domu mojego taty.
I ruszyły. Betelgeza szła na przodzie, prowadząc kotkę w dobrze znane jej miejsce. Oczywiście sama ledwo co znała Betonowy Świat, więc trochę się powłóczyły, zanim dotarły na miejsce docelowe. Szły przez brukowe ulice, unikając głównej ulicy, po której to z głośnym turkotem przejeżdżały kolejne Potwory. Mijały dom ojca, którego nawet i z daleka Betelgeza dobrze rozpoznawała, ale nie zbliżały się do niego.
—  To tutaj — mruknęła, spoglądając na brukowy chodnik, gdzie na małych trawnikach drzewa rosły w jednej symetrycznej linii. Miejsce wprost idealne do ćwiczenia równowagi. Mama ją tu zabierała, by przygotowywać ją do roli idealnego zwiadowcy. — Moja matka twierdzi, że na ten moment skakanie po dachach jest dla mnie zbyt ryzykowne. Drzewa... cóż, nie są może najbezpieczniejsze, ale raczej nie powinny zabić. Co najwyżej połamać kości. Nie tak źle, co?

<Kurz?>

[2009 słów]
40%

04 lutego 2024

Od Ruty do Betelgezy

Mała koteczka stawiała długie, sztywne kroczki. Bardzo wolno jej to wychodziło, bowiem trzymała w pyszczku zakrętkę wypełnioną wodą i zdecydowanie nie chciała wylać ani kropelki. Nie mogła pochwalić się sukcesem w tej kwestii, czując mokrawy chodnik pod łapkami i wodę spływającą jej po przodzie.
Na szczęście żadni ludzie jeszcze nie chodzili. No może kilka przeszło obok jej alejki, ale nie było ich jeszcze tyle, co zwykle. 
Deszczyk nie padał przez ostatnie dwa dni, a mama Seraf mówiła, że roślinki bardzo teraz potrzebują opieki, bo są malutkie. Dlatego chciała pomóc najbliższym kwiatkom, rosnącym pod cienkim konarem. Był on wysoki w porównaniu do malutkiej, ale znacznie niższy niż inne drzewa, które widywała. Trochę jak ona; kruszynka w porównaniu do innych kotów. 
W końcu wyczuła pod poduszeczkami ziemię, więc pomacała na ślepo przed sobą, próbując znaleźć listki. Gdy je wyczuła, przechyliła główkę, wylewając wodę z nakrętki.
Mimo troski o roślinki miała nadzieję, że nie będzie więcej padać. Jej kartonik wciąż nie wyschnął, pewnie przez wilgoć w powietrzu, i choć spełniał się jako źródło wody dla kwiatków, jeśli odpowiednio długo poczekała, to nie był już zbyt ciepły. Mama Seraf obiecała już, że przyniesie jej nowy, albo jakąś doniczkę, cokolwiek to było. 
Bez upuszczenia zakrętki, ale już szybszym krokiem, cofnęła się do alejki i podstawiła naczynko pod miejsce, gdzie kapały resztki deszczyku i porannej mgiełki.
Czekając, zaczęła myć swoje futerko na klatce piersiowej, bo trochę wody jej się tam wylało. Jeśli tego nie naprawi, będzie jej znowu bardzo zimno. Następnym razem na pewno już nic nie wyleje!
Oczywiście, nie była to prawda, bo mimo jej starań, na samym końcu szukania łapką roślinek, zachwiała się i część wody wylądowała na niej. Pociągnęła noskiem, zawiedziona, i nawet spojrzenie na kwiatki, które ładnie rosły przy jej pomocy, nie pomogło na drżące wąsiki. Bez cofania się w alejkę, zaczynając cicho płakać, próbowała przemyć języczkiem sierść, chcąc się tym też uspokoić. 
Koteczka nagle przewróciła się pod nieznanym ciężarem, wydając z siebie piskliwe "łaaa". Boleśnie uderzyła główką o podłoże i na chwilę błysnęło jej na bialutko przed oczkami, a tylnymi łapeczkami kopnęła w górę, chcąc się odruchowo podnieść. Nie pomogło szarpanie od obcej siły, która chyba spodziewała się czegoś od niej. Jak tylko wzrok przestał jej się kiwać, dostrzegła śnieżno-czarniutkiego kotka. Zamrugała na niego, całkowicie zapominając o wcześniejszym płakaniu w tym szoku. Ten zatrzymał się, patrząc na nią trochę dziwnie i robiąc śmieszną minę. Potem pokręcił łebkiem.
— Serio nie stać cię na nic więcej? — znowu zrobiła dziwaczny ruch oczkami. 
— Huuuh? Ale co więcej? — oczka jej się rozszerzyły, ale była szczęśliwa, że już nie jest tak trząśnięta. Troszkę pomilczała, ale szybko nabrała odwagi, by się odezwać; w końcu już zaczęły pogawędkę — Skąd się wzięłaś? Jak chcesz się tulić, to nie musisz robić tego z zaskoczenia! Wystarczy poprosić! I jak chcesz się potulać stojąc tak na prostych łapkach?
Kotka bardzo głośno wypuściła powietrze z pyszczka
— Nie chcę się tulić! — fuknęła, tak jak robiły czasem dorosłe koty, nagle stając się odrobinę większa. — Uch, nieważne. Nigdy wcześniej z nikim nie walczyłaś? I nic cię jeszcze nie zabiło? Dlaczego nawet nie próbowałaś mnie pokonać?
Chwilkę musiała pomyśleć nad znaczeniem jej słów, bo części nie pamiętała. 
— Zabić? Czemu ktoś by miał mnie zabić? — zapytała, gdy sobie przypomniała co to znaczy — Nikomu nic nie robię! Bardzo lubię inne kotki! A czemu nie chcesz się potulić? 
— Mieszkasz w Betonowym Świecie i tego nie wiesz? Na Dwunogi i Potwory… — na chwilę zamilkła, a koteczka przekrzywiła główkę z ciekawością — Tutaj każdy chce cię zabić! Walka o terytorium, władzę i tego typu sprawy... Nie musisz nikomu nic robić, czasem wystarczy, że ładnie wyglądasz i jesteś słaba. Niemożliwe, że nikt ci o tym nie mówił. — znowu przerwała — Czemu miałabym chcieć się tulić z obcym kotem? Ledwo co ci prawie połamałam kości.
Koteczka trzepnęła uszkiem, słysząc, że ładnie wygląda i nieśmiało schowała pyszczek w futerku. Czasami słyszała to od innych kotów, ale od niej brzmiało to bardziej milutko. 
— Bo tulenie się jest fajniutkie! Daje ciepełko, i jest mięciutkie, i ogólnie przyjemniutkie! Czasami tulimy się z obcymi kotami, to normalne! Im też jest czasami zimno i są samotniutcy! Chociaż niekiedy to przytulanko jest inne i trochę boli, ale wciąż! I skoro tak bardzo chcesz się wyściskać, że skaczesz, to się pytam! — wyjaśniła, nie wiedząc, czemu nowa koleżanka tego nie wie.
— Wiesz, obawiam się, że niektórzy mogli mieć nieco inne zamiary niż przytulenie ciebie — znów zaciekawiona, przekrzywiła główkę — Dużo gorsze. Ale nie przepadam za czułością, więc podziękuję. — koteczka wydała z siebie smutny pomruk — No dobrze, powiedzmy, że dzisiaj ci odpuszczę i nie zrobię ci krzywdy… — znowu przestawiła zaskoczona łebek na drugą stronę — Jak się nazywasz? I kto cię uczy? — drugie pytanie było bardzo cichutkie, ale przez ich bliskość je usłyszała — Ktokolwiek to jest, paskudnie mu to idzie.
— Jestem Kurz! — uśmiechnęła się szeroko, wesoło ugniatając powietrze łapkami — I co to znaczy, kto mnie uczy? Mama Seraf mówiła, że nie ma co mnie nauczyć, bo jestem za mała! Jeszcze wspominała, że sama nic nie potrafi, ale przecież jest dorosła, więc nie wiem, czego nie umie! Teraz ty się przedstaw, to będziemy w końcu przyjaciółkami!

<Betelgezo?>