Nie tak dawno temu po azylu rozeszły się wieści, że Bursztynowa Łapa zniknął. Tak po prostu. Rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. Kremowy nie przejąłby się tym zbytnio — w końcu sam niegdyś, jako młody kot, uciekł z klanu, czując, że nie ma w nim dla niego miejsca — gdyby nie fakt, że rudy kocur był uczniem Poczciwego Szakłaka. Gasnąca Prawda widział, jak zniknięcie Bursztyna wpłynęło na czarnofutrego kocura. Burzak całe dnie spędzał w swoim legowisku, powoli wtapiając się w nie coraz bardziej. Królik zaczynał przeczuwać, że jeszcze kilka dni i czarnofutry zacznie się na nim rozkładać! Bardzo go to niepokoiło, bo nawet jeśli wciąż nie był pewien, co czuje do Szakłaka, wiedział, że mu na nim zależy. Nie chciał, by jego przyjaciel skończył jak szczątki jakiegoś zwierzęcia, które powoli złączały się z glebą.
Na ten moment leżeli w milczeniu na sąsiednich posłaniach w legowisku wojowników, a Królik co jakiś czas zerkał w stronę czarnofutrego, zastanawiając się, co powinien powiedzieć, by zmusić Szakłaka do podniesienia się z miejsca. W końcu przełknął ślinę i nabrał pewności siebie.
— Szakłaku… Nie jesteś może głodny? — zaczął, patrząc na przyjaciela zmartwionym wzrokiem. — Nie widziałem, żebyś jadł cokolwiek od rana! — dodał, mrużąc nieznacznie ślepia.
Czarnofutry zwrócił ku niemu wzrok, lecz nic nie powiedział.
— Może… przeszedłbyś się do stosu i wybrał coś dla naszej dwójki? Obawiam się, że zaraz wrośniesz nam tu w ziemię, a tak… mógłbyś na chwilę rozprostować łapy — kontynuował, starając się zabrzmieć jakkolwiek przekonująco i pokrzepiająco. A może zamiast tego brzmiał tak, jakby próbował po prostu wygonić stąd Szakłaka?
Rozdziawił pysk, by coś jeszcze dodać, lecz wtem wojownik podniósł się chwiejnie ze swojego posłania.
— Dobrze, pójdę… — oznajmił, jeszcze przez moment wpatrując się w pysk kremowego.
Dopiero po chwili zaczął zmierzać do wyjścia z legowiska wojowników, na co Gasnąca Prawda odetchnął z ulgą.
Nim jednak zdążył oderwać wzrok od wyjścia, w którym przed chwilą zniknął Szakłak, pojawiła się w nim kolejna, znajoma sylwetka. Była to rudofutra zastępczyni — Skrzydlata Płomykówka. Królik nie ukrywał, że niekiedy czuł na skórze jej oceniający wzrok, nawet jeśli kotka starała się otwarcie nie okazywać mu wrogości. Nie przepadał za rozmowami z nią. Czuł się wtedy tak, jakby rozmawiał ze swoją matką, a nie zastępczynią. Wiedział jednak, że Szakłak się z nią przyjaźnił, toteż starał się jakoś przełknąć jej towarzystwo.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała Płomykówka na wstępie, wkraczając do jaskini. — Mam nadzieję, że jakoś sobie radzicie oraz masz na uwadze moje słowa. Te po twoim czuwaniu.
Pręgowany westchnął ciężko, spoglądając na swoje łapy.
— Szakłak jest moim przyjacielem, więc nie rozumiem, czemu obawiasz się, że miałbym go skrzywdzić — mruknął, nerwowo poruszając swoim krótkim ogonem. Po chwili podniósł wzrok na Płomykówkę. — Czy nie ufasz mi tylko dlatego, że nie chciałem wejść w związek z Poczciwym Szakłakiem, nie wiedząc, czy będę w stanie odwzajemnić jego uczucia? — dodał szeptem, nie chcąc, by ktokolwiek inny w legowisku usłyszał o tej sprawie.
Skrzydlata Płomykówka zmarszczyła nieznacznie brwi na jego słowa. Kremowy nie wiedział, czy zrobiła to dlatego, że miał rację i nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, czy może dlatego, że była zszokowana tym, jak głupi był. Biorąc pod uwagę jej charakter i mniemanie o nim, pewnie chodziło o to drugie.
Nim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, do legowiska wszedł Poczciwy Szakłak, trzymając w pysku dwie myszy. Stanął na chwilę w bezruchu, wpatrując się w dwójkę kotów, między którymi wyraźnie dało się wyczuć napiętą atmosferę.
— Później pogadamy — rzuciła zastępczyni, mierząc Gasnącą Prawdę morderczym wzrokiem, po czym odwróciła się i opuściła legowisko wojowników, zostawiając ich samych.
Kremowy wlepił spojrzenie we własne łapy. Wiedział, że dla młodszego nie mogło to wyglądać zbyt dobrze.
Czarnofutry bez słowa wrócił na swoje posłanie i położył jedną piszczkę przed Królikiem. Nie odzywał się jednak, co zżerało pręgowanego od środka.
— Słuchaj… — zaczął w końcu, podnosząc wzrok na Szakłaka. — Wiem, jak to wyglądało, ale ja i Skrzydlata Płomykówka staramy się jakoś dogadać — oznajmił, uśmiechając się do wojownika nerwowo. — Cóż, szczerze mówiąc, to za nią nie przepadam, ale… wiem, że bardzo ją lubisz, więc nie chcę, żebyśmy mieli ze sobą złą relację. Jestem pewien, że uda mi się z nią wszystko załatwić, gdy tylko kiedyś spotkamy się na osobności — wyjaśnił, po czym ciężko westchnął i spojrzał na mysz pod łapami. Stracił już apetyt, lecz głupio byłoby, gdyby ta piszczka miała się zmarnować.
Szakłak skinął jedynie głową na słowa starszego, po czym wziął jeden kęs myszy. Gasnąca Prawda miał tylko nadzieję, że czarnofutry nie będzie się teraz zamartwiał relacją między dwójką najważniejszych kotów w jego życiu. To w końcu nie mogło być nic przyjemnego. Królik nie chciał, by jego przyjaciel musiał kiedyś wybierać między nim a Skrzydlatą Płomykówką, dlatego zrobi wszystko, by się z nią pogodzić.
Wolałby się jednak przed nią nie kulić i załatwić wszystko spokojną rozmową, no chyba, że nie będzie innego wyjścia. Dla zielonookiego w ostateczności będzie w stanie przełknąć swoją dumę i być może trochę się przed zastępczynią spłaszczyć.
* * *
Przez to, jak bardzo przejmował się stanem Poczciwego Szakłaka, sam zapomniał o tym, by zadbać o siebie. Od dłuższego czasu dokuczał mu katar, a także towarzyszące mu problemy z oddychaniem. Królikowi coraz trudniej było uczestniczyć w patrolach i polować, jako że po wysiłku nie był w stanie nabrać pełnego oddechu. Właściwie, odkąd pamiętał, miał z tym problemy, lecz teraz szczególnie dawały mu się we znaki. Ponadto po każdym wysiłku okropnie chciało mu się kichać! Najbardziej przeszkadzało mu to jednak wtedy, gdy próbował zasnąć u boku czarnofutrego, lecz zamiast tego brzmiał jak chrapiący niedźwiedź!
Właśnie dlatego z samego rana, gdy Szakłak wciąż spał, kremowy postanowił udać się do medyczki. Nieśmiało wsadził pysk do lecznicy, rozglądając się za Wdzięczną Firletką. Na szczęście szylkretka już nie spała, choć do pełnego rozbudzenia wciąż było jej daleko. Siedziała na swoim posłaniu, lekko zaspana, lecz gdy tylko jej uwagę zwrócił wojownik, potrząsnęła głową i podniosła się z miejsca.
— W czym mogę ci pomóc? — spytała, podchodząc do kremowego.
Gasnąca Prawda wstrzymał na moment oddech.
— Od jakiegoś czasu zmagam się z katarem i problemami z oddychaniem… — oznajmił, nabierając na koniec chrapliwego wdechu.
Wdzięczna Firletka skinęła głową i zaraz udała się do składzika. Wróciła stamtąd z kilkoma ciemnoniebieskimi jagodami i położyła je przed łapami kremowego. Ten bez sprzeciwu zjadł zioło.
— Dziękuję, Wdzięczna Firletko — mruknął, po czym odwrócił się i szybko wrócił do legowiska wojowników.
Gdy ułożył się na swoim posłaniu, zauważył, że większość kotów wokół niego również już nie śpi. Poranny patrol dawno opuścił azyl, który powoli budził się do życia. Poczciwy Szakłak wciąż jednak drzemał, toteż Gasnąca Prawda zmrużył oczy. Udało mu się zasnąć wyjątkowo szybko, wsłuchując się w spokojny oddech przyjaciela.
Gdy się już obudził, posłanie obok było puste. Podniósł głowę, nieco tym zdziwiony. Nie spodziewał się, że czarnofutry uda się gdzieś samotnie. Może poszedł po coś do jedzenia? Może wybrał się porozmawiać z Patyczakiem? Kremowy mógłby jeszcze długo się nad tym zastanawiać, lecz w pewnym momencie usłyszał obok siebie kroki. Nie musiał nawet zgadywać, do kogo należały. I z pewnością nie był to Poczciwy Szakłak.
Stanęła przed nim Skrzydlata Płomykówka, mierząc go tym samym podejrzliwym spojrzeniem co zwykle. Pręgowany zadarł brodę, by spojrzeć jej w oczy.
— Co powiesz na spacer? — zaproponowała, choć Królik doskonale wiedział, że nie mógł jej odmówić.
— O niczym innym nie marzę… — rzucił oschle, teraz już pewien, że zastępczyni najpewniej wysłała Poczciwego Szakłaka na jakiś patrol, by ten nie musiał siedzieć sam w obozie pod nieobecność Gasnącej Prawdy i Skrzydlatej Płomykówki.
Rudofutra odwróciła się i żwawym krokiem opuściła legowisko wojowników. Kremowy nie zdążył się nawet porządnie przeciągnąć ani urządzić porannej toalety, a już musiał zrywać się z posłania i gnać za zastępczynią, która chyba ukręciłaby mu łeb, gdyby teraz za nią nie poszedł.
Dogonił ją jeszcze przed wyjściem z obozu i choć z pewnością wyglądał na co najmniej zniechęconego, w środku jego żołądek wywijał się z nerwów. Wiedział jednak, że jeśli nie chciał czuć się tak, jakby każdy jego ruch był obserwowany przez drapieżnika, musiał dogadać się ze srebrzystą kotką.
<Skrzydlata Płomykówko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz