BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierwszy Brzask. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierwszy Brzask. Pokaż wszystkie posty

26 września 2022

Od Pierwszego Brzasku

*ostatnie dni przed wymarszem*

Pomarańczowy promień słońca przedarł się przez linię drzew. Zamigotał i błysnął, rozbiegł się na wszystkie strony po chropowatej ciemności pni drzew, zalśnił wśród szarych liści, które natychmiast nabrały koloru. Biegł dalej, a wszędzie, gdzie się pojawił, wracały kolory. 
Wśród szeleszczących koron drzew zamigotały kolejne złote promyki. Ciemna linia lasu zafalowała pod ich naporem, aż w końcu pękła, eksplodując barwami. 
Powiał delikatny wiatr i cała polana odpowiedziała szumem.
Skryty wśród liści, nieśmiało odezwał się dzwoniec. Jego trel zawibrował nad polaną. Zaraz odpowiedziała mu skomplikowana melodia roztaczająca się z dzioba przelatującego między drzewami drozda. Gdzieś w oddali rytmicznie zastukał dzięcioł. Słońce mignęło w jego ciemnych skrzydłach.
Horyzont pojaśniał, zarumienił się jak dojrzałe jabłko. Podobne do niego, ponad linią drzew pojawiło się słońce, zmuszając ostatnie cienie do ucieczki. Zaszyły się pod najbardziej rozłożystymi drzewami, czekając tam na nastanie wieczora.

Obóz wciąż spał. 
Pogrążony w błogim odpoczynku, falował od ciepłych oddechów, ułożony na miękkim mchu snów. Zbierał siły. Jeszcze parę głębokich wdechów, kilka spokojnych uderzeń serca i się obudzi. Rozprostuje zastane mięśnie, otworzy zaspane oczy i wypełni polanę gwarem rozmów. Zmartwieniami o jutro, nadziejami na przyszłość. Życiem.
Mieszkańcy obozu mieli powody do jednego i drugiego. Mieli opuścić swoją polanę. To mógł być ostatni wschód słońca, który tu oglądali.

Uśmiechnął się delikatnie. Obóz odbijał się w jego błękitnych, zapatrzonych w dal ślepiach. Lśnił dwiema emocjami – smutkiem i spokojem. Być może i nadzieją.
Do jego uszu dotarł szelest. Odwrócił głowę, podążając za jego źródłem. Przez jego pyszczek przemknęło zaskoczenie, ustępując miejsca szczęściu.
– Iskierka.
Ruszył w jej stronę, padli sobie w objęcia. Jej futro było miękkie i pachniało domem. Gwiazdy, które zawsze widział w jej oczach, teraz lśniły także na futrze. Spletli ogony.
– Przecież nie puściłabym cię samego, Chmurko.
Wiatr tańczył wśród zielonych liści. W sąsiednim legowisku ktoś westchnął, przeciągnął się.
– Chodźmy – miauknął.
Nad obozem lśnił brzask.


(*) Wróbelek
24.04.20–26.09.22
239 wpisów

25 września 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Srokoszowej Łapy

Pierwszy Brzask był samotny. Mimo towarzystwa ukochanej Iskierki, mimo uczniów dbających o porządek w starszyźnie, czuł, że klan o nim zapomniał. Gwar codzienności nie docierał do jaskini starszych, życie tętniło poza jego ścianami. Tutaj panował tylko półmrok bezruchu, a sennej woni przeszłości nie trącał najlżejszy podmuch wiatru.
Tęsknił do słońca. Życia. Śmiechu. Chciał znowu czuć się ważny. Potrzebny. Być częścią klanu. Tutaj nawet świeże informacje zdawały się mieć tyle samo lat co mieszkańcy.
Promykiem, który rozjaśniał ciemności legowiska starszyzny, był niewielki uczeń. Brzask nawet nie zauważył, kiedy jego wspomnienie Pójdźkowego Snu się zmieniło. Odcień jej sierści przybrał w jego pamięci chłodniejszy odcień, sylwetka stała się zgrabniejsza, spojrzenie bardziej wojownicze. Srokosz stał się mu równie bliski, co przyrodnia siostra. A nawet bardziej.


Jakiś ruch w legowisku sprawił, że się obudził. Przeciągnął się ostrożnie, szukając źródła dźwięku. Było mu dobrze. Ciepło. Spokojnie.
– Pójdźka! – miauknął radośnie, dostrzegając niewielką sylwetkę. Od razu wstąpiła w niego nowa energia. – Doskonale, że jesteś! Jest taka piękna pogoda… – Obrócił łbem dookoła, łowiąc śpiew ptaków i zapach wiatru. – Chodź, muszę ci coś pokazać!
Nim młodszy zdążył zareagować, bury przepełzł dwa kroki, zachwiał się i spadł całym swoim ciężarem na barki ucznia. Ten się zachwiał, ale ustał. Dopiero teraz zauważył, że jest od starszego wyższy. Kocur nie był też ciężki. Pod jego zmatowiałym, ale wciąż puchatym futrem, były same skóra i kości.
– Pająki zasnuły ci resztki mózgu?! – prychnął, nie odsunął się jednak. Brzask podparł się o niego i postawił kolejny krok. – Chcesz nas zabić?!
– Chodź, nie marudź – pospieszył go z uśmiechem bury, ignorując jego fochy. Zdążył się już do nich przyzwyczaić (a prawdę mówiąc, nawet je polubił).
Chcąc nie chcąc, Srokosz ruszył. Bury szedł powoli, co chwilę się potykając i tylko jego asysta powstrzymywała go przed przewróceniem się i rozwaleniem sobie łba. W jego ślepiach błyszczała jednak taka radość, że uczeń nie miał serca jej go pozbawiać. Było możliwe, że to pierwsza wycieczka starszego odkąd zniedołężniał i odkleił się od rzeczywistości.
– Jakiś czas temu coś zgubiłem. Nie za bardzo pamiętałem gdzie, ale teraz… – Brzask potknął się po raz kolejny, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Srokosz jęknął, gdy prawie spadł mu na grzbiet. Bury rozejrzał się, prawie zachłystując się świeżym powietrzem. Tak bardzo za nim tęsknił. – Będzie twoje, jak mi pomożesz.
– Co to?
– Zobaczysz. – Starszy mrugnął figlarnie. Srokosz prychnął niezadowolony. To wszystko pachniało jak ściema.
Bury rozglądał się dookoła. Widział dokładnie obóz, swój obóz. Drzewa, na które wspinał się z rodzeństwem szumiały delikatnie nad jego głową. Skała, siedziba lidera, rzucała przyjemny cień, z którego korzystali jedzący wojownicy. Wystarczyło przejść ukrytą wśród krzewów ścieżką, by znaleźć się w lesie. A stamtąd…
– Nie może być daleko – miauknął, otrząsając się z zamyślenia. – Chodźmy tam.
– Serio? Nawet nie miałeś jak…
– Tak, na pewno tam – Brzask zupełnie go zignorował. Niebieskiemu nie pozostało nic jak tylko iść za nim (czy raczej obok, robiąc wszystko żeby starszy się nie przewrócił).

Legowisko wypełniał gwar kocięcych głosów. Szczególnie wybijały się dwa z nich, należące do kłócących się sióstr. Brzask przystanął, wsłuchując się w hałas. Na jego pyszczku pojawił się błogi uśmiech. Mamrotał do siebie coś, czego nawet stojący obok Srokosz nie był w stanie dobrze zrozumieć.
– Są piękne. Trochę jak Borsuk… Nie, jak Cętka. Albo Kawka. I Mały. Chociaż może bardziej Skała…
– I co, jest?
Bury nie zareagował na pytanie ucznia, zatopiony we własnych myślach. Niebieski strzepnął ogonem. Powtórzył głośniej. Dopiero za trzecim razem starszy drgnął, jakby wrócił na ziemię. Uśmiechnął się i pokręcił głową.
– Teraz mi się przypomniało, że jednak nie było tutaj. Chodźmy! Mamy kawałek do przejścia.
Potykając się, wycofał z legowiska. Nie sprawdzał nawet, czy Srokosz wciąż przy nim jest. Parł przed siebie, do celu, który tylko on widział. Uczeń coraz bardziej wątpił sens tej wycieczki.
– Znalazłem je kiedyś – miauknął nagle Brzask, jakby wyczuwając jego wątpliwości. – Zupełnie przypadkowo. I przyniosło mi wiele szczęścia. Szczególnie… – kocur urwał i uśmiechnął się szeroko, szczerząc zęby. W odpowiedzi dostał tylko pytające spojrzenie i ciszę. – No wiesz – puścił niebieskiemu oczko. – W miłości.
Zachichotał jak prawdziwa nastolatka, dalej walcząc z równowagą i grawitacją. Srokoszowi nie pozostało nic innego jak załamać się mentalnie i iść dalej.

Uczeń dopiero po chwili dostrzegł, gdzie są. Bury przyprowadził go (choć to trochę za dużo powiedziane, młodszy coraz częściej musiał wlec go na sobie, bo jego słabe łapy odmawiały posłuszeństwa) w miejsce, gdzie grzebano zmarłych.
– Jesteśmy – miauknął.
– Żartujesz sobie?! Zostawiłeś coś, co ponoć pomaga podrywać kotki, na cmentarzu?!
– Mogło być tutaj – odparł niezrażony kocur. – Chyba tutaj. Muszę się rozejrzeć…
Nie przejmując się niezadowoloną tyradą, wylewającą się z pyszczka Srokosza, powoli ruszył przed siebie. Wyższa w tym miejscu trawa muskała jego łapy. Kilkukrotnie musnął któryś kopczyk nosem, jakby próbował wyczuć, kto pod nim leży. Albo witał się ze starym znajomym.
Cmentarz sprawiał raczej przykre wrażenie. Rośliny rosły tu dużo bujniej niż gdziekolwiek indziej, rzadko niepokojone przez zwierzęta. Zarosły wiele ze znajdujących się tu kopców, zacierając pamięć o skrytych pod nimi kotach. Niewiele grobów było zadbanych, na jeszcze mniejszej liczbie leżały świeże kwiaty. Dookoła panowała cisza.
– Do zobaczenia, córcie – Srokosz ledwo usłyszał jego szept. – Już pamiętam. Musimy iść w tamtą stronę.

Błękitne niebo na wschodzie rozświetlała delikatna różowa poświata, barwiąca miękkie kłębuszki obłoków. Padali z łap. Młodszy czuł każdy krąg w obolałych od podpierania burego plecach, starszy sprawiał wrażenie, jakby najlżejszy podmuch wiatru miał strącić jego ciało z osłabionych łap. Potykał się coraz częściej i coraz więcej czasu potrzebował na postawienie kolejnego kroku. Nie zmieniło się tylko jedno – wciąż się uśmiechał.
Strumień szemrał cichutko, mieniąc się czystym srebrem. Różowe promyki muskały go delikatnie, przeglądając się. Nad brzegiem kwitły kwiaty. Wyglądały jak rozsypane nad brzegiem kamyczki.
– Już prawie jesteśmy.
Wiatr mierzwił ich futra, głaszcząc falującą pod jego dotykiem trawę. Łąka ciągnęła się aż po horyzont, z drugiej strony zamknięta pasem gór. W oddali majaczyła sylwetka Orlego Drzewa.
Po drugiej stronie strumienia szumiał las.
– Tutaj ją poznałem. Tam, parę kroków dalej jest niewielka polanka. Wystarczy przejść po kamieniach, minąć parę drzew… Rosną tam najpiękniejsze kwiaty. Słychać śpiew ptaków. Jeśli kiedyś uznasz, że to ona… Zabierz ją tam. W nasze miejsce. Niech będzie też wasze.
Błękitne ślepia zapatrzyły się w błękitne niebo. Brzask milczał. Jego myśli krążyły daleko, po drugiej stronie strumienia… Zrobił parę nieporadnych kroków w bok.
– Zapomniałbym – miauknął po chwili, uśmiechając się delikatnie. – Znalazłem. Kotki je uwielbiają.
Srokosz mógłby przysiąc, że przez te parę chwil jego nieuwagi starszy podniósł pierwszy przedmiot, który wpadł mu w łapy. Było to niewielkie pióro. Lekko wygięte, jakby wypadło ze skrzydła, miało jasny, ciepły odcień, który zakrywał charakterystyczny brązowy wzór, zajmujący prawie całą jego powierzchnię. Ptak, który je zgubił, musiał być niewielki i wyglądać jak pokryty cętkami.


<Srokoszu? Dziękuję za sesję>

18 września 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Wilczej Łapy

Brzask uśmiechnął się promiennie. Oburzenie Wilczej Łapy nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Tak prawdę mówiąc, ostatnio niewiele rzeczy robiło, a jeszcze mniej było w stanie zepsuć jego dobry humor. Myślami był daleko, w zacienionym obozie Klanu Wilka, wśród znajomych i kochanych kotów.
– Znowu ukrywasz się przed mamą? Dobrze, nic jej nie powiem – miauknął Brzask, puszczając kocurowi oczko. – Tylko wiesz, trochę ciężko będzie się ukryć przy twoim wyglądzie.
Iskierki w ślepych oczach burego przywodziły na myśl niesforne kocię. Bury wyprostował się i napuszył sierść, próbując lepiej potężne oddać gabaryty swojego ojca.
– Ostatnio nienajlepiej ci to wyszło. Mama dała ci niezłą burę. Wujek Igła do teraz się z tego śmieje. – Kocur zakrył pysk łapą, jakby po niewczasie uświadomił sobie, wymsknęła mu się jakaś tajemnica. – Ups! Prosił, żebym ci o tym nie mówił. Jakby co, to nic nie wiesz! Muszę bardziej uważać na to, co mówię…
Nagle Pierwszy Brzask jakby przygasł. W uderzenie serca uszła z niego cała energia. Przestał się uśmiechać, spuścił łeb, kładąc po uszy po sobie. Tak nagle jak wybuchł jego entuzjazm, teraz opanował go smutek. Jakby niespodziewanie coś do niego dotarło. 
– Tato? – z jego pyska wydobyło się ciche miauknięcie – Może… dzisiaj tu zostań? Mama… mama znowu będzie zła. Będzie cię szukać. Nie chcę znowu słyszeć, jak się kłócicie. – Urwał. Głos wiązł mu w gardle, nie chciał jednak, żeby Wilk to usłyszał. Z całych sił starał się brzmieć normalnie. – Nie mogę spać, gdy wychodzisz. Za każdym razem nasłuchuję, czy nie wracasz. Boję się o ciebie, tato. Masz wtedy takie oczy… Nie odbijają się w nich żadne gwiazdy. – Niemal szeptał. Szylkret musiał wytężać słuch żeby zrozumieć jego zdławiony głos. – To przez nią, prawda? Wszystko zaczęło się wtedy, gdy zniknęła. Czy ona… Czy ona…?
Jasne, niemal białe ślepia wpatrywały się w ucznia. Emocje, które się w nich malowały… Strach, ból, rozpacz, ale i nadzieja, miłość. Oczy zaszkliły się. Spłynęły z nich łzy.
– Zostań. Proszę.

<Wilczku?>

15 września 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Szczawiowego Liścia

Nie mógł odmówić. Nie miał powodu, by to robić. Zresztą… miał miękkie serce i Szczawiowy Liść zdążył to zauważyć. Dlatego stali teraz, mierząc się wzrokiem, a bury coraz bardziej żałował swojego braku asertywności. Wbił pazury w ziemię, starając się powstrzymać drżenie łap. Liliowy coś wiedział. I Brzask koniecznie musiał dowiedzieć się co.
– Mamy do porozmawiania, Pierwszy Brzasku. I wolałbym żeby to była męska rozmowa, bez interwencji twojej ukochanej. Dość puszczalskiej biorąc pod uwagę, że nie jesteś jedynym kotem w jej życiu. Klan Klifu to spokojne miejsce i nie potrzebuje kogoś, kto skrywa tajemnice. Także chcesz mi coś powiedzieć, żebym przejdziemy do konkretów?
Na moment jego serce stanęło. Nie jest…? Co to w ogóle miało znaczyć? Odetchnął głębiej. Nie. Klifiak próbował go sprowokować. Za dobrze znał Iskierkę. Nie było między nimi żadnych tajemnic.
Uśmiechnął się do kocura, choć wyszło to raczej jak skrzywienie pyska. 
– Tajemnice to zdecydowanie za duże słowo – odparł, próbując się zaśmiać. – Po prostu nie miałeś okazji mnie lepiej poznać, to wszystko. 
Liliowy nie odpowiadał. Nie odrywał wzroku od jego oczu. Bury odchrząknął i kontynuował.
– Ja też jestem spokojnym kotem. To całkiem dobrze się składa. Pasuję tutaj – zażartował.
Klifiak strzepnął ogonem.
– To się okaże – miauknął pod nosem, choć na tyle głośno, że jego rozmówca to usłyszał. – Ech, a miałem nadzieję, że nie będę musiał tracić swojego cennego czasu na głupie gierki. Rozumiem, że muszę sam to z ciebie wyciągnąć. Kto cię tu przysłał?
Oczy Brzasku zrobiły się dwa razy większe. Gdy wyszedł z pierwszego szoku, odetchnął w duchu z ulgą. Czyżby kocur jednak go nie rozpoznał?
– Nikt – miauknął zgodnie z prawdą. – Byłem wcześniej samotnikiem. Szwędałem się tu i tam, próbowałem przeżyć. Tylko że od momentu, gdy poznałem Iskierkę, takie życie przestało mi wystarczać. Tęskniłem… – Zadumał się na moment. Jego rozmówca teatralnie prychnął. – Dlatego zdecydowałem się porzucić dotychczasowe życie i dołączyć do Klanu Klifu.
Pomarańczowe ślepia śledziły go bacznie. Liliowy bez wątpienia próbował wyczytać ile prawdy mają w sobie jego słowa. Brzask był spokojny. Nie kłamał. Nie musiał. Co najwyżej odrobinę naginał prawdę. I prawdę mówiąc, nie miał skrupułów. Informacja o tym, kim był kiedyś, nic by Klifiakowi nie dała. A mogłaby narobić mnóstwa problemów buremu.
Szczawiowy Liść widocznie doszedł do jakiś wniosków, bo coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Otworzył pysk.
– I zaślepiona miłością Lisiczka przyjęła przybłędę do naszego wspaniałego klanu. Ciekawe… – Zrobił krok naprzód. Brzask momentalnie się spiął. – Jakoś ci nie wierzę.
Bury zaczynał mieć tego dość. Podświadomie zjeżył sierść na karku.
– To już nie mój problem – wycedził. – Skoro Klan Klifu jest taki wspaniały, nic dziwnego, że włóczęga, który nic nie miał, chce do niego dołączyć, prawda? Szczególnie jeśli znalazł w nim miłość.
Jeśli kocur próbował go sprowokować, mógł być z siebie dumny, udało mu się. Brzask coraz mniej nad sobą panował. Liliowy przewrócił teatralnie oczami. Mięśnie miał spięte, gotowe do ataku.
– Nie zasługujesz na tytuł wojownika mojego klanu – miauknął. – Jeśli zaszkodzisz mu w jakikolwiek sposób… – Nie musiał kończyć. Brzask bez problemu odczytał wymalowaną w jego spojrzeniu groźbę.
– Nie mam najmniejszego zamiaru – warknął, obnażając kły. Na końcu języka miał słowa “A nawet jeśli bym chciał, nie dasz rady mnie powstrzymać”, ale ugryzł się w niego w ostatniej chwili. – To mój dom. Tak samo jak twój.
Szczawiowy Liść skrzywił się, jakby ktoś wsunął mu kępę szczawiu do pyska.
– Mój dom, przybłędo. Nie zapominaj o tym.
Nie pozwolił Brzaskowi odpowiedzieć. Odwrócił się i dumnie ruszył w stronę obozu.
– Nie pozwolę ci zapomnieć – dotarło jeszcze do uszu burego.
Długo stał, patrząc w stronę, gdzie zniknęła sylwetka Klifiaka. Wygładzał sierść. Chował pazury. W końcu odetchnął głęboko i ruszył w stronę swojego nowego domu.

– Gdzie zniknąłeś, Chmurko?
Jej uśmiech był ciepły i szczery, a oczy wypełnione ufnością. Spróbował go odwzajemnić i poczuł się fatalnie.
– Któryś z wojowników prosił, żebym mu pomógł. Już jestem cały twój.
Zamruczała, przytulając się do jego futra. 
Zamknął ślepia. Nienawidził oszukiwać.
Obiecał sobie nigdy do tego nie wracać.

***

Pierwszy Brzask miał poczucie, jakby kogoś brakowało. Rozejrzał się po legowisku. Obok trzykolorowej sylwetki Iskierki siedział ktoś jeszcze, uczeń, który ich odwiedził. Wesoła rozmowa dolatywała do niego jak zza ściany.
Strzęp ledwo wyczuwalnej woni, może wspomnienie po niej, pośród ich zapachów. Mieli całe legowisko dla siebie. Choć jeszcze jakiś czas temu…
Jakiś czas temu co?
Nie wiedział. Myśl rozpłynęła się wśród niejasnych przeczuć, urywków emocji, rozmytych obrazów i dźwięków. Nauczył się, że nie było sensu ich gonić. Odpuścił.
Uśmiechnął się, wyrzucając dziwne uczucie z pamięci.
Drzewa zaszumiały nad grobem Szczawiowego Liścia.

14 września 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Srokoszowej Łapy

Pierwszy Brzask widział niewiele. Prawdę mówiąc, nie widział już prawie wcale. Świat był w jego oczach rozmazanymi plamami barw, z których niektóre się poruszały, niektóre zaś miały swoje zapachy lub wydawały dźwięki. Tyle, żeby był w stanie odróżniać dzień od nocy omijać większe przeszkody. Jakby miało mu się to do czegokolwiek przydać, w końcu nie był w stanie zrobić kilku kroków bez przewrócenia się.
Nie przeszkadzało mu to jednak ani trochę. Oczy zastępowała mu wyobraźnia. A ona zyskała w ostatnim czasie u niego olbrzymie możliwości, dlatego gdy wytężył wzrok i przyjrzał się stojącej przed nim sylwetce, dostrzegł lekko przybrudzone cynamonowe futro i ładną, zgrabną figurę. Pójdźka faktycznie dorastała, robiła się niej całkiem ładna kotka. Tylko jej okrągłe ślepia z pomarańczowym poblaskiem wpatrywały się w niego buntowniczo.
– No nie powiem, trochę się zmieniłaś – miauknął w odpowiedzi. – Wyrosłaś, zrobiłaś się naprawdę zgrabna, o ho ho. – Puścił kocurowi oczko. – Jeszcze chwila i zobaczysz, kocury zaczną zwracać na ciebie uwagę. I jeszcze te urocze pędzelki na uszach. – Pysk kocura rozjaśnił szeroki uśmiech.
– Pająki zasnuły ci mózg? Nie mam żadnych pędzelków!
– Tylko pamiętaj, wybierz mądrze! Niektórzy wydają się czarujący, ale na dłuższą metę nie nadają się do związku. Są bardzo nieodpowiedzialni i przejmują się tylko tym co teraz. Nie ma co zawracać sobie nimi głowy, tylko cię zranią. Pamiętasz? Skowronek też sobie takiego znalazła. Co prawda tamten okazał się koniec końców całkiem w porządku, ale… ale i tak. Od razu wiedziałem, że będą z nim kłopoty.
– O czym ty do mnie gadasz?! Nie znam żadnej Skowronek!
Pysk burego wyrażał tę samą pogodną radość co wcześniej. Był daleko w swoim świecie.
– Nie pamiętasz jej? Taka miła, czarna kotka. Była jeszcze całkiem mała… Nie pozwalała Borsuk zabijać żuków. Spędziłyście razem trochę czasu. Zanim jeszcze… – urwał, a na jego pysk wkradł się cień. Szybko się jednak otrząsnął i uśmiechnął, jak gdyby nigdy nic. Jakby zapomniał, że w ogóle pomyślał o czymś przykrym. Niebieski wykorzystał to uderzenie serca na kolejne protesty.
– Odczep się ode mnie, stary dziadzie! I wcale nie wyglądam kobieco!
– Oj, nie przejmuj się tym, to nic złego. Wręcz przeciwnie. Chyba, że… – zamyślił się na moment. – Jeśli… No wiesz… To nic takiego, znam kilka takich kotów, choćby Truskawka. Może… Nie, jesteś jeszcze za młoda, żeby wiedzieć na pewno. Nie masz co się przejmować takimi rzeczami. Ale jeśli faktycznie… Zawsze możesz ze mną porozmawiać. Nikomu nie powiem. Potrafię dotrzymać tajemnicy. Zresztą, nie raz ci już o tym mówiłem. Zawsze możesz na mnie polegać.
Brzask uśmiechnął się ciepło do swojego rozmówcy. Wyglądało na to, że jego monolog chwilowo się zakończył.

<Pójdźko Srokoszu? xD>

11 września 2022

Od Pierwszego Brzasku Do Wilczej Łapy

Przyjemne ciepło rozchodziło się po jego ciele, ogrzewanym przez promienie słońca. Leżał w wejściu do legowiska, rekompensując sobie w ten sposób niemożność wyjścia na spacer. Ciągnęło go do zielonych przestrzeni, które mógł tylko oglądać ze starszyzny. Nie przejmował się tym jednak. W ogóle niedużo się przejmował. To była jedna z zalet stanu, w który wpędził go jego wiek.
Wiatr powiał w jego stronę. Spośród różnych woni wychwycił jedną, szczególnie silną. Ktoś się zbliżał. Skupił wzrok i udało mu się wyłowić jasną, masywną sylwetkę, która zdawała się coraz większa z każdą chwilą. Uczeń… Spróbował przypomnieć sobie jego imię. Widział go już parę razy. Nie było to zresztą takie trudne, odkąd zrobiło się cieplej, większość czasu spędzał obserwując życie innych klanowiczów z wejścia do legowiska. Niestety, nie pamiętał. No trudno. Pewnie przyszedł posprzątać ich legowisko. Uśmiechnął się na powitanie, gdy kot stanął obok niego. Przesunął się, żeby mógł wejść do środka.
– Dzień dobry – miauknął przyjaźnie. – Ładny dziś mamy dzień.
– To prawda – zgodził się przybysz. 
Brzask wytężył wzrok. Było w nim coś znajomego, coś, co przywodziło na myśl szczęśliwe dni wśród kochanych kotów i beztroskie zabawy. Coś… wyjątkowo bliskiego.
Spróbował przyjrzeć się dokładniej, ale świat wciąż był tylko rozmazaną plamą barw. Miał ciekawe łaty…
To wszystko przypomniało mu o czymś innym. Jego córka… Zrobiło mu się przykro. Znowu zapomniał jej imienia. Był ciekawy, jak się czuła. Gdyby tylko mógł, poszedłby ją odwiedzić. Albo i nie. Potrzebowała teraz spokoju. Dużo spokoju. Jakże chętnie poznałby swoje wnuki…
– Królowa, która ostatnio urodziła, jak się czuje? Wszystko z nią w porządku? A kocięta? – zasypał ucznia gradem pytań. Odwiedzający starszyznę byli jego jedynym źródłem informacji, od kiedy nie był w stanie wyjść z legowiska. I jedynym źródłem rozrywki. Miał nadzieję, że przybysz się nie obrazi. Nawet nie zapytał go o imię, bo bał się, że już się poznali i ten będzie miał pretensje do burego, że go nie pamięta. Parę razy już mu się to zdarzyło… 


<Wilczku?>

06 września 2022

Od Pierwszego Brzasku Do Lisiej Łapy

*pewnie gdzieś początek Pory Nowych Liści*

Gdy tylko się obudził, poczuł, że coś było inaczej. Zmarszczył nos, czując łaskotanie. Uderzenie serca zajęło mu uświadomienie sobie, że to ciepły promień słońca. Uśmiechnął się, a z jego gardła wydobył się zadowolony pomruk. Nie otwierając oczu, odetchnął głęboko. Jego płuca wypełniło świeże powietrze, pełne wilgotnego zapachu świeżości i życia.
Pora Nowych Liści.
Jakby wstąpiła w niego nowa energia. Zawsze lubił obserwować, jak świat budził się do życia po uśpieniu w Porze Nagich Drzew. Wszystko rosło i rozkwitało pod czujnym okiem pogodnego nieba i ciepłego wiatru. On też czuł, jakby budził się z długiego, zimowego snu.

To był idealny czas na spacer.
Zanim śpiąca obok niego Iskierka zdążyła się obudzić, odsunął się delikatnie i przeciągnął. Przyjemnie chrupnęło mu w karku. Ziewnął jeszcze, przeczesał futro na piersi językiem i był gotowy do drogi. Dokąd najlepiej pójść? Tego jeszcze nie wiedział, ale był pewien, że da się poprowadzić ciepłemu wiatrowi plączącemu się w jasnozielonych liściach. Może okolica strumyka? Albo fragment lasu, w którym tak lubi polować? Może zapuści się na łąkę, gdzie do tej pory widoczne są szczątki starego obozu? Kocur uśmiechnął się do swoich myśli. Dlaczego nie wszystko po kolei? Zapoluje po drodze, Iskierka na pewno ucieszy się ze świeżej nornicy czy wróbla.

Dźwignął się na łapy, nie zwracając uwagi na ból w krzyżu. Spoza legowiska docierały do jego uszu ptasie trele i gwar obozu. Odgłosy życia. Utkwił niewidzący wzrok gdzieś w wejściu do starszyzny, kierując się w tamtą stronę.
Zachwiał się lekko, gdy jego futro musnął delikatny wiatr. W głowie miał tylko jedną myśl – w którą stronę? Dziarskim krokiem ruszył przed siebie, nucąc cicho. Oczami wyobraźni już widział zielony las…

Powietrze wydostało się z jego płuc z głośnym jękiem. Ze zdumieniem stwierdził, że leży na lekko rozmokniętym gruncie. A co ciekawsze, nie potrafił się podnieść. Zamrugał zaskoczony.
Jakiś kształt zasłonił słońce. Brzask uniósł łeb, łowiąc zapachy i kształty. Uczennica?
– Dzień dobry – miauknął pogodnie, jakby wcale nie upadł właśnie w błoto przed legowiskiem, z którego ledwo się wyczołgał.


<Lisku? :P>

05 września 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Skalnego Szczytu

Bury zaśmiał się, choć w jego głosie pobrzmiewał smutek.
– Wiele można… było powiedzieć o Borsuk, ale na pewno nie to, że była głupia. Moja siostra była najinteligentniejszym kotem, którego znałem. Prawdę mówiąc, często czułem się przy niej strasznie głupi – przyznał, uśmiechając się do wspomnień. – Czasami miałem wrażenie, że życie to dla niej jedna wielka bitwa, którą sterowała, obserwując wszystkich innych z wysokości. Nieświadomie wszyscy robili dokładnie to, co sobie zaplanowała. Nigdy nie umknął jej najdrobniejszy szczegół. Czasem… wydawała mi się okropnie samotna. I znudzona. Cały klan musiał wyglądać dla niej jak banda mysich móżdżków. No, prawie cały – poprawił się, patrząc siostrzenicy w oczy. – Borsuk po prostu… przy tym wszystkim nie do końca wiedziała, jak działają uczucia. Gdy do głosu dochodziło serce, zupełnie się gubiła. Tak myślę.
Kocur spuścił łeb, zamyślony. Tamte czasy wydawały się tak odległe… Moment, w którym na świecie nie było jeszcze Skały ani Jastrzębia, czas, gdy uwaga Borsuk nie była skupiona jeszcze na Jastrzębim Podmuchu…
Czarna nie wyglądała na przekonaną. Ani trochę.
– Byliśmy… wpadką bo się zakochała?
– Nie! – Brzask od razu zaprzeczył. – A na pewno nie w takim sensie jak myślisz. W ogóle nie byliście wpadką. Borsuk zawsze miała plan, nie możliwe by było, żeby… – przerwał, gdy dotarło do niego, jak źle brzmiały podobne słowa. Wziął głęboki wdech, chcąc uspokoić myśli, żeby znów nie powiedzieć czegoś głupiego. – Borsuczy Krok bardzo chciała, żebyście się urodzili. Inaczej nie zdecydowałaby się na posiadanie kociąt. Macierzyństwo zdecydowanie nie było… w jej stylu. Zależało jej na was. Nawet jeśli nie była najlepszą matką.
– Była najgorszą – wtrąciła czarna. Kocur zignorował jej przytyk i kontynuował.
– Między nią a Jastrzębim Podmuchem… coś było. Nie jestem w stanie powiedzieć ci co ani jak, bo po prostu tego nie rozumiałem. Dalej nie rozumiem. Te wszystkie intrygi, zwracanie swojej uwagi, awantury, nawet… to jak to wszystko się zakończyło, wygląda na kolejny skomplikowany plan. Ich… wspólny plan. Mówiłem, że czułem się przy niej głupi. – Uśmiechnął się przepraszająco. – I że nie były najlepsze w okazywaniu uczuć. Obie.
Nawet nie chciał wiedzieć, jak teraz się czuła. Próbował podnieść ją na duchu, a koniec końców tylko udowodnił, że urodziła się, bo jej matka nie potrafiła poradzić sobie z uczuciami i wykorzystała ją jako element swojej dziwnej gry. Był zły na siebie. Trzeba było się nie odzywać. Albo w ogóle tu nie przychodzić. 
Czy naprawdę nie był niczemu winny? Wróciły stare wyrzuty sumienia. Gdyby tylko był lepszym wujkiem, bratem…


<Skało? Jak masz ochotę, możemy spotkać się podczas przeprowadzki, albo zakończyć wątek>

30 sierpnia 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Fioletowego Spojrzenia

Dźwięk burczącego brzucha dotarł do niego jak z oddali. Brzask przyjął do wiadomości przesyłany przez żołądek komunikat, ale tak, jakby dotyczył kogoś innego. Ostatnio niewiele rzeczy było w stanie go dotknąć. Na jego pyszczku przez większość czasu malował się przyjazny uśmiech, myśli płynęły zaś zupełnie wolno. Dlatego nie od początku dotarły do niego wieści o nowych członkach klanu. Zresztą, informacje miały to do siebie, że dziwnym trafem do starszyzny trafiały na samym końcu, odbierając mieszkającym tam kotom ich ostatnią i największą przyjemność – plotkowanie.
Bury bardzo chciał poznać maleńkich Klifiaków. Gdyby nie zawroty głowy, których doświadczał po przejściu więcej niż trzech kroków, od razu poszedłby do żłobka. W końcu to były jego wnuki, dzieci… Kocur usilnie próbował przypomnieć sobie, czyimi dziećmi miały być maluchy. Rozmawiał z nią przecież niedawno, to była… ich pełna energii, szylkretowa córka? Chyba nie. Ostatecznie, to przecież nie było takie ważne. Uśmiechnął się. Ciocie Borsuk i Jastrząb już na pewno tam byłby. Niebieska pewnie musiała zaciągnąć partnerkę siłą, jego siostra nigdy nie lubiła kurtuazyjnych wizyt, ale wiedział, że w głębi serca jej to odpowiadało. Ceniła sobie rodzinę równie mocno, co on.
Do jego uszu dotarły kroki. Skierował mordkę w stronę ich źródła, uśmiechając się do przybysza.
– T-tato?
Zastrzygł uszami. Znajomy głos. Czuł, że kotka podchodzi bliżej. Przed oczami pojawił mu się obraz szczupłej szylkretki. Jego córcia. Tylko jak miała na imię?
– Cześć, kochanie – miauknął, wskazując, by usiadła obok niego. – Coś się stało?
Odpowiedziało mu milczenie. Chyba trafił w punkt. Przysunął się do kotki, szukając jej sylwetki. Gdy ją znalazł, przytulił ją lekko.
– Zmizerniałaś – w jego głosie brzmiała troska. – Nie jadasz ostatnio najlepiej? To niedobrze, musisz o siebie dbać. Powiem Jaśmin, żeby… – zamarł, czując wilgoć na swoim futrze. Ona… płakała? – No już – wymruczał pocieszająco. – Już dobrze. Coś się stało? Opowiedz mi, proszę. 
Ruch. Kotka starła łzy.
– Z-zrobiłam coś strasznego. Coś złego. Czego nie powinnam była robić.
– Nie martw się, nie ty jedna – miauknął, przytulając ją. – Ostatnio był tu Truskawe… Truskawka. Była – bury się zaplątał. – Też mówił, że stało się coś strasznego i wcale tak nie było. Mówiła. Powiedział, że… Powiedziała… Mówili, że… – kocur urwał, zaplątując się zupełnie. Na dodatek tak prawdę mówiąc zdążył zapomnieć, co chciał powiedzieć. – W każdym razie będzie dobrze, zobaczysz. Wychowacie je oboje i jakoś to będzie.
Poczuł, że kotka sztywnieje.
– Bo w końcu jeśli się kogoś kocha, to się go nie zostawia, nie ważne, co by się nie działo. No i ze zwykłej kociej przyzwoitości. Bo oni to ponoć się nie kochają. Ale Borsuk też tak mówiła, a widzisz, jak to się skończyło. Miłość to miłość. Jak ja i mama… – Kocur urwał. Widocznie powiedział już wszystko, co przychodziło mu do głowy. Po chwili jakby przypomniał sobie, od czego w ogóle zaczęła się ta rozmowa. – No, to co się dzieje? Możesz mi powiedzieć, nie wygadam Iskierce.


<Fiolet? Brzask trochę nie ogarnia ale chętnie pomoże :P>

Od Pierwszego Brzasku

Otworzył oczy, ciemność wokół zafalowała. Jego nos wypełnił się zapachami, uszy drgnęły, rejestrując dźwięki. Do jego pokrytych mgiełką snu zmysłów dotarło przyjemne ciepło. Zaskoczony, uniósł się lekko, próbując rozpoznać jego źródło. Iskierka. Leżała u jego boku, a jej bok unosił się regularnie. Jego niespokojny ruch musiał ją obudzić, drgnęła i przeciągnęła się, ziewając.
– Iskierko? – miauknął bury, nie mogąc otrząsnąć się ze zdumienia. – Nie spodziewałem się… Ja… Nie powinnaś być teraz na patrolu? Wiem, że masz obowiązki, jako wojowniczka…
– Chmurko – przerwała mu delikatnie, z uśmiechem. – Już nie. Przecież od paru księżyców jestem w starszyźnie. 
– Och. – Bury spuścił uszy, jakby ukrycie pod nimi pyszczka miało pomóc mu schować się przed zalewającym go wstydem. – F–faktycznie, przepraszam. – Mordka paliła go aż po czubki burych uszu. Jak kocię, schował ją w jej miękkim futrze. W odpowiedzi usłyszał jej cichy chichot.
Odetchnął jej zapachem. Lekko wilgotny mech, szmer wiatru w świeżych świerkowych igłach. Ciepłe promienie słońca połyskujące wśród gałęzi.
Bezpieczeństwo.
Wyobraził sobie jej żółte oczy, uśmiechnięte jak jaskry. Zawsze, gdy na nią patrzył, widział ją taką, jak wtedy, gdy zrozumiał, że ją kocha. Czas nie miał przystępu do jej obrazu, który w sobie nosił. Niezależnie od tego, jak wiele siwych włosów lśniło w jej sierści, jak wiele zmarszczek ukrywało pod futrem.
– Dobrze, że tu jesteś – szepnął. – Tęskniłem. Każdego wschodu słońca, gdy siedziałem tu, z dala od ciebie.
Przytuliła go mocniej. Poczuł jej język za swoim uchem.
– Nie byłem samotny, bo ciągle ktoś mnie odwiedzał. Dzieci. Znajomi. Dużo różnych kotów. Dużo pyszczków. Czasami nawet… Czasami nawet nie pamiętałem, kim byli. Kiedyś, gdy przyszedł tu nasz syn… – urwał i potrząsnął głową. Było mu głupio. Wciąż tak bardzo głupio. – Nie pamiętałem, jak ma na imię. Nie tylko on. Czasami… W ogóle nie pamiętam ich imion. Żadnego z nich. Próbuję sobie przypomnieć, wymienić po kolei, ale w głowie mam zupełną pustkę. 
Tuliła go, jak kociaka, mrucząc uspokajająco. Uniósł głowę i spojrzał niewidzącymi oczami w jej oczy.
– Ale ciebie nigdy nie zapomnę, Iskiero. Nigdy. Pamiętam, jak spotkałem cię pierwszy raz. Słońce wyjrzało wtedy zza chmur, błyszcząc w twoich oczach. Pewnie już wtedy się w tobie zakochałem, tylko jeszcze o tym nie wiedziałem. – Kąciki jego pyszczka uniosły się. – Każdego mógłbym zapomnieć, ale nie ciebie, Iskierko.
– Kocham cię, Chmurko.
– Ja ciebie też, Iskierko.


<Jeśli masz ochotę, możesz odpisać, Iskierko>

21 sierpnia 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Truskawkowej Łapy (Truskawkowej Grządki)

W odpowiedzi kocur westchnął, kiwając powoli głową. To było… dużo informacji na raz. Przysunął się bliżej i przytulił syna (córkę?). Skoro dla burego to było sporo, nie chciał wiedzieć, jak duży ciężar dźwiga Truskaw…ka. Dziwiło go tylko to, że ruda nawet nie wie, jak to się stało. Takie rzeczy… cóż, raczej się pamięta. Wolał jednak nie dopytywać. Jakby nie było, to dosyć… osobiste sprawy.
– Która to kwadra?
– Nie wiem na pewno, ale już jest na wylocie. Siedzi w kociarni.
Ciężko mu było w to uwierzyć. Truskawka… Ojcem? (Matką? Brzask nie miał pojęcia jak to nazwać) To wydawało się zbyt nierealne. Przecież sam był jeszcze dzieckiem, dopiero co wyszedł ze żłobka, dopiero co został mianowany na ucznia… Bury poczuł się nagle bardzo, bardzo staro. Czy naprawdę…? Przełknął ślinę. Postanowił zmienić temat.
– Wilcza Pogoń… Jesteście… Razem?
Oczy Truskawki zrobiły się dwa razy większe. Zakaszlała, krztusząc się własną śliną.
– Ojciec, proszę…!
Brzask zaśmiał się cicho.
– Dobrze, rozumiem. Czyli nie…?
Nie dokończył nawet, urywając pod wpływem spojrzenia medyczki. Zachichotał, ale zaraz spoważniał. Położył ogon na grzbiecie kotki.
– Co by się nie działo, jestem tu dla ciebie – miauknął, uśmiechając się ciepło. – Zobaczysz, wszystko się ułoży. Pomożemy ci je wychować, ja i mama. Możesz jej o wszystkim powiedzieć. Tak myślę – dodał szybko, przypominając sobie, czyja krew płynie w żyłach Iskierki. – Bo nie zostawisz Wilczej Pogoni samej z dziećmi, prawda?
– Nie... Chyba. Raczej? — Truskawka przystanęła na chwilę, żeby pomyśleć. — Nie zostawię jej, chyba, że ona sama postanowi inaczej — zapewniła spokojnie.
Bury skinął głową, uśmiechając się ciepło. To była dobra decyzja. Właściwa. Zapadło milczenie.
– Truskawko? – miauknął po chwili, przerywając ciszę. – Tak mi się przypomniało… Jakbyś spotkał…a Kalinkę, pozdrów ją ode mnie i poproś, żeby odwiedziła staruszka od czasu do czasu, dobrze? Jakoś dawno jej nie widziałem. – Uśmiech kocura wciąż był pełen ciepła. – A, i masz pozdrowienia od dziadka.


<Truskawko? ^^ Akcja dzieje się po śmierci Kalinki jakby co>

18 lipca 2022

Od Pierwszego Brzasku

*po śmierci Tańczącej Pieśni*

Ciężko mu było uwierzyć w to, co usłyszał. Tańcząca Pieśń nie żyła. To było takie… nierealne. Była w legowisku starszyzny odkąd tylko pamiętał, a jej niezadowolone pomruki witały go każdego dnia. Nie lubił jej, jej zrzędzenia, złośliwości i stawiania się w każdej możliwej sytuacji, ale nawet jej nie życzyłby takiej śmierci. Rozszarpanie przez lisy. Po jego grzbiecie przeszedł dreszcz.
Legowisko wydawało się dziwnie puste. Cisza aż dzwoniła w uszach. Westchnął, starając się ją przerwać. Żadnej odpowiedzi. Po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że chyba będzie tęsknił za tą starą pierdołą.

***

Dzień upływał spokojnie i leniwie. Ciepło dolatujące od strony wejścia do legowiska zachęcało do spacerów. Bury ułożył się blisko wyjścia, wysuwając pysk w stronę słońca. Próbował wcześniej trochę się przejść, ale po zrobieniu zaledwie paru kroków łapy odmówiły mu posłuszeństwa i runął jak długi. Zanim ktokolwiek zdążył zwrócić na niego uwagę, potykając się przemknął z powrotem do leża. Widocznie to nie był jego dzień. To nic. Może nawet i lepiej, ominęły by go odwiedziny Iskierki albo dzieci gdyby odszedł gdzieś dalej.
W legowisku było podejrzanie cicho. Szczawiowy Liść zajmował się swoimi sprawami. Tańczącej Pieśni nie było. Buremu wydało się to dosyć dziwne. Nigdy nie była entuzjastką wczesnego wstawania ani długich spacerów, a musiała wyjść zanim otworzył oczy. Był ciekawy co skłoniło ją do wyjścia z legowiska. Na tyle, że zdecydował się zagadać do liliowego kocura.
– Tańcząca Pieśń coraz bardziej mnie zaskakuje – miauknął, uśmiechając się lekko. – Będzie już pewnie szczytowanie słońca, a jej ciągle nie ma.
Odpowiedziała mu cisza. Zaskoczony obrócił łeb w stronę, z której siedział Szczawiowy Liść. Pachniał… irytacją? Bury mógłby przysiąc, że starszy wpatruje się w niego teraz z niechęcią wymalowaną na pysku?
– Coś nie tak? – spytał przepraszająco. – Jeśli coś się stało to powiedz, musiała wyjść jak jeszcze…
– Jak możesz?! – przerwał mu liliowy. – Mam dosyć! Jesteś aż tak głupi, czy tylko udajesz?!
Pierwszy Brzask zatkało. Otworzył pysk, ale nie wydobyło się z niego ani jedno słowo. Zdezorientowany wpatrywał się w kocura ślepymi oczami.
– Ja… Przepraszam… Nie rozumiem…
Spojrzenie kocura niemal go paliło. Spuścił łeb.
– Tańcząca Pieśń nie żyje, lisie łajno! Zapomniałeś?!
Co?
Słowa liliowego uderzyły go jak pazury. Nie żyła? Nie, to nie możliwe! Przecież… Przecież jeszcze wczoraj ze sobą rozmawiali! Wczoraj? Tak, to musiało być wczoraj, rozmawiali ze sobą, wytykała mu, że jest jeszcze bardziej ślepy niż ona, nie mogła… Przecież by pamiętał, prawda?
– P-przepraszam – wyszeptał tylko. Później wstał i powlókł się do swojego kąta legowiska.

29 czerwca 2022

Od Pierwszego Brzasku cd. Łasicy (Łasiczej Łapy)

Od razu wiedział, że coś jest nie tak. Poruszała się wolno, dużo wolniej niż zwykle, a w jej krokach nie było charakterystycznej energii. Gdy podeszła bliżej, zauważył, że kulała. Jej łapa… nie było jej. Patrzył na krwawiący kikut. Niebieskie ślepia spojrzały na niego z wyrzutem.
– Dlaczego mi nie pomogłeś, tato?
– K-Kalinko, ja…
– Dlaczego mi nie pomogłeś?!
Jej futro zalśniło od świeżej krwi, pysk wykrzywił się w grymasie bólu. Wrzasnęła, gdy na jej ciele pojawiły się ślady lisich kłów. Ale szła. Była coraz bliżej niego…
– Jesteś bezwartościowy – miauknęła.
– Zawiodłeś nas.
Z cienia wyłoniła się druga postać. W miejscu jej pięknych, żółtych oczu ziała pustka.
– Iskierko, ja naprawdę…
– Ufałyśmy ci. Zawiodłeś. Nie zasługujesz by być naszą rodziną.
– Obiecałeś, że zawsze przy nas będziesz. – Ślepia Wiewiórki wpatrywały się w niego oskarżycielsko. – Zostawiłeś nas. Uciekłeś.
– Miałeś być moim mentorem! Obiecałeś!
Obiecał być mentorem Truskawka? On… zapomniał, zupełnie o tym zapomniał! Teraz… Wiedział, że tak było, ale niczego nie pamiętał. Wysilił pamięć, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć, ale nie był w stanie. Pojedyncze rozmazane obrazy, chciał wyostrzyć wzrok ale nie mógł, wszystko było takie niewyraźne, krzyki, to Truskawek, zły że zapomniał, przepraszam! Naprawdę przepraszam, jest mi tak głupio, nie chciałem was zostawić, szukałem was, chciałem pomóc, ale lisy, lisy mnie zaatakowały, gonił mnie, płuca, moje serce, myślałem, że zginę, ja naprawdę nie chciałem, wybaczcie mi, nie odchodźcie! Błagam, nie zostawiajcie mnie tu samego! Nie zostawiajcie…
Gwałtownie otworzył ślepia. Oddychał ciężko. Ciało ciążyło mu jeszcze jak przed momentem, gdy próbował biec i nie mógł. Wziął głęboki wdech. To tylko sen. Musiał się uspokoić i znowu zasnąć. To tylko sen…

Znowu o czymś zapomniał. Tak, na pewno. Coś się stało, wczoraj? Może. Choć równie dobrze mogło to być wieki temu. Czas… zaczynał być dla niego względnym pojęciem. O czym to… Tak, znowu o czymś zapomniał. Nie miał pojęcia o czym.
Westchnął. Może to nie było nic ważnego? Tak, skoro o tym zapomniał, to pewnie właśnie tak było. Nie miał się czym przejmować. To nic dziwnego, że umykają nam mało istotne sprawy.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk czyjegoś głosu. Szczawiowy Liść. Rozmawiał z kimś. Bury z ciekawości zrobił parę kroków w tamtą stronę. Chyba zaczynał rozumieć zamiłowanie do plotek starszych kotów. To przynajmniej była jakaś rozrywka.
Rozmówcą liliowego było jakieś kocie. Zmrużył ślepia. Szylkret? Nie za bardzo widział. W jego zapachu było coś dziwnie znajomego, jakaś odległa ale bardzo bliska mu nuta. Mimo wszystko nie potrafił jej rozpoznać. Miał wrażenie, że mała na niego spojrzała, więc uśmiechnął się ciepło. Słyszał jakiś czas temu o znalezionych kociakach, to musiał być jeden z nich. Chyba… Łasiczka? Podszedł do niej jeszcze bliżej.
–  Dzie-dzień dobry – miauknęła. W jej głosie zabrzmiał… lęk? Bury spojrzał na nią zaskoczony. Nie miała powodu, żeby się go obawiać. Uśmiechnął się przyjacielsko.
– Dzień dobry mała Łasiczko... Nie zgubiłaś się przypadkiem?
Nie odpowiedziała. Wróciła do czyszczenia futra, ignorując go zawzięcie. Nie rozumiał, o co jej chodziło. Nie poddawał się i próbował do niej zagadać, ale zbywała go półsłówkami. W końcu dał sobie spokój i wrócił do swojego kąta legowiska. Dziwny maluch.

Z zamyślenia wytrąciły go dźwięki rozmowy. Odwrócił się w stronę, z której dobiegały i dostrzegł niewielkie kocię. Zmrużył ślepia. Szylkret? Być może. Na dodatek w jego zapachu było coś dziwnie znajomego. Jakby… Nie, nie pamiętał. Podszedł bliżej, żeby przywitać się z maluchem.
– Dzień dobry – miauknął. – Jak masz na imię?
Koteczka spojrzała na niego. W jej ślepiach odmalowało się zaskoczenie.


<Łasiczko? Przepraszam, że tyle mi to zajęło. No i Brzask ma problemy z pamięcią :’)>

Od Pierwszego Brzasku

*wschód słońca po ataku lisów*

Otworzył oczy, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zamrugał kilka razy, nie widząc specjalnej różnicy. Niejasne przeczucie ścisnęło jego żołądek w supeł. Ostatnie strzępy snu, z którego wróciła jego świadomość, ulatywały właśnie jak babie lato na wietrze. Pozostawiły po sobie tylko lęk i niesprecyzowane obrazy. 
Coś nie dawało mu spokoju, coś, co stało się wcześniej. Przeszkadzało jak nieumyte przed spaniem futro, gdy budzi się następnego ranka. Czy o czymś zapomniał? Sięgnął do swoich wspomnień, ale natrafił na pustkę. Były pasmem luźno połączonych ze sobą dźwięków, emocji i obrazów, splatały się ze sobą, pozbawione chronologii. Nie ufał temu, co odnajdywał w swojej pamięci. Część z tych rzeczy… Czy spotkał ostatnio Kawkę? Wysilił pamięć. Rozmyte obrazy, śnieg, zimno… Ratował bratu życie, kiedyś, dawno temu… A później? Ta rozmowa, była jak cień, jak sen. Tak, to musiał być sen. Nie widzieli się od roku. Nie miał pojęcia, co się z nim stało, po tym, jak mu pomógł. Próbował go szukać, wyobrażał sobie, co mu powie, gdy się zobaczą, ale chyba nigdy się już nie spotkali. Chyba…
Jego pamięć działała coraz gorzej. Przeszłość była strumieniem, z którego nie potrafił wyłowić poszczególnych momentów. Dzieciństwo, życie w Klanie Wilka, pamiętał tylko pojedyncze obrazy, a później… Później było już tylko spotkanie Iskierki, narodziny ich dzieci i to cholerne legowisko starszyzny. I strzępy emocji, które nie wiązały się z niczym więcej. Do tego sny… coraz częściej nie potrafił powiedzieć, co zdarzyło się naprawdę, a co tylko w jego głowie. Z drugiej strony… Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Sny, jawa, jedno tak bardzo przypominało drugie, że czasem nie dostrzegał między nimi różnicy. Czasem… czasem wolał już śnić.
Poczuł się bardzo stary i samotny. Śmierć. Stąpała za nim jak cień…
Krzyki, strach, ból. Ucieczka. Ich warknięcia. Bał się, tak bardzo się bał.
Coś się stało. Księżyc, parę wschodów słońca temu, wczoraj? Coś… Szczeknięcia, ruda rozmyta sylwetka… Lisy. 
Wszystkie włosy na jego grzbiecie stanęły dęba. Pamiętał. Lisy zaatakowały ich obóz. Coś ścisnęło go za gardło. Zraniły… Iskierkę. I Kalinkę. Zabiły mentorkę Truskawka. A on uciekał. Goniły go.
Drżał. Teraz już pamiętał, choć wolałby… Wolałby, żeby to był sen. 
Zwinął się ciaśniej w kłębek. Czasem naprawdę wolał sny…

Od Pierwszego Brzasku

*atak lisów*

Zimny, mokry wiatr raz po raz wdzierał się do legowiska starszyzny. Przypominał mu o istnieniu świata poza legowiskiem. Świata, który powoli przestawał dla niego istnieć.
Świata, który za dnia był plamą bieli, nocą zaś plamą mroku. Jego wzrok pogarszał się z każdym księżycem. Ledwo rozróżniał kontury przedmiotów, a wszechogarniający śnieg pozbawiał go i tej zdolności. 
W jego myślach również panowała biel. Ból i rozpacz straciły swoją siłę, zamieniły się w rodzaj tępego pulsowania gdzieś na dnie duszy. Legły przysypane miękkim śniegowym puchem. Spały, podobnie jak i on. Dni przypływały i odpływały, a on kołysał się na ich falach, nieobecny. Było mu dobrze, na tyle dobrze na ile może być gdy siedzi się na zgliszczach życia, które się straciło. Odwiedzali go. Dzieci, Iskierka. Słuchał ich i cieszył się, że są obok. Niewiele mówił o sobie. Niewiele się w nim działo. Nic nie było w stanie wytrącić go z tego słodkiego odrętwienia. Tańczącą Pieśń traktował jak powietrze. Nawet nie zauważył, kiedy w legowisku pojawił się kolejny mieszkaniec.
Żył za to w swoich snach. Tylko w nich jeszcze widział wyraźnie. Żywych i umarłych. Bliskich, za którymi tęsknił. Lubił te sny. Były takie pogodne. Chodził na polowania z Kawką, rozmawiał długo z Jaśminem, Bluszczowym Pnączem, Słodką Łapą. Czasami cofał się jeszcze dalej. Chodził na patrole z Modrzewikiem i Małym, oglądał gwiazdy z Wilczym Sercem i siostrami. 

Krzyk. Minęło parę uderzeń serca zanim uświadomił sobie, że słyszy go naprawdę. Kolejny. Odruchowo spojrzał w stronę wyjścia z legowiska, niepewny co zrobić.
– Co się dzieje? – poznał zirytowany głos Tańczącej Pieśni.
Odpowiedziały jej kolejne krzyki dochodzące z zewnątrz. Podjął decyzję. Podniósł się i ruszył w stronę wyjścia. 
W jego nos natychmiast uderzył zapach krwi i strachu. Chaos. Sylwetki biegające w różnych kierunkach. Panika. Przed oczami mignęła mu rozmazana ruda postać. Potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co się działo.
Lisy.
W tym momencie do jego nosa dotarł zapach Iskierki. Jego serce przyspieszyło. Rozejrzał się, próbując ją zlokalizować, ale nie był w stanie. Coś ścisnęło go za gardło. Rzucił się przed siebie.
– Iskierko! ISKIERKO!
Warknięcie, tuż obok. 
Musiały go zauważyć.
Niewiele myśląc, zerwał się do biegu. Serce chciało wyskoczyć mu z piesi. Gnał na oślep przez śnieg i zaspy. Dokąd? Nie miał pojęcia. Byle dalej, byle uciec od ścigających go gniewnych szczeknięć i tupotu łap. Uderzył w coś, bark zapiekł go wściekle, ale nawet nie zwolnił. Były tuż obok. Płuca paliły żywym ogniem.
Drzewo. Wbił pazury w chropowatą korę. Zmęczone mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Z jego gardła wydobył się wściekły ryk, gdy po raz kolejny nie dosięgnął gałęzi.
Udało się. Był bezpieczny. Szczeknięcia się oddalały. Do jego uszu docierały już tylko przytłumione krzyki z obozu.
Przeżył już coś podobnego. Pamiętał…

– Pierwszy Brzasku! Pierwszy Brzasku!
Ocknął się. Przez parę uderzeń serca nie czuł własnego ciała. Później boleśnie wróciła mu świadomość. Drżał. Nie wiedział, czy z emocji, czy z zimna. Musiał spędzić tu sporo czasu.
– Pierwszy Brzasku! Dobrze, że nic ci nie jest. Lisy już odeszły, pora wracać do obozu. Jeśli chcesz, pomogę ci zejść. Postaw łapę tutaj…
– Dobrze… – powtórzył.

<jak ktoś z Klanu Klifu chce to może odpisać>

Od Pierwszego Brzasku cd. Bluszczowego Pnącza

*wieki temu*

 – Pewnie słyszałeś to zdecydowanie zbyt wiele razy, ale i ja chciałbym złożyć ci kondolencje z powodu straty córki.  – Spojrzenie Bluszczowego Pnącza było delikatnie zamglone, jakby kocur nie zdążył jeszcze otrząsnąć się z długiego zamyślenia. – Słodka Łapa nie zasłużyła na taki los.
Bury zwiesił łeb. Wiele razy ostatnio słyszał podobne słowa. Słowa, słowa, słowa. Mogli ich używać od woli. Żadne z nich nie było w stanie cofnąć tego, co się stało. Żadne nie mogły przywrócić życia jego córce.
– To wszystko moja wina. Powinienem się nią opiekować. Pilnować, żeby nic się nie stało, żeby nie chodziła sama, powinienem zauważyć, że coś jest nie tak. Być przy niej. A ja… – zacisnął ślepia, czując gromadzące się pod powiekami łzy. – Jestem bezużyteczny. Stary i bezużyteczny. Zawiodłem. Po raz kolejny zawiodłem kota, którego kocham. Kochałem. Ja… Nie chcę nigdy więcej… Nie chcę… 
Ciszę, która zapadła, przerywał tylko odgłos łez kapiących na ziemię pod jego łapami.
– To nie twoja wina – miauknął w końcu medyk. – Nie byłeś w stanie tego przewidzieć. Nikt nie był. I nie jesteś  bezużyteczny – dodał, uśmiechając się delikatnie. – Twoja rodzina, klan… potrzebujemy cię. Zawsze. Nawet jak masz te swoje… sześćdziesiąt księżyców.
Brzask zaśmiał się przez łzy, kręcąc głową. 
– Wiesz, że nie mam sześćdziesięciu…
– Cii – przerwał mu medyk. – Oczywiście, że masz. A zresztą, to i tak nie ma znaczenia.
Bury uniósł wzrok i spojrzał mu w oczy. Pierwszy raz od wielu wschodów słońca szczerze się uśmiechnął.

***

Nie miał już łez, które mógłby wylać. Mimo że wewnątrz krzyczał z rozpaczy, jego ślepia pozostawały suche. Zbyt wiele kotów stracił w ostatnim czasie. Zbyt wiele śmierci…
Dlaczego właśnie on? Był młody, bardzo młody… Uczynny. Honorowy. Był… jego przyjacielem. Kotem, przed którym się otworzył. Kimś, kto dał mu nadzieję wtedy, gdy najbardziej jej potrzebował.
Nie był w stanie dłużej sobie z tym radzić. Wszyscy, których kochał, odchodzili po kolei, a on nie mógł nic z tym zrobić. Tak bardzo się bał. Że straci wszystkich. Umrą na jego łapach i będzie mógł tylko patrzeć w ich gasnące ślepia.
Był taki słaby, stary i zmęczony. Chciał tylko odpocząć. Zamknąć oczy i…

01 maja 2022

Od Pierwszego Brzasku

Siedział przed legowiskiem, wpatrując się w nocne niebo. Jasne punkty gwiazd rozlewały się po nim, tworząc migotliwą srebrną ścieżkę pełną odblasków i nieostrych linii. Spróbował skupić wzrok na jednej z gwiazd, ale rozmyła mu się przed oczami. Spuścił łeb. Nigdy nie czuł się tak samotny.
Gdzieś tam była roześmiana Słodka Łapa. Niepewny Srocze Pióro. Spokojny Jaśminowa Gwiazda. Gdzieś tam byli… Tu była tylko śmierć.
Bał się. Że któregoś dnia, gdy otworzy ślepia, znajdzie martwą Iskierkę. Że straci Truskawka, Wiewiórkę, Fiolet, Kalinkę. Że odejdzie kolejny bliski mu kot. A on zostanie. Coraz starszy, coraz bardziej niepotrzebny. Z coraz większą dziurą w sercu. Sam, zagubiony w pustym, obcym świecie. Sam. Niepotrzebny. Nieobchodzący nikogo.
Nocą, gdy cały obóz już spał, a on leżał sam w legowisku starszyzny, myślał o różnych rzeczach. O przeszłości. O tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby potoczyło się inaczej. O swojej siostrze. Modrzewiowej Korze. Rodzicach. Zawieszony między jawą a snem oglądał pyszczki tych, którzy już odeszli, jakby śmierć nigdy ich nie rozdzieliła. W ostatnich przebłyskach świadomości modlił się. O to, by dane mu było odejść jako pierwszemu. By nie musiał oglądać zimnego ciała Iskierki. Nie musiał sypać ziemi na groby swoich dzieci. Nie musiał stać w deszczu na kolejnym pogrzebie. By ten brzask był jego ostatnim.
Gwiazdy rozmyły się jeszcze bardziej. Ciszę przerwało miarowe kapanie jego łez.

Od Pierwszego Brzasku cd. Fioletowej Łapy

Zapuchnięte ślepia piekły go od płaczu. Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Słodka nie żyła. Zabita przez Rysi Puch, kotkę, którą codziennie mijał w obozie, wojowniczkę… Prawie zabiła Fiolet. 
Bluszczowe Pnącze zapewniał go, że jej życiu nic nie zagraża. Musiała odpoczywać, dopóki jej rany całkiem się nie zagoją. Jej rany… Kocur nawet nie wyobrażał sobie, jak teraz się czuła. Zawsze była wrażliwa, a po czymś takim… Obiecał sobie, że zrobi wszystko, żeby jakoś jej pomóc. Chociażby miał siedzieć przy niej dzień i noc.
– Czy ja wyglądam brzydko, tato?
Uniósł łeb i jego zmęczone spojrzenie spotkało się z niebieskimi oczami córki. Od razu zaprzeczył.
– O-oczywiście, że nie, kochanie. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
Nigdy nie przyszło mu do głowy żeby zastanawiać się nad tym, czy Fiolet była ładna czy brzydka. Była wyjątkowo szczupła, co zawsze trochę go martwiło, miał wrażenie, że przewróci ją pierwszy mocniejszy podmuch wiatru. Jej ślepia w odziedziczonym po nim kolorze patrzyły na świat z lękiem, przez który miał ochotę chronić ją przed całym światem. Kolor futra miała po mamie, podobnie pędzelki na uszach, które zawsze go rozczulały. I gdy się złościła, robiła dokładnie taką minę jak Iskierka. Czy była ładna? Według niego tak, w końcu była jego córką. Czy jej wygląd miał dla niego jakiekolwiek znaczenie? Nie bardzo. Wśród tego wszystkiego, co się działo, wygląd był najmniej istotny.
– Rysi Puch rozdarła mi ucho – miauknęła. – Bluszczowe Pnącze mówi, że po jej pazurach zostaną mi ślady.
– I tak p-pięknie wyglądasz. – Spróbował się uśmiechnąć. – Teraz tylko trochę bardziej przypominasz swojego dziadka.
– Dziadka?
Kocur skinął głową. Szybkim ruchem otarł ślepia.
– S-stoczył wiele walk i odniósł niejedną ranę, a część z nich zostawiła na jego ciele blizny. Stracił też ucho. Ale to nie miało znaczenia. Wszyscy go szanowali, bo był silnym wojownikiem. Tak jak… tak jak najodważniejszą wojowniczkę, którą kiedykolwiek znałem.


<Fiolet?>

Od Pierwszego Brzasku

Nie wierzył w to, co się stało. Nie wierzył. To musiał być sen, koszmar. To musiało minąć To nigdy się nie zdarzyło. Takie rzeczy nie miały prawa się dziać w rzeczywistości, nie mogły mieć miejsca w realnym świecie. Nie mieściły się w jego postrzeganiu. Nie. To wszystko nie była prawda.
Wtulił się mocniej w szylkretowe futro. W odpowiedzi Iskierka przywarła mocniej do jego boku. Siedzieli w legowisku starszyzny, oboje. Było puste. Tańcząca Pieśń dokądś poszła, ale nawet nie miał siły myśleć o wdzięczności. Jego umysł wypełniała tylko jedna myśl. Jedno przerażenie.
Słodka Łapa nie żyła.
Po jego policzkach, szlakiem zaschniętego futra, spłynęły łzy. Nie rozumiał. Nie docierało to do niego. Nie ona. Nie Słodka Łapa. Uśmiechnięta, niewinna Słodka. Pomocna Słodka, będąca gdzieś zawsze obok. Słodka o roześmianych żółtych oczach. Dumna z pierwszej upolowanej piszczki. Pełna życia i energii. Słodka, która jeszcze niedawno była tylko maleńką, ruchliwą kuleczką przy boku Iskierki. Słodka, jego mała córeczka. 
Martwa. 
Krew. Poraniony bury strzęp mięsa i futra.
Zatrząsł się od tłumionego szlochu. Nie chciał tego oglądać. Nie chciał widzieć jej zmasakrowanego ciała. Ciała, które przykryła ziemia. Nie! To wszystko, to wszystko nie mogła być prawda…
Miała żyć długo i szczęśliwie, zostać silną wojowniczką kochającą inne koty, podporą dla klanu i starzejących się rodziców. Miała takie dobre serce, była niewinna i wesoła, zawsze można było na nią liczyć. 
To wszystko jego wina. Nie potrafił jej ochronić. Nie potrafił…
Rysi Puch. Na samą myśl jego pazury się wysunęły. Czy to naprawdę była ona? Nie, nie wierzył, to nie możliwe. Członek własnego klanu, osoba, którą codziennie spotykał, do kogo się uśmiechał, jedna z nich! Nie, nie wierzył w to, nie mógł wierzyć, nie potrafił. A jednak! Trząsł się z wściekłości na samą myśl o niej, o jej zdradzie. Nie chciał tego i nienawidził, tłumaczył sobie, że to niemożliwe i obiecywał, że zabije ją jeśli tylko ją zobaczy. Dlaczego? Dlaczego to zrobiła? Dlaczego Słodka? Dlaczego jego dzieci?
Fiolet. Przesiedział przy niej cały dzień u medyka, siedział tam aż Bluszczowe Pnącze dyskretnie go nie wyprosił, aż nie wyprowadził go z legowiska każąc odpocząć. Dlaczego? Nie rozumiał. Nie miał pojęcia. Nie przyjmował tego, nie wierzył.
Jego wina. Nie dopuści do tego, żeby to się powtórzyło. Rysi Puch… Ktokolwiek z Klanu… Nie pozwoli im wychodzić poza obóz samotnie, będzie ich pilnował, nie pozwoli…

Od Pierwszego Brzasku cd. Lśniącej Łapy

Lśniąca Łapa nawet nie wiedział, jaką przyjemność sprawił buremu, gdy poprosił go o opowieść. Kocur poczuł się taki… potrzebny. Ktoś się nim zainteresował. I to nie tylko dlatego, że mentor kazał mu go nakarmić. Uśmiechnął się do kocurka, szczęśliwy, szybko puszczając w niepamięć słowa o zasłużonym odejściu do starszyzny.
– No pewnie, jeśli tylko masz ochotę posłuchać – miauknął. – Co by tu…
Bardzo mu zależało, żeby opowiedzieć coś ciekawego. Nie chciał zawieść Lśniącej Łapy. Sięgnął pamięcią do czasów młodości, gdy to on razem ze Skowronek męczyli Wilcze Serce o opowieści. Chodzili za ojcem tak długo, aż w końcu zabierał ich na polanę przed legowiskiem, kładli się wszyscy obok siebie i patrząc w Gwiazdy, słuchali opowieści o wielkich wojownikach, którzy za swoje zasługi po śmierci lśnili jako jedna z gwiazd. Tata często się mylił, plątając kocie wierzenia z wilczymi, nieraz też nazwał ich szczeniakami zamiast kociętami, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Jego historie były dużo ciekawsze niż opowieści o Kodeksie innych wojowników. Przymknął ślepia.
– Daleko, daleko stąd, był sobie kiedyś potężny Klan… Lasu. Wszyscy jego członkowie byli dla siebie jak rodzina, znali się i dbali o siebie jak o własnych braci i siostry. Kierował nim mądry I… Liściasta Gwiazda, jego zastępcą był zaś jego najlepszy przyjaciel… przyjaciel, Wierne Serce. Wierne Serce był najlepszym wojownikiem swojego klanu. Imię zawdzięczał swojej lojalności. Nigdy nie zawiódł swoich przyjaciół. Życie w Klanie Lasu toczyło się swoim spokojnym rytmem. Któregoś dnia Wierne Serce przyprowadził do obozu małą, wystraszoną kotkę. Przekonał lidera, żeby pozwolił jej dołączyć do klanu i opiekował się nią. Niektórzy klanowicze zastanawiali się, dlaczego poświęca jej tyle czasu. Nie ufali jej. Pojawiła się znikąd, a niedługo po tym, gdy dołączyła do klanu, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Z lasu zaczęły znikać piszczki, które znajdowano później martwe. Wierne Serce nie chciał wierzyć, że to wina małej kotki. Któregoś razu przyszedł do niej i powiedział: “Mała kotko, odkąd tu jesteś, w lesie dzieją się dziwne rzeczy. Czy to prawda, co mówią klanowicze?” “A co mówią?”, spytała go. “Że to ty jesteś ich przyczyną.” Mała kotka spojrzała wojownikowi w oczy. “Kiedy byłam mała, spotkało mnie wielkie nieszczęście. Zostałam przeklęta i prześladuje mnie demon, który nie daje mi spokoju. Podąża za mną dokądkolwiek pójdę, w nocy krzywdząc tych, na których mi zależy. To, co się dzieje w lesie, może być jego sprawką.” Wierne Serce bardzo się zasmucił. Klanowicze mieli rację w tym, że obecność małej kotki była dla nich zagrożeniem, a równocześnie to nie była jej wina. Niesprawiedliwym byłoby wygnanie małej, bezbronnej kotki, ale nie mógł pozwolić na narażanie całego klanu. “Co w takim razie mam zrobić?”, spytał małej kotki. “To, co dyktuje ci serce”, odparła. “Zawsze bądź wierny temu, co mówi ci serce.” Wierne Serce spędził całą noc patrząc w Gwiazdy i słuchając głosu swojego serca. O wschodzie słońca podjął decyzję. Przyszedł do swojego najlepszego przyjaciela, Liściastej Gwiazdy i powiedział: “Mała kotka przyznała mi się, że podąża za nią demon, który krzywdzi jej bliskich. To nie jej wina, że tak jest, ale nie możemy narażać całego klanu. Odejdę stąd wraz z nią. W ten sposób klan będzie bezpieczny, a ja będę się nią opiekował, żeby nie spotkała jej żadna krzywda.” Liściasta Gwiazda spojrzał na przyjaciela. “Jesteś pewien, że chcesz od nas odejść? Życie samotnika jest pełne niebezpieczeństw, nigdy nie wiadomo też, czy sama mała kotka nie okaże się groźna. Jeśli z nią odejdziesz, nie będziesz mógł nigdy wrócić.” “Jestem”, odparł wojownik, “Muszę postąpić tak, jak dyktuje mi serce”. Tak jak powiedział, tak zrobił. Jeszcze tego samego dnia Wierne Serce i mała kotka odeszli z Klanu Lasu. Gdy tylko opuścili obóz, wszystko ustało. Klan Lasu znów żył w spokoju.
Pierwszy Brzask umilkł i spuścił łeb.
Drobne ciałko małej kotki leżało bezwładnie na liściach. “Musiałem postąpić jak dyktowało mi serce”, rzekł wojownik. “Musiałem postąpić jak dyktowało mi serce” powtórzył, przynosząc do klanu kocięta. “Muszę postąpić jak dyktuje mi serce” szepnął, wychodząc z bezpiecznego legowiska. “Musiał postąpić, jak dyktowało mu serce” szeptał samotnej sylwetce nad jego grobem wiatr.


<Blasku?>