— Chyba jest nadal śpiący. Może poczekamy, aż się wyśpi i wtedy wyjdzie i go nazwiemy? — zaproponował, poruszając lekko ogonkiem. Tak, jak do tej pory oni się wysypiali każdego dnia. Nie chciał mu odbierać możliwości porządnego zaznania odpoczynku. Lipieniek zastanowił się jeszcze parę uderzeń serca, a uśmiech odrobinę mu zrzedł.
— Ale przynieśliśmy mu jedzenie… jeśli nie zje go za niedługo, to namoknie i może już mu nie będzie smakowało — zauważył słusznie, łapą przysuwając mech, o który przecież tak zawzięcie walczył jeszcze chwilę temu. Drzemlik zamruczał.
— Racja… to musimy jakoś go zachęcić do tego, żeby wyszedł. Ślimaczkuuuu? — miauknął, próbując zajrzeć do skorupki bez dotykania jej. Pupil jednak ani drgnął. Lipieniek śledził wzrokiem kompana, a potem poruszył się nieznacznie.
— Ja mam lepszy pomysł. Może tutaj jest mu zimno. Zanieśmy go do żłobka i wtedy pomyślimy, co dalej. Tam się ogrzeje i w dodatku będzie mu mniej mokro! Mało kto lubi być mokry, poza nami, Nocniakami! — powiedział z determinacją. Niebieski kocurek nie widział w tym pomyśle nic złego, dlatego też zgodził się szybko, zgarniając sprawnie tyle rzeczy dla malucha, ile był fizycznie w stanie.
Podnieśli się ze swojego miejsca i przemaszerowali do żłobka ostrożnie. Drzemlik w pyszczku trzymał mech, a Lipieniek ślimaka. Kolega niósł go niezwykle ostrożnie, a jednak i tak niebieski miał wrażenie, jakby ząbki kociaka były niedaleko od wbicia się w delikatną osłonkę. Widział na niej parę rysek pasujących do kształtu kłów, ale na szczęście zero ubytków. Odetchnął lekko w duchu.
— Wiesz Lipieńku, że uczę się już do tego, żeby zostać wojownikiem? Potrafię odtworzyć chwyty bitewne i… pozy polowania! — Pochwalił się Drzemlik, co było oczywiście kłamstwem – nie rozpoczął z nikim treningu, a wszystkie chwyty wymyślił sam. Jednak mógł być z tego dumny, bo nie każdy kociak przecież tak robił. Brązowy pewnie by mu odpowiedział, gdyby nie miał pełnego pyska. Gdy dotarli wreszcie nad jedno z posłań, położyli na kamieniu z mchem muszlę, pilnując, żeby nie wyślizgnęła się i nie przeturlała dalej. Lipieniek przyjacielsko szturchnął go w bark.
— Drzemliku, to może za ten czas, co czekamy, pokażesz mi, co potrafisz? Też chciałbym się już powoli do tego szykować. W końcu jestem od ciebie odrobinę starszy — powiedział pręgus. Żółtookiemu zatańczyły iskierki podekscytowania w lusterkach.
— Oooo, naprawdę chciałbyś się ode mnie uczyć? Dobrze więc! Zatem… przykucnij! — I na jego polecenie starszy przypadł nisko do ziemi, wpatrując się na niego z wyczekaniem. Mięśnie miał napięte, a ogon wysoko postawiony, niczym antenka. — Teraz… musisz postawić czujnie uszy! Iiiii… wypchnij tylną łapę do tyłu, a przednią do przodu. Połóż się na boku i gotowe!
Lipieniek spojrzał na niego, unosząc jedną brew do góry. Wyprostował się i przysiadł, owijając ogonem swoje przednie łapki. Teraz były mokre przez to, że na zewnątrz też było.
— Ale jak mam w takiej pozycji na cokolwiek zapolować? — zapytał, a zwęglony spojrzał na niego w zamyśleniu.
— Hmmm… w ten sposób zwierzyna sama do ciebie podejdzie! Nie będziesz musiał nic robić, tylko poczekać — zapewnił go entuzjastycznie. Nigdy wcześniej nie ustawiał się w ten sposób, a każdy ruch do tej pory wymyślił na poczekaniu. Doskonale się bawił. — Może nazwiemy go Ślimaczek Drzemlika i Lipieńka? — zaproponował po chwili ciszy, a bury wyraźnie się zamyślił, rozważając tę propozycję. Wreszcie, zwęglony sam położył się na boku, wysuwając łapki przed siebie, rozciągając się w ten sposób i wskutek delikatnego przesunięcia cielskiem kamienia, ślimak stoczył mu się na futro, zatapiając w krótkich kłosach.
— Ojej! Masz go na sobie. Daj, zdejmę go z ciebie — zaproponował Lipieniek, wyrwany z chwilowego odpłynięcia myślami, na co żółtooki pokiwał energicznie głową, niemal nie zrzucając pupila na grunt. Nie chciał przecież, żeby spadł! Musiał trwać w bezruchu. Dlatego też przestał się ruszać, kątem oka próbując śledzić, co działo się ze ślimakiem.
<Lipieńku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz