BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwia Paszcza x Różana Przełęcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwia Paszcza x Różana Przełęcz. Pokaż wszystkie posty

04 stycznia 2024

Od Różanej Przełęczy CD. Lwiej Łapy (Lwiej Paszczy)

Liderka utkwiła wzrok w rudej uczennicy. 
- Kodeks zakazuje odrzucania kocięcia w potrzebie - przerwała na moment - Nawet, jeśli jej wrzaski docierają czasem do Skruszonego Drzewa. Nie widzę jednak problemu, by odeszła na swoje gdy tylko wejdzie w wiek uczniowski. - Wyjaśniła. Nie widziała potrzeby, by na siłę trzymać w klanie kocię, które syczy i pluje. W sumie się temu nie dziwiła, sama by pewnie wymknęła się jako kocię na miejscu Ciszy. Tyle, że niebieska widocznie nie ma tyle pomyślunku, by udawać, że nie istnieje - Poza tym jej zachowanie jest jak najbardziej zrozumiałe. Nie, żebym je pochwalała.
- Teraz nie jest kocięciem w potrzebie... Jak ją tu przyniosłam była wychudzonym kociakiem, a teraz wystarczy spojrzeć na jej okrągły brzuch. Ma się dobrze. I myślę, że by już całkiem sama sobie poradziła, nawet jeśli nie jest jeszcze uczennicą... - zrobiła dłuższą przerwę pozwalając sobie wziąć głęboki wdech - Powinniśmy ją odesłać. Może do jednego z  klanu, z którym mamy sojusz? Nie powinna tu być i żyć wśród nas. Chociażby przez sam fakt, że jej rodzice zabili moją mentorkę, Gepardzi Mróz. I o mało nie zabili mojego brata... - przypomniała - Kto wie skąd pochodzili ci samotnicy i co zaszczepili w tym młodym umyśle... Bo na pewno nic dobrego.
- Wciąż jest kocięciem - rzekła Róża, patrząc na Lew badawczo, tonem nauczycielskim - Co do oddania jej, nie byłby to kiepski pomysł. Niemniej naszym sojusznikom nie jest potrzebna wichura wewnątrz klanu, którą byśmy im podarowali, a wrogowi możliwy sojusznik, jeśli kocię zrozumiałoby, że ma okazję do zemsty. Patrząc jednak na jej chęci do nas, zgaduję, że Cisza sama się wyniesie w odpowiednim czasie. Życie w Klanie Burzy byłoby... niewygodne i dla niej i dla nas. W końcu to z naszych łap straciła rodziców. - zmrużyła oczy, dając Lew znać, że strata rodziców dla kocięcia ma większe znaczenie, niż losowy kot, do którego Róża szczerze wątpiła, by Lew się przywiązała. - Poza tym patrz też na czas głodu i wszystkie warunki, jakie wystąpiły i mogły być przyczyną owego zachowania. Nie znaliśmy tych samotników i nie, żebym tęskniła do ich zapoznania, jednak czasem warto postawić się w sytuacji drugiego kota... i spróbować poszerzyć swoje widzenie.
- Myślę , że wystarczająco ich poznałam w tamtej chwili. - prychnęła - I my również cierpieliśmy głód, a mimo to nie decydowaliśmy się wkraczać na tereny innych klanów, mimo że moglibyśmy... Na pewno za naszymi terenami znajdują się tereny nienależące do nikogo. Tam mogli się osiedlić i zapewnić odpowiednie warunki dla siebie i swoich kociąt. Bezpieczeństwo bliskich powinno być na pierwszym miejscu, a oni nawet tego nie potrafili zapewnić.
- Nie moja już sprawa, by uczyć umarłych o niekompetencji - Rzekła już nieco twardszym tonem - Większość samotników nie zna pojęcia granic, kodeksu, ani podstawowych zasad moralnych, nie oznacza to, że mamy się zniżać do ich poziomu.
- To jest ostatania rzecz, którą bym chciała zrobić. Chce dobrze dla klanu, i martwię się po prostu, że ta nienawiść u Ciszy z wiekiem nie minie tylko się jeszcze bardziej pogłębi. Bo co jeśli nie będzie chciała odejść, bo będzie chciała się zemścić? Na mnie? Na mojej rodzinie? I tylko dlatego, że stanęliśmy w obronie siebie nawzajem jak i całego klanu.
- A moim obowiązkiem jest ją obserwować i zadbać, by do tego nie doszło. Nie potrzebujemy zepsutego kota w klanie - mruknęła - Z resztą, jeśli cię coś zaniepokoi, coś zauważysz, przecież wiesz, gdzie przebywam - dodała już lżejszym tonem, poddając… lekką sugestię. 
- I zaniepokoiło, dlatego już teraz chciałam przeciwdziałać możliwym przyszłym czarnym scenariuszom. Nie chcę czekać na moment kiedy dojdzie do kolejnej tragedii... - wahała się przed chwilę czy był jeszcze ciągnąć tę rozmowę, gdy obie miały inne spojrzenie na tę sytuację , jednak ostatecznie po chwili kontynuowała - Czy gdyby zamiast mnie, Piaska i Iskierki w tamtym miejscu znalazły się twoje dzieci, tak samo brzmiałaby twoja odpowiedź?
Lew mogła poczuć na moment tą gęstniejącą atmosferę, kiedy w oczach liderki zabłysło mrożące ostrzeżenie. Wiadomość, że uczennica na zbyt wiele sobie pozwala. Niemniej zgasło ono tak szybko jak się pojawiło, a na pysku Róży pojawiła się zaduma, kiedy kotka przez moment milczenia wpatrywała się w jakiś nieobecny punkt. Cisza, zdawało się, że przeciągała się wieki, zanim liderka wreszcie się odezwała. 
- Tak samo. - rzekła pewnym głosem - Oczywiście, nie podobałoby mi się to i trzymałabym moje dzieci jak najdalej od tego kocięcia. - Tu strzepnęła z niezadowoleniem uchem. O ile szczyle by w ogóle posłuchały. - Jednak moja decyzja byłaby taka sama. - spojrzała na pysk Lew z pewnością w oczach. Co prawda, gdyby Cisza rzeczywiście w późniejszych latach spróbowała skrzywdzić jej kocięta, osobiście posiliłaby nią rybki, ale to już mogła zachować dla siebie.
- Rozumiem - odparła krótko, a na jej pysku pojawił się uśmiech, tym razem nie był on ani kpiący czy pogardliwy. Ucieszyła ją odpowiedź Róży. - To dobrze, że byłaby taka sama. - liderka kiwnęła krótko głową, kiedy Lwia Łapa postanowiła się oddalić. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

Trochę jej zeszło, zanim zebrała się do czegokolwiek. Słuchanie Kamiennej Gwiazdy? Nie ma opcji. Nawet, jeśli ta miała rację co do rudych i Róża się z nią zgadzała. Niemniej już teraz, w tym momencie, szylkretka nie miała ochoty się za tym wszystkim uganiać. Płonąca nie żyła, trudno było stwierdzić, czy jakiś klanowy kot ją zamordował, czy może sama Kamienna Gwiazda wreszcie ziściła coś, co chciała. Liderkę niezbyt to obchodziło, problem się rozwiązał. A sprawcę czy chciała czy nie i tak musiała znaleźć. A nawet jeśli pozostawi Klan Burzy w ruinie… to co? Calico wzięła głęboki oddech i weszła do żłobka, czując na sobie wzrok Powiewu. To głównie lilowy dał radę namówić Różę na rozmowę i teraz kotka zastanawiała się, czy mówienie mu o tym było najlepszym pomysłem. 
- Lwia Paszczo - kotka dała o sobie znać - Chciałabym zająć ci chwilę. - odezwała się, gdy tylko w jej oczy wpadło rude futro. 
- Oh, dobrze. - miauknęła w odpowiedzi zaciekawiona co tym razem liderka będzie miała jej do przekazania za informację - Coś się stało Różana Przełęczo?
Szylkretka usiadła, płynnie kierując swój ogon obok siebie.
- Powiedz mi, co myślisz. - rzekła prosto, jednak widząc błysk dezorientacji w złotych oczach, zaraz dodała - Odnośnie działań, kotów. Wszystko to, co wydaje ci się, że mogłabyś chcieć usłyszeć, gdybyś zadała podobne pytanie.
- Nie wiem czy moje odpowiedzi cię zadowolą Różana Przełęczo. Ale dobrze. Zacznijmy od samotników, zapewne wiesz co myślę na ich temat. - Nie kryła niesmaku, kiedy wymawiała ich nazewnictwo. - Ostatnio dużo ich przyjmujesz co nie ukrywam nie podoba mi się ani trochę. Niektóre koty zapewne mają podobny do nich stosunek... Narazili się mnie i mojej rodzinie. I to żeby tylko raz.- zmrużyła oczy, mając nadzieję, że liderka zrozumie do jakich sytuacji nawiązuje- Nawet kocięta samotników są zepsute, a oto prosty przykład. Północna Łapa. Pomogliśmy jej kiedy sami ledwie wiązaliśmy koniec z końcem, czy to z brakiem pożywienia, czy to z brakiem medykamentów i proszę jak nam się odpłaciła za okazanie dobrego serca. Zniknęła i kto wie gdzie teraz jest. Jej siostra wcale nie jest lepsza... Nie chcę snuć czarnych scenariuszy, ale co jeśli pozostałe kocięta, którym pomogliśmy podobnie nam się odpłacą? Nie powinniśmy skupiać się na pomocy obcym i na swoje barki brać problem, któremu nie potrafili stawić czoła.
- Rozumiem - odparła najpierw krótko, zanim zaczęła mówić dalej - Niestety ostatnie koty które trafiły do klanu miały pewne... uszczerbki. Mają. - zmrużyła na moment oczy. Ten nieszczęsny Smark. Gdyby nie jego dziwaczne podobieństwo do Węgielka i przydatność jego matki, cieszyłaby się, gdyby podzielił los tej nieszczęsnej niebieskiej samotniczki 
- Niemniej koty klanowe również są wadliwe - Ot, nie, żeby się z Lew jakoś teraz nie zgadzała, po prostu podzieliła się myślą. I niby porzucanie kociąt jest zabronione... ale zawsze można oddać do innej grupy. Jak na razie jednak, Róża zachowała to dla siebie. Zaraz zerknęła na Lew, dając ogonem znać, że czeka na dalszą wypowiedź.
- Uważam inaczej. - miauknęła ruda, spoglądając na resztę kotów znajdujących się w kociarni - Jak na razie wadliwe koty są tymi urodzonymi poza naszymi terenami. Dla kogoś urodzonego w klanie, zawsze na pierwszym miejscu będzie klan i dobro społeczności. Dla samotnika? On sam. - skupiła na dłuższy moment spojrzenie na wiecznej karmicielce - Uważam, że Kwiecisty Pocałunek powinna porzucić stanowisko wiecznej karmicielki. - odezwała się cicho - Ktoś kto nigdy nie miał własnych kociąt, nie będzie miał łapy do cudzych. No i nie miała... - westchnęła cierpiętniczo - Spędziłam tu dość czasu, aby tak uważać. Poza tym ma tyle księżyców, że powinna już w spokoju wylegiwać się w starszyźnie, a nie mieć na głowie żwawych kociąt. Zasługuje na ciszę i spokój.  
- Hm, pozwolę sobie dać na ten przykład Konwaliowy Powiew. Jak na razie nie zauważyłam przez ostatnie księżyce, by wykazywał on wadliwości wobec klanu, a mogę cię zapewnić, że usilnie starałam się je znaleźć. Podobnie mogę się wyrazić o Drozdowym Szepcie lub Mżystym Futrze. - przerwała na moment - Po twojej matce również nie widzę ociągania. - Co prawda miała wątpliwości co do niektórych... metod wychowawczych, jednak nie miała zamiaru się wtrącać. - Obok nich możemy zestawić Tropiący Szlak, urodzonego w klanie, lub też Jemiołową Skórę, której nie możesz pamiętać. Widzisz, do czego zmierzam? A co do Kwiecistej - Poruszyła uchem. - Porozmawiam z nią. Jak na razie jednak mamy dodatkowe przybłędy do ogarnięcia. Nie mam ochoty potykać się o nie przechodząc przez obóz. - Zawiesiła na moment spokojne spojrzenie na starszej. Aktualnie jako jedyna zajmowała żłobek, prócz Kurzej Pogoni, która miała i tak się zaraz wynieść. Brakowało wiecznych karmicielek w klanie. Szczególnie, że w żłobku przebywały teraz dzieciaki Lew, jak i sama Lew. Emerytura dla Kwiecistej? Jasne, ale po tym, jak Lwia Paszcza odchowa swoje kocięta. 
- O moje dzieci na pewno się nie potkniesz Różana Przełęczo - miauknęła uśmiechając się do liderki, po czym przeniosła spojrzenie na leżące kocięta przy jej boku; te przez cały czas grzecznie przysłuchiwały się rozmowie matki z szylkretką, nie racząc się wtrącić czy chociażby zakwilić - Koty, które wymieniłaś są szczególnymi przypadkami. Raz na parędziesiąt księżyców zdarzy się taki wyjątek, który zapragnie przyjąć zasady społeczności i założyć w nim w rodzinę z członkiem klanu... A Tropiący Szlak... Nie będę marnować na niego powietrza. Na pewno domyślasz się tego co myślę o byłym mentorze mojego brata. Patrząc na jego zachowanie śmiem stwierdzić, że prawdziwy Trop umarł jako kociak, a w żalu matka wzięła jakąś burą znajdę na zastępstwo, aby wypełnić pustkę po utracie kociaka. To by wyjaśniało jego zachowanie pozostawiające wiele do życzenia…
Róża zerknęła na kocięta Lew na krótki moment. 
- Nie wątpię - Nie umknęło jej uwadze to, że nie wiadomo kim był ojciec, nie wszystkie były w pełni rude a cała ta sytuacja mocno śmierdziała, jednak na chwilę obecną nie miała ochoty w tym grzebać. Na komentarz o Tropie prychnęła jakby rozbawiona. 
- Niestety moja droga, byłam już na świecie, kiedy się urodził. I w ciągu całego mojego życia byłam świadkiem niesubordynacji wielu klanowych kotów, mniej, lub bardziej irytujących. A więc dobrze, czy jest coś jeszcze?
- Tak. Jest jeszcze jedna mała rzecz, która nie daje mi spokoju, odkąd przeniosłam się do żłobka... - podjęła, wzrokiem odszukała rude kocię, które znajdowało się u boku Kurzej Pogoni - To jedno pozostałe przy życiu kocię z tych dwóch "przybłęd, o które nie chciałabyś się potknąć", tych przyniesionych przez Zwiędłego Hiacynta jest bardzo do niego podobne. I ilekroć na nie patrzę to widzę właśnie małego Hiacynta, tylko takiego w milszym wydaniu... Rude futro, niebieskie oczy i ta charakterystyczna biała kropka na czole... Jak myślisz, Różo, jaka jest szansza, że w twoje łapy wpadnie "obce" kocię, które wygląda podobnie tak jak ty? - spojrzała się wymownie na liderkę - Mała to szansa, prawda Nagietku? - Tym razem zwróciła się do syna miaucząc miło i dotykając nosem noska swojej rudej pociechy, na co kocurek odmiauknął krótkie "Prawda" swym pyskliwym głosem - Mam nadzieję, że w moje łapki też wpadnie kiedyś taką znajdka, która będzie podobna do mnie. Taką z przyjemnością się zajmę i może zmienię zdanie o tych całych samotnikach~
Kotka zmrużyła oczy, uważnie słuchając słów Lew, która podczas całego tego wywodu mogła dojrzeć, jak gdzieś kącik pyska Róży się lekko unosi. 
- Oczywiście nie umknęło to mojej uwadze. - Jak również fakt, że Zwiędły Hiacynt nie jest zachwycony wizją trzymania przyniesionego kociaka w ryzach, ale to już swoją drogą 
- Niemniej nie sądzę, by było to szkodliwe dla klanu. O ile się go odpowiednio przypilnuje. - co do przypilnowania, nacisnęła lekko na to słowo. Kolejny kot możliwie zdradzający tajemnice klanu nie leżał jej komfortowo w łapach. A patrząc czyją by miał krew... mogła stwierdzić, że w przyszłości może być problematyczny. 
- I mam do ciebie jeszcze jedno pytanie. Ostatnio sporo czasu spędzałaś z Jelenim Puchem. Chciałabym wiedzieć, co o nim sądzić, jak widzisz postępowania i... jak idzie progres.
-  Myślę, że jeszcze trochę czasu potrzeba, aby Jeleni Puch przywykł do otwartej przestrzeni i zapomniał o krzywdach, których doświadczył ze strony Wilczaków. Chociaż wątpię czy uda mu się zapomnieć... Wciąż pamiętam jego strach wymalowany na pysku  kiedy to w końcu wyszedł z dołu - mruknęła - Na pewno zrobił duży postęp od czasu, gdy byłam mała. Zmienia się, na lepsze z każdym księżycem. - Calico ze spokojem wszystkiego wysłuchała, po czym kiwnęła głową. 
- Rozumiem. - tu wstała, zerkając na Lew - Dziękuję za te informacje - I to by było na tyle. Kiwnęła jeszcze głową na pożegnanie, kiedy skierowała się do wyjścia. Jedna rozmowa za nią, jeszcze reszta kotów. Przynajmniej wybranych. Niemniej rozśmieszyło ją w pewnym stopniu, że Lew nie wspomniała nic o niechęci względem swojej kary, ani też większości wyborów calico, chociaż ta wiedziała, że na pewno takie istnieją. Cóż, może zapyta o nie przy następnej rozmowie~? 

<Lewku? :3 >

07 października 2023

Od Lwiej Łapy (Lwiej Paszczy) CD. Różanej Przełęczy

Zbytnio nie przejęła się uwaga, że kocur, którego traktowała jak rodzinę rozszarpał parę kotów. W końcu to przez lidera wilczaków, który skrzywdził wujka kocur taki się stał. Miała nadzieję, że pozbył się tylko nierudych, a nie braci i sióstr o rdzawej sierści. To byłoby wtedy przeokropne. Nie śmiała jednak dopytywać o to, zdawała sobie sprawę, jak przez to mogłaby się potoczyć dalej ich rozmowa. A tak to chyba nawet przebiegła dobrze, przynajmniej Lwia Łapa tak to odebrała. W końcu mogła wciąż odwiedzać Jeleni Puch, tylko musiała brać ze sobą jakiegoś wojownika. Na całe szczęście Różana Przełęcz nie sprecyzowała z kim mogłaby się do niego udawać, miał to być wojownik. Najprościej będzie zabierać ze sobą mentorkę, która tak czy siak będzie miała w nosie o czym uczennica gawędzi z rudym. Albo weźmie jakiegoś rudego kota. 
Obiecując poprawę i przepraszając za popełniony błąd, opuściła legowisko liderki. Miała nadzieję, że nie będzie musiała do niego zbyt prędko znowu zawitać, no chyba, że już jako siostra prawowitego lidera.

***

Od śmierci Stokrotkowej Łapy minęło trochę czasu, Lwia Łapa nawet zdążyła uczestniczyć w zgromadzeniu, na którym się naprawdę bardzo dobrze bawiła. No może nie licząc tego, że jej brat miał ją w nosie i zamiast spędzać z nią czas, to oddalił się i spędził czas z synem Różanej Przełęczy. Tylko Gwiezdni wiedzieli jakie dyrdymały mu srebrny wpajał do głowy, gdy byli sami!
Wraz z Iskrzącą Łapa zajmowały się pielęgnacją swojej sierści, gdy jak na złość ktoś musiał im przerwać. Potomkini Piaskowej Gwiazdy zmierzyła spojrzeniem burego kocura, który przekazał jej informację na temat tego, że Różana Przełęcz chce z nią porozmawiać. 
— Ktoś tu będzie miał kłopoty! — rzucił prześmiewczo oddalając się od uczennic
Cętkowana przyglądała się siostrze zmartwiona, na co Lwia Łapa niewzruszona kolejną konfrontacją z szylkretką podniosła się z trawy. Była ciekawa co tym razem nie tak zrobiła. Czyżby się na kogoś krzywo spojrzała? A może kogoś oburzyło to, że broniła siebie i swojej rodziny? Nie miała zielonego pojęcia o to jakie tym razem brudy Róża postanowi na nią wyciągnąć. Nie ważne co jej wypomni, nawet jeśli to zrobiła, będzie zaprzeczać idąc w zaparte, że to nie ona, tylko ktoś inny. Możliwym też było, że ktoś źle zrozumiał ją po prostu i to pewnie przez nienawiść do Piaskowej Gwiazdy znów została zniesławiona. 
— Dzień dobry Różana Przełęczo — miauknęła na przywitanie, gdy weszła do legowiska lidera, nieco zmartwiło ją to, że kolejny raz została wezwana na dywanik do liderki. W końcu nic złego nie zrobiła, nic co wymagało interwencji samej przywódczyni. 
— Gepardzi Mróz mówiła mi, że rozmawiałyście ze Stokrotką. — zaczęła bez ceregieli, bez przywitania, wpatrując się w rudą uczennicę.
Milczała. Gepardzi Mróz, ta pseudo mentorka była cwańsza niż przypuszczała. Była ciekawa kiedy przeprowadziły ze sobą rozmowę. Musiała być niedawno, bo czy Róża wtedy zwlekała by tyle księżyców? Wątpiła w to. Nie spodziewała się, że liderka, zdecyduję się właśnie teraz podjąć rozmowę na temat jej zmarłej córki. Nie bardzo też rozumiała do czego matka Stokrotki piję, czy to źle, ze sobą rozmawiały?
— Nie bardzo rozumiem... — wyznała — Nie raz z nią rozmawiałam. W końcu była... moja koleżanką... — zachwiał jej się głos — Koleżanki ze sobą rozmawiają, ale niestety już nie będę mogła...bo... — podjęła płaczliwym głosem mrużąc oczy
Różana Przełęcz siedziała wciąż niewzruszona, jakby nie drgnęła nawet o cal. 
— Więc pozwól, że ci wyjaśnię. — rzekła, niemal cicho — Pozwoliłam wam zostać w klanie, ponieważ uznałam, że danie wam szansy kuracji będzie odpowiednie. Nie uważaj mnie za ślepą, Lwia Łapo, doskonale znam podejście waszej rodziny do kotów bez rudego na futrze. — tu się zatrzymała, świdrując kotkę wzrokiem — Więc powiedz mi, o czym tak ciekawym, tak nieznośnie niecierpiącym zwłoki, postanowiłaś porozmawiać ze Stokrotkową Łapą? Moje kocięta mogą być wyraźnie głupie, łamiąc zakazy, może *dama*, wykaże się większą dozą rozsądku? — Głos liderki z cichego przeszedł w nieznośny szept, kiedy ta próbowała wywiercić wzrokiem dziurę w ciele uczennicy.
— Stokrotkowa Łapa chciała z nami iść na trening, bo ty Różana Przełęczo byłaś podobno zajęta tamtego dnia sprawami lidera i nie mogłaś jej zabrać, tak przynajmniej mi powiedziała... Potem ćwiczyłyśmy polowanie razem z Gepardzim Mrozem, nie pamiętam o czym rozmawiałyśmy, najpewniej była to zwykła rozmowa. Taka jaką przeprowadza dwójka uczniów razem na treningu, jedna z wielu. Możliwe, że tłumaczyłam jej o tym jak powinna poprawnie polować na zające, bo głównie na nie polujemy. Naprawdę nie rozumiem tych pytań. Czy to przestępstwo pomagać młodszemu?
Kotka uniosła czoło po pierwszych słowach Lew, z jakimś ostrzegawczym błyskiem. 
— Oh nie, żadne. Ciekawi mnie jedynie twoja chęć pomocy — mruknęła, niby to miło, ostrożnie — Akurat z twojej strony.
— Przecież mówiłam już, że Stokrotka była moją koleżanką, więc czemu miałabym odmówić jej pomocy? Skoro chciała ze mną trenować, a nie ze swoim rodzeństwem to chyba musiało znaczyć, że lepiej się czuła w moim towarzystwie niż ich... — stwierdziła — Czy gdybym odmówiła jej pomocy, to byłoby dobrze? Na pewno nie. Wtedy też byłoby źle, bo każdy by uznał, że zrobiłam to przez kolor jej futra. Niektórym się nigdy nie dogodzi, nie ważne co się zrobi. — dodała ciszej
— Rzeczywiście — odrzekła dość cynicznie, unosząc głowę — Wtedy, moja droga, zrobiłabyś jedyną słuszną decyzję w swoim życiu, trzymając się z dala od innych członków klanu.
Mimo, że wewnątrz się gotowała, na pysku zachowała spokojny wyraz. Nienawidziła Różanej Przełęczy, tak bardzo jej nienawidziła. Wzięła głęboki wdech. 
— A co z budowaniem więzi, zaufania między członkami i zmniejszeniu podziałów w klanie? — zapytała — Trzymając się z dala tylko bym przyczyniła się do pogłębienia go i wysłuchiwania kolejnych okropnych komentarzy na temat grzechów mojej rodziny i tego jak rude koty są okropne, bo nie potrafią współpracować... — Łzy zaczęły powoli spływać jej po pysku — Naprawdę chciałam dobrze, chciałam pomóc Stokrotce w treningu, aby później mogła się tobie pochwalić tym, czego ją nauczyłam... Chciałam, abyś i ty Różana Przełęczo się do nas przekonała... Gdybym tylko znała przyszłość, nie dopuściłabym do tej tragedii. Kazałabym Stokrotkowej Łapie zostać w obozie... — Łzy zamazały jej obraz, tak, że Różana Przełęcz wyglądała jak jedna wielka czarna plama.
Szylkretka uniosła czoło. 
— Naprawdę w to wierzysz, Lwia Łapo? — spytała jakby zaciekawiona, chociaż ton wskazywał na zaprzeczenie w odpowiedzi — Podziały znikną, kiedy zniknie skażona plama z historii Klanu Burzy. Jak wiemy, to się nie stanie. Przykładem nieudanych starań była Tygrysia Gwiazda. Przed nią, Kamienna Gwiazda. — Mówiła, niezbyt wzruszona łzami ani przemową rudej kotki — Być może to co mówisz jest prawdą, chociaż szczerze wątpię w twoje intencje. — podjęła po chwili ciszy, beznamiętnie — Więc mi to udowodnij. Może nie będę żałować pozostawienia w klanie cieni po dawnej tyrance. - drgnęła ogonem — Jak na razie, udało się to jedynie Piaskowi.
Pociągnęła nosem przecierając łapką mokry pysk pod łez. Czyli ufała jej bratu i nie miała o niego złego zdania? To dobrze. Bardzo dobrze. Teraz nawet ucieszyła się z powodu tego, że jej brat był taki jaki był.
— Udowodnię. — obiecała, jednak cóż mogła znaczyć obietnica z pyska lisicy, która miała w tym swój interes 

***

Ciężko było spełnić obietnicę liderce, gdy sercem była przeciwko spoufalania się z plebsem i sytuacji, która miała miejsce w klanie. W szczególności, gdy ten plebs krzywo na nią patrzył, nawet pomimo teoretycznej zmiany zachowania. Bo w głębi duszy dalej była tą samą Lew. Złość potęgowało również to durne wojownicze imię kotki, do którego nie potrafiła się przyzwyczaić. Jednak starała się tak jak na wojowniczkę przystało wykonywać swoje obowiązki bez zbędnych nieporozumień z innymi Burzakami. Na szczęście z nieba jej spadł Zasmarkana Łapa, który uczepił się jej jak rzep psiego ogona, po tym jak wyznaczyła go na swojego sługusa. Ten nigdy się na nią nie skarżył, zawsze ją wychwalał i mówił, że to ona upolowała największą zwierzynę, nawet jeśli tak nie było. Ba, nawet swoje piszczki jej oddawał, a ona się chełpić, że tyle jej małych gryzoni w trakcie polowania udało się dorwać. Czasami ją irytował, i to tak, że chciała raz, a porządnie się go pozbyć, gdy byli sami. A innym razem z przyjemnością słuchała tego jak wychwala jej wygląd. Najważniejsze, że ocieplił jej wizerunek. Tak samo Północ. Naginała nieco prawdę, tłumacząc jej naopak zachowanie siostry - nawet odważyła się na własną korzyść użyć fakty, że pewnie Cisza zachowuje się tak jak zachowuje, bo ktoś jej wmówi, że z powodu rudej sierści jest lepsza. I to pewnie dlatego gnębi biedna Północ. Tak też nie raz powstrzymując obrzydzenie głaskała Północ pocieszając ją i wplatając swoje nauki, aby zasiać większe ziarno niezgody między kociakami. Było to wyczerpujące, jednak miała nadzieję, że dzięki swej miłej stronie względem plebsu uda jej się pomóc bratu szybciej zostać liderem. Taka rola starszej siostry w końcu.
Przyglądała się Różanej Przełęczy rozmawiającej z Diamentowym Wąsem i Lisim Ogonem. Od ostatniego razu, gdy liderka wzięła na rozmowę, nie przyczepiła się do niej o nic. I miała nadzieję, że tak pozostanie. Jednak tym razem to Lwia Paszcza mogła wytknąć błąd liderce. A tym błędem było przygarnięcie przez klan bękartów pary, która zaatakowała jej brata, no i przy okazji zabiła Gepard. Z jednego mogło coś jeszcze być, ale z szylkretki... 
— Różana Przełęczo, możemy porozmawiać? — Wykorzystując moment odejścia od kotki dwóch wojowniczek, szybko się do niej zbliżyła nie chcąc by ktoś ją uprzedził — Chodzi o Ciszę. Niepokoi mnie jej zachowanie. Rozumiem, że może mieć do nas żal o to co się stało, jednak myślę, że życzenie śmierci padające z pyska tak małego kociaka jest bardzo niepokojące. Ona nienawidzi każdego członka Klanu Burzy i wątpię, że to się zmieni. Nie potrafi zrozumieć, że to jej rodzice zaatakowali nas, a nie na odwrót. — Na samo wspomnienie wydarzeń sprzed księżyców, zerknęła na swojego brata, który rozmawiał z innym wojownikiem. Jak dobrze, że nic poważnego mu się wtedy nie stało. — No i samo to, że zabili moja mentorkę, Gepardzi Mróz bez najmniejszego zawahania... — stwierdziła z udawanym smutkiem, przy innych udawała, że śmierć szynyszlowej ją jakoś ruszyła — Ilekroć z nią (Ciszą) miałam przyjemność w żłobku rozmawiać, przemawia przez nią nienawiść i agresja... wątpię czy to jej z wiekiem minie. — miauknęła ukrycie sugerując, że może lepiej byłoby pozbyć się przybłędy porzucając ją poza terenami klanu, bądź opchnąć ją może do Owocowego Lasu jako prezent z okazji sojuszu. Ważne by problematyczne kocię zniknęło. Dla dobra wszystkich.

<Różo?>

10 września 2023

Od Różanej Przełęczy CD. Lwiej Łapy

jakiś, spory czas temu 

Różana siedziała u siebie, zmywając z łap resztki ziemi, kiedy to usłyszała niezwykle nieznośny głos, od równie nieznośnej osoby. Zwężone źrenice uniosła w górę, by utkwić je nieruchomo w zbliżającą się rudą, tak niezwykle pewną swej osoby, że aż było to niepoważne. 
- Usiądź. - rozkazała jedynie chłodnym głosem, odkładając łapę na miejsce i czekając, aż uczennica wykona polecenie, potem jeszcze przez dłuższy czas milcząc, nie spuszczając wzroku z kotki - Czy wiesz, które koty podczas konfliktu z Klanem Wilka znalazły się w łapach nieprzyjaciela? - pyta, jakimś zagadkowym, niezadowolonym tonem.
- Tak. Wiem. - zaczęła Lew - Na pewno był to Jeleni Puch, wszyscy o nim w klanie mówią. To okropne do jakiego stanu go doprowadzili przez te księżyce, które u nich spędził. Na szczęście jest już bezpieczny, w domu.
- Oprócz niego w łapach Wilczaków znaleźli się jeszcze Wiśniowa Iskra i Diamentowy Wąs - przyznała, krótkim skinieniem głowy - A czy wiesz, jak Jeleni Puch nas powitał, podczas "powrotu" do obozu, kiedy Mroczna Gwiazda przypuścił szturm?
- Zgaduję, że to przywitanie nie należało do najcieplejszych... - stwierdziła, skinieniem głowy dając znać, aby liderka rozjaśniła dokładniej obraz wydarzeń sprzed paru księżyców.
- Rozszarpał kilka naszych kotów - odpowiedziała szylkretka zaraz prosto, dając chwilę kotce na przyswojenie tej jakże niezwykłej informacji - Mroczna Gwiazda zostawił nam niezwykły prezent w postaci potwora do zabijania, nastawionego na niszczenie Klanu Burzy i każdego osobnika  który stąd pochodził. - kontynuowała na wydechu, niezwykle lekko, jakby była to jedynie część historii która wydarzyła się wieki temu - A utwierdzał go w tym, podając do jedzenia króliki, przekonując go, że to Burzaki. - kolejna pauza, podczas której kotka skierowała swe ślepia w oczy uczennicy, która powinna już zorientować się, do czego Róża zmierza. Nie był to błąd. Córka Zięby, gdy tylko Róża skończyła mówić,  lekko drgnęła swoim różowym noskiem.
- Nie wiedziałam tego... Chciałam by po prostu zjadł coś porządnego, a nie marną piszczkę, które inne koty przynoszą mu z łaską. Jest w końcu dorosłym, który dochodzi do siebie po koszmarze. - wątpiła czy kotka uwierzy w jej tłumaczenie - Chciałam dobrze.
Wąsy Różanej drgnęły, chociaż na pysku kotki nie malowały się żadne emocje. Szczerze wątpiła, czy w przypadku nie-rudego kota Lew błysnęłaby taką dobrodusznością. 
- Być może, dlatego to tylko przestroga. I radziłabym nie mieszać się w karmienie go, tym bardziej nie chcę cię widzieć przy jego norze. Chyba, że pewnego nieszczęśliwego dnia chcesz zamienić się w jego ulubiony posiłek - sarknęła pod koniec, z niezbyt zadowoloną miną. Chociaż w sumie, jeden kłopot byłby mniej.
- Nie, nie chcę. - wyznała uczennica, po czym podniosła nieco głos zdając sobie sprawę z wcześniejszego zdania wypowiedzianego przez liderkę. - Ale też nie chce przestać do niego przychodzić. Wygląda jakby wyczekiwał spotkania z drugim kotem, nawet jeśli ten przynosi mu tylko jedzenie i patrzy się na niego z góry... Nie wydaje się być już zagrożeniem dla klanu... W końcu mój tata pracuje nad tym by Jeleni Puch wrócił do normalności.
Na wspomnienie o Pożarze kącik pyska kotki drgnął lekko, wykrzywiając tym pysk w dość brzydkim, chwilowym uśmieszku. 
- Leśny Pożar nie jest kimś, kogo warto obsadzać za autorytet. Po tym co zrobił, chociaż naprawa Jeleniego Puchu wydaje się być jedynym, co zdaje się mu wychodzić. - Oh tak, akurat na niego Lew powinna patrzeć! Chociaż w sumie nie dziwiła się, najpewniej wyrośnie na coś w podobie do tej zdradzieckiej szumowiny. - Skoro już musisz do niego przychodzić, a wyraźnie musisz - zaczęła, po chwili zamyślenia - To bierz ze sobą wojownika.
- Dobrze. - Uczennica skinęła głową, co brązowooka przyjęła z zadowoleniem.
- To tyle - kończy. To co miała powiedzieć już powiedziała.
- Naprawdę przepraszam za tę sytuację, to wynikło z mojej niewiedzy, już więcej coś takiego się nie powtórzy.
- Nie wątpię. - Różana patrzyła, jak Lwia Łapa opuszcza legowisko, po czym wzdycha ciężko i przykłada łapę do nasady nosa, marszcząc ze zirytowaniem czoło. Chyba pora wyznaczyć kogoś, do pilnowania tego, na razie małego, problemu. 

<Lew?> 
w końcu to skleiłam 

28 sierpnia 2023

Od Lwiej Łapy CD. Różanej Przełęczy

 Najdłuższą rozmowę jaką przeprowadziła z Różaną Przełęczą miała przyjemność przeprowadzić za czasów żłobkowych, gdy jako trzymiesięczne kocię z zaciekawieniem przyglądała się nowym mieszkańcom kociarni, zasypując karmicielke różnymi pytaniami. Z biegiem księżyców szylkretka przestawała ciekawić Lew. A ciekawość zaczęła zmieniać się w nienawiść. W końcu młoda zaczęła wyczuwać jakaś taka niechęć względem swojej osoby od szylkretki, co z biegiem księżyców się tylko pogłębiało. Przynajmniej była to niechęć obustronna.
 Lwia Łapa nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś taki jak Roża, związała się z kimś takim jak liliowy kocur, który nie miał za grosz w sobie elegancji. Mogła się związać z jakimś rudym i mieć rude dzieci, z którymi Lew z chęcią spędzałaby czas. A wolała zostać stuprocentową zdrajczynią krwi.
Ilekroć im się przyglądała, jak i ich dzieciom, czuła złość. Chciała mieć z nimi jak najmniej wspólnego, a było to niezwykle trudne — nawet jeśli nie siedzieli w tym samym legowisku, to wciąż byli przecież w jednym klanie. A teraz córka Wilczej Zamieci, która swoją drogą w końcu zwolniła innym kotom miejsce w starszyźnie, została liderką. Przy każdym ogłoszeniu, starała się zajmować swe myśli czymś innym, ewentualne przypominała bratu, że to on za parę księżyców będzie tak wygłaszał przemowy. A pierwszą zmianą jaka będzie miał sprowadzić będzie to, że przywróci zwyczaje jakie miały miejsce za czasów ich prababki. 
Nikomu się nie narażając, co było dość dziwne jak na Lwią Łapę, siedziała na uboczu obozowiska i zajmowała się pielęgnacja swojej sierści. Zirytowana raz za razem wygłaszała językiem rudą kitę, której to włosy na czubku ogona sterczały w przeróżne storny. A wszystko to przez ostatnie ulewy. I przez to, że w trakcie nich musiała ćwiczyć. Miała ochotę udusić Gepardzi Mróz i zakopać gdzieś na wrzosowisku, mając nadzieję, że przynajmniej po śmieci wojowniczka jakoś się przysłuży klanowi, użyźniając glebę, dzięki czemu szaraki miałyby co jeść. Ale nie była co do tego przekonana. W końcu to była Gepard.
— Lwia Łapo. — Podirytowna uniosła spojrzenie na białego kocura, który nie raz, nie dwa miał okazję zakłócić jej spokój. Niewzruszona jego obecnością kontynuowała lizanie swojej łapki, całkowicie ignorując Owczą Pierś. Liczyła na to, że w końcu sobie pójdzie, ale nie. On wciąż stał nad nią, nie racząc powiedzieć, czego od niej chce.
— Nie uważasz, że to dziwne?
— Hę? Co takiego? 
— To, że się na mnie patrzysz jak się myje. To naprawdę dziwne. Idź sobie, bo powiem mamie. Na pewno nie będzie zadowolona, że jakiś staruch nachodzi jej córkę... — prychnęła, będąc pewna, że tymi słowami uda jej się przegonić w tę pędy syna Kamiennej Gwiazdy — Ugh, co chcesz? 
Może i przez chwilę na pysku Owcy pojawiło się zakłopotanie, jednak tak jak szybko się pojawiło, tak też szybko znikło. 
— Wybacz. — miauknął, po czym pokręciła głową. — Chodzi o to, że Różana Przełęcz chce z tobą porozmawiać. Mówi, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. Udaj się do legowiska lidera.
Sprawa niecierpiąca zwłoki, tak? Była ciekawa czegoż to sama liderka od niej chce. Nikogo nie pobiła, nikomu nie mówiła wprost, żeby przepadł i nigdy się więcej jej nie pokazywał na oczy, tak też nie bardzo rozumiała dlaczego Róża chce tracić na nią czas. Kiedy trzeba było pyskował publicznie, ale tylko wtedy, gdy wymagała tego sytuacja i ktoś do niej pyskował. Nie pozwoli sobie wejść na głowę jakiemuś śmierdzielowi, który nie potrafił zaakceptować swojego miejsca w hierarchii.
— Oh. Naprawdę? — miauknęła łagodnie podnosząc się z trawy. — A mówiła coś więcej? Czego ta rozmowa ma dotyczyć?
Owcza Pierś pokręcił głową. Przekazał jej wiadomość, tak też oddalił się w swoją stronę. A ruda skupiła wzrok na legowisku, w którym to jeszcze niedawno pomieszkiwała sobie Tygrysia Gwiazda. Przełknęła ślinę zaczynając się martwić czegoż to będzie dotyczyć rozmowa. Chyba nie spełni się najgorszy scenariusz dotyczący tego, że ona i jej rodzina zostaną wyrzuceni, bo...? No właśnie, bo co? Bo byli rudzi i oddawali cześć przodkini?
Wzięła głęboki wdech. Uniosła wysoko głowę będąc gotowa stawić czoła Róży i temu czym raczy ją zaskoczyć. A ona nie mogła po sobie dać poznać, że coś ją zakłopotało. Pewnym krokiem wstąpiła w skromne progi liderki. Z wymuszoną grzecznością przywitała się, nie śmieląc się na złośliwie uwagi. Nie chciała jej podpadać jeszcze bardziej.
— Owcza Pierś przekazał mi, że chciałaś ze mną porozmawiać Różana Przełęczo. Czy coś się stało? — spytała, przez myśl przeszło jej, że może ta rozmowa będzie dotyczyła ceremonii wojownika, ale do niej było jeszcze czasu, a czasu. A gdyby to jej miała dotyczyć to najpewniej w rozmowie miała by jeszcze uczestniczy szynszylowa.


<Róża? Co złego to nie ja ;3>
[725 słów]
[Przyznano 15%]

26 sierpnia 2023

Od Różanej Przełęczy CD. Lew (Lwiej Łapy)

Urodziły się. Wszystkie wyglądające jak Powiew. Być może jeden tylko wybijał się kolorem, chociaż przynajmniej nie było wątpliwości czyje one są. Westchnęła ciężko, gdy dostrzegła jedno kocię, które jednak coś wyniosło z jej genów i niestety nie była to czerń, a odrobina rudego w sierści. Nie było jednak całkiem rude, co zdecydowanie szło na plus. Wystarczy zwracać na niego większą uwagę, dopilnować, by nie słuchało bzdur o wielkości rudzielców. Do od niej trzeba będzie zacząć wpajać ostrożność do kontaktu ze szczylami Leśnego. Niestety nie mogła urodzić sobie i wychować dzieci z dala od obozu, albo przynajmniej z dala od przebywającej w kociarni rodzince. Samo przenoszenie ciąży było męczące, a sama po czasie gdy pomyślała o niektórych sytuacjach jakie wywołała, skręcała się od środka w niektórych momentach, chociaż zdawała sobie sprawę, że teraz też będzie rozdrażniona, po prostu nie będzie czuła tego tak bardzo od środka, a pasożyty które musiała z siebie wydobyć w bólach i mękach najpewniej sprawią jej jeszcze więcej bólu i rozczarowania niż przez te księżyce podczas których je w sobie nosiła. I jak się mogło okazać, nie tylko dorośli przyszli pooglądać nowe nabytki Burzaków, na nieszczęście Róży, która po jakimś czasie po prostu ich wszystkich wypraszała, lub też nawet nie wpuszczała do środka, prosząc Powiewa o oddelegowanie wszelakich przybyszów. Nie mogło to jednak zadziałać na rudzielce, które przecież mieszkały razem z nimi w jednym żłobku. Co za utrapienie. Zastępczyni mocno zastanawiała się, czy nie lepiej by zrobiła rodząc poza obozem, jakoś blisko niego po prostu, by pierwsze księżyce mieć święty spokój. Niestety patrząc na swoje stanowisko, odcięcie się od społeczeństwa nie było zbyt dostępne dla jej osoby. Czy to jakaś klątwa? 
Zmierzyła uważnie Lew wzrokiem, posyłając w jej stronę krótkie spojrzenie. W jej zachowaniu nie było nic nagannego, nie rzucała się, nie powiedziała jeszcze tym razem nic, co by Różę zaniepokoiło, jednak zastępczyni nie miała zamiaru zmieniać swojego nastawienia, przynajmniej wewnętrznie. Z zewnątrz nie chciała się teraz rzucać, poza tym, po co by to było? 
- Dziękuję - mruknęła jedynie, po czym odwróciła wzrok, kierując go na zakryte ogonem kulki - Ruczaj, Srebrny i Szept - zaczęła, nie odsuwając jednak ogona dla lepszej widoczności - A z kotek Stokrotka i Rumianek. - Nie widziała powodów, dla których miałaby nie przedstawić swoich kociąt Lwu, koniec końców i tak by je poznała, a czy prędzej czy później, nie robiło żadnej różnicy. 
- Brzmią uroczo. Szczególnie te kotek. Stokrotka i Rumianek. - powtórzyła imiona dwójki kociąt podnosząc spojrzenie na Różana Przełęcz, będąc ciekawa czy kocięta dostały imiona od kwiatów, które można było ze sobą pomylić dlatego, że były jak i one również do siebie podobne. Czy to znaczyło, że druga kotka też ma rudy w futerku, ale Lew tego nie dostrzegła? - Nie mogę się doczekać, aż będą większe. Teraz to za dużo raczej robić nie będą, tylko jadły i spały... Czy mogłabym się im przyjrzeć?
- Dziękuję. Pomysł Powiewu - odpowiada krótko na pochwałę imion, chociaż nie brzmiała jakoś bardzo przychylnie. Lilowy lubił kwiatki i gdyby mógł, każdego by nazwał po trzech członach z jakichś kwiatków, tworząc cały tytuł królewski, gdzie na herbie jest jakaś paproć, koniczyna czy inne trawsko. Na pytanie o możliwość przyjrzenia się, Róża nie zareagowała. Przynajmniej zewnętrznie, bowiem w środku właśnie nastawiła się bardziej defensywnie. 
- Na razie nie widzę potrzeby a ledwo udało mi się je uśpić. Jeśli odsunę ogon, najpewniej chód rozbudzi niektóre z nich - Tu na pysk calico wkradł się niemalże naturalny uśmiech, być może leeekko przesłodzony - Naprawdę nie mam ochoty słuchać ich pisków, ranią moje uszy. Zgaduję, że wy również - tłumaczy niezwykle lekko, dopiero teraz poruszając wcześniejszą kwestię. - Poza tym widocznie muszę się z tobą zgodzić, kiedy podrosną będę mogła swobodnie rozprostować łapy. Tymczasem co z tobą, brakuje ci towarzystwa? - pyta, już tym razem najnaturalniej na świecie, ukrywając chęć użycia ironii. Lew przytaknęła na słowa Różanej Przełęczy, nie chciała słyszeć pisku kociąt, widocznie nie będąc fanką hałasu, tak też więc zrezygnowała jak na razie z przygarnięciu się kociętom.
- Może odrobinę. Żałuję, że nie mam jeszcze jednej siostry. - wyznała kotce, na co calico uniosła ze zdziwieniem czoło.
- Czy większa ilość rodzeństwa nie tworzy większej ilości hałasu i nieporozumień? - pyta, unosząc jedną złap pod brodę - Poza tym, możesz mieć wtedy trudności by ich w razie czego ochronić - Dodaje, próbując zachowywać się, cóż, normalnie, jeśli chodzi o dobór słów.
- W naszym przypadku nie byłoby takiego problemu. Jesteśmy przecież grzeczni, cisi - Przekrzywiła głowę nie rozumiejąc o co chodzi Różanej Przełęczy, w końcu oni nigdy nie hałasowali i kolejny rudy kociak nie zrobiłby różnicy - Kocury są od tego by chronić. Tak też to przypada Piaskowi, tacie i dziadkowi. Kotki mają przecież inne obowiązki. Też chronią, ale inaczej.
- Hm? Wydawało mi się, że słyszałam piski wydobywające się ze żłobka, kiedy jeszcze byliście wielkości większej nornicy - odpowiada, unosząc czoło do góry, również z powodu kolejnej części wypowiedzi, nie zauważając buraka jakiego spaliło kocię na tą uwagę.
 - Nonsens - rzuca chłodno - To coś wymyślonego przez zadufane kocury, które uważają, że wystające części pod ogonem są czymś wyjątkowym, potem przekazując swoje przekonania na swoje kocięta. Każdy ma swój sposób obrony, w zależności jaki wybierze. Nie widzę w tym podziału w żaden sposób - Słowa wydobywające się z pyska są raczej chłodne, stonowane i w jakiś sposób marudne. Nie widziała sensu ani potrzeby w przekonywaniu córki Zięby do swoich racji, jednak nie widziała również przeszkód w tym, by wyrazić tu swoją opinię.
- A pani jaki ma? - zagadnęła zaciekawiona sposobem obrony Różanej Przełęczy, na pewno jednym z nich musiał być jej czarny ogon, którym chroniła przed Lew dzieci.
- Wadliwy - stwierdziła po chwili tonem, jakby Lew właśnie przed nią zwymiotowała. Nie była to co prawda wina kotki co do wadliwości, jednak jak na ten moment pozbawiona była dwójki rodzeństwa którym pomóc nie zdołała, oraz kilku lubianych przez nią w przeszłości kotów, co niezwykle ją irytowało - Jednak jak zgaduję nie ma idealnego - tu wzdycha kierując oczy gdzieś w bok - Najbardziej skuteczna byłaby kontrola, jednak nie potrafisz kontrolować każdego, bo koty mają własną wolę. Na wyższych stanowiskach można się przearanżować, gdyż musisz chronić całość kotów.  - tu na moment zakończyła, czując, jak zasycha jej w pysku.
- Ja kontroluje... pilnuję Piaska, by miał czyste futerko. - wyznała - Nawet jeśli jest kocurem, a nie kotką, damą, to powinien lśnić czystością. I na całe szczęście lśni.
Calico uniosła jedną z brwi z zaciekawieniem.
- Ciekawa forma ochrony. Jak mniemam przed bakteriami - odpowiada niezbyt entuzjastycznie. Nie miała nic przeciwko zadbanej sierści, sama taką miała i starała utrzymać się ją w porządku, a jeśli kocięta uważały, że jest to aż takie ważne, to niech się czyszczą. Najwyżej potem będzie mieć w obozie kłaczki. - Poza tym tu znowu nie ma znaczenia płeć. Każdy powinien być zadbany, by się dobrze prezentować.
- Ale damy muszą bardziej o siebie dbać. Bardziej niż inne kotki, które nie są damami. A jako, że piasek jest moim bratem, a ja damą, to musi być tak czysty jak ja. Nawet mały paproch nie może osiąść na jego sierści.
- Damą - powtarza licząc na rozwinięcie, zgadując, że podobne słowa zaczerpnęła od Zięby. - Mam nadzieję,  że takie podejście nie przeszkodzi ci w obowiązkach wojownika.
- Tak, damą. Nie powinno to przeszkadzać - potwierdza jednocześnie zapewniając, widocznie przypominając sobie, że nie każdy kot może wiedzieć co oznacza to słowo. - Pani też chyba mogłaby być damą. - przekrzywia  lekko łebek rozmyślając nad tym - Ma pani zawsze czyste futerko, chodzi pani też jak dama... [] - wymieniała kolejno rzeczy, które w przypadku Róży mogły czynić ja damą. 
- Brzmi jak zwyczajne dobre wychowanie. I geny - Zauważa, nie za bardzo przejmując się tym, że w przypadku Lew bycie, jak to nazwała ,,damą" , może być dość ważne.
- Nie tylko. To trzeba też czuć, w sercu. To jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać. Cała idea bycia damą. Ale skoro mama chce żebym była damą, to nią będę. Bo chce być taka jak ona. A mama jest największą z dam.
- Jak uważasz - mruknęła, obojętnie wykonując gest a'la wzruszenia ramionami, po czym położyła głowę na łapach, już nieco zmęczona rozmową. I jak na zawołanie, kiedy jedno z jej uszu zarejestrowało już dźwięk powietrza, wdychany najpewniej z zamiarem wypowiedzenia kolejnej zlepki słów, do uszu Róży dobiegł głos Zięby, wołającą rudą kotkę. Naprawdę zastępczyni nie spodziewała się, że będzie kiedyś wdzięczna przybłędzie za cokolwiek. Lew zaraz po tym pożegnała się grzecznie i odeszła w stronę matki, zostawiając Różę samą z piątką szczurów blisko swojego brzucha. Calico przymknęła ze zmęczeniem oczy, oddychając głęboko i… przeczuwając kłopoty. 


<Lew? :3>

20 lipca 2023

Od Lew CD. Różanej Przełęczy

 Stało się. Różana Przełęcz urodziła aż piątkę paskudnych kociąt. No dobra, czwórkę paskudnych, to jedno mające odrobinę rudego w swojej sierści jeszcze jakoś przynajmniej wyglądało. Udało jej się dostrzec tą odrobinę rudości u maleństwa, gdy było przenoszone z legowiska medyka do żłobka w pysku. Może by udało jej się zaprzyjaźnić z tym kociakiem i wpoić mu wyższość rudych nad pozostałymi kotami? Tak, to brzmiało jak plan. Dodatkowo udałoby jej się wkurzyć zastępczynię, z którą raczej nie uda jej się nigdy znaleźć wspólnego języka.
Aktualnie Lew starała się zapuścić żurawia by się dokładniej poprzyglądać kociakom, jednak karmicielka specjalnie zakrywała je swoim ogonem przed świdrującym wzrokiem kotki. Z tego co zauważyła, Piasek również zainteresował się miotem zastępczyni, bo siedział nieruchomo wpatrując się w kotkę, z większą ciekawością i przyjaźnią wymalowaną na pysku. Kocięta mimo to wciąż były skryte pod puchatym czarnym ogonem. 
Lewkowi udało się dowiedzieć tylko tyle, że większość wyglądała jak ich ojciec. Czyli ohydnie! Gdy tylko ten cały Powiew wparadował do żłobka chcąc przyjrzeć się swoim pociechą, Lew westchnęła dramatycznie i znalazła ukojenie u boku matki, która ją pocieszała, po czym wytknęła błędy, które kocię popełniało przez ostatnie dni.
— Musisz panować nad swoją niechęcią do nierudych. Zbyt bardzo się z tym uzewnętrzniasz, przez co możesz mieć problemy. Mogą mi cię zabrać... Pamiętaj, dama panuje nad emocjami — powiedziała matka liżąc ją po główce, obie przyglądały się szczęśliwej rodzince po drugiej stronie żłobka 
— Wiem, mamo. — westchnęła smętnie, po czym uniosła wzrok na Ziębę — Jednak oczy tak bardzo mnie bolą, gdy przyglądam się ich sierści o paskudnym kolorze. I to przez to trudno mi powstrzymać na nich złość. Tak bardzo chciałabym, aby nasza praprababcia nie została zabita przez nierudego i aby władza cały czas była w łapach tylko rudych. Szylkrety przez to, że mają mało rudego w swojej sierści nie powinni być kwalifikowani do tego podziału... — stwierdziła, gdyby Piaskowa Gwiazda poznała Różana Przełęcz, na pewno by ją traktowała jako nierudego kota, tak się w końcu szylkretka zachowywała — Jak Piasek nie zostanie liderem to ja nim będę. Obiecuję ci to, mamo... I tacie, i dziadkowi i oczywiście praprababci. Przywrócę porządek w klanie... — snuła marzenia, które tak bardzo pragnęła spełnić. W końcu urodziła się do wyższych celów, ona i jej rodzeństwo. A skoro jej rodzeństwo bujało w obłokach, to ona sama musiała wziąć sprawy we własne łapki. — A gdy już będę wystarczająco duża to urodzę same rudę piękne kociaki, by nasz ród nigdy nie wymarł.
— Przed tym jeszcze musisz odbyć trening na wojownika, pamiętaj. Od tego zależy, czy uda ci się spełnić twoje marzenie. I moje o tym, że każde z was musi być najlepsze — miauknęła przyglądając się córce, oceniająco — Mam nadzieję, że nie przyniesiesz nam wstydu i szybko uda ci się ukończyć trening... 
— Nie przyniosę. Będziecie ze mnie dumni — powiedziała będąc pewna swoich słów
Nie miała jednak pewności czy tak będzie. Wszystko zależało w końcu od tego, kto zostanie jej mentorem. Byleby nie jakiś tłumok, co nie będzie umiał nauczać! I byleby nie rudy. Z takim to na pewno nie dotknie się nosem. Co to, to nie! 
Chwilę jeszcze gawędziła z mamą, na tyle cicho, by zastępczyni nie słyszała planów małej Lew. Im mniej wiedziała, tym lepiej. Lew również wiedziała już, że sama musi pilnować się. Teraz tym bardziej, gdy w żłobku zamieszkały potencjalne dwie przyszłe liderki. Za zgodą matki podeszła do karmicielki, która nie wyglądała na zadowoloną, że Lew się ku nim zbliżyła. Bardziej skryła swoje kocięta, jakby obawiając się tego, że Lew już w tej chwili mogłaby im coś zrobić. Może i chciała, pozbycie się w końcu osesków byłoby łatwiejsze, jednak doskonale wiedziała jak to by się zakończyło dla niej samej i jej rodziny. Musiała przybrać dobrą minę do złej gry. A to będzie kosztować ją bardzo dużo. 
— Gratulację z okazji narodzin dzieci. Z taką ilością maluchów, będzie tutaj o wiele weselej i głośniej — powiedziała kładąc się na podłodze w bezpiecznej odległości, tak by w razie zdenerwowania jej czymś, nawet tym że się odezwała do kotki, mogła bezpiecznie oddalić się i uniknąć możliwego ciosu, w końcu udało jej się dowiedzie, że kotki po wydaniu na świat potomstwa często stają się nieobliczalne — Czy mogłabym poznać imiona moich przyszłych koleżanek i kolegów? — zagadnęła słodko, starała się przy kotce już nic a nic nie wspominać o tym, że kolor rudy rządzi, a reszta ssie

<Róża? Przybywam w (przed)pokoju ☮️>

17 lipca 2023

Od Różanej Przełęczy CD. Lew

 
Chłodne spojrzenie brązowych oczu zlustrowało rudą kulkę, która podbiegła zastępczyni pod łapy. A to pytanie… tak oczywiste pytanie, które od razu zaświeciło w umyśle Róży pewną ostrzegawczą lampkę. Zlustrowała kocię wzrokiem, gryząc teraz swoją duszę i przeszłą wersję siebie. Będzie musiała iść z tym do Tygrys, może wreszcie przywódczyni rozpatrzy dokładniej możliwość wywalenia tej rodzinki na zbity pysk gdzieś poza klan. Najlepiej niech idą rozsiewać swój rasizm poza Klan Burzy, może w ten sposób wytępią jakąś część Wilczaków, Róży by się nawet to spodobało. 
   - Ta wiadomość nie będzie mieć żadnego wpływu na twojego brata, ani tym bardziej nie jest ważna - stwierdza chłodno, patrząc uważnie na młodą Lew. Otóż taka prawda. Może odziedziczą rudy, może czarny, a może będą kopiami tatusia bez ani grama rudego w sierści, na co szczerze liczyła. 
- Jest ważna. Dla mnie jest. - upierała się przy swoim, wciąż miała miły głosik, jednak nie spodobała się jej odpowiedź kotki co można było wywnioskować po chwilowym grymasie na jej pyszczku. Róża na to jedynie nadal stała sztywno, neutralnie w miejscu, przeszywając rudzielca wzrokiem, niemal się przy tym nie poruszając. Skoro jest ważna, znaczyło to jedynie, że pod jej nosem właśnie wylęgły się kolejne bachory idące w ślady Piaskowej Gwiazdy, a pomimo ostrzeżeń nikt nie chce ich stąd wywalić. 
- A nie powinna - odpowiada prosto - Masz jeszcze jakieś pytania?
- Poza tym jednym na które pani nie udzieliła mi satysfakcjonującej odpowiedzi, to nie - kiwnęła głową lekko, zdała sobie sprawę ,że nie uda jej się nic więcej dowiedzieć od zastępczyni, trzeba było użyć innych środków, tak by nie zniechęcić jej do siebie już na etapie żłobkowym - Już nic nie zaprząta mojej małej główki. Dziękuję ślicznie za rozmowę i już nie przeszkadzam pani~ - z wyuczoną gracją skinęła głową na pożegnanie, po czym powolnym krokiem skierowała się w stronę matki, pozostawiając Różę tam gdzie ją zastała, która teraz podążała za Lew wzrokiem. Niestety, ale Lew zdążyła do siebie zrazić. Późniejsze grzeczne zachowanie, niemal tak idealnie kompletnie nie zgrywało się z wcześniejszym niezadowoleniem na pysku i przez skórę szylkretki niemal przebiegł dreszcz odrazy, kiedy młoda wreszcie zniknęła. Calico westchnęła ciężko, przymykając oczy i przykładając sobie łapę na chwilę do czoła, jakby miało jej to pomóc z myśleniem. Jeszcze nic straconego, kociaki są jak nawodniona glina, którą da się kształtować. Wystarczy, że podczas treningu przypiszą jej jakiegoś mistrza bez rudego w sierści, z którym się dogada. Takiego, który nie da sobie wejść na głowę i ona tego dopilnuje. Ostatni głębszy oddech, po czym ze zmęczeniem skierowała się do legowiska Tygrysiej Gwiazdy. 

<Lew?>

14 lipca 2023

Od Lew Do Różanej Przełęczy

 Kotka oceniająco wpatrywała się w szylkretowe futro zastępczyni. Według podziału praprababci, Różana Przełęcz zaliczała się do rudych kotów, czyli tych lepszych. A wprawdzie mało miała tego rudego, był ledwo widoczny pomiędzy czarnym futrem. Lew miała teraz zagwozdkę, czy przestrzegać podziału babci, czy nieco go udoskonalić i tylko za tych lepszych traktować tylko rude i kremowe koty. Siedziała tak zamyślona przyglądając się rozmawiającym kotką. Jak jej się udało usłyszeć, zastępczyni spodziewała się kociąt, dlatego za niedługi czas zarówno ona, jak i nowonarodzone kocięta staną się współlokatorami potomków Piaskowej Gwiazdy. Lew nie podobała się wizja dzielenia przestrzeni z kimś jeszcze, poza mamą i rodzeństwem. Niech sobie znajdą swój własny żłobek! Dodatkowo obawiała się możliwości tego, że potomstwo kotki może również mieć niewielkie ślady rudego futra, a nawet i wcale! A z kimś takim nie miała zamiaru przesiadywać i oddychać tym samym powietrzem. W końcu nierudzi śmierdzieli.
Zastrzygła uszkami. Wolała się upewnić i wyzbyć wszelakich obaw. Starsza na pewno będzie znała odpowiedź na nurtujące kotkę wątpliwości. 
Odczekała chwilę, aż w końcu kotki przestały rozmawiać, i Różana Przełęcz skierowała się do wyjścia. Zdając sobie sprawę, że matka nie patrzy w stronę zastępczyni, wykorzystała moment nieuwagi i po raz pierwszy w życiu pobiegła. Nawet jeśli matka miała ją za to skrzyczeć, robiła to w końcu dla brata. Ten głuptas nie powinien być skalany przez przebywanie w towarzystwie niegodnych siebie kotów.  Wyobraziła sobie jak ten by się bawił z jakimś nierudymi kociętami. Aż ją przeszedł dreszcz.
— Przepraszam panią — odezwała się słodkim głosem stojąc tuż za szylkretką — Ja mam bardzo ważne pytanie do pani. Od niego może zależeć przyszłość mojego brata. — mówiąc to zerknęła w stronę Piaska, który ze smutkiem w oczach wpatrywał się w piórko, które wciskała mu matka — Czy Pani dzieci będą rude? Rude, kremowe, bądź tak jak pani szylkretowe? — spytała z powagą, w końcu to była sprawa życia i śmierci, by jak najdłużej trzymać Piaska od pospólstwa, a to by było o wiele trudniejsze, gdyby dzielili ze sobą tą małą przestrzeń

<Róża?>