BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różana Przełęcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różana Przełęcz. Pokaż wszystkie posty

02 czerwca 2024

Od Różanej Przełęczy

Dzień, w którym jej serce przestało bić, wcale nie był najgorszy. Co prawda wieczorem nie czuła się zbyt dobrze, jakby jakiś niepokój ogarnął jej ciało, co, zdawało się, że było reakcją naturalną, niemniej niezwykle męczącą. W ten właśnie sposób, w jej legowisku znalazł się Powiew, który to starał się nie dać po sobie poznać, że rozumie sytuację. Może też czuł jej niepokój? Zasnęła więc w otoczeniu miękkiego, przyjaźnie pachnącego futra, przez które zwykła mieć tyle problemów, usypiana przez monotonne ruchy języka, który czyścił jej futro na głowie. Trzymał ją tutaj, w świecie realnym, jedynie posmak goryczy spraw, które dawno powinny zostać załatwione, a z którymi nie dało się już nic teraz zrobić. Było to jak gonienie za widmem, albo inną zjawą, którą wytworzył sobie twój umysł, a nie sposób złapać swoich wyobrażeń. Z początku już po zamknięciu oczu, spotkała się z czymś, z czym zwykła się spotykać, a była to ciemność, często towarzysząca jej w początkowych fazach snu. Niemniej, prócz tego, do jej uszu zaczynały docierać szepty, urywki rozmów, jakby wycięte z losowych scen serialu i zlepione razem w jedną, chaotyczną melodię. Jeśli się dostatecznie skupiła, mogła rozpoznać głosy, a nawet sytuacje, kiedy poszczególne rozmowy miały miejsce. Może to jakiś sposób przypomnienia jej o wszystkich decyzjach jakie podjęła w swoim życiu, jakiś sąd który trwał w jej umyśle i wśród sił, które miały zdecydować gdzie ją posłać. Nie ukrywała, że od pewnego momentu miała nadzieję na dotarcie w gwiezdne kręgi, jednak nie dla samego w nim bycia, a dla kotów, które się w nim znajdują. Była pewna, że nie mogli trafić gdzie indziej, w końcu z jakiej racji? Nawet jeśli zrobili coś złego, to w dobrej wierze lub przez brak działania od strony Klanu Gwiazdy, który mógłby coś zrobić, a jednak postanowił kryć się w swoim świecie, wygłaszając jedynie krótkie, mało wyjaśniające wierszyki, od czasu do czasu rzucając w żyjące koty brokatem hipokryzji, uznając to za rozwiązanie problemu. Chciała to zmienić. Miała teraz wystarczająco dużo czasu, by spróbować przemówić do zmarłych, zadufanych w sobie kotów. Mimo wszystko, czuła niepokój, który jak się po chwili okazało, nie był całkowicie bezpodstawny. Pomiędzy ciemnością i szeptami mogła zauważyć ciemne zarysy drzew, które były w jej oczach nieprzyjemnie blisko, wręcz narzucając swoją obecność. Dostrzec mogła patrzące na nią, zamglone, lub bardziej intensywne ślepia, znajomy odór... od tego wszystkiego dzieliła ją pewna granica, której zdawało się, że obecne w dole duchy nie mogły przekroczyć, co dawało nikłe pocieszenie. Była na skraju. Jak niewiele brakowało jej, by tam trafić? Jaka decyzja uratowała ją przed skończeniem w miejscu, do którego podchodziła obojętnie za młodu? Szczególnie jedna rzecz, czy też osoba, odpychała ją od chęci trafienia do tego miejsca, a mianowicie Kamień. Po ostatnim spotkaniu nie miała ochoty patrzeć jej w pysk, by dostać kolejny wykład o wszystkim, co sama już doskonale wiedziała. Przynajmniej dobrze było zdawać sobie sprawę, że była liderka miała problem z przekręcaniem jej imienia. Postała jeszcze chwilę przy granicy, po chwili ruszając dalej. Nie miała ochoty zostawać w tym miejscu dłużej, niż to konieczne, i wtedy, po kolejnym kroku, znów zapadła ciemność, tym razem jednak, po otworzeniu oczu, nie miała przed sobą złowieszczych kształtów bezlistnych drzew. To koniec? Zamrugała, próbując wyostrzyć swój wzrok i zrozumieć na co patrzy. Otaczała ją znajoma polanka i uczucie spokoju, jakby cierpienie w tym świecie było jedynie czymś wymyślonym. Nie czuła się nawet ciężka, nie czuła bólu, starości, uczucia zmęczenia, które zdawało ciągnąć się za nią w nieskończoność w świecie materialnym, stając się jej nieoderwalną częścią, którą znała lepiej od siebie. Tutaj, to wszystko nie miało znaczenia. Na chwilę jedynie poczuła ukłucie żalu. Chciałaby spędzić więcej czasu z żyjącymi, chciałaby zrobić coś więcej w ich życiu, w końcu nadal nie są na nie gotowi. Nie miała jednak wyrzutów z powodu braku pożegnania. Tak było zdecydowanie lepiej, w końcu zobaczą się jeszcze, prawda? 
- Cześć Róża, dość długo ci to zajęło. Znowu - Poczuła ścisk w sercu, gdy zerknęła w bok, szukając właściciela dobrze znanego jej głosu, akceptując powoli wypełniające ją szczęście i ulgę. To naprawdę był koniec.



Dobra, pierwsza postać na blogu upadła i chciałabym powiedzieć, że miałam pomysł na to opko a Róża przez cały ten okres sprawiała mi radość, ale tak nie było. Co mogę powiedzieć, nie każda śmierć będzie poetycko tragiczna, chociaż dla Róży zawsze myślałam, że ogarnę bezdzietną śmierć podczas jakiejś rewolucji w otoczce ze zdrady. Pozostaje mi się z nią pożegnać. Wątpię, bym dała jej drugie życie w innym rp, kiedy już tak mocno związana jest z tym uniwersum. Dziękuję rodzeństwu i całej reszcie rodziny oraz znajomych za wszystkie traumy jakie miały miejsce w jej życiu. Mam nadzieję, że Róża spędzi długie księżyce od nich odpoczywając.
ps: To opko ma 666 słów. Przypadek? Nie sądzę.  

17 maja 2024

Od Różanej Przełęczy CD. Piaszczystej Zamieci

 Czuła się niedołężna, stara. Okazała się jednak zbyt uparta, by zrezygnować ze stanowiska przywódcy. Jeszcze chodziła, nadążała za resztą...  z trudem. Coraz częściej widywała Rumianka, którego prosiła o coś na rozluźnienie mięśni i środek na bolące kości. Na bezsenność, na duszności. Jednak wizyty u medyka nie były spowodowane jedynie bólami reumatycznymi, ale również czystą chęcią zamienienia z kimś słowa, a jako, iż szylkret był najbliżej, zazwyczaj to na niego padało. Nachodziły ją wtedy rozmaite myśli, odcinając od świata realnego. Co za żałosny wiek. Doskonale pamiętała, że nigdy nie chciała go dożyć. Jej wymarzoną śmiercią było odejście w walce. Wizja babuszki otoczonej przez pozostałą jej dzieciarnię? Ha! Ha ha, jak daleko była ta wizja, wiedziała jedynie Róża. Dodatkowo, już od dłuższego czasu zobaczyć można u niej było objawy melancholii które starała się ukryć. Było wiele rzeczy, które żałowała, że zrobiła. Dla przykładu, zostawienie tych rudych pomiotów w obozie. Złość na siebie, za tą chwilę słabości, wywołaną posiadaniem własnych kociąt trwała nieustannie do tej pory, szczególnie potęgowaną słowami Kamień. Jej wizja była jeszcze bardziej frustrująca. A potem sceny zmieniały się znowu, ukazując budowę biedronki, jedzenie śniegu, ten obrzydliwy wzrok Wilczej Zamieci i masę następnych, parszywych wspomnień, które powinna była przywołać przy podejmowaniu decyzji o wyrzuceniu niektórych kotów. Jeszcze bardziej staro poczuła się, gdy zobaczyła młode swojego siostrzeńca. Nie miała pojęcia, jakim cudem te dwa, różne koty się dogadały i jeszcze w dodatku spłodziły cokolwiek, jednak patrząc na kocięta zaczynała bardziej być świadoma swojej starości. Szczególnie widocznym dowodem starzenia się liderki, były włoski. Niegdyś kruczoczarne, teraz poprzeplatane siwizną. Jasne koty miały z tym o wiele lepiej. Na białym czy kremowym futrze nie widać tak oznak starości, jakby od urodzenia koty były stare, jedynie czekając na odpowiedni wiek. Takim kotem był Piaszczysta Zamieć. Jego futro idealnie będzie maskować starość. Z resztą, nie potrafiła go sobie wyobrazić jako starca. Ciągle był zasmarkanym uczniem, który miał kompleks a na jego głowę została narzucona jakaś propaganda którą jej poprzednicy tak bardzo starali się wyplenić. W tej kwestii zawaliła na całej linii. Czy poczuła coś podczas przedstawienia, które odegrał? Nieprzyjemny niepokój. Coś znanego, co dawno powinno opuścić jej ciało, a jednak nadal trzymało się blisko jej żołądka, jedynie czekając na przebudzenie. Nie chciała o tym myśleć, nie chciała wyjść na paranoiczkę i jak się okazało, znalazła świetne rozwiązanie problemu. Po prostu myślała o Lwiej Paszczy i jej bezmyślnemu szczekaniu, niczym wkurzający piesek sąsiadów. Od razu kierowała swoją frustrację gdzie indziej. 
- Nie mam powodów, żeby się nie zgodzić - stwierdziła, po usłyszeniu pytania. Odnosząc się do wcześniejszych jej rozmyślań, być może powinna się martwić o Srebrnego. I owszem, martwiła się, jednak w tym momencie, bardziej zaniepokojona była o psychikę Piaska. Tego realnego, którego znała. Srebrny sobie poradzi, gorzej było z resztą. - Jeśli nie będziecie za blisko z terenami Klanu Wilka. - dodała zaraz chłodniej - Nie rozumiem tylko, jak sobie to wyobrażasz. ,,Szukali". Śmiem podejrzewać, że chcesz mieszkać poza obozem? Z resztą, z tego co kojarzę, to twoja rodzina jest częścią klanu, a tym samym, także i patroli. A i ślepi też nie są. - uniosła brwi, czekając na odpowiedź. W końcu ktoś ich razem zobaczy i nie będzie jej się chciało od nowa wysłuchiwać jęków i stęków Lwiej Paszczy. 
- Nie będziemy... Myślałem o terenach, z których najczęściej wychodzą samotnicy, aby jakoś przyczynić się do ich bezpieczeństwa... A co do mojej rodziny... Nie słyszałem, aby nocą były wysyłane patrole. Za dnia, nawet jeśli się spotkamy... Nic nie zobaczą.
Szylkretka zmarszczyła czoło. 
- Mhm... tak, czy dobrze rozumiem? We dwójkę, sami, na terenach opętanych przez samotników.
- Wątpię, aby jacyś się pojawili... A nawet jeśli... Jesteśmy doskonale wyszkoleni. Nic nam nie będzie - zapewniał. - Proszę... Choćby na kilka dni. Jeżeli będzie to dla nas zbyt niebezpieczne, wrócimy szybciej. To lepsze niż nic.
Zmrużyła oczy, patrząc przez chwilę intensywnie na Piaska, po czym westchnęła przeciągle. Ona sama by sobie poszła na takie granice, gdyby mogła. Najlepiej na stałe. Może uda się do Klanu Klifu pogadać ze Lśniącym, o ile jeszcze żyje. 
- Niech będzie. Nie mam ochoty się z wami użerać. - Stwierdziła, po czym zamilkła na moment, jakby próbując coś przełknąć - Z resztą.... należy ci się... odpoczynek. Powinnam przeprosić za wepchnięcie cię w tą rolę.
- Dziękuję - wymiauczał z wdzięcznością, wypuszczając z ulgą powietrze. - To nie twoja wina... Ja podjąłem decyzję. Mogłem w końcu odmówić i dać to zrobić zastępczyni. Mogę o to obwiniać tylko siebie.
- Skoro tak to widzisz - rzuciła jedynie na odchodne. Nie miała zamiaru się tu płaszczyć i błagać o wybaczenie czy coś, bez przesady. Z resztą, Piasek miał rację, to była jego decyzja, nie jej wina, że brak mu asertywności. Gdyby połączyć go z Lew, to zyskaliby całkiem przyzwoitego kota. Oczywiście łącząc dobre cechy, nie te złe. Cóż to by była wtedy za abominacja. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

,,Jestem zmęczona, Rumianku" zaczęła dnia poprzedniego, patrząc na uklepaną posadzkę. ,,Już od bardzo, bardzo dawna zastanawiam się, dlaczego gwiazdy mnie tu trzymają".
Minęło trochę czasu od ostatniej rozmowy, podczas której zdążyło zdarzyć się wiele, jak na jej gust za wiele, doprowadzając do bólu w skroniach i zastanawianiem się, ile ten cyrk będzie jeszcze trwać. Sójczy Szczyt również nie robiła się młodsza i gdyby tylko dała znak, Róża chętnie odprawiłaby ją do starszyzny, na jej miejsce dając kogoś innego. W końcu było wiele możliwości, które można było wykorzystać. Będzie musiała o tym wspomnieć i porozmawiać przy najbliższej okazji. Gdyby Piasek nie był tak przyczepiony do swojej rodziny i gdyby nie miała co do niego pewnych obaw, może i jego by wcisnęła na stanowisko zastępcy. Jednak patrząc na obecną sytuację, były do tego lepsze koty. 
Wyszła. Z bólem stawów, z bólem głowy, czując chłód w kościach i niechęć, z jaką przywitał ją poranek. Nie było zbyt ciepło, jednak w jej oczy intensywnie wdzierało się światło. Przez co musiała zmarszczyć pysk i zmrużyć oczy, po czasie czując zmęczenie mięśni twarzy i irytację. Postanowiła podejść, zanim jeszcze klan wstał na nogi, do stojących na granicy wolontariuszy. Szczerze, zaczęła żałować, że sama na coś takiego nie wpadła w młodości. Pod pewnym względem rozumiała odczucia kremowego. Może nie odnośnie rodzeństwa, to trafiło jej się nawet całkiem udane, jednak pod względem szmerów. Szeptów skierowanych pod twoim adresem. A wszystko przez piętno pokoleniowe, i o ironio, Piaskową Gwiazdę. Chciała, żeby wszyscy pamiętali o jej wyczynach. By jej zbrodnie stanowiły przestrogę nawet, jeśli zła łata będzie ciążyć na następnych kotach, podobnych do syna Zięby. W jej odczuciu, była to tylko mało istotna pchła, w porównaniu do większego znaczenia, celu, jakim było wprowadzenie w życie kronikarzy. I jeśli któryś z nich, kiedykolwiek odważy się bawić we własne opowiastki, osobiście go odwiedzi. 
- Zauważyłeś coś ciekawego? - spytała po czasie, gdy w jej oczy rzuciła się kremowa sylwetka, od której przed chwilą oddaliła się inna, w której to rozpoznała swoje kocię. Podeszła z wolna, siadła obok i popatrzyła przed siebie, na tereny nocniaków. W tym momencie, wizja zajęcia ich wybiegających poza dopuszczalną normę terenów, nie wydawałaby się taka zła, gdyby nie wilczaki po drugiej stronie. Nadal nie miała pojęcia, czemu skończyli od nowa w środku wszystkiego, z ciasnymi granicami. Po tym całym trudzie... 

<Piasek? Lanie wody, wybacz>

16 stycznia 2024

Od Różanej Przełęczy CD. Piaskowej Łapy (Piaszczystej Zamieci)

Widocznie Trop wykazał się większą niekompetencją niż myślała. Jego ostatnia połówka szarej komórki nie ogarniała czegoś tak oczywistego jak potrzeba wytrenowania DOBREGO wojownika, a nie jakiegoś pół kreta, który klanu nie potrafi bronić. Już w tym momencie wiedziała, że potrzebuje z burym wymienić kilka zdań i na pewno więcej uczniów to on nie dostanie. Na pytanie oczywiście kiwnęła głową. Nie przepadała za otwartą walką ale niestety była ona konieczna, więc poleciła kremowemu by ustawił się w odpowiedniej pozycji, zaraz potem wraz z czynnością wyjaśniając każdy ruch, powtarzając różne z nich do momentu który można nazwać: zapamiętał chociaż trochę. 
Walkę kontynuowali jeszcze przez kilka dni i to właśnie na tym się skupiali. Nie trzeba było zgadywać, że Trop z rozmowy szczęśliwy nie był, jednak niezbyt ją to obchodziło. Czas mijał, Piasek robił postępy, może to był dobry czas, by go poinformować o zbliżającym się końcu treningu. Już i tak przedłużyła go na tyle na ile mogła, szlifując u kocura tą walkę, chcąc nadrobić straty jakie wyrządził Trop. 
- Jak oceniasz swoje zdolności wojownika na ten moment? - Spytała pewnego dnia bez zbędnych emocji w głosie, idąc przed siebie w dogodne miejsce na wypatrzenie królików. 
- Bardzo dobrze. Lepiej niż wcześniej - odparł kremowy, rzucając kotce zaciekawione spojrzenie. - A ty co sądzisz? Myślisz, że jestem już gotowy na mianowanie?
Calico kiwnęła głową.
- Przerobiliśmy już wszystko. Mogę jedynie jeszcze powtórzyć z tobą wszystko i ewentualnie przeprowadzić test - Tu przerwała na moment, zatrzymując się by obejrzeć teren - Z tego co wiem, twoje siostry też są gotowe do mianowania.
- Jestem gotów. Postaram się cię nie zawieść - zapewnił. Na wzmiankę o siostrach zastrzygł uszami. Ciężko mu było ukryć uśmiech. - Naprawdę? Pewnie się ucieszą, gdy się o tym dowiedzą.
- Pewnie tak - odparła beznamiętnie, na pierwszą wypowiedź kiwając krótko głową - I nie musisz mi składać takich słów, skup się jedynie na tym, by nie zawieść klanu - Wyjaśniła, chociaż "obietnicę" przyjęła.
- Nie zawiodę. Obiecuję - zapewnił ją z pewnością w głosie. - Będę prawym wojownikiem, żyjącym zgodnie z wolą Klanu Gwiazdy. Tyle mogę zrobić, aby odpokutować grzechy przodków. 
Róża westchnęła ze zmęczeniem. ,,Grzechy przodków”. Akurat on się o to obawiać nie musiał. Śmiesznym było jednak to, że to akurat te największe zakały klanu pozostawiły po sobie największy ślad, że pamiętają ich nawet po kilku pokoleniach. Tymczasem ona znała tylko swoją rodzicielkę i słyszała coś o ojcu. Koniec.  
- O tak, będziesz - mruknęła, już jakby do siebie, nie odnosząc się do ostatniej wypowiedzi. Zaraz potem się zatrzymała, spoglądając na Piaska - Zapolujesz jeszcze na króliki, będę cię obserwować. - Poleciła lekko, czekając na działanie Piaska. Kocur nie czekał długo, zaraz jego pysk przybrał wyraz skupienia, a on sam zniknął gdzieś w trawach. Calico odczekała chwilę, zanim podążyła jego śladem. Chciała zobaczyć, jak sobie radzi, czy zrobiła wszystko dobrze, czy trzeba będzie jeszcze dokładać poprawek. Co prawda miała już dwa wytrenowane koty za sobą, niemniej nie udało jej się z jednym, konkretnym, w dodatku jak na złość należącym do jej rodziny. Mruknęła coś pod nosem. Że też z dziećmi Pasikonik, oczywiście, musiało być coś nie tak. Piasek podczas jej rozmyślań nie próżnował. Zdołał dopaść królika, jakąś piszczkę… jeszcze chwilę pokrążyli, zanim liderka postanowiła się ujawnić. Chyba zaczynały boleć ją łapy…
- Bardzo dobrze - stwierdziła. Trudno było wyczytać zadowolenie w jej głosie, chociaż niezaprzeczalnie się pojawiło. Może nawet też jakaś ulga, ale to już względem siebie.  - Za kilka dni możesz spodziewać się testu. Na chwilę obecną obejdziemy jeszcze krótko granice i wrócimy do obozu - Poinformowała, jeszcze wcześniej polecając by Piaskowa Łapa zakopał gdzieś zwierzynę którą właśnie trzymał, kierując się dalej.

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

- Powiedz, jak się czujesz w Klanie Burzy? - Spytała kilka dni później, kiedy tylko opuścili obóz. Dzień testu. Co prawda znała już umiejętności kremowego, jednak nie mogła uczynić z niego wyjątku, kiedy reszta jej uczniów musiała się również trochę na koniec postresować. 
- Dobrze. Odkąd Tropiący Szlak przestał mnie szkolić powiedziałbym, że znakomicie. Już mnie nie zaczepia, a ja nie wchodzę mu w drogę - powiedział kotce pogodnie. - A pani? Miała pani w końcu ostatnio ciężki okres... 
- Cieszy mnie to - kiwnęła głową zdawkowo. Co do dalszego pytania poruszyła uchem, po czym zamilkła na moment, jakby układając odpowiedź. 
- Znośnie. Przywykłam - Stwierdziła - Poza tym, lider nie może zbyt długo siedzieć w amoku. To kładzie klan w mało stabilnej pozycji. - Dodała. Jasne, było ciężko. Jednak już miała przerwę ze względu na siostrę… potem drugą. Nie mogła ciągle mieć przerw. Był to jeden z powodów, dla których nigdy nie chciała mieć rodziny. Już jedna jej odeszła. Została część drugiej. 
- Jest pani dzielna - oznajmił. - To dzisiaj mnie będziesz testować? - zapytał nieco się denerwując. W końcu końcowy test brzmiał bardzo poważnie. Calico prychnęła niemal z rozbawieniem, niemniej na pysku pojawił się lekki, szczery uśmiech, po czym przystanęła, zerkając za Piaska z jakimś błyskiem w oku. 
- Dokładnie. Klasycznie przeprowadzone będzie polowanie. Nie będziesz mnie widzieć, jednak będę podążać za tobą cały czas. Kiedy uznam, że wystarczy, wtedy się pokażę. - Poinformowała, czekając na ruch Piaska. W końcu to to samo, co było przez ostatnie wschody, poprzecinane walką. 
Kremowy skinął łbem, a następnie udał się w teren, gdzie zdążył zapolować na królika i gryzonia, po czasie w jego pysk trafił jeszcze mniejszy ptak, jednak patrząc na ciężkie czasy, Róża nie oczekiwała więcej. Więc gdy kocur po rozejrzeniu się, postanowił skierować się dalej, mógł usłyszeć wyraźne ,,Wystarczy”. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

Od czasu szkolenia i niefortunnej sytuacji na zgromadzeniu, kotka nie miała okazji do rozmów z Piaskiem. Bo i po co? Niemniej sytuacja się zmieniła. Jego siostrę miała już za sobą, przyszła pora na niego, chociaż dłużej z tym zwlekała. Nie potrafiła przełamać pewnej bariery, ale w końcu, gdy przyszły roztopy, postanowiła podejść do byłego ucznia, kiedy ten został sam, gdyż, jak się okazało, srebrny wojownik (który okazał się być kim by innym jak jej synem), zostawił Piaska samego, wchodząc do obozu. 
- Nie za zimno na dłuższe spacery? - poddała, pojawiając się obok. Cętkowany zjeżył się i drgnął, patrząc czarnymi spodkami na liderkę, która to nadal promieniowała spokojem. 
- Nie zrozum mnie źle, nie przyszłam tu nic oceniać. Niemniej, chciałabym zamienić z tobą słowo. Nie będzie ci przeszkadzać jeszcze chwila w chłodzie? 

<Piasek?>

04 stycznia 2024

Od Różanej Przełęczy CD. Lwiej Łapy (Lwiej Paszczy)

Liderka utkwiła wzrok w rudej uczennicy. 
- Kodeks zakazuje odrzucania kocięcia w potrzebie - przerwała na moment - Nawet, jeśli jej wrzaski docierają czasem do Skruszonego Drzewa. Nie widzę jednak problemu, by odeszła na swoje gdy tylko wejdzie w wiek uczniowski. - Wyjaśniła. Nie widziała potrzeby, by na siłę trzymać w klanie kocię, które syczy i pluje. W sumie się temu nie dziwiła, sama by pewnie wymknęła się jako kocię na miejscu Ciszy. Tyle, że niebieska widocznie nie ma tyle pomyślunku, by udawać, że nie istnieje - Poza tym jej zachowanie jest jak najbardziej zrozumiałe. Nie, żebym je pochwalała.
- Teraz nie jest kocięciem w potrzebie... Jak ją tu przyniosłam była wychudzonym kociakiem, a teraz wystarczy spojrzeć na jej okrągły brzuch. Ma się dobrze. I myślę, że by już całkiem sama sobie poradziła, nawet jeśli nie jest jeszcze uczennicą... - zrobiła dłuższą przerwę pozwalając sobie wziąć głęboki wdech - Powinniśmy ją odesłać. Może do jednego z  klanu, z którym mamy sojusz? Nie powinna tu być i żyć wśród nas. Chociażby przez sam fakt, że jej rodzice zabili moją mentorkę, Gepardzi Mróz. I o mało nie zabili mojego brata... - przypomniała - Kto wie skąd pochodzili ci samotnicy i co zaszczepili w tym młodym umyśle... Bo na pewno nic dobrego.
- Wciąż jest kocięciem - rzekła Róża, patrząc na Lew badawczo, tonem nauczycielskim - Co do oddania jej, nie byłby to kiepski pomysł. Niemniej naszym sojusznikom nie jest potrzebna wichura wewnątrz klanu, którą byśmy im podarowali, a wrogowi możliwy sojusznik, jeśli kocię zrozumiałoby, że ma okazję do zemsty. Patrząc jednak na jej chęci do nas, zgaduję, że Cisza sama się wyniesie w odpowiednim czasie. Życie w Klanie Burzy byłoby... niewygodne i dla niej i dla nas. W końcu to z naszych łap straciła rodziców. - zmrużyła oczy, dając Lew znać, że strata rodziców dla kocięcia ma większe znaczenie, niż losowy kot, do którego Róża szczerze wątpiła, by Lew się przywiązała. - Poza tym patrz też na czas głodu i wszystkie warunki, jakie wystąpiły i mogły być przyczyną owego zachowania. Nie znaliśmy tych samotników i nie, żebym tęskniła do ich zapoznania, jednak czasem warto postawić się w sytuacji drugiego kota... i spróbować poszerzyć swoje widzenie.
- Myślę , że wystarczająco ich poznałam w tamtej chwili. - prychnęła - I my również cierpieliśmy głód, a mimo to nie decydowaliśmy się wkraczać na tereny innych klanów, mimo że moglibyśmy... Na pewno za naszymi terenami znajdują się tereny nienależące do nikogo. Tam mogli się osiedlić i zapewnić odpowiednie warunki dla siebie i swoich kociąt. Bezpieczeństwo bliskich powinno być na pierwszym miejscu, a oni nawet tego nie potrafili zapewnić.
- Nie moja już sprawa, by uczyć umarłych o niekompetencji - Rzekła już nieco twardszym tonem - Większość samotników nie zna pojęcia granic, kodeksu, ani podstawowych zasad moralnych, nie oznacza to, że mamy się zniżać do ich poziomu.
- To jest ostatania rzecz, którą bym chciała zrobić. Chce dobrze dla klanu, i martwię się po prostu, że ta nienawiść u Ciszy z wiekiem nie minie tylko się jeszcze bardziej pogłębi. Bo co jeśli nie będzie chciała odejść, bo będzie chciała się zemścić? Na mnie? Na mojej rodzinie? I tylko dlatego, że stanęliśmy w obronie siebie nawzajem jak i całego klanu.
- A moim obowiązkiem jest ją obserwować i zadbać, by do tego nie doszło. Nie potrzebujemy zepsutego kota w klanie - mruknęła - Z resztą, jeśli cię coś zaniepokoi, coś zauważysz, przecież wiesz, gdzie przebywam - dodała już lżejszym tonem, poddając… lekką sugestię. 
- I zaniepokoiło, dlatego już teraz chciałam przeciwdziałać możliwym przyszłym czarnym scenariuszom. Nie chcę czekać na moment kiedy dojdzie do kolejnej tragedii... - wahała się przed chwilę czy był jeszcze ciągnąć tę rozmowę, gdy obie miały inne spojrzenie na tę sytuację , jednak ostatecznie po chwili kontynuowała - Czy gdyby zamiast mnie, Piaska i Iskierki w tamtym miejscu znalazły się twoje dzieci, tak samo brzmiałaby twoja odpowiedź?
Lew mogła poczuć na moment tą gęstniejącą atmosferę, kiedy w oczach liderki zabłysło mrożące ostrzeżenie. Wiadomość, że uczennica na zbyt wiele sobie pozwala. Niemniej zgasło ono tak szybko jak się pojawiło, a na pysku Róży pojawiła się zaduma, kiedy kotka przez moment milczenia wpatrywała się w jakiś nieobecny punkt. Cisza, zdawało się, że przeciągała się wieki, zanim liderka wreszcie się odezwała. 
- Tak samo. - rzekła pewnym głosem - Oczywiście, nie podobałoby mi się to i trzymałabym moje dzieci jak najdalej od tego kocięcia. - Tu strzepnęła z niezadowoleniem uchem. O ile szczyle by w ogóle posłuchały. - Jednak moja decyzja byłaby taka sama. - spojrzała na pysk Lew z pewnością w oczach. Co prawda, gdyby Cisza rzeczywiście w późniejszych latach spróbowała skrzywdzić jej kocięta, osobiście posiliłaby nią rybki, ale to już mogła zachować dla siebie.
- Rozumiem - odparła krótko, a na jej pysku pojawił się uśmiech, tym razem nie był on ani kpiący czy pogardliwy. Ucieszyła ją odpowiedź Róży. - To dobrze, że byłaby taka sama. - liderka kiwnęła krótko głową, kiedy Lwia Łapa postanowiła się oddalić. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

Trochę jej zeszło, zanim zebrała się do czegokolwiek. Słuchanie Kamiennej Gwiazdy? Nie ma opcji. Nawet, jeśli ta miała rację co do rudych i Róża się z nią zgadzała. Niemniej już teraz, w tym momencie, szylkretka nie miała ochoty się za tym wszystkim uganiać. Płonąca nie żyła, trudno było stwierdzić, czy jakiś klanowy kot ją zamordował, czy może sama Kamienna Gwiazda wreszcie ziściła coś, co chciała. Liderkę niezbyt to obchodziło, problem się rozwiązał. A sprawcę czy chciała czy nie i tak musiała znaleźć. A nawet jeśli pozostawi Klan Burzy w ruinie… to co? Calico wzięła głęboki oddech i weszła do żłobka, czując na sobie wzrok Powiewu. To głównie lilowy dał radę namówić Różę na rozmowę i teraz kotka zastanawiała się, czy mówienie mu o tym było najlepszym pomysłem. 
- Lwia Paszczo - kotka dała o sobie znać - Chciałabym zająć ci chwilę. - odezwała się, gdy tylko w jej oczy wpadło rude futro. 
- Oh, dobrze. - miauknęła w odpowiedzi zaciekawiona co tym razem liderka będzie miała jej do przekazania za informację - Coś się stało Różana Przełęczo?
Szylkretka usiadła, płynnie kierując swój ogon obok siebie.
- Powiedz mi, co myślisz. - rzekła prosto, jednak widząc błysk dezorientacji w złotych oczach, zaraz dodała - Odnośnie działań, kotów. Wszystko to, co wydaje ci się, że mogłabyś chcieć usłyszeć, gdybyś zadała podobne pytanie.
- Nie wiem czy moje odpowiedzi cię zadowolą Różana Przełęczo. Ale dobrze. Zacznijmy od samotników, zapewne wiesz co myślę na ich temat. - Nie kryła niesmaku, kiedy wymawiała ich nazewnictwo. - Ostatnio dużo ich przyjmujesz co nie ukrywam nie podoba mi się ani trochę. Niektóre koty zapewne mają podobny do nich stosunek... Narazili się mnie i mojej rodzinie. I to żeby tylko raz.- zmrużyła oczy, mając nadzieję, że liderka zrozumie do jakich sytuacji nawiązuje- Nawet kocięta samotników są zepsute, a oto prosty przykład. Północna Łapa. Pomogliśmy jej kiedy sami ledwie wiązaliśmy koniec z końcem, czy to z brakiem pożywienia, czy to z brakiem medykamentów i proszę jak nam się odpłaciła za okazanie dobrego serca. Zniknęła i kto wie gdzie teraz jest. Jej siostra wcale nie jest lepsza... Nie chcę snuć czarnych scenariuszy, ale co jeśli pozostałe kocięta, którym pomogliśmy podobnie nam się odpłacą? Nie powinniśmy skupiać się na pomocy obcym i na swoje barki brać problem, któremu nie potrafili stawić czoła.
- Rozumiem - odparła najpierw krótko, zanim zaczęła mówić dalej - Niestety ostatnie koty które trafiły do klanu miały pewne... uszczerbki. Mają. - zmrużyła na moment oczy. Ten nieszczęsny Smark. Gdyby nie jego dziwaczne podobieństwo do Węgielka i przydatność jego matki, cieszyłaby się, gdyby podzielił los tej nieszczęsnej niebieskiej samotniczki 
- Niemniej koty klanowe również są wadliwe - Ot, nie, żeby się z Lew jakoś teraz nie zgadzała, po prostu podzieliła się myślą. I niby porzucanie kociąt jest zabronione... ale zawsze można oddać do innej grupy. Jak na razie jednak, Róża zachowała to dla siebie. Zaraz zerknęła na Lew, dając ogonem znać, że czeka na dalszą wypowiedź.
- Uważam inaczej. - miauknęła ruda, spoglądając na resztę kotów znajdujących się w kociarni - Jak na razie wadliwe koty są tymi urodzonymi poza naszymi terenami. Dla kogoś urodzonego w klanie, zawsze na pierwszym miejscu będzie klan i dobro społeczności. Dla samotnika? On sam. - skupiła na dłuższy moment spojrzenie na wiecznej karmicielce - Uważam, że Kwiecisty Pocałunek powinna porzucić stanowisko wiecznej karmicielki. - odezwała się cicho - Ktoś kto nigdy nie miał własnych kociąt, nie będzie miał łapy do cudzych. No i nie miała... - westchnęła cierpiętniczo - Spędziłam tu dość czasu, aby tak uważać. Poza tym ma tyle księżyców, że powinna już w spokoju wylegiwać się w starszyźnie, a nie mieć na głowie żwawych kociąt. Zasługuje na ciszę i spokój.  
- Hm, pozwolę sobie dać na ten przykład Konwaliowy Powiew. Jak na razie nie zauważyłam przez ostatnie księżyce, by wykazywał on wadliwości wobec klanu, a mogę cię zapewnić, że usilnie starałam się je znaleźć. Podobnie mogę się wyrazić o Drozdowym Szepcie lub Mżystym Futrze. - przerwała na moment - Po twojej matce również nie widzę ociągania. - Co prawda miała wątpliwości co do niektórych... metod wychowawczych, jednak nie miała zamiaru się wtrącać. - Obok nich możemy zestawić Tropiący Szlak, urodzonego w klanie, lub też Jemiołową Skórę, której nie możesz pamiętać. Widzisz, do czego zmierzam? A co do Kwiecistej - Poruszyła uchem. - Porozmawiam z nią. Jak na razie jednak mamy dodatkowe przybłędy do ogarnięcia. Nie mam ochoty potykać się o nie przechodząc przez obóz. - Zawiesiła na moment spokojne spojrzenie na starszej. Aktualnie jako jedyna zajmowała żłobek, prócz Kurzej Pogoni, która miała i tak się zaraz wynieść. Brakowało wiecznych karmicielek w klanie. Szczególnie, że w żłobku przebywały teraz dzieciaki Lew, jak i sama Lew. Emerytura dla Kwiecistej? Jasne, ale po tym, jak Lwia Paszcza odchowa swoje kocięta. 
- O moje dzieci na pewno się nie potkniesz Różana Przełęczo - miauknęła uśmiechając się do liderki, po czym przeniosła spojrzenie na leżące kocięta przy jej boku; te przez cały czas grzecznie przysłuchiwały się rozmowie matki z szylkretką, nie racząc się wtrącić czy chociażby zakwilić - Koty, które wymieniłaś są szczególnymi przypadkami. Raz na parędziesiąt księżyców zdarzy się taki wyjątek, który zapragnie przyjąć zasady społeczności i założyć w nim w rodzinę z członkiem klanu... A Tropiący Szlak... Nie będę marnować na niego powietrza. Na pewno domyślasz się tego co myślę o byłym mentorze mojego brata. Patrząc na jego zachowanie śmiem stwierdzić, że prawdziwy Trop umarł jako kociak, a w żalu matka wzięła jakąś burą znajdę na zastępstwo, aby wypełnić pustkę po utracie kociaka. To by wyjaśniało jego zachowanie pozostawiające wiele do życzenia…
Róża zerknęła na kocięta Lew na krótki moment. 
- Nie wątpię - Nie umknęło jej uwadze to, że nie wiadomo kim był ojciec, nie wszystkie były w pełni rude a cała ta sytuacja mocno śmierdziała, jednak na chwilę obecną nie miała ochoty w tym grzebać. Na komentarz o Tropie prychnęła jakby rozbawiona. 
- Niestety moja droga, byłam już na świecie, kiedy się urodził. I w ciągu całego mojego życia byłam świadkiem niesubordynacji wielu klanowych kotów, mniej, lub bardziej irytujących. A więc dobrze, czy jest coś jeszcze?
- Tak. Jest jeszcze jedna mała rzecz, która nie daje mi spokoju, odkąd przeniosłam się do żłobka... - podjęła, wzrokiem odszukała rude kocię, które znajdowało się u boku Kurzej Pogoni - To jedno pozostałe przy życiu kocię z tych dwóch "przybłęd, o które nie chciałabyś się potknąć", tych przyniesionych przez Zwiędłego Hiacynta jest bardzo do niego podobne. I ilekroć na nie patrzę to widzę właśnie małego Hiacynta, tylko takiego w milszym wydaniu... Rude futro, niebieskie oczy i ta charakterystyczna biała kropka na czole... Jak myślisz, Różo, jaka jest szansza, że w twoje łapy wpadnie "obce" kocię, które wygląda podobnie tak jak ty? - spojrzała się wymownie na liderkę - Mała to szansa, prawda Nagietku? - Tym razem zwróciła się do syna miaucząc miło i dotykając nosem noska swojej rudej pociechy, na co kocurek odmiauknął krótkie "Prawda" swym pyskliwym głosem - Mam nadzieję, że w moje łapki też wpadnie kiedyś taką znajdka, która będzie podobna do mnie. Taką z przyjemnością się zajmę i może zmienię zdanie o tych całych samotnikach~
Kotka zmrużyła oczy, uważnie słuchając słów Lew, która podczas całego tego wywodu mogła dojrzeć, jak gdzieś kącik pyska Róży się lekko unosi. 
- Oczywiście nie umknęło to mojej uwadze. - Jak również fakt, że Zwiędły Hiacynt nie jest zachwycony wizją trzymania przyniesionego kociaka w ryzach, ale to już swoją drogą 
- Niemniej nie sądzę, by było to szkodliwe dla klanu. O ile się go odpowiednio przypilnuje. - co do przypilnowania, nacisnęła lekko na to słowo. Kolejny kot możliwie zdradzający tajemnice klanu nie leżał jej komfortowo w łapach. A patrząc czyją by miał krew... mogła stwierdzić, że w przyszłości może być problematyczny. 
- I mam do ciebie jeszcze jedno pytanie. Ostatnio sporo czasu spędzałaś z Jelenim Puchem. Chciałabym wiedzieć, co o nim sądzić, jak widzisz postępowania i... jak idzie progres.
-  Myślę, że jeszcze trochę czasu potrzeba, aby Jeleni Puch przywykł do otwartej przestrzeni i zapomniał o krzywdach, których doświadczył ze strony Wilczaków. Chociaż wątpię czy uda mu się zapomnieć... Wciąż pamiętam jego strach wymalowany na pysku  kiedy to w końcu wyszedł z dołu - mruknęła - Na pewno zrobił duży postęp od czasu, gdy byłam mała. Zmienia się, na lepsze z każdym księżycem. - Calico ze spokojem wszystkiego wysłuchała, po czym kiwnęła głową. 
- Rozumiem. - tu wstała, zerkając na Lew - Dziękuję za te informacje - I to by było na tyle. Kiwnęła jeszcze głową na pożegnanie, kiedy skierowała się do wyjścia. Jedna rozmowa za nią, jeszcze reszta kotów. Przynajmniej wybranych. Niemniej rozśmieszyło ją w pewnym stopniu, że Lew nie wspomniała nic o niechęci względem swojej kary, ani też większości wyborów calico, chociaż ta wiedziała, że na pewno takie istnieją. Cóż, może zapyta o nie przy następnej rozmowie~? 

<Lewku? :3 >

01 stycznia 2024

Od Różanej Przełęczy


Patrzyła dookoła na przestrzeń, w której się znalazła. Przez jakiś czas nie była widywana często w obozie, właśnie próbując wszystko ładnie zorganizować. I tutaj niezwykle zadowolona była ze swojej degradacji synów. Kocurom przydałoby się odrobiny ogłady, więc ich-niestety kończąca się kara, była w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem. Poszerzali bowiem małą grotę znajdującą się pod ziemią, nieopodal Kamiennych Strażników. Pomimo upału pory zielonych liści, tutaj było chłodno, jednak niezbyt wilgotno, nie licząc miejsca gdzie spływała wąska linia wody. Kamienne, niemal gładkie ściany, oświetlane były przez nikły blask światła, które wpadało od góry, przedostając się pomiędzy mało szczelnie porozrzucanymi kamieniami, oraz korzeniami roślin. Jeleni Puch jako osoba do kopania sprawdzał się całkiem dobrze, czego niestety nie mogła powiedzieć o swoich dzieciach, które próbowały unikać pracy pod ziemią. W sumie się nie dziwiła, ona sama na myśl o dodatkowym kopaniu w glebie krzywiła się w duchu. Nie tknie tego brudu nie więcej, niż to konieczne. Ale teraz? Teraz praca była niemal skończona. Miała na to miejsce wizję. Było tyle możliwości, które mogła wykorzystać, niemniej celowała konkretnie w dwie. Niemniej jednak jej dwójka zdegradowanych wojowników wróciła znów w łaski a z racji kilku innych spraw do dokończenia, nora odeszła na dalszy plan. Zamiast tego, na barki Różanej Przełęczy wkradł się ciężar zmartwienia spowodowany pierwszymi opadami śniegu oraz uporczywych myśli, czy aby na pewno mają odpowiednią ilość ziół, czy Rumianek sobie poradzi, i czy zniknięcie siostrzenicy było tylko nieszczęśliwym wypadkiem?  Z tymi pozytywnymi myślami, zwinęła się w kłębek. 
Zapowiadało się na zwykły sen. Nocna mara przykryła umysł starej przywódczyni, zsyłając wizję na jej powieki. Z początku otaczała ją tylko ciemność - tak gęsta, że z trudem była w stanie zobaczyć własne łapy. Słyszała jedynie własny oddech. W bezgranicznej próżni panowała cisza, zupełnie jakby nikogo oprócz niej tu nie było.
Dopóki w ciemnościach nie zabłysnęły dziwnie znajomo wyglądające zielone oczy. Nie miały źrenic, a świetlista łuna bijąca od nich rozświetlała kawałek przestrzeni. Wkrótce obraz się rozjaśnił, oczy Róży przyzwyczaiły do ciemności, zaś z tej samej ciemności zaczęły wyłaniać się pierwsze obiekty otoczenia. Szponiaste drzewa, sucha, ostra trawa, która dawno nie widziała wody, nawet złowrogo wyglądający księżyc przysłonięty przez korony ogromnych drzew.
Na moment gdzieś w zacienionej oddali Róża dostrzegła błysk. Czy to były bursztynowe oczy?
Nie było czasu, aby się zastanawiać. Sylwetka czarnej kotki siedziała wyprostowana, dumnie taksując spojrzeniem szylkretkę. Było w tym spojrzeniu coś krytycznego i oceniającego - jak matka rozczarowana i wściekła na własne dziecko.
- Nigdy nie miałam co do ciebie większych obiekcji, Różana Przełęczo. Wiedziałam, że Wilcza spoglądała na ciebie jak na żywą traumę chodzącą na czterech łapach. Ale ja widziałam coś więcej w każdym z was. Szkoda, że władza uderzyła ci do głowy. Dawno o tobie nie myślałam, ale ty widocznie nadzwyczajnie nie chcesz pogodzić się z moją śmiercią, skoro zhańbiłaś moje imię, nadając je temu przybędzie - Kamień odezwała się po raz pierwszy. Jej głos rozchodził się echem po puszczy, zaś ton głosu był oschły i czuć było w nim nutę wściekłości - czyli coś typowego dla zmarłej furiatki. Róża po raz pierwszy miała okazję zobaczyć kotkę w całej okazałości. Z szyi czarnej gęsto spływała szkarłatna krew,  podobnie jak z barku.  - Tak więc okazujesz swoją wdzięczność Tygrysiej  Gwieździe? Czyniąc ujmę na godności kogoś, kto dał jej zaszczyt panowania w Klanie Burzy?
Na pysku Róży przez moment malowało się coś na wzór niedowierzania i jakiegoś zaskoczenia. Być może myślała, że właśnie jest w stanie świadomego snu, który jest wyjątkowo brzydki i irytujący? A może to halucynacje? Niemniej, szylkretka zaraz wstała, przeciągnęła się, a na końcu wyprostowała siadając. Dopiero wtedy zlustrowała wzrokiem cały obraz Kamiennej Gwiazdy, w żaden sposób się z tym nie kryjąc. No proszę, tyle się wydarzyło a jednak postanowiła odezwać się z powodu imienia. Cóż za pyszność. Nie, żeby Róża nie zareagowała podobnie, jednak dziwiło ją, czemu czarna umarła zdecydowała odwiedzić się ją osobiście, marnując swój czas, kiedy jest w takim przyjemnym miejscu jak to? Zamiast wysłać kilka cierniowych pnączy czy coś w tym stylu? 
- Oh, nie mów - miauknęła kryjąc rozbawienie, gdy czarna skończyła - Patrz no, toż to z powodów moich działań, wielka Kamienna Gwiazda postanowiła odwiedzić mnie osobiście? Schlebiasz mi, doprawdy. Żeby też z powodu imienia.... - tu na moment znów przerwała, a z jej głosu zniknęło aktorskie przejęcie, chociaż lekki ton pozostał - Widzę, że sobie schlebiasz. Mi też cię miło widzieć. Zawsze się tu tak dobrze trzymasz? 
Czarna kotka zmarszczyła pysk i wstała gwałtownie, a Róża mogła usłyszeć przeraźliwie głośny huk. Nikłe światło przestało już świecić, a pozostał jedynie bezmiar ciemności. Szylkretka poczuła coś wilgotnego na swoich łapach - coś, czemu towarzyszył metaliczny smród.
- Nie zapominaj, do kogo mówisz - warknęła. Wraz z jej słowami obraz się rozjaśnił, a wraz z nim niesatysfakcjonujący widok; łapy Róży plamiła krew. -Tutaj nie chodzi tylko o mnie, Różana Przełęczo. Ufałam, że dobrze poprowadzisz Klan Burzy, ale zamiast tego trzymasz w nim zdrajców i krzywdzisz tych, co nie potrzeba. Nie zdążysz się obrócić, a zrzucą cię z władzy. Jak ty chcesz zapewnić Klanowi Burzy trwałość, jeśli sypie ci się pod nogami, ale twoja pycha przysłania ci rozum? - prychnęła. - Kiedyś to tylko rudzi prześladowali nierudych, ale teraz wszyscy chcą sobie skoczyć do gardeł. Cóż dziwnego, jeśli liderce brakuje zdrowego rozsądku i woli zajmować się hańbieniem imion zmarłych, niż właściwymi zmianami - jej ton głosu był ostry, ale nie brzmiała w nim nienawiść. Po wyrazie pyska kotki widać było, że ogranicza się ze słownictwem. - Gdybym chciała, mogłabym doprowadzić do twojej klęski w kilka nocy. Masz jednak szczęście, że nie zależy mi na twojej krzywdzie ani zniesławieniu. Jestem na tyle rozumna, że potrafię dojrzeć w tobie te dobre rzeczy, które widział w tobie Zając. Ale za to ty upodobałaś sobie antagonizowanie mnie. Jak jakieś kocię.
Róża nawet jeśli się w jakiś sposób zlękła, to nie dała po sobie tego poznać. Strzepnęła łapą obojętnie, by pozbyć się krwi ze swoich łap. Musiała być ostrożna. Spięła się, a serce zabiło szybciej. Parszywe miejsce.  Jeśli natomiast chodzi o wyraz na pysku... cóż, jaki on był? Myśli Róży zaczęły wirować, emocje stworzyły kocioł zirytowania. Jakim prawem ta gnijąca kupa kości mówi jej teraz jakieś… “błędy?”. Jeszcze śmie mieć czelność, by jej grozić. Ona. Duch splugawiony przez mroczną puszczę. Bursztynowe oczy uniosły się na Kamień. 
- Doskonale wiem do kogo mówię. Była, martwa liderka mojego klanu. Z tego co pamiętam, to nie prosiłam Bezgwiezdną Ziemię o większy udział w egzystencji żywych - rzuciła z wyraźnym przekazem, pokroju ,,Nikt cię o zdanie nie pytał". - Poza tym, naprawdę chcesz wyciągać mi akurat to? - pyta już z uśmiechem - Z tego co pamiętam już w momencie twojego panowania, Żar całkiem dobrze trzymał się na swoim chwiejnym siedzisku, nawet twoich zwłok nie potrafił uszanować. Jego syn, zdaje mi się z resztą, że też? A może powinnam wspomnieć o Czarnowronie... Szczypiorek? Mówi ci to coś? Poza tym nie mów mi o kruchości, rozbudowałam ten klan bardziej, niż ty byś kiedykolwiek mogła. Jednak jeśli chcesz, to proszę~ Chętnie zobaczę, jakie rady może mi dać kot z Mrocznej Puszczy - zamilkła na moment po tym, zdawało by się, że wyzwaniu, drgając uchem na wzmiance o zachowywaniu się jak kocię - To nie ja nawiedziłam żywych, bo nazwali mnie Obsmarkaną... - zauważyła, znów z lekkim rozbawieniem.
- Jak mówiłam... Zero rozumu, sama pycha i zuchwałość - syknęła. - Jestem w stanie przyznać się do błędów, które popełniłam, gdy rządziłam. Bo zrobiłam ich wiele. Zawsze trzymałam jednak Żara w napięciu. Nakładam na niego mnóstwo obowiązków, tak, by nie miał czasu myśleć o czymkolwiek innym, niż kopaniu tuneli czy  opiece nad starszymi. Nie mówiąc już o tym, że wisiałam nad żelazną łapą Piaskowej Gwiazdy... Tknęłabym choć jedno z jej potomków, a zniszczyłaby mi resztkę życia. Ty nie masz tego problemu. A mimo to karasz niewinnych i pozwalasz żyć w spokoju tym, którzy zawinili - zlustrowała ją surowym spojrzeniem, natomiast Róża jedyne zainteresowanie jakie wykazała, skierowane było na tekst o Piaskowej Gwieździe, gdzie drgnęła uchem. Czyli problem Piasek jest rozwiązany? Jest gdzieś zamknięta czy… zniknęła? - Jesteś dobra w ukrywaniu swoich emocji, ale mnie nie oszukasz. Z jednej strony szukasz uwagi Gwiezdnych, a z drugiej odmówiłaś przybrania ich członu. Czy prawo Klanu Gwiazdy kiedykolwiek cię w ogóle obchodziło? Czy może zainteresowałaś się nimi dopiero teraz? - wyprostowała podbródek. - Myślisz, że jaka myśl zakwitnie w umyśle młodego rudzielca wychowanego na standardach rodu Piaskowej Gwiazdy, gdy zostanie ukarany przez swoją liderkę i pociągnięty do odpowiedzialności tylko ze względu na swoje rodzeństwo? Jeśli dotąd tobą nie gardził, czynisz dobre kroki, żeby stał się taki jak jego przodkini. Za to trzymasz w klanie tyle nieużytecznych kotów, w tym tych, które wcześniej zhańbiły swoje imię popierając Piasek. Nie będę się zapierać jak kocię, że jesteś słabą liderką - wniosłaś do klanu wiele dobrego. Szkoda tylko, że brak ci minimum poszanowania do zmarłych - syknęła. - Myślisz, że twój brat poparłby taki krok? Takie bezczeszczenie mojego imienia? Nie jestem arogancka i bezmyślna, jak byłam w młodości. Ale nie mogę sobie pozwolić na akceptację takiego znieważenia. Nie byłam ci bliską osobą, ale nigdy nie starałam się być twoim wrogiem. Ty usilnie próbujesz mnie przekonać, bym zmieniła zdanie - warknęła. - Nie obchodzi cię już kwestia moralności, liczy się dla ciebie władza. Tak zaczynał przywódca Klanu Wilka, który omal nie zrównał Klanu Burzy z ziemią.
- Bardzo usilnie próbujecie przekonać mnie, że wiecie, o czym myślę - mruknęła Róża jakby ostrożnie, przeciągając i balansując każde słowo by było osobne i wyraźne, gdy czarna skończyła mówić. Zaczynało się to robić nużące. Władza? Ha! Jasne, fajnie jest czasem mieć poczucie, że jesteś nad wszystkimi, jednak nigdy się na to stanowisko nie pchała, do tej pory pluła na tą niewdzięczną robotę, natomiast Kamień uważała, że co. Że Róża się z tego cieszy? Z tej bezdennej klatki? Gdyby nie stanowisko zastępcy, już dawno opuściłaby klan i nie musiała się z nim męczyć. Natomiast teraz ma przed sobą coś, co było z kiedysiejszej liderki, która uważała się za mądrzejszą. Był to niemal tak irytujący i żałosny widok, że niemal smutny. - Jeśli mówisz o Leśnym Pożarze, widzisz, nie rozpatrzyłaś wszystkiego. Ma dobry wpływ na kurację Jeleniego Puchu, syna Tygrysiej Gwiazdy, którą, jak mniemam, bardzo cenisz i chociaż ciężko to przyznać, bez niego nadal w norze mielibyśmy mało myślącego dzikusa. A co do Gwiezdnych i moralności, to sądzę, że nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. Zwłaszcza patrząc na twój obecny stan. - Ostatnie dwa zdania wypowiedziała bardziej twardo, chociaż zaraz wróciła do swojej pozornej lekkości - Z resztą proszę. Powiedz mi, o kim mowa? Leśnego na chwilę obecną się nie pozbędę, Płonąca to kaleka, Zięba to ukochana matka trójki młodych wojowników. Jeśli ją wyrzucę, będzie spisek, jeśli wyrzucę ją i jej kocięta, będzie spisek, mogą wrócić ze zdwojoną siłą. Już omijając możliwy bunt przez niezadowolenie od strony kotów, które w klanie zdążyły polubić niektórych z nich, szczególnie Piaska. Jeśli go zostawię, a pozbędę się reszty, niezadowolenie się nasili. Alternatywą jest morderstwo. Tak to widzisz? 
- Nie - odpowiedziała krótko, jednak jej głos przebił się przez uszy szylkretki bardzo głośno. - Skupiasz się na umacnianiu Klanu Burzy, przy czym zapominasz o dbaniu o koty tworzące ten klan. Robiłam to przez całe księżyce swojego życia, a gdy zrozumiałam swoje błędy, było już za późno - westchnęła ciężko. Na moment ze wściekłej piekielnej duszy stała się znów zmęczoną, zmarłą liderką. To było jednak jak mrugnięcie okiem, zanim na jej twarz wstąpił ponownie chłód. - Pozwalasz, by traumy i dzieciństwo, które cię zbudowały, rządziły twoimi myślami i decyzjami. To prawda, gdybyś bezpodstawnie ukarała dzieci Zięby, zbuntowałby  się przeciw tobie klan. Ale jeśli dasz im wolność, to oni się zbuntują. Sprawdzą twoje granice, uznają cię za na tyle słabą, by przejęcie pałeczki nie stanowiło większego problemu. Czy naprawdę sądzisz, że nie byliby do tego zdolni? Zbyt długo pozwalałam spuściźnie Piaskowej Gwiazdy siedzieć bezkarnie w moim klanie i patrz, do czego to doprowadziło - prychnęła, lustrując ją wzrokiem. - Zamierzasz zrobić to samo? Nie wyciągnąć wniosków z porażek twoich poprzedników? Bezczynnie patrzeć, jak zaczynają pałętać się wśród Burzaków jak pasożyty, rozmnażając się i dając ciąg rodowi, który odcisnął tak bolesne piętno nie tylko na tobie, ale i na twojej rodzinie, bliskich? Tak, Pożar ma dobry wpływ na Jelenia. Ale czy nagle stałaś się altruistką, a  czy może cały ten czas traktowałaś go jako narzędzie? A Płonąca Pożoga? Jakie świadectwo daje po sobie liderka, która pozwala na przebywanie w jej klanie kotki, która przyczyniła się do wojny z Klanem Wilka, która otwarcie głosiła poglądy swojej prababki tyranki, a teraz jest sparaliżowana i nie jest w stanie przysłużyć się klanowi, choć mimo to korzysta z pokarmu?- wbiła w Różę wyczekujące spojrzenie. - Może i umarłam, ale to nie znaczy, że Klan Burzy przestał mnie obchodzić. To mój dom, za życia i po śmierci, na zawsze. Nie mogę pozwalać na to, by ktoś kalał moje imię, w dodatku robiąc to tak nieudolnie.
- Nie masz prawa mówić mi, na czym opieram swoje decyzje - syknęła po raz pierwszy calico, patrząc z lodowatym błyskiem w stronę Kamień - Skoro sama popełniałaś błędy, nie próbuj wytykać teraz moich. Tyle czasu pozostałaś martwa i postanowiłaś się odezwać z powodu imienia? - Prychnęła z mieszanką jakiejś pogardy i rozbawienia - Lepiej poradzić sobie z garstką młodziaków, niż z całym klanem, który będzie zżerał mnie od środka, razem z wygnanymi, którzy wrócą. Tutaj wroga mam po dwóch stronach, Kamień. I nie myśl sobie, że takiej możliwości nie przewidziałam. Być może będę kiedyś musiała wybrać któreś zło, ale nie ty będziesz mi mówić, kiedy ma do tego dojść. I nie wypominaj mi Płonącej, to samo mogłabyś powiedzieć mojej poprzedniczce. To co z nią zrobię, będzie tylko i wyłącznie moją decyzją. Nie masz prawa się w to wtrącać, ani mnie nachodzić. Twój czas minął i może czas najwyższy się z tym pogodzić. Pozostać martwą. Już dość zrobiłaś, że mnie tu ściągnęłaś, nie uważasz?
- Gdy byłam młoda, też reagowałam tak samo, gdy ktoś starał się wpoić mi coś do łba. Szkoda, że ty nie dojrzałaś do tego z wiekiem. Przyznanie mi racji jeszcze nikogo nie zabiło -  mruknęła czarna, lustrując kotkę spojrzeniem. Przekręciła łeb, a krew ze zdwojoną siłą poczęła cieknąć z jej szyi. - Twój problem leży w tym, że skupiasz się na tym, co robisz dobrze i nie widzisz tego, co robisz źle. Nie potrafisz przyznać sama przed sobą, a zwłaszcza przed innymi, że czegoś nie wiesz lub nie umiesz. Skąd ja to znam - prychnęła, wysuwając pazury. - Imię to tylko jeden z powodów, Różana Przełęczo. Robisz sobie wrogów w zaświatach.  I nie chodzi tutaj tylko o walkę z garstką młodziaków. Nie doceniasz swojego przeciwnika. To powód, dla którego skończyłam tutaj. Dziś walczysz z garstką młodziaków, jutro z przekonaniem, które rozsieje się po klanie jak chwast i już przez księżyce nie dasz rady go wyplenić. Piasek też miała na początku garstkę popleczników. Zanim jej wizja podzieliła klan. Teraz masz na głowie tylko Płomień, Pożara i jego dzieci, ale później? Zastanawialaś się, co się stanie, gdy będą dzielić się swoimi poglądami z klanem? Rudzi będą nienawidzić nierudych, a nierudzi rudych. Nie po to splamiłam krwią swoje łapy, nie po to Zając oddał życie i wolność za Klan Burzy, żebyś teraz splugawiła całą naszą pracę - zaśmiała się w odpowiedzi na ostatnie słowa Róży. - Im szybciej zaakceptujesz, że życie nie kończy się na śmierci, tym lepiej dla ciebie. Ja nie miałam wyboru. Gdybym chciała wtrącić się w świat żywych, Róża, opętałabym cię i zrobiła to, co uważam za słuszne. Trenowałabym któregoś z Burzackich młodziaków. Mogłabym zrobić wiele rzeczy. Więc dlaczego, Róża, powiedz mi dlaczego, stoję tutaj przed tobą i gadam do ciebie jak równa z równą? W chwili, gdy mogłabym zrobić z tobą co tylko chcę, a ty nie miałabyś nawet czasu skinąć palcem? Dlaczego? - w zielonych oczach pomiędzy gniewem rozbłysł ból, który szybko ukryła, piorunując szylkretkę wzrokiem.
- To, że nie wiem wszystkiego jest dość oczywiste - Róża prychnęła w odpowiedzi - Ale zawsze są rozwiązania, odpowiedzi i ja je znajdę. - mruknęła z przekonaniem w głosie. Kamień w tym momencie mogła dostrzec błysk determinacji i charakterystycznej, cynicznej upartości, być może spowodowanej starszym wiekiem, lub też zwyczajnym przekonaniem o swojej nieomylności. Poza tym, Róża może nawet by chciała, by Kamień próbowała coś zrobić za kurtynami, ale już bez jej wiedzy. Wtedy…. wtedy ona by nie musiała.
- I nie wiem, szczerze, dlaczego tego nie zrobiłaś. Być może miałaś dość Klanu Burzy, być może masz jeszcze resztki pomyślunku, który nie został przeżarty przez Bezgwiezdnych, czy też resztki czystej przyzwoitości, chociaż szczerze, gdyby było aż tak źle jak uważasz, na twoim miejscu wprowadziłabym to w życie. Ale skoro widocznie nie masz zamiaru zaakceptować mojego postępowania i tak bardzo lubisz niszczyć mi plany, co powiesz na zakład? Na pewno nie masz nic lepszego, na co mogłabyś patrzeć, więc poobserwuj Burzaki. Ja będę robić po swojemu, zobaczymy, czy sposoby są takie złe, za jakie je uważasz. Wszystko powoli wprowadzam w życie, muszę tylko załatać kilka dziur i... coś zobaczyć. Ale ostrzegam, że jeśli przez kontakt z tobą skończę w tym... czymś, postaram się, by twoja egzystencja była o wiele bardziej bolesna, niż dotychczas.
Kamień parsknęła.
- Więc będziesz szukać każdego rozwiązania, które nie zostało wypowiedziane przez mój pysk? Utrudniasz sobie zadanie. Ale gdy byłam młoda, też to robiłam. Wolałam utrudnić sobie życie, niż posłuchać kogoś, kim gardziłam. Jesteś stronnicza, Róża. Nie zastanawiasz się nad sensem moich słów, widzisz tylko to, kto je wypowiada. Nie unikniesz błędów, gdy widzisz tylko własny nos. Życie już cię przetestowało, ale ty mimo to się nie nauczyłaś - Kamień westchnęła, niemal jakby załamywała się nad decyzjami kotki. - Nie zrobiłam tego, bo nie jestem okrutna. Chociaż ty nie zrozumiałabyś, ile litości tobie okazuję, dopóki nie doświadczyłabyś tego, czego ja doświadczyłam - mruknęła. - Niszczyć plany? Stoję przed tobą jak idiotka, próbując wmówić ci coś do twojego łba przeżartego przez egocentrym, a równie dobrze mogłabym w jedną chwilę zniszczyć wszystko, co zbudowałaś. Wybrałam pokojową rozmowę, a mogłam coś gorszego. To nazywasz niszczeniem planów? Czy nie przeżyłaś wystarczająco cierpienia w życiu, żeby rozróżniać, co jest łaską, a co przekleństwem? - Na ostatnie słowa Róży Kamień parsknęła głośnym śmiechem przesączonym czymś w rodzaju politowania. - Jest jedna niepisana zasada - nigdy nie groź duchowi. Spisujesz się na straty i stajesz się w oczach ducha kociakiem, który próbuje budzić grozę. Naprawdę sądzisz, że moja egzystencja może być jeszcze bardziej bolesna? Że jesteś w stanie jeszcze bardziej ją zniszczyć? Przeżyłam to, czego ty, dziecko, nigdy w życiu nie przeżyjesz. Widziałam to, czego nigdy nie zobaczysz, czułam to, czego nigdy nie poczujesz. Mnie się nie da bardziej załamać. Przeżyłam najgorsze piekło za życia i po śmierci. Przeżyłam zbyt dużo, by takie łgarstwa mnie poruszyły. Jeśli ktoś może komuś grozić, to jedynie ja tobie. Najsilniejszy duch Mrocznej Puszczy jest po mojej stronie. Ja cię nie skrzywdzę. Ale on nie miałby tego problemu. On by się nie zastanowił, a zmieniłby twoje życie w piekło. Dobieraj słowa rozważnie. Nie chcę cię skrzywdzić, ale jeśli mnie do tego sprowokujesz, zrobię tyle, ile wystarczy, by nauczyć cię ważnej lekcji. Im szybciej zaakceptujesz swoje słabości, tym łatwiej będzie ci się żyło. Bo być może nie zauważyłaś, ale stoję po twojej stronie. Szkoda tylko, że ty jesteś zaślepiona starą nienawiścią i samouwielbieniem. 
Szponiaste gałęzie drzew zaczęły oplatać się wokół Różanej Przełęczy, która wstała i cofnęła się lekko w reakcji, aż sucha, ostra gałązka niebezpiecznie zbliżyła się do jej gardła, przez co calico uniosła głowę lekko ku górze. Prychnęła z przymknięciem oczu, lecz gdzieś tam w tle czarny ogon drgnął z rozdrażnienia. Cholerna bezgwiezdna ziemia. I nadal najśmieszniejsze było to, że Kamienna tak bardzo spięła się z powodu  żartu. Cóż za delikatne ego ma ta istota~ 
- Obserwuję Klan Burzy i teraz, i wcześniej. Widzę to, co robisz. Nie potrzebuję zakładu, aby zauważyć twoje błędy. Nic nie nauczyłaś się na podwalinach poprzednich rządów. A... I jeszcze jedno. Radzę ci więcej nie wyzywać mnie do pojedynku, jak zrobiłaś to, gdy nazwałaś tego młodziaka Zasmarkanym Kamieniem. Długo się powstrzymywałam, ale spróbuj tylko naruszyć moją cierpliwość. Przestanę być miła. Zapamiętaj sobie. Mogę cię tutaj zaciągnąć, jeśli będę chciała. Chyba tego nie chcesz? Masz w końcu tyle bliskich w Klanie Gwiazdy.
- I tym chcesz mnie skłonić, bym nie widziała w tobie wroga? - spytała, jednak bez wyzywającego tonu w głosie. A ta jeszcze odrzuciła zakład. Ajć!  - Ty też musisz coś zrozumieć. To nie tak, że się z tobą nie zgadzam, Kamień. Ale już teraz mogę ci powiedzieć, że ta rozmowa do niczego nie doprowadzi.  Ja też muszę się trzymać ograniczeń, z moich własnych powodów. I nikt, ani nic, żadna siła którą się posługujesz, nie przekona mnie do zmiany zdania. Gdyby była to inna sytuacja, inna linia czasowa, chętnie bym pozbyła się problemu, by teraz nie musieć się z tym męczyć, gdy tylko pojawiła się okazja. Myślisz, że się bawię na tym stanowisku? Że pasuje mi jak pomioty zdrajcy dreptają sobie po obozie? Litość? Phah, naprawdę? Nawet nie masz pojęcia, jak właśnie w tym momencie być może rujnujesz coś, czemu się poświęcam już od wielu księżyców. Samym pojawieniem się w mojej głowie. - Gdzieś od połowy wypowiedzi głos Róży zaczął brzmieć miękko, cicho, jakby opowiadała bajkę ukochanemu dziecku, a jednocześnie w ostatnim zdaniu można było wyczuć jakąś twardość - Łgarstwa? Naprawdę myślisz, że nie byłabym do tego zdolna? - Spytała dalej cichym tonem, po czym westchnęła jakby zmęczona.  - Z resztą, co ja mogę? W końcu nie zabronię ci szaleć w świecie żywych - tu już zaświergotała, zaraz potem patrząc wprost w pysk byłej liderki - Ale jak już wspomniałam. Nie zmienisz mojego zdania. 
- Zapominasz o tym, że to twoje decyzje sprawiły, że postanowiłam się do ciebie odezwać. Że to ty sprowokowałaś mnie do takiego czynu, że to ty pierwsza rzuciłaś groźbą. - Róża znów poruszyła uchem, a mimika na moment się zmieniła, w lekkie pobłażanie. Groźba? Cóż za mocne słowo -  Chcesz oczekiwać ode mnie pokoju, kiedy sama rozpoczynasz wojnę? Nie widzę w tobie wroga i ty też nie powinnaś. Gdyby zależało mi na twoim nieszczęściu, zamiast wywyższając się usilnie nade mną, płakałabyś już z bezsilności i zrujnowanego życia. Gdybym była twoim wrogiem, już dawno by cię tu nie było. To co mówiłaś wcześniej przeczy jakimkolwiek twoim słowom. Przywództwo nie jest łatwym zadaniem, wiem to z własnego doświadczenia, i dlatego próbuję przemówić ci do rozsądku. Ale ciężko jest od ciebie oczekiwać czegoś więcej niż pustego zapatrzenia we własne możliwości. A czyja to jest wina, Róża? Moja? Czy może to ty odblokowałaś własne wspomnienia, nazywając moim imieniem Zasmarkaną Łapę? Gdybyś tego nie zrobiła, nigdy nie pomyślałabym o tym, by się do ciebie odezwać. A twój czyn był dla mnie pretekstem, by zwrócić się do ciebie i wbić ci coś do głowy. Nie, nie byłabyś. Mówiłam ci, żebyś nie przeceniała własnych możliwości - syknęła. - Co możesz mi zrobić? W świecie żywych nie ma już nic, na czym by mi zależało, a co byłabyś w stanie poświęcić, a na zaświaty nie jesteś w stanie oddziaływać. Ja mogę wpływać na żywych, ale ty nie możesz wpływać na martwych. Czegokolwiek byś nie wymyśliła, myślisz, że byłoby to gorsze niż to, co zrobiła mi Piaskowa Gwiazda? Niż to, czego doświadczyłam za życia? Największą karą dla mnie było zobaczenie efektów moich błędów, Róża, i nic nie jest i nie będzie gorsze od tego. Nie przyszłam tutaj, by błagać cię o zmianę zdania. Przyszłam, żeby cię ostrzec, że nie będę tolerować zniewagi ku mojej osobie, przyszłam, żeby cię ostrzec, że popełniasz te same błędy, które popełniali twoi poprzednicy. To, co zrobisz to twój wybór, ale pewne jest, że arogancja nie przyniesie ci nic dobrego. Zapamiętaj, że moja cierpliwość ma granice i jeśli przekroczysz linię, nie będzie odwrotu. 
Sen zaczął się rozmazywać. Róża się już nie odzywała. Po prostu patrzyła dumnie w zielone oczy z mieszanką różnych emocji, ale na pewno nie było tam czegoś, czego Kamień by szukała. Ona nic nie wiedziała. Nic. Szylkretka nie mogła sobie pozwolić na skończenie w tym miejscu. Były sprawy które z chęcią by załatwiła, nawet własnymi łapami, gdyby tylko nie miała ich spętanych pewną srebrną, gwiezdną nicią. A Kamień przez ten cały czas plotła o tym samym. Ciągle i ciągle, niczym zepsuta płyta, która udaje, że pasuje w gusta muzyczne słuchacza. Ale nie, nie pasowała. Jedyne co robiła, to wydawała ten sam, zgrzytliwy i asłuchalny dźwięk raniący uszy, powodujący zirytowanie i chęć wyrzucenia magnetofonu z drugiego piętra. Miała dość słuchania o tym, jak bardzo to tej splugawionej duszy było źle. Róży też nie oszczędził los, ale nigdy nie miała ochoty się tym przed nikim tłumaczyć, szczególnie wywlekać tego wraz z groźbami w świetnym, podwieczorkowym zestawieniu. Ona też straciła wiele kotów i mogła poświęcić całe dobro klanu, byle tylko się do nich dostać. Bo co klan jej dał? Co takiego zrobił dla niej, by teraz o niego walczyć? Rozbudowywała go, jasne. Bo chciała coś po sobie zostawić. Bo chciała zajść dalej, niż jakiś zdziczały Klan Wilka. Ale Kamień tego nie mogła zrozumieć. Na pysku liderki nagle pojawił się niemal obłąkany uśmiech, kiedy wypuściła przez pysk krótko powietrze, by po chwili znów skierować swoje oczy w stronę pyska Kamiennej. 
- Co może wiedzieć kot, który nigdy nie kochał swoich kociąt - wyrzuciła z siebie niemal z politowaniem, by przed całkowitym rozbudzeniem, zobaczyć jeszcze groźny błysk zielonych oczu. Róża od nowa poczuła realność świata. Zaczerpnęła powietrza unosząc głowę w górę, z zaskoczeniem uznając, że w powietrzu unosi się para, a wokół jej ciała zgromadził się szron. Wstała powoli i jakoś bez życia, rozciągając swoje zużyte kości. Za oknem majaczył różowy wschód, przyprowadzając przymrozek. Naraz kotka poczuła powracającą, kotłującą się w żołądku irytację. Żaden trup nie będzie jej mówił co powinna robić. Niemniej jednak co do jednego miała rację, a Róża musiała utrzymać swój stołek jeszcze przez kilka księżyców. Niemniej na chwilę obecną, jej jedyną misją na poranek było załatwienie sobie na resztę zimy poduszki grzewczej z Powiewu.

24 października 2023

Od Różanej Przełęczy CD. Wiśniowej Iskry

 Dawno dawno temu 

Nie podobało jej się to. W końcu Gwiezdni z opowiadań mieli być kimś ważnym, kimś, kto jest autorytetem, posiada wielką moc i może zapobiec klęskom. Zamiast tego dostali milczące głazy, które wbrew podaniom, są zwyczajnie martwe. Pozwalali, by działo się to co się działo, nie próbowali zrobić nic, by temu zapobiec, w końcu chyba mogli zesłać chociaż losowy sen na wiernych, nie? Ogon kotki zadrgał. 
- Przecież to nasi przodkowie. - zauważyła, z drgającym w głosie zdenerwowaniem - Mogliby zrobić cokolwiek. Jeśli dalej będą milczeć, w końcu wiada w nich podupadnie, nie zdają sobie z tego sprawy? Czy może zdają, ale wolą zostawić to losowi i żyjącym, oraz mrocznym duchom. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

Mimo wszystko historia zataczała koło, kolejne z jej kociąt opuściło świat żyjących. Tego się właśnie obawiała, tego chciała uniknąć, więc kiedy Powiew starał się z nią porozmawiać, oczywiście z zimną krwią cisnęła mu wszystko w twarz, doszło do mało przyjemnej wymiany zdań, a od tego czasu w powietrzu nie tylko wirowała żałoba, ale również chłodna szczelina, rosnąca z każdym dniem. Róża się odizolowała. Negatywne emocje zbyt kłębiły się w jej myślach, więc zwyczajnie postanowiła się odseparować od pozostałej jej bliższej rodziny, skupiając się tylko na tej -pożal się gwiezdnym- polityce i próbie rozbudowy klanu stworzonego z niewdzięczników, którzy zaczynali ją irytować z każdym dniem coraz bardziej. Każdy szept, współczujące lub też pełne pogardy spojrzenia, przyjście z patrolu łowieckiego bez posiłku, pomylenie się w czymś czy nawet zwichnięcie przez przypadek łapy, gdyż jakiś wojownik wykazał się obniżonym etapem rozwoju umysłowego. Wszystko to sprawiało, że Róża niemal wytwarzała ze swego futra lodowate iskry. Z czasem wszystko się jakoś wyrównało, znalazło równowagę, swój święty złoty środek i chociaż nie była najbardziej obecna w życiu swoich kociąt (co prawda nigdy jakoś nie była, jednak teraz dało się to bardziej odczuć), to nie odizolowała się końcowo od nich całkowicie jak zapowiedziała. Może była to oznaka słabości, która wzrastała z wiekiem, może coś innego, jednak przychodziła porozmawiać, zadać kilka niezręcznych pytań. Ten stan utrzymał się jeszcze potem, przez następne księżyce. Niemniej nie to chodziło liderce po głowie, a kolejny krok do spełnienia swojego planu. 
- Wiśniowa Iskro - zdecydowany i zwiastujący coś głos Róży rozniósł się po lecznicy, kiedy calico pojawiła się tego dnia, wyglądając przy tym, w porównaniu do ostatnich dni, jakby w pełni życia. Kiedy brązowe oczy dostrzegły szylkretową, to właśnie do niej skierowała swoje kroki, wcześniej kiwając Słonecznej Łapie głową na powitanie. - Mam zamiar rozruszać Gwiezdnych i dać im większe znaczenie. Już dość przesiedzieli w komfortach - Rzekła, siadając wprost naprzeciw medyczki, patrząc jej poważnie w oczy. Miała kilka planów i nie chciała nawet słyszeć o sprzeciwie, czy to od strony Wiśni, czy samych gwiezdnych.  
- Obawiam się, że to nie od ciebie zależy, Różana Gwiazd...  - medyczka chrząknęła starczo. - Przełęczo. Jeśli Gwiezdni będą chcieli częściej się do nas odzywać i angażować w sprawy klanu, zrobią to, ale jeśli nie będzie to zgodne z ich wolą, nie mamy prawa jej naginać. Logiczne, że po tych plagach i okropieństwach, jakie przeżył Klan Burzy w tak krótkim czasie, możemy być przekonani, że jesteśmy bliżej nich niż niesławny Klan Wilka, ale nie zapominaj o pokorze.
- Ależ nie oczekuję, że od razu się ruszą, poza tym, z całym szacunkiem, jednak nie czuję się bliższa dla Klanu Gwiazdy niż Wilczaki. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą się coraz bardziej od nich oddalamy, więc chciałabym, żeby stali się większą częścią naszej kultury. Oczywiście, sam klan powinien najpierw zrobić jakikolwiek krok ku zmianie, a jeśli Gwiezdni nie chcą, by wierzyła w nich coraz mniejsza część społeczności, szczególnie po wcześniej wspomnianych klęskach, to powinni zrozumieć moje intencje.
- Zdaję sobie z tego sprawę, Różana Przełęczo. Potraktuj moje słowa po prostu jako rodzaj uwagi lub przestrogi. Mam jednak nadzieję, że Gwiezdni będą chcieli z nami współpracować.
- Być może kiedyś nie będą mieli wyboru - mruknęła z nutą sceptyzmu, po czym w jej oczach od nowa błysnęła jakaś wena - Jak wiesz, wyznaczyłam dwójkę przewodników i chciałabym, żeby mieli oni bliższą więź z zaświatami. Pomoc od duchów często może być konieczna. Jeśli nie namacalnie, to sama wiara czasem wystarcza. Bądź co bądź przemierzanie tunelów jest niebezpieczne, dobrze by było mieć aprobatę i poczucie bezpieczeństwa. Z resztą, wydaje mi się, za zaczerpnięcie opinii od gwiezdnych z większym doświadczeniem nie byłoby zbędne.
- To jedna z tych rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ale możemy mieć nadzieję, że Gwiezdni zechcą z nami współpracować. Teraz wiara w nich niestety jest słabsza, niż kiedyś, a koty są coraz mniej przywiązane do tradycji. Może to sprawi, że wyciągną do ciebie pomocną łapę. Jesteś liderką, Różana Przełęczo, więc zarówno ze mną, jak i z tobą, Gwiezdni mają najsilniejszy kontakt. Jestem pewna, że jeśli spytasz się ich o radę, nie pozostawią cię samej.
Calico kiwnęła głową, po czym wstała z podłoża. 
- A więc jest szansa, możemy się ich spytać. Czy mogłabyś najpierw spróbować zaprowadzić mnie do nich w snach? Jeśli nie wyjdzie, pozostanie nam gwiezdna sadzawka.

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

No i cóż, pozostała im gwiezdna sadzawka. Ze snu nic nie wyszło, widocznie gwiezdni nie byli tak tą sprawą zainteresowani, jakby liczyła na to Róża. A kiedy pojawiła się przed nią znajoma, gwiezdna sceneria i poczucie jakiegoś dyskomfortu, jakby wszystko tu ją przenikało… gwiezdnych również nie było. Calico wpierw się rozejrzała. Być może nie zauważyli jej przyjścia, może kanał ,,Klan Burzy” nie był już dla nich w tym momencie ciekawy i obserwowali coś innego, jednak im dłużej chodziła, tym bardziej traciła nadzieję, że się pojawią. Teren świecił pustkami. Czyżby się obrazili, że nie przyjęła drugiego członu? A może nie pasowały im jej rządy i mieli jakieś zarzuty? Ale to wtedy wypadałoby coś powiedzieć osobiście, a nie się obrazić i nic nie mówić, znikając i pozwalając jej tak chodzić po świecie umarłych. Liderka strzepnęła agresywnie ogonem. Raz i drugi podrygiwał jej, kiedy krążyła bez celu. Nie miała zamiaru jednak jęczeć i wrzeszczeć wzywając gwiezdnych. Jeszcze czego. Nie pokazali się, nie chcą zadbać o swój własny interes i jeszcze wystawiają ją na próbę. Jasne, mieli prawo, w końcu byli niestety nad nią, z władzą, ze wszystkim. Niezwykle ją to irytowało, jednak niech tylko poczekają… nie odmówili jej wstępu, więc miała szansę się dostać na gwiezdne chmurki. A wtedy…. 
- Czego szukasz dziecię wśród zmarłych? - calico zatrzymała się nagle, po czym odwróciła głowę w kierunku tłumu gwiezdnych kotów. Róża z początku chciała rzucić coś z sarkazmem, jednak się wstrzymała, drgając jedynie nosem, jakby jakiś pyłek na nim przysiadł. Nie będzie wywlekać tu swoich żali przed gwiezdnymi i ich tupetem. Nie miała na chwilę obecną do tego żadnych uprawnień. 
- Jak może zauważyliście, wiara w Klan Gwiazdy przymiera. Przynajmniej w Klanie Burzy. - Zaczęła więc spokojnie, oficjalnym tonem patrząc kolejno po duchach, stojąc sobie z gracją i z uniesioną głową. Co prawda nigdy nie było idealnie, ale można było chyba lekko podkoloryzować - Nie ma się co dziwić, wasz brak odzewu przez wiele księżyców i ostatnie klęski miały swój w tym udział. To z czym przychodzę, powinno raczej umocnić waszą pozycję wśród kotów, jednak wymagałoby to zaangażowania z waszej strony.
- Złożyliśmy obietnicę, by nie mieszać się w sprawy żywych, ponieważ nie podobała się im nasza ingerencja. Teraz chcecie to zmienić? Nie rozumiemy waszej woli. Nie potraficie się zdecydować…
- Nie odpowiadam za wszystkie klany albo niezadowolenie pojedynczych jednostek. - stwierdziła. Na nic takiego nie przystawała. Znaczy, jasne, swoboda dla żyjących jest plusem, w końcu to żyjący oddychają, nie martwi, jednak to co zrobili gwiezdni to brak umiejętności znalezienia równowagi. Czyżby świadomość zbiorowa na tym etapie istniała i usypiała rozumowanie?  - Wątpię też, by ,,większa swoboda" oznaczała prawie całkowite zniknięcie, a raczej znalezienie złotego środka. Popadanie ze skrajności w skrajność nie byłoby dobre dla żadnej ze stron. Dodatkowo, nie przychodzę tu mówić za całe kocie społeczeństwo, a za Klan Burzy. I nie mówię tu o czymś niezwykle wielkim.
Koty zdawały się spoglądać teraz po sobie, choć ich wyraz pyska wcale się nie zmienił. Ktoś prychnął w tłumie, jednak jego głos został przyćmiony przez przemawiającego.
- Nasze istnienie jest uzależnione od was. Jeśli Klan Burzy chce naszej obecności, trudno nam odmówić. Choć jesteście dezorientujący.
- Jestem wdzięczna za wasze pozytywne rozpatrzenie - rzekła krótko - Czy skoro już to mamy za  sobą, chciałabym porozmawiać z kimś z was o bardziej ścisłym zakresie moich myśli. Najlepiej z przodkiem klanu. 
Koty tylko skinęły równo ze sobą w tej samej chwili, po czym świat wokół nich zaczął wirować. Chcąc nie chcąc, Różana Przełęcz musiała zamknąć oczy, a gdy je otworzyła, reszta kotów zniknęła. Stała przed nią Tygrysia Gwiazda, siedząc przed nią z delikatnym uśmiechem, na której widok Róża skinęła krótko głową z szacunkiem. Cieszyła się, że to akurat tego kota jej wysłali. 
- Czego jeszcze ode mnie ci potrzeba?
- Dobrze Cię widzieć - wpierw krótkie powitanie - Nie wiem czy obserwowałaś, jednak wspominałam na jednym z zebrań o roli przewodnika. Jeśli mam być szczera, nie ufam niektórym wyborom, więc chciałabym powierzyć zadanie dodatkowej akceptacji przewodnika przez gwiezdnych. Jako iż Koniczynowa Łąka i Diamentowy Wąs są pierwsze... chciałabym żeby otrzymały akceptację od pięciu ważnych przodków Klanu Burzy. Przy drugim pokoleniu możliwe, że jeszcze to nie wyjdzie, jednak przy trzecim chciałabym zmienić to na akceptację od minimum trzech przeszłych przewodników. Po śmierci prosiłabym również o zgodę na to, by w razie czego duchy pomagały żyjącym jeśli zgubią się w tunelach. Może to być nawet pod postacią nikłego znaku. - zamilkła na moment - mam nadzieję, że moja propozycja okaże się trafna. - Znów zamilkła, czekając i obserwując reakcje kotów, na które sama miała ochotę prychnąć. Nie pojmowali nic z rzeczy które do nich mówiła, Tygrysia Gwiazda natomiast pokiwała głową, jakby z pobłażliwością. 
- Jesteś pewna, że potrzebujesz do tego Klanu Gwiazdy? Brzmi to jak zwykła rola…
- I jesteście pewni, że zrobilibyście to w ten sam, proponowany sposób, gdybym nie poprosiła o wasz udział? - pyta z pewnym powątpiewaniem - To jeden z kroków który chce podjąć, a wasza obecność nawet mniej znaczących strefach może to wszystko rozbudować. W końcu w ten sposób zobaczy was również większa ilość kotów - zauważyła, starając się wytłumaczyć swój sposób myślenia, by ten zlepek gwiezdnego pyłu chociaż odrobinę załapał z jej słów. 
- Dobrze... Wierzę, że i tak wszystkim się zajmiesz, gdy już do nas dołączysz Różana Przełęczo. Na razie jesteśmy... Hm... zdziwieni tą prośbą. Nikt w całej historii nie prosił o takie rzeczy Klanu Gwiazdy... W jaki sposób widziałabyś te wybory przewodników z naszym udziałem? Liczymy, że to nie będzie duża ilość kotów... Takie odwiedziny w sferze ducha kosztują nas energie i nie zawsze jesteśmy w stanie odpowiedzieć na modły... Jak sama zauważyłaś, jesteśmy słabi niż wiele istnień temu.
- Jak już wspomniałam, potrzebuję jedynie pięciu kotów, najlepiej za życia na wyższym stanowisku, by mogli ocenić i zaakceptować pierwszych przewodników. Nie będę potrzebowała wszystkich przodków Klanu Burzy. Potem natomiast same duchy które były na owym stanowisku. Co do samych wyborów, byłaby to raczej końcowa ocena. Wierzę, że będziecie mieć od czasu do czasu oko na poczynania przyszłych możliwych uczniów. W końcu będą znać przebieg wszystkich możliwych tuneli, niedopuszczalna jest tu zdrada. Wasz osąd w tej sprawie może być pod koniec konieczny. Może być wcześniej wybór omówiony między wami lub każdy może wyrazić swoją opinię na temat danego kota osobiście, to już mi obojętne. 
- Masz na myśli ocenę czystości ich duszy? Wierności Klanu Burzy? - dopytała dla pewności Tygrysia Gwiazda, zdając się, że nie rozumiejąc nadal po co do takiej rangi potrzebuje aż tylu martwych dusz, które miałyby sprawować nad nimi pieczę.
- Coś w tym rodzaju, chociaż inaczej bym to ujęła - potwierdziła w końcu Róża, nie wiedząc jak inaczej to wytłumaczyć, gdyż powiedziała już to co miała. Żeby całkiem zrozumieć, trzeba by było wejść jej do głowy - A skoro tu jestem, chciałabym zadać dodatkowe pytanie, jeśli mogę oczywiście.
- Pytaj - dostała pozwolenie.
- Są wśród was koty z różnych pokoleń, które widziały i przeżyły wiele - zaczęła, wodząc wzrokiem po zjawach - Posiadacie informacje o przeszłości, wiedzę o błędach jak i dobrych decyzjach. Kumulacja tego, wiedza historyczna pomogłaby w zapobieganiu pewnym... potknięciom, oraz zachowaniu pamięci o ważnych wydarzeniach, gdzie nikt tak naprawdę nie zwraca na to uwagi. Możliwe, że to o co proszę byłoby już zbyt wielkim obciążeniem, jednak proszę o pozytywne rozpatrzenie. To, czego bym potrzebowała, to podzielenie się waszą wiedzą z pewnymi kotami, które mogłyby potem już bez waszego udziału nauczać resztę klanu, oraz zapamiętywać wydarzenia teraźniejsze, by zapamiętane były w przyszłości. 
Dusze kotów z Klanu Burzy zaczęły szeptać. Ta wymiana zdań trwała jakiś czas, a biedna liderka stała, oczekując na rozpatrzenie swej sprawy. 
- A co z medykami? - Różana Przełęcz dojrzała jak jej brat - Zwęglony Kamień występuje z tłumu. - Czy to nie ich rolą było kontaktować się z nami, zdobywać wiedzę i nauczać klan, by chronić go przed błędami przodków? - brzmiał pewniej, nie jąkał się, a widząc podstarzałą siostrzyczkę uśmiechnął się do niej życzliwie.
- Medycy są od kontaktów z wami. Odbieraniem znaków które zsyłacie, nauki których nam użyczają nie są tym, o czym teraz wspominam. Ich działanie jest na strefie duchowej, są ważną, niezmienną częścią klanu i nie mam zamiaru tego zmieniać. Jednak nie pobierali od was nauk o całej historii, nie znają zakamarków o których klany zapomniały. A to właśnie o to proszę - Wyjaśniła patrząc na brata, trochę zła, że się pojawił, stawiając ją na chwilę na stołeczku rozkojarzenia. Dobrze, że nie widziała swoich dzieci wśród umarłych, albo przynajmniej nie chciała widzieć. Przyszła tu w sprawach dyplomatycznych, nie rodzinnego spotkania, podczas którego mogłaby się rozklejać. 
- Dobrze. Niech więc będzie - zgodzili się.
- Dziękuję - odparła, skinąwszy głową - Za jakiś czas przyprowadzę do was wybrane, najwyżej dwa koty. Prosiłabym byście do tego czasu wybrali, którzy z was są na tyle silni by podzielić się z nimi historią. - Świat się rozmazał, a ona już chwilę potem poczuła chłód bijący od podziemi, jak i gwiezdnej sadzawki. Uniosła się, patrząc w stronę Wiśniowej Iskry z jakimś niepohamowanym zafascynowaniem i zadowoleniem w oczach. 
- Zrobione. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

Czaso po mianowaniu wszystkiego i wszystkich, na wiosnę. 

Oświadczenie od Diamentowego Wąsa i Koniczyny, że główne tunele zostały już opracowane i można zacząć szkolenie klanu do poruszania się w nich, Róża odebrała z ulgą. Nie minęło kilka dni jak wróciła od Gwiezdnych. Nadchodząca wiosna rozpuszczała zmarzniętą ziemię. Teraz tylko trzeba było przekopać ich trochę przy granicy tak, by wygodnie było się w nich bronić, zacząć szkolenia z efektywnej walki wśród ich ciemnych, ciasnych ścian. Właśnie… ,,tylko” czy ,,aż”? Z pyska Różanej wyszło zmęczone westchnienie, kiedy obie kotki opuściły jej legowisko. Zaraz potem zebrała się na ogłoszenie. 
- Koty Klanu Burzy - zwołała klan, ukazując się w jednym z okien. Szylkretka spokojnie poczekała, aż wszystkie koty zbiorą się na zebranie, wieczorny patrol właśnie oczyszczał swoje futro z resztek zmokłej suchej trawy i resztek nie roztopionego śniegu, który widocznie skrył się jeszcze w cieniu kamieni lub drzew  - Od dnia jutrzejszego w mniejszych grupach zaczniecie szkolenie z poruszania się po głównych tunelach wyznaczonych przez Diamentowego Wąsa i Koniczynową Łąkę. Będą was prowadzić i nie chcę słyszeć o niesubordynacji, ani próbach samodzielnego zwiedzania reszty tuneli, które nie są dla was przeznaczone. Co do konsekwencji możecie użyć swojej wyobraźni. Na chwilę obecną nie będziemy ułatwiać sobie drogi przed podkopywanie, jednak musicie się liczyć z wizją przyszłej pracy, jak tylko zapamiętacie rozkład ścieżek na pamięć. Będziemy również trenować walkę w ciasnocie i ciemności, co nie ukrywając, będzie mozolną drogą.  Dodatkowo, razem z przyjęciem oficjalnego stanowiska Przewodnika, Koniczynowa Łąka i Diamentowy Wąs mogą odmówić wzięcia udziału w walkach. Ich obowiązkiem zostaje również wytrenowanie swojego następcy. - Zerknęła w stronę obu kotek. O reszcie musiały porozmawiać osobiście i Róża już zdążyła zapowiedzieć im, kiedy by chciała je znów widzieć u siebie. - Dodatkowo, jeśli ktoś z tu zgromadzonych, byłby zainteresowany zgłębianiem historii klanów… może się do mnie zgłosić. Zebranie uznaję za zakończone.  - Po tych słowach zniknęła w oknie, a chwilę później znalazła się  w legowisku medyka, zatrzymując się obok Wiśni. 
- Nie wiem, czy dobrze robię - przyznała, chociaż wyszło jej to przez gardło dość ciężko. Nie powiedziała o co dokładnie chodzi, chociaż sprawa krążyła przez cały czas wokół tych zmian. Dodatkowo, dostała informację od Diamentowego Wąsa o pewnej jaskini znalezioniej pod ziemią, którą na pewno by chciała wykorzystać w jakiś sposób. Pytanie tylko: jaki? Niemniej nie to jedyne siedziało jej teraz w głowie. - A z wizją zesłaną wam przez klan gwiazdy, problem zdaje się podwajać. 

<Wiśnia?>

17 października 2023

Od Różanej Przełęczy CD. Jeleniego Puchu

dzień śmierci Tygrys

Cały klan wiedział o śmierci starszej liderki. Poza jedną, ważną dla niej osobą. Róża nie miała ochoty się z tym babrać, już wystarczająco robiła przychodząc do Jeleniego Puchu niemal dzień w dzień, chcąc sprawdzić jak idzie z jego kuracją. Być może powinna się go teraz pozbyć, w końcu jedyne co robi to zajmuje czas i miejsce, oraz żre zwierzynę ze stosu. Powstrzymywały ją jednak dwie rzeczy. 
Jej własne wspomnienia i jakaś śmieszna melancholia na starość, oraz szacunek i uszanowanie woli Tygrysiej Gwiazdy. To dość mocno wiązało jej łapy. Tak czy inaczej właśnie kierowała się w stronę jego nory, żałując, że nie może wysłać tu jakiegoś wojownika. Chciała zrzucić to na kogoś, bo miała ważniejsze sprawy na głowie, już i tak nie odwiedzała go od dwóch dni, nie mogąc patrzeć na kocura, przypominającego w pewnym stopniu Tygrys. Niemniej jednak sprawa była poważna i wypadało zachować się odpowiednio. Stanęła nad norą, a gdy dostrzegła wpatrujące się w nią niebieskie oczy, usiadła wygodnie na brzegu, po czym zadała pytanie, które wypowiadała każdego dnia, kiedy tylko go odwiedzała. ,,Dzień dobry, Jeleni Puchu. Jak się dzisiaj czujesz?” jej własne słowa zabrzmiały w jej uszach. Niebieskie ślepia kocura na dole powędrowały na Różę, po czym padła kolejna odpowiedź, ta sama co zwykle. Że czuje się dobrze. Zaczęło być to wręcz nużące, lecz była to jedyna stała w życiu Róży, więc w jakiś sposób uzależniła się do tego trybu. Tu jednak musiała to nieco przełamać. Milczała przez dłuższy czas, podczas których po prostu patrzyła na syna Tygrys. Dopiero po tym czasie, wciągnęła powietrze w płuca. 
- Myślę, że pamiętasz rudą kotkę, Tygrysią Gwiazdę która tu przychodziła - zaczęła, czekając na reakcję kocura. 
- Mama? - zapytał, przekrzywiając głowę. - Tak. Znać... To mama.
Kotka kiwnęła głową na potwierdzenie. 
- Przyszłam by cię poinformować o jej śmierci - rzuciła bez owijania w bawełnę - Więcej do ciebie nie przyjdzie, zmarła najpewniej w nocy.
Rudy zamarł słysząc te słowa. Wpatrywał się w nią z szokiem, jakby nie wierząc w wypowiadane przez nią słowa. 
- Mama? - miauknął, a głos mu zadrżał. - Czemu? Już nigdy...? A-ale... znów my być łazem... Czemu Klan Gwiazdy zabłać? Czemu?! - załkał, kręcąc coraz bardziej łbem, jakby próbując wyrzucić tą informacji z pamięci. - Nie! Kłamstwo! Ona nie mogła... Nie mogła... Ja chcę do mamy!
Róża jeszcze chwilę patrzyła na kocię w skórze dorosłego, zniszczonego kota. 
- Cóż, na nieszczęście jest to prawda - odparła, nie zmieniając tonu głosu - Najpewniej zdajesz sobie sprawę, że nie możemy cię stąd wypuścić, byś mógł się pożegnać, więc jeśli jest coś, co jesteśmy w stanie zrobić, jestem gotowa tego wysłuchać.
Rozpłakał się bardziej. Trwał przez pewien czas w tym stanie, pojmując powoli powagę całej sytuacji, podczas gdy Róża nie ruszała się z miejsca, cierpliwie czekając na słowa Jelenia. 
- Powiedzieć... powiedzieć jej... że ją kochać... I... I kwiatka, ładnego. Że Jelonek przeprasza, że być zły syn - wybełkotał przez łzy. Calico kiwnęła głową. 
- Masz moje słowo. - Po tych słowach ostatni raz spojrzała na Jelenia, zaraz potem odwracając się na pięcie i odchodząc, pozostawiając kocura samego sobie. 


‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

Kilka dni po próbie wyciągnięcia Jelenia z nory przez Lew 

Jak można było zobaczyć, Jeleń nie nadawał się do wychodzenia z nory. Był jak kret który nagle uzyskał wzrok i przytłoczył go obraz świata. Był zwyczajnie bezużyteczny, nie mógł wrócić do roli wojownika bo bał się za bardzo otoczenia a podczas walki nikt nie wiedział czy się schowa i będzie piszczał jak kocię czy wpadnie w szał i pozabija wszystkich dookoła. Dlatego miała dla niego inne zadanie. Główne tunele były już prawie gotowe do "publikacji", ziemia jeszcze nie była do końca zmarznięta, więc była szansa na trening w kopaniu, gdyż przez zimę najpewniej kocur by trenował przemieszczanie się po nich. 
Jak więc można się było domyślić, Róża chciała wykorzystać rudzielca do podkopywania. Było ciasno, ciemno, brak nieba, idealnie chyba dla niego, nie? Jak kret, do którego się skrupulatnie upodabniał. Nie widziała sensu w ciągłym trzymaniu go i żywieniu. A tak to może się trochę usocjalizuje. 
Kilka dni po tym, jak Lwia Łapa spróbowała wyciągnąć Jeleniego z nory, Róża podeszła do niego, zerkając z góry w dół. ,,Mam nadzieję, że zrozumiesz" Mruknęła w myślach w stronę niewidzialnego ducha Tygrysiej Gwiazdy. 
- Jeleni Puchu - zaczęła, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, a gdy się to udało, postanowiła zadać swoje pytanie - Jak się czułeś na otwartej przestrzeni?
- S-stłasznie... Tam nie być ścian. Tam pusto. Tam iść bez końca i nie być koniec. Świat wielki. Za wielki dla Jelonek.
- Więc co myślisz o miejscach ciemnych, ciaśniejszych niż ta dziura, po których się jednak da przemieszczać?
- Nie być w takiej dziuła, ale brzmi bezpiecznie. Czuć gdzie koniec, gdzie głanica. To spokój. Jak tulas od Pożał - wytłumaczył liderce swoją opinię na ten temat. - Dostane taki tunel? - zaraz jakby się ożywił. - Zabawa?
- W połączeniu z pracą dla dobra klanu - przytaknęła z nikłym uśmiechem. Nie widziała w tym nic zabawnego, ale jakoś kocura trzeba było przekonać - W końcu chcesz się przydać na coś dla swoich pobratymców prawda? Żeby Pożar i Lew byli dumni…
- Tak! - Uśmiechnął się szeroko, a jego oko zabłysło żywiej. - Kocham Pożał, a Lew przyjaciel. Ich duma ważna dla Jelonek. A co przydać? Co może Jelonek łobić w tunel? - dopytywał, składając znacznie bogatsze zdania niż jeszcze wiele księżyców temu. Widać było, że o zgrozo rudzi, mieli dobry wpływ na tego dzikusa.
Lekki uśmiech teraz się poszerzył, a kotka ulokowała się wygodnie, podpierając podbródek łapą. 
- Na chwilę obecną jedynie zapoznać się z rozkładem głównych ścieżek - poinformowała zgrabnie - Zaraz nastanie pora nagich drzew, więc ziemia będzie zmarznięta. Potem jednak chcę, żebyś odbudował swoje mięśnie i życie socjalne. W końcu chcesz mieć więcej przyjaciół niż tylko jednego, prawda? Kiedy ziemia rozmięknie, chcę, żebyś według zaleceń zaczął poszerzać i podkopywać dodatkowe tunele, wraz z pomocą niektórych kotów - przerwała na moment, lustrując z góry rudzielca - Co ty na to?
Rudy zamrugał zaskoczony. Widocznie nie spodziewając się takiej propozycji. 
- To być zaszczyt dla Jelonek. Jelonek pomoże. Świat na górze stłaszny, na dole przyjemny. Ja umieć kopać! Kopać dziuły w mojej dziuła z nudów i by ukłyć Kic-Kic przed Pan! Ale on znalazł... - Zaszurał łapą po ziemi, wspominając traumatyczne przeżycia. Widać było, że pomimo tych księżyców z dala od swoich oprawców, wciąż tym wszystkim żył. Wzdrygnął się na moment, zwracając swoje oko z powrotem na liderkę. - Jelonek być grzeczny za jeść. Nie zjeść burzak - obiecał. - Tylko... niech nie zaskoczyć Jelonek. Nie od ślepe oko. Jak bać się to atak. Ja musieć widzieć, by się nie bać. Ja czuć zapach i słyszeć, ale oko ważne dla spokój.
- Rozumiem, poinformuję resztę klanu o twojej prośbie. Czy jeśli nie będziesz mógł ich zobaczyć, lecz dadzą o sobie znać wcześniej, czy będziesz również spokojny? - Pyta dla upewnienia, spokojnym tonem - Dodatkowo, rozumiem, że chcesz zostać w dziurze?
- Um... Tak. Być spokojny jeśli nie dadzą znać przy uchu. Byle mnie nie wystłaszyć. Na górze bałdziej nełwowo niż w dziuła - miauknął, a na wzmiance o swoim lokum, pokiwał głową. - Tak. Płoszę. Nie chcę skrzywdzić burzak przez sen, a nie przywykł Jelonek do góła. Na łazie bezpiecznie w dziuła. Dla Jelonka i burzak.
- Zaskakująco trzeźwe myślenie - przyznała - A więc dobrze. Zacznij się przygotowywać psychicznie, zaczniemy za jakiś czas. Przyjdę wtedy po ciebie. Być może damy radę zrobić coś... z tą całą sytuacją - tu machnęła chaotycznie łapą wskazując na Jelenia. - Spodziewam się, że z początku będą ci towarzyszyć wojownicy, co do liczebności jeszcze nie mam pewności, poinformuję cie jednak wcześniej.
Rudy pokiwał głową, zrozumiawszy przekaz, podczas gdy Róża zastanowiła się jakim cudem kocur sam nie wpadł na pomysł z początku by się stąd wydostać podkopując jakiś tunel. Podejrzewała, że po prostu nie chciał. Wyjątkowo wygodne, Mroczna Gwiazdo. 
- Dobrze. A może być tam też Lew albo Pożał? Oni dawać otucha. Łeszta obca, przy nich Jelonek nie bać się aż tak.
-Najpewniej - potwierdziła lekko, ukrywając niezadowolenie z tego powodu. Że też akurat ta parszywa dwójka zawsze musiała się koło niego kręcić - Być może będzie jeszcze Diamentowy Wąs. Nie jest ci pewnie tak obca jak inni?
- Siostła mnie nie lubić... - wyznał ze smutkiem w głosie. - Nie dziwić się. Chcieć ją zjeść... Mam nadzieję, że ona nie być zła. Jak być mały ona dokuczać, że Jelonek kulka. Tełaz chyba milsza... chyba... Dawać mi jeść w dziuła, ale patrzeć dziwnie… 
- Czyli rozumiem, że Leśny Pożar i Lwia Łapa to twoje jedyne bliższe towarzystwo - zagaiła, odkładając temat Diament na bok. Srebrna w jej oczach miała pozytywny wydźwięk, poza tym, nie jej było oceniać relacje rodzinne ani tłumaczyć pewnych zachowań Jeleniowi, gdyż było to zwyczajnie zbyt skomplikowane na jego umysł, a ona sama nie przepadała za tymi tematami. 
- Powiedz mi, wasza relacja jest dobra? Nie próbują cię do niczego namówić? Wiesz, martwię się trochę, w końcu nie miałeś zbyt wielu okazji do zawierania znajomości, a ja nie znam ich osobiście na tyle, by jakoś ocenić. Opowiesz mi trochę jak spędzacie czas? - Miauknęła spokojnie, miłym tonem. Czy się martwiła? Owszem, ale nie o samego Jelenia a jakie szkody mógłby wyrządzić pod namową rudzielców. A teraz była do tego idealna okazja. 

<Jeleń?>

12 października 2023

Od Różanej Przełęczy CD. Zasmarkanej Łapy


Róża wypuściła głośniej powietrze przez nos. 
- Przestań. - mruknęła, widząc jak kociak dość szybko się odwadnia z niezrozumiałych przyczyn. Była aż tak straszna? Coś innego go przestraszyło? Było to… mało logiczne i kotka nie miała pojęcia, co z tym faktem zrobić, patrząc na to, że kocię było dla niej prawie obce - Czy stało się coś?
- W-wpadłem na pa-panią, przepraszam. - Położył po sobie uszka. - Je-jeszcze nie o-odnajduje się tu-tutaj... Wszystko jest dzi-dziwne...
- Mhm - mruknęła, unosząc na moment lekko czoło, w reakcji na pierwszą odpowiedź. - Nikt nie mówił, że będzie kolorowo - odrzekła - Po czasie się przyzwyczaisz. Być może nawet zapamiętasz, ułożenie legowisk w obozie - Ostatnie zdanie wypowiedziała z jakimś ukrytym żartem, który Gwiezdni tylko wiedzą czy załapał, chociaż zdawało się, że raczej nie bardzo. Szczególnie gdy czarny pokiwał energicznie łebkiem. 
- O-oczywiście. Nie za-zawiodę pani. - Skłonił niepewnie przed nią łeb. Zdawało się, że kocurek nie bardzo obeznany jest wciąż z klanowymi zwyczajami. Czy płaszczyli się przed jakimiś przywódcami w betonowym świecie? Nie, żeby jej to jakoś bardzo wadziło, jednak czuła pieczenie pod skórą, w szczególności gdy przebywała na widoku. Co prawda wyniosłość przed innymi klanami oficjalnie swoją drogą… chociaż? Z jakiejś strony głaskało jej to ego. 
- Mhm - kolejne, beznamiętne mruknięcie w odpowiedzi szylkretki - Powiedz mi, zapoznałeś się już z kotami z klanu? Twój trening przebiega poprawnie?
Uczeń spiął się zaraz, gdy tylko pytania opuściły ciało Róży, która cały ten stres rejestrowała kątem oka. Cóż to, nawet spytać nie mogła? Aż tak źle szło? 
- N-nie... wiem... R-rozmawiałem ty-ylko z p-paniczem Sze-epczącą Ła-apą... A t-trening... - Rozbeczał się, nie kontynuując zaczętej myśli, a jedynie puścił się biegiem przed siebie, aby uniknąć odpowiedzi na to pytanie. 
Róża zerknęła za nim zdziwiona, zaraz potem rozglądając się, jakby chcąc się dzięki temu o czymś upewnić. Chodziło o Szepta? Mogła go o to podejrzewać, w końcu brakowało mu jakiejś piątej klepki jeśli chodzi o zachowanie. Jednak Smark urwał na treningu. Westchnęła ciężko, kierując kroki w stronę w której zniknął Oset. Potrzebowała z nim porozmawiać na temat ucznia, a naprawdę powątpiewała, by jej siostrzeniec zrobił jakąś krzywdę młodemu. Niemniej- nadal chciała się dowiedzieć, w czym leży problem. Źle wyszkolony, strachliwy wojownik nie był czymś przydatnym dla klanu. 

‧▪꙳◈◃♦――♜――♦▹◈꙳▪‧

A więc problemem był sam Smark. Nie tylko przez wzgląd na jego nastawienie do treningu i bojaźliwość, ale również naiwność i fakt, że w jakimś stopniu przypominał Węgielka, a gdy kotka przyłapała się na tej myśli, niemal zamarła w jakichś mroźnych szponach świadomości. Minęło trochę od ich niefortunnej rozmowy i calico czy chciała czy też nie, przyłapywała się na zerkaniu w stronę czarnego kłębka, pytania o jego trening i martwienia się o możliwe choroby, szczególnie gdy po obozie zaczął szaleć kaszel. W takich właśnie chwilach cieszyła się z dodatkowego ucznia medyka pod postacią Rumianka, jednocześnie martwiąc się, by aby się nie zaraził przy okazji. Właśnie z podobnego powodu, nie chciała się zbytnio angażować w wyobrażenie Smarka jako młodszej, bardziej rozmazgajonej wersji jej brata. Całe jej nastawienie jednak nie umknęło oczom Powiewa, który szczerze nie był z tego faktu szczególnie szczęśliwy. Zajęło mu trochę by poobserwować swoją partnerkę i końcowo uznał, że liderka po prostu szuka zastąpienia w swoich zmarłych kociakach, co niemal wyśmiała. A może zareagowała czymś na wzór zaprzeczenia i syknięcia? Już trudno by zachować to wspomnienie, ale srebrny wiedział swoje i w przeciwieństwie do Róży, o dziwo, zaczął darzyć kociaka niechęcią. Nie okazywał tego wprost, jednak patrząc na jego stosunek do reszty klanowych kotów, a na czarnego szczyla, było widać różnicę. Coś na wzór dystansu. Kotka niezbyt się tym przejęła, bardziej irytowało ją krytyczne, niezadowolone spojrzenie Powiewa skierowane w jej stronę. Róża jednak obstawała przy swoim. Nic nie ma, nic nie było, żadne zastąpienie, Smark był kociakiem jak każdy inny. I liderka postanowiła zacząć wyznaczać jakąś bezpieczną granicę, dzięki której nie będzie w przyszłości czegoś żałować. Gdyby jednak… przyciemnić nieco te złote oczy? Wydłużyć lekko futro? Kotka westchnęła ze zrezygnowaniem. Cóż za głupota. Widząc jak kociak bierze ze stosu zwierzynę by się nią pożywić, Róża postanowiła podejść do niego powoli. 
- Trening przebiegł dobrze? - pyta siadając obok, zerkając na kociaka z góry.
- T-tak... Ch-chyba t-tak... J-ja się s-staram, a-ale nie przy-przywykłem do takich... rzeczy - Ta jąkliwość przekonała ją do jednej rzeczy. Czarny raczej nie nadaje się do walki. Milczała chwilę, lustrując ucznia wzrokiem. 
- A czy Żmijowa Łapa opowiadała ci kiedyś o gwiazdach? - Pyta w końcu, zainteresowana. Być może, jeśli by się udało, Smark mógłby być częścią pewnego projektu, który miała w głowie. Ale to zależałoby jedynie od odpowiedzi młodego. 

<Smark?>

Od Różanej Przełęczy CD. Rumiankowej Łapy

 Nie minęło jakoś wiele czasu, jednak w umyśle Róży od momentu do momentu wszystko gnało na łeb na szyję, dlatego gdy kilka dni po incydencie z lisem dotarła do niej świadomość o upływających dniach, zjawiła się w legowisku medyka, szukając wzrokiem znajomego, lilowego futra. 
- Radzisz sobie? - pyta, siadając cicho obok Rumiankowej Łapy, przebierającego w ziołach.
Ten nie odpowiedział, nie spojrzał, zamiast tego westchnął ciężko, będąc pochłoniętym w roślinkach. 
- Radzę sobie dobrze mamo. Taką drogę wybrałam, więc muszę sobie radzić, prawda? - Zapytał kocur, łapą przestawiając zioła przed sobą. - To ja powinnam pytać Cię jak się czujesz. - Podniósł wreszcie wzrok z ziół i przerzucił go na przywódczynie. - Gdyby nie moja głupota to wszystko by się inaczej potoczyło. Ty byś miała swoje dziewięć żywotów, a ja nie miałabym tej okropnej blizny na karku.
- Przypadki się zdarzają - odparła calico jak gdyby nigdy nic - A mi zostały i tak pełne 8 żyć. Z tego co pamiętam wszyscy poprzedni liderzy umarli albo śmiercią natychmiastową, gdzie nawet życia nie pomogły, albo ze starości. Nie mają więc one większego znaczenia. - To co mówiła, było dla niej najszczerszą prawdą. Przyjęła je, bo chciała być ubezpieczona właśnie na takie okazje. Nie tylko w przypadku, gdyby odeszła wcześniej niż planowała, ale również w momencie, w którym miałaby pomóc w jakikolwiek sposób swoim najbliższym. Z rodzeństwem się nie udało, więc może tutaj by coś wyszło. 
- Dla Ciebie może i nie mają, jednak dla mnie już tak. Wiedza, że moja głupota odebrała Ci jedno życie, a gdyby nie Klan Gwiazdy, to poszłabyś polować na gwiezdnych łąkach, jest przygnębiająca. A co gdyby Ciebie tam nie było, a moja głupota odebrała życie jakiemuś innemu wojownikowi? Nigdy bym sobie nie wybaczyła. - Westchnęła cicho. - To wszystko było wielką pomyłką. Stokrotka by była zdecydowanie lepsza, gdyby żyła.
- Ale Stokrotka nie żyje - stwierdziła chłodno Róża, powoli poirytowana ciągłym wspominaniem o głupocie, jakby Rumianek był zaciętą płytą z brakiem innej oryginalnej myśli - Wypadkiem czy nie, przeżyłaś ty. I możesz w to wierzyć lub też nie, jednak jeśli miałabym wybór, straciłabym dla tego kolejne życie. - tu przerwała, po czym spojrzała sztywno w oczy szylkreta - A jeśli bardzo przeszkadza ci twoja "głupota", może powinnaś z tym coś zrobić, nie uważasz? Możesz zacząć od posłuchania mnie chociaż raz w życiu. 
- Ale gdyby... - Przerwał, po czym przeniósł wzrok na swe łapy. - Masz znowu racje. Przepraszam mamo. Nie mogę dalej dopuścić do siebie faktu, że Stokrotka jest już w Klanie Gwiazdy. Cały czas po głowie chodzi mi, a co jeśli to, tamto i nie mogę tego zgłuszyć. Przepraszam.
Liderka przetrzymała chwilę w ciszy,  jakby się podczas samego oddychania starzejąc. Miała już dość tych problemów, ciągle piętrzących się nad jej głową, jakby wcale nie malały. Dość też miała kotłujących się emocji, które czasem od nowa i od nowa pojawiały się losowo w jej ciele, przypominając o śmiertelnej powłoce z ciała, jakże ograniczonej i upierdliwej. 
- Roztrząsanie co by mogło być, nic tak naprawdę nie daje, a jedynie sprawia, że nie możesz o niczym innym myśleć. Wiem, bo przechodziłam przez to samo. Nie musisz przepraszać, to normalne. Nie mogę jednak obiecać, że to uczucie minie. - spróbowała wyjaśnić, nie brzmiąc przy tym jak zirytowana pchła. 
- A co jeśli to nigdy nie minie? Do swojej śmierci będzie towarzyszyć mi to okropne uczucie, że jeśli bym zamieniła się z Stokrotką losem, to ta przyniosłaby Ci mniej rozczarowania. Cokolwiek nie zrobię, cokolwiek nie powiem i tak znajdą się Ci, którzy by to lepiej zrobili. Nawet sam Ruczaj nie miał szansy się wykazać na treningu. Z pewnością byłby lepszy ode mnie we wszystkim. - Wziął głęboki wdech. - Jaki jest sens mego istnienia, jeśli swymi krokami przynoszę same negatywne emocje dla wszystkich, którzy mnie otaczają? Jestem tylko najgorszą z najgorszych.
- I uważasz, że użalanie się nad sobą coś zmieni - rzuciła chłodno, wyraźnie już zniecierpliwiona Róża - Nie jesteś pępkiem świata, zaczynasz dorastać, dobrze by było, gdybyś to w końcu pojęła. I przede wszystkim, nadal mnie nie słuchasz. Przejęłaś rolę medyka, to o wiele więcej odpowiedzialności niż ta, która spoczywa na barkach wojowników. Na tym się skup. Nie na śmiesznym wrażeniu, że zawodzisz wszystkich dookoła, skoro nie masz nawet pewności jak się czują i co im siedzi w głowach, opierając się jedynie na swoim mało trafnym wyobrażeniu. - Jojczenie. To jedyne, co w tym momencie mogła usłyszeć Różana, analizując słowa syna. A może w tym jojczeniu dostrzegła również dawno, głęboko zakopane echo swoich myśli? Może właśnie to ją zirytowało, że Rumianek na głos wypowiadał to, z czym Róża biła się samotnie księżyce temu, kiedy nie potrafiła nic zrobić dla swojego rodzeństwa, splugawionego klanu i niewdzięcznych kotów. No i u niej dodatkową przeszkodą było ego, zapewniające, że jest w stanie rozwiązać każdy problem, a Rumianek… być może jej o tej bezsilności w jakiś sposób przypominał, ale czy była w stanie przyznać to sama przed sobą? Nie chciała też, by szylkret to przerabiał, gdyż czas który zajmuje ogarnięcie, iż niektóre rzeczy nie zależą od nas, jest zbyt długi i ciężki. Było to jednak nieuniknione, a kotka nie miała pojęcia jak to wszystko przekazać swojemu zakręconemu kocięciu tak, by wreszcie zrozumiało. 
- Dobrze wiedzieć, że od Ciebie mogę otrzymać jakiekolwiek wsparcie w moich problemach. - burknął z sarkazmem w odpowiedzi - Myślisz, że twe słowa same zmienią me nastawienie do wszystkiego? Nie jestem tobą, nie pojmuję wielu rzeczy jak ty, ani nie potrafię sprawić, że śmierć mojego rodzeństwa przejdzie obok mnie obojętnie. Wiesz co? Popełniłaś błąd ratując mnie. Już wolałabym skończyć w szczękach lisa i nie być powodem, dla którego straciłaś życie, niż słuchać jak bardzo pomagasz mi w moich problemach.
- Myślę, że powinny chociaż sprowokować w tobie chęci do przemyślenia tematu, bo jak widać moje słowa odbijają się od ciebie bez echa. -odparowała, po krótkim westchnieniu przez nos - Nie mówię, że śmierć ma przejść obok ciebie obojętnie, a żebyś przestała jęczeć nad sobą i mówić mi, które decyzje w moim życiu były błędne. - tu zrobiła krok w bok, szykując się do wyjścia - I radziłabym ci to pojąć w możliwie krótkim czasie. - Tu uczeń medyka już się nie odezwał, markotnie grzebiąc wśród uschniętych listków. Liderka ostatni raz obrzuciła go ukośnym spojrzeniem, po czym wyszła poza teren legowiska medyka. Czemu był tak mało elastyczny? Jego umysł przypominał cebulę z wieloma twardymi warstwami, specjalnie nastawionymi na anty-logikę. Zmarszczyła z rezygnacją i jakąś irytacją nos. Może nowe zajęcie pozwoli mu spojrzeć na świat z nieco innej strony, chociaż martwiło ją, jak się końcowo spisze na tym stanowisku. W końcu jako kociak nie miał na to pozytywnego spojrzenia. 

<Rumian?>