BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Murmur x Poranek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Murmur x Poranek. Pokaż wszystkie posty

14 marca 2025

Od Poranku CD. Murmur

Uważnie przyglądał się swojej mentorce, mając wrażenie, że chce się odezwać. Znowu. Murmur nie zawsze zaczynała wypowiedzi, często to on dopytywał, tym razem jednak było inaczej, co nieco zdziwiło Poranka. Wytężył słuch, by lepiej słyszeć swoją mentorkę, a jej kolejne słowa same wprawiły go w mieszankę zdziwienia, ale też wdzięczności, mimo tego, że jego pysk tego nie zdradzał. Uważnie słuchał kolejnych słów Murmur, lekko się tylko prostując, już prawie nie mogąc usiedzieć w miejscu.
– To czas, abyś sam stał się prawowitym medykiem, a nie tylko jego uczniem — dokończyła, nawet bez jednego zająknięcia, co też było rzadkością, na co Chwast też zwrócił swoją uwagę. To musiała być dla niej też ważna chwila.
– Bardzo ci dziękuję Murmur. Byłaś wspaniałą mentorką i dzięki tobie nie nauczyłbym się tego wszystkiego – odparł i skłonił lekko głowę, już coraz bardziej przeskakując z łapy na łapę. Na pysku medyczki pojawił się mały uśmiech, a w jej oczach było widać coś na wzór wzruszenia. Albo dumy?
 
***
 
Śnieg przykrył tereny, tym samym skutecznie przynosząc problemy dla zbiegłych owocniaków. Może pogoda nie była tak sroga jak kilka księżyców temu, jednak słońce dające chwilową nadzieję na poprawę, przynosiło tylko warstwy lodu, które były nieprzewidywalne pod względem swojego bezpieczeństwa. Zwłaszcza jeśli znalazły się w nieoczekiwanym miejscu. W nocy, zamiast zdradzieckiego słońca można było usłyszeć sowy, przez które Poranek czasem się budził. Cała pora Nagich Drzew wydawała się strasznie ponura, dlatego Poranek cieszył się, że dobiegła już końca. Jednak nawet otaczający biały puch, w którym on i jego rodzeństwo bawiło się jeszcze tak niedawno, nie sprawił, że pora roku była lepsza. Bawiło się to dobre słowo, zwłaszcza w kontekście Mrozu. Na wspomnienie brata Chwast przymknął oczy, chcąc zobaczyć jego obraz oczami swojej wyobraźni. Chciał się z nim zobaczyć. Był ciekaw, jak sobie radzi. Chciał po prostu wrócić już do domu, nawet jeśli po powrocie będą czekały kłopoty czy inne konsekwencje ich ucieczki. "Koniec tego" – pomyślał nagle i rozjejrzał się dookoła. Pora Nagich Drzew powoli mijała, było coraz cieplej i wreszcie to zdradzieckie słońce znowu witało ich ciepłymi promieniami. Wszystko wracało do normy, jednak nie jego myśli, które dalej krążyły wokół domu i tęsknoty. Wstał więc, chcąc udać się na mały spacer, który, jak myślał, pomoże mu oderwać się od męczącej go rzeczywistości. Ruszył powoli przed siebie, ostrożnie stawiając łapy. A bardziej ruszyłby przed siebie, gdyby nie jego łapa. Gdy tylko wstał, poczuł dość ostry ból, przez który nawet nie mógł postawić kończyny na ziemię. Zacisnął mocniej zęby, czując nieprzyjemne dolegliwości jego dawnej kontuzji. Westchnął cicho. Jak on mógł o tym zapomnieć? "Głupi kolec" – pomyślał, przypominając sobie, jak jakiś czas temu kolec wbił mu się w łapę. Od tamtej pory nic z nim nie zrobił. "No i się doigrałem" – pojawiło się w jego głowie i rozejrzał się. Jego wzrok padł na małą kupkę ziół, leżących nieopodal. Na chwilę zamknął oczy i zacisnął zęby. Łapę podniósł lekko do góry i kuśtykając na trzech łapach, zaczął iść w stronę roślin. Wszystko szło dobrze, gdyby nie fakt, że jego zdolności chodzenia na trzech łapach były znikome. Nagle poczuł, jak ziemia znika mu spod łap. Po chwili kocur już leżał na ziemi, przymykając oczy przez ból promieniujący z rany.
– W-Wszystko dobrze Chwaście? – usłyszał znajomy głos Murmur, która stanęła tuż nad nim. Rudy lekko podniósł głowę i spojrzał na kotkę.
– Poradzę sobie – oznajmił dość stanowczo i zaczął się podnosić. Nie przepadał za tym, jak ktoś mu pomagał. To był też jeden z powodów, dla których został uczniem medyka. Mógł sam się leczyć, sam sobie pomagać, bez ingerencji innych. Potok jego myśli przerwało kolejne gwałtowne zderzenie się z ziemią. Poczuł na sobie wzrok Murmur, jednak nie odezwał się, zamiast tego znowu starając się podnieść, oczywiście z marnym skutkiem.
– Może j-jednak? – zapytała kotka, podchodząc bliżej Poranku. Powoli pomogła mu wstać, uważając na jego ranną łapę. Po chwili razem przeszli do ziół, a Poranek usiadł tuż przy nich, by znaleźć odpowiednie na jego przypadłość.
– Z tym nie potrzebuje pomocy – mruknął i gdy tylko znalazł odpowiednie zioło, zaczął je przygotowywać, by pomogło z jego bólem. Gdy skończył, zdał sobie sprawę, że jego dawna mentorka dalej siedzi obok. Spojrzał na nią swoimi żółtymi oczami, przypominając sobie lekcje Świergot o dobrym wychowaniu.
– I dziękuję za wcześniejszą pomoc – powiedział, choć nie lubił, jak ktoś mu pomaga. Mimo to postanowił zostawić ten fakt dla siebie, tylko dziękując Murmur, która w końcu chciała dobrze.

Wyleczeni: Poranek
<Murmur?>
[718 słów]

[przyznano 14%]

22 stycznia 2025

Od Murmur CD. Poranka

Murmur cmokała cicho pod nosem, intensywnie przeszukując swój prowizoryczny składzik, ulokowany wśród plątaniny korzeni grabu. Wiosenne deszcze porządnie wymyły glebę mieszczącą się między nimi, pozostawiając puste szpary, idealne do chowania w nich przeróżnych medykamentów. Widziała zasuszone liście pokrzywy, truskawki, parę jagód maku owiniętych w szeroki, dębowy liść, zwinięte w ciasny rulonik liście wierzby, dobrze zachowany korzeń trybuli... Wymieniała tak wszystkie widziane przez siebie zioła w myślach, aż nie natrafiła na to, którego szukała. Bylinę zwaną glistnikiem jaskółczym zielem, posiadającą zgrabne, żółte kwiatki, które jednak nie były w stanie zamaskować jej specyficznego smrodku. Kotka ostrożnie wydzieliła potrzebną jej porcję do przeżucia. Wiedziała, że nie może z nim przesadzić. Roślina, mimo swych leczniczych właściwości, w zbyt dużej dawce mogła skutkować wieloma powikłaniami, biegunkami, wymiotami, a dla starszych i uczniów - nawet śmiercią. Z cierpliwością przeżuła jej liście na gładką, maślaną wręcz masę, którą następnie umieściła na jednym z dębowych liści, zebranych dla niej przez Pszczółkę zeszłego wieczoru. Mimo braku szczególnych właściwości samych w sobie, liście dębu były nadzwyczaj przydatne w medycynie i stanowiły jeden z podstawowych części wyposażenia każdej lecznicy, przynajmniej z takiego założenia wychodziła Murmur. Pomagały w wydzielaniu dawek leków, przenoszeniu ich z miejsca na miejsce, a także chroniły resztę ziół przed wilgocią, mogącą się zbierać po opadach w okolicach składzików. 
— Pomóc ci jakoś? — zamruczał Chwast, przystając przy niższej mentorce.
Murmur, zamiast wykonać charakterystycznego dla siebie wzdrygnięcia bądź wydania cichego, zaskoczonego pisku, przybrała zdziwioną minę. Podniosła łeb i spojrzała w pomarańczowe ślepia kocura stojącego nad nią. Zmienił się. Nie był już pulchnym uczniakiem, tuptającym koło jej łap, chodzącym na wspólne podróże wraz z zielarzami i szamanami, podczas których wszyscy wspólnie zbierali zioła. Przerósł nią samą, a przez życie w dziczy nabrał mięśni, których z pewnością brakowało niejednemu klanowemu medykowi. Jego umiejętności medyczne także były już na bardzo wysokim poziomie. Szynszylowa nawet nie zauważyła, gdy jej ton, z nauczycielskiego, pouczającego swego podopiecznego, stał się lżejszy, ufny. Wiedziała, że jego zdolności jej nie zawiodą i że przekazała mu wszystko, co sama umiała.
— W oko Mgiełki wdała się infekcja. M-mógłbyś pójść do niej i p-pomóc jej z nałożeniem tego? — spytała, ruchem ogona wskazując na przygotowaną przez siebie maść.
Rudy pokiwał zgodnie głową, chwytając zawiniątko w pysk i kierując się w stronę czekających na medyka sióstr. Murmur obserwowała z odległości, jak wspólnie się śmieją, a Chwast ucisza swą szylkretową siostrę, by móc w spokoju nałożyć jej specyfik w okolice ślepia, bez ryzykowania, że wepchnie jej go do nosa, ucha, pyska czy innego otworu, jaki znalazłby się na łaciatym obliczu Mgiełki.
Po skończonej pracy, terminator powrócił do swej mentorki, zajmując miejsce przy jej boku. Czuła na sobie jego podejrzliwy, badawczy wzrok, którym obrzucał ją za każdym razem, gdy na jej mordce pojawiał się dziwny grymas, wywołany biegnącymi przez jej umysł myślami. Tym razem jednak ona sama podjęła się rozmowy, nie czekając, aż młodszy spyta ją o to, co zaprzątało jej łepetynę.
— W-wiesz, Chwaście... — zaczęła, zbierając się w sobie — To trochę głupie, nawet b-bardzo, zważając na twój wiek, jednak dopiero sobie uświadomiłam, ż-że mimo księżyców spędzonych pod m-moim skrzydłem, wciąż nosisz miano mojego u-ucznia... — Słysząc te słowa, uszy rudego się wyprostowały, jednak nie ośmielił się on przerwać starszej — Toteż... Wiem, że wolałbyś z-z pewnością dostąpić tej ceremonii w nieco i-innych okolicznościach, jednak... Nie mamy za dużo o-opcji. Chwaście, przekazałam ci już całą swoją wiedzę. To czas, abyś sam stał się prawowitym medykiem, a nie tylko jego uczniem — dokończyła. Sama była w szoku, że ostatnie zdania udało jej się wypowiedzieć bez zająknięcia, a wnioskując po minie Poranka, on także był tym zaskoczony.
<Poranku?>
[593 słowa + zbieranie ziół w towarzystwie zielarza/szamana]

[przyznano 6% + 5%]
Wyleczeni: Mgiełka

01 grudnia 2024

Od Poranku CD. Murmur

Uciekali. Byli daleko poza domem. Poranek dalej nie do końca wierzył w to wszystko. Wszystko wymykało się spod kontroli. Nawet nie wiedzieli, gdzie idą. "Może Mróz miał rację?" – pojawiło się w jego głowie, wywołując tym samym kolejną gonitwę myśli. Nawet opierająca się o niego siostra, nie mogła mu pomóc z tym wszystkim. Czuł się już przytłoczony. Dwa dni, a jego głowa naprawdę odpadała od nadmiaru informacji. Nie wiedział, co robić. Wtedy kątem oka zauważył, jak wymija ich Murmur. Medyczka podeszła do powalonego drzewa, oglądając je uważnie. Poranek przeniósł na nią swój wzrok, uważnie się przyglądać jej i drzewu. Szybko rzucił mu się w oczy fakt, że znalezisko miało trzy wejścia, które mogłyby się nadawać na ich kryjówkę. Murmur chyba myślała tak samo. Jej dwukolorowe oczy uważnie oglądały drzewo, wyglądające na silne. W końcu ruchem ogona zaprosiła bliżej siebie trójkę uczniów. Rudy kocur powoli ruszył w stronę swojej mentorki, uważając tym samym, by nic się nie stało Mgiełce, która jeszcze była trochę obolała po upadku.
- Tu się schowamy – oznajmiła i pokazała im dokładniej całe drzewo. Czyli tu mieli mieszkać przez następne dni, tygodnie, a może nawet księżyce? Ewidentnie na to wychodziło.
 
***

- Wszystko gotowe – oznajmił Poranek, podchodząc do swojej mentorki. Przez ostatnie godziny starali się jakoś przystosować drzewo do ich obecności. Uporządkowali zioła w odpiewiednim miejscu, zrobili prowizoryczne posłania i rozejrzeli się dookoła, wyszukując niepożądanych niebezpieczeństw. Murmur na jego widok lekko podskoczyła, oglądając się za siebie, lecz gdy tylko ujrzała rude futro swojego ucznia, od razu jej wyraz pyska się zmienił – Wyglądasz na zmęczoną – mruknął kocur i usiadł na ziemi – Powinnaś odpocząć.
- Wszyscy jesteśmy z-zmęczeni – odparła za to, jednak Poranek się nie odezwał. Może i był zmęczony, jednak nawet nie chciał się kłaść. Nie teraz. Najpierw musiał się upewnić, że w okolicy na pewno jest bezpiecznie, by choć trochę zmniejszyć swoje obawy.
- Wolę się rozejrzeć jeszcze po okolicy. Może znajdę coś ciekawego – powiedział w końcu rudy i wbił wzrok w ziemię, nie chcąc by mentorka wyłapała jego zmęczone spojrzenie.
- Chcesz pójść drugi raz? M-Może naprawdę lepiej odpocząć – oznajmiła Murmur – Przyda się to każdemu z nas... W końcu przeszliśmy długą d-drogę – przekonywała.
- Nie jestem zmęczony – skłamał za to Poranek i wstał – Będę się kręcić w okolicy. Wolę mieć pewność, że nic się nie stanie – oznajmił i ruszył przed siebie, zostawiając swoją mentorkę. Minął drzewo, przy którym siedziały jego siostry i poszedł dalej, nie przejmując się coraz większym zmęczeniem. Mijał drzewa i krzewy całe w śniegu. Czuł chłód, lecz na szczęście nie był on tak wielki, by kocurek nie mógł się przejść. W końcu spojrzał w szare, zachmurzone niebo. Był już prawie pewny, że tego dnia będzie sypać śnieg. Westchnął cicho. Gdyby był w obozie, biały puch pewnie nie zrobiłby na nim wielkiego wrażenia, jednak teraz ten biały puch mógł im zagrażać. W głowie pojawiła mu się kolejna myśl. Jednak na pojawienie się śniegu nie mieli wpływu.
 
***
 
Siedział sam gdzieś z boku. Wzrok miał wlepiony w ziemię. Słyszał rozmowy swoich sióstr gdzieś z boku, jednak sam nie chciał się do nich dołączyć. Jak zwykle zamiast integracji myślał. Jego głowa była znowu pełna myśli i wszelakich scenariuszy. Każdy z nich był prawdopodobny, a Poranek nie umiał przygotować się na każdy, co też go męczyło. W głowie pojawiła mu się nowa myśl, lecz idealnie wtedy kątem oka zauważył swoją mentorkę. Spojrzał w jej stronę. Wyglądała, jakby coś robiła. Bez chwili do stracenia wstał i podszedł do niej powoli, siadając obok. Wbił w nią wzrok, jak to miał w zwyczaju.

<Murmur?>
[576 słów]

[przyznano 12%]

28 września 2024

Od Murmur CD. Poranka

Oddech kotki był przyspieszony, a z jej pyska co chwilę uciekały jasne, puszyste obłoki. Był to pierwszy postój, na jaki mogli sobie pozwolić od kilku susów księżyca. Nadal się dziwiła, że udało im się przekonać do ucieczki dwójkę z trójki rodzeństwa Poranka. Nie było to łatwe, ale był to jedyny sposób na ratunek. Jej słabe ciało zadrżało z zimna. Potrząsnęła wąsami, strącając osadzony na nich szron. Nie mogła okazać słabości, szczególnie teraz, gdy na jej barkach spoczywała odpowiedzialność za trzy młode Owocówki. Spojrzała na nie, upewniając się, że podczas ich panicznej ucieczki nikt nie doznał obrażeń. Biegli na oślep, po gałęziach, przez zarośnięte trasy, tak szybko, jak było to tylko możliwe. Złapanie przez wojowników nie wchodziło w grę. Na ich szczęście, wszyscy byli zbyt zmęczeni ochładzającą się pogodą i problemami z liderką, aby zwrócić uwagę na nocne szelesty rozchodzące się wśród drzew. Nawet jeśli dźwięk dotarłby do czyichś uszu, łatwo było zrzucić winę na osuwający się śnieg lub wiewiórkę, która wywabiona głodem poszła rozejrzeć się za pokarmem.
– Murmur? – miauknął ponownie Chwast, przechylając swój łebek w prawo.
– M-musimy udać się w stronę śmietniska. Obejdziemy rozlewisko, nie jest o tej porze bezpieczne, a dalej już prosto, aż nie ujrzymy Drogi Grzmotu – wyjaśniła pospiesznie swój plan. Miała nadzieję, że mimo nieco zniekształconych przez trzymane w pysku zioła słowa, rodzeństwo ją zrozumie.
Według tego, co udało jej się ustalić, śnieg padał wystarczająco szybko, aby do rozesłania patroli ich ślady zostały zakryte białym puchem. Rozlewisko, ze strategicznego punktu widzenia, mogło być dobrą opcją, gdyż mało który kot decydował się tam udać Porą Nagich Drzew, jednak wejście na jego teren mogło skończyć się wieloma nieprzyjemnymi konsekwencjami. Pamiętała, jak jeszcze za czasów uczniowskich, Witka opowiadała jej, jak raz w trakcie szukania kaczeńców, w grząskim gruncie utknęła jej łapa. Biedna, musiała czekać długie przesunięcia słońca, aż nie wpadł na nią jeden z patroli i nie pomógł jej wyjść. Teraz, gdy rozmokłe połacie pokryte były cienką warstwą lodu, miejsce to zdawało się być jeszcze groźniejsze. Nawet wyszkolony wojownik mógłby wpaść w sidła zdradzieckiego rozlewiska, a co dopiero raczkujący uczniowie i medyczka z zerowym pojęciem o walce!
Mocniejszy wiatr uderzył w jej grzbiet, popychając do dalszej podróży. Nie mogli zostać w jednym miejscu za długo, gdyż mogło się to skończyć odmrożeniami, a także silniejszym zapachem uciekinierów, pozostawionym na korze buku.
– Ni-nikomu nie zahaczyło się nigdzie futerko? – upewniła się, po raz ostatni zerkając na kocięta przez swój bark.
Mgiełka oparła się przednimi łapami o rozłożyste, wyrwane niegdyś z ziemi korzenie, kręcąc głową.
– Nic nie widzę! – rzuciła w odpowiedzi.
Szynszylowa posłała jej wdzięczne skinienie. Nie była pewna, czy właśnie tak powinna wyglądać ucieczka idealna, ale bądź co bądź - był to jej pierwszy raz! Wszystko co dotąd zrobiła, było zaczerpnięte z zasłyszanych niegdyś historii starszych. Kiedy zniknął Agrest, Mirabelka i Gracja, wojownicy często wspominali o znalezionych poszlakach takich jak skrawki sierści, wypadnięte wąsy, czy odciśnięte w glebie ślady opuszek łap. W jej zbrodni idealnej nie było miejsca na takie niedociągnięcia. W głowie już słyszała donośny, rozwścieczny wrzask Daglezjowej Igły, gdy ta uświadomi sobie, że nie ma ich w obozie. Przez tą myśl jej futro nieco się uniosło. Nie mogła się nad tym zastanwiać, nie teraz, gdy byli już tak blisko celu i tak daleko tyranki. Wszechmatka była z nią, czuła to. Mogłaby przysiąc, że przy mocniejszym zaciągnięciu się powietrzem, oprócz piekącego zimna, wyczuwała słodką woń Pory Zielonych Liści, pełną soczystych jabłek, złocistych gruszek i czerwieniejących się wiśni. Susem wyskoczyła przed siebie. Od obozu dzieliło ich wiele długości drzew, jednak zmierzający ku dołowi księżyc przypominał jej, że już wkrótce oczy otworzą pierwsi wojownicy, gotowi do porannego patrolu.
W oddali górowały drzewa, oświetlone słabym, księżycowym blaskiem. Już z odległości mogła wyczuć woń stęchlizny i dwunożnych, głęboko osadzony w stercie dziwnych rupieci, o trudnym do określenia smrodzie, kształcie i konsystencji. Murmur nie do końca pojmowała, dlaczego Agrest, ich dawny przywódca, zdecydował się zatrzymać ten niepokojący skrawek terenów. Dwunożni często przybywali, skryci w swych potworach, by pozbyć się dziwnie ukształtowanych kamieni, długich patyków i posłań, z których wystawały zakręcone, srebrzące się gałązki. W dodatku słyszała legendy o zamieszkujących to miejsce kotach-dziwakach, schowanych w piętrzących się labiryntach odpadów. Karmicielki straszyły swe kocięta opowieściami o błękitnych, błyskających zza ogrodzeń ślepiach, przez które każdy mógł poczuć się jak zwierzyna. Aby uniknąć konfrontacji z tymi włóczęgami o wątpliwie pozytywnej renomie, medyczka wraz ze swoją grupą musiała podążać wzdłuż rzeki. Była to jednocześnie najbezpieczniejsza, jak i najbardziej oczywista droga ucieczki. Idąc wzdłuż wody ciężko było się zgubić, gdyż każda struga, smużka, strumyk czy rzeka dokądś prowadziła. Ta konkretna – do morza, którego połyskujący zarys można było spostrzec dopiero po wspięciu się na najwyższą wiśnie w Owocowym Lesie.
Byli już blisko przejścia nad wodą, gdy gdzieś za Murmur rozległo się ciche stęknięcie, któremu towarzyszyło głuche uderzenie o glebę.
Podobnie jak reszta pobratymców, natychmiast obróciła się za siebie. Mgiełka, szylkretowa siostra jej ucznia, leżała, nieco niepewnie próbując wstać na łapy.
– Przepraszam, poślizgnęłam się… – bąknęła rozkojarzona.
Kremowy od razu do niej przylgnął, pomagając wstać. Była zmęczona, jak z resztą oni wszyscy. Mróz otulający ich delikatne poduszeczki szczypał nieprzyjemnie w łapy, a skryte pod bielą korzenie i inne przeszkody tylko czekały na nieuważnego przechodnia.
– J-jesteś cała? – spytała, zerkając z obawą na osłabioną kotkę.
– Tak, nic mi nie jest. – zapewniła ją młodsza, opierając się o brata.
– Jak t-tylko dojdziemy na miejsce podam ci zioła wzmacniające, powinny pomóc… – wymruczała, myślami odbiegając do tego, co schowała do trzymanego w pysku pakunku.
***
– Czy to bezpieczne? – zapytał podejrzliwie Chwast, nosem niuchając czarną skałę, stanowiącą Drogę Grzmotu.
– Raczej t-tak. Większość potworów o tej porze śpi, więc żaden nie p-powinien nas zaskoczyć. – uspokoiła ucznia.
Droga Grzmotu była ostatnim, co dzieliło ich od terenów niczyich, na których planowała się tymczasowo osiedlić. Lasy były obszerne, puste, a jednocześnie wystarczająco dalekie od Owocowego Lasu, by mogli się czuć bezpiecznie. Miała jedynie nadzieję, że nie napotkają tam żadnego głodnego lisa czy borsuka.
Uniosła ogon, dając znać, że teraz muszą się szybko przeprawić, by nie kusić losu i uśpionych bestii. Gęsiego, idąc jedno za drugim, przekroczyli pas, pozostawiając dawne życie za sobą.
– Gdzie teraz, Murmur? – Chwast podszedł do mentorki, powątpiewająco rozglądając się po nieznanej okolicy, którą dotąd podziwiać módł jedynie z odległości.
– Przed siebie. – rzuciła medyczka, stawiając pierwszy krok w obcy, mroczny las.
Nowe zapachy mieszały się ze sobą, błądząc wśród nozdrzy całej czwórki, a dziwne szmery co jakiś czas przywoływały ich do rzeczywistości. Zza horyzontu wyłoniły się pierwsze, różowawe promienie słońca, przedzierając się nieśmiało pomiędzy krzewami i ogołoconymi z liści gałęziami. Źródło światła zdecydowanie ułatwiło im przemieszczanie się po gąszczu. Szary krajobraz, spowity białym puchem, który nie wiadomo nawet kiedy na nowo zaczął prószyć z nieba, pojedyncze zielone choinki… Murmur nie czuła się pewnie. Wszystko to odbiegało od ich dotychczasowego domu. Inne zapachy, drzewa, inne krzewy czy ułożenie wydeptanych przez większe zwierzęta ścieżek, przyprawiało ją o dreszcze, a bóle brzucha, spowodowane niepokojem, tylko się nasilały.
Brzoskwiniowo zabarwiony blask przebił się do nich, swym ostrym światłem na chwile ją oślepiając. Gdy dwubarwnym oczom udało się przyzwyczaić do jasności, dojrzała powalone drzewo, o wydrążonym wnętrzu. Już z daleka Murmur dostrzegła, że miało trzy wyjścia, wyglądało na mocne i silne. Wystarczająco duże, by pomieścić ich niewielką grupę. Nie mogli wybrzydzać. Bez słowa wyprzedziła uczniów, rozpoczynając ostrożne oględziny czegoś, co mogło stanowić ich tymczasowe leże.
<Chwaście?>
[1200 słów]
[przyznano 12%]

14 września 2024

Od Poranku CD. Murmur

To co powiedziała do niego mentorka, sprawiło, że grunt spod łap zaczął mu się osuwać. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. I nie spodziewał się, że Murmur wyjdzie z taką inicjatywą. Oni uciec? A co będzie z Owocowym Lasem? Kto ich będzie leczyć? Kiedy wrócą? Co z... Rodzeństwem? Nie mógł ich przecież zostawić. Nie. Tak nie mogło być. Nawet jeśli przypłaci za to zdrowiem, czy życiem przez Daglezjową Igłę, nie mógł zostawić i narazić Mroza, Mgiełki i Pszczółki.
- Murmur, jesteś pewna? – zapytał, mając gdzieś w głębi nadzieję, że to tylko żarty. Przecież to była ich liderka! Jasne, wtedy przesadziła, ale czy to na pewno był powód, by uciekać? Wtedy przypomniał sobie płacz swojej mentorki i wcześniejsze oskarżenia przywódczyni. Według niej, to oni byli winni śmierci Sadzawki. Oni, ponieważ podobno nic nie zrobili i oczywiście Lśniąca Tęcza. A Daglezja nie chciała słuchać wyjaśnień. Zaczął przebierać łapami, przypominając sobie, jak prawie dopadła się do gardła swojego zastępcy. Czy naprawdę na jego miejscu mogli się pojawić i oni?
- Wszechmatka nie kłamie. M-Musimy uciekać, przynajmniej na jakiś czas... – przekonywała medyczka, ewidentnie tym wszystkim przejęta.
- Nie mogę... Ja nie mogę uciec, nie mogę zostawić mojego rodzeństwa – odparł poważnie rudy, obserwując swoją mentorkę. Ta jakby jeszcze bardziej się wystraszyła, mimo to przez pierwsze uderzenia serca się nie odzywała.
- Świergot się nimi zajmie Chwaście... M-My jesteśmy bardziej zagrożeni, niż oni. Oni powinni b-być bezpieczni – przekonywała Murmur, jednak Poranek nie wierzył w to. Nie umiał w to uwierzyć. A wizja zostawienia rodzeństwa ze Świergot też go nie przekonywała. Jasne, kochał ją, była dla niego ważna, jednak nie ufał jej na tyle. Nawet jeśli szamanka nigdy jeszcze nie zawiodła, nawet jeśli ją kochał jak matkę i zawdzięczał dom. Bał się.
- Nie... Murmur nie... Ja i tak się o nich boje. Ja... – zaczął, widząc spojrzenie medyczki. Na chwilę zamknął oczy – Ja nie ufam aż tak Świergot, dobrze? Boje się, że ich zostawi, że nas zostawi, jak nasza biologiczna matka – wyznał, odwracając głowę od niebieskiej. Ta skrzywiła lekko pysk, jakby była tym wszystkim zmartwiona. Lecz Poranek nie przejął się tym za bardzo. Jeśli tylko to mogło przekonać Murmur do wzięcia również jego rodzeństwa, nie miał powodu do przejmowania się, czy wahania. Musiał działać – Dlatego chcę zabrać ich ze sobą. Nie wybaczę sobie, jak coś im się stanie – mruknął, spuszczając głowę. Kotka zamilkła. Chwast starał się domyślić, o czym myślała. Miał nadzieję, że jego wyznanie coś pomoże. Zdawał sobie w końcu sprawę, że kotka nie pójdzie bez niego. Naraziłaby go przecież na gniew Daglezji, co pewnie powstrzymałoby ją przed samotnym opuszczeniem Owocowego Lasu.
- Dobrze. Zapytaj ich c-czy chcą uciec z nami... Tylko ciszej, dobrze? N-Nikt nie może was usłyszeć, a zwłaszcza... – zamilkła, przełykając głośniej ślinę. Jej strach był bardzo wyczuwalny. Poranek kiwnął głową. Spojrzał jeszcze na swoją mentorkę. Współczuł jej. Nawet jeśli nie było po nim tego widać. W końcu kotka niedawno opłakiwała śmierć swojej mentorki, a teraz... Wypuścił powietrze nosem i wyszedł z legowiska. Musiał jak najszybciej znaleźć swoje rodzeństwo, najlepiej wszystkich od razu. Dlatego skierował się do legowiska uczniów. Zaczynało się ściemniać, więc Poranek przypuszczał, że wszyscy znajdują się właśnie tam. Powoli i ostrożnie wdrapał się na górę i wszedł do środka. W środku zauważył najmłodszych uczniów i na szczęście, Pszczółkę i Mgiełkę. Obie kotki zwróciły ku niemu swój wzrok, w końcu rzadko zjawiał się w legowisku uczniów.
- Hej Poraneczku! Coś się stało? – zapytała Mgiełka, zadowolona na jego widok.
- Nie... Świergot nas woła – skłamał, kątem oka obserwując dzieci Sówki – Wiecie może gdzie jest Mróz? – zapytał, ale obie jego siostry pokręciły przecząco głowami – No dobra... Poczekajcie na mnie przed legowiskiem medyka, dobrze? To pójdziemy razem.
- Jasne! A wiesz, o co chodzi? – zadała pytanie jeszcze Mgiełka, ale jej brat pokręcił przecząco głową i zniknął, opuszczając legowisko. Pozostało tylko znaleźć Mroza. Rudy pokręcił się chwilę po obozie, szukając dookoła swojego brata, jednak nigdzie go nie było. Poranek miał nadzieję, że znów czegoś nie odwalił i nie wkopał się w żadne kłopoty. Już chciał wrócić z powrotem do sióstr, gdy nagle zauważył znajomą sylwetkę niebieskiego kocurka. Mróz wszedł właśnie do obozu, a za nim Mirabelka. Od razu ruszył w ich stronę, witając się ze zwiadowczynią.
- Mróz, chodź bo Świergot nas woła – powiedział od razu zbliżając się do niebieskiego. Miał nadzieję, że to kłamstwo zadziała również na brata. Na szczęście tak się stało i już chwilę później Chwast miał przy sobie wszystkich. Kazał im wejść do środka legowiska, gdzie była tylko Murmur. Medyczka spojrzała nieco zaskoczona na trójkę uczniów, jednak gdy tylko zobaczyła za nimi swojego podopiecznego, nieco się uspokoiła.
- No i gdzie Świergot? – zapytał Mróz, rozglądając się.
- Nie będzie tu Świergot, musiałem skłamać – wyznał, a uczniowie otworzyli tylko szerzej oczy, nie wiedząc, co tak właściwie się dzieje – Ale i tak chcę z wami porozmawiać – zaznaczył jeszcze rudy, siadając na ziemi.
- Wszystko dobrze? – zapytała Pszczółka, a Chwast już po prostu pokręcił przecząco głową. Wzrok wbił w swoje rodzeństwo, jak to miał w zwyczaju i zaczął przebierać łapami, dając tym samym upust emocjom.
- Wiecie, co ostatnio się stało, prawda? – zaczął powoli Poranek, a zgromadzeni pokiwali głowami, patrząc po sobie – Daglezjowa Igła oskarża nie tylko Lśniącą Tęczę o śmierć Sadzawki, ale też Murmur i mnie... Ja wiem, że to co teraz powiem może zabrzmieć dziwnie... – mruknął, naśladując trochę swoją mentorkę, gdy sama mu o tym mówiła – ...ale proszę wysłuchajcie mnie. Daglezjowa Igła sama zaczęła zagrażać... Nam wszystkim. Murmur dostała znak od Wszechmatki... Według niej, ona, czy ja możemy być zagrożeni właśnie przez liderkę. Przez tą sytuację – kocur starał się mówić wszystko spokojnie, jednak łapy tylko szybciej uderzały o ziemię, wywołując już lekki ból. Nawet jeśli jego pysk i ton głosu nie wskazywały na nic niepokojącego, w końcu to się nie zmieniało, to jego ruchy wskazywały dokładnie na coś innego. Bał się. Bał się o swoje rodzeństwo, o Murmur, o to wszystko – My musimy uciec z Owocowego Lasu – powiedział w końcu, zamykając na chwilę oczy.
- Jak to? – zapytała Mgiełka, jakby tym wszystkim poruszona.
- Daglezjowa Igła o-oszalała... Nie wiemy c-co może zrobić. Przecież mogła zranić Lśniącą Tęczę! – powiedziała Murmur, pierwszy raz odkąd przyszli włączając się do rozmowy.
- My uciekamy dziś w nocy. Idziecie z nami? – zapytał, znów wzrok wbijając w siostry i brata. Miał wielką nadzieję, że się zgodzą. Przecież nie wybaczy sobie, jak coś im się stanie. Musieli się zgodzić. Nastała chwila ciszy, przerwana tylko uderzeniami o ziemię, przez łapy Poranku.
- Nie ma mowy – odparł nagle Mróz – Daglezjowa Igła przecież nic nie zrobi. Sam mówiłeś głównie o waszej dwójce – mruknął, zwracając się do Poranku i Murmur – Ja zostanę i będę chronić Świergot! Żadna szalona liderka nic mi przecież nie zrobi – uparł się niebieski. Poranek przestał ruszać łapami, jakby tym wszystkim poruszony.
- Mrozie, ale naprawdę lepiej będzie jeśli pójdziemy wszyscy – przekonywał rudy. Mróz znów otworzył pysk, by najprawdopodobniej się odezwać, lecz ubiegła go inna osoba.
- Ja chcę iść – oznajmiła Mgiełka, przerywając swoim braciom. Podeszła bliżej Chwastu i usiadła obok.
- Chcecie uciec tak po prostu bez walki? Przecież skoro ona i tak oszalała, to nie łatwiej jej obalić? Wszechmatka powinna być nam wtedy wdzięczna! – poraz kolejny odezwał się uczeń Mirabelki, zgrywając twardziela. Dokładnie przyglądał się pozostałym uczniom i medyczce, z błyskiem w oku. Poranek za to westchnął cicho. Dlaczego jego brat był taki uparty? Nie umiał nigdy tego pojąć.
- To ryzykowne... – zaczął znów Chwast, lecz jego brat mu przerwał.
- Aż tak jak ucieczka w środku nocy w nieznane? Gdzie jeszcze niedawno byli Dwunożni?
Poranek zamilkł. "Może Mróz ma rację?" – zaczął się zastanawiać – "Może narażam tym samym Mgiełkę, zamiast jej pomóc? A jeśli ten znak od Wszechmatki dotyczył czegoś innego?" – zamknął się w swojej głowie, uważnie przyglądając się każdej myśli. To wszystko było za dużo. "Może lepiej będzie...", "Świergot przecież...", "A może Murmur...", "Daglezjowa Igła...", "Kto pomoże...". Starał się wyrzucić wszystkie te myśli z głowy, jednak nie potrafił. Znowu zaczął przebierać łapami, mimo tego, że go bolały. Mgiełka to zauważyła. Podeszła jeszcze bliżej brata, kładąc mu ogon na barku. Ten wtedy się "obudził". Odwrócił głowę w stronę siostry, a ta uśmiechnęła się do niego.
- Możecie sobie uciekać, ja tu zostaję – zakończył Mróz jak zawsze udając niepokonanego. Poranek nie odezwał się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Obawa nawiedziła jego umysł, a dotyczyła ona oczywiście niebieskiego kocura. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Pszczółka dalej się nie odezwała. Spojrzał na nią, oczekując jakiejś reakcji.
- Ja pójdę z wami – odparła Pszczółka, wstając. Poranek kiwnął jej wdzięczny głową, lecz znów skierował się do brata.
- Proszę, pójdź z nami – zwrócił się do kocura – Boje się o ciebie, proszę chodź.
- Nie idę – po wypowiedzeniu tych ostatnich słów, Mróz opuścił legowisko medyka, zostawiając tam zebrane koty. Rudy spuścił głowę, czując kłębiące się w niej myśli.
- Nie możemy go przecież tak zostawić! – odezwała się Mgiełka, wskazując miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu siedział ich brat.
- Nie możemy g-go też zmusić... Jednak j-jemu pewnie nic nie grozi. Świergot się nim zajmie – przekonywała cicho medyczka, podchodząc powoli do uczniów. Poranek nawet na nią nie spojrzał, wzrok dalej mając wlepiony w ziemię. Nie chciał już tego wszystkiego. Czy to w ogóle była prawda? Musieli uciekać? Na razie nie widzieli wyjścia.
 
***
 
Usiadł obok siostry, rozglądając się dookoła. Nigdy nie spał w legowisku uczniów, a już sam fakt, że rzadko tam przebywał był dla niego dość dziwny. Mgiełka chyba to zauważyła, ponieważ oparła się o brata, chcąc tym samym dodać mu otuchy. Niedługo mieli uciec. Ich plan był dość prosty, mieli wyjść przez gałęzie właśnie z legowiska uczniów. Dlatego tej nocy Chwast był nieco zmuszony do zmiany legowiska. W razie czego miał usprawiedliwiać się jakąś obawą.
- Jak się czujesz? – zapytała nagle Mgiełka, przyciągając tym samym uwagę rudego.
- Jest dobrze – mruknął tylko, by nie martwić Mgiełki. Już wystarczająco ją martwił samą ucieczką, nie potrzebowała do tego jego wszystkich myśli, które co chwilę pojawiały się w głowie kocura – A ty? Widzę, że się denerwujesz.
- To wszystko jest dziwne – przyznała kotka.
- Ale będzie dobrze, naprawdę – zapewnił Chwast, choć sam nie był pewny swoich słów – I jeszcze... Gdzie mam spać? – zapytał.
- Tu obok mojego posłania nikt nie śpi – oznajmiła i wskazała mech leżący obok. Jej brat kiwnął głową i przeszedł na drugie posłanie, układając się na nim. Myśli dalej krążyły w jego głowie, a sam kocur starał się opanować, by nie budzić przy tym nikogo innego. Bał się tego wszystkiego, a zwłaszcza że Mróz zostawał w obozie. Bał się o niego. Przecież nie wybaczy sobie, jak coś mu się stanie.
 
***
 
- Pobudka... – usłyszał czyiś cichy głos. Powoli odwrócił się w stronę dźwięku, a jego oczom ukazała się czyjaś postać. Szybko zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Od razu podniósł się i zaczął szukać sióstr. Pierwszą oczywiście znalazł Mgiełkę. Najciszej jak mógł, zaczął ją budzić, a później podszedł do Pszczółki.
- Wstawaj – powiedział cicho do kotki, a ta podniosła lekko głowę – Szybko i cicho – rozkazał i powoli podszedł do swojej mentorki. Jednak tym razem nie wbił w nią swojego wzroku, jak to miał w zwyczaju z każdym. Wzrok miał wbity w ziemię, za każdym razem starając się unikać kontaktu. To powoli go przerastało. Nie mógł znieść myśli, że coś się stanie. Miał dość swoich myśli, które starały się przejąć nad nim władzę. A on nie mógł nic zrobić. Czuł się bezradny w walce z nimi. Jakby to nie on miał myśli, ale one jego.
Pszczółka szturchnęła go lekko, tym samym przywracając go do rzeczywistości. Musieli iść. Dopiero wtedy spojrzał na swoją mentorkę, czekając na jakiekolwiek rozkazy z jej strony. Murmur kiwnęła głową i powoli zaprowadziła ich w miejsce, skąd mieli uciekać. "Wspiąć się po gałęziach" – przypomniał sobie słowa medyczki i ruszył za nią, gdy tylko ona zaczęła wspinaczkę. Ostrożnie przemieszczali się po gałęziach, starając się nie spaść na ziemię. W końcu doszli na ostatnią prostą. Już zaraz mieli znaleźć się poza obozem. Jednak wtedy Poranek się zatrzymał. Odwrócił się w stronę obozu, nie odzywając się.
- Poranku?
- A jeśli coś mu się stanie? To będzie moja wina – powiedział cicho, kręcąc lekko głową. Murmur powoli do niego podeszła, kładąc mu ogon na barku.
- Nic mu nie będzie. Wszechmatka się n-nim zajmie... – odparła, z nutą zmartwienia w głosie – Musimy iść.
Mimo to, kocur poszedł za swoją mentorką, pragnąc, by to wszystko okazało się tylko snem. Przeskoczyli na ostatnią gałąź i już chwilę później znaleźli się poza obozem. Ruszyli w stronę Konającego Buku, by później przejść dalej, z dala od Dwunożnych i terenów. Biegli przed siebie, nie odwracając się. Poranek z każdą chwilą coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że to nie jest sen. Czuł to otaczające go zimno nocy, słyszał odgłos kroków, ale też miał pełną świadomość, że właśnie uciekali z Owocowego Lasu. I nie było wiadomo, kiedy wrócą.
Doszli do Konającego Buku. Powoli i ostrożnie przeszli na drugą stronę. Gdy wszyscy byli, ruszyli dalej, w stronę terenów niczyich, za Drogą Grzmotu. Biegli przed siebie, tracąc powoli siły. To wszystko było niemożliwe, jednak się działo. W końcu dobiegli do drogi. Zatrzymali się przed, łapiąc oddech. Nie odzywali się do siebie, a cisza ta była niepokojąca. Chwast podniósł wzrok. Gdzie mieli iść dalej? Wbił go w swoją mentorkę, czekając na jakąś reakcję.

<Murmur?>
[2148 słów]
[przyznano 43%]

30 sierpnia 2024

Od Murmur CD. Poranka

Minął już jeden, pełny wschód słońca od momentu pochówku Witki, a w Murmur nadal buzowały emocje. Zamykając oczy, widziała obraz martwej szylkretki, przyozdobionej lawendą i późno kwitnącymi ziołami. Wyglądała zupełnie tak, jakby spała. Spoczęła pod jedną z najstarszych jabłoni, której wiek można było określić po sędziwych, powykręcanych konarach i grubej, szorstkiej korze. Drzewo przypominało jej mentorkę. Na zewnątrz chłodne, chropowate, jednak co roku rodzące setki czerwonych owoców, stanowiących pokarm dla zwierzyny. Zupełnie tak jak Witka pomagała Owocowemu Lasowi, tak stara jabłoń pomagała wiewiórkom, myszom, kosom, a także niezliczonej ilości owadów, a jej kwiaty każdego sezonu przyozdabiały bielą sad, karmiąc swym nektarem pszczoły, trzmiele i barwne motyle. Było to zdecydowanie odpowiednie miejsce na pochówek takiej osobistości, jaką w głowie medyczki była Witka. U stóp jabłoni stała najdłużej ze wszystkich współklanowiczów, dłużej niż Daglezjowa Igła i Sadzawka, a nawet jej dzieci i przyjaciółki. Możliwe, że pozostałe koty odeszły wcześniej, gdyż ich bębenki nie mogły znieść już żałosnego szlochu szynszylowej, dla której powstrzymanie płynących łez było cięższe nawet niż podniesienie pnia drzewa. Nie umiała się tym jednak przejąć. Była zbyt pochłonięta żałobą, rozpaczą i bezradnością. Martwiła się, jak będzie wyglądać życie bez tej starej, poczciwej kocicy. Czy podoła obowiązkowi, jaki spadł na jej barki?
Słońce już świtało, kiedy powieki uniosły się z ponad dwukolorowych oczu Murmur. Przekrwione, błyszczące i mokre od łez, do tego ubrane w fiolet, prześwitujący przez jej cienkie, krótkie futro. Nie mogła spać, cały czas się budziła, okręcając się w ciaśniejszy kłębek, do momentu, aż ciężko było jej oddychać. Czuła się bardziej zmęczona, niż po całym dniu spędzonym na poszukiwaniu ziół.
– Witaj – przywitał się cicho rudy kocur.
– Wcześnie wstałeś, Ch-Chwaście – stwierdziła, spoglądając na słoneczne smugi, które nie dosięgły jeszcze nawet wejścia do ich legowiska.
Kocur drgnął uchem, jak gdyby zadowolony z użycia przez mentorkę jego imienia. Murmur nie miała aż takiego problemu z używaniem tego, zamiast jego oryginalnego. Fakt, czasem się myliła, jednak nadal – było to jedynie imię, w dodatku nie to otrzymane od Wszechmatki, które jej zdaniem było najważniejsze. Podobnie jak Chmurka stała się Przepiórką, tak Poranek mógł zostać Chwastem.
– Może… – wymruczał, odwracając się za siebie. Z jego oczu medyczka wyczytała niewypowiedziane “Nie wyglądasz najlepiej”.
Westchnęła, zajmując miejsce obok młodszego. Spojrzała pod jego łapy, na zioła, które właśnie miętosił pomiędzy paliczkami. Zmarszczyła nieznacznie nos.
– Nie odkładaj tej mięty – poinstruowała młodszego. Ten z zaskoczeniem uniósł brew, nieprzyzwyczajony do pewniejszego tonu szynszylowej – T-to znaczy - nie nadaje się już do użytku. S-spójrz… – miauknęła, wskazując pazurem na żółknącą obwódkę liścia.
Rudy pokiwał ze zrozumieniem głową, odkładając zioło na oddzielną kupkę. Był bystry, nie mogła mu tego odjąć. Szybko się uczył i zdaniem kotki, miał o wiele większy talent do ziół niż jego starsza poprzedniczka, Przepiórka. Nikogo to z resztą nie dziwiło - jego matką była sama szamanka, Świergot, która już od pierwszych chwil mogła zakorzenić w nim pasję do ziołolecznictwa, praktykowanego w Owocowym Lesie. Jak na swój młody wiek, kocur umiał sporo. Nie tak dawno, wraz z drobnymi instrukcjami mentorki, samodzielnie przygotował maść na swędzącą infekcję Pieczarki.
***
Medyczka w pewnym momencie nie wiedziała, co się wokół niej działo. Daglezjowa Igła wpadła z impetem do obozu, ciągnąc za sobą swą zastępczynię – Sadzawkę, z której klatki piersiowej wyciekała szkarłatna ciecz, brudząc otaczającą je roślinność. Wraz z pomocą paru wojowników, wciągnęli ją do środka, układając na wskazanym przez szynszylową posłaniu. Na jej prośbę także, wszyscy poza nią i Chwastem, opuścili lecznicę. Nieprzyjemny, drapiący uszy, charczący oddech rozchodził się po ścianach, wsuwając się pod skórę. Ze streszczonej wiadomości, jaką otrzymała od rudej liderki, wynikało, że obie zostały napadnięte przez dwunożnych. Murmur słyszała tylko legendy o zadawanych przez ich czarne patyki obrażeniach. Po jej plecach przeszedł dreszcz. Nachyliła się nad chorą, rozsuwając otaczające jej ranę futro. Wyglądało paskudnie, a jednocześnie szokująco “czysto”. Żadnych zadrapań, śladów kłów, pazurów, czy szarpnięć, takich, z jakimi dane było się jej spotkać. Przybliżyła pysk do ziejącej dziury na ciele kotki, wchodzącej pomiędzy jej starcze żebra. Z otwartej rany nadal sączyła się krew, co tylko potwierdziło jej obawy. Pocisk, sądząc po rozmiarach pozostawionego otworu, był wielkości dojrzałego żołędzia i był głębiej, niż początkowo przypuszczała.
– Chwaście, p-podaj mi pajęczynę, czystą, cienką gałąź, k-koniecznie bez żadnych porostów i paprochów – mówiła drżącym głosem.
Rudy uczeń stał przy niej, wpatrując się spokojnie w krew ściekającą na mchowe leże. Wzdrygnął się, słysząc nakaz mentorki, po czym w kilku susach odbiegł do stosu z ziołami. Murmur w tym czasie oglądała resztę ciała zastępczyni, próbując określić tor, jaki mógł obrać “żołądź”. Im bardziej się przyglądała i im coraz szerszy obraz brutalnej rzeczywistości do niej docierał, tym bardziej jej oczy zaczęły się mrużyć. Była pewna, że dwunożni przebili przynajmniej jedno z jej płuc, jednak sądząc po sile, z jaką pocisk musiał wbić się w jej korpus… Potrząsnęła łbem. Nie mogła o tym teraz myśleć. Chwast zdążył już dobiec do niej z wcześniej zebranym ekwipunkiem, rozkładając go przed mentorką. Czysty patyczek podał jej do pyska.
– P-proszę, przygotuj jeszcze papkę z liści dębu sz-szypułkowego… I koniecznie weź mak. Dużo maku.
Podobnie jak przy poprzednim poleceniu wydanym przez Murmur, uczeń odbiegł bez zająknięcia. Za sobą usłyszała głośne ciamkanie, jakie towarzyszyło wyrabianiu maści. Kiedy wrócił, ułożył przy pysku burej zawiniątek, w którym kryły się liczne kuleczki nasion maku.
– Sadzawko – zwróciła się do leżącej przed nią kotki, chcąc ją uprzedzić przed rozpoczęciem operacji, co ją może zaraz czekać – Teraz podamy ci m-mak… Potem… Potem może nieco zaboleć, ale ból powinien zostać uśmierzony ziołami. P-później– zająknęła się, niepewna, czy powinna uraczyć burą takimi szczegółami. “Włożę ci patyk w ranę” nie było czymś, co chciałby usłyszeć każdy pacjent. Nie musiała jednak kończyć, gdyż głośna salwa kaszlu wdarła jej się w zdanie.
– Murmur – prychnęła chroboczącym głosem Sadzawka, na co szynszylowa zdębiała – Prze…przestań – kontynuowała, z trudem pokonując ochotę zaniesienia się jeszcze głośniejszym, trzeszczącym odgłosem – Straciłam za dużo krwi. Owocowy Lasek jest kawał stąd…
– M-musimy przecież spróbować! – pisnęła młodsza, spanikowanym wzrokiem patrząc na zastępczynię, która w odpowiedzi na to, gdyby tylko miała siłę, wywróciłaby oczami.
– Wystarczy… – miauknęła zmęczona, uciszając medyczkę i jak się po chwili okazało - miało być to jej ostatnie wypowiedziane słowo.
Wrzaskliwy, ciężki kaszel, oddech, który wręcz uciekał z pyska burej… Mimo ostrzeżeń, szynszylowa nadal próbowała wcisnąć starszej choćby jedno ziarnko maku… Aż do chwili, gdy słabe ciało znieruchomiało. Bok przestał się unosić, a oczy zastygły, utkwione w bliżej nieokreślonym punkcie, za plecami Murmur.
***
Po tym, co rozegrało się na środku obozu, medyczka skryła się w kącie legowiska, zanosząc się głośnym szlochem. Miała rację. Nie radziła sobie. Witka z pewnością szybciej by coś wymyśliła, może by wyssała, może wygrzebała, a może rozcięła bok kocicy i…
– Murmur? – głos należący do rudego ucznia rozległ się bliżej, niż się spodziewała.
Podskoczyła, odwracając swój zasmarkany pyszczek do Chwasta. Przetarła łapą nos. Musiała przecież dać mu jakiś przykład.
– W-wybacz, że musisz mnie oglądać w takim stanie – przeprosiła.
Pręgowany milczał.
– Masz, pomyślałem, że się przyda – rzucił, podając mentorce parę liści do wytarcia mordki.
Skinięciem głowy podziękowała mu, korzystając bez zastanowienia z danej jej szansy.
***
Bała się Daglezjowej Igły. Kotka zachowywała się, jakby zupełnie postradała zmysły, jednak nadal obowiązkiem Murmur, jako medyczki Owocowego Lasu, było opiekowanie się każdym jego członkiem, bez wyjątku. Toteż wieczorem, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, na trzęsących się łapach udała się pod samą pieczarę liderki, zamaskowaną między gałęziami dużej topoli. W pysku niosła zawiniątko z liści, skrywające w sobie leki na ukojenie nerwów. Być może ta drobna sugestia pomogłaby ich liderce w tym ciężkim czasie. Gdy już miała odłożyć trzymany przez siebie pakunek, jej oczy dostrzegły pomarańczowy, okrągły kształt. Jabłko. Owoc jak gdyby nigdy nic leżał na płaskim łączeniu gałęzi, co nie było niczym dziwnym, zważając na fakt, iż wokół rosło wiele jabłoni, a po drzewach skakały gryzonie, mogące je transportować z miejsca na miejsce. Coś jednak sprawiło, że wnętrzności szynszylowej zdawały się wywijać na lewą stronę.
Pleśń, pokrywająca rudo-brązową skórkę owocu, niegdyś twardego i soczystego, teraz miękkiego, rozgniatającego się pod najmniejszym naciskiem na cuchnącą słodką zgnielizną maź. Białe, wystające kropki przyprawiały Murmur o wymioty. Nie była to reakcja, jakiej ktokolwiek mógłby się spodziewać po kocie wychowanym w sadzie. A jednak. Dla medyczki znaczyło to więcej, niż na pierwszy rzut oka można było zobaczyć. To nie był przypadek. To był znak. Pomarańczowy owoc, niegdyś soczysty, jednak teraz pleśniejący, gotowy zatruć każdego, kto odważyłby się go skosztować. Do tego te białe, niby zwykłe, częste, a jednocześnie tak niepokojące ślady rozkładu… Do złudzenia wręcz przypominały siwe kosmyki, pojawiające się coraz obszerniej na matowiejącej okrywie Daglezjowej Igły. Tego już nie można było nawet nazwać znakiem. To było ostrzeżenie pochodzące od samej Wszechmatki. Jasno wskazywało, kogo Owocniacy powinni się teraz lękać najbardziej. Murmur upuściła zwitek ziół, czym prędzej zaskakując z liderskiej topoli. Bała się, że zgnilizna także i ją pokryje, jeśli jej stopa pozostanie w tamtym miejscu choćby uderzenie serca dłużej.
Przez jej umysł przebiegało sto różnych myśli i możliwości, jakie im pozostały. Ich przywódczyni była zagrożeniem, jednak nie takim, któremu była w stanie zapobiec lub z którym mogłaby się zmierzyć. Nie mogła tu pozostać. Nie wiedziała, co może się stać, jeśli ruda jeszcze raz wpadnie w gniew. Ostatnio nieomal zagryzła Lśniącą Tęczę, własnego zastępcę, oskarżając go o morderstwo. Sama czuła, podczas wysłuchiwania warkotu skierowanego w jej stronę, że Daglezja najchętniej zerwałaby z niej skórę. Kto wiedział, co może zrobić następnym razem, kiedy nie będzie już nikogo zdolnego ją powstrzymać? Czy wtedy rzuci się z pazurami na nią? Lub co gorsza, na Chwasta? Biedny kociak, niczemu nie zawinił, a już wraz z nią stanął przed tak poważnymi zarzutami. Po omacku chwyciła w łapy parę kończących się już ziarenek maku, połykając je bez chwili namysłu. Wszechmatka ją ostrzegła.
– Murmur? – zapytał sennym głosem syn Świergot, stając z mentorką pysk w pysk.
Kocica zatrzęsła się, słysząc swe imię. Nie było czasu. Musiała ich stąd zabrać. W Owocowym Lesie nadal pozostawało przynajmniej dwóch innych członków, posiadających wiedzę medyczną potrzebną do ratowania klanu w razie kryzysu.
– Chwaście – zwróciła się do niego poważnie, ruchem ogona nakazując mu usiąść. Po chwili, szeptem kontynuowała – Daglezjowa Igła… oszalała – zaczęła, a rudy spojrzał na nią, jakby wcale się nie dziwił usłyszanym słowom – To, co teraz p-powiem, może zabrzmieć… niespodziewanie, j-jednak jest prawdą i m-musisz mnie wysłuchać! – głos kocicy powoli zaczął wymykać się spod kontroli, ujawniając jej lęk – Otrzymałam znak od Wszechmatki. Daglezjowa Igła stała się gnijącym sercem Owocowego Lasu. Nie mamy ani chwili do stracenia. Musimy uciekać. Czuję, że wkrótce i my możemy trafić pod jej szpony. Widziałeś d-do czego jest zdolna. Lśniąca Tęcza niemal przypłacił życiem jej szaleństwo. Wszechmatka… próbuje nas ostrzec. Dała mi znak. Tej nocy wykradniemy się z obozu. Nie p-pozwolę, aby nas skrzywdziła!
<Chwaściku?>
[1748 słów]
[przyznano 17%]
Wyleczeni: Pieczarka

24 sierpnia 2024

Od Poranku CD. Murmur

Spał sobie smacznie i wyglądało na to, że nic w tej kwestii się nie zmieni. W końcu wszystko wyglądało normalnie. Aż do czasu. Usłyszał jakieś łkanie, jakby płacz, który szybko go wybudził. Powoli odwrócił się w stronę dobiegającego odgłosu i podniósł lekko głowę. W końcu otworzył oczy i mrugnął parę razy, by przyzwyczaić wzrok.
- Mhmfh... Murmur...? – zapytał, a jego głos uniósł się echem po legowisku. Nie rozumiał, co się dzieje. Od śmierci Jarząb było w końcu spokojnie, a przynajmniej nikt nie umierał. Na chwilę zamknął się w swojej głowie. W końcu potrząsnął lekko głową i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie dostał odpowiedzi, a zamiast tego słyszał tylko skomlenie.
– W-Witka… – pociągnęła nosem Murmur, głośno przełykając ślinę – Witka dołączyła do Wszechmatki… – wydusiła z siebie w końcu, znów zalewając się łzami. Poranek od razu wstał i podszedł do swojej mentorki. To było niemożliwe. Przecież Witka trzymała się dobrze. Nic nie wskazywało na jej śmierć. Jednak Murmur nie kłamała. Przed oczami pojawiło mu się ciało Witki. Kotka musiała zginąć we śnie, a przynajmniej tak myślał uczeń. Nie mieściło mu się to w głowie. Może z Witką było coś nie tak? Ale on nie zauważył. Nie miał pojęcia, ale ten widok uświadomił go tylko, że życie może się skończyć w każdej chwili. 
Chwast przeniósł wzrok na swoją mentorkę. W przeciwieństwie, do niej, on dalej miał ten sam wyraz pyska, a żadna łza nie spłynęła po jego policzku. Nie potrafił zareagować tak, jak Murmur. A jego mieszane uczucia do zmarłej tylko to potęgowały. Po rozmowie, z Przepiórką, obawiał się nieco Witki. Bał się, że zrobi coś jego rodzeństwu. Teraz nie musiał się bać i przejmować, powinien czuć ulgę? Sam nie wiedział. Nie czuł jej. Nie był nawet pewny, co czuje, ale było to podobne do śmierci Jarząb. Jakiś strach, połączony z niepewnością. Zaczął przebierać intensywnie łapami, dając tym samym upust swoim emocjom, które nie pokazywały się na jego pysku. To, że jej nie ufał, nie miało tu żadnego znaczenia. Była medyczką, z którą dzielił legowisko. A teraz nie żyła.
Łzy Murmur dalej spływały po jej policzkach, uderzając o ziemię. Poranek nie był pewny, co powinien zrobić. Wzrok znów przeniósł na ciało zmarłej.
- Murmur, Wszechmatka się nią zajmie... Jest w dobrych łapach – mruknął cicho kocur, chcąc jakoś pomóc, jednak bezskutecznie. Jego mentorka dalej zalewała się łzami, a jej łapy tylko bardziej się trzęsły. Jakby miała zaraz sama się przewrócić – Powinnaś odpocząć – powiedział rudy i wstał. Spojrzał na Murmur i po chwili pomógł jej wrócić na swoje posłanie – Zaraz sama możesz się przewrócić... Połóż się tu – poprosił. Chwilę później Murmur leżała na swoim legowisku, chowając pysk. Mimo to dalej można było słychać jej skomlenie. Chwast spuścił głowę. Nie wiedział, co teraz robić. Jego mentorka nie wyglądała, jakby miała dać sobie radę z tym wszystkim. Kątem oka spojrzał w stronę legowiska Witki. Powinien chyba powiadomić o jej śmierci. Tak więc zrobił, zostawiając Murmur na chwilę samą.
 
***

Ciało starszej medyczki leżało na środku obozu, by klan mógł się pożegnać. Poranek siedział obok swojej mentorki, obserwując wszystko dookoła. Widział koty żegnające się z Witką. Między innymi Sadzawkę i oczywiście jej dzieci, Żagnicę i Chrząszcza. Słyszał płacz niektórych kotów, w tym płacz Murmur. Po jakimś czasie mieli wynieść ciało Witki. Poranek wstał, widząc wychodzących z tłumu wojowników, którzy mieli pomóc. Spojrzał na swoją mentorkę.
- Dasz radę? – zapytał. Ta pokiwała głową. Chwiejnie wstała na łapy i ze swoim uczniem u boku, ruszyła za kotami.
 
***

Chwast otworzył oczy. Był ranek. W legowisku było cicho, przez co doskonale było słychać oddech Murmur i jego samego. Jednak brakowało jednego oddechu – Witki. Rudy powoli wstał i potrząsnął głową. "Teraz pewnie dużo się zmieni" – pomyślał i powoli podszedł do półki z ziołami. W oczy rzuciły mu się porozrzucane na ziemi zioła, które postanowił posegregować. Zajął się pracą, rozmyślając przy tym o obecnej sytuacji. "Murmur zostanie główną medyczką" – pomyślał, łapiąc jedną z roślin – "Będziemy mieć więcej do pracy, skoro jest nas tylko dwójka..." – kątem oka spojrzał na leżącą medyczkę. Było widać, że bardzo przeżywa śmierć Witki. Kocur westchnął cicho. Złapał już kolejną roślinę, ale wtedy usłyszał jakiś szelest. Podniósł głowę znad ziół i spojrzał na Murmur. Ledwo zauważył jej otwarte oczy. Jednak było widać, że są one czerwone od płaczu.
- Witaj – przywitał się cicho Poranek, odkładając roślinę na odpowiednie miejsce.

<Murmur?>
[704 słów]
[przyznano 14%]

20 sierpnia 2024

Od Murmur do Poranka

Księżyce mijały szybko. Nowe kocięta, nowe tragedie, nowe radości… Murmur nigdy nie była jednak w to wszystko zaangażowana. Była jak obłok, niby unoszący się tuż nad ziemią, niby widzący wszystko, co działo się wokół, jednak wciąż zbyt odległy, by zostać dostrzeżonym czy móc zareagować. I tak właśnie się czuła - obco. Nie miała przyjaciół, nie miała też rodziny, do której mogłaby się zwrócić w potrzebie. Mimo istnienia, nie mogła powiedzieć, że żyje. Widziała radosne pyski pobratymców, przyjaciół, partnerów, którzy sumiennie odwiedzali swoich bliskich w legowisku medyka, z troską doglądając ich stanu. Szynszylowa tego nie posiadała. Miała co prawdę parę koleżanek, które raz na jakiś czas bąknęły jej jakąś ploteczkę czy nowinkę z Owocowego Lasu, jednak poza tymi rzadkimi momentami, dni spędzała samotnie, skryta w mrokach lecznicy. Od kiedy Chmurka, teraz zwana Przepiórką, porzuciła drogę medyka, większość czasu przebywała sama z Witką, swoją dawną mentorką oraz pacjentami, którzy także nie towarzyszyli jej zbyt długo, zazwyczaj kilka wschodów słońca później wracając do sił. Kolorów do jej życia dodawały wyprawy po zioła, podczas których miała szansę opuścić gwarny obóz i ciemną norę. Zbierała rośliny, wyrywając te najzdrowsze, bez dziur czy oznak chorób, zawsze skrupulatnie odgryzając od reszty zioła jedynie parę liści, by nie zaburzyć ich populacji w sadzie. Często wtedy oddawała się modlitwie - cichej, skrytej, skierowanej do samej Wszechmatki. Wylewała swoje żale w nicość, mając nadzieję, że przesiadujące na gałęziach drzewek owocowych szpaki zaniosą jej słowa wysoko i daleko, docierając do uszu boginki. W końcu tylko na nią mogła faktycznie liczyć. Miała już czterdzieści księżyców. Jej zdaniem było już za późno na nawiązanie jakichkolwiek relacji, a skoro sama Wszechmatka nie zesłała jej żadnego znaku, to najwyraźniej właśnie tak miało być. Witka także nie narzekała na jej małomówność. Miała własne przyjaciółki, w których kręgu się obracała, a nawet potomstwo. Będąc główną, zabieganą medyczką, nie miała za dużo czasu dla Murmur po zakończeniu jej treningu. Była uczennica była jej pomocnicą, jednak niczym więcej. To nie tak, że miały ze sobą zły kontakt, jednak nie była to znajomość, z której czuć było ciepło. Szynszylowa miała podać jej zioła, zająć się chorym, wymienić ściółkę czy przynieść nowe medykamenty. I na tym ich kontakt się kończył. Nie miały ze sobą praktycznie żadnych tematów do rozmowy, poza tymi związanymi z ich zawodem.
Nie licząc Witki i chorych, Murmur kontaktowała się jeszcze z kulankami. Mało kto dostrzegał ich obecność. A jeszcze mniej kotów umiała je rozpoznać. Przez kociaki zwane były kuleczkami, kręciołkami, do złudzenia przypominając swym idealnie okrągłym kształtem piłeczki pieszczochów. Asystentka dostrzegła je pewnego wieczoru, kiedy ostrożnie wplątywała za swoje ucho świeże kwiaty konwalii. Podczas tępego wpatrywania się w ścianę legowiska, zauważyła ruch. Kilka małych, krótkich jak koci nos robaczków dreptało w małym zagłębieniu, lecz gdy tylko Murmur się do nich zbliżyła, swym nieco zlęknionym krokiem, te natychmiast zwinęły się w kulkę, przyprawiając ją niemal o zawał na miejscu. Po odczekaniu chwili, spędzonej na próbie uspokojenia oddechu, kocica otworzyła swe dwubarwne oczy, jeszcze raz łypiąc podejrzliwie na toczące się zwierzątka. Nie wyglądały tak groźnie. A właściwie, nie wyglądały wcale na coś, co stanowiłoby dla niej zagrożenie. Po pierwszej fali emocji, szynszylowa stwierdziła, że w sumie to im zazdrości, gdyż sama chciałaby umieć się tak zgrabnie i szybko się zwinąć, gdy się czegoś bała. Miałaby wtedy z pewnością znacznie mniej problemów, a być może nawet ktoś doceniłby jej talent. Od tamtej pory medyczka dokarmiała je różnorakimi przysmakami, sprawdzając, które najbardziej przypadną im do gustu. Zgniłe zioła, wyrzucane podczas czystek, skórki po jabłkach, skrawki zwilżonego mchu… Poznawanie tych opancerzonych jegomości i ich upodobań jedzeniowych okazało się być milsze i ciekawsze, niż kotka mogłaby się spodziewać. Poświęcała na nie dużo energii, w zamyśleniu obserwując, jak jej pupile zareagują na świeżą porcję obierek czy zieleninki. Słodkie, małe kuleczki rozczulały jej delikatne, samotne serduszko…
Dlatego też, kiedy po ponad połowie księżyca Witka odkryła jej powiększającą się hodowlę kulanek i z obrzydzonym wrzaskiem rozdeptała jedną z nich, to samo serduszko pokruszyło się na milion kawałeczków, a łzy zbierające się w kącikach oczu młodszej utworzyły efektowny wodospad. Z pewnością nie tego chciała Wszechmatka! Prawda, inne koty także krzywo patrzyły na jej poczynania, kiedy siedząc odwrócona plecami do reszty świata gadała do ściany lub kiedy siłowała się z obraniem jabłka ze skórki, jednak nikt nigdy nie ośmielił się pozbawić jednej z kulanek życia! To wydarzenie było jedynie nauczką dla kotki, która zamiast zrezygnować, utworzyła w korze małą szczelinę, zasłanianą innym kawałkiem drewna. W niej właśnie mieszkały ukryte kulanki. Bezpieczne i poza zasięgiem złowieszczej Witki, do której Murmur straciła nieco zaufania.
Kiedy szynszylowa usłyszała od Witki, a wkrótce potem od samej liderki, Daglezji, iż zasłużyła na wyszkolenie własnego ucznia, była lekko mówiąc w szoku. Sama nie czuła się wystarczająco pewnie w tej roli, a ciągłe powtarzanie przez Witkę “Musicie być gotowi na moje odejście…” wcale nie dodawało jej otuchy. Efekt był odwrotny, a presja wywierana na Murmur stawała się nie do zniesienia. Szylkretka, co prawda już starsza, wolniejsza, ale nadal żywotna, nie wyglądała na kogoś, komu spieszy się do dołączenia do Nieskalanego Sadu, jak nazywała miejsce spoczynku zmarłych Murmur, a tym bardziej do starszyzny, gdzie już od jakiegoś czasu pomieszkiwał jej były partner. Przypatrywała się szkoleniu prowadzonemu przez Murmur, nieraz pofukując, kiedy nie była szczególnie przekonana do sposobu nauki, jaki obrała uczennica, ale nadal nie ingerowała. Poranek miał więc dużą swobodę - mentorka pozwalała mu przynosić zioła rosnące w okolicy obozu, pomagać jej z chorymi, a nawet powoli samodzielnie dobierać rodzaj leczenia, jaki ma być zastosowany na pacjencie.
***
Delikatny wiatr wpadł do wnętrza legowiska medyka, budząc przy tym śpiącą szynszylę. Poruszyła wąsami. Było jeszcze bardzo wcześnie, a słońce wciąż czekało skryte za pagórkami. Mimo chęci powrotu do snu, coś ją powstrzymało. Nasłuchiwała. Słyszała szumienie liści w koronach drzew, ciche przeskakiwanie wiewiórek pomiędzy gałęziami, szelest mchu, poruszanego przez rude łapki ucznia, jeden oddech, należący do Promyka, drugi, należący do niej i trzeci… No właśnie. Trzeci. Mięśnie na szczupłym ciele kotki spięły się. Odczekała kolejne kilka uderzeń serca, a gdy ostatni oddech nadal nie dotarł do jej uszu, momentalnie otworzyła ślepia. Nerwowo rozejrzała się po legowisku. Czyżby Witka udała się za potrzebą?
– Witko…? – wymsknęło się jej, kiedy dostrzegła nieruchomo leżące ciało byłej mentorki.
Wyglądała, jakby smacznie spała. Jej pysk był spokojny, łapy lekko podwinięte do ciała. Jedynym czego brakowało był właśnie oddech. Główna oznaka życia. Murmur postawiła jeden krok. Drugi. Trzeci. Każdy z nich dzieliło przynajmniej parę uderzeń serca, a przy każdym zaklinała, aby bok szylkretowek poruszyły się w znajomy sposób. Nic. Wreszcie znalazła się długość wąsa od medyczki. Stanęła jak wryta, nie wiedząc co zrobić. Nadal miała obawy z przeszłości, a w jej wyobraźni rysował się dokładny wyraz niezadowolonej mordki Witki, którą przebudziła właśnie z drzemki życia. Jasna kończyna Murmur zawisła na chwilę w powietrzu, tuż nad białą sierścią starszej. Bała się jej dotknąć. W sercu była już pewna, że nie poczuje od niej żadnego ciepła.
– Witko… – kwiknęła łamiącym się głosem, z rozżaleniem pozwalając swej łapie opaść na sztywny, chłodny bark kotki, z którą spędziła praktycznie całe swoje życie. Była z nią dłużej niż jej matka, Łuska, jej ojciec, siostra, a nawet kulanki.
Nie udało się jej zablokować szlochu, tworzącego gulę wewnątrz jej gardła. Łkała, na trzęsących się łapach opadając na ziemię. Oh, biedna, biedna Witka! Czy gdyby nie krakała, to nadal byłaby tutaj z nimi? Czy Wszechmatka uznała jej słowa za prośbę o szybsze porwanie do swego sadu?
– Mhmrh….Murmur…? – rozespany głos Poranka odbił się echem po legowisku medyka.
Przez dłuższą chwilę żadne słowo, poza żałosnym skomleniem, co chwilę duszonym rozpaczliwymi drganiami, nie było w stanie znaleźć swej drogi poza pyszczek Murmur. Nie umiała skleić normalnego zdania bez zalewania się łzami.
– W-Witka… – pociągnęła nosem, głośno przełykając ślinę – Witka dołączyła do Wszechmatki…
<Poranku?>
[1262 słów]
[przyznano 13%]