BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolczasta Skóra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolczasta Skóra. Pokaż wszystkie posty

09 lutego 2021

Od Kolczastej Skóry cd. Potrójnego Kroku

Wniósł jedną brew zdziwiony zachowaniem medyka. Bawi się w berka czy co? Na wszelki wypadek zaczął też biec. Nie mógł udawać już, że nie czuje tego smrodu, obrócił głowę nastroszył futro na widok psa i zaczął biec szybciej. Cicho zaklął pod nosem. Zdecydowanie wolałby zabawę w berka niż wyścig na śmierć i życie z żądnym krwi psem. 
- Gdy będzie jakieś wysokie drzewo wskoczymy na nie! - krzyknął biorąc głęboki oddechy, w odpowiedzi dostał kiwnięcie głową oraz przyśpieszenie biegu przez Trójkę. Rozejrzał się po terenie za swoimi plecami słyszał szczekanie tego cholernego potwora. Kilkanaście lisich ogonów dalej ujrzał drzewo, było niczym dar od Klanu Gwiazdy, niczym strumyczek wody zdatnej do wypicia w upalne dni, niczym... - przerwał swoje myślenie gdyż poczuł na plecach ciepły i wilgotny oddech psa. 
- SZYBCIEJ! - syknął przestraszony zielonooki upuszczając zioła na ziemię, ku zdziwieniu syna Dzierzby Kocur zignorowałem ten przykry fakt nawet na to nie narzekając. Zapewne później po nie wrócą. Jakimś szalonym cudem starszy Kocur wyprzedził drugiego. Kiwnął głową i wykonałem polecenie trójłapekego. Niedługo, dosłownie chwilę potem obojga (chyba) nieranni byli już na drzewie warcząc na psa oraz biorąc szybkie oddechy.
- Zaraz sobie pójdzie... - mruknął Kolczasta Skóra jeszcze bardziej wbijając zestresowany pazury w drzewo. - A przynajmniej powinien. - spojrzał się marszcząc brwi na dawnego mentora Fasolki z wyrzutami. Zbliżył się do medyka nieznacznie nachylając się nad nim i uniósł przednią łapę. - Ugh... Gdyby nie to twoje zbieranie głupich ziółek nic takiego by się nie stało, spróchniała gnido! - krzyknął zirytowany, w brązowych oczach wręcz lśniła złość.
Liliowy zaśmiał się z pogardą.
- No aha, aha. Gdyby nie te twoje ''głupie'' ziółka najprawdopodobniej już dawno byś nie żył, albo i nawet się nie urodził! - wycedził oburzony przezwiskiem roślin i siebie Wilczak, obracając się w przeciwną stronę co wojownik. - I sam jesteś spróchniałą gnidą! - odparł na chwilę przekręcając się, a po krótkim uderzeniu serca wrócił do pozycji, w której był przedtem.
- Już więcej razy nie zniżę się do tego poziomu... - warknął cicho pod nosem zezłoszczony. Zdołał usłyszeć również ciche marudzenie z pyska Potrójnego Kroku, a raczej Dziada. - Na Klan Gwiazdy! On mnie bardziej wnerwia niż pchły na moim ogonie.
Na niebie powoli już zachodził księżyc, a szczekanie psa ucichło dobre kilkanaście chwil temu mimo tego dwojga osobników już dawno zdołało przysnąć nawet tego nie zauważając. Wydawało się, że mogli już spokojnie i bezpieczne wrócić do obozu. 

<Potrójny Krok? Trochę poczekałaś na ten odpis (od listopada ;-;), przepraszam>

15 stycznia 2021

Od Kolczatej Skóry cd. Skrzącej Łapy (Skrzącej Nadziei)

Podniósł się ze śniegu. Podszedł do Skierki całej upapranej ziemnym puchem, sam miał go nawet w nosie i innych zakamarkach ciała. Zaczął ją wylizywać z zamarzniętej wody, widział, jak drży z zimna, w końcu później zajmie się sobą. Ostatni raz przetarł plecy kotki ze śniegu i po chwili pogłaskał ją lekko po czerwonym z zimna policzku.
- Niedługo twoje mianowanie. - rzekł chłodnym głosem pełnym żalu. - Nie będzie już ze mną wspólnych treningów... Dorosłaś, będzie z ciebie naprawdę dobra wojowniczka.
Kotka zarumieniła się jeszcze bardziej na te słowa. Otarła lapą oko, czując, jak pchają mu się łzy do czekoladowych ślepi. Był tak bardzo z niej dumny.
Miałem nie płakać, nie będę płakać. - powtarzał sobie w myślach. - Nach, nie będę, nie rozkleję się. Nie jestem wrażliwy, nie jestem!
- T-ty... Płaczesz? - miauknęła zaniepokojona Skrząca Łapa. - Przeze mnie?
- Przez ciebie, skąd? Wpadło mi tylko chyba coś do oka.
- Może chodźmy do medyka?
- Nie, nie. Nic mi już nie jest. - odpowiedział, uspokajając młodszą. - Może skorzystajmy z tego, że jesteś jeszcze uczennicą? - dodał i rzucił, białą kuleczką śniegu w kotkę uśmiechając się od ucha do ucha.
I tak obydwa koty bawiły się do czasu kiedy lapy im okropnie zmarzły, a z ich brzuchów wydobywało się burczenie, co oznaczało, że to najlepszy czas, by wyruszyć razem na polowanie. Tak właśnie zrobili.
***
Następny poranny patrol z żółtooką, z którego niezwykle się ciszył. Dni szybko mijały, niektóre wydawały się nawet dość podobne do siebie, aż w końcu Skrząca Łapa, znaczy, teraz Skrząca Nadzieja została wojowniczką. Kolczastą Skórę dalej rozpierała duma i nie raz żałował, że to koniec wspólnej nauki. Aktualnie nie miał żadnej uczennicy, więc dostawał inne obowiązki.
Starał się każdą wolną chwilę i te zajęte spędzać razem ze swoją dawną uczennicą. Przynosiło to mu niezwykłą radość, było mu ciepło na sercu, gdy tylko myślał o choćby wspólnym polowaniu czy porannym spacerze dla rozprostowania łap. Miał wrażenie, że nie tylko mu to polepszało humor, byli przyjaciółmi. Czasami nawet czuł małą zazdrość, jak ktoś inny spędzał z liliową czas. To było, prawdę mówiąc, dziwne...
Martwiło go jednak, pomimo wszystkiego wydawało mu się jednak, że jest smutna, może to on miał jakieś dziwne shizy, ale wyraźniej widział, że coś musiało być nie tak. Jak tylko się pytał, czy wszystko gra, ta od razu zmieniała temat, trochę go to irytowało. Martwił się o nią po prostu, skoro ona ma problem to on też. Tak działa przyjaźń, co nie? A on nie znał kłopotu, którego posiada, więc jak miał go rozwiązać? Ciągle myślał, co to może być, nie mniej jednak dochodził ciągle do tego samego, czyli do niczego.
Odrzucił głowę w bok i wszystkie te nieprzyjemne myśli. Zaczerpnął dawkę świeżego powietrza. Wiosna. Jego ulubiona pora roku, mogli się wtedy cieszyć powodzeniem w polowaniach, a do ich nosa dostawał się jeden z najpiękniejszych zapachów tutejszych młodych kwiatów. Rozejrzał się po terenie, patrząc czy jacyś nieproszeni goście nie przekroczyli świętej granicy. Jego uwagę skupiły nieporównanie piękne prawie do niczego krzaki dzikich róż. Zerwał jedną z myślą o tym, że takową mogłaby nosić z niezwykłym wdziękiem Skrząca Nadzieja. No, bo co mogłoby być cudowniejsze i słodsze niż córka Leśnego Świtu z różą w swoim liliowym futerku?
Szybkim susem pojawił się koło przyjaciółki i wpiął jej ten przepiękny dar natury, za ucho uśmiechając się z przy tym.
- Jesteś cudowna. - oznajmił, po kilku szybkich uderzeniach serca rumieniąc się.

<Skierko? ❤>

11 grudnia 2020

Od Kolczastej Skóry

Znów czułem ten uporczywy żal, tę bezsilność. Taką samą jak wtedy kiedy dowiedziałem się, że moja matka nigdy już nie wróci do niego, taką sama, kiedy zmarł mój dziadek, taką samą jak się okazało, że Wawrzynek nie żyje. A teraz... Straciłem kolejną bliską osobę, kolejnego brata.
Nie wiedziałem, czemu Szczurek zabił, co mu przyszło do głowy? M-może, gdyby byłbym lepszym bratem nigdy, by do tego nie doszło? Może gdybym go częściej odwiedził taka tragedia, by się nie stała?
Pierwszy raz byłem taki wściekły na siebie.
- J-jak mogłem do tego dopuścić? - wyszeptałem do siebie, cały drżąc.
Moje łapy w końcu same z siebie ruszyły, zabierając mnie w miejsce, gdzie kiedyś uderzyłem się w głowę i schował się pod wielkim konarem drzewa. Teraz byłem nieco za duży, by to zrobić, dlatego usiadłem pod drzewem, gorzko płacząc. Byłem sam. Tym razem nikt mnie nie widział. Czułem się jeszcze bardziej zezłoszczony, że pozwolił sobie na bezsilność i uronienie chociaż jednej łzy, jednak one same płynęły. Nie potrafiłem ich nawet powstrzymać.
Uświadomiłem sobie fakt, że teraz tak bardzo pragnę uścisku ich wszystkich... Krewnych, tych, których będąc tutaj — na ziemi nie mogę dotknąć. Przedtem tego nigdy tak bardzo nie potrzebowałem. Teraz czułem się taki słaby i bezbronny. Taki słaby i bezbronny... Jak nigdy. Jakbym stracił futro, zęby, kończyny i pazury. To tak mnie bardzo frustrowało, śmierć bliskich go frustrowała, ta bezsilność. I to ciągłe zmartwienie kto jeszcze może zginąć.
Spojrzałem się na chłodne ciemne niebo. Miałem ochotę wydrzeć się na Gwiezdnych, jednak tego nie zrobiłem. Miałem nadzieję, że byli w tych sprawach tak samo bezsilni, jak ja, bo tak to bym ich znienawidził...
Zacząłem się bardziej przysłuchiwać otoczeniu. Najpierw myślałem, że te wszystkie dźwięki to tylko mój płacz i wyobraźni, jednak teraz.... Wiedziałem, że to nie ja. Byłem tego pewny na sto procent. Wstałem, ocierając łzy. Nastroszyłem się i nieśmiało wysunąłem pazury.
- Jest tu ktoś? - krzyknąłem troszeczkę przestraszony, bardzo nie lubiłem, gdy ktoś za mną łaził, a ja nie miałem o tym pojęcia. A co jeśli ktoś zobaczył, jak płaczę? To nie byłoby fajne. A co jeśli to jakieś dzikie zwierzę?
Zacząłem węszyć, ten zapach... Taki trochę znajomy... Chyba nawet podobny do mojego. Dalej nic mi do głowy nie przychodziło. Może miałem, więcej krewnym niż myślałem? Coś się na mnie rzuciło, wbijając swoje szpony w moją szyję. Prychnąłem, odrzucając istotę do siebie. Kot uderzył o drzewo i odskoczył, znów rzucając się do ataku z podwójną siłą. Dopiero gdy się do mnie zbliżył, rozpoznałem go. Czas jakby stanął. Te oczy... A właściwie tylko jedno oko, pomarańczowe z czerwoną, drugie jaśniejsze. Widziałem w nich tylko bezduszną pustkę, jak oczy jakiejś lalki. Psychopatyczny uśmiech, ale dalej widać, że zachowywał zimną krew. Nie umiałem nic siebie wykrztusić. Nie miałem zamiaru nazywać go swoim ojcem. Nie miał nic na uniewinnienie tego, że jego kocięta wychowały się bez ojca i... I matki. Czułem, jak burzyło się we mnie uczucie złości. Opuścił nas — mnie, Dzierzbę, Szczurka i Wawrzynka. Zacisnąłem mocno zęby. Nie miało, to dla mnie znaczenia kim jest i jakie są jego więzy krwi ze mną, chciałem go rozszarpać.
Ponownie zaśmiał się psychicznie.
- T-ty... - wyjąkałem wściekły, machając z wysuniętymi pazurami jak szalony.
Kocur ponownie nienormalnie zachichotał, łapiąc mnie zębami za szyję i przyciskając mocno do ziemi. To koniec. Jak mogłem dać się złapać w to miejsce...?! Jak?! Rwałem się wściekły, próbując się wydostać. Czułem, jak jego ostre zęby wbijają się powoli w moje gardło, jakby chciały mi przebić tętnicę. Kocur chyba urządził sobie na moich plecach istne rodeo. Z całą siłą odbiłem się od podłoża, powalając Pomurnika na ziemię, łapiąc głębokie, szybkie oddechy. Teraz to może ja będę miał przewagę?
Rzuciłem się na niego z lewą łapą wysuniętą w przód, odepchnął mnie, wykręcając mi łapę. Zawyłem głośno. Odruchowo złapałem się za nią.
Nie możliwe... Przewidział mój ruch! Jego prawe oko spoczęło na mnie, przyglądając się mi się. Ten psychol dalej się śmiał. Wyglądał na niezwykle usatysfakcjonowanego moim bólem. Próbowałem się podnieść, ale ciężko tak z trzema łapami. Wiedziałem, że przeciwnik w każdej chwili może to wykorzystać i się na mnie ponownie rzucić. Miałem pewien pomysł. Przylgnąłem bardziej do podłoża, wyglądem przypominając bardzo zmęczonego wysiłkiem. Oto teraz zacznie się prawdziwy teatr.
- Ohhh...! B-błagam zostaw mnie! - zawyłem, udając sztuczny płacz. - Błagam...! B-błagam! Tak bardzo boli mnie łapa...
- Przywitaj. Się. Ze. Śmiercią. - rzekł z pustym uśmieszkiem na ohydnej twarzy.
- Nieee! Proszę! Tatooo!!! Czemu chcesz mnie zabić? Nie kochasz mnie?
- Phi...! Normalnie jak jakiś głupi kociak. Co za idiota. Nie i jak dla mnie bez różnicy czy dalej żyjesz, czy nie. - mruknął odstrzał pazury o drzewo. - Ale... Wiesz... Widok krwi... I piski zdychającej istoty są takie... Ekscytujące, podniecające. A tu zdarzyła się taka okazja...
Co za psychol. - pomyślałem.
- Jak to?! A moją mamę kochałeś? - miauczałem dalej jakieś bzdety, które mogłyby łatwo go zmylić. - Aaauuu... Jak boli, jak boli mnie łapaaa. Umrę!
- Nie, ale możesz ją ode mnie pozdrowić. - oznajmił, ostatni raz przejeżdżając pazurem po drzewie.
Spiąłem wszystkie mięśnie gotowy na odrzucenie starszego w tył wprost na gałąź. Skupiłem się a tej jednej cholernie ważnej rzeczy. Zapomniałem o wszystkim innym. Słyszałem ciche i szybkie bicie mojego serca.
Nim samotnik zdołał się zorientować, co się dzieje, popchnąłem go na gałąź wystającą z ziemi. Przebiła jego brzuch. Wydał z siebie cichy jęk. Moje oczy ujrzały falę krwi, a nos poczuł ten słynny metaliczny zapach. Nie żył. Nareszcie. Czułem, jak szybko bije mi serce, a jego łaby drżą. Zabiłem kota. Jednak on był zły.
- Widzisz... Liczy się tylko ten, kto będzie się śmiać ostatni. - wyjąkałem i naplułem na ciało, które już przestało się ruszać.
Wziąłem duży wdech. Miałem nadzieje, że uśmiercenie jego było dobrą decyzją. Jednak bardziej bałem się tego, co powiedzą na to koty. Najbardziej lękałem, że Skierka, by się mnie bała, jeśli dowiedziałaby się tego, co zrobiłem.
***
Postanowiłem powiedzieć o tym Iglastej Gwieździe, jeżeli w ogóle, by go to obchodziło. Nie chciałem, by na porannym spacerku po swoim terenach napotkał przebitego na gałęzi zdechlaka i byłby zdziwiony widokiem takiego czegoś.
Chrząknąłem, a później odważyłem się wypowiedzieć jego imię.
- Iglasta Gwiazd, jesteś zajęty? - zapytałem się.
Odwrócił się w moją stronę, mierząc mnie wzrokiem, kończąc powoli konsumpcję szarej myszy. Postanowiłem się ukłonić, żeby oddać szacunek liderowi, po chwili stwierdziłem, że liliowy może być zajęty.
- A-a... To kiedy indziej przyj-
- Gadaj, co nabroiłeś. - mruknął, nie spodziewając się po mojej minie niczego najprawdopodobniej dobrego.
- No wiesz... Bo dzisiaj rano napotkałem pewnego samotnika, który mnie zaatakował i chciał mnie zabić, ale ja zabiłem go. - rzekłem, nie umiejąc to ubrać w jakieś lepiej brzmiące słowa.

<Iglasta Gwiazdo?>

09 grudnia 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Skrzącej Łapy

- Szczerze mówiąc — nie wiem, ale chyba niedługo. Pierzasta Mordka na pewno bardzo dobrze ją szkoli. - uśmiechnął się, oplatając swoją uczennicę liliowym ogonem. Po chwili zmierzył ją wzrokiem i spojrzał się na nią podejrzliwie. Pomimo to dalej nie umiał uwierzyć kotce, że ''wszystko jest ok'', czuł, że nie jest taka wesoła. Liznął ją za uchem pocieszająco, nie do końca wiedział, czy to jakoś podnosi na duchu, ale pamiętał, że Dzierzba tak mu robiła, kiedy widziała, że jest smutny. Przez cały czas czuł uczucie troski i strachu, że mógłby kiedyś ją stracić, pomimo faktu, że była dla niego tylko uczennicą. Jednak wiedział, że to silniejsza więź niż tylko mentor i adeptka. Była jego przyjaciółką, jeśli trzeba, byłoby wskoczyłby za nią w ogień. – Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek cię skrzywdzi, powiedzmy mi, to natychmiast. – miauknął poważnie. – Powyrywam mu wszystkie kłaki. – dodał niechcący na głos. - Będzie wtedy przypominać trochę mojego dziadka, tylko on nie był cały łysy.
Koteczka wzdrygnęła się.
- Powyrywałeś swojemu dziadkowi futro? – szepnęła przestraszona, wytrzeszczając żółte oczka.
- Nie. – zaśmiał się. – Bardzo kochałem mojego dziadka i dalej kocham. Wiesz… Wilcze Serce zaopiekował się mną, Wawrzynkiem oraz Szczurkiem, kiedy moja mama umarła, a mój ojciec nas zostawił. Na pewno teraz patrzy na nas. - spojrzał się w górę. - Razem z moją matką i na pewno też z twoimi rodzicami.
Pokiwała głową uspokojona odpowiedzią.
***
Pożar, który wybuch jeszcze księżyców na terenach Klanu burzy temu siał niezły popłoch. W końcu mieliśmy wspólną granicę. Zginęły dwie osoby. Gorzej jednak było z ulewami, ziemia po pożarze sobie najwyraźniej nie radził z taką dużą ilością wody. Ze strumyka wprost się wylewała. Uważała, że Iglasta Gwiazda powinien zaostrzyć wszelkie sierotki bezpieczeństwa i zakazać tam chodzić, kiedy pada deszcz. Komuś mogłaby się stać krzywda! Chciał zwrócić liliowemu na to uwagę, jednak to nie on był zastępcą. Może powie swojemu wujkowi o tym? To też był dobry plan.
- Skierko. – zwrócił się do kotki pewnego ulewnego dnia. – Nie zbliżaj się do strumyka beze mnie, zwłaszcza kiedy pada deszcz, proszę. Przynajmniej na ten czas.
Tak strasznie się bał, że mogłaby utonąć. Nie umiał sobie wyobrazić nawet życia bez młodszej. Zawsze winiłby się za jej śmierć, jeśli w ogóle by przeżył choć jeden dzień bez niej. Codziennie modlił się do Klanu Gwiazdy, by nikomu przez te ulewy nie stała się krzywda, zwłaszcza jego bliskim.

<Skrząca Łapo? <33>

06 grudnia 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Wróblowego Serca

Właśnie szedł pogratulować swojemu bliskiemu nowej rangi. Nie mógł ukrywać tego, że był dumny z Wróblowego Serca. Dalej gdzieś w nim tliły się jakieś resztki zazdrości, ale zdołał nad nimi zapanować. W końcu ujrzał burą sylwetkę Kocura, kilkanaście lisich ogonów dalej. Uśmiechnął się i zaczął iść szybciej, aż w końcu marsz przemienił się w szybki bieg. Dotarł do celu. Najwyraźniej zastępca dalej go nie zauważył, ponieważ wciąż przyglądał się myszy gotowy do skoku na nią w każdej chwili. Musiał być naprawdę bardzo skupiony na polowaniu. Postanowił nie przeszkadzać i zachowywać się cicho. Wycofując się w tył, niezgrabnie złamał tylną łapą gałąź. Mysz uciekła przestraszona, a niebieskooki podskoczył i obrócił się za siebie.
- Ups... - jęknął zakłopotany. - Bardzo przepraszam cię, Wróbelku. Nie chciałem.
- Nie szkodzi. - miauknął.
- Mogę postarać się ci to jakoś wynagrodzić, na przykład upolować dla ciebie inną mysz. - rzekł trochę zestresowany sytuacją. Spuścił uszy zły na siebie.
- Nie musisz, możemy za to razem udać się na wspólne polowanie. - oznajmił z entuzjazmem syn Wilczego Serca.
Poczuł na swoim futrze krople deszczu. Skrzywił się. Znowu składa się na poważną ulewę. Najpierw upały, pożar, a teraz tyle wody. Podniósł pysk do góry. Mógł to przewidzieć, szare chmury w końcu nigdy nie zwiastują pięknej pogody. Dopiero teraz sobie przypomniał, że ze strumyka woda naprawdę się wylewa. Powinien zadbać o bezpieczeństwo innych, co jeśli ktoś tam się teraz znajduję? Nawet jeśli byłoby to ryzykowne, w końcu wojownicy są po to, by dbać o spokój innych. Prawdziwy wojownicy kładą na szali swoje życie, by uratować inne istnienie.
- Wróblowe Serce... - wymamrotał przestraszony. Nie chciałby, żeby nikomu się stała krzywda, koty powinni być blisko obozu, nawet jeśli to dopiero początek ulewy. - Ja chyba sprawdzę, czy nie ma nikogo przy strumyku, póki nie rozpada się na dobre. Postaram się wrócić jak najszybciej.

<Wróblowe Serce? Przepraszam, że musiałaś tyle czekać>
Wesołych mikołajek wszystkim! <3

26 listopada 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Fasolkowej Łodygi

*trochę temu*
— Wszystko dobrze? — zapytałem troskliwie, posyłając i Skierce i Fasoli zmartwione spojrzenie. Obie kotki w odpowiedzi skinęły głowami. - Na pewno? - dostałem tę samą odpowiedź.
Lekko poruszyłem wąsami z ciekawością, a po chwili dopiero zapytałem Fasolkową Łodygę, uśmiechając się nieśmiało:
- Co tutaj robisz?
- Wyszłam pospacerować, taki piękny dzień! Trzeba korzystać z wolności, jaką nam dano. - odrzekła Kotka z radosnym wyrazem liliowego pyszczka.
- Ochh... Przyznaję ci zupełną rację, Fa. Dzisiaj rzeczywiście piękna pogoda, no i ten cudowny śnieg. - powiedziałem, przypominając sobie jeszcze słodkie lata dzieciństwa. Wtedy też był śnieg i tyle beztroskiej zabawy! Byliśmy z Fasolką kiedyś tacy mali... - Tak szybko mijają te księżyce. - mruknąłem niechcący zamyślony.
- Co? - miauknęła asystentka medyka.
- Już nieważne. - odparłem, przesuwając wzrok na Skrzącą Łapę, o której obecności na kilka uderzeń serca zapomniałem. - To co? My już będziemy wracać do treningu? –
Chciałem chwilę odpocząć i pospacerować z córką Iglastej Gwiazdy, niestety obowiązki wzywały. Trening ze Skierką nie był taki zły, a wręcz przeciwnie — całkiem go lubiłem, ale teraz... Teraz czułem, że właśnie tego potrzebuję.
- Paa... - pożegnałem się cicho z przyjaciółką.
- Do zobaczenia niedługo!
***
Skończyłem zajęcia z młodą koteczką. Umiała coraz więcej, byłem z niej... Dumny, tak to odpowiednie słowo. Mentorska duma... Szybko się uczyła, choć czasami była zbyt delikatna dla swoich ofiar. Musiała atakować z większą siłą, bo inaczej nim mrugnie okiem, pożywienie dla Klanu ucieknie jej z pazurów. Mimo to wiedziałem, że za kilkanaście księżyców stanie się wojowniczką i już nie będę jej uczyć tych wszystkich rzeczy... Obiecałem sobie, że nie będę płakać przy jej ceremonii, ale czy rzeczywiście dam radę nie złamać swojej przysięgi i nie uronić ani jednej łzy? Szczerze w to wątpiłem, jednak nie mogę być słaby.
Szukałem wzrokiem morskookiej. Musiała gdzieś tutaj być. Może znów siedzi i zajmuje się ziołami.
- Hallo! - zawołałem, wchodząc do legowiska medyka. Nie miałem zamiaru oznajmiać Potrójnemu Krokowi, że wchodzę, nawet o tym nie myślałem. Dawny mentor liliowej wydawał się jakiś taki trochę dla mnie szurnięty i te jego zasady również, ale no musiałem się przyzwyczaić.
- Na Klan Gwiazdy! Czy do ciebie wreszcie dotrze, że masz mówić, że stawiasz swoją, ohydną łapę na tym medycznym oraz błogosławionym przez najświętszych przodków terenie?
- Nie. - odsyknęłem, krótko i oschle Kocurowi.
Uzdrowiciel tylko zazgrzytał zębami.
- Jest tutaj Fasolkowa Łodyga? - zapytałem się.
- Może. - odpowiedział cętkowany niemiłym tonem. Skrzywiłem się na jego słowa, jednak po chwili nie potrzebowałem odpowiedzi medyka, gdyż moim oczom ukazała się Fasolka. Uśmiechnąłem się na jej widok.
- Masz teraz czas? - wymruczałem.

<Fa? <3 Przepraszam, że musiałaś tyle czekać...>

10 listopada 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Skrzącej Łapy

Uniosłem jedną brew wyżej. Nie wiedziałem co miauknąć, co zrobić. Dziwne pytanie. Oh... Koteczka nie potrzebnie przeprasza, biedna.
Poczułem współczucie do swojej uczennicy. Otrzepałem się szybko.
- Eee... Proszę, nie przepraszaj, mała...
- P-przepraszam. - zadrżała koteczka. - Uh... Znaczy... Prze...
Poklepałem liliową po plecach.
- Nie ważne. Nic się nie stało. Wracając do tego pytania. No... Jesteś jeszcze uczennicą, więc zupełnie dorosłą nie jesteś, chociaż... - liznąłem kotkę za uchem. - Nie jesteś już kociakiem. No... - mruknąłem trochę zakłopotany pytaniem, dalej próbując ciągnąć odpowiedź na pytanie. - Jesteś starsza nić przedtem, zostałaś uczennicą i podrosłaś oraz na pewno zmądrzałaś. Jesteś mądrzejsza od tych innych małych bachorów. Znaczy... Tfu! Nie mówię, że ty jesteś bachorem czy coś, jesteś jeszcze praktycznie dzieckiem... Tfu! Znaczy, nie jesteś dzieckiem, jesteś jeszcze młoda, naprawę młoda, do tego... Jesteś inna, znaczy... Nie mówię, że to złe nie! Jesteś taka... Niewinna... Nie zrozum mnie źle, po prostu chce powiedzieć, że... No, że jesteś mądrzejsza od niektórych swoich rówieśników, choć co dopiero zostałaś adeptką. - mruknąłem do uczennicy. Zakryłem oczy łapami zakłopotany i zestresowany. Czy ja właśnie się skompromitowałem przed własną uczennicą? Uh... Chyba nie za bardzo umiem rozmawiać z młodzieżą...
Poczułem ciepło kogoś placów na przednich łapach, zabrałem jedną kończynę z jednego oka, by sprawdzić, czy to liliowa. Tak. Skierka była przede mną. Posłałem jej niemrawy uśmiech. 
- Wszystko dobrze? - zapytała się.
- Co? Znaczy! Tak, jest wszystko dobrze! - odparłem, zdejmując z twarzy drugą łapę.
- To przeze mnie? 
- Nie rozumiem... - kilak uderzeń serca później odparłem. - Nie! Absolutnie! Nic się nie stało. M-może wrócimy do treningu, chyba że masz jakieś inne pytania? 
- Nie... - miauknęła cicho koteczka.
***
Czułem, że mojej uczennicy coś dolega, widziałem w żółtych oczach jej smutek. Usiadłem koło niej dość nieśmiało, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. 
- Skierko, wszystko dobrze? - słowa wypadł szybciej z mojego pyska. Może powinnem zacząć inaczej...? Ale... Nie ma co czekać, chcę jej pomóc, nie pozwolę, by sama została ze swoimi problemami..., a może ktoś wiedział o tym, albo ja nie umiem się domyślić? Hm... - Hej! Widzę, że na twym pyszczku żal jest, co cię trapi? 
<Skierko?>

05 listopada 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Potrójnego Kroku

 *skip time do teraz*

Walka, którą przeżyły koty z Klanu Wilka powoli odchodziła w zapomnienie. Coraz rzadziej na języki Wilczaków przychodził temat bitwy. Mimo to blizny walczących w niej i wspomnienia tych, którzy niestety przegrali z napastnikami umiały przypominać, że takie wydarzenie miało miejsce.
Liliowy przymknął uszy wsłuchując się w śpiew ptaków. Myślał o następnym treningu ze Skrzącą Łapą, co powinna jeszcze przećwiczyć, co poprawiać i czego ją nauczyć. Mimo to były to dość przyjemne myśli. Zastrzygł uszami na dźwięk swojego imienia. Lekko się zawahał czy wstać i przerwać swój spokój, ale w końcu nie przystoi wojowniku siedzieć i nic nie robić gdy ktoś woła jego godne, osobiste miano. 
Podniósł się niezgrabnie i obrócił głowę w stronę skąd dochodził dźwięk wołania. Skrzywił się widząc na horyzoncie liliową sylwetkę medyka. Nadal miał w pamięci ten dzień kiedy między nimi powstała sprzeczka. Uważał Kocura dalej za tchórza, który miał jaja w pysku, zamiast pod ogonem.
- No co się stało? - miauknął  niechętnie do dawnego mentora Fasolkowej Łodygi. 
Zielonooki drgnął z niezadowolenia i skrzywił się jeszcze bardziej niż był.
- Co tam nie chętnie? Może jakiś szacunek dla starszych od siebie, powinnaś skakać z radości, że tak inteligentna osoba jak ja wybrała cię do pomocy! - głośno rzekł Kocur, akcentując prawie każde wypowiedziane przez siebie słowo. 
Syn Dzierzby parsknął pod nosem.
- Tssa... No już, w czym ci mam pomóc? 
- Nie mam z kim pozbierać ziół-
- Nie masz z kim?! A Fasolka i inni wojownicy! Czemu mnie musisz do tego wybrać?! - oburzył się młodszy przerywając Trójce. Nie miał najmniejszej ochoty pomagać cętkowanemu w czymkolwiek. 
- Nie przerywaj mi! Fasolka gdzieś sobie poszła, a pozostali mają inne zajęcia, które na pewno bardziej się przydadzą niż bez bezczynne leżenie. Wiec rusz to tłuste dupsko i idź za mną! - syknął. 
- Co?! A skąd ja mam wiedzieć, czy to nie jakaś śmiertelna zasadzka, kto wie co masz w tej głowie.
- Tchórz?
Na to słowo głośno zastrzygł przednimi zębami. Miał ochotę wgryźć mu się mordę, a później ją roztrzaskać, jednak powoli zaczął opanowywać swoje myśli. 
- Kto to mówi. - w końcu wymiauczał. 
- Przestać się zachowywać jak kociak, marnuję na ciebie tylko czas. Idziemy zbierać kocimiętkę, która znajduje się na terenie dwunożnych, koniec tematu. 
Cicho westchnął. Nie chciał już marudzić i się wykręcać od pomocy trójłapego. 
***
Prawie już doszli. Kolczasta Skóra czuł jakby paliły mu się łapy, choć tak nie było. Droga była długa, marzył tylko o tym, by wreszcie stanąć i umoczyć w wodzie kończyny. Trójka też nie wyglądał jakby cieszył się z tak długiej wędrówki. 
Szli jakąś jasną, długą drogą wyłożoną kwadratami, na górze już dawno świecił księżyc, a przy nim wiernie małe punkciki, ich przodkowie. Obok ścieżki, którą podążali były ciemne kije, a na nich jakby nadziane wielkie świetliki, czy inne źródło światła. Niedaleko leciała droga grzmotu, a po niej jeździły potwory wysokich, kolorowych dziwadeł. Zapach terenu był dziwny i ostry. 
Co kilkanaście uderzeń serca trafiali na jakieś nierówne jasne płytki, przy tym Trójka wypuszczał ze swojego pyska coraz nowsze bluźnierstwa, w końcu skakanie z trzema łapami chyba nie było najłatwiejsze.  
- Kiedy będziemy wreszcie na miejscu? Tyle tu tych dwunożnych i ich młodych... - mruknął spoglądając na niedaleko idącą zupełnie łysą istotę. 
- Już niedługo. Zaraz powinien pojawić się ogród dwunożnych z roślinami z fioletowymi płatami. 
- Ok.
Usłyszał jakieś dźwięki wydawane przez dwunogów, którzy najprawdopodobniej się bili. Różnili się troszeczkę od tych, choćby wyglądem. Ich odzenie było poszarpane, nos bardziej czerwony, a zapach okropnie ohydny i ostry. 
Dwójka osobników zadawała sobie ciosy przezroczystymi rzeczami, które czasami się rozbijały. Wykonywali czasami dziwne ruchy.
- Dziwacy... - skomentował pod nosem. 
<Potrójny Krok? Bardzo przepraszam, że tak długo musiałaś czekać, cholernie mi przykro>

30 września 2020

Od Kolczastej Skóry

Na moich wąsach znajdowały się lodowate kropelki wody. Roztapiający się bardzo powoli lód skapywał na moje liliowe futro. Obudzony tym niezbyt miłym uczuciem wstałem. Popołudniowa drzemka zawsze była dość dobra. Otrzepałem się z kropelek zimnej cieczy. Wyskoczyłem z legowiska wojowników słysząc jakieś krzyki kotów, radosne krzyki. Popędziłem pod skałę, bo tam gromadziły się koty. Oh, nie! Trochę zaspałem, mam nadzieję, że nikt tego nie zauważy...
- Kolec! Jesteś wreszcie, chciałam cię obudzić, ale nie mogłam wydostać się z tłumu... - miauknęła Różana Łapa.
- Przepraszam, coś mnie ominęło? Dostałem ucznia?!
- Nie..., ominęła cię jedna ceremonia, ale może dostaniesz adepta, więc siedź cicho. - poruszyła wąsami ze śmiechem Kotka.
Z niecierpliwością patrzyłem się jak na kamień wchodzi Skra, ta malutka koteczka, która tak bardzo jest smutna po stracie rodziców. Może dostanę ją na ucznia? Starałem się nie być tak pewny siebie, jak zazwyczaj.
- Skro, jesteście z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniecie swój trening. Skro, od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Skrząca Łapa. Twoim mentorem będzie Kolczasta Skóra.
Moje źrenice się powiększyły, a w mych oczach można było zobaczyć wielkie iskierki szczęścia.
- No już, Kolec, idź! - popchnęła mnie do przodu przyjaciółka. Kiwnąłem głowę i wspiąłem się na skałę.
Dotknąłem nosem nosa świeżo upieczonej uczennicy. Usłyszałem z tyłu głowy wiwaty i krzyki ''Skrząca Łapa! Skrząca Łapa!'' szeroko się uśmiechnąłem i też krzyknąłem nowe imię koteczki.  
- Gratuluję... - szepnąłem jej do ucha. - Odpocznij, jutro rano zaczniemy trening...
***
Znajdowałem się nad śpiącą Skrą, moje ciepłe oddechy padały na jej futro, ciepła mgła zaraz znikała. Pacnąłem ją kilka uderzeń serca później łapą, by wstała. 
- No już, Skrząca Łapo, wstawaj. - mruknąłem. - Na trening.
- C-co? Gdzie? Pali się?! - krzyknęła kotka i stanęła na równe łapy. Poruszyłem wąsami ze śmiechem.
- Nie, głuptasie. - uśmiechnąłem się do niej. - Trening.

<Skrząca Łapo?>

27 września 2020

Od Kolczastej Skóry

*trochę temu*
Polował na mysz, małą, brązową i pulchną. Jesienne liście przyczepiały mu się do futra gdy przebiegał przez gęste krzaki. Można było powiedzieć, że pogodził się już ze śmiercią brata, jednak... Dalej uważał, że Słoneczny Zmierzy i Modrzewiowa Kora powinni za to słona zapłacić. Zabili kota! Ba! Jego brata! Jeszcze kiedyś tego pożałują. 
Pokręcił głową, przeganiając słodkie myśli o śmierci tych dwóch kotów. Musiał się skupić na polowaniu. Wbiegła do nory. A niech to! Wsadził łapę do dziury, mając nadzieję, że mysz nie zwiała głęboko. Szybko przepadła. Nie było jej tam. Syknął ze złoszczony. Usłyszał kogoś chichot, jakiejś kotki. Nie znał tego głosu ani zapachu.  Przedtem nie zwracał uwagi na inną woń, ale teraz stała się dużo mocniejszą. Obrócił się zaintrygowany. Czekoladowy kształt szybko zwiał gdzieś w inne krzaki. Ale wystawał z nich ogon. Postanowił podejść i sprawdzić kto to.
- Hm... Gdzie to jest? - udawał, żeby zmylić, być może nowego przeciwnika. Usłyszał znów miły śmiech. Miał ochotę się też zaśmiać, ale powstrzymał się od tego. W bardzo szybkim tępię, podbiegł do ''tego czegoś'' i złapał za długą kończynę. - Ha! Mam cię, aa... - spojrzał się w dość ładne zielone ślepia istoty, znaczy... Dość ładne, zwyczajne... - Aaa... W-witaj! - zadrżał. Po chwili przypominał sobie jaka druga płeć może być przebiegła, postanowił więc odwrócić wzrok. - Gadaj, kim jesteś! - zmienił ton na groźny. - I czemu weszłaś na terytorium Klanu Wilka! - w końcu postanowił znów spojrzeć na stworzenie, które właśnie patrzyło się na niego biednymi i uroczymi oczami. 
Pewnie specjalnie robi takie ślepia..., ale to i tak trochę... S-słodkie? Nie, nie! To nie jest słodkie! Ona jest sprytna, a to właśnie pułapka! Pewnie robiła coś złego! - pomyślał. 
Kocica posłała mu uśmiech i zamruczała coś pod nosem, nie słuchał, zamiast tego mierzył ją wzrokiem i padał każdy włosek na jej ciele. Miała taki ładny wyraz pyszczka...
Kilka uderzeń serca nieznajoma zaczęła mu machać łapami przed nosem. 
- Jesteś naprawdę rozdrażniony. - miauknęła - Czy ty w ogóle słuchałeś, co do Ciebie mówiłam? I... I nie patrz się tak na mnie! - krzyknęła.
Wrócił do rzeczywistoci. No tak... Nie słuchał. Patrzył się tylko na apetyczne ciało starszej, a może młodszej? Była dużo nisza od niego. 
- Słuchałem. - skłamał.
- No to powiedz, jak się nazywam. - odrzekła.
- Hm... - zamyślił się. Nie wiedział. Rozejrzał się po terenie. Zobaczył kwiatka, różę. Tylko to mu przychodziło do głowy. - Jesteś Róża, prawda?
- Nie! - oburzyła się. - Mam na imię Mała. 
- Mała? Pasuje do ciebie. - mruknął brązowooki.
W odpowiedzi syknęła na niego. 
***
Po drodze opowiedział jej o życiu w Klanie, najwyraźniej kotce się podobało, bo postanowiła zostać. Zaprowadził ją do kociarni, nie miał pomysłu wziąć ją gdzie indziej. Iglasta Gwiazda pewnie byłby tylko zły, że zawraca mu pysk, być może nie zwróci na nią zbyt dużej uwagi, a jak trzeba, to wszystko powoli wytłumaczy.
Widział złe spojrzenie Wężowego Wrzasku, szczerze mówiąc, miał to głęboko w czterech literach. 
- Kto to jest?! - warknęła.
- Nie twoja sprawa, lepiej zajmij się swoimi kociakami. - odpowiedział oschle, po chwili zwrócił się milszym tonem do Małej. - Jesteś głodna?
- T-trochę. - mógł wręcz wyczuć tę niepewność w głosie koleżanki. Bała się, czuł to. 
Skinął głową i popędził do stosu ze zwierzyną. Szybki ruchem sięgnął dwie pierwsze piszczki, przyniesie też królowej, może to zdoła jej zamknąć japę na kilka uderzeń serca.
- Masz. - rzekł, rzucając pod łapy mysz starszej kotce. Zwracając się wesołym tonem do drugiej osobniczki płci piękniejszej podał jej pokarm. 
Słuchał, jak przeżuwa jedzenie, słyszał jak łamie zębami kosteczki. Nie był to może jeden z tych piękniejszych odgłosów, ale widząc, jak po skończeniu konsumpcji Mała się oblizuję i uśmiecha, zrobiło mu się ciepło na sercu. Zamruczała w podziękowaniu.
***
Pojawiło się w Klanie Wilka tyle małych kociaków, Mała została Różaną Łapą i już nie musiała kryć się w kociarni. Czasami brązowooki zastanawiał się, czy nie wybrała tego imienia specjalnie, w końcu on przy pierwszym spotkaniu zgadł, niestety błędnie, że tak się zwie.  Kolczasta Skóra i ona mogli odetchnąć z ulgą. Łatwo się odgadywali i szybko stali się przyjaciółmi. Srebrny miał na początku cichą nadzieję, że to on zostanie jej mentorem, jednak nie udało się, trudno, pewnie kiedy indziej przyjdzie czas na własnego ucznia. Długowłosa skończyła trening i upolowała kilka myszy, brązowooki był dumny z przyjaciółki, widział, jak z dnia na dzień udaje jej się złapać coraz to lepszą zwierzynę, choć była pora opadających liści. 
- Cześć! - miauknęłam kocica. - Może pójdziemy odwiedzić kociaki
Stanąłby się zamyślić, jakoś specjalnie nie przepadał za dziećmi, ale skoro Róża chciała, to mogą to zrobić.
- Dobrze. - rzekł, rzucając się na uczennicę. - Berek! Złap mnie jeśli potrafisz, bieg aż dotrzemy do kociarni! - szybko wstał i rozpoczął gonitwę. Na razie był na prowadzeniu, szylkretowa próbowała dogonić go ze wszystkich sił. W końcu postanowił dać jej fory. 
- Mam cię, panie wolny jak żółw! - wycedziła, koteczka przytrzymując jego głową do ziemi, po chwili ostrożnie puściła i pobiegła przed siebie. - Teraz ty mnie złap! Ha! Ha!
Zaczął ją gonić ile sił w łapach, po chwili on ją miał i poturlali się prosto do żłobka.
- No to jesteśmy. - powiedział, wstając i otrzepując się z kurzu. 
''Awwww...'', ''Ojej'' - raz po raz wydawała takie dźwięki z siebie pręgowana na widok małych kuleczek. Kolec tylko kiwał głową. Rzeczywiście były urocze.
***
Kocur przechodził koło legowiska uczniów. Tak z ciekawości, by odświeżyć wspomnienia gdy jeszcze był uczniem postanowił tam zajrzeć. Z lekkim uśmiechem spojrzał się na miejsce, gdzie kiedyś spał. Najszybciej ukończył swój trening, Wawrzynkowi nie zostało to dane. Cicho westchnął. 
- Co tutaj robisz? - zapytał się Gepardzia Łapa. Zastrzygnął uszami słysząc głos młodziaka.
Przesunął na niego wzrok. Syn medyczki, która zginęła przez walnięcie piorunem, pewnie nie ma najłatwiejszego życia, koty często oceniają przez profil rodziców.
- Nic takiego, przyszedłem tylko odświeżyć wspomnienia. 

<Gepardzia Łapo?

19 września 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Skry

Podniosłem się ze swojego legowiska. Chciałem pić, tak bardzo byłem spragniony. Sprężyłem się i szybkim skokiem wyskoczyłem z kamiennego pomieszczenia. Na moim pysku malował się uśmiech, słyszałem dźwięki, grających świerszczy, powiewy wiatru i... I jakieś ciche, piskliwe łkanie. Jakby kociaka. Byłem wrażliwym kotem, co dobrze wiedziałem, zawsze to ukrywałem, bo to wada! Jak najbardziej te ciche dźwięki coś we mnie ruszyły, musiałem to sprawdzić. 
- Hop! Hop! - zawołałem, zbliżając się do miejsca, skąd one pochodziły. Kamień, a za nim malutka liliowa kuleczka. Płacząca i taka bezbronna. Nie mogłem przejść obok tego bez żadnego komentarza, schyliłem się ku ziemi. Moje brązowe ślepia skuliły się na Skrze, chyba tak się nazywała... - Hej, malutka... Co się stało...?
- M-mama! - zadrżała. - Ma-mamusia...
Oh, tak... Senny Świt zginęła... To takie przykre. Aż sam sobie przypomniał, jak dowiedział się o śmierci Dzierzby, był to wielki szok. Poczuł od nowa ten ból złamanego serca. Współczuł mocno koteczce.
Bez zastanawiania się dłużej otoczył ją ogonem.
W moim gardle zrobiło się jeszcze bardziej sucho. Słyszałem szybkie bicie serce młodszej. Wiedziałem, co przeżywa.
- Już, już. - miauknąłem. - Wiesz... Ja też nie mam rodziców, matkę straciłem, jak byłem kociakiem w podobnym wieku do ciebie, a ojciec bezuczuciowo zostawił mnie mojemu dziadkowi, który też nie żyje. Mojego brata zamordowano. - po chwili spojrzałem się w gwiazdy. - Tam są nasi zmarli bliscy, spójrz, nie bój się. Oni cię kochają i patrzą się na ciebie. Są dumni z ciebie, jesteś na pewno silna i musisz być, bo życie nie jest łatwe. 
Zobaczyłem w żółtych oczach kotki błysk zainteresowania, a ona wreszcie umilkła. Przestała płakać, może się uspokoiła? 
- A-ale ni-nie ma ich... Przy m-mnie - szepnęła.
- Są! Są! - zawołałem. - Patrzą na ciebie i nie chcą, byś płakała, ja też nie płaczę, popatrz na mnie. - miauknąłem, córka Leśnego Świtu przyjrzała mi się. - Znałem dobrze twojego tatę, był moim mentorem, szkolił mnie i na pewno nie chciałby, żebyś martwiła się jego śmiercią, marnujesz tylko te piękne chwile. 

<Skra? Przepraszam za gniota >

15 września 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Pierzastej Mordki

*Skip time*
Niewola nareszcie się skończyła, byliśmy wolni. 
Wziąłem wdech świeżego powietrza z nutą jesiennego zapachu. Nie musiałem już martwić się tym, że kogoś to zdenerwuje, a za to zrobią mi krzywdę. Cieszyłem się, że Klan Wilka znowu istniał, a ja przeżyłem i moi znajomi też. Radowałem się też tym, że Piórko została wojowniczką i będziemy mogli chodzić na więcej wspólnych polowań oraz patroli.
- Gratuluje ukończenia treningu, stara! - miauknąłem, klepiąc Kotkę po ramieniu. - Będziemy teraz wszystkich wkurzać jak za starych czasów, przestraszymy twoje siostry, albo kogoś innego, będziemy podglądać koty z gałęzi drzew i...
- I co?
- I jak to co? Zrobimy maraton polowania! - mruknąłem z radością. 
- Eh, dalej nie dorosłeś? - burknęła niebieskooka.
- A ty niby dorosłaś? Dalej jesteś tą samą głupią, małą, niewyrośniętą-
- Dość! A ty niby co jesteś? Alfa i Omega? - przerwała, liliowa machając z zirytowana ogonem.
- Zgadza się! - zaśmiałem się. Oczywiście tak nigdy o sobie nie sądziłem, ale pożartować zawsze można, prawda? - Coś ci dzisiaj nie dopisuję humorek, co?
- Nie i nie musi. - odrzekła oschle Pierzasta Mordka. - A teraz daj mi święty spokój, bo dzisiaj nie wyczyściłam swojego ślicznego futra.
Przewróciłem oczami. No jasne, czego innego mogłem się po niej spodziewać? Swoją drogą też dawno nie myłem swojego liliowego futerka. Zacząłem czyścić swą sierść z dokładnością. Spojrzałem się, na wojowniczkę nie przerywając lizania. Zastanawiałem się, o co może chodzić mojej kumpelce. Coś zrobiłem? Uraziłem ją jakoś czy co? A może po prostu tylko dzisiaj jest nie w sosie? A może ze mną jest coś nie tak? Hm...
- Wszystko ok? - szybko wymiałczałem, odrywając się od kąpeli. Wbiłem swoje brązowe ślepia w kotkę. 
- Ugh... Tak! Jest wszystko git! - podniosła ton. 
Dobra, teraz to ja naprawdę jej nie rozumiem, podaje się. Może jak coś dla niej upoluję, to poprawi się jej humor, przy okazji dla siebie też, bo zaczyna mi już burczeć w brzuchu.
Bez słowa odszedłem głębiej w las, nie odwracając się w stronę młodszej. 
***
Wyciągnąłem pazury i ostatecznie wbiłem je w ciałko wiewiórki. Oblizałem łapę ubrudzoną od jej krwi, uśmiechnąłem się z zadowoleniem, zwierzyny było coraz mniej, a mi udało się upolować pulchną rudą. Po chwili dostrzegłem następną kicającą gdzieś na drzewie nieopodal. Zakopałem trupa i popędziłem w stronę drugiej. 
- Ha! - krzyknąłem zadowolony z siebie gdy już w moim pysku wysiała bez ruchu istotka. 
W myślach podziękowałem Klanowi Gwiazd za zdobycze i wróciłem do obozu. Zauważyłem wygrzewającą się z Fasolką i Kaczuszką Piórko na ostatnich ciepłych promieniach tego dość słonecznego dnia. Szybkim susem podbiegłem do nich.
- Proszę, Pierzasta Mordko. - miauknąłem, podając córce Iglastej Gwiazdy wiewiórkę. Ta skinęła głową w podziękowaniu i mruknęła coś do swoich siostry, odpalając im kawałki swojego pożywienia. Po krótkim namyśle postanowiłem też się poczęstować swoją wiewiórką z kocicami. 
- Jadłam nie dawno z Kaczuszką, Kolec, nie musisz. - odrzekła morskooka. - Chciałyśmy tylko spróbować. Dziękujemy.
Pokiwałem głową i przysunąłem do siebie cząsteczki jedzenia. Po czym szybko je zjadłem, zostawiając małe kosteczki.
- Smakuje ci, Pierzasta Mordko? - zapytałem się, oblizując pysk. 

<Piórko?> 

31 sierpnia 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Słonecznego Zmierzchu

Rozejrzał się po obozie. Wyczuł krew. Czyżby następna śmierć? Zaczął biec za unoszącym się w obozie metalicznym zapachem.
Lekko drgnął widząc futro swojego brata. Rozszarpane i całe we krwi. Musiał się powstrzymywać przed tym by nie zwymiotować. Wawrzynowa Łapa nie ruszał się.
N-nie żyje?! - miauknął przestraszony w myślach. - Kto to zrobił?!
Wysunął pazury, do jego ślepi zaczęły napływać łzy. Czuł jak narasta w nim złość. Kątem oka zobaczył niedaleko ubrudzonych krwią dwóch kocurów. Modrzewiową Korę i Słoneczny Zmierzch. Nie był głupi! To na pewno byli oni!
Warknął. Zaczął się do nich zbliżać. Nastroszył futro. 
- Kto. To. Zrobił?! - wykrzyknął najgroźniej jak umiał pytanie, być może znał odpowiedź, ale musiał się upewnić kto jest taka szują. 
Tylko obrócili głowę. Oj... To byli oni!!!
- Kurwa!!! Przyznajcie się! - miauknął głośno przez łzy. Pod nosem ich przeklinał.
Dalej nie dostał odpowiedzi. Oblizał wargę, ze zdenerwowania ją przegryzł. Czuł na języku słodką krew. 
Niespodziewanie złapał zębami za szyję Słonecznego Zmierzchu. Zaczął jego ciałem szarpać. Zapłaci za to! Wydział mały strumyk czerwonej cieczy płynącej z szyi niebieskookiego. Ktoś postawił na nim łapę. Czuł ciepło jej lub jego futra. Była to Fasolkowa Łapa, widział w jej oczach strach. 
- Kolec, proszę, przestań! - krzyknęła z zaniepokojeniem. - Proszę, puść go. 
- Ale on zabił Wawrzynka! - płakał. Nie mógł przestać. Tak bardzo chciałby to wszystko było koszmarem. 
- Jeśli ty go zabijesz, będziesz od niego gorszy, zniżysz się do jego poziomu. - mruknęła córka Iglastej Gwiazdy. Nie wiedział czy mówi to ze względy tylko na wojownika czy może jest w tym ziarno prawdy.
Lekko poluzował uścisk. Słyszał charczenie i podduszanie się czekoladowego. Puścił go. 
- Gnida! - syknął do niego. - Darowałem ci, życie, ale jeśli myślisz, że to koniec to nie prawda! - po chwili spojrzał się w stronę gdzie przedtem był Modrzew. Uciekł. Tchórz. Jeszcze kiedyś dostanie. Obiecał to sobie. Warknął. - Ciesz się, że Fa jest tak dobra i jest twoją siostrą. Tak to dawno byś wąchał kwiatki od spodu!  

<Słoneczny Zmierzch?>

28 sierpnia 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Fasolkowej Łapy

trochę temu
— Nie wiem, co mam zrobić… Nie potrafię nam pomóc… — wyszeptała Fasolkowa Łapa. Czuł miękkie futro miziające go po skórze, które delikatnie poszarpywał orzeźwiający wiatr i zimne łzy przyjaciółki. Słyszał jej łkanie, widział, że uniemożliwia jej to dokończenia wypowiedzi. 
Nigdy nie sądził, że taki dzień nadejdzie. Nigdy nie sądził też, że on, albo jego bliscy będą musieli szukać w sobie oparcia, bo sami zgubią drogę. 
Cicho westchnął. Czuł wyczerpanie, widać było, że Fasolka też nie pryskała energią. W końcu była tu jedyną, która miała tak dużą wiedzę medyczną. Trójka stchórzył, nie chciał nawet o tym myśleć... Może poszedł szukać pomocy, albo zginął. Szczerze mówiąc przestało go już to obchodzić. Tu codziennie koty były mordowane lub doświadczały przemocy, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Potrzebowali pomocy, sami nie dawali rady.
- T-tak mi przykro... - zadrżał czując jak jakaś łza spływa po jego policzku. Szybko ją oblizał by nie pokazując jakiejkolwiek słabości morskookiej. Miał być silny, przysiąg to sobie. Jednak teraz... Czuł zmęczenie i wyczerpanie. Chciał odpocząć, marzył o tym. Po kilku sekundach przypominał sobie to co powiedziała Fasolka przed chwilą. - Nie prawda, Fa... Umiesz, t-tak bardzo nam pomogłaś... 
Wsłuchiwał się w oddech młodszej, słuchał jego drżenie i cichy płacz. 
*duży skip time do normalności* 
Obudził się w swoim legowisku. Wydawało się, że nie wola jaka trwała jeszcze kilkanaście dni temu była tylko snem, a jednak, zabrała tak dużo istnień. Aktualnie Kolec przeżywał żałobę po śmierci brata, który zginął z łap Modrzewia i Zmierzchu. Nienawidził ich całym sercem. Życzył im śmierci, mógł im to nawet powiedzieć prosto w paskudne ryje.  
Stanął na równe łapy. Był wyczerpany, ale może to tylko przez smutek, albo przez to, że walczył? Przedtem też był bardzo zmęczony, ale nie za bardzo zwracał na to uwagę. Postanowił odwiedzić Fasolkową Łapę, ale najpierw postanowił się wybrać na polowanie i przyniesie coś jej oraz Trójce. 
Popędził przed siebie, tak jak dawniej, jednak teraz nie towarzyszył mu brat. Nie czuł jego zapachu. Nie słyszał jego głośnych wydechów i wdechów ani śmiechu. Do jego oczu napłynęły łzy. Pierwszy raz tak głośno płakał. Biegł i łkał. Co dziwnie teraz się tego nie wstydził, w tej chwili nie. Mógł. Teraz mógł płakać tak głośno i długo jak chce. Mógł krzyczeć wniebogłosy tak długo jak chce. Tak właśnie zrobił.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! - krzyczał. Czuł jak złość powoli przejmuje nad nim kontrolę. Kątem oka zobaczył mysz. Wbił w nią swoje długie, ostre pazury, które przekuły ciałko piszczki na wylot. Popłynęła krew niewinnej istoty, tak jak jego brata. Zaśmiał się przez łzy. - Ha ha! Klanie Gwiazdy!!!  Ja też mogę niszczyć i zabijać! Tak jak wy! A wiecie w czym to jest lepsze?! Bo z tej śmierci będzie jakiś pożytek, a z waszych NIE!!! Ha ha ha! - chaotycznie się śmiał. Po chwili uspokoił się. Przestał. Zamilkł. Spojrzał na truchło myszy. Było zmasakrowane, całe w krwi. Wyglądało strasznie i obrzydliwie, ale dalej można było ją zjeść. 
Naszła go ochota by wytarzać się w piachu jak jakaś dzika świnia. Zrobił to. Jego futro było brudne. W końcu wstał z ziemi. Zakopał martwe zwierze i wrócił do polowania.
***
Udało mu się upolował oprócz tej myszy, dwie sikorki, małe za to dorodne. Słuchał i przyglądał się temu jak je jego przyjaciółka. Chrup! Chrup! Przegryzała małe kosteczki, żyły i mięso ptaszka. Na końcu się oblizała i uśmiechnęła. Od uśmiechnął się najweselej jak umiał, chociaż czuł się smutny i zmęczony. 
Po chwili wszystko zaczęło wirować, a po chwili zrobiło się ciemno i puf... Nie ma nic. Padł na ziemie. Zemdlał.

<Fasolko, wyleczysz Kolca?>

Od Kolczastej Skóry cd. Małej Łapy

trochę temu
— Nadal nie wierzę, że jednak postanowiłeś szkolić się na wojownika — parsknął Kolczasta Skóra. Mała Łapa zmarszczył wściekle brwi. 
— Kolejny — warknął pod nosem, ruszając w dalszą drogę — Znajdźcie se inny temat do plotek, co? Bo już mi się rzygać na to chce. Znudziło mi się wieczne oglądanie, jak robicie rybie oczy i pyski, bo wolałem uczyć się na wojownika — młodszy nastroszył futro ostrzegawczo. 
Szli w ciszy nad rzekę, a właściwie on szedł, a Maluszek kicał na swoich tylnych łapach. Liliowy myślał nad tym jak zagadać do ucznia, ale jak wpadł już mu do głowy jakiś pomysł to nie miał odwagi zawrócić się do niego. Bał się, że może tylko pogorszyć relacje lub znów jakoś urazić wujka. 
- No to jesteśmy... - odrzekł czując pod poduszeczkami łap wilgotną ziemię. Poruszył nozdrzami. - Czysto, można brać wodę. Jak damy kotom wodę pójdziesz ze mną sprawdzić najbliższe granice - odrzekł, schylił się i zamoczył mech, który wręcz natychmiast nabrał ciemniejszy kolor od wody. Spojrzał na syna Wilczego Serca. - Weź trochę więcej... - jeszcze raz przesunął wzrok na kocurka. - No więcej, co tak mało? 
Czarny przewrócił oczami. 
- Musisz się rządzić? - syknął. 
Kolec wziął głęboki oddech.
- Ja tylko - przerwał - No dobrze... Troszeczkę się rządzę, ale mam do tego prawo jestem straszy! 
- Ekhem...! Na pewno. - miauknął ironicznie. 
I znów pogorszył sytuację... Chyba jeszcze nie do końca rozumiał języka jakim mówił Mała Łapa, w każdym razie nie wolno się poddawać, co nie? W końcu to jego wujek..., dziwnie, że to nie on jest jego wujkiem skoro jest straszy, ale no... Trudno, żyje się dalej.
- Heeej...! A może chciałabyś pójść ze mną dzisiaj wieczorem na wspólne polowanie? - miauknął. Posłał duży uśmiech. - Wiesz... Ty i ja, sami. - po chwili dodał - Albo... Jeśli chcesz możemy kogoś jeszcze wziąć. Na przykład twojego brata...?
- Nie! Kawkę nie! - krzyknął. 
- To może Piórko?
- On może być... Oj, ale ty musisz tak pajacować?! Po co to? Pewnie zakończy się kłótnią... - mruknął ostatnie słowa dość cicho. 
Cicho westchnął. Chyba uczeń nie za bardzo za nim przepadał. Może nie powinien tak się domagać tego by go lubił? W końcu nikogo nie da się zmusić do przyjaźni... Byli rodziną, więc chciał mieć dobre kontakty z młodszym.
Lekko szturchnął łapą brązowookiego.
- To tylko jeden wieczór. Jeśli nie chcesz to nie, nie będę cię do niczego zmuszać... 

<Mała Łapo? > 

14 sierpnia 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Potrójnego Kroku

 *Ogólnie trochę dawno temu...*

- No ruszaj się panie wojowniku. Będziesz odganiał przy okazji wkurzonych klifiaków od mojej osoby. Czyli to do czego zostałeś stworzony i co lubisz. - powiedział kierując swoje kroki w stronę granicy.

- Czekaj. - miauknął zatrzymując medyka. - Byłem tam na patrolu z Wróbelkiem i Górą.
- No i co chcesz mi powiedzieć? - przerwał starszy odwracając głowę do wnuka Wilczego Serca.
- A to, że strasznie dziwnie tam pachniało… Ale nic nie czuł Góra.
- Widzieliście tam coś?
- Nie… Nie Sprawdziliśmy tego.
- Cholera, czemu? - odrzekł zirytowany Potrójny Krok.
- Dla bezpieczeństwa i wiesz…
- Jesteście przecież od tego jak dupa od srania! 
Kocur wywrócił oczami.
 - Dobra, chodź, zmarnujemy tylko czas. - miauknął liliowy. - Szybciej!
***
Dwójka Kocurów wąchało starannie tereny i wodę. Na razie nie przyszedł żaden inny kot, co im zresztą sprzyjało
- Masz rację, dziwnie tu pachnie..., ale co może być tego przyczyną? - mruknął syn Nagietkowej Pręgi. Widać było, że trójłapego strasznie wciągnęły poszukiwania powodu dlaczego strumyk jest zatruty.
- Nie wiem… Może ktoś tu dłubał...? - poddał pomysł drugi Kocur machając nerwowo ogonem. 
- Jak dłubał?
- No… Zrobił coś… Coś popchnął, coś zniszczył.
- Ach, ty głupi jesteś, jak mógł… Czekaj… Może coś w tym jest. A jeśli ktoś zrobił to naumyślnie?
- Naumyślnie? - zapytał się liliowy rozglądając się po terenie.
- No.
- Ale niby kto?
- Skąd mam to wiedzieć? Musimy znaleźć sprawcę.
- Trójko...-
- Potrójny Kroku, mysi móżdżku. - poprawił medyk przerywając brązowookiemu.
- Nie rozumiem czemu od razu naumyślnie. - powiedział Kolczasta Skóra po czym podszedł do strumienia i zaczął przyglądać się swojemu odbiciu w wodzie.
- No chyba nie przypadkiem, nie bądź idiotą i nie stój tak bezczynnie! Musimy pomóc Klanowi.
Wojownik pokiwał tylko głową. Zastanawiał się nad tym co powiedział uzdrowiciel. Jeśli to prawda… To kto mógłby to zrobić? Kot czy jakieś inne stworzenie?
Owinął ogon wokół łap.
Oby nikt więcej nie musiał przez to cierpieć. - rzekł w myślach, po czym podziękował Klanu Gwiazdy za to, że jeszcze on się nie zatruł.
 - Wygląda na to, że dopóki sytuacja się nie polepszy koty będą musiały znaleźć inne miejsce z wodą… Na przykład kałuże czy ranną rosę. - miauknął dalej zastanawiając się nad tymi nowymi faktami.

<Potrójny Krok? Przepraszam za gniota :c>

04 sierpnia 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Potrójnego Kroku

- No idźże po Fasolkę! - warknął na niego, by pobudzić go do poszukiwań.
Kocur położył po sobie uszy i spojrzał z wątpliwością na zielonookiego.
- Już. - miauknął i popędził do wyjścia ze schowka medyka - A gdzie ona może być...? - zapytał nieśmiało cofając się o kilka kroków. 
- Ugh... Nie wiem! Gdzieś na łące czy gdzie indziej. - odrzekł zirytowany. - To ty powinieneś się tym zająć. 
- Nie jestem jej mentorem! A skoro nie wiesz gdzie znajduje się konkretnie to stracony tylko cenny czas, powiedz mi co zrobić. Mogę się przydać. 
- Nie! Ty się akurat teraz nie przydasz na nic! - syknął i odwrócił się do chorego. - Idź po nią!
Wojownik usiadł na ziemi. Postanowił nic nie robić skoro był ''nieprzydatny''.
- Co ty robisz? - zapytał się jeszcze bardziej zdenerwowany.
- Siedzę. - mruknął spokojnie. 
Trójka złapał się za głowę.
- Wyyyyjdź... - zawył przejeżdżając swoimi łapami po pysku. - Nie wytrzymam z tobą, lisi boku! Coś zjadło ci mózg?
Syn Dzierzby nie odpowiedział. Machnął tylko nerwowo ogonem.
- Czemu ty nie chcesz stąd sobie pójść? Jesteś głupszy niż myślałem. Wyjazd, albo pożałujesz! - warknął. 
- Nie i jeszcze raz nie. Powiedz co mam zrobić... - miauknął nie zwracając na zezłoszczonego medyka uwagi. - oprócz pójścia stąd. - dodał szybko.
- Skoro już jesteś takim upierdliwym mysim móżdżkiem przynieś mi tą roślinę, a i tak k a r a cię nie ominie. - wskazał przednią łapą dorodne liście malin.
Młodszy kiwnął głową i szybko przyniósł zioło. 
- A teraz przynieś mi trochę mchu nasączonego wodą, albo i więcej, wyschło mi przez ciecie w gardle. Już! - powiedział mentor Fasolkowej Łapy po czym zaczął się przyglądać jak Senny Świt połyka roślinę. - Możesz szybciej? Zaraz uschnę! 

<Potrójny Krok? Przepraszam za gniota, ale cierpię chwilowo na brak weny>

30 lipca 2020

Od Kolczastej Łapy (Kolczastej Skóry) cd. Wróblowej Łapy (Wróblowego Serca)

*skip time*
Przypatrywał się cicho jak Wróblowe Serca poluje na ptaka. Nie miał zamiaru mu w tym przeszkadzać. W końcu wojownik zakończył życie szpaka szybkim ruchem łapy. Zwierzątko bezwładnie zwisało z jego pyska. Bury odstawił je na stos ze zwierzyną. Pora nowych liści sprawiła, że było pokarmu dużo więcej niż przedtem, co na pewno nie jednego kota cieszyło. Usiadł koło kolegi, otoczył swój ciepły ogon wokół łap.
- Cześć! - przywitał się pogodnie niebieskooki kocur.
- Witaj, Wróbelku. - miauknął liliowy. - Dzisiaj mamy wspólny patrol, czyż nie? 
- Zgadza się. Nie masz nic przeciwko temu bym wziął ze sobą Górzystą Łapę? Wiesz mojego ucznia.
- Możesz go wziąć. To ten nowy, prawda? - postanowił się upewnić. Spojrzał z ciekawością wojownika.
- Tak.
- Sprawia problemy? - zapytał się syn Dzierzby.
- Nie sprawia. - odrzekł starszy rozglądając się po obozie z uśmiechem na pysku.
- To ja na razie idę na polowanie, widzimy się po południu. Pa!
- Pa!
***
Obojga szli remem blisko granicy z Klanem Klifu. Oddzielał ją strumyk. Dziwnie koło niego pachniało, no i nie można było ukryć, że właściwie tam umarł Krecia Norka. Kolczasta Skóra czuł na swojej skórze rosnący z każdym uderzeniem serca niepokój, medycy mówili, że jest duże prawdopodobieństwo, że się czymś zatruł. Ale czym? 
- Czujecie to...? - miauknął niepewnie.
- Co? - zapytał się zdezorientowany Góra.
- Ten zapach..., Wróblowe Serce, czujesz? 
- Coś... Coś chyba dziwnie pachnie..., ale to bardzo delikatny zapach. Sądzisz, że to coś poważnego?
- A-ale co? - mówił dalej uczeń, który najwyraźniej nic takiego nie czuł. 
- Chyba... Chyba powinniśmy to zostawić i iść dalej. - mruknął brązowooki. - Najwyżej damy raport Iglastej Gwieździe. 
Cicho westchnął dłubiąc pazurem w ziemi i patrząc się trochę nerwowo na towarzyszy. 

<Wróbelku? Przepraszam za gniocika i za to, że musiałaś tak długo czekać :c> 

29 lipca 2020

Od Kolczastej Skóry cd. Maluszka

- Hej, maluchy! - miauknął przyjaźnie Kolec wchodząc do żłoba z martwą nornicą. Obok siebie siedziały dwa kocurki z marudną miną na pyszczkach. - Cześć, Cętkowany Liściu. - dodał widząc swoją ulubioną karmicielkę w kociarni. Dał jedzenie królowej. 
Tamta skinęła lekką głową na przywitanie i wydała z siebie cichy pomruk. 
Brązowoocy synowie burej wyglądali na zainteresowanych nowym przybyszem, ale też na trochę złych. 
- Ty jesteś Maluszek? - zapytał kociaka bez przednich łap. Próbował nie zwracać uwagi na kalectwa syna Wilczego Serca. 
- Tak. - pisnął cicho kocurek. - A ty? Kim jesteś?
- Jestem Kolczasta Skóra, właściwie to... Jesteś moim wujkiem.
- Wujkiem? 
- Zgadza się, ja jestem twoim bratankiem. Chociaż jestem straszy... - odrzekł liliowy przyglądając się Maluszkowi. - Możemy się w coś pobawić, albo mogę czegoś cię nauczyć lub pokazać. Jeśli chcesz mogę pokazać ci obóz, wyjdziemy ze żłobka. - spojrzał pytająco na matkę kociąt. - Możemy?
- Tak, zabierz też Kawkę, bo może się urazić.
- Jasne. - posłał uśmiech młodszym. - A więc chodźmy.
***
- Tutaj śpią uczniowie. - mruknął Kolczasta Skóra pokazując kociakom różne legowiska przeznaczone dla każdego zależnie od rangi. - Wy też kiedyś będziecie spać tutaj. - dodał.
- Tak bez mamusi? - zapytał się Maluszek.
- A wygodnie tu? - następne pytanie zadał Kawka. 
- Bez mamusi, a co do wygody, zależy jak sobie ułożysz mech i ile. Jak to lubi, ale lepiej nie za dużo bo innym może się to nie spodobać. - odpowiedział spokojnie wojownik. 

<Maluszek? Przepraszam za gniota>

Od Kolczastej Skóry cd. Fasolkowej Łapy

- Mhm. Jak spojrzałem przez taki dziwny otwór to w środku było pusto. - mruknął Kocur idąc w ramie w ramię z przyjaciółkę. - A jeśli coś tam będzie obronie cię, laluniu. - parsknął śmiechem, a później spoważniał. - Ale ta serio to cię obronię.
- Sama dam radę.
Brązowooki zaśmiał się ponownie. 
- Nie chcesz widzieć takiego przystojniaka w walce? 
Fasolka szturchnęła łapą liliowego.
- Wolę nie widzieć. 
- Tsaaa..., jeszcze kiedyś będziesz marzyć by ujrzeć moje piękne oraz lśniące ciało. - przekomarzał się dalej wojownik. 
- Nie! I nie rób z siebie takiego narcyza. 
- No dobrze, dobrze, Bo już cała zrobiłaś się czerwona. - odrzekł spokojnie.
- Wolę byś znajdował się wśród żywych, niż brał udział w nie potrzebnych walkach, a później umierał.
- Tylko żartuje. Chociaż małe rozprostowanie kości w bitwie nie było by złe... - drugie zdanie wypowiedział dużo ciszej, uczennica w odpowiedzi walnęła go ogonem. 
- Nawet nie próbuj. - uprzedziła go. 
- Niedługo dotrzemy do miejsca. - miauknął starszy. - Jeśli nic tam nie mieszka, to będzie to świetna kryjówka by kryć się przed marudzeniem Trójki, hah, nawet nie będzie wiedział gdzie będziemy. No i przed innymi, którzy zawracają nam głowę. Widziałem tam też kilka małych myszy, ale oszczędziłem im życie. Poza tymi plusami, może kiedyś się przyda przy jakiejś wojnie Klanowej czy coś...
Morskooka pokiwała głową. 
- Wiesz... - mówił dalej syn Dzierzby. - Z polowaniem i walką idzie ci coraz lepiej, jeśli chcesz możemy dzisiaj dać sobie spokój z nauką. 
- Serio? - wzdrygnęła się przyszła medyczka. - Czyli będziemy mieć więcej czasu dla siebie. 
- No, a jak? - rzekł Kocur cicho mrucząc na myśl o wspólnej, długiej oraz beztroskiej zabawie lub pogaduchach z przyjaciółką. 
Obojga szli razem wymieniając się zdaniami, po prostu rozmawiając. W końcu liliowy oznajmił, że to już koniec drogi do tej dziwnej rzeczy. 
- Wchodzimy, Fa...? - zapytał cicho i nieśmiało Kolczasta Skóra.
- Tak.
Kocur wyprzedził przyjaciółkę wchodząc do dziwactwa jako pierwszy. Udawał, że robi to tylko z ciekawości i niegrzeczności, ale tak naprawdę była to troska o towarzyszkę. Nie tylko z powody tego, że Iglasta Gwiazda ze skóry by go obrał jakby coś się stało przez niego jego córce, ale po prostu, tak z opieki. 
- Trochę tu ciemno... - mruknął gdy znajdował się już w wejściu. - Niewiedzę niczego dziwnego, chodź. 
Fasolka zrobiła kilka kroków w przód. 
- Mam dziwne przeczucia co do tego miejsca, powinniśmy chyba uciekać. - odrzekła trochę zaniepokojona uczennica. 
- Naprawdę?
Mosrkooka pokiwała głową na tak.
- No to będziemy mieć przygodę, jeśli chcesz możesz zostać na zewnątrz. 
- Nie zostawię cię. - miauknęła. 
Po kilku uderzeniach serca i namysłu czy wchodzić wreszcie rozważyli decyzję - wchodzą. 
Kolczasta Skóra bacznie rozglądał się po pomieszczeniu. Dziwnie tu pachniało, jednak nie był to zapach dwunożnych, tylko taki smród. Wydawało mu się, że jego mentor coś mówił o tym, ale zapomniał. Po chwili go oświeciło.
- Fasolko, wracaj do obozu, już! - krzyknął.
- C-czemu? - zapytała zdezorientowana kotka, która szukała najlepszej drogi by uciec. 
- Szop... - wydał z siebie ciche słowo kocur gdy zobaczył parę małych i czarnych oczu.
Fasolkowa Łapa automatycznie się odwróciła. Wojownik podbiegł do niej z nastroszonym futrem i wygiętym kręgosłupem przypominający łuk. Stanął przed nią i zaczął zaciekle syczeć oraz warczeć na zwierze. Szop wyglądał na przestraszonego, ale i też wściekłego. Kocur nie zastanawiając się dłużej przejechał mu pazurem po pysku. Zwierzę jeszcze bardziej się wkurzyło.
Jego serce waliło jak szalone, widział, że jego przyjaciółce też. 
Liliowy skoczył w bok mając już łatwy dostęp do pleców szopa. Ogonem kazał Fasolce zachować spokój. Przejechał pazurami znów po zadzie zwierzaka. Kotka ugryzła go w przednią łapę. Wtedy Kolec dostał szansę by skoczyć na zwierzaka od tyłu. Zrobił to, ale przed tym manewrem szop wbił pazury w jego kończynę. Skoczył nie zważając na ból i krew lejącą się mu z łapy. Wbił swoje długie pazury w skórę zwierzaka i zaczynając od początku pleców kończąc aż na samym końcu zorał mu kark. Nie czekając dłużej wgryzł mu się w szyję przegryzając jego gardło. Zaczęła tryskać krew, dużo krwi. Zwierzak upadł bezwładnie na ziemię szybko oddychając i wydając z siebie piski bólu. Brązowooki szybko zakończył jego cierpienie. 
Wojownik drżał, ale próbował to opanować. Czuł tyle emocji na raz. Nigdy nie walczył z zwierzęciem. Wdział jak jego przyjaciółka siedziała przyciśnięta do rogu opryskana czerwoną cieczką. Skulona, biedna i taka wystraszona. Przytulił się do niej lekko, robił to naprawdę rzadko, ale teraz wiedział, że obaj tego potrzebowali.
- Już po wszystkim, Fa... - szepnął nie przerywając uścisku. Wydał z siebie ciche ''przepraszam, Fa..''. Czuł jak emocje po woli chciały z niego wyjść i przelać się na jego twarz, ale nie dał się. Nie mógł płakać.
Było po wszystkim. Szop nie żył.
- Żyjesz? - zapytał cicho.
- T-tak. - odpowiedziała córka Miedzianej Iskry. - Wróćmy do obozu, musisz poinformować mojego tatę o tym co się stało. Patrole i te sprawy...

<Fasolkowa Łapo?>