BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srokoszowa Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srokoszowa Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

30 sierpnia 2023

Od Srokoszowej Namiętności (Srokoszowej Gwiazdy)

 Obraz dwóch martwych ciał wciąż pojawiał się przed jego ślepiami. Nie wiedział co się stało. Nie miał jak. Pazerność jego siostry odebrała mu to. Niczym Aksamitka wyłączył się na świat, próbując poskładać w łbie to co się wydarzyło. Pogodzić się ze stratą jaką doświadczył. Przerastało go to. Może i ta relacja była zwykłą gierką Dzierzby. Brudną zagrywką umożliwiającą jej zemstę. Lecz dla niego była prawdziwa. Nie potrafił się wyzbyć uczuć jakich w nim wzbudziła. Pomimo tego, że to wszystko było zaledwie łgarstwem. Ból nieprzyjemnie pulsował w jego ciele, odbierając chęć do wstania.

A mimo to na lisia wywłoka wciąż się tu panoszyła. Wywołała niemal wojnę z Owocowym Lasem, by odzyskać siostrę, jak i całkowicie olała morderstwo swojego brata. Jej hipokryzja przelewała się poza granice wszelkiej moralności. Zaprzeczała sama sobie, tworząc to całe koło absurdu. 
— Srokoszowa Namiętnościo...? — czyjś cichy głos odezwał się gdzieś z tyłu. 
Przeszył kota wściekłym spojrzeniem. Uniesione futro lśniło w blasku księżyca. 
— Nie odzywaj się tak do mnie. — warknął, trzepiąc ogonem. 
Szum wodospadu drażnił jego uszy, podkręcając jedynie jego rozgoryczenie. Nerwowo krążył nie wiedząc za bardzo jak wyładować rosnące w nim napięcie. Nie radził sobie z ogromem emocji buzującym w jego ciele. Umysł sprawnie szukał winnych. Wskazywał kolejne koty odpowiedzialne za to co się wydarzyło. Za to co mu odebrano. Gorzki smak rozpaczy wypełniał jego pysk. Ślepia zbyt zmęczone od płaczu nie miały już więcej łez. Nie mógł wygasić żaru, który panoszył się po jego ciele. 
— Koniec z tym wszystkim. Zamierzam odebrać jej wszystko. — wycharczał, wbijając pazury w skaliste podłoże. 
Nieprzyjemne uczucie dławiło jasność jego umysłu. 
— Zaczekajmy z tym do rana. 
Przekrwione ślepia spojrzały w stronę rozmówcy. Nie chciał czekać. Już zbyt wiele zwlekał. Nie miał dawać jej ani uderzenie serca złudnej nadziei. Chciał zniszczyć jej cały świat. Roztrzaskać go na kawałki. Sprawić by cierpiała. O wiele bardziej niż on. 
By poczuła naprawdę smak rozpaczy. 
— Srokoszu. — głos nalegał. 
Niebieski uderzył w głaz. Kamień nie ruszył. Pisnął. Promienisty ból zalał jego łapę. Zgiął się w pół, próbując ukryć cierpienie przechodzące przez jego ciało. 
— Srokoszu. — nie umiał odpuścić. 
Nie spojrzał nawet w tamtą stronę. 
— Dobrze. — sapnął, odchodząc nerwowo. 

* * *

Aksamitka stała i uśmiechała się. Rozmawiała z Niedźwiedziem. Gdzieś krążyła się Daglezja. Irytacja plątała się w nim. Nienawidził zwlekać. Nie był wstanie wytrzymać ani uderzenia serca. Chciałby już odczuła jego ból. Zatonęła w nim. Pogrążyła się w tak chaosie, że zatraciłaby samą siebie. Na tyle by zakończyć swe marne życie.
— Jak się tak na nią gapisz przerażasz mnie. Przestań. — głos znów się pojawił. 
Srokosz odwrócił pysk w stronę wojownika.
— Co powiedział Lśniący Księżyc? — zapytał mamrotanie. 
Zerknął w stronę starszyzny. Wciąż nie wiedział co kombinowała tam Dzierzba. Trzymał się z daleka tego legowiska. Nie miał zamiaru być z tym jakkolwiek powiązany. Już wystarczył cyrk jego siostry. Zdawała się wiedzieć więcej niż mógł się spodziewać. Nie podobało się mu to. Zagrażała mu. Mogła coś pisnąć komuś. A Czarny Ogień był aż zbyt lojalny. Niczym upierdliwy oset kurczowo trzymał się zasad.
— Prawie wszystko gotowe. 
Krzyk dotarł do ich uszu. Panika unosiła się po ścianach jaskini. Wojownicy zbiegli się do miejsca zbrodni. Ciekawskie spojrzenia zaczęły już spoglądać się w tamtą stronę. Rozpaczliwe wezwania medyka także niosło się po grocie. Srokosz podążył za ich ścieżką. 
Legowisko starszyzny. 
— Co się dzieje? — ledwo ukrył podekscytowanie w swoim głosie. 
Przerażony wojownik spojrzał na niego. Jego ślepia błądziły niespokojnie po podłożu, a łapy podrygiwały niespokojnie. 
— Mrówki. Mnóstwo mrówek. — miauknął nerwowo.
Niewielkie istotki faktycznie plątały się po podłożu jaskini. Czarne kropki tańczyły przed ich oczami.
— Pogryzły Misiowy Pazurek i Kwiatuszkowe Patrzałki. Podgryzły ich. Coś z nimi nie tak. — poinformował ich spanikowany głos. 
— Wyciągnij ich. — rozkazał Srokosz. — Morskie Oko nie powinna tam wchodzić. 
Rozjuszone insekty zaparcie broniły gniazda, którego umiejscawianie miało na tyłach legowiska starszyzny. Wirowały pod ich łapami, wspinając się na futra wojowników. Było ich więcej niż mogli się spodziewać.
— Co się stało? — zdyszana medyczka, nachylała się nad ciałami ciężko oddychających starszych. 
Prószący Śnieg i Pluskająca Krewetka niespokojnie plątali się wokół nich. 
— Co się stało. — głos medyczki nabrał na agresji. 
— Mrówki. 
— Pokąsały ich. Napuchli pierw. Teraz to. — majaczyła nerwowo czekoladowa. — Przeżyją? 
Ślepia medyczki w panice lustrowały ciała. Łapy niespokojnie drgały, gdy palpowała starszych. Kwiatuszkowe Patrzałki zginała się w pół z bólu. 
— Czereśnio, przynieś jagody jałowca! — zawołała do drugiej medyczki. 
Arlekinka zniknęła w jaskini. Srokosz odsunął się. Już i tak widowisko miało zbyt wielu gapiów. Rozejrzał się wokół. Znalazł idealne dwie ofiary. Podszedł twardym krokiem do uczennic. 
— Świstakowa Łapo. Promienista Łapo Codziennie przynosicie starszym zwierzynę. Jakim cudem nie zauważyłyście roju mrówek? — syknął na kotki. — Tak jak ta pierwsza jest w połowie ślepa, tak nie rozumiem dlaczego ty nic nie zauważyłaś. — uniósł głos. 
Szylkretka skuliła się. Położyła po sobie ulegle uszy. 
— Ja przepraszam. Nie sądziłam, że one są szkodliwe. — próbowała się wyjaśnić kotka. 
Srokosz nastroszył się. 
— Nie wiedziałaś? Twoja mentorka ci tego nie mówiła, czy po prostu jej nie słuchałaś? — warknął na uczennicę. 
Promienista Łapa napuszyła się. Tupnęła wojowniczo łapą o ziemię. 
— Odczep się ode mnie! Ja sobie takiej debilki na mentorkę nie wybrałam. To wszystko wina twoja i mamy! — prychnęła złośliwie. 
Zastępca nie wytrzymał. 
— Nie moja. Twojej matki. Tylko i wyłącznie twojej matki. Jak ten cały burdel. Więc jak zamierzasz kogoś obwiniać to ją nie mnie. — ryknął gniewnie, ledwo się powstrzymując się od uderzenia kotki. — Obie poniesiecie konsekwencję i to surowe. Dzwonkowy Szmerze i Paprociowy Zagajniku, ostrzeżcie resztę przed legowiskiem starszych. Później spróbujemy się pozbyć mrówek. 

* * * 

Jego ogon nerwowo chodził. Klan spoglądał na niego. Aksamitna Gwiazdka stała ku jego boku jeszcze nie świadoma tego co miało się wydarzyć. Szczerzyła się głupio, jakby robale wyżarły jej mózg. Podrażniała go tylko bardziej. Zaciskał pazury na chłodnym kamieniu, który dość słabo ostudzał jego zapędy. Lśniący Księżyc i Przyczajona Kania czaili się w pobliżu siedzącego Niedźwiedzia. 
— Klanie Klifu. Ostatni czas nam nie sprzyja. — zaczął dość niewinnie, spoglądając wpatrujące się w niego koty.
Cichy szepty rozbiegły się po jaskini. Wojownicy złudnie próbowali doszukać się większego znaczenia w tych słowach. Nadziei na zakończenie tego absurdu. 
— Wiele wojowników zginęło z powodu zaniedbań. Morderca krążył i ukrywał się wśród nas mając pełne zezwolenie na swoje czyny. Zeszłego wschodu słońca dwójka starszych odeszła od nas przez rozkapryszone kocię liderki. Gry i zabawy w berka nigdy nie nauczą ich prawdziwego życia. Na grzbietach czujemy oddech wojny ze strony Owocowego Lasu przez dziecinne zachcianki Aksamitki. Nosimy idiotyczne imiona tylko ośmieszające nas na arenie międzyklanowej. Staliśmy się dla nich żartem. Idiotycznym klanem z wariatką na czele, który doprowadza sam do własnego upadku. — warknął, wpatrując się z nienawiścią i rozgoryczeniem w kotkę. 
Liderka niepewnie przekrzywiła łebek, uśmiechając się nadal. Niedźwiedzia Siła zaczął się wyrywać. Walczył z tyłu z dwoma wojownikami, lecz został ponownie przygnieciony do twardej posadzki. Jego morderczy wzrok utknął w Srokoszu. Dobrze wiedział do czego to zmierzało. 
— Wszystko w porządku, Srokoszku? Zdajesz się dzisiaj zrzędliwy. — miauknęła radośnie, jakby jej umysł wyparł połowę tego co usłyszała. 
Zastępca spojrzał aż na kotkę. Na ten absurdalny byt, który doprowadzał go do szału. Była tak zidiociała, że nawet teraz zaprzeczała wszystkiemu co się działo. Jej ograniczony mózg nie potrafił dopuścić do siebie co się działo. Wciąż nie dowalił zbyt mocno by cierpienie wygrało z imbecylowatym rozumem. Uderzył gwałtownie o kamienną posadzkę, ściągając ponownie na siebie uwagę rozgadanych wojowników. 
— Sami widzicie. Aksamitna Gwiazda jest niepoczytalna. I od zawsze była. Jej spaczony umysł przyniósł na nasz klan wiele nieszczęść. Tak samo jak Rada. — wytargnął, mierząc medyczkę twardym spojrzeniem. — Dotarły do mnie słuchy, że o odwołanie Aksamitnej Gwiazdy ubiegał się sam Grzybowa Ścieżka, lecz zostało to przez nich odrzucone. Dlaczego? Sam zadaje sobie to pytanie. Ich chęć posiadania łatwej i podatnej na manipulacje kukiełki najwidoczniej przyćmiła tok rozumowania.
Spojrzenia zaniepokojonych ślip przeniosły się na medyczkę. Ostatnią żywą członkini Rady. Morskie Oko skuliła się przestraszona. Jej uległa postawa aż bolała. Wzrok kotki wędrował z łapy na łapę. 
— Ja nie chciałam. Nie miałam nic złego na myśli. Klan Gwiazd nie dał nam żadnego znaku w tej sprawie. — próbowała się wytłumaczyć. 
Srokosz prychnął na nią z obrzydzeniem. Marne kłamstwa wciąż tak łatwo wylatywały jej z pyska. Zeskoczył ze skały i podszedł do medyczki. Z furią uderzał pazurami o kamienną posadzkę. Lęk w ślepiach Morskiego Oka rósł z każdym uderzeniem serca. 
— Oczywiście. Bo wasz Klan Gwiazd jest nieomylny. — parsknął kpiąco. — Parę wschodów słońca doprowadził do śmierci dwóch kotów. Niewinnych kotów. W imię wygnania złej duszy. Skąd wiemy czy nie powróci? Życia Grzybowej Ścieżki i Wilczego Zewu zostało poświęcone przez pośpiech i wasze niekompetencje. Dlaczego Gwiezdni nie ostrzegli nas wcześniej? Byli ślepi na śmierć Kwiecistej Fantazji. Byli ślepi na niebezpieczeństwo czyhające na nas w obozowisku. — zaatakował medyczkę. — Więc nie mieszaj w to martwych. 
Morskie Oko zaczęła płakać. Żałośnie niczym kocię. Była tak paskudna. Tak irytująca. Najchętniej poderżnąłby jej gardło. Patrzył jak powoli się wykrwawia. 
— Ale Klan Gwiazd... — wciąż próbowała.
Srokosz skrzywił się i odsunął się od kotki. Aksamitka spoglądała na niego zdenerwowana. Nawet na jej pyszczku wkradło się lekkie zmarszczenie. 
— Srokoszku, rozumiem, że nie zgadzasz się z Pluskającą Rybką, ale nie możesz doprowadzać jej do płaczu. To bardzo niemiłe. Przeproś. — rozkazała mu, sprawiając, że zastępca miał ochotę odgryźć jej język, by więcej już nie słyszeć tych bzdur. 
Srokosz ledwo stłumił w sobie ryk z tego absurdu. Nastroszony spojrzał na obecną liderką. 
— Słyszysz siebie, wronia strawo? — warknął na szylkretkę. — Morskie Oko manipulowała sygnałami od Klanu Gwiazd. Doprowadziła świadomie lub mniej do śmierci tylu kotów. Nie zasługuje na miano medyczki. Nie zasługuje by dalej tu przebywać. — krzyknął. 
Aksamitka wytrzeszczyła ślepka, jakby próbowała to wszystko przetrawić. Finalnie jedynie pokręciła łebkiem. 
— Każdy czasem ma prawo się pomylić, Srokoszku. Na pewno nie chciała. — oznajmiła z ciepłym uśmiechem Aksamitka, jakby znalazła rozwiązanie na wszystkie ich problemy. — Podajcie sobie łapy i po sprawie. 
Czyjś śmiech rozległ się w jaskini. Spojrzenia powędrowały ku Dzwonkowemu Szmerowi. Większość wojowników była zażenowana. Inna zdezorientowana po czyjej stronie powinna się odpowiedzieć. 
— Aksamitna Gwiazdka ma przecież rację! A to wszystko co mówi Srokoszowa Namiętność jest po prostu okropne. Próbuje nas tylko skłócić. — miauknęła pewnie Pluskająca Krewetka. 
Czekoladowa uśmiechnęła się milutko, sprawiając, że Srokosz trzepnął ogonem.
— Słyszysz się? Jesteś tak samo powalona jak Aksamitna Gwiazda. — warknął na nią Oliwkowy Szkwał. — Przez was jesteśmy pośmiewiskiem!
Srokosz ruszył w stronę liderki, która wciąż szczerzyła się do niego. Jak pierdolnięta. Tym właśnie była. Zidiociałym bytem niosącym za sobą tylko nieszczęście. Nienawidził jej. Tyle wschodów słońca. Tyle księżyców. Zasługiwała na karę. Na najgorszą z nich. 
— Zostaw ją! — rozpaczliwy krzyk Miśka docierał do jego uszu. — Wyżyj się na mnie. Oszczędź ją.
Zastępca parsknął cicho. Zbyt długo na to czekał by iść na takie ugody. Zbyt długo pielęgnował tą nienawiść. Zbyt długo się powstrzymywał. Gierki Dzierzby były niczym w porównaniu z możliwością zatopieniu pazurów w ciele szylkretki. 
— To Aksamitna Gwiazda powinna ponieść konsekwencje swoich czynów. To ona nas do tego doprowadziła. Czy może ktoś jeszcze inny ma coś przeciw? — reszta klanu milczała. 
Ich ślepia jedynie podążały za ruchami zastępcy, który sprawnie zbliżał się do nieświadomej tego co się dzieje liderki. 
— To twój koniec. — wysyczał i rzucił się na kotkę. 
Zszokowana kotka wydała z siebie pisk, gdy jego pazury przejeżdżały po szylkretowym ciele. Początkowo się nie broniła. Skomlała jak żałośne zwierzę złapane w pułapkę. Próbowała go przekonać. Przekupić słodkimi słówkami. Zmiękczyć jego serce swoim łkaniem. Lecz był nieugięty. Zmusił ją do walki. Do chociaż prób unikania jego ciosów. Oberwał od niej przypadkowo w ucho. Zaraz po tym usłyszał przeprosiny. Zirytowany wbił pazury w ciało kotki, rozrywając następne pasma skóry. Kolejne rany pojawiały się na smukłej sylwetce. Krew zalewała jasne futro, zdobiąc je szkarłatną barwę. Rozpaczliwe krzyki Niedźwiedzia roznosiły się po jaskini. W końcu padła. Osłabione ciało uderzyło o kamienną posadzkę. 
— Nie zabijaj jej. — padło błaganie. 
Srokosz odwrócił się stronę wojowników. Jego chłodne spojrzenie zlustrowało wpatrujących się w niego koty. Nikt nie odważył się przyznać do tych słów. Z furią uderzył o głaz zamiast o ciało dawnej liderki. Napotkał spojrzenie Kanii. Odradzał tego. "Nie teraz" mówiły zielone ślepia. 
— Aksamitna Gwiazda nie będzie już dłużej pełnić obowiązków lidera. — ogłosił do klanu, dając znak Kanii i Księżycowi by puścili Miśka. — Od dziś ja przewodzę Klanowi Klifu. Jeśli ktoś ma zamiar rzucić mi wyzwanie nich zrobi to teraz. 
Odpowiedziała mu cisza. Nikt nie odezwał się nawet słowem. Spojrzał z pogardą na burego, który zrozpaczony spoglądał partnerkę. 
—  Oficjalnie cofam wszystkie idiotyczne imiona Aksamitnej Chmurki. Jak i durne zasady. Morskie Oko nie będzie już dłużej pełnić roli medyka. Odnośnie jej,  Aksamitnej Chmurki i Pluskającej Krewetki konsekwencji zostanie później ogłoszona decyzja. Na razie trafią do jaskini, w której wcześniej przetrzymywaliśmy więźniów.  — ogłosił, rozglądając po kotach. — Czereśniowa Gałązko, zajmij się nią. 
Medyczka niepewnie podbiegła do kotki i zaczęła opatrywać jej rany. Czuł na sobie morderczy wzrok Niedźwiedziej Siły, lecz bury nie mógł już nic mu zrobić. Teraz władza była w jego łapach. 
W najgorszych do jakich mogła trafić. 

27 sierpnia 2023

Od Srokoszowej Namiętności

Jego mięśnie drgały. Niespokojne kończyny dawały się ponieść nieoczekiwanym skurczom, zdradzając napięcie jakie odczuwał. Starał je zatrzeć. Schować głęboko w sobie, lecz ciało nie zgadzało się z tym pomysłem. Wtulony w Wilczego, a właściwie Dzierzbę drżał bezszelestnie, próbując nie zaburzyć nocnej ciszy. Jego słowa wciąż krążyły w jego głowie, zataczając błędne koło. Ból nieustannie rósł z każdym uderzeniem serca. Ze świadomością tego co stało się dzisiejszego wieczoru. Umysł nadaremnie próbował przemówić mu do rozsądku, lecz serce rozpływało się w każdym uderzeniu serca, gdy unoszący bok Wilczego Zewu spotykał się z jego skóra.
Przekraczało to jego rozumienie. Możliwości zaakceptowanie tego, iż to wszystko było fikcją. Czystą zagrywką. Brudną manipulacją. Nic z tego nie było prawdziwe. Lecz czemu wciąż nie potrafił odejść? Pomimo całego przelewającego się w nim bólu i cierpienia nie potrafił od tego uciec. Absurdalne uczucie przywiązało go żelaznym sznurem do Wilczego, sprawiając, że każda chwila bez niego zdawała się zmarnowana. Ciało niebieskiego wciąż reagowała tak samo żywo na jego dotyk. Czuły jak i brutalny. A mimo to nie były to jego gesty. Nie były to jego ruchy.
Kochał kogoś kto nigdy nie istniał. 
Czy jego miłość, choć tak niepoprawna, wciąż była prawdziwa? Zasługiwała na takie miano skoro to wszystko było tylko kaprysem Dzierzby? 
Potok łez nasilał się z każdą myślą o tym. 

* * *

Ciało Północnego Szlaku zostało odnalezione. Emocje znów zawirowały w ciasnej jaskini. Bali się. Paskudny smród lęku roztaczał się wśród Klifiaków. Paniczne szepty rozchodziły się po ścianach groty. Aksamitna Gwiazda milczała. Zatopiona w szaleństwie swojego sypiącego się "szczęśliwego świata" coraz bardziej odchodziła od zmysłów.
Porwała swoją siostrę. Trzeba było być ślepym by nie zauważyć, iż kolejne morskie ślepia zawitały w Klanie Klifu. Niezadowolone morskie ślepia. Zbyt dobrze znał to spojrzenie. 
— Aksamitka Gwiazdka ma siłę wywoływać kolejną wojnę, a na panoszącego się wśród nas mordercę już nie. — wzdychała Dzierzba wojownikowi. 
Niebieski kocur odmruknął cicho. Jego ogon uderzył głucho o ziemię. Zauważyła go. Niewinny uśmiech w półcieniu zdawał się taki złowrogi. 
— Srokoszku. — miękki głos wojownika przepełniała cicha zawiść. 
Poczuł, jak serce podchodziło mu do gardła. Zachowywała się jakby tamten dzień nie istniał. Jakby to wszystko nie wydarzyło się naprawdę. Lecz jego ślepia. Zdradzały jej prawdziwą naturę. 
— Myślę, że powinieneś porozmawiać z Lśniącym Księżycem. — miauknęła zagadkowo, owijając go swoim ogonem. — Zdziwiłbyś ile macie wspólnego.  
Srokosz nie odpowiedział. Wir w emocji w jego ciele mu nie pozwolił. Przeszklone pomarańczowe ślepia spojrzały na dobrze znaną mu sylwetkę. Rozszarpująca go na części trwoga rozchodziła się po jego kościach. Wnikał w każdą komórkę ciała. 
Wszystko było jedynie kłamstwem. 
Łgarstwem napędzającym kolejne spazmy gorzkiego lamentu. 
— Dobrze. — zdołał jedynie wyszeptać. 
Wdzięczny uśmiech pojawił się na pysku Wilczego. Lekkim krokiem oddalił się w stronę kolejnego kota. Kolejnej ofiary. Naiwnego umysłu podatnego na jej wpływy. Delikatne wskazówki. Utorowanie na właściwą drogę. Spełnienia jej zachcianek.
— Słoneczkowa Łapusio, dobrze, że cię widzę. Może nazbierałabyś trochę jagód starszyźnie? Misiowy Pazurek naprawdę za nimi przepada... — słyszał w oddali jej słodkie świergotanie. 

* * * 

— Uważaj z tymi jagódkami. Skacząca Fala sprawdza posiłki starszym. — bąknął cicho do Wilczego Zewu.
Kocur uśmiechnął się i nachylił się nad nim. Jego morskie ślepia przepełniało szaleństwo. Odznaczały się na tle panującego wokół nich mroku. 
— Wciąż się o mnie martwisz? Urocze. — wyszeptała mu do ucha Dzierzba. — Twoje przywiązanie do tego ciała nie zna granic. Jesteś jeszcze bardziej żałośny niż mogłam się spodziewać. 
Cichy śmiech niczym ostre ciernie wbijał się w jego ciało. Czuł nieprzyjemne pieczenie przy ślepiach. Rozrywające uczucie przelewające się w jego ciele. Nie zamierzał dać się jej poniżyć. Nie kolejny raz. 
— I kto to mówi? — warknął, lecz jego głos i tak się łamał. — Nie masz lepszych rzeczy do roboty niż durne gierki? Aż tak jest nudno w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? 
Dzierzba zaczęła iść. Wolny krok, aż irytujący, lecz wciąż zmuszający go do ruszenia za nią. Posłusznego podążania. Szum wiatru wypełniał ciszę pomiędzy kotami. Chmury powoli ciągnęły się po wieczornym niebie. Trawa pozostawała wilgotna. Moczyła nieprzyjemnie łapy. Zanosiło się na kolejny deszcz. 
— Nie póki jego rodzina żyje. — odpowiedziała jedynie. 
Zatrzymała się na uderzenie serca by ujrzeć dezorientację na jego pysku. Bawiła ją. Kontynuowała swój marsz. Długie łapy brodziły w gęstej polanie. Uderzały o zamknięte pąki kwiecia. Ogon Srokosza nerwowo chodził na boki. Miał dość tego wszystkiego. Wszystkich półprawd i tajemnic.
— Jego? — powtórzył twardo, wskakując w ociekającą rosą darń. — Czyli kogo? Niedźwiedziej Siły? Lamparciego Ryku? 
Dzierzba zaśmiała się. Odwróciła łeb w jego stronę. Iskra zemsty zdawała się przemknąć przez morskie ślepia. Westchnęła, otrząsając się z wcześniejszych emocji. 
— Nie musisz wiedzieć wszystkiego, Srokoszku. Nie wtrącaj się w sprawy martwych. Bo skończysz jak oni. — miauknęła tajemniczo, uśmiechając się podle. 
Podeszła do niego. Różnica pomiędzy nimi zdawała się dziś większa. Zadarł pysk by spojrzeć prosto w ślepia Wilczego Zewu. Może udało się jej go omanić, lecz nie zamierzał być traktowany jak reszta. Pozwolić na pozostanie bezwładną marionetką w jej łapach. 
— Nie jestem kociakiem. — syknął, jeżąc się. 
Jego ciało i umysł były ze sobą tak niezgodne. Rozdzielone. Nienawiść buzująca w łbie zderzała się w bezradnością w organizmie. Chłodny wiatr zmierzwił ich futra. Nie odpowiedziała. Nim zdążył zareagować łapa Wilczego powaliła go na ziemię. Wystawione pazury uderzyły o jego polik. Morskie ślepia uważnie obserwowały ekspresję jego pyska. Jakby nic innego na świecie się nie liczyło. 
— Srokoszku, to ja cię tu doprowadziłam. I to ja mogę cię zniszczyć. Nie stawiaj nas na równi. 

* * *

Przechodził obok białego kocura, którego krwiste ślepia przejeżdżały leniwie po sylwetkach wojowników. Sam. Zazwyczaj takiego widywał. Kocur nie miał praktycznie bliskich. Jedynie siostrę. W pewnym sensie znajdował się w podobnym położeniu co Srokosz, lecz zdawał się inny. 
— Lśniący Księżycu? 
Wojownik uniósł łeb, słysząc swoje dawne imię. Obarczył go chłodnym spojrzeniem. 
— Tak, Srokoszowa Wzgardo? 
Niebieski dosiadł się do niego. Spojrzał na rozpoczętą przez wojownika mysz. Drobne kostki przebijały się przez mięsnie. 
— Doszły mnie słuchy, że nie jesteś zadowolony z obecnej władzy. — mruknął, owijając się ogonem. 
Biały trzepnął uchem i przejechał spojrzeniem po wszechobecnych wojownikach. 
— Myślę, że nie jestem sam. — odpowiedział Lśniący Księżyc, unosząc ogon.
— Więc mogę liczyć, że mnie poprzesz w pozbawieniu Aksamitnej Gwiazdy? — zapytał wprost.
Biały wstał i przeciągnął się. 
— Oczywiście. Pytanie co będę miał w zamian. 
Srokosz zmarszczył brwi. Także wstał. Z powagą spojrzał na wojownika. 
— Lidera, który nie każe ci bawić się w berka i normalne imię. 
Lśniący westchnął i zrobił krok do przodu. Odwrócił łeb by spojrzeć na zastępcę. 
— Niezbyt zadowalająca oferta, lecz niech ci będzie. — mruknął jedynie i odszedł. 
Srokosz trzepnął ogonem. Liczył, że na tym zakończą się jego rozmowy z wojownikami o buncie. Wolał już, żeby Dzierzba tym się zajęła niż on. Odszedł w głąb groty, mijając zbierające się do wyjścia koty. Gdzieś kątem oka dojrzał kręcącego się Wilczego. Ostatnio na stosie ze zwierzyną coraz częściej pojawiały się jeżyny i jagody, lecz wojownik nie mówił nic na ten temat. Owoce bez problemowo przechodziły kontrole Skaczącej Fali, a skutki uboczne się nie pojawiały. 
— Co ty kombinujesz? — mruknął do wojownika. 
Dzierzba uśmiechnęła się. 
— Nie interesuj się. Aż tak cię boli, że wszystkiego nie wiesz? — miauknęła z rozbawieniem. 
Srokosz jedynie trzepnął ogonem. Niewiele kotów ochoczo wchodziło do lasu. Stał się kolejnym przeklętym miejscem na ich terenach. Ku ironii tam i kryła się większość zwierzyny. Niektórzy wojownicy zaczęli chodzić na polowania grupami. Nie doczekali się decyzji Aksamitki w tej sprawie. Utrzymanie uprowadzonej siostry w klanie było dla niej ważniejsze niż życie własnych wojowników. 

* * *

— Klanie Klifu! — pewnego dnia rozniósł się głos Grzybowej Ścieżki.
Stał na miejscu Aksamitki i czekał aż koty się zgromadzą. Zaciekawiony tłum wił się pod jego łapami. Ciche szepty, nadzieję, że może Rada zdecydowała się odwołać Aksamitną Gwiazdę plątały się pomiędzy kotami. Wilczy Zew dosiadł się do niego. Zdawał się rozbawiony. Posyłał kpiące spojrzenie dawnemu liderowi, lecz jego ogon nerwowo drgał. Choć Srokosz nie ośmielił się pomyśleć, że to ze stresu. Mimo to na pysku pozostawał bez wzruszenia. Kamienna mina nie zdradzała niczego. 
— Wiem kto zabił te koty. I ta osoba siedzi tutaj! — ogłosił starszy. 
Szepty rozległy się wokół nich. Poczuł na swoich ogrom spojrzeń na swojej sylwetce. Duszącą go atmosferę rozlała się wokół nich. Przyczyna okazała się oczywista. Łapa oszalałego lidera wskazywała na Wilczego, który nastroszył się. Srokosz poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła i zabiera mu wdech. Spanikowane spojrzenie utknęło gdzieś na jego łapach nieośmielone zawędrować wyżej. 
— To znowu jakieś twoje starcze fantazje? — prychnęła Dzierzba z wrednym uśmiechem. 
Była tak pewna siebie, że Srokosz na uderzenie serca aż sam jej uwierzył. Tylko on prócz Grzybiej Ścieżki zdawał się znać prawdę. Aksamitna Gwiazdka nawet nie zaangażowała się w to wydarzanie. Zamknięta w swoim legowisku, pogrążona w swoim bezpiecznym świecie. Z dala od nieszczęścia jakie toczyło się na środku obozowiska. 
— Nie, Dzierzbo. Klan Gwiazdy jeszcze nie osłabł na tyle, aby nas pozostawić w twych łapach. — miauknął poważnie kocur, prostując się. — Zostaw ciało tego biedaka, zaklinam cię albo poczujesz co to znaczy umrzeć po raz drugi. 
Cichy śmiech dotarł do jego ucha. Wraz z zaniepokojonymi głosami. Srokosz przerażony wpatrywał się w Grzybową Ścieżkę. Nie wierzył, że wyśnione gwiazdki miały taką moc. Lecz kocur zdawał się nie okłamywać. Nie miał prawa, nie w takiej sprawie. Jego zdeterminowane pomarańczowe ślepia błądziły po wojownikach. Po ich zdezorientowanych pyskach szepczących do siebie nieznane im wiadomości. 
— Kim jest Dzierzba? O czym on mówi?
— Klan Gwiazd kontaktował się z Morskim Okiem?
— Dlaczego akurat Wilczy Zew? Już jeden lider próbował się go pozbyć. Jego brat. Może się mści?
— Kłamał by w sprawie Klanu Gwiazd? 
— Gdzie jest Aksamitka Gwiazdka? To ona powinna tu stać!
Przerażony rozglądał się wokół. Powinien coś zrobić. Powstrzymać go. Wyśmiać i przegonić. Zaprzeczyć temu wszystkiemu. Zakończyć tą marną scenkę. Nie mógł znać ich sekretu. Nie mógł zagrozić Dzierzbie.
Nie mógł mu jej odebrać. 
Napotkał na sobie twarde spojrzenie dawnego lidera. Poczuł, jak serce uderza mu o żebra. Dygoczące kości uniemożliwiały mu zaczerpnięcie powietrza. 
— Tak. Twój przyjaciel nie jest tym za kogo się podaje. Został opętany przez ducha z Mrocznej Puszczy. Dzierzbę. Tą co występuje w naszych legendach, co nabijała koty na gałęzie dla zabawy. 
Wiedział. Wiedział zdecydowanie za wiele. 
 — Tą samą co nękała mnie co noc, niszcząc mój umysł. Robi to samo z tobą. Wykorzystuje cię, aby osiągnąć swój chory cel. Ale dość tego. Zabijając te koty, przelałaś czarę goryczy. Podejmij walkę albo cię do tego zmusimy — wzrok kocura utknął na Wilczym Zewie. 
Dzierzba uśmiechnęła się pod nosem. 
— Jest niczym wrzód na zadzie. — mruknęła cicho i wstała. 
Jej pewny krok zdawał się tak prawdziwy. Jakby naprawdę to wszystko było jedynie urojeniem Grzybowej Ścieżki. Ogon spokojnie kołysał się w rytm kroków. Dzieląca ich odległość powoli się zmniejszała. Czas zdawał się zwolnić. Albo serce Srokosza drastycznie przyspieszyć. 
— Sądzę, że siadło ci już na łeb, Grzybowa Ścieżko. Ja? Ja jestem jakimś duchem? No proszę cię. To brzmi jak bajka dla kociąt. — miauknęła głośno i pewnie.
Jej morskie ślepia przyglądały się zdezorientowanym Klifiakom. Jej gierkom i zabawkom. Która z nich odważyłaby stanąć przeciwko niej? Srokosz czuł, jak jego łapy powoli rozpływają się pod jego ciężarem. Dzierzba odwróciła pysk w stronę Grzybowej Ścieżki. Lecz mógłby spokojnie zgadnąć jej wyraz pyska. 
— Nic mi nie udowodnisz. — stwierdziła twardo. 
Medyczka skoczyła na nią. Srokosz wyrwał się do przodu. Czyjeś łapy zatrzymały go. Spojrzał na siostrę. 
— Puść mnie! — syknął, próbując się jej wyrwać. 
Vanka zdawała się jeszcze bardziej przerażona niż on. Dopiero po uderzeniu zauważył łzy w ślepiach siostry. 
— Nie, nie pozwolę ci. — miauknęła cienkim głosem. — Jeszcze ciebie z tym połączą! 
Srokosz warknął. Kopnął Białą w brzuch. Chmara wojowników zasłoniła mu obraz. Nie widział co się działo. Co jej robili. 
— Lepiej posłuchaj siostry. — syknął Czarny Ogień, zastawiając mu drogę. — Mieszając się do tego tylko sobie zaszkodzisz. 
— Nie obchodzi mnie to. — burknął nastroszony i ruszył na wojownika. 
Coś ugodziło go od tyłu w łeb. Czarna plama została wylana przed jego ślepiami, a łapy poskładały się same. Uderzył głucho o zimny kamień. 

18 sierpnia 2023

Od Srokoszowej Namiętności

*tw martwe ciało*

— Podejdźcie bliżej. — czuły głos matki nawoływał kocięta.  
Kolorowe kulki futra zbliżyły się do wojowniczki. Niebieskie ślepka wpatrywały się w jej sylwetkę. Srokosz siedzący w oddali przewrócił ślepiami. 
— A ty, Srokoszku? Nie chcesz posłuchać? — zagadnęła kocica ze uśmiechem. 
Niebieski przybrał grymas na pyszczku. 
— Nie interesują mnie bajki dla kociąt! — miauknął podniośle. 
Któreś z kociaków zaśmiało się z niego. Aksamitka szturchnęła brata, posyłając cętkowanemu promienny uśmiech. Nie rozumiał czego się tak gapiła. Nie chciała być tylko jego przyjaciółką. Lgnęła do każdego jak głupia. 
— To nie będzie tym razem bajka dla kociąt. — zapowiedziała wojowniczka, przyciągając znów spojrzenia kociaków. — To historia mrożąca krew w żyłach. Postrach wśród wojowników! 
Zaciekawione spojrzenia wbite były w kocicę. Jakby mogły przeszyły by ją na wylot, byle poznać tą tajemnicę. Nawet Srokosz zaciekawiony podszedł bliżej, choć na pysku wciąż udawał, że jest znużony. 
— Co to za historia? — dopytywała Lisek.
Aksamitka przepchnęła się do siostry i ocierając się o nią czule, zatupała łapkami o ziemię. 
— A będzie miała szczęśliwe zakończenie? — zapytała radośnie. 
Wojowniczka pokręciła łbem. 
— Do dziś to jest tajemnica. — miauknęła zagadkowo. — To było wiele księżyców temu. Jeszcze za czasów Lisiej Gwiazdy. Jednego z mroczniejszych liderów naszego klanu. Klan Klifu uczestniczył w niejednej bitwie. Niejedno okropieństwo nas dosięgnęło. Lecz to. To przekraczało pojęcie każdego z wojowników. — zrobiła drastyczną pauzę. 
Zerknęła na podekscytowane kociaki. Pewnie gdyby nie to, że Kalinkowa Łodyga przysnęła, a Wilcza Pogoń wybrała się rozprostować łapy to wszystko nie miało by miejsca. Każdy wiedział jak rzadka okazja im się trafiła. Dlatego nikt nie chciał co tracić ani uderzenia serca. 
— I co było dalej? — mruknął markotnie Srokosz. 
Kotka zaśmiała się, lecz przybrała po chwili poważny wyraz pyska. Owinęła się ogonem, jak jakaś staruszka i odchrząknęła. 
— Pewnego dnia wojownicy natknęli się na nabite na gałąź ciało jednej z współklanowiczek. Nikt wcześniej nie spotkał się z czymś takim. A nie skończyło się na niej. Krew pokryła drzewa, zalewając pnie szkarłatną cieczą. Martwe pyski spoglądały na wchodzących do lasu wojowników. Sprawca pozostawał nie uchwytny. Do dziś nikt nie zna jego tożsamości. Kto wie może wciąż krąży po lasach, szukając kolejnych ofiar? 
Lodówka pisnęła przestraszona, wtulając się w Urdzika. Aksamitka przekręciła łebek, jakby nie do końca zrozumiała tę historię. Reszta kociaków szeptała podekscytowana. 
— I naprawdę nikt nie złapał sprawcy? — dopytywała zaciekawiona Lis. — Nie było żadnego podejrzanego? 
Wojowniczka westchnęła cicho. 
— Nie wiem. Nie żyłam w tamtych czasach. Jedyne co mi to przypomina... jest taki ptak, który wiesza swoją zwierzynę na gałęziach drzew. — zaczęła, leniwie wstając. — Dzierzba. 
Srokosz zmrużył ślepia. Z czymś mu się kojarzyło to słowo. Kotka szybko wyłapała. Uśmiechnęła się do niego wrednie. 
— Srokosze są bardzo podobne do dzierzb. Więc jeśli znów zobaczymy koty wywieszone na gałęziach wiemy kogo podejrzewać. — zażartowała kocica. 
Wszystkie ślepia przeniosły się na niego. Niebieski poczuł, jak robi się mu duszno. Nie rozumiał dlaczego dostał takie okropne imię. Położył uszy, przerażony tą całą uwagą jaka została na nim skonwertowana. 
— Srokoszek nie zrobiłby czegoś takiego okropnego. — stwierdziła pewnie Aksamitka. — Ale jak chcesz możemy razem wieszać kwiatki na gałązkach. — zaproponowała po uderzeniu serca radośnie. 
Maluch zjeżył się. 
— Zostawcie mnie! — pisnął i uciekł pod ogon Kalinkowej Łodygi. 

* * * 

Obudził się cały zdyszany. Zjeżone futro nie chciało wrócić na swoje miejsce, sprawiając, że jeszcze bardziej się irytował. Serce gnało jak szalone, pomimo że to był tylko głupi sen. Głupie wspomnienie. Nic nie znaczące. Pokręcił łbem, próbując wyrzucić z łba wszystkie idiotyczne pomysły, jakie przychodziły mu do łba. To nie mogło się łączyć. Tamten kot dawno by nie żył. 
Dzierzba. 
Samo to słowo sprawiało, że mimowolnie drżał. Było takie obce, a zarazem znajome. Niczym zapomniane wspomnienie. Budziło w jego ciele tyle bólu. Emocji, których nie był wstanie zrozumieć. Otrzepał się, próbując pozbyć się tego wszystkiego z siebie. 
— Koszmar? 
Odwrócił się w stronę głosu. Długie łapy Wilczego manewrowały pomiędzy kotami. Zdawał się nieco inny. Spokojniejszy. Jego ogon zaplątał się gdzieś w okolice grzbietu Srokosza i przeciągnął się po nim leniwie. Niebieski zamruczał cicho. Nie sądził, że czyjś dotyk stanie się dla niego tak uspokajający. Wyciszający. Uśmiechnął się słabo. 
— Wspomnienie z kociarni. — wyszeptał, wychodząc powoli z legowiska. 
Jego wzrok wciąż nerwowo zerkał czy wojownik podąża za nim. Wilczy uśmiechnął się. Na swój dziwny sposób. Nigdy nie wiedział się z nim droczy czy tak wygląda jego szczery uśmiech. 
— Wzięło cię na wspominki? Naprawdę się starzejesz. — mruknął kpiąco. 
Srokosz wywrócił ślepiami. Nie tego oczekiwał. Lecz jak mógł liczyć więcej czułości od szylkreta, skoro sam był taki skryty ze swoimi emocjami. 
— Tylko to masz do powiedzenia? Muszę iść zając się obowiązkami. Wiesz, że z Aksamitką teraz jest jeszcze trudniej się dogadać. — westchnął markotnie. 
Wilczy zrobił parę kroków, pokonując dystans pomiędzy nimi. 
— No tak, w końcu taki porządny z ciebie pan zastępca. — szepnął mu do ucha, powodując u kocura ciarki. — Znajdzie szanowny pan dla mnie dzisiaj chwilkę? Mam dla ciebie niespodziankę. 
Otworzył szerzej ślepia zaskoczony. Nie udało mu się powstrzymać uśmiechu na pysku. 
— Naprawdę? — zapytał jak małe niewinne kocię. 
Wojownik uśmiechnął się, sprawiając, że niebieskiemu szybciej zabiło serce. Wpatrywał się w wypłosza, jak w obrazek.
— Oczywiście. Będziesz zachwycony. — zapewnił Wilczy, robiąc z gracją krok ku wyjściu. — Będę czekał studni. Po tym jak księżyc wespnie się na szczyt srebrnej skórki. 
Srokosz pokiwał radośnie łbem. 
— Nie mogę się doczekać. — wyznał cicho, wtulając się nieśmiało w futro wojownika. 
Wilczy parsknął cicho śmiechem, otulając zastępcę swoim ogonem. 
— To będzie niezapomniana noc. Przyrzekam. — zamruczał, odrywając się od niebieskiego. — Na czułości będzie później czas. — puścił mu oczko i zniknął gdzieś w tłumie wstających wojowników. 

* * *

Powoli szykował się do wyjścia. Klan Klifu powoli się wyciszał. Wojownicy rozmawiali w zakątkach jaskini, niektórzy wciąż jeszcze wracali z polowań. Uczniowie już ospale zataczali się w kierunku swojego legowiska. Dość nie typowym wśród tego wszystkiego wydał się obraz Skaczącej Falusi, która grzebała w martwym kosie. Już dawno skazał tę jednostkę na porażkę, lecz nie spodziewał się akurat zabaw ich pożywieniem. Zmrużył ślepia, gdy kotka po krótkim obwąchaniu ptaka wzięła go w pysk i w swoich pokracznych podskokach zaniosła go starszyźnie. Srokosz przyglądał się temu z irytacją. Utrudniała mu pozbycie się tych starców. Byli zbędni. Durni. Nie widzieli niczego złego w Aksamitnej Gwieździe jako liderce. A teraz ich cały klan cierpiał. Nie miał zamiaru pozwolić im dalej decydować o losach Klanu Klifu. Byli zbyt starzy i idiotyczni, by podejmować decyzję o życiu ich wszystkich. 
— Skacząca Falusio. — zawołał ją kpiącym głosem. — Twoje zaangażowanie jest godne podziwu, lecz nie uważasz, że to niesprawiedliwe, że tylko o ich bezpieczeństwo dbasz? 
Młoda wojowniczka otworzyła pysk, lecz Srokosz nie zamierzał pozwolić jej dość do głosu. 
— Skoro masz tak dobre serce, od dziś twoim głównym zadaniem staje się sprawdzanie każdej piszczki przyniesionej na stos. Zrozumiałaś? 
Odszedł od kotki. Zbliżał się powoli w stronę wyjścia z obozowiska. Może i miał jeszcze czas, lecz podekscytowanie i zaciekawienie nie pozwalało mu zwlekać ani uderzenie serca dłużej. 

Od Srokoszowej Namiętności CD. Puszystego Niedźwiadka

 — Powiedz mi... Co was łączy... Dlaczego nadała ci takie imię? Nie baw się ze mną w zagadki. Co robicie, gdy nie patrzę? Proszę powiedz mi prawdę — błagalny ton wyślizgujący się z potężnego pyska sprawiał, że Srokosz nie mógł się powstrzymać.
Dawno już nie odczuwał takiej satysfakcji. W końcu. Niedźwiedź odczuł jego ból. Uczucie roztrzaskujące serce na drobne kawałki. Zdradę i gorycz przelewającą się w nieustannej bitwie. Ogon niebieskiego dumnie wystrzelił do góry. Zrobił krok w stronę wojownika. Uśmiech, który przyozdabiał jego pysk był naprawdę paskudny. 
— Oh, Niedźwiadku. Myślę, że wolałbyś o tym nie wiedzieć. Byłeś zbyt zaślepiony Aksamitką Gwiazdą, by dojrzeć jej prawdziwą naturę. Naprawdę sądziłeś, że ją zaspokoisz? Tak nudny i markotny kot jak ty? Dobrze wiesz, że jest jak okraszana kwieciem polana. Możesz ją podziwiać, lecz nigdy nie będzie twa. — wyszeptał mu podle. 
Spojrzenie burego błąkało się gdzieś po jego sylwetce. 
— Jest ma. Mam z nią kocięta. — odparł i położył po sobie uszy. 
Srokosz zaśmiał się cicho. 
— Oh, tak? Jesteś tego pewny, Niedźwiadku? Teraz czasy się zmieniają. Nikt już nie jest taki staroświecki jak ty. Kotki rodzą kocięta gejom i wcale nie należą do nich. Koty się schodzą i rozchodzą. Żyjemy w czasach, gdzie nic nie jest trwałe. Twoja relacja z Aksamitką także. Na twoim miejscu już nie nazywałbym tego partnerstwem. Nie ośmieszaj się bardziej. 
Wojownik zamilkł na parę uderzeń serca. 
— Odczep się od niej. — padło z jego pyska. 
Niebieski uniósł brwi rozbawiony. Tylko to był w stanie mu powiedzieć? 
— Nie jest świadoma tego co robi. Tego, że daje ci tą złudną nadzieję. Odbierasz jej uprzejmość jako coś większego. Ale mylisz się. To mnie Aksamitka kocha. Z tobą jedynie się bawi. Droczy. Nie odwrotnie. — warknął Misiek. 
Srokosz wywrócił ślepiami. Wojownik znów wrócił do swoich nudnych monologów. Już nie był zabawny. Żałośny. Nienawidził tego, że aż tak trudno było go złamać. Może i to wszystko było głupią gierką, lecz niebieski nienawidził przegrywać. A szczególnie z nim. Z tym, który odebrał mu tak wiele. Niedźwiedź zasługiwał, żeby cierpieć. Należało się to mu. 
— Tak? — parsknął Srokosz. — Skoro tak uważasz, to żyj sobie w tym uprzedzeniu. Choć mam wrażenie, że sam nie jesteś pewny tych słów. 
Wojownik spoważniał. 
— Nie drocz się ze mną Srokoszu. — mruknął oschle. 
Niebieski machnął mu ogonem przed nosem. 
— Ja się nie droczę. To ty nie chcesz przyjąć do świadomości prawdy. 

* * * 

Klan Klifu pochłaniał się w chaosie. Tonął w nim. A Aksamitna Gwiazdka jak zwykle nie potrafiła stanąć na czele wyzwania. Zamiast uspokoić wojowników. Zwiększyć ilość patroli. Zrobić dosłownie cokolwiek zamiast udawać, że całe zło nie istnieje. 
Śmierć Kwiecistej Fantazji utwierdziło go w tym przekonaniu. Liderka nic nie zrobiła z tym. Łzy zalewały wymuszony uśmiech, sprawiając, że kotka wyglądała jeszcze bardziej żałośnie. A mimo to wciąż żyła w swoim bezpiecznym świecie bez zła. Nie dopuszczała tego do siebie. Tylko jeszcze bardziej raniąc swoich najbliższych. Morderstwo wstrząsnęło całym Klanem Klifu. W tym Srokoszem. Nie spodziewał się tego. Nie wiedział o tym nic. Wilczy milczał w tym temacie. Lecz niebieski nie wierzył, że on lub ktoś z jego pionków dopuścił się czegoś takiego. Aż tak okrutnego. Chciał, żeby Aksamitka i Niedźwiedź cierpieli, lecz morderstwo w tak bestialski sposób przechodziło jego granice. 
— Wasza rodzinka się rozpada, co? — rzucił w stronę Puszystego Niedźwiadka. 
Przekrwione od płaczu ślepia spojrzały na niego morderczo. Skołtunione futro i nieprzyjemny zapach unosił się od wojownika. 
— To ty? — jego głos mimo tego, że zdawał się słaby przepełniony był gniewem. 
Srokosz trzepnął ogonem, odsuwając się od niego.
— Znów robisz ze mnie potwora. — parsknął zirytowany, wskakując na jeden z kamieni. — Wyglądasz żałośnie. Gdzie twoja ukochana partnerka? Czemu cię nie wspiera? 

<Misiek?>

16 sierpnia 2023

Od Srokoszowej Namiętności

Pół łysy ogon owinął się wokół jego sylwetki. Poczuł ciarki. Niepewnie spojrzał na szczerzącego się szylkreta.
— Zrób to dziś. — wyszeptał mu słodko do ucha. 
Srokosz uciekł wzrokiem od lodowatych morskich ślepi. Wolał nie ujrzeć malujących się w nich emocji. Czuł, że zraniłyby go. 
— Nie każ mi myśleć, że źle wybrałem. — syknął Wilczy, odsuwając się. 
Niebieski wbił spojrzenie w łapy. Coraz więcej spraw rosło na jego łbie. Szantaż Północnego Szlaku. Dziwne zachowanie Wilczego. Im bliżej byli tym bardziej obcy sobie stawali. Dostrzegał coraz więcej jego twarzy. Ciemniejszych stron i zachowań, których się nie spodziewał. Sytuacji, które zmieniały jego spojrzenie na niego. Dystans spowodowany Północnym Szlakiem jedynie namnażał kolejne niedomówienia.
— Zrobię to. — mruknął cicho, wodząc wzrokiem gdzieś za sobą. — Tylko...
Wilczy już tego nie słyszał. Odszedł od niego, jedynie końcówką ogona wskazując na zbliżającą się białą sylwetkę. Północ zmrużyła ślepia, kręcąc łbem niezadowolona. 
— Uważaj lepiej. — szepnęła do niego, przechodząc z wysoko podniesionym ogonem. — Następnego razu ci nie daruję. 

* * *

— Czujesz to? — miauknęła Troskliwy Wilczek, zaciągając się mocniej powietrzem. 
Jej towarzyszka zmarszczyła nos i zakryła go łapką. Srokosz wskoczył na niewielki głaz, przyglądając się temu z daleka.  
— Śmierdzi Nocniakiem. — pisnęła Słodziutka Krewetka. 
Wojowniczki zaczęły się rozglądać za źródłem tego zapachu. Nieoczekiwany pisk Bielusiej Chmureczki wskazał im właściwą drogę. Kotki podbiegły do poddenerwowanej wojowniczki. 
— Co się stało, słoneczko? 
— Robaki! Robaki! — krzyczała oburzona kotka, wypluwając jedzenie z pyska. 
Małe glisty plątały się w martwej zwierzynie. Cała trójka cofnęła się obrzydzona. 
— Kto to przyniósł? Kto przyniósł tego kosa? — zaczęło się szukanie winnego. 
— Ja! — przyznał się Cieplutki Promyczek. — Ale przyrzekam na Klan Gwiazd. Nie był wronią strawą! Upolowałem go dzisiejszego ranka. 
Zdenerwowana wojowniczka podeszła do czarnego. Jej ogon chodził na prawo i lewo. 
— I co uważasz? Że sama wrzuciłam sobie te robaki? — rzuciła ostro. 
Ogień położył uszy, ale nie cofnął się o krok. 
— Nie twierdzę tak. Ale to na pewno nie moja wina. Sprawdźmy resztę stosu. — zaproponował. 
Niebieski nie mógł temu dłużej się bezsensownie przyglądać. Wstał i podszedł do grupy. Czuł, jak coś go ściska go w środku. Myślał, że moralność już dawno zgubił. A mimo to poszukiwanie sprawcy sprawiało, że łapy mu miękły. 
— Co się tu dzieje? — syknął ostro, lecz głos gdzieś się łamał w tle.
Grupa kotów spojrzała na niego. Nerwowe nastroje opadły. 
— Wronia strawa trafiła się w stosie. — mruknęła jego siostra. — A Cieplutki Promyczek nie przyznaje się do winy. 
Spojrzała na niego gniewnie. Czarny tupnął łapą. 
— Nie nazywaj mnie tak. — burknął kocur. — Srokoszu, to nie moja wina. Naprawdę. Upolowałem go dzisiejszego ranka. 
Niebieski trzepnął kitą i powąchał zwierzynę. Białe glisty były zbyt duże by wykluły się dzisiaj. 
— Sprawdźcie resztę zwierzyny. Nie miały prawa urosnąć takie duże w tak krótkim czasie. — mruknął cicho.
Dwójka spojrzała po sobie niechętnie, ale ruszyła w stronę stosu, przebierając łapami w zwierzynie. Srokosz odwrócił się w kierunku pozostałych kotek. 
— Słodziutka Krewetko. Wypytaj mentorów czy sprawdzili zwierzyny swoich uczniów. Może któryś z nich poszedł na łatwiznę. 
Czekoladowa kotka kiwnęła łebkiem i ruszyła w głąb obozu. 
— O nie. Jest ich tak dużo. — usłyszał w tle głos siostry. 
— Myślisz, że będzie trzeba wszystko wyrzucić? 
— To czym nakarmimy cały klan?
Zastępca podszedł do nich spokojnym krokiem. Czuł, że przy szybszym tempie może upaść. Jego łapy w nerwowych chwilach były tak zawodne. Spojrzał zniesmaczony na wijące się robale wśród zwierzyny. Kopnął obsianego nimi królika. Całej trójce ukazał się zgniły i śmierdzący mewi łeb wypełniony robactwem. 
— Jakim cudem nikt tego nie zauważył? — syknął na dwójkę wojowników. 
Zaskoczeni zjeżyli się, spoglądając po sobie.
— Nie wiem. Naprawdę! Był tak głęboko ze był ledwo wyczuwalny. Nie wiem. Naprawdę... — miauknęła zagubiona wojowniczka. 
— Teraz już wiesz, że to nie ja! — napuszył oburzony czarny. 
Bielusia Chmureczka spojrzała na niego gniewnie. 
— Myślisz, że to teraz ważne? 
Srokosz pokręcił łbem i zerknął na tą dwójkę. Wplątanie liści ziół w zwierzynę pomogło zniwelować ten smród. Teraz gdy został już odkopany zdawał się nie do zniesienia. 
— Spokój. — syknął na dwójkę, która korzystając z jego nie uwagi kłóciła się dalej. — Ogłoszę klanowi, by nikt nie tykał zwierzyny ze stosu. A wy zacznijcie to wynosić. — zażądał. 

* * *

Prócz dodatkowego wysiłku i paru zatruć jeden z wojowników pochorował się bardziej. Srokosz przyglądał się kątem oka, jak schorowany rudy majaczy. Ciężko dyszał. Medycy byli bezradni. Był już od paru wschodów słońca w legowiska medyka. Lecz jego sytuacja nie zdawała się poprawiać. Niebieski okrył się ogonem, próbując uciec od tych myśli. Niezadowolenie z rządów Aksamitki rosło w Klanie Klifu. Nie musiał mieć znajomych by o tym wiedzieć. Szepty, czy drwiny docierały do jego uszu. Do tego morderstwo Kwiecistej Fantazji. Bestialski akt, który wyrył się w jego pamięci. Koszmarny czyn, który z nieznanych przyczyn zdawał się zarazem tak znajomy. Srokosz obrócił się na grzbiet, wpatrując się w sufit jaskini.
Miał już tak tego wszystkiego dość. 

28 lipca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy (Srokoszowej Namiętności)

Widział, jak jego ślepia świdrowały po jego sylwetce. Surowy wyraz pyska sprawiał, że mimowolnie czuł podenerwowanie. Zrobił krok w jego stronę, sprawiając, że dystans pomiędzy nimi drastycznie się zmniejszył. Półmrok podkreślał jasność jego ślepia. 
— Spotkajmy się Sowim Strażniku, gdy słońce już zajdzie. — padło jedynie z jego pyska. 
Wilczy nie powiedział nic więcej, zaczął się oddalać. Srokosz zrobił niepewny krok w jego stronę, patrząc, jak znika w cieniu jaskini. Oderwał wzrok, kręcąc łbem. Nie było nic więcej do dodania. Wszystko wiedział. A mimo to czuł dziwny stres. Nieprzyjemne uczucie, gdy Wilczy znikał z jego pola widzenia. Oddalał się bez słowa. Wcześniej ciągle mu dokuczał go. Zaczepiał. Drażnił. Niespodziewanie zaprzestał i Srokosz nie rozumiał czemu. Zmarszczył nos. Irytował go fakt, że taka pierdoła zaprząta mu umysł. 

* * *

Promyki zachodzącego słońca muskały sierść Wilczego Zewu, który leżał wśród barwnego kwiecia rozsypanego pod drzewem. Futro stargane przez wiatr dodawało mu swojego rodzaju nonszalancji. Jego morskie ślepia leniwie śledziły po sylwetce niebieskiego. Bezczelny uśmiech wkradł się na jego pysk. 
— O co tu chodzi? — miauknął w końcu zdezorientowany Srokosz. 
Wojownik trącił jakby od niechcenia w jego stronę łaciatego królika. Zastępca spojrzał zdezorientowany na kocura. 
— Mały szary ptaszek szepnął mi na uszko, że czujesz się zaniedbany. — zamruczał Wilczy. 
Srokosz szybko odwrócił łeb, by schować malujący się na nim wyraz pyska. Zakłopotany spojrzał na swoje łapy. Poczuł, jak sierść staje mu dęba. 
— Wcale nie. — bąknął po dłuższym uderzeniu serca. 
Usłyszał, jak wojownik wstaje. Odgłos kroków nieubłagalnie się do niego zbliżał. Poczuł coś ostrego na poliku. Wilczy zmusił go do spojrzenia na siebie. Nie schował pazurów. Delikatne kłucie ledwo dochodziło do jego świadomości. Hipnotyzujące spojrzenie pary morskich ślip przechodziło przez niego na skroś. Ukradły całą jego uwagę. Srokosz przełknął ślinę. Dopiero po paru uderzeniach serca, wyrwał się spod ich niewoli. 
Kocur westchnął. Zdawał się rozbawiony. Jakby wszystko było dla niego rozrywką.
— Nie okłamuj mnie. — miauknął Wilczy. — Ta cała zagrywka z Niedźwiedzią Siłą. To miało sprawić, żebym był zazdrosny?
Srokosz spojrzał się zaskoczony na wojownika. Szybko pokręcił łbem. Choć może to była lepsza wersja wydarzeń. Nie chciał wyjść na dziecinnego. 
— Miałeś mnie nie okłamywać. Niegrzeczny z ciebie kociak. — parsknął wyzywająco, puszczając jego pysk. 
Zrobił parę kroków w stronę kwiecistego łoża. 
— Dołączysz, czy wolisz jednak Niedźwiadka? 
Niebieski już nic nie mówił. Jedynie posłusznie, choć trochę niepewnie, podążył za lykoiem. 
— Bliżej. — zażądał wojownik, widząc, że Srokosz nie siada obok niego. 
Zastępca zmrużył ślepia. 
— Nie przesadzasz? — mruknął, nie rozumiejąc do końca co to wszystko miało na celu. 
Wilczy spojrzał na niego znużony. 
— Nie.
Chwycił kocura, sprawiając, iż ten znalazł się dokładnie obok niego. Grzbiet niebieskiego dotykał ciepłego brzucha wojownika. Czuł jego spokojny oddech. Serce Srokosza zdawało się przy tym zbyt szybkie. Niebezpiecznie gnające. Nie przywykł do tak bliskiego kontaktu. Co prawda Wilczy często inicjował. Zmieszany położył uszy. 
— Mam go zabić? 
Postawił od razu uszy, spoglądając zaskoczony na lykoia. Musiał odchylić do tyłu łeb, by spojrzeć na jego ślepia. Nie zdawał się żartować. 
— Co? Kogo?
Wilczy uśmiechnął się podstępnie, opierając łeb na swojej łapie. Druga zbłądziła gdzieś na tułów zastępcy, przyciągając go lekko do siebie. 
— Niedźwiedzią Siłę. — wyszeptał mu do ucha, bacznie obserwując reakcje Srokosza.
Niebieski uniósł brwi zszokowany. 
— Co? Nie...? Dlaczego?
Wojownik przybrał niemrawą minę. Jego ogon uderzył o ziemię. 
— Czyli jednak ci na nim zależy? — wymamrotał, nawet nie patrząc na niego. 
Morskie ślepia błąkały się gdzieś po niebie. 
— Co? Nie. Uhg. Nie przekręcaj moich słów. — zirytowany Srokosz aż wstał. — Jesteś naprawdę...
Spojrzał się z oburzeniem na Wilczego. Ten jedynie uśmiechał się durnie, jak jakieś idiotyczne kocię. 
— No jaki? — długie łapy powędrowały w jego kierunku, sprawiając, że leżący kocur leniwie się do niego przesunął. — Jakbyś miał wybierać pomiędzy moim życiem, a jego... to kogo byś wybrał? 
Srokosz aż zamrugał. Nie miał pojęcia co tu się działo. Do czego to miało prowadzić. Westchnął, próbując rozładować chaos emocji jaki miał w środku. 
— Ciebie. 
Wilczy zadowolony spojrzał na niebieskiego. Jego łapy lekko muskały cętkowanego. 
— Czyli mnie lubisz bardziej...? — kolejne dziwne pytanie padło z łysego pyska. 
Zastępca wywrócił ślepiami. 
— To chyba oczywiste. — wymamrotał Srokosz nieco zawstydzony.
Wojownik zaśmiał się cicho. 
— Taki stary kocur, a zupełnie, jak z jakąś dziewka. — parsknął Wilczy, przyciągając do siebie kocura. 
Srokosz znów wylądował niebezpiecznie blisko niego. Długie łapy owinęły go, nie pozwalając mu uciec. Pysk szylkreta zbliżył się do jego ucha. 
— Też cię lubię Srokoszku. — zamruczał, uśmiechając się ponętnie. 
Nim niebieski zdążył na to zareagować, wojownik chuchnął mu z całej siły do ucha, sprawiając, że zastępca pisnął. Spojrzał zdenerwowany na lycoia. 
— No proszę nawet piszczysz, jak kotka. — zaśmiał się wrednie. — Delektuj się naszą randką. Jak będziesz grzeczny i nie będziesz więcej gadał z tym śmierdzielem może jeszcze kiedyś cię zabiorę. — miauknął, liżąc łeb Srokosza. 
Cętkowany położył uszy, chowając pysk pomiędzy łapami. Zalała go dziwna fala tęsknoty i ciepła. Czegoś czego od zawsze zdawało się mu brakować. Zamruczał cicho. 
— Dobrze. — wymamrotał cicho niebieski, wtulając się mocniej w wojownika. 

* * *

Wydzielał poranne patrole, lecz jego umysł błądził gdzieś indziej. Wilczy Zew jeszcze nie wstał? Zmarszczył brwi, lecz gdzieś w środku odezwały się jego paranoje. A co jeśli coś mu się stało? Zasłabł. Zamarzł w nocy. Poczuł, jak serce nieprzyjemnie mu przyspiesza. Ogon mimowolnie zaczyna drgać nerwowo. 
— Srokoszowa Namiętnościo? — skrzywił się od razu na to imię. 
Wszyscy przynajmniej dostali w jakiś sposób paskudnie urocze imiona. Jego jedyne co przywodziło to ukryty romans z ich liderką. Mimowolnie uśmiechnął się lekko na wspomnienie wyśmiewania się z wojowników z Wilczym. Nie było nic piękniejszego niż złość jego wrogów, gdy wymawiał ich lukrowe imionka nadane przez ich ukochaną panią lider. 
Spojrzał w końcu w stronę Północnego Szlaku. Kotka wpatrywała się w niego z obrzydzeniem.
— Tak, Łaciata Mordeczko? — zapytał, szczerząc się wrednie. 
Kotka nastroszyła się. 
— Nie nazywaj mnie tak! Chodź. — prychnęła chłodno, każąc za sobą podążać. 
Srokosz nie ruszył się na krok. 
— To ważne. — warknęła, widząc, że kocur stoi, jak stał tak stoi wciąż. 
Niebieski uniósł brwi w dość lekceważący sposób. Wrócił do tego co robił po uderzeniu serca. 
— Ej! — krzyknęła już zdenerwowana. — Chodzi o Wilczego. 
Srokosz niczym głodny pies rzucił się w jej stronę. To było strasznie. Niczym uzależniony ćpun nie potrafił żyć bez łysego. Nie sądził nigdy, że kogoś tak do siebie dopuści. Północ uśmiechnęła się zwycięsko. 
— Miło, że w końcu chcesz posłuchać. — parsknęła sarkastycznie. 
Odeszli na bok. Ogon Srokosza szorował nerwowo po podłożu. Północ siedziała natomiast z wyższością. 
— Wiem co zrobiłeś. — miauknęła kpiąco, rozglądając się wokół.
Zastępca uniósł pytająco brwi. 
— Wiem, że to ty. — zdawała się świetnie bawić.
Zupełnie jak Wilczy Zew. Nie zbyt zrozumiał jej zdanie. Zlekceważył je. Ona często bredziła od rzeczy.
— Co to ma do Wilczego? — mruknął zdezorientowany tym wszystkim. 
Kotka zmieszana tupnęła łapą. 
— Wiem, że to ty zabiłeś Czaszkową Rozpadlinę. — powtórzyła szeptem. 
Srokosz poczuł, jak coś go uderza. Ściana stresu i trwogi ściskała go od środka, próbując wgnieść w ziemię. Lecz łapy stały sztywno, nie pozwalając mu upaść. 
— Skąd ta pewność? — mruknął niemrawo, mrugając nerwowo. 
Kotka wstała i podeszła bliżej niego. 
— Powinno ci wystarczyć, że wiem. — stwierdziła, lustrując kocura. 
Wojowniczka uniosła dumnie ogon. 
— A to wszystko ma to do Wilczego, że masz go zostawić w spokoju. Przestać robić z nim te obrzydlistwa. Plugastwa. — burknęła, krzywiąc się. — I mianować mnie na swojego zastępcę. Aksamitka już przesadziła, dobrze wiem, że lada dzień straci władzę. — dodała z uśmiechem. 

26 lipca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy CD. Niedźwiedziej Siły

— Czego chcesz? — padło bezpośrednio z jego pyska. 
Uniósł kąciki ust do góry, dając zmylne wrażenie, iż osiągnął swój cel. W pewnym sensie dostał czego chciał. Widok spiętego kocura napawał go nieznaną radością. Dopiekł mu. Był w sytuacji bez wyjścia. Musiał go słuchać. Być zależnym od jego kaprysu. To poczucie władzy uderzało mu do łba. A mimo to miał w łbie pustkę. Same durne pomysły mające na celu głównie upokorzeniu burego wlatywały mu do łba.
Było dość dziecinne, ale jakże kuszące. 
— Ależ się spiąłeś. — parsknął wyśmiewczo, mając na celu podkreślenia jego władzy. — Brzmisz jakbym miał kazać ci wymordować rodzinę. Nie jestem potworem, Niedźwiedzia Siło...
Bury nie skomentował tego. 
— Udawaj kotkę. Przez najbliższy księżyc. — palnął w końcu, jeden z głupszych chodzących mu po łbie pomysłów. 
Spotkał się ze zdziwieniem w brązowych ślepiach. 
— I co to ma na celu? — głos Miśka zdawał się pozbawiony emocji. 
— Nie twój w tym interes. — mruknął od razu Srokosz, nie chcąc wyjawić, że to wszystko było jego dziecinnym kaprysem. — Postaraj się lepiej. Nie tylko ja będę cię obserwował. — zamruczał, unosząc dumnie ogon do góry. 
Wojownik wpatrywał się w niego sztywno. 
— A co jeśli tego nie zrobię? — zapytał, mrużąc oczy. — To dziwne zadanie... Mam nadzieję, że to nie jest jakaś przedziwna forma zalecania się w moją stronę, Srokoszowa Wzgardo...
Niebieski zrobił krok w stronę wyższego od niego kocura. Jego zdegustowanie było satysfakcjonujące. Czuł, że będzie się świetnie bawił, obserwując to. Oby jedynie Wilczy Zew nie odkrył, że zdecydował się na tak szczeniacki pomysł.  
— Głodnemu mysz na myśli. — odparł, zadzierając pysk by spojrzeć buremu prosto w ślepia. — Jeden fałszywy krok. Jedna próba przechytrzenia mnie. — urwał, by zaczerpnąć tchu. 
Wpatrywał się w skupione na nim brązowe ślepia wojownika. Tak pozbawione większych emocji. Puste. Zupełnie jak skały. 
— A każdy będzie wiedział. — wyszeptał aż zbytnio dramatycznie. 

* * *
*następnego dnia*

Trzymał kąp kwiatów wpatrując się z wyższością w Niedźwiedzią Siłę i Aksamitną Chmurkę. Każdy jego krok zbliżał go do możliwego ujrzenia zażenowania malującego się na pysku burego. Idiotyczne było to, jak bardzo ta myśl go napawała go. Upokorzenie burego. Pokazania mu, że wcale nie jest taki super. Idealny. Odebranie mu jego chłodnego wizerunku. Zawstydzenie go przed partnerką i dziećmi. 
— Niedźwiedzia Siło. — zawołał, łudząc się na w miarę przyjazny ton. 
Para brunatnych ślepi spojrzała na niego chłodno. Podszedł, kładąc kwiaty przed ich łapami. Aksamitka już ucieszona z nich, wbiła swoje ślepia w różnorakie kwiecie. 
— Chciałbym powiedzieć, że nie zamierzam się śmiać z ciebie jak niektórzy. Każdy ma prawo utożsamiać się z tym czym się czuję. Przyniosłem ci te kwiatki, byś... wyglądała bardziej tak jak się czujesz. — miauknął z najbardziej sztucznym uśmiechem jakim mógł przybrać na pysku. 
Oszołomiona podarunkiem pointka już szczerzyła się jak naszprycowana mysz. 
— To takie kochane z twojej strony, Srokoszku! — krzyknęła radośnie. — Misia też jest przeszczęśliwa, prawda kochanie?  
Bury wymamrotał jedynie coś pod pyskiem, kiwając sztywno łbem. 
— Mam pomysł. Powinniśmy ci je wpleść w futerko! By już każdy wiedział, jak delikatną i kochaniutką osóbką jesteś! — stwierdziła energicznie Aksamitka, chwytając kwiatki. — Pomożesz, Srokoszku. 
Niebieski posłał Misii prześmiewcze spojrzenie. 
— Oczywiście.


<Misia?>

09 lipca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy

Las skrzypiał cicho, porwany przez wiatr do tańca. Gałęzie drzew kołysały się leniwie, powoli upuszczając różnobarwne liście. Srokosz wpatrywał się niepewnie w martwego kosa. Puste ślepia ptaka wędrowały po zachmurzonym niebie. Bijące ciepło od zwierzyny świadczyło, że została upolowana niedawno. Z resztą podobnie jak aromat krwi krążący w powietrzu. Ktoś wciąż kręcił się w tej okolicy. Napięcie rosło z każdym uderzeniem serca. Odłożył zawiniątko na bok i pochwycił pazurami drobne zwierzę. Łapy drżały mu z niepokoju.
Cel uświęcał środki, powtarzał Wilczy, lecz Srokosz wciąż nie był przekonany. To już było coś więcej. Zupełnie, jak z Czaszką. Czymś pozornie słusznym. Złem, tłumaczonym ich bezpieczeństwem. Szantażem. Decyzją pomiędzy jego żywotem a czyimś. Wilczy się nim zabawiał. Nie byli równi. To Srokosz brudził sobie łapy za każdym razem. Nie był kimś komu powinienem ufać. Więc dlaczego łysy stał się najbliższym mu kotem?
Pokręcił łbem, zamykając ślepia. Im dłużej zwlekał tym bardziej narażał się na niebezpieczeństwo. Zjeżony ogon kręcił się niespokojnie w powietrzu. Wziął jednego z martwych owadów i włożył w pysk ptaka. Jednego za drugim. Niepozornie wyglądająca w jego łapach piszczka miała się stać czymś więcej. Zakopał ponownie kosa. Nie mógł na niego patrzeć. Niewinny pagórek wśród jesiennych liści utknął w jego ślepiach. Odwrócił szybko łeb, czując rosnące w nim zawahanie. Kolejną decyzję, której nie mógł cofnąć. Wziął zawiniątko i ruszył dalej.
Wciąż pozostały mu trzy oleice. 

* * *

— Ciii, Srokoszku. — słodki głos Wilczego łaskotał jego uszy.
Siedział owinięty kocurem. Jego potężne cielsko oddzielało go od reszty świata. Spokojny oddech wojownika wydawał się taki absurdalny. Niepoprawny. Srokosz zacisnął ślepia i wtulił łeb w szylkretowe futro. Nie ufał własnym myślą w tym. Im więcej myślał nad tym wszystkim, tym więcej niezdecydowania i obaw pojawiało się w jego łbie. Ich plan zaczynał mieć dziury. Tonąć w morzu absurdu. Zbędne kroki. Liczne ścieżki i zakręty. Niepewność finału. Celu, który pożądany okazywał się mieć coraz większą cenę. I ryzyko. Nie miał zamiaru skończyć jak Klonowy Upadek i Szarżujący Bizon. Nie zamierzał dać się wykiwać. Wypaść z gry. 
— Musisz przestać. — twardy głos łysego, sprawił, że wyrwał się z gonitwy myśli.
Położył uszy, zaskoczony jego tonem. Lodowate morskie ślepia spoglądały na niego z pogardą. Srokosz zamarł. 
— Nie każ mi myśleć, że źle wybrałem. — dodał szeptem, otulając go czule ogonem. — Moja porażka jest twoją porażką. Pociągnę cię na samo dno wraz ze mną. Nasze losy są połączone, Srokoszu. Czyż to nie romantyczne? 
Niebieski spuścił wzrok na łapy, niezdolny do odpowiedzenia niczego Wilczemu Zewu. 
— Uśmiechnij się, twoja siostra na nas patrzy. 
Uniósł łeb, by spojrzeć na szczerzącą się do nich vankę. Wojowniczka wyglądała na zachwyconą. Niepewnie uniósł kąciki ust. Nie był wstanie spojrzeć jej prosto w ślepia. 
— Srokoszek zmarzł na spacerze. — mruknął figlarnie łysy, przesuwając bliżej siebie niebieskiego. — Prawda...
Stłumiony krzyk przerwał im rozmowę. Zdezorientowane spojrzenia spojrzały ku starszyźnie. Parę kotów pobiegło w tamtą stronę. Przestraszone rozmowy dotarły do ich uszu. Woń stresu rozniosła się po jaskini. Szybko na miejscu zdarzenia zjawiła się Morskie Oko. 
Która potwierdziła zgon dwójki kotek. 

07 lipca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy CD. Aksamitnej Chmurki (Aksamitnej Gwiazdy)

— NIE DOTYKAJ MNIE! — wydarł się na kotkę, nastroszony. 
Nawet Aksamitka, jak na swoją codzienną głupotę była lekko zszokowana. Parę kotów spojrzało na nich zaciekawionych. Srokoszowa Wzgarda spuścił łeb zawstydzony. Podpuściła go. Zmusiła go do wygłupienia się przed innymi. Wbił z irytacją pazury w ziemię, próbując złapać powietrze. Ochłonąć. Lecz Aksamitka kontynuowała swój atak. 
— Srokoszku, co się dzieje? — zapytała zmartwiona kotka. — Wszystko w porządku?
Podeszła do niego bliżej, znów niemal go prawie dotykając. Znał już jej brudne zagrywki. Nie zamierzał dać się omamić. 
— Odsuń się ode mnie. — wycedził.  
Aksamitna przekręciła łebek, patrząc się na niego niepewnie. 
— Jak mam się odsunąć, gdy widzę, że potrzebujesz ciepłego przytulaska na pocieszenie. — wymiauczała radośnie. 
Srokosz zjeżył się. Zerwał się na łapy, nie zamierzając jej na to pozwolić. 
— Nie. Nie potrzebuję niczego od ciebie. Wypchaj się. I mnie zostaw w spokoju! — wypiszczał niczym małe kocię, wpatrując się gniewnie w kotkę. 
Pointka patrzyła na niego oszołomiona, lecz nie dał jej czasu na odpowiedź. Szybko puścił się biegiem przed siebie. Nie zamierzał znów jej ulec. 

* * *

— Oh, Srokoszku, głuptasku. — łysy ogon uderzył go w nos. 
Syknął zirytowany, trzepiąc ogonem. Wilczy Zew zdawał się rozbawiony. Morskie ślepia wpatrywały się w Srokosza. Nie potrafił odczytać z nich emocji. Wciąż były dla niego tajemnicą. Chłodny jesienny wiatr targał ich futra. Powoli i leniwie. Niczym jak od niechcenia. Sprawiając, że Sowi Strażnik powoli gubił liście. Złociste płatki powoli opadały na ziemię przykrywając ziemię wielobarwną mozaiką. Wzrok niebieskiego uciekał czasem w stronę nieba, by poobserwować to piękne zjawisko. 
— Jeśli zamierzasz bawić się w swoją siostrę to nie potrzebnie do ciebie przychodziłem. — wymamrotał markotnie Srokosz.  
Wilczy usiadł bliżej niego. Zahaczył pazurem o jego brodę, zmuszając go do uniesienie wcześniej opuszczonego łba. Ich spojrzenia się spotkały sprawiając, że Srokosz znów się oburzył. 
— I co robisz?
— Słuchaj. — głos łysego był oschły. 
Nie przypominało to już jego codziennych wygłupów. Nieco zaskoczone pomarańczowe ślepia spojrzały na kocura. 
— Jesteś głupi. — zaczął spoglądając na niego pobłażliwie. — Zupełnie jak Aksamitna Chmurka. Gdzie ty masz łeb? Zamiast się puszczyć i podniecać tym, że cię zostawiła wykorzystaj to, że jeszcze cię lubi. Nie widzisz tej okazji? Nie widzisz, jaka jest głupia? Podatna na manipulacje? Nie widzisz, że to wszystko może być twoje jeśli dobrze to rozegrasz? — wyjaśnił mu Wilczy Zew, unosząc dumnie ogon. 
Srokosz spuścił wzrok zawstydzony. 
— Że Aksamitna...?
Szylkret westchnął ciężko i pocmokał niezadowolony. 
— Nie, debilu. Władza. Władza może być nasza. Omam ją. Zaprzyjaźnij. Słuchaj jej bzdur. A ja utoruje ci ścieżkę... — urwał tajemniczo, spoglądając na niebieskiego. 
Otulił go swoim ogonem, zmuszając do znalezienia się bliżej niego. Srokosz nie protestował wyjątkowo. Położył po sobie jedynie uszy. 
— Nasze. I wtedy nikt nam nie będzie baczył. Nikt nie będzie przeszkadzał. Wolni od idiotów... 
— Nie chce władać klanem. — przerwał mu Srokosz, odsuwając się. — Nienawidzę Klanu Klifu od zawsze. Nie zamierzam więc przekładać własne dobro za niego. 
Wilczy uśmiechnął się tajemniczo. Jego wzrok utknął gdzieś na niebie. 
— Nikt ci nie każe. Poza tym zawsze możesz przekazać to mi. Władzę i obowiązki. — stwierdził łysy. — A ja zajmę się tobą. — puścił mu oczko. 
Niebieski odwrócił łeb zawstydzony. Łysy podszedł do niego i pochylił się nad nim, sprawiając, że jego łeb znajdował się blisko głowy Srokosza.
— Wystarczy tylko, że pogodzisz się z Aksamitną Chmurką. A to wszystko będzie nasze. — wymamrotał mu do ucha Wilczy. — Więc? 
Niebieski ze spuszczonym łbem pokiwał niepewnie łbem. 


* * * 

Znalezienie jej nie było trudne. Jak zwykle przebywała wśród kotów. Uśmiechnięta i radosna. Wiecznie w ruchu. Przepełniona energią i szczęściem. Czasem chciał chociaż raz obudzić się z takim nastawieniem, jak ona. Podszedł niepewnie do niej. Czuł spojrzenia kotów na sobie. Rozlegające się powoli szepty i intrygi. Gardził nimi wszystkimi. Pustymi istotami o płytkim rozumie. 
— Aksamitna Chmurko. — miauknął w stronę kotki.
Szylkretka odwróciła się. Lekko tanecznym krokiem. Zupełnie jak motyl lawirujący pomiędzy kwiatami. Jej morskie ślepia pozbawione krzty zła spojrzały na niego. 
— Ja chciałem z tobą porozmawiać. — zaczął niepewnie. — Sam. — podkreślił, widząc wodzące za nimi spojrzenia. 
Aksamitka uniosła zaciekawiona ogon. 
— Widzę, że masz już dzisiaj lepszy humor, Srokoszku. Bardzo chętnie się z tobą przejdę. — wyświergotała radośnie. — Tylko nie możesz mnie porwać na zbyt długo. — puściła mu oczko.
Srokosza nie przestawiało zadziwiać, jak całe potomstwo Wilczej Pogoni było do siebie podobne. Wyglądem, jak i zachowaniem. 
— Tak, tak, jasne. — wymamrotał niemrawo. 
Ruszyli wzdłuż skalnej półki kierującej ich na polane. Morska bryza muskała ich futra. Porywisty wicher strącał na kamienną ścianę. Wraz z wejściem na polanę wiatr uspokoił się. Słabe, lecz wciąż ciepłe promienie słońca. Kotka wyszła na prowadzenie. Oczarowana pięknem natury, kroczyła wśród gęstych traw. Korzystając z okazji, Srokosz zerwał rosnące po drodze stokrotki. 
— Idziesz, Srokoszku? — zawołała radośnie, odwracając się w jego stronę. 
Słońce okalające jej sylwetkę podkreślało każdy detal jej piękna. Muskające jej boki źdźbła traw wirowały lekko porwane przez delikatny wiatr. 
— Aksamitko, ja... — głos zamarł mu. 
Przełknął ciężko ślinę. Musiał się do tego zmusić. Musiał mieć to z głowy. Jeśli chciał mieć to z łba. Jeśli chciał własnego dobra. I Wilczego Zewu...
— Ja przepraszam. — wycedził ciężko, przesuwając stokrotki w jej stronę. — Byłem smutny, że... wolisz bawić się z Niedźwiedzią Siłą, a dla mnie nie masz czasu... — starał się kłamać, lecz prawda wkradała się pomiędzy jego słowa irytując niebieskiego. — Jest mi głupio... po prostu jestem... g-głuptasem... — niemal zakrztusił się przy ostatnim słowie. 


<Aksamitna Gwiazdko?>

20 czerwca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy

Obserwował ukradkiem szylkretkę. Czaszka prócz rodzeństwa nie miała zbyt wielu bliskich w Klanie Klifu. Czasem rozmawiała z Północnym Szlakiem, lecz nie zdawała się to głębszą znajomością. Nauczyła Kornikową Łapę, jedno z niepełnosprawnych kociąt Piegowatej Mordki. Nie wróżył najlepszej kariery wojownika trójłapnemu kocurkowi. Absurdem było dopuszczenie całej trójki do szkoleń. Lecz Grzybowa Gwiazda już dawno okazał się pozbawionym mózgu liderem. Kolejną klęską sprowadzoną na Klan Klifu. 
Czaszkowa Rozpadlina skręciła w Złote Kłosy. Był wczesny ranek. Słońce nie zdążyło jeszcze przejąć kontroli nad niebem. Uczniowie pewnie dopiero zbierali się do treningów ze swoimi mentorami. Poranny patrol zdążył już oznakować te tereny. Szedł powoli za kotką. Stąpał uważnie po jej śladach, starając się nie zostawić własnych. Morska bryza rozwiewała jego futro, podobnie, jak wprawiała kłosy zbóż w taniec. Wojowniczka zatrzymała się i odwróciła w jego stronę. Nie zdążył się schować. Wpatrywał się w kotkę podobnie, jak ona w niego. 
— Dlaczego mnie śledzisz? — proste pytanie padło z jej pyska. 
Srokosz wyprostował się, robiąc parę kroków w jej stronę. Lekko zaniepokojona szylkretka uniosła sierść na karku.
— Chciałem cię zaprosić na wspólne polowanie... czy coś. — zmyślał, nie udając nawet zakłopotania. — Od dłuższego czasu ja... eh... błądzę za tobą wzrokiem...
Futro kotki położyło się. Tajemnicza iskra zabłysła w jej ślepiach. 
— Ah tak...? — miauknęła sztywno — Zdawało mi się, że jesteś zainteresowany tylko Wilczym Zewem. Ciągle z nim przebywasz. Głównie z nim rozmawiasz. A teraz twierdzisz, że to mnie lubisz? 
Cętkowany podszedł bliżej kotki i usiadł niedaleko krawędzi klifu. Westchnął cicho, kątem oka obserwując szylkretkę. 
— Jestem... nieśmiały. — łgał, wpatrując się we własne łapy, które drżały z nerwów. — Wilczy Zew, on... udzielał mi porad miłosnych. Lepiej sobie radzi w rozmowach z kotkami...
Zainteresowana Czaszka podeszła do niego.
— Wydaje mi się, że znalazłeś sobie złego nauczyciela skoro zalecił ci śledzenie mnie. 
— Chciałem tylko porozmawiać we dwoje. — burknął Srokosz. 
— Jasne. Jeszcze się okaże, że wąchasz mi posłanie, jak nikt nie patrzy. — droczyła się z nim szylkretka, siadając. 
Niebieski trzepnął uchem. Rozmowa z Czaszką stawała się coraz bardziej irytująca. Szylkretka zdawała się nim zabawiać w najlepsze i wykorzystywać jego głupią rolę. 
— Przecież ci mówię, że to nie tak. — mruknął zjeżony, wstając. 
Wojowniczka zaśmiała się cicho. 
— Nie obrażaj się. 
Srokosz odwrócił się w jej stronę. Obserwował uderzenie serca wpatrzoną w niego w kotkę. Wrócił do niej. Brązowe ślepia spoglądały na niego. Nie był wstanie rozgryźć o czym myślała. Czy faktycznie wiedziała zbyt wiele. Czy to rozwiązanie faktycznie było słuszne. 
— Nie obraziłem się. — wymamrotał i popchnął kotkę. 
Mina wojowniczki diametralnie się zmieniła, gdy poczuła, że traci grunt pod łapami. Przerażenie wypełniło jej ślepia, a z pyska rozległ się stłumiony przez szum morza pisk. Nie minęło parę uderzeń serca a zniknęła wśród morskich fali. Srokosz cały drżący odsunął się od skalnej półki. Nerwowo kręcił ogonem po ziemi, wbijając piach w powietrze. Zrobił to.
Zabił ją. 
Poczuł, jak zrobiło mu się słabo. Szybkim ruchem skierował się Kaczego Bajorka. Byle jak najdalej od klifu. Nie potrafił myśleć o niczym innym. Niczym robot podążał ku celu, nie zbaczając na napotkane przeszkody. Przez co zdarzyło mu się wywrócić o wystające z ziemi kamienie. Nie musiało długo minąć aż wpadł na Wilczy Zew. Twardo uderzył o potężną sylwetkę wojownika. Oszołomiony spojrzał na niego. Kocur niezadowolony zacmokał na niego. 
— Nie możesz tak wrócić. Masz winę wypisaną na pysku. — stwierdził i jedna z długich łap wepchnęła niebieskiego do stawu. 
Wylądował miękko w brei, która niegdyś była cieczą. Obklejony nią i totalnie obrzydzony jęknął zirytowany. Pospiesznie wydostał się z bajorka, wpatrując się gniewnie w wojownika. 
— Oszalałeś? — warknął, czując jak ocieka breją ze wysuszonego stawu. 
Wilczy uśmiechnął się, patrząc na otrzepującego się z wody niebieskiego.
— I od razu lepiej. Trzymaj. — wręczył mu marną mysz. — Jak coś we dwoje byliśmy na polowaniu koło Pogorzeliska. Czekaj.
Srokosz zatrzymał się i spojrzał na kocura. Łapa łysego powędrowała w stronę jego pyska. Poczuł nieprzyjemny skręt w żołądku, lecz czekał. Obserwując wojownika uważnie. Coś zostało strącone z jego łba.
— Upolowałeś glona. — oznajmił kocur, po czym uśmiechnął się widząc minę cętkowanego. — Chyba nie liczyłeś na coś innego.
Niebieski zjeżył się. 
— Absolutnie nie. — burknął szybko, odchodząc od kocura. — Miałeś przestać się ze mną droczyć. 
Wilczy zaśmiał się i dogonił go. 
— Jakbym móc przestać, kiedy tak uroczo się denerwujesz. 

18 czerwca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy

Wracali z wspólnego polowania. Jego krok nieco chwiejny. Znużone ślepia wpatrywały się w łyse łapy. Był inny niż zwykle. Cichy i mizerny. Srokosz zmarszczył nos. Nie żeby martwił się o kocura, lecz zdecydowanie coś było tu nie tak. 
— Powinieneś się wybrać do medyka. — burknął w końcu, patrząc jak łysy tępo wpatruje się w suchą trawę. 
Wilczy uśmiechnął się słabo. 
— Martwisz się o mnie, jak miło. — jego głos ociekał ironią. 
Srokosz wywrócił ślepiami. Mógł się spodziewać takiej reakcji. Chciał zaprzeczyć, lecz uznał w końcu to za zbędne. 
— No to może idź do medyka. — mruknął niebieski. — Nie wiem po co tyle zwlekasz. 
Szylkret zrobił krok w stronę wejścia do jaskini. Mrok i chłód otulił ich zgrzanego od słońca ciała. Grota znajdująca się za wodospadem była naprawdę zbawieniem w takie dni. Szkoda, że w pozostałe pory roku była dość upierdliwa. 
— Jestem dość... zajęty. — odparł wojownik, zatrzymując się, by spojrzeć na towarzysza. 
Niebieski westchnął zmęczony tym. 
— Aż tak? Przesadzasz. — syknął Srokosz. — Idź teraz. 
Wilczy przejechał swoim ogonem po grzbiecie cętkowanego, sprawiając, że ten zjeżony spojrzał pytająco na towarzysza. Chyba było mu już lepiej, skoro miał siłę znów mu dokuczać. 
— To mnie zaprowadź. — mruknął uwodzicielsko.
— Zamknij się i chodź już. — burknął naburmuszony Srokosz, zmierzając w stronę legowiska medyków. 
Wojownik podążył za nim już nic nie mówiąc. Niebieski zatrzymał się zdzwiony przed celem ich podróży. Nie byli jedyni oczekujący pomocy od Morskiego Oka. Wokół legowiska rozsypane były schorowane koty, które najwidoczniej nie mieściły się już w środku. 
— Też pewnie się przegrzałeś, co? — zawołała do Wilczego Zewu Wilcza Pogoń. — Mówiłam ci, że nie możesz zbyt długo przybywać na słońcu. 
Szylkret jedynie wymamrotał coś pod nosem, olewając matkę. Srokosz był zdziwionym tym zachowaniem. Ich rodzina zawsze szczyciła się tym, jak bardzo są blisko i jak strasznie się kochają. 
— Bycie chorym nie upoważnia cię do bycia dupkiem. — syknął cicho niebieski. 
Wilczy zjeżył ogon. 
— I kto to mówi. — prychnął, uciekając wzrokiem gdzieś przed siebie. 
Srokosz chciał się odgryźć, lecz wpadła na niego jedna z medyczek. 
— Mógłbyś się przesunąć? — zapytała Czereśniowa Gałązka, kulejąc na przednią łapę. — Muszę iść szybko po świeży mech zanim Kruczy Zmierzch zarzyga pół legowiska. — dodała pospiesznie. 
Kocury odsunęły się, robiąc ścieżkę młodszej medyczce. Koło wejścia na mchu leżeli Jelenia Cętka, Czaszkowa Rozpadlina i Koperkowe Wzgórze z owiniętymi pajęczynami kończynami. Dziwny był widok trójki wojowników z tak podobnym urazem. Razem skalali z klifów? Srokosz wolał nie wnikać. 
— W czym wam mogę pomóc? — zapytała zmęczona Morskie Oko, podchodząc do kocurów.
Wilczy niechętnie zerknął na kotkę. 
— Czasem tracę przytomność. — mruknął niemrawo, ignorując reakcję niebieskiego. 
Już pomijając fakt, że mógł zemdleć i spaść z klifu, cętkowany nie wierzył, że ten tak długo zwlekał z udaniem się do medyka. Poczuł przypływ złości i trzepnął ogonem. Wilczy Zew zdawał się nie być skończonym debilem, a jednak pozory myliły. 
— Jak długo zamierzałeś z tym zwlekać? — prychnął cicho Srokosz. 
Wilczy przewrócił oczami, otulając się ogonem. 
— Miałem swoje powody, ok?
— Niby co? Tak ci się spieszy do śmierci? Chcesz mnie zostawić z tym wszystkim sam?
Szylkret trzepnął uchem.
— Cicho. — mruknął jedynie wojownik. — Nie jesteśmy tu sami. — wskazał wzrokiem na wpatrującą się w nich szylkretkę. 
Czaszkowa Rozpadlina uciekła spojrzeniem gdzieś dalej, udając, że wcale nie podsłuchiwała. Srokosz poczuł, jak nogi mu miękną. 
— Ile wie? — szepnął, zerkając na kotkę. 
— Nie wiem. Może nic, może za dużo. Nie możemy ryzykować. — odparł Wilczy, kładąc uszy. — Wiesz co mam na myśli. 
Srokosz spuścił wzrok. Nie sądził, że będą się posuwać aż tak daleko. Nerwowo rozejrzał się wokół. Jedynie Srebrna Sadź dyszała ciężko niedaleko ich. 
— Załatwię to jutro. — mruknął cicho nim zdążyła do nich podejść Morskie Oko z ziołami. 
Kęp z roślinami została położona obok ich łap.
— Proszę. Najlepiej dziś już nie wychodź na słońce, dobrze? Odpocznij u siebie w legowisku. Tutaj niestety nie mamy już miejsca, a jeszcze Czereśniową Gałązkę muszę opatrzeć. Bidulka wdepnęła w jakiś zbłąkany w mchu cierń — żaliła się medyczka. 





wyleczeni: wilczy zew, wilcza pogoń, koperkowe wzgórze, czaszkowa rozpadlina, jelenia cętka, czereśniowa gałązka, kruczy zmierzch, srebrna sadź

07 czerwca 2023

Od Srokoszowej Wzgardy CD. Kwiecistej Łapy

Nie zdążył zauważyć momentu kiedy zafajdańce Aksamitki i Miśka wypełzły z kociarni. Doszło to do niego dopiero w dniu, w którym mniejsza wersja Aksamitnej Chmurki próbowała na jego oczach wymknąć się samodzielnie z obozowiska. Do tej pory nie sądził, że inteligencja jest sprawą dziedziczną, jednak bachory pointki okazały się tak samo idiotyczne jak ona. Z pogardą obserwował jeszcze uderzenie serca szylkretke, by następnie udać się na polowanie. Miał spotkać się z Wilczym Zewem w trakcie szczytowania słońca, więc nie chciał uwikłać się w niepotrzebne sprawy towarzyskie. Już ostatnio Pluskająca Krewetka po odejściu jego brata zaczęła do niego mówić, co wystarczająco go obrzydzało. 
Nie było mu dane odejść zbyt daleko, gdyż po niedługim czasie usłyszał głos siostry. Jakby mógł to by przyspieszył, ale istniało ryzyko, że kotka podąży za nim. 
— Czego? — burknął cicho do kotki, która nie była sama.
Ciągnęła ze sobą tego srajka od Miśka. Srokosz przewrócił ślepiami, słysząc prośbę o pomoc w treningu.
— Nie, nie mam zamiaru. Nie chce. — syknął samolubnie, tupiąc nerwowo łapą.
Ostatnią rzeczą, jaką pragnął na świecie było spędzanie czasu z młodymi Aksamitki. Które jeszcze tak ją przypominały. 
— Przecież Wilczy Zew ci nigdzie nie ucieknie! — jęczała Biała Zamieć. 
Srokosz trzepnął ogonem. 
— Zamknij się. Wcale nie idę się z nim spotkać. — prychnął na nią, odsuwając się od niej. 
Kotka podeszła do kocura bliżej, zupełnie jakby miała gdzieś jego słowa.
— Czyli możesz mi pomóc. — jej głos przybrał na powadze. — Nie proszę cię zbyt często o coś. Możesz raz się poświęcić. — zganiła go. 
Niebieski zjeżył się. 
— W dupie mam twój trening. — warknął, szykując się do odejścia. 
Wojowniczka miała jednak inne plany. Złapała go za ogon i ugryzła brata z całej siły. 
— Pogrzało cię, głupia?! — wydarł się na nią.
— Masz mi pomóc i nie mam zamiaru słuchać twoich durnych wymówek. Jesteśmy rodzeństwem, musimy sobie pomagać. — opieprzyła go, zdzielając łapą po łbie. — Kwiecista Łapa musi potrenować walkę, a jesteś w niej lepszy ode mnie. Więc schowaj pazury i pokaż na co cię stać.
Niebieski przeniósł spojrzenie na szylkretową istotę wodzącą wzrokiem po owadach. Niewinną i idiotyczną jak matka. Zdawała się nawet nie słyszeć o czym rozmawiali. Równie dobrze mogli ją właśnie obrażać.
— Niech będzie, idziemy. — mruknął w końcu, prostując dumnie ogon.
Los zsyłał mu pod łapy okazję do uszkodzenia ukochanej córeczki Miśka i Aksamitki. Nie śmiał mu odmówić. Czuł, że musi o tym powiedzieć Wilczemu Zewowi. Przytrafiła im się wyjątkowa okazja i żalem było z niej nie skorzystać. 
— Może być tutaj. — stwierdziła Biała Zamieć, zatrzymując się na polanie.
Sucha trawa unosiła się w powietrze z każdym mocniejszym krokiem. Podobnie jak pyłki kwiatów. Szybko dorwały wojowniczkę. Kotka zaczęła kichać coraz intensywniej z każdym uderzeniem serca. Wykończona i zasmarkana zaczęła iść w stronę ścieżki, którą przyszli. 
— Poczekam na was trochę dalej. — miauknęła, tłumiąc w sobie odruch kichnięcia i zeszła w dół klifu. 
Został sam. Z małym zadosrajkiem Aksamitki. Fuknął gniewnie, spoglądając na kocię z wyższością.
— Czego się gapisz?

<Kwiecista?>

Od Srokoszowej Wzgardy CD. Niedźwiedziej Siły

Zdziwiła go propozycja burego. Zmrużył ślepia podejrzliwie. Nie wiedział, czy dogryzała mu samotność, czy chciał go wykorzystać do pogodzenia się z Aksamitką. Na co Srokosz nie miał zamiaru się zgadzać. Uniósł dumnie kitę do góry. 
— Możemy się przejść. — mruknął w końcu, czując na sobie wzrok wojownika. 
W milczeniu ruszyli w stronę wyjścia z obozowiska. Porywisty wiatr targał futra kocurów, gdy wchodzili na górę klifu. Mieszkanie w jaskini miało według Srokosza więcej minusów niż plusów. Wilgoć, ziąb i niemożność dojrzenia wroga z obozowiska utwierdzała go w przekonaniu, że Klifiacy mieli puste kamienie zamiast łbów. Doszli do niewielkiego lasu rozciągającego się na zboczu klifu. 
— Zdajesz się zmęczony. — stwierdził niebieski, wodząc spojrzeniem po burym futrze. 
Aż tak dobiło go odrzucenie Aksamitki? Srokosz zmarszczył nos. Bury zdawał się pozbawiony emocji. Niczym kamienny głaz. Zimny i pusty w środku. Myśl, że tak naprawdę rozpacza za szylkretką zdawała się dziwna, lecz nie znał kocura. Niedźwiedzia Siła mógł go jeszcze zaskoczyć. Dlatego też nie spuszczał z niego spojrzenia. Bury wydał z siebie pomruk.
— Mam dużo na głowie. — odpowiedział w końcu. 
Srokosz uniósł brew. Bawienie się w pieska Lamparciej Gwiazdy było aż tak wyczerpujące? A może plotki o dzikim romansie kocurów, które szerzyły się po klanie były jednak prawdziwe.
— Aksamitna Chmura dała ci spokój, nie cieszysz się? — mruknął, jakby od niechcenia bacznie obserwując kocura.
Bury trzepnął uchem. Rozejrzał się po lesie aż spojrzał na niebieskiego.
— Coś sobie ubzdurała i nie mogę przemówić jej do rozsądku. — odparł Niedźwiedzia Siła. — Czekam aż sama będzie gotowa porozmawiać. 
Srokosz zmrużył ślepia, idąc parę kroków do przodu. Nie wiedział za bardzo jaką minę miał teraz, a wolałby bury nie wiedział o nim zbyt wiele. 
— Dobry pomysł. — mruknął w końcu do kocura. — Z daniem jej czasu. Jeszcze to zaginięcie jej brata. Bardzo to przeżywa, przyda się jej przestrzeń. — dodał, odwracając się w stronę wojownika.
Bury utknął na nim wzrokiem na uderzenie serca.
— Nie obchodzi mnie to. — stwierdził Niedźwiedzia Siła i ruszył dalej nie zważając już na Srokosza.
Niebieski obserwował oddalającego się wojownika. Czuł, jak łapy mu drżały z ekscytacji.
Gdyby tylko Aksamitna Chmurka mogła to usłyszeć. 

* * *

Nie mógł znieść widoku godzącej się dwójki wojowników. Później tej sielankowej atmosfery miłości jaką rozrzucali wokół siebie, starając się na każdym kroku podkreślić, jak bardzo się kochają i jak wielka jest ich miłość. Do Srokosza wpadały czasem, zupełnie przypadkowo, fragmenty ich rozmów. O wspólnych posiłkach z samotnikami, kłótnie i inne bohomazy. Na domiar złego wojowniczka została zastępczynią, bo Grzybowej Gwieździe najwidoczniej zależało jedynie na rozpierdoleniu Klanu Klifu do końca, wybierając tą słodką idiotkę na swojego następcę. Szczytem tego wszystkiego była wieść, która rozeszła się po Klanie Klifu szybciej niż plotka o niedoszłym romansie Miśka z Lampartem. Aksamitna Chmurka była w ciąży. Irytacja niebieskiego wchodziła na nowe niepoznane poziomy, gdy tylko słyszał o kolejnych poczynaniach tej pary. Z każdym księżycem nie przestawali go zadziwiać. Niedźwiedzia Siła skończył w kociarni z młodymi, gdy Aksamitka pełniła dalej powierzoną jej funkcję. Srokosz potrafił wymienić co najmniej pięciu lepszych wojowników do objęcia pozycji zastępcy, lecz nie zamierzał w to integrować. Jeśli Klifiacy chcieli własnego upadku zamierzał się temu jedynie przyglądać w rozbawieniu. 
Bura sylwetka napatoczyła, a bardziej stanęła swym ogromem, mu na drodze sprawiając, że zmarszczył brwi. Nie rozmawiali od tamtego dnia. Nie mieli powodów. Teraz tym bardziej. Srokosz sprawnie wyminął większego kocura, by zniknąć w odmętach mroku obozowiska, gdy do łba wpadła mu myśl. A bardziej przyjemna informacja, którą pewnego dnia ktoś się z nim podzielił. Odwrócił się w stronę już odchodzącego kocura. 
— Niedźwiedzia Siło? — zawołał cicho kocura. 
Ten zwrócił się w jego stronę. Brązowe ślepia, jak zwykle przepełnione pustką spoglądały na niego uważnie.
— Nie czujesz się czasem zbrukany? — zapytał, robiąc krok w stronę wojownika.

<Misiek?>