BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuni Strumyczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuni Strumyczek. Pokaż wszystkie posty

30 maja 2026

Od Kuniego Strumyczka

Zmierzch powoli rozpościerał nad lasem swój ciemny, aksamitny płaszcz, którego krawędzie zdawały się utkane z cieni oraz ostatnich strzępów gasnącego dnia, podczas gdy niebo przybierało coraz głębsze odcienie fioletu, granatu i srebra, a resztki słonecznego blasku kurczowo trzymały się koron najwyższych drzew, jak gdyby same nie chciały jeszcze ustąpić miejsca nadchodzącej nocy. Chłodna bryza przesuwała się pomiędzy pniami sosen, świerków oraz dębów, poruszając gałęziami w sposób przypominający cichy szept, który ginął pośród szumu liści, a powietrze stawało się coraz świeższe i bardziej rześkie, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, kory oraz rzecznej wody.
Leśna muzyka również zaczynała się zmieniać, ponieważ śpiew ptaków, który jeszcze niedawno rozbrzmiewał pomiędzy drzewami, stawał się coraz rzadszy, aż w końcu ustępował miejsca spokojniejszym odgłosom wieczoru, przez co wśród leśnej gęstwiny dominował jedynie szmer poruszanych wiatrem gałęzi oraz równomierny plusk rzecznego nurtu, który zdawał się płynąć niezmiennie, niewzruszony troskami i zmartwieniami zamieszkujących las kotów.
Pośród tej łagodnej, powoli zapadającej ciszy Kuni Strumyczek zmierzała ku wyspie, na której znajdowało się obozowisko, stawiając kroki niespiesznie i niemal mechanicznie, podczas gdy sucha ściółka uginała się pod jej łapami, wydając ciche trzaski mieszające się z odgłosami wieczornego lasu. Jej spojrzenie pozostawało utkwione gdzieś przed sobą, lecz nie dlatego, że obserwowała drogę szczególnie uważnie, a raczej dlatego, że nie potrafiła zmusić się do podziwiania otaczającego ją krajobrazu, który zwykle budził w niej zachwyt oraz spokój.
Choć na jej pysku nadal gościł charakterystyczny dla niej łagodny uśmiech, który na przestrzeni księżyców stał się niemal nieodłącznym elementem jej wyglądu, w jej oczach można było dostrzec coś znacznie bardziej kruchego — przygaszony blask, świadczący o zmęczeniu oraz rozczarowaniu, które osiadło gdzieś głęboko pod futrem. Nie była przyzwyczajona do podobnych powrotów, ponieważ za każdym razem, gdy opuszczała obozowisko z zamiarem polowania, robiła to z niemal instynktownym przekonaniem, że wróci z jakąś zdobyczą, nawet jeśli miałaby być ona niewielka i mało imponująca.
To przekonanie było tak naturalne, tak głęboko zakorzenione w jej umyśle, że niemal nie zastanawiała się nad możliwością niepowodzenia, dlatego też świadomość, iż wracała do klanu z pustymi łapami, ciążyła jej bardziej, niż chciałaby przed sobą przyznać. Nie chodziło nawet o sam brak zwierzyny, ponieważ wiedziała doskonale, że żaden wojownik nie odnosi sukcesu podczas każdego polowania, lecz o nieprzyjemne uczucie niespełnienia, które towarzyszyło jej od chwili, gdy zrozumiała, że mimo wszystkich starań nie zdołała upolować nawet najmniejszej myszy.
Porażka ta była niewielka i z pozoru zupełnie nieistotna, a jednak osiadła na jej barkach niczym nasiąknięty wodą mech, który choć nie wydaje się szczególnie ciężki, z czasem zaczyna coraz bardziej spowalniać każdy krok oraz odbierać energię. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej zaczynała zastanawiać się nad tym, kiedy ostatnim razem wróciła do obozowiska bez zdobyczy, lecz niezależnie od tego, jak bardzo próbowała sięgnąć pamięcią wstecz, nie potrafiła odnaleźć podobnego wspomnienia.
Przez krótką chwilę rozważała nawet zawrócenie, ponieważ jakaś część jej umysłu uporczywie podpowiadała, że wystarczyłoby jeszcze trochę poszukać, zajrzeć pomiędzy kolejne zarośla, sprawdzić granice terytorium albo przeczesać okolice rzeki, a prędzej czy później natrafiłaby na jakąś nornicę, mysz lub szczura, którego mogłaby przynieść do klanu. Myśl ta wydawała się kusząca, szczególnie że zmrok nie zapadł jeszcze całkowicie, a ona wciąż miała dość sił, by kontynuować polowanie.
Jednak wraz z kolejnymi krokami przypomniała sobie coś znacznie ważniejszego od własnej dumy, ponieważ doskonale wiedziała, że życie wojownika nigdy nie było drogą usłaną sukcesami, a żaden kot, niezależnie od doświadczenia czy umiejętności, nie był w stanie zwyciężać za każdym razem. Wiedziała również, że przodkowie nie oczekują doskonałości, ponieważ gdyby tak było, żaden wojownik nie zasługiwałby na ich uznanie.
Porażki istniały po to, by przypominać o pokorze, cierpliwości oraz konieczności dalszej nauki, a nie po to, by odbierać odwagę lub podważać własną wartość, dlatego też im dłużej rozważała wszystko, czego nauczyło ją życie, tym wyraźniej czuła, że ciężar zalegający na jej barkach zaczyna powoli słabnąć.
Zrozumiała bowiem, że wyszła z obozowiska nie dlatego, że ktoś wydał jej rozkaz, ani dlatego, że oczekiwała pochwał czy uznania, lecz dlatego, że chciała zrobić coś dobrego dla swojego klanu, podczas gdy sama możliwość przyniesienia dodatkowego kawałka zwierzyny sprawiała jej szczerą radość. To właśnie ta myśl, prosta i ciepła, sprawiła, że coś w jej sercu rozluźniło się niemal natychmiast, ponieważ nagle uświadomiła sobie, iż sama chęć działania była czymś wartościowym, nawet jeśli tym razem nie została nagrodzona sukcesem.

31 marca 2026

Od Kuniego Strumyczka

Przeszłość, pora Zielonych Liści... 

Letnia bryza, ciepła i miękka niczym dotyk dawno zapomnianego snu, igrała z jej szylkretowym futrem, rozchylając pojedyncze kosmyki sierści i niosąc ze sobą zapachy rozgrzanej ziemi, sosnowej żywicy oraz dalekiej, ledwie wyczuwalnej woni wody. Kuni Strumyczek siedziała niedaleko wejścia do obozowiska, w miejscu, gdzie cień krzewów splatał się z plamami słonecznego światła, tworząc na ubitej ziemi mozaikę migotliwych kształtów, i wpatrywała się w bezkresny błękit nieba, jakby próbowała odnaleźć w nim odpowiedź na pytanie, którego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.
Jej pomarańczowe oczy połyskiwały delikatnie, odbijając złote refleksy dnia, a w ich głębi czaiło się coś więcej niż zwykła zaduma — była tam iskra niespożytej energii, niepokój, który nie wynikał z lęku, lecz z nadmiaru życia, z pragnienia działania, które nie znajdowało jeszcze swojego ujścia. Każdy mięsień jej ciała zdawał się być gotowy do ruchu, napięty niczym struna, a jednak pozostawała nieruchoma, pozwalając, by chwila rozciągnęła się wokół niej niczym leniwa rzeka.
Westchnęła cicho, niemal bezgłośnie, jakby nie chciała zakłócić harmonii poranka, lecz zaraz potem parsknęła krótkim, ciepłym śmiechem, który zniknął równie szybko, jak się pojawił, rozpływając się w powietrzu. Myśl, która właśnie przemknęła przez jej umysł, była jednocześnie zabawna i zdumiewająca — kiedy właściwie osiągnęła siedemdziesiąt księżyców? Jeszcze nie tak dawno, gdy była nieporadną koteczką, wydawało jej się, że taki wiek oznacza niemal kres drogi, że to czas, w którym łapy stają się ciężkie, a spojrzenie kieruje się raczej ku wspomnieniom niż ku przyszłości.
A jednak teraz, siedząc na skraju obozowiska, czuła się zupełnie inaczej — jej serce biło silnie i pewnie, a radość, cicha, lecz uporczywa, rozlewała się w niej niczym ciepło słonecznego promienia. Była pełna życia, pełna gotowości, by ruszyć naprzód, by jeszcze raz — i jeszcze wiele razy — poczuć pod łapami miękką ściółkę lasu i smak świeżo upolowanej zdobyczy.
Uniósłszy lekko łeb, skierowała spojrzenie ku wyjściu z obozowiska, gdzie plusk wody oraz zieleń lasu zdawały się niemal ją nawoływać. “Być może powinnam zapolować” — pomyślała, a myśl ta zakiełkowała w niej niemal natychmiast, rozrastając się w przyjemne poczucie celu. Dodatkowa płotka albo tłusta knieć, połyskująca jeszcze wilgocią poranka, zawsze były mile widziane na stercie zwierzyny, która stanowiła serce życia obozu.
A jednak przez krótką chwilę jeszcze zwlekała, pozwalając, by wiatr przesunął się po jej futrze, a śpiew ptaków rozniósł się głębiej w uszach. Niedługo wstanie, ruszy oraz zapoluje, lecz chciała na kilka ostatnich uderzeń serca zanurzyć się nieco w myślach… Zarówno tych lekkich i przyjemnych, jak i bardziej zaskakujących oraz głębokich.

01 marca 2026

Od Kuniego Strumyczka

Wpatrywała się w poszarpane wejście do legowiska przywódczyni, jakby spodziewała się, że z mroku wyłoni się odpowiedź na pytanie, które od świtu dręczyło jej myśli z uporem ciernia wbitego w łapę: czy Mandarynkowa Gwiazda istotnie postradała zmysły, czy też zawsze taka była, a oni wszyscy — ślepi z lojalności — nie chcieli tego dostrzec?
Odkąd obecna liderka zaczęła więzić koty, tłumacząc swe decyzje mglistymi półsłówkami o „potencjalnym zagrożeniu” i „dzieleniem krwi ze zdrajcami”, w obozie zapanowała atmosfera tak gęsta, że zdawała się osiadać na futrze niczym lepka rosa. Kuni Strumyczek, choć od dawna przeczuwała, że Mandarynkowa Gwiazda zdolna jest do czynów godnych świeżo mianowanego ucznia, a bardziej zapchlonego kociaka, nie przypuszczała, że posunie się aż do tak jawnej, tak bezwstydnej demonstracji władzy, w której rozsądek ustępuje miejsca kaprysowi.
Las wokół obozu zdawał się odzwierciedlać ten upadek, gdyż drzewa, powykręcane i posępne, trzeszczały cicho przy każdym podmuchu wiatru, jakby szemrały o dawnych czasach, w których Klan Nocy był potęgą, a jego imię budziło mniejszy czy większy respekt, nie politowanie. „Klan Nocy od dawien dawna schodzi na psy” — pomyślała z goryczą, czując, jak słowa te rozlewają się po jej sercu niczym zimna woda, gasząc ostatnie iskry złudzeń, które jeszcze tliły się w jej piersi.
Nie chodziło już wyłącznie o uwięzione koty, lecz o coś znacznie głębszego i bardziej przerażającego — o świadomość, że władza, która powinna być tarczą, stała się ostrzem wymierzonym we własnych pobratymców. Mandarynkowa Gwiazda, krocząca po obozie z wysoko uniesioną głową i ogonem sztywnym jak sucha gałąź, zdawała się nie dostrzegać, że grunt pod jej łapami kruszy się z każdym dniem…
Kuni Strumyczek zacisnęła szczęki, próbując zdławić w sobie gniew, który narastał w niej jak wezbrana rzeka po wiosennych roztopach, i choć część jej pragnęła odwrócić wzrok, udawać, że wszystko jest w porządku, że to jedynie przejściowa burza, wiedziała z bolesną jasnością, iż prędzej czy później przyjdzie dzień rozliczenia — dzień, w którym dołek wykopany przez samą przywódczynię stanie się jej własnym grobem, a Klan Nocy stanie nad nim w milczeniu cięższym niż najczarniejsza noc.

21 stycznia 2026

Od Kuniego Strumyczka CD. Szałwiowego Serca

Kuni Strumyczek słuchała w milczeniu, pozwalając, by jego słowa opadły między nich niczym ciężkie liście, niesione nocnym wiatrem. Nie przerwała mu ani razu, choć każde kolejne zdanie zdawało się wbijać w jej serce drobną, uporczywą drzazgę. Widziała, jak się garbi, jak jego ogon instynktownie owija się wokół ciała, jakby próbował ochronić się przed światem — i przed nią. A jednak stał tu, nie uciekł, nie zamknął się w całkowitym milczeniu. To już samo w sobie znaczyło więcej, niż był skłonny przyznać.
Przez krótką chwilę nie odezwała się wcale. Spojrzała ponad jego pochyloną głową.
— To nie jest litość — odezwała się w końcu cicho, jej głos był spokojny, lecz stanowczy, niczym nurt strumienia, od którego wzięła imię. — Gdyby tak było, nie stałabym tu teraz. Litość jest łatwa. Współczucie… też bywa puste. Ale przyjaźń? — zawahała się na moment, po czym potrząsnęła lekko głową. — Przyjaźń nie znika tylko dlatego, że ktoś się potknął. Nawet jeśli upadł bardzo nisko. 
Zrobiła krok bliżej, choć nie na tyle, by naruszyć jego przestrzeń. Nie chciała go osaczać; chciała, by sam zdecydował, czy jeszcze potrafi stać obok innych.
— Mówisz, że rozumiesz gniew klanu. Że akceptujesz karę. — Jej spojrzenie spoczęło na jego łapach, wciąż wbitych w ziemię. — Oczywiście. Rozumiesz, że musisz ponieść konsekwencje. I nikt temu nie zaprzecza. Ale nie myl odpowiedzialności z przekonaniem, że przestałeś być wart czegokolwiek.
Jej ogon poruszył się niespokojnie, muskając kamienie pod łapami.
— Wiesz, co najbardziej mnie boli, gdy na ciebie patrzę? — zapytała ciszej. — Nie to, co zrobiłeś. Tylko to, że zachowujesz się tak, jakbyś już sam wydał na siebie wyrok. Jakby Mandarynkowa Gwiazda była tylko formalnością, a prawdziwy sąd odbywał się tutaj — dotknęła delikatnie łapą własnej piersi. — I trwał bez końca.
Zamilkła na moment, pozwalając, by cisza znów zapadła między nimi, lecz tym razem nie była ona ciężka — raczej pełna napiętego oczekiwania.
— Mówisz, że są nocniacy, którzy bardziej zasługują na miano przyjaciela. — Uniosła lekko kąciki pyska, w smutnym, krótkim uśmiechu. — Być może. Ale to nie ty decydujesz, kogo ja nim nazywam. I nie odbiorę sobie tego prawa tylko dlatego, że ty w tej chwili nie potrafisz spojrzeć na siebie łagodniej.
Jej głos stwardniał nieznacznie, choć wciąż był ciepły.
— Możesz „jakoś to przetrwać”, jeśli tego chcesz. Możesz zamknąć się w tym bólu i czekać, aż miną kolejne księżyce. Ale nie mów mi, że nie potrzebujesz nikogo obok.
Kuni Strumyczek spojrzała na niego uważnie, po raz pierwszy od początku rozmowy nie odwracając wzroku.
— Nie przyszłam tu, żeby cię ratować, Szałwiowe Serce — dodała łagodnie. — Przyszłam, bo wciąż jesteś częścią mojego świata. I jeśli naprawdę chcesz wszystko dźwigać sam… to przynajmniej pozwól innym iść obok ciebie, nawet jeśli tylko przez kawałek drogi.


<No, Szałwik! Weź się w garść, dobra?>

18 grudnia 2025

Od Kuniego Strumyczka CD. Szałwiowego Serca

Gdy padło pytanie Szałwiowego Serca, przez krótką chwilę miała ochotę wybuchnąć śmiechem — takim lekkim, ciepłym, który na moment odgoniłby wszelkie troski. Ale zamiast tego tylko westchnęła cicho, unosząc wzrok ku niebu nad koronami drzew. Liście poruszały się sennie na tle gasnącego dnia, a wiatr szeptał między gałęziami, jakby znał odpowiedź lepiej niż ona sama.
— Ja? Z nim? — mruknęła w końcu, z nutą rozbawienia w głosie, mrużąc oczy, jakby samo wypowiedzenie tych słów było zbyt absurdalne, by zasługiwało na powagę. Uśmiech jednak wymknął się bez pytania, cichy i nieco zawstydzony. — Przyznaję, przez moment nawet o tym myślałam... Ale bądźmy ze sobą szczerzy. Te wszystkie spojrzenia, szepty w obozie, ploty. Nawet nie wiesz, jak w jak dużym zmieszaniu mnie to postawiło. Ja i Siwa Czapla… Po prostu do siebie nie pasujemy.
Mówiąc to, spojrzała w niebo, jakby liczyła na to, że Gwiezdni Wojownicy zlitują się i ześlą jej jakąś jasną odpowiedź. Nic takiego się jednak nie wydarzyło — tylko cienki obłok przesunął się leniwie po nieboskłonie.
— Znaczy, nie rozum mnie źle — dodała po chwili, potrząsając lekko uszami. — On jest... cóż, słodki. Taki wrażliwy, z tym swoim zamyślonym spojrzeniem i plączącym się ogonem. Ale to nie jest coś, co przetrwałoby próbę czasu. Nasze ścieżki... po prostu zbyt różne. Jak mech i kamień — niby razem, a jednak obce sobie.
Jej przyjaciel nie odzywał się przez moment. Wpatrywał się w przestrzeń, najwyraźniej rozważając to, co usłyszał. Szylkretka wzruszyła tylko ramionami, jakby zrzucała z siebie niewidzialny ciężar. Westchnęła cicho, a jej spojrzenie powędrowało w stronę obozu, skrytego wśród paproci i niskich krzewów, za którymi słychać było piskliwe nawoływania kociąt.
Tak. Właśnie tam ostatnio odnajdywała najwięcej spokoju. W cieple kociarni, w miękkim futerku maluchów, które tuliły się do niej bez żadnych oczekiwań. Nie myślała już o Siwej Czapli, o jego nieprzytomnych sennych szeptach czy dziwnych, oderwanych od rzeczywistości marzeniach. W głowie miała teraz inne obrazy — mniejsze, delikatniejsze. Kocięta bawiące się źdźbłami trawy, Kotewkowy Powiew uśmiechająca się łagodnie z drugiego końca legowiska, spokojny rytm codzienności, pozbawionej lęków o jutro.
Kotewkowy Powiew… Zjawiła się w jej życiu jak poranna mgła nad jeziorem — cicho, niespodziewanie, a jednak zmieniając wszystko. To ona otworzyła przed nią ścieżkę, którą wcześniej odrzucała, nie dlatego, że jej nie chciała, ale po prostu jej nie zauważała. Ścieżkę, którą przechodziły pokolenia przed nią — ścieżkę opiekunki, mentorki, kogoś, kto nie musi walczyć z pazurami i kłami, by być potrzebnym.
Tęskniła za czymś więcej niż tylko samotne polowania i przelotne rozmowy. Chciała miłości, owszem, ale prawdziwej — takiej, która nie będzie chwilowym zauroczeniem, lecz ostoją, spokojem, ciepłem wieczornego ogniska, nie tylko iskrą w ciemnościach. A Siwa Czapla… był inny. Zbyt zamknięty w swoim świecie, zbyt rozkojarzony, zbyt… osobliwy.
Pamiętała, jak jeszcze jako uczennica uważała go za intrygującego — ten jego nieobecny wzrok, snujące się za nim słowa, których nikt nie rozumiał. Ale teraz? Teraz dostrzegała w tym coś innego. Coś, co przypominało nie zagadkę, a ciężar. A to, co kiedyś wydawało się zabawne, z wiekiem nabrało ostrego smaku niepokoju. Zwłaszcza to jego bredzenie przez sen… Nocne szepty o liściach, które śpiewają, o błyszczących oczach czających się w cieniu… Wcześniej uważała je za dziwactwa. Teraz były raczej ostrzeżeniem.
Zadrżała lekko, nie z chłodu, lecz z myśli, które na nowo zawładnęły jej sercem. Spojrzała na Szałwiowe Serce — jego spojrzenie było spokojne, cierpliwe, gotowe słuchać dalej lub odejść, jeśli tego potrzebowała. I właśnie dlatego była mu wdzięczna.
— No, co by tu nie mówić. Serce nie sługa — westchnęła. — Chyba tak właśnie będzie lepiej.
Gdzieś nad nimi zawołał ptak, a w oddali zamruczał strumień — jakby świat zgadzał się z jej słowami. Szylkretka wstała i przeciągnęła się lekko, czując, jak napięcie opuszcza jej mięśnie. Teraz musiała tylko powiedzieć to wszystko Siwej Czapli.

* * *

— Wiesz… uczucia, jakie wobec mnie żywisz, są bardzo słodkie — zaczęła cicho, jakby każde słowo ważyło zbyt wiele. — Ale nie możemy być razem. To… — zawahała się na krótką chwilę, spuszczając wzrok — to po prostu nie mogłoby się udać. Jeśli naprawdę mnie kochasz, uszanujesz moje uczucia i pozwolisz mi odejść dalej własną ścieżką.
Słowa zawisły między nimi ciężkie niczym mgła nad strumieniem o świcie.
Siwek patrzył na nią bez ruchu. Jego oczy, zwykle jasne i czujne, teraz zaszkliły się wilgocią, w której odbijała się cicha rezygnacja. Nie tego się spodziewał — nie po tylu nocach spędzonych na wyobrażaniu sobie tej chwili, nie po odwadze, którą musiał w sobie zebrać, by pozwolić jej zbliżyć się aż tak. Każdy kot, niezależnie od hartu ducha czy wyznawanych zasad, nosi w sobie lęk przed odrzuceniem. A on właśnie pozwolił temu lękowi przemówić.
Kuni Strumyczek trwała naprzeciw niego, napięta, lecz szczera. Nie potrafiłaby zmusić się do miłości — wiedziała to zbyt dobrze. Uczucia nie były przecież obietnicą składaną z rozsądku ani przysługą, którą można wyświadczyć w imię cudzych nadziei. Związek nie polegał na poświęceniu serca wbrew samemu sobie.
Siwek w końcu odwrócił wzrok. Dłużej nie potrafił znieść widoku jej pyska, tej łagodności zmieszanej z bólem. Zrobił kilka powolnych kroków, oddalając się bez słowa. W jego ruchach była rezygnacja, ale i coś jeszcze — cichy, niemal niezauważalny spokój. Jakby wraz z jej wyznaniem pękła niewidzialna nić napięcia, która od dawna trzymała go w ryzach.
Może właśnie teraz poczuł ulgę. Może po raz pierwszy od dawna nie musiał już czekać, łudzić się i kochać kota, którego tak naprawdę nigdy w pełni nie znał.

Teraźniejszość…

Nie wiedziała nawet, w którym momencie prawda o Szałwiowym Sercu ujrzała światło dnia. Rozlała się po obozie cicho, niemal niepostrzeżenie — szeptami niesionymi od legowiska do legowiska, spojrzeniami pełnymi niedowierzania i półsłówkami urywanymi, gdy ktoś zbliżał się za bardzo. Mówiono o jego kłamstwach, o potajemnych spotkaniach z kotką z zupełnie innego klanu, o zdradzie lojalności, której powinien był strzec jak własnego życia. A przecież nosił tytuł księcia. A przecież na jego czole widniał krwisty znak lotosu, symbol przysięgi i oddania.
Może powinna była poczuć oburzenie. Może należało przybrać surową minę, narzekać razem z innymi, udawać, że ta zdrada poruszyła w niej coś głębokiego i nieodwracalnego. A jednak… nie poruszyła. Prawda była taka, że sprawa ta zdawała się jej dziwnie odległa, jakby dotyczyła kogoś zupełnie innego. Nawet wtedy, gdy pointowi zakazano wyściubiać nosa poza obozowisko, Kuni Strumyczek wciąż widziała w Szałwiowym Sercu tego samego kota — dobrego przyjaciela, znajomego, do którego mogłaby zwrócić się po radę w chwili zawahania.
Zresztą wszystko ostatnio układało się zaskakująco dobrze. Pogoda sprzyjała, niebo było łaskawe, a las hojny — zwierzyny nie brakowało, a codzienne obowiązki nie ciążyły nadmiernie. Sama Kuni Strumyczek czuła się zdrowa i silna, lekka na łapach i spokojna w myślach. Życie płynęło prostym nurtem, bez gwałtownych skrętów i niespodziewanych wirów, jakby świat na chwilę postanowił dać jej odetchnąć.
Jedynym prawdziwym wstrząsem była śmierć Kotewkowego Powiewu. Smutek pojawił się — owszem — lecz był krótki i niejednoznaczny. Gdzieś pod nim czaiło się coś, czego Kuni Strumyczek nie potrafiła do końca nazwać, a co przypominało ulgę. Wstydliwą, cichą, ale jednak obecną. Może dlatego, że wraz z odejściem kotki zniknęło napięcie, którego wcześniej nawet nie była do końca świadoma.
Liczyła, że piastunka w końcu osadzi ją w tej roli na stałe. Za każdym razem, gdy rozmawiała z księżniczką, ta rozwodziła się nad kociętami, nad tradycjami, które należy im przekazywać, nad odpowiedzialnością i ciepłem, jakie powinny otrzymać od starszych. Kuni Strumyczek słuchała uważnie, sądząc, że to zapowiedź przyszłości, którą ktoś właśnie dla niej kreśli.
Lecz los postanowił inaczej. Ostatecznie uczniem piastunki został Złota Łapa — kot młody, ale pojętny, który pomyślnie przeszedł szkolenie i z dumą przyjął nowe obowiązki. Był gotów pomagać wszystkim brzdącom, jakie tylko miały pojawić się w żłobku, a Kuni Strumyczek, choć przez moment poczuła ukłucie zawodu, szybko je w sobie uciszyła. W końcu wszystko nadal było… w porządku. Może aż zbyt.
Westchnęła cicho, ledwie dosłyszalnie, a jej wargi drgnęły w niemym geście znużenia. Powiodła wzrokiem po obozowisku, jakby wśród znajomych sylwetek i codziennego gwaru próbowała odnaleźć coś — cokolwiek — co nadałoby temu dniu wyraźniejszy sens. Potrzebowała zajęcia. Prawdziwego działania, które oderwałoby ją od monotonii myśli krążących w kółko niczym liście niesione po powierzchni strumienia.
Robiła przecież wszystko, co należało. Chodziła na patrole, polowała, cierpliwie uczyła Niezapominajkę, przekazując jej wiedzę i doświadczenie bez cienia znużenia. A jednak coraz rzadziej odczuwała potrzebę, by naprawdę — głęboko, bez pośpiechu — zanurzyć się z kimś w fali słów. Rozmowy spłycały się, stawały się wymianą zdań pozbawioną ciężaru, jakby wszyscy wokół bali się powiedzieć coś więcej, niż było to konieczne.
I wtedy jej spojrzenie zatrzymało się na znajomym, szarawym futrze.
Szałwiowe Serce.
Stał nieco na uboczu, w półcieniu, jakby sam obóz nie był do końca pewien, czy wciąż chce go mieć w swoich granicach. Kuni Strumyczek poczuła delikatne ukłucie — nie niepokoju, raczej świadomości. Wciąż utrzymywali jakiś kontakt, cienką nić porozumienia, której nie zerwały nawet ostatnie wydarzenia. A szkoda byłoby jej nie wykorzystać. Zwłaszcza teraz.
Zwłaszcza po tym wszystkim, co wyszło na jaw.
Przez moment wahała się, po czym ruszyła w jego stronę. Może rozmowa z nim nie przyniosłaby odpowiedzi, których nawet nie umiała nazwać. Ale mogła przynieść coś innego — chwilę prawdziwej obecności, tak rzadkiej ostatnio i przez to tak potrzebnej.
— Zdaje się, że los wiecznie rzuca ci kłody pod łapy, co? — usiadła obok przyjaciela. — Mam nadzieję, że Mandarynka nie będzie gniewać się specjalnie długo…

<Szałwiowe Serce?>

07 września 2025

Od Kuniego Strumyczka

Dzień płynął powoli, spokojnie, niczym stara, nieprzejednana rzeka. Słabe, lecz przyjemne, delikatne promyczki słońca padały na ciemno-szylkretowe futro Kuniego Strumyczka, która, choć przechadzała się po obozowisku z promiennym, ciepłym uśmiechem, nie mogła odrzucić od siebie plotek, które z każdym kolejnym wschodem słońca zdawały się coraz to głośniejsze.
”Siwa Czapla zakochał się w Kunim Strumyczku!” — słowa te, choć raz za razem zbywane przez nią półuśmiechem, coraz mocniej wnikały pod skórę. Początkowo uznała je za zwykły wymysł — niewinny żart, który mógł narodzić się w głowie któregoś z młodych, może nawet lekkomyślnych uczniów. Z każdym kolejnym uderzeniem serca dostrzegała jednak, że to, co w jej oczach było jedynie niewinnym psikusem, stawało się coraz to bardziej prawdziwe. Że spojrzenia Siwej Czapli, te nieco nieśmiałe, pełne czegoś niewypowiedzianego, nie były przypadkowe. A ona sama… nie potrafiła stwierdzić, co czuła.
Pojęcia nie miała, jak zareagować, co powiedzieć, jednak wiedziała, że czas na reakcje powoli jej się kończy. Że prędzej czy później będzie musiała porozmawiać z Siwkiem, a co najważniejsze podjąć decyzje — ustalić, jakie życie pragnie wieść, kogo będzie chciała mieć u swego boku. Jej umysł był teraz jak gęsty las we mgle — każdy wybór krył się za niepewnością, a każda droga mogła prowadzić zarówno ku szczęściu, jak i zgubie. Czuła, jak rośnie w niej ciśnienie, jak ściska ją w klatce piersiowej dziwna tęsknota, pomieszana z lękiem.
Serce kazało jej działać, choć mózg podpowiadał, aby czekać. Gdy jednak czuła na sobie ten jego wzrok, tak samo niepewny, jak i ona, walczyła z chęcią tego ciągłego, nieprzerwanego milczenia, w którym tak zwięźle próbowała siebie trzymać.
Kotka uniosła swój wzrok ku górze — ku niebu, splamionym jasnoszarymi obłoczkami oraz przyjemnym, czystym błękitem. Wszystko wydawało się takie delikatne, przepełnione lekkością i ciepłem, a także zapachem czułości… i gruntu, zwilżonego wodą.
— Witaj, Kuni Strumyczku! — Dobiegł do niej znajomy głosik. — Wyglądasz na dość zamyśloną, jak gdyby cię coś dręczyło. Czy wszystko dobrze?
Kotewkowy Powiew stała obok niej, lustrując ją swym pełnym troski, lecz i ciekawości wzrokiem.
Choć ostatnie spotkanie pomiędzy kotkami miało miejsce zaledwie wschód słońca temu, Kuni Strumyczek dopiero teraz dostrzegła wyraźne oznaki starości, widocznie nie tylko w jej nieco przemęczonym po kilkudziesięciu księżycach opieki nad najmłodszymi spojrzeniem, siwe włoski zaczynały coraz odważniej plątać się w ciemniejsze plamy na futrze piastunki, zdradzając nieubłagany upływ księżyców. Kotka pozostawała jednak dobrze odżywiona — jej sylwetka wciąż była zacna niby typowa dla członkini królewskiego rodu.
— Myślę, że wszystko jest w porządku — miauknęła odczuwalnie niepewnym tonem. — Co u ciebie, Kotewko? Jak tam znajdki, które trafiły pod twoją opiekę? — Prędko zmieniła temat na coś prostszego, dużo bardziej przyjemnego.
Kotewka przez chwilę siedziała w ciszy, wyraźne pochłonięta przygotowywaniem odpowiedzi.
— Widlik jest raczej spokojny, Morszczyn to raczej trudny kociak, a Gałęzatek cóż… Jest raczej miły, lecz bywa zamknięty w sobie — miauknęła w końcu piastunka. — Wojownicy ostatnio nazbierali trochę gałązek do wzmocnienia ścian żłobka. Staram się raczej trzymać je z dala od kociąt. Ale jestem pewna, że któreś z nich prędzej czy później wbije sobie drzazgę w łapkę.
Kuni Strumyczek zastrzygła uszami.
— Może pomożesz mi wpleść w ściany żłobka choćby część tych gałązek? — kontynuowała. — Byłoby naprawdę miło z twojej strony.
Wojowniczka w odpowiedzi skinęła krótko głową, po czym ruszyła w stronę żłobka. W jej nozdrzach prędko zawirował słodki zapach matczynego ciepła oraz bliskości, zmieszany z delikatną nutą świeżości. Nie skupiała się jednak na zapachach — praca była teraz dla kotki dużo ważniejsza, niż szczegóły, drobnostki, nawet jeśli zwykle była przekonana, że to detale są najistotniejsze.
Najpierw chwyciła podłużną gałązkę, którą zaczęła powoli wplatać w część ściany. Starała się działać precyzyjnie, lecz wciąż tonęła we własnych zmartwieniach, przez co sama praca zdawała się dłużyć. Co miała powiedzieć Siwkowi? Co powinna mu oznajmić, skoro wciąż nie wiedziała właściwie, czego sama pragnie?
Westchnęła, po czym sięgnęła po kolejną gałązkę, którą zaczęła wpychać pomiędzy inne, stanowiące część ściany, jej praca zdawała się jednak nic niewarta — nie ważne, ile siły wkładała, gałązka po prostu nie była w stanie się wpasować.
— Na Klan Gwiazdy, Kuno, co ty wyrabiasz? — Usłyszała za sobą pełen zaskoczenia, a może nawet irytacji głos Kotewki. — Musisz działać precyzyjnie, a nie z rozmachem! Wpychanie tej gałązki na siłę nic ci nie da.
Kuni Strumyczek powstrzymała westchnięcie, a jedynie posłała Kotewce smutne spojrzenie, przepełnione głównie desperacją, ale i niezadowoleniem, może nawet wyrzutem.
— Tyle że ja nie potrafię — mruknęła raczej stłumionym głosem. — Znaczy… Potrafię, ale nie mogę. Po prostu nie jestem w stanie się skupić!
Kotewka cicho prychnęła.
— Bywa tak, że czasami zbyt bardzo bujamy w obłokach — westchnęła. — Ale nie zmuszałam cię do tego, byś mi pomagała. Czy nie prościej byłoby ci po prostu odmówić, gdy miałaś taką okazję?
— Byłoby — przyznała. — Ale tak bardzo chcę ci pomóc, dotrzymać jakoś towarzystwa! Przecież sama mówiłaś, że ciągła opieka nad kociętami działa ci na nerwy i że powinnam ci częściej towarzyszyć!
Wtem, z pyska piastunki wydobył się chichot. Nie ten złośliwy, wrogi, a raczej ten ciepły, pełen cichej, lecz odczuwalnej troski.
— Tak, to prawda! — Uśmiechnęła się, po czym rzuciła Kunie łagodne spojrzenie. — Ale to nie jest przecież twój obowiązek, mam rację? Doceniam to, że chcesz poświęcać mi więcej czasu, jednak nie będę cię tym zamęczać.
Podeszła bliżej szylkretki, po czym chwyciła gałązkę, która w burzy dyskusji wypadła Kunie z pyszczka. Przez moment kotka zdawała się zastanawiać, gdzie powinna umieścić patyczek, aż finalnie dostrzegła nieco miejsca pomiędzy wiązką trzciny a prętem sumaku.
— Widzisz? — miauknęła, gdy wplotła już gałąź. — Trzeba działać spokojnie. Tylko tyle wystarczy. Gałązki są trochę jak kocięta. Potrzeba delikatności, niczego nie wskórasz frustracją.
— Jak to jest być piastunką? — spytała dość nagle Kuna.
— Rolą piastunki jest zajmowanie się najmłodszymi z członków rodu. Jednak, jak dobrze wiesz, zajmuję się też i kociętami, które nie są jego częścią — wyjaśniła pokrótce. — To urocze, móc patrzeć na to, jak maluchy, którymi się zajmujesz dorastają, a potem zakładają własne rodziny. Może nie poluję, nie chodzę na patrole, jednak podoba mi się moja rola. Swoją drogą, opowiadałam ci już o ceremonii mianowania na księcia bądź księżniczkę?
— Jasne, opowiadaj — powiedziała, po czym wzięła kolejną gałązkę.
Tym razem jej ruchy były bardziej… Spokojne. Starała się działać według instrukcji Kotewki, choć, prawdę mówiąc, nie były jej jakoś szczególnie potrzebne — w końcu, gdy ostatnim razem odwiedziła piastunkę, nie miała żadnych problemów z pomocą. Dziś była nazbyt przytłoczona. I tyle. Musiała sobie wszystko jakoś poukładać. Wtedy będzie dobrze.
— Widzisz, ceremonia ta ma zwykle miejsce wschód słońca od przyjścia kocięcia na świat. Lider zwołuje członków klanu i wraz z członkami rodziny wynosi wspólnie kocię na widok. Do ceremonii dochodzi pod sumakiem, gdzie obecny lider tworzy czerwone znamię o kształcie lotosu na czole kociaka. Znak ma uświadamiać inne koty o ich statusie.
— Och. A właściwie, to, z jakich materiałów tworzona jest ta czerwona… maź?
— Zrobiona jest z mocno barwiących owoców oraz szkarłatnej krwi szczupaka.
Kuna skinęła krótko głową.
Dopiero teraz zaczęła zastanawiać się, jak to jest, pełnić funkcję piastunki. Chyba było to… Miłe. Ale Kuni Strumyczek w tym momencie zrozumiała właściwie jedno — niezależnie od tego, czy odpowie Siwej Czapli dziś, jutro, czy za kilka wschodów słońca, musi najpierw odpowiedzieć sobie. Kim pragnie być. I czego tak naprawdę się boi.

Event: Umocnienie żłobka twardszymi gałęziami, trzcinami i patykami.

05 września 2025

Od Kuniego Strumyczka

Zapach sosnowej kory, ciepły, lepki i nasycony żywicą, kleił się do jej futra, zostawiając po sobie gorzkawą nutę, która przypominała jej wyprawy w las za czasów, gdy była jeszcze uczennicą. To był jeden z tych zapachów, które zostawały z tobą na zawsze, nawet jeśli zapomniało się imienia kota, który szedł wtedy u twojego boku.
W jej umyśle powoli wyłaniał się plan — nie byle jaka naprawa, ale coś trwalszego. Chciała, by żłobek stał się prawdziwą ostoją: silną, suchą, bezpieczną nawet w najcięższej ulewie. Miejscem, które mogłoby chronić nie tylko ciała kociąt, ale też ich sny — te kruche, błyszczące marzenia, które zbyt łatwo gasły w obliczu burzliwego świata.
Obok niej Kotewkowy Powiew mocowała jedną z gałęzi, zręcznie wplatając ją między inne, stanowiące część ściany żłobka.
— Słyszałaś już kiedyś o tym, jak doszło do powstania świata? — spytała nagle piastunka, nie odrywając wzroku od wiązki, którą właśnie zamierzała gdzięś umocować.
Kuna uniosła lekko głowę, lecz nie spojrzała na nią. Jej pazury walczyły z oporną gałęzią, która nie chciała się wpasować między inne. Sapnęła cicho.
— Nie — przyznała. — A powinnam była…?
W głosie nie było wstydu, jedynie szczerość. Choć należała do Klanu Nocy już od wielu księżyców, wiedziała, że są opowieści, których jeszcze nie miała okazji usłyszeć.
Kotewka spojrzała na nią kątem oka, a potem sięgnęła po kolejną wiązkę trzciny, której delikatne łodygi połyskiwały w słońcu jak srebrne nitki pajęczyny.
— Jesteś członkinią naszego klanu. I to już od dawna — zauważyła, nie kryjąc w głosie pewnej łagodności. — I choć już nie jesteś kocięciem, są historie, które powinno się usłyszeć niezależnie od wieku. Zwłaszcza te, które nosimy w sobie jako klan. Myślę, że i Niezapominajkowa Łapa z chęcią posłucha… jeśli właściwie będzie chciała kiedyś o to zapytać.
Kuni Strumyczek parsknęła cicho, jej wibrysy drgnęły z rozbawienia. Przerzuciła ogon przez grzbiet, by odgonić natrętnego komara, po czym wcisnęła wreszcie gałąź między inne, które utworzyły jeden z boków przyszłej ściany.
— W porządku. W takim razie chętnie posłucham tej historii! — miauknęła z lekkim uśmiechem, zerkając w końcu na piastunkę, choć jej łapy nadal nie przestawały pracować. — Ale ostrzegam, jeśli ta gałąź znowu wyskoczy, może skończyć na twoim ogonie, nie moim.
Kotewka tylko prychnęła pod nosem, lecz w jej oczach pojawiło się rozbawienie.
— Dobrze. — Westchnęła. — Wszystko zaczęło się od ciemności, która okrywała nasz świat Wieczną Nocą. Dopiero silna chęć istnienia pierwotnych sprawiła, że kawałki nieba zaczęły się kruszyć, a następnie spadać na ziemię, dając początek nowemu życiu.
Szylkretka słuchała, równocześnie mocując kolejną już gałązkę do ściany żłobka.
Praca zdawała się dużo przyjemniejsza, gdy zamiast słuchać jedynie szelestu liści i odległego śpiewu ptaków, przed nią kreowała się historia. Historia, która była czymś zupełnie nowym i innym od tego, co opowiadali jej starsi, gdy jeszcze kocięciem.
— Z odłamków ciemnego nieba stworzone były koty czarne, z okruchów Srebrnej Skóry pojawiły się koty białe, a z kawałeczków księżyca i gwiazd koty szynszylowe oraz srebrne. Po tych wydarzeniach pojawiły się koty czarno-białe, które łączyły w sobie zarówno kawałki Wiecznej Nocy, jak i Srebrnej Skóry.
Kuni przestała na moment pracować. Jej uszy uniosły się, a ogon poruszył lekko na ziemi.
— Z rozdarcia Nieba Wiecznej Nocy wydostało się światło, niosąc ze sobą koty złote, które pojawiły się wraz z promieniami słońca. Dzięki temu narodziły się inne maści: liliowe z kwitnących pąków, niebieskie z wód pierwotnych, kremowe z piasków, płowe z kłosów zbóż, rude z płomieni pożarów. Na końcu pojawiły się koty cynamonowe z żyznych gleb i czekoladowe, zrodzone z błot i mułów.
Szylkretka ponownie zajęła się żłobkiem, układając gałęzie wzdłuż podmytej ściany przez wodę ściany. Jej pazury pracowały precyzyjnie, niemal instynktownie — wycinała rozszczepione końcówki, zbierała najgrubsze fragmenty i wplatała je w istniejącą strukturę, łącząc nowe z tym, co pozostało z przeszłości.
— Pamiętaj, koty czekoladowe są nieczyste, splamione tchórzostwem i brakiem talentów niczym błoto, z którego powstały. — W jej tonie dało się odczuć nienawiść, zmieszaną z obrzydzeniem; Kuni Strumyczek była zaskoczona tym, jak spokojnie jednak przemawia. — Potem pojawiły się koty szylkretowe i łaciate, a także pręgowane i dymne.
Wojowniczka przez moment siedziała cicho.
— Ciekawa historia. — Podsumowała, po czym pochyliła się nad stertą, z której czerpała gałązki. — Kończą się nam materiały. Pójść po więcej?
— Starczy na dziś. Ale proszę, przyjdź jutro. Z chęcią opowiem ci o czymś jeszcze! — miauknęła. — Nawet nie wiesz, jak rzadko mam okazję porozmawiać z kimś, kto liczy sobie więcej niż sześć księżyców…

Event: Umocnienie żłobka twardszymi gałęziami, trzcinami i patykami

07 czerwca 2025

Od Kuniej Łapy (Kuniego Strumyczka) CD. Szałwiowej Łapy (Szałwiowego Serca)

Dawno…

— Jasne, z chęcią coś zjem! — rzuciła Kunia Łapa z lekkim uśmiechem, gdy Szałwiowa Łapa zerwał się na równe łapy. — Tylko przynieś coś, co nie ma tylu piór.
Patrzyła, jak młodszy kocur znika między paprociami, pozostawiając po sobie jedynie zmięte pierze.
Zamrugała, przeganiając wspomnienia. Na polanie zapanował chwilowy spokój. W oddali słychać było pisk kociąt, a z dala dobiegał przeciągły miauk jednego z młodszych uczniów ćwiczącego ze swoim mentorem,
Kunia Łapa przeciągnęła się leniwie, jej ciało boleśnie przypominało o porannym patrolu. Stawianie łap przy granicy, podczas gdy gdzieś dalej były tereny, których nie mogła zbadać, było dla niej niczym bolesna walka z użyciem kłów i pazurów. Nigdy nie mogła przeboleć tego, jak pilnie musiała strzec się granic swojego klanu, a mimo wszystko wiedziała, że jej moralność nie pozwoliłaby jej udać się tam, gdzie nie powinna.
Z zamyślenia wyrwał ją znajomy zapach — wilgotna trawa i leśna nornica. Szałwiowa Łapa wracał, dumnie niosąc zdobycz, jakby sam ją złapał.
— Proszę bardzo, pani patrolowa — wymruczał, kładąc nornicę tuż przy jej łapach.
Uniosła brew z udawaną powagą.
— Dziękuję, łowco piórek.
Nachyliła się i ugryzła kawałek miękkiego futerka. Smak był przyjemny, choć nie zdołał całkiem przyćmić dziwnego uczucia smutku, który zalęgł się w niej tak jak pchełki w futrach starszych kotów. Jedli przez chwilę w ciszy, wsłuchując się w odgłosy obozu i jednostajny szelest wiatru, który targał liśćmi w koronach drzew.
— Myślisz, że Klan Burzy coś planuje? — zapytał nagle Szałwiowa Łapa, oblizując pazury. W jego głosie brzmiała czysta ciekawość, nie lęk.
Kunia Łapa przeżuła kolejny kęs i westchnęła.
— Nie, nie sądzę. Przestrzegają granic; na naszym terenie nie dało się wyczuć niczego, co wskazywałoby na to, że jest inaczej.
— Ale, nawet gdyby faktycznie coś knuli, to nasz klan by sobie poradził? — W głosie ucznia był odczuwalny nacisk, jednak było to zrozumiałe: kocurek był przecież księciem, a więc musiało zależeć mu na dobrze własnego klanu.
— Oczywiście, że tak — odpowiedziała z przekonaniem i lekko trąciła go ogonem. — Nie jesteśmy sami. Mamy siebie. Mamy wojowników. Mamy Gwiezdny Klan.
— I kiedyś też będziemy wojownikami — dodał z uśmiechem, choć jakby mniej pewnym niż wcześniej.
Kunia Łapa również się uśmiechnęła, ale jej myśli wciąż błądziły gdzieś przy granicy. Czy ten poranny patrol naprawdę był zwyczajny, a może Szałwiowa Łapa miał racje i tamci faktycznie coś zamierzali? Głęboko westchnęła, jak gdyby próbując odciągnąć nic niewnoszące zmartwienia.
— Kiedyś? — mruknęła. — Niedługo. A wtedy to ty poprowadzisz patrol, a ja porządnie się wyśpię!
Oboje zaśmiali się radośnie, a pozytywna energia zdawała się napełniać uczniowskie legowisko.

Teraźniejszość…

Kuni Strumyczek szła przez obóz z opuszczonymi uszami i nosem, który bardziej przypominał lichy mech niż dumny pysk wojowniczki. Każdy krok powodował nowe, nieuniknione pociągnięcie nosem, które brzmiało mniej jak wojownicze pomruki, a bardziej jak duszone kichnięcie.
Dzień był ciepły, słońce przebijało się przez liście, rozrzucając jasne plamy światła po polanie. Kocięta turlały się po piachu, wojownicy leniwie rozmawiali pod ciernistą osłoną, a ktoś z tyłu właśnie opowiadał historię o pogoni za łasicą. Tylko Kuna nie była w nastroju. Jej pysk drżał od chęci kichnięcia, a nos był tak zatkany, że czuła zapach obozu tylko przez wspomnienia.
— Na Gwiezdny Klan, niech to się już skończy — mruknęła do siebie i, nie zważając na przyklejony do pyska liść, ruszyła zdecydowanie w stronę legowiska medyczki.
Jaskinia Różanej Woni znajdowała się na uboczu, otoczona pachnącym ziołami wejściem, które już z daleka uderzało nozdrza ciężką mieszanką tymianku, liści szczawiu i ostrej mięty. Próg porastał mech, przesiąknięty zapachem kurzu i słabych ran. Kuni stanęła przed wejściem, zamrugała parę razy, a potem pociągnęła nosem jeszcze głośniej niż dotąd.
— Jeśli to ty tak pociągasz, to wejdź i przestań tupać przy wejściu. — Dobiegł z wnętrza znajomy, ostry głos klanowego medyka — albo kichaj gdzie indziej.
Kuni westchnęła i wślizgnęła się do środka. Wnętrze było ciemne, ale przytulne. Wysuszone pęki ziół wisiały z sufitu jak odwrócone ogony nietoperzy. Gdzieś w kącie znajdował się magazynek, z którego unosił się ostry zapach, a pośrodku legowiska siedziała Różana Woń, pochylona nad starannie posiekaną mieszanką zieleniny.
Szylkretowa wojowniczka dokładnie przypatrzała się kotce, która wyglądała trochę tak, jakby nie spała od dwóch dni i właśnie rozważała zrobienie komuś krzywdy — najchętniej tej osobie, która przeszkodziła jej w pracy. Jej sierść była rozwichrzona, a wzrok ostry jak świeżo naostrzone pazury. Nie znała jej dobrze, jednak słyszała o tym, jak cierpkie ma usposobienie, a więc wzięła głęboki oddech, nim miauknęła:
— Katar.
— Katar — powtórzyła Różana Woń z taką samą pogardą, jakby Kuni Strumyczek właśnie wyznała, że nie odróżnia paproci od pokrzywy. — To tyle?
— To tylko… nie przechodzi. Już drugi dzień. I jak patroluję, to… no wiesz, co krok kicham. A to nie pomaga, jak próbujesz być cicho.
Różana zmrużyła oczy, jakby oceniała, czy przypadkiem nie ma ważniejszych pacjentów, jej legowisko świeciło jednak smutną pustką.
— Znasz to uczucie, kiedy próbujesz pracować, a ktoś wchodzi i mówi, że umiera od… kataru?
— Nie, ale chętnie poznam. — Kuni Strumyczek zdobyła się na nieco pewniejszy ton, po czym przysiadła oplatając przednie łapy ogonem z miną męczennicy. — Bo chyba właśnie umieram.
Różana mruknęła coś, co mogłoby być przekleństwem, po czym zaczęła grzebać w swoim ziołowym kącie. Przez chwilę w legowisku słychać było tylko szelest liści, odgłos rozcierania łapy o kamień i jej mruczenie pod nosem.
— Proszę bardzo. — Podała jej zawiniątko, które pachniało jak połowa lasu. — Żuj to. Nie połykaj od razu. I nie pluj na podłogę.
Wojowniczka posłusznie wzięła kęs. Smak był cierpki i dziwnie piekący. Oczy jej zaszkliły się natychmiast.
— Agh! Coś mi się dzieje w pysku!
— To znaczy, że działa. — Medyczka spojrzała na nią z satysfakcją. — Katar i narzekanie - dwie rzeczy, które powinny cię zaraz opuścić.
Kuni Strumyczek wykrzywiła się, ale w jej oczach błysnęło rozbawienie.
— A co, jeśli wrócę jutro?
— To zostaniesz poproszona o opuszczenie klanu. W imię dobra wspólnego. — Z pyska kocicy padło coś, co najpewniej miało być żartem, choć kąśliwy ton jej głosu wskazywał na coś zupełnie innego.
— Tylko dlatego, że nie lubisz, jak wojownicy przychodzą z drobiazgami?
— Nie. Dlatego, że jesteś z nich najbardziej rozmowna. A moje zioła tego nie zniosą.
Kuni Strumyczek uśmiechnęła się i, kiwając głową, ruszyła ku wyjściu. Nos wciąż lekko jej ciekł, ale za to humor poprawił się o niebo.
Zanim zniknęła za osłoną z paproci, odwróciła się jeszcze przez ramię.
— Dziękuje. Nawet jeśli nie chcesz się przyznać, to wiem, że lubisz mieć mnie za pacjentkę.
— Lubię — odparła medyczka chłodno. — Ale tylko dlatego, że z tobą moje zioła działają szybciej. Z litości nad sobą.
Słońce wisiało nisko nad horyzontem, barwiąc niebo na odcienie bursztynu i różu. Cienie rozciągały się po polanie, a wieczorny chłód powoli wypełniał powietrze. Kuni Strumyczek leżała na ciepłym, jeszcze nagrzanym kamieniu przy wejściu do obozu, wpatrzona w niebo. Jej ogon poruszał się leniwie, z boku na bok.
To był spokojny dzień — bez kłótni, bez napiętych granic, bez niepokojących doniesień z patroli. Po prostu jeden z tych rzadkich dni, które zdarzały się w porze Nowych Liści, kiedy wszystko zdawało się być na swoim miejscu.
— Widziałem cię z daleka. — Głos Szałwiowego Serca był cichy, ale pełen uśmiechu.
Kuni Strumyczek uniosła wzrok i zobaczyła, jak zbliża się do niej z lekkim krokiem. Jego futro było w nieładzie, jakby dopiero co wrócił z treningu lub zabawy z młodszymi uczniami.
— I nie przestraszyło cię moje groźne spojrzenie z daleka? — zapytała z udawaną powagą, unosząc brew.
— Raczej zachęciło. — Usiadł obok niej, ziewając przeciągle. — Po takim dniu aż miło usiąść i nie robić nic.
— Rzadki luksus — mruknęła, przekręcając się na bok. — Ale dzisiaj… dzisiaj nawet wiatr nie przeszkadza.
Siedzieli przez chwilę w ciszy. Gdzieś w oddali rozbrzmiewał śmiech młodszych uczniów, a ze środka obozu dolatywał zapach świeżo upolowanego wróbla. Kuni Strumyczek przymknęła oczy, pozwalając sobie po prostu być. Obecność Szałwiowego Serca obok niej była znajoma, jak ciepło słońca na futrze albo delikatny szum liści w letni dzień.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz podzieliliśmy się ze sobą zdobyczą? — Szałwiowe Serce zapytał nagle, mrużąc oczy. — Jeszcze wtedy, gdy byliśmy uczniami?
Parsknął śmiechem.
— Pamiętam głównie pióra. Były dosłownie wszędzie.
— Ale zdobycz była dobra — przypomniał z dumą. — I się podzieliłem!
— I po tym właśnie poznałam, że jesteś wspaniałym przyjacielem — powiedziała z przekąsem. — A miałam wrażenie, że niektórzy twierdzili, że jesteś tylko gadułą.
— Gadułą? Ja? — Udawał oburzenie, choć jego wibrysy drgały od śmiechu. — Ja po prostu wiem, kiedy coś powiedzieć. Na przykład teraz: wróbel ze sterty wyglądał dziś wyjątkowo smacznie. Chodź, coś zjemy?
Kuni Strumyczek przeciągnęła się z mruknięciem i wstała. Jej łapy rozprostowały się z cichym trzaskiem, a mięśnie pod futrem zadrżały lekko po leniwym popołudniu spędzonym na ciepłym kamieniu. Ziewnęła szeroko, ledwo zasłaniając pysk łapą, i ruszyła za Szałwiowym Sercem w stronę stosu świeżej zdobyczy.
Słońce niemal już zniknęło za linią drzew, rzucając ostatnie smugi pomarańczowego światła na wejście do obozu. Wiatr niósł zapach paproci i wilgotnego mchu, a w koronach drzew zaczynały już skrzeczeć kosy. Wszystko to otulało Kuni znajomym, bezpiecznym ciepłem.
— A więc, co tam dziś mamy? — zapytała, stając przy stosie i przekrzywiając głowę.
— Dziś tylko futerko i same delikatesy — odparł żartobliwie Szałwiowe Serce, wyraźnie zadowolony z siebie. Pazurem przesunął po zdobyczach, zanim zdecydowanym ruchem wyciągnął niedużego, świeżego karczownika. — Proszę bardzo. Wygląda, jakby dopiero co został upolowany.
— Pachnie lepiej niż mój poranny patrol, to już coś — mruknęła szylkretka i usiadła wygodnie przy mchu obok.
Zaczęli jeść niespiesznie, dzieląc się kąskami i wymieniając uwagi na temat posiłku, jakby to był najważniejszy temat dnia. Ciemna kotka nie pamiętała, kiedy ostatnio miała chwilę, by po prostu odetchnąć — zwłaszcza że w klanie działo się wiele, w trakcie jej szkolenia na wojowniczkę, a także i po nim. Dawno nie rozmawiała z Szałwiowym Sercem, jak gdyby ich kontakt został rozerwany przez czyjeś ostre pazury, a jednak gdy srebrzysty kocur podszedł do niej i zainicjował rozmowę, nie czuła się speszona jego obecnością. Przełknęła ostatni kęs zdobyczy, po czym poprowadziła wzrok do nieba, na którym połyskiwały już pierwsze, słabe gwiazdeczki.
— Słyszałam, że masz ucznia. — powiedziała nagle, oblizując pysk. — Nie spodziewałam się, że tak szybko jakiegoś otrzymasz, patrząc na to, że nie tak dawno ukończyłeś własne szkolenie. Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest kogoś uczyć... a więc, jak się czujesz z rolą mentora?

<Szałwiowe Serce?>

Wyleczeni: Kuni Strumyczek

01 maja 2025

Od Kuniej Łapy (Kuniego Strumyczka)

Dzień mianowania na uczennice...

Słoneczko świeciło, gdy Kuna znalazła się na pełnej kotów polanie. Dziś miała zostać uczennicą i nie łatwo było jej powstrzymać ekscytacje. Pomarańczowe oczy szylkretki błysnęły, gdy obecna przywódczyni, Srocza Gwiazda machnięciem ogona dała sygnał koteczce, by wystąpiła.
— Kuno, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Kunia Łapa. Twoim mentorem będzie Siwa Czapla. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę. — Liderka przemówiła uroczystym głosem, po czym zwróciła parę swych oczu w stronę młodego wojownika. — Siwa Czaplo, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Wodnikowego Wzgórza doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją odwagę i lojalność. Będziesz mentorem Kuniej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Koteczka podeszła do mentora, by móc zetknąć z nim nosek. Świeżo mianowania uczennica nie mogła powstrzymać się od pytań, na które jej mentor odpowiadał z dużymi szczegółami. Choć jednooki kocur na początku wydawał się jej nieco dziwny, to szybko polubiła go, za jego gadatliwość oraz przyjacielskie nastawienie. I choć kocur nie chciał zabierać jej poza obozowisko podczas jej pierwszego dnia w nowej roli, to z wielką chęcią pokazał jej, jak wyciągać kleszcze z futer starszych za pomocą mysiej żółci i jak wymieniać posłanka.

Pare dni po mianowaniu...

Woda lśniła w blasku popołudniowego słońca, a nurt szemrał cicho, jakby szeptał pradawne tajemnice lasu. Kunia Łapa stała po brzegi zanurzona w chłodnej rzece, jej futro było wilgotne i przylepione do ciała, a łapy drżały jej z niecierpliwości — i trochę z zimna.
Obok niego siedział Siwa Czapla, jej mentor.
— Oddychaj razem z rzeką — szepnął spokojnie. — Nie spiesz się. Ryby czują każdy ruch, każde szarpnięcie powietrza. Musisz być jak cień.
Kunia Łapa zamarła. „Jak cień? Przecież to niemożliwe!” — pomyślała, wytrzeszczając oczy.
Skupiła wzrok na lśniącym kształcie sunącym tuż pod powierzchnią. Wiedziała, że to ryba, a jednak serce zabiło jej szybciej, jakby w jej stronę płynęło nie wiadomo jak wielkie niebezpieczeństwo.
— Teraz... — mruknął jej szary mentor.
Zanurkowała łapą tak szybko, jak lśniący pazur błyskawicy. Woda rozprysła się na wszystkie strony — ale ryba uciekła z pluskiem, zostawiając po sobie tylko kilka bąbelków.
— Za szybko — powiedział łagodnie jej nauczyciel. — Spróbuj jeszcze raz. Słuchaj rzeki. Nie walcz z nią. Stań się jej częścią.
Zacisnęła zęby, wciągnęła powietrze przez nos i skupiła się ponownie. Tym razem nie będzie tylko terminatorem, a wojowniczką rzeki! Jej spojrzenie ponownie skupiło się na rzece, choć jej szum był głośny, dość nieprzyjemny, to próbowała nie zwracać na to uwagi. Czekała. Jej łapa napięta była jak gałąź pod ciężarem śniegu. Czas przestał płynąć. A potem — błysk, który choć szybki, to niechaotyczny. Jej łapa przecięła powierzchnię z precyzją sokoła nurkującego z nieba.
W jej uszach zagrzmiało szarpnięcie oraz donośny chlupot. Oczy koteczki rozszerzyły się ze zdumienia — miała ją. Ryba wiła się między jej pazurami, śliska i zimna, ale była jego.
— Dobrze! — zawołał Siwa Czapla, a jego głos po raz pierwszy rozbrzmiewał prawdziwą dumą. — Masz to w sobie, Kunia Łapo. Widzisz? Nie chodzi o siłę. Chodzi o cierpliwość. O zrozumienie.
Szylkretka uniosła głowę wyżej, z rybą w zębach. W jej piersi rozlewało się przyjemne ciepło zmieszane z nutą zadowolenia.

Kora pod jej łapkami była szorstka i zimna, nasiąknięta poranną rosą. Kunia Łapa poprowadziła spojrzenie w górę — dąb wyrastał nad nią jak strażnik lasu, jego konary zdawały się sięgać nieba. Każda gałąź wyglądała jak osobna ścieżka, lecz wszystkie wydawały się równie niedostępne.
— Tam. — Siwa Czapla wskazał noskiem najniższą gałąź. — Złap ją pazurami. Wbij się w korę. I nie patrz w dół.
Nie patrz w dół. Jasne. Mimo to spojrzała — i pożałowała. Ziemia wydawała się nagle bardzo daleko, choć przecież jeszcze nie oderwał łap od gruntu.
Zebrała się w sobie. Naprężył mięśnie. Odbił się i... pazury ześlizgnęły się z wilgotnej kory. Spadła na ziemię z cichym piskiem, a liście kolorowe liście posypały się wokół niej.
— Spróbuj jeszcze raz — powiedział mentor, nie okazując żadnego gniewu. — Kot, który się nie przewraca, nigdy się nie nauczy wspinać.
Zacisnęła zęby. Tym razem pazury wbiła głębiej. Czuł, jak kora rozdziera poduszki jej delikatnych, miękkich łapek, jak mięśnie drżą pod ciężarem jej ciemnego ciała. Każdy krok w górę zdawał się być walką — z grawitacją, z lękiem, z samą sobą.
Ale w końcu... Była tam. Na gałęzi. Choć nie wysoko, to wciąż, ponad zaroślami oraz wszelkimi krzewami. Wiatr poruszał jej ciemno-szylkretowym futrem, a świat wydawał się większy, szerszy — i piękniejszy.
— Dobrze — zamruczał Siwa Czapla, zerkając ku niej z dołu. — Teraz uczysz się patrzeć jak wojownik. Nie tylko z dołu, ale i z góry.
Kunia Łapa uśmiechnęła się delikatnie, a przy okazji parsknęła cichutko, lekko rozśmieszona słowami mentora. Może i miała zdarte łapy, ale warto było poświęcić ich stan, jeśli oznaczało to, że zdobędzie nową umiejętność i szacunek szarego kocura.

Teraźniejszość...

Mgła unosiła się nad terenami Klanu Nocy jak duchy przodków, a ziemia pod łapami była zimna i wilgotna. Kunia Łapa stała w milczeniu u boku Siwej Czapli, który pomimo zwykle pogodnego charakteru, dziś sprawiał wrażenie wyjątkowo poważnego.
— Dziś nie poprowadzę cię za łapę — powiedział cicho. — Masz wyćwiczone uszy, zwinne łapy, znasz terytorium jak linie własnych wąsów. Teraz musisz pokazać, że nie jesteś już uczennicą… ale wojowniczką.
Kunia Łapa skinęła głową, a jej serce waliło głośno oraz prędko, niczym rozjuszony borsuk, nie okazywała jednak strachu, kipiącego teraz pod jej gęstym futrem. Nie teraz.
— Twój test jest prosty — dodał jednooki kocur. — Samodzielne polowanie. Musisz wrócić przed zmierzchem. Ale pamiętaj: testuje cię nie tylko łapa, ale i serce.
Las był cichy, niemal zbyt cichy. Kunia Łapa przemknęła przez paprocie jak cień. Wytropiła drozda przy Starej Łupinie i po wymierzeniu odległości i naprężeniu tylnych łap zdołała powalić go jednym, czystym ciosem — bez bólu, bez hałasu. Potem przycupnęła przy strumieniu, oczekując na jakąkolwiek rybę, i gdy ta w końcu przypłynęła, prędko zatopiła w niej pazury, wyrzucając ją na brzeg. Dwie ofiary. Wystarczyło.

Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo pomarańczem i złotem, podczas gdy ona siedziała jakoś na środku klanowej polany. Następczyni Sroczej Gwiazdy, Spieniona Gwiazda zwołała zebranie klanu. Nie słychać było niczego, poza szumem rzeki.
Liderka chrząknęła cicho, a następnie zwróciła swój wzrok ku uczennicy:
— Kunia Łapo, chodź, podejdź nieco bliżej.
Kotka zrobiła kilka kroków naprzód. Wszystkie spojrzenia były zwrócone ku niemu, a w powietrzu unosił się ciężar chwili, której wyczekiwała od wielu, niezliczonych księżyców. Choć jej futro było nastroszone, a spojrzeniu ujrzeć się dało stres, jej łapy były pewne. Wiedziała, że jest gotowa.
— Ja, Spieniona Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała bardzo pilnie, aby móc poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę. — Uniosła głowę ku niebu. — Kunia Łapo, powiedź, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę własnego życia?
— Przysięgam.
Na moment nawet szumu rzeki nie dało się usłyszeć. Kunia Łapa czuła się tak, jakby w tym momencie cały świat stanął w miejscu, a jednak wszystko szło naprzód.
— Dobrze, a więc mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Kunia Łapo, od tej pory będziesz znany jako Kuni Strumyczek. Klan Gwiazdy ceni twoją pogodną osobowość i umiejętności oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.
Kuni Strumyczek poczuł, jak duma rośnie w jej piersi, aż ogarnęła całe jej ciało. Cisowy Gwiazdozbiór pochylił się i dotknął jego głowy nosem. Liderka skoczyła obok Kuniego Strumyczka, by dotknąć pyszczkiem głowy nowej wojowniczki, która nosem dotknęła potężnego barku kotki.
Z polany rozległy się głosy — najpierw pojedyncze, potem coraz więcej, aż wypełniły cały obóz:
— Kuni Strumyczek! Kuni Strumyczek!

Obóz pogrążył się w ciszy. Gwiazdy błyszczały wysoko nad koronami drzew, a wiatr szumiał cicho w liściach, niosąc ze sobą zapachy lasu i szept Gwiezdnego Klanu. Wszyscy już spali — terminatorzy w swoich legowiskach, starszyzna przykryta mchem, nawet kocięta, znane ze swojej ogromnej energii leżały na ciepłych posłankach w żłobku, tuż, przy ciepłych futrach rodziców.
Tylko ona jedna czuwała.
Siedziała przed wejściem do obozu, jej łapy były złożone spokojnie, oczy czujne. Noc była dość chłodna, ale nie zmarzła — jej futro wydawało się teraz grubsze, jakby nowe imię dodało jej nie tylko godności, ale i siły.
Słyszała każde skrzypnięcie gałęzi, każdy trzepot skrzydeł w koronach drzew. Księżyc wysoko na niebie odbijał się w jej pomarańczowych oczach, gdy spoglądała w stronę nieba. Wspomnienia dnia, w którym Srocza Gwiazda mianowała ją na uczennice, nagle powracały do niej falami. Tyle zmian nastało od tego pamiętnego dnia, a jednak nie czuła, żeby jej charakter przeszedł przez drastyczne zmiany, cóż, przez wszystkie te księżyce nabrała więcej pewności, ale zdawało jej się, że poza tym wszystko było w niej takie same. W pewnym momencie usłyszała coś — miękkie stąpnięcie. Kot? Drapieżnik? Jej ciało natychmiast napięło się, gotowe do skoku... ale to był tylko wiatr poruszający liśćmi.

[1421 słowa, nauka łowienia ryb + wspinaczka na drzewa]

[przyznano 28% + 5% + 5%]

05 kwietnia 2025

Od Kuniej Łapy CD. Perlistej Łapy

Przez chwile spoglądała w stronę legowiska, w którym znajdował się jej mentor. Chciałaby móc znaleźć się już poza obozowiskiem, najlepiej natychmiast. Gdy dotarły do niej słowa Perlistej Łapy, natychmiast zwróciła swój łebek w jej stronę.
— Nie ma mnie na treningu, ponieważ mój mentor, Siwa Czapla potrzebuje wypoczynku po nocnym patrolu, który odbył. Jestem pewna, że za jakiś czas się obudzi — wyjaśniła starszej uczennicy. — A co do twojego mentora... Może chciałabyś go poszukać?
Perlista Łapa niepewnie rozejrzała się po tłocznej polanie, licząc, że znajdzie na niej mentora. Kuna również poszukiwała wzrokiem kocura, gdy jednak nie dostrzegła go nigdzie w tłumie, wbiła swe pomarańczowe ślepka w ziemię.
— Więc szukamy go? — Ponownie spytała kotkę.
— N-No dobrze... — Z pyszczka Perlistej Łapy wydobyło się miauknięcie, w którym odczuć dało się niemałą panikę.
— Wspaniale! — Ciemna szylkretka ignorowała strach oraz niepewność jej towarzyszki. Kunia Łapa zdawała się dostrzegać w kotce kogoś, z kim mogłaby wspólnie spędzić dobrze czas, jeśli tylko udałoby się jej trochę otworzyć ją na innych. — Może przeszukajmy polane? Na niej jest sporo kotów, a więc i on powinien tam być.
Liliowa pokiwała głową, Kunia Łapa za to pewnie ruszyła przed siebie, rozglądając się za uczącym Perełkę wojownikiem. W końcu, po krótkim poszukiwaniu natrafiła na kocura. Siedział sam, odsunięty od reszty kotów, wygrzewając się w słabych promieniach słońca zaledwie ogon lub dwa od wejścia do legowiska medyków.
— Dzień dobry, Lśniąca Ikro. — Kunia Łapa usiadła przed wojownikiem, łapy okrywając swym gęstym ogonem; jej wąsy drżały lekko, poruszane falą zadowolenia. — Perlista Łapa zdawała się nie wiedzieć, gdzie jesteś, to też jej pokazałam.
— N-No... — Perlista Łapa wyglądała na dużo bardziej zmieszaną niż wcześniej.
Spojrzała za siebie, by dostrzec sylwetkę szarego wojownika, znajdującego się tuż przy wyjściu ze swojego legowiska. Natychmiast rozpoznała w kocurze swojego mentora. Uczennica nie chciała jednak odejść od dwójki, przy której stała, ponieważ poczuła, iż w jej główce kwitnie pewien pomysł. Kotka zastanawiała się chwilę, nad tym, czy jej myśl, aby na pewno ma sens, a gdy doszła do wniosku, że tak, wyprostowała się, w jej oczach dało się ujrzeć poczucie pewności.
— Chcę tylko powiedzieć, że według mnie dobrze byłoby, gdybym mogła pójść z Perlistą Łapą na trening — rzuciła w stronę mentora starszej uczennicy, a następnie odwróciła się w jej stronę. — Na pewno byłoby to ciekawe przeżycie, bo jeszcze nigdy nie odbyłam treningu wspólnie z jakimś uczniem! Perlista Łapo, co o tym sądzisz? Czy chcesz wyjść na wspólny trening?

<Perlista Łapo?>
[394 słowa]

[przyznano 7%]

11 marca 2025

Od Kuniej Łapy Do Perlistej Łapy

Jasne, przyjemne słońce poranka zbudziło przed chwilą drzemiącą w najlepszą Kunią Łapę. Uczennica natychmiast zaczęła pielęgnować swoje futro, by po skończeniu, podnieść się i udać się na zewnątrz i poczekać na swojego mentora przed uczniowskim legowiskiem. Ptasi śpiew oraz przyjemny szum wiatru kołatały w uszach szylkretowej kotki. Po jakimś czasie czekania przeciągnęła się, a następnie pozwoliła sobie zajrzeć do legowiska wojowników, by sprawdzić, czy jej nauczyciel, Siwa Czapla, jest gotowy na trening. Gdy tylko przekroczyła próg, spostrzegła drzemiącego w najlepsze szarego kocura. Wojownik zwykle wstawał wczesnym rankiem, dostosowując się do pory wstawania własnej uczennicy, zdziwiło więc Kunią Łapę to, że dziś jest inaczej. Westchnęła, po dłuższej chwili przypominając sobie, że wojownik brał wcześniej udział w nocnym patrolu granicznym, a więc należał mu się jakiś wypoczynek i zwolniony był z wczesnego wstawania. Kuna, nie chcąc zamęczać biedaka prośbami o trening, ruszyła na klanową polanę, by zjeść jakieś śniadanie, a przy okazji podsłuchać rozmów znajdujących się na niej kotów. Gdy tylko dotarła do sterty, pochwyciła leżącą na niej ukleje, a następnie usiadła w miejscu, na które padało choć trochę promieni słońca. Choć wybrana ze sterty ryba była dobra, to była też stanowczo za mała, a za czym idzie — niezbyt sycąca. Słońce nie przygrzewało jej futra i w zasadzie, to było jej niezmiernie zimno. Niby to powietrze z każdym dniem stawało się coraz to cieplejsze, a śniegu było coraz mniej, a jednak zimny mróz każdego dnia był w stanie wbić się pod ciemne futro koteczki, która teraz wstała i, ponownie, ruszyła w stronę sterty zdobyczy, po jakąś porządniejszą przekąskę. Wzięła okonia, uznając, że nim najporządniej się naje, a potem wróciła do miejsca, w którym chwile temu siedziała. Z jej pyszczka wydobyło się bolesne westchnięcie, gdy ujrzała, że tam, gdzie wcześniej siedziała, znajdowała teraz niewiele od niej starsza uczennica, Perlista Łapa. Liliowa kotka spoglądała na nią z jakby stresem, nie odstraszyło to jednak ciemnoumaszczonej kotki, która usiadła mniej więcej odległość ogona od niej.
— P-przepraszam, nie wiedziałam, że chcesz tu usiąść. — Perełka miauknęła niepewnie w jej stronę, a następnie podniosła się, chcąc odejść nieco dalej.
Kunia Łapa parsknęła cicho, aby po chwili machnąć szybko i energicznie ogonem.
— Nie ma sprawy. — postanowiła, że spróbuje wdać się w jakąś rozmowę z nieśmiałą kotką, która niestety nie przejawiała nigdy większej chęci, by porozmawiać czy choćby usiąść obok Kuny. — Nie jesteś na treningu? Albo, chociaż na patrolu?

[392 słów]
<Perlista Łapa?>

[przyznano 8%]

05 lutego 2025

Od Kuniej Łapy

 Siedziałam przed strumykiem wraz z Siwą Czaplą, moim mentorem. Wojownik oczywiście nie przyprowadził mnie tam bez przyczyny, ponieważ chciał opisać mi, jak należy łowić ryby, czyli główne źródło pożywienia w Klanie Nocy. Słuchałam jego słów z uwagą, ponieważ zależało mi na tym, by być dobrym łowcą.
— Najlepiej będzie, jeśli zaczniemy od miejsc, gdzie woda jest płytka.
— Przepraszam, jednak dlaczego właśnie przy wodach płytkich? — zastrzygłam z zaciekawienia uszami.
— W płytkich wodach ryby są bardziej dostępne i łatwiej je dosięgnąć tak krótkimi łapkami, jak te twoje. W głębszych wodach ryby mogą być trudniej dostępne — odparł, a następnie łypnął w stronę strumyczka, przy którym zaraz miałam zacząć ćwiczyć łowienie. — Na dodatek w niegłębokich wodach można dokładnie widzieć, gdzie wkłada łapy i jakie ryby się tam znajdują, no bo gdybyś spojrzała w głębsze wody, to niewiele byś zobaczyła, ponieważ widoczność jest w nich ograniczona, co może utrudniać złapanie takiej rybki.
Wytłumaczenie to było dla mnie naprawdę dobre. Już nie mogłam się doczekać, aż zastosuje całą tę ciekawą wiedzę w praktyce, wiedziałam jednak, że trochę czasu minie, nim faktycznie uda mi się coś złowić. Fakt ten jednak mnie nie zrażał, a przeciwnie, bo jak niby mogłabym złapać coś bez żadnych tłumaczeń, ćwiczeń oraz innych takich?
— Gdy byłem młodszy, mój mentor polecił mi obserwowanie ryb, bym zrozumiał sposób ich poruszania się w wodzie, poznał ulubione kryjówki i zrozumiał zachowanie.
— Posłuchałeś?
— Niestety nie. Żałuje, bo po części przez to, ryby łowię w trochę inny sposób, niż inne koty.
Według mnie to dobrze, że Siwa Czapla wypracował sobie jakąś ciekawą technikę, a jeśli pozwalała mu na łowienie takie same, jeśli nie lepsze od innych kotów, to brawa dla niego. Zastanawiało mnie jednak, jakie jeszcze czynniki sprawiły, że łowił on swoim własnym stylem. Mogło być ich w końcu wiele, podejrzewałam jednak, że głównym był brak jednego oka, który mógł nieco utrudnić mu wykonywanie tego, co innym przychodzi z łatwością. Myślami starałam się w tym jednak zbytnio nie zagłębiać, w końcu dla mnie liczyło się, by umieć łowić tak, jak wymagały tego klanowe standardy.
— W wolnym czasie postaram się poobserwować ryby, skoro sądzisz, że jest to całkiem ważne. Na pewno przy mieliźnie w obozie pływa trochę rybek — miauknęłam, dumna ze swojego pomysłu. Oczywiście nie wiedziałam wtedy, że żadnych ryb bym tam nie spotkała, ponieważ te są płochliwe i przy gwarnym obozowisku nie mogłyby w spokoju sobie pływać. — Jakie masz jeszcze rady?
— Mniejsze ryby są łatwiejsze do uchwycenia, co pozwoli ci nabrać pewności siebie, która potrzebna jest podczas łowienia — mruknął, wyraźnie zadowolony z tego, iż jego uczennica zaczęła prosić go o rady.
Brzmiało sensownie, to też energicznie pokiwałam głową. Naprawdę cieszyło mnie, że mój mentor jest tak przyjazny oraz serdeczny, a także świetnie tłumaczy mi to, co przyda mi się nie tylko, gdy będę wojowniczką, ale i mentorką! Podeszłam nieco bliżej strumienia, przy którym już wcześniej stałam, by ujrzeć w nim kilka małych rybek. Po ich srebrnych łuskach byłam w stanie rozpoznać, że są to ukleje. Dostrzegłam, że poruszają się bardzo szybko i z dużą zwinnością. To na pewno pomaga im uniknąć drapieżników.
— Płetwa ogonowa jest głównym napędem uklei, co umożliwia im szybkie przyspieszanie i gwałtowne zwroty.
Wpatrywałam się w nie jeszcze chwile, by zauważyć, jak niby kryją się w roślinności. Czy o takie kryjówki chodziło Siwemu? No, teoretycznie kamuflowały się wśród roślinek.
— Kryją się na tle flory, mam racje?
W odpowiedzi skinął mi głową.
Ech, niestety, ale tym pytaniem je spłoszyłam. Pozostawało mi więc jedynie oglądać, jak niesamowicie prędko machają swoimi płetwami ogonowymi, by zniknąć gdzieś w dalszej części strumyka. "Kawałki wroniej karmy!" — obraziłam rybki w myślach. Długo nie dołowałam się jednak tym, że odpłynęły, przecież dopiero ćwiczyłam, a i tak sporym osiągnięciem było, że zaobserwowałam w nich już tyle różnych cech.
— Chyba wypatrzyłaś dużo szczegółów. Najważniejszym detalem będzie jednak to, że są bardzo szybkie i że po usłyszeniu dość głośnego dźwięku uciekną ci sprzed nosa. — Mój nauczyciel zwrócił się do mnie.— A więc, jak myślisz, jak najrozsądniej będzie je złapać?
— Powoli, bez gwałtownych ruchów czy dźwięków, które mogłyby je przestraszyć?
— Racja! Powinnaś więc powoli wsadzić łapę do wody, aby nie zauważyły twojego ruchu. Gdy już uda ci się to zrobić, należy szybko, lecz delikatnie wbić pazury w jej głowę.
— Dlaczego akurat za pyszczek?
— Chwytanie ryby za skrzela lub pysk minimalizuje ryzyko uszkodzenia jej delikatnych części ciała, takich jak płetwy czy łuski. Ciekawe, co?
Sporo było tych informacji, wiedziałam jednak, że nietrudno będzie mi to wszystko spamiętać. Wiedziałam już większość na temat uklei, włączając w to sposób, jaki należy je łowić. Mogłam także wywnioskować, że lubią kryć się we florze, a skoro łowiłam je przy płytkim strumieniu, to przepadają za płytką wodą. Brakowało, tylko żebym faktycznie złapała taką ukleję...
— Myślisz, że dziś uda mi się coś złapać?
— Tego nie wiem. Łowienie wymaga praktyki, skupienia oraz uwagi, i choć nie wątpię w to, że jesteś uważna, to nigdy nie ćwiczyłaś sposobu łowienia ryby, co na pewno nie ułatwi ci łapania czegokolwiek. Jeśli poćwiczysz, to prędko złapiesz coś wspaniałego!
— A na czym mam ćwiczyć? Tamte ryby już odpłynęły i najpewniej nie wrócą szybko...— Westchnęłam przeciągle.
Na te słowa mentor mój sięgnął po niewielki kamień. Wsadził go do płytkiej wody, na co ten zaczął powoli opadać w dół. Chyba wiedziałam już, na czym będę trenować i szczerze, to bardzo podobał mi się kreatywny pomysł zaprezentowany przez mojego nauczyciela. Skinął głową w moją stronę, a ja, postępując tak, jak mi wcześniej tłumaczył, zanurzyłam łapę bardzo powoli w wodzie, oczywiście jak najbliżej kamienia, który reprezentować miał ukleje. Wysunęłam też i pazury, które wbiłam w kamień tak, jakbym zrobiła to z niewielką rybą. Wyciągnęłam kamień i upuściłam go przed Siwym.
— Świetnie ci poszło! Zwróć jednak uwagę na to, że nachylając się tak, pozostawiasz w wodzie cień, który może spłoszyć rybę.
Podobała mi się ta porada, tak prosta, a równocześnie pomocna. Mentor mój ponownie wrzucił kamień do strumyka i ja, uważając, by nie nachylić się zbytnio, powoli wsadziłam łapę do wody, by po chwili prędkim ruchem wbić się w kamień i ponownie upuścić go przed kocurem.
— Wspaniale ci poszło! W wolnym czasie postaraj się wykonać to ćwiczenie z kamieniem, bo im częściej będziesz je wykonywać, tym prędzej złapiesz swoją pierwszą zdobycz.
To było tyle z tej lekcji. Siwy machnął ogonem, bym ruszyła za nim do obozu. Podczas mego powrotu mocno trzymałam w pyszczku kamień przeznaczony do moich ćwiczeń.

[1125 słów]

[przyznano 23%]

18 stycznia 2025

Od Kuniej Łapy

Moje oczy błysnęły lekko, gdy Siwa Czapla miauknął do mnie:
– Dziś chciałbym zaprezentować ci nasze granice. Pływać już potrafisz, więc w końcu będziesz mogła zobaczyć te wszystkie ciekawe miejsca!
Nie mogłam się już doczekać, a gdy tylko mentor mój pognał w stronę wyjścia, ja ruszyłam za nim. Co prawda krok mój spokojny był i niczym nie odzwierciedlał radości mojej, jednak naprawdę cieszyłam się z tej sesji treningowej. Wejście do obozu było już za mną, gdy ja u boku mentora mojego stałam. Co ciekawe, kocur ten wyglądał na podekscytowanego, energicznie przystępował z łapy na łapę, a uśmiech na jego pysku był szeroki i przepełniony szczęściem.
– Najpierw pokażę ci Starą Łupinę albo nie, zobaczysz Kolorową Łąkę! – Rzucał nazwy, a ja szybko kiwałam głową.
To, co mi pokaże było mi w końcu dość obojętne, liczyło się głównie, by wyciągnąć z tego naukę, doświadczenie, a także interesujące widoki. Przepadałam w końcu za światem poza obozem, ponieważ był on rozmaity oraz pełen nowości. W zasadzie to gdybym mogła, to łapy moje postawiłabym jeszcze na innych terenach, takich jak tereny Klanu Klifu bądź tereny Klanu Burzy, jednak ze względu na szacunek mój do kodeksu wojowników, pozostawało mi jedynie marzyć o spełnieniu tego celu czy raczej marzenia. Siwa Czapla zdążył się już przedostać na drugą stronę tej rzeczki, a w tym celu pokonał wiele piaszczystych wysepek i obecnie na mnie czekał. Właśnie wtedy dotarło do mnie, jak bardzo się zamyśliłam, a uczucie wstydu oblało moje ciemne futro.
– Przepraszam! – Jęknęłam głośno, wiedząc, że mojemu mentorowi należą się tak owe przeprosiny.
Siwa Czapla parsknął jedynie, a następnie machnął ogonem w moją stronę, chcąc, bym dołączyła do niego. Pokonałam więc kilka drobnych wysepek co dzięki mej wspaniale rozwiniętej umiejętności skoku nie było rzeczą trudną. Kilka następnych wysp było położone nieco dalej od siebie, a po szybkim wymierzeniu odległości zauważyć się dało, że skok nie wystarczy, by na nie dotrzeć. Zanurzyłam więc się w wodzie, a następnie przepłynęłam na kolejne skrawki terenu. Teraz stałam obok mentora mojego, który najpewniej zadowolony był z siebie, ponieważ nie musiał interweniować podczas mojej krótkiej przeprawy.
– Coraz lepiej idzie ci wykonywanie ruchów wodzie. – Pochwalił mnie, co bardzo mnie zadowoliło.
– Dziękuje. Tobie za to wspaniale idzie mentorowanie mi! Naprawdę dobry z ciebie nauczyciel – miauknęłam z błyskiem szczęścia w moich ślepiach. Dziwnie było mi tak nagle chwalić Siwą Czaplę, bo jeszcze niedawno miałam co do niego uczucia mieszane. W końcu, gdy został moim nauczycielem był najmłodszym kotem w klanie.
– Ach, nie martw się, wiem, jak świetnym nauczycielem jestem – odparł nieskromnie, choć ton jego głosu był dość rozśmieszony, to też zrozumiałam, iż jest to w pewnym sensie ironiczny żart.
Siwy odwrócił łeb, a następnie ruszył gdzieś, na co ja energicznie pognałam za nim.
– To jest Brzozowy Zagajnik. Pełno tu niestarych brzóz, które wyglądają naprawdę uroczo! – powiedział.– Za nimi kryją się nieznane tereny, w które nie powinniśmy się zagłębiać.
Szum liści lekko powiewających na wietrze zalał moje uszy. Miejsce to faktycznie wyglądało uroczo, a siedzieć mogłabym tu kilka godzin i najpewniej lekki szum oraz pnie drzewek by mi się nie znudziły. I chociaż ja już rozsiadałam się przy jednym z drzewek, mentor mój nakazywał mi wstać, bo musieliśmy kontynuować lekcje.
– Teraz przejdziemy przez Zrujnowany Most do Starej Łupiny, jasne?
Nazwy te były dla mnie dość nieproste, musiałam więc wbić w mego mentora spojrzenie moich oczu, które patrzyły na niego pytająco. On westchnął jedynie i skocznym krokiem ruszył przed siebie, najpewniej w stronę tego "Zrujnowanego Mostu". Oczywiste więc było, że iść za nim musiałam, aż w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie strumień przecinał fragment lądu. Przede mną były dziwnie ułożone kłody bardzo cienkich drzew, z czego niektóre połączone były przez kładki. Końcówka mego ogona aż drgnęła ze zdziwienia, ponieważ widok ten był do prawdy dziwny i wręcz nierealistyczny dla oczu moich.
– Ciągnie się przez całą szerokość rzeki, a dzięki tym kłodom można dostać się na drugą stronę bez moczenia sobie futra. Musisz jednak ostrożnie mierzyć skoki, bo odległości między tymi balami są różne. To po prostu nie jest wyzwanie dla każdego kota.
Spojrzałam na nie. Wymierzenie odpowiednio odległości oraz skok na przód nie powinny być dla mnie problemem, wiedziałam jednak, że balansowanie nie należało do dobrze opanowanych przeze mnie umiejętności, a więc utrzymywanie się na tych cienkich drylach byłoby sporym wyzwaniem. Musiałam więc odpuścić, pomimo moich chęci, by skorzystać z tej ciekawej drogi. W końcu to była jedyna mądra opcja...
– Chyba przepłynę. Nie czuje się na siłach, by wykonywać tak skomplikowane skoki – westchnęłam, a następnie przepłynęłam na drugą stronę.
Siwa Czapla bez większych przeszkód skorzystał ze Zrujnowanego Mostu.
– Uszy do góry! Zobaczysz Starą Łupinę, Kunia Łapo – parsknął pośpiesznie, dostrzegając moje niezadowolenie.
W zasadzie to było to całkiem pocieszające, to też wyprostowałam się, napięłam i postarałam się wyglądać tak dumnie oraz radośnie, jak tylko mogłam. Mentor mój już truchtał w stronę Łupiny, a ja już szykowałam się, by ujrzeć wspaniałość tej lokalizacji.
– Oto ona! – wpatrzony był w spróchniały obiekt, który po części znajdował się w wodzie.
– Czym to tak właściwie jest? – Zauważyć mogłam, że przywiązana jest do wysokiego, wystającego z ziemi pniaka, co jednak nie było dla mnie w żadnym stopniu podpowiedzią.
– Nie wiem i w zasadzie, to nikt nie wie. To po prostu Stara Łupina, ale pojęcia nie mam, do czego jest używana.
Zaczerpnęłam więc jej zapachu, który w zasadzie nie był niczym specyficznym, to też poddałam się, nie chcąc marnować mego czasu, na szukanie odpowiedzi. "Cóż, niektóre rzeczy powinny pozostać nieznane" – uznałam, wciąż jednak nie zaprzestając penetrowania Łupiny wzrokiem. Ciekawe jednak było, jak się tu znalazła i ile sezonów nosi na swym drewnie.
– Dobra, to teraz pójdziemy na Kolorową Łąkę. Opuszczone Cmentarzysko nie jest warte oglądania, jest tam jedynie kilka płyt, na których są jakieś wypuklenia czy inne wzorki – miauknął obojętnie, a ja pogodziłam się z tym, że dziś niedane mi będzie obejrzeć wszystkich tych lokacji, które położone są na naszych terenach.
Wcześniejszy trucht mojego mentora zamienił się w bieg, a prędkość tego biegu była doprawdy spora, co pozwalało mi myśleć, że Kolorowa Łąka jest bardzo ciekawa. Nie myliłam się, ponieważ Siwa Czapla czekał już na mnie, w miejscu, gdzie mnóstwo było kwiatków. Wyglądało naprawdę pięknie, a każdy z kwiatków, do jakiego podeszłam miał inny zapach, każdy wspaniały! Przestrzeń, na której kwiatki te się znajdowały była ogromna. Aż chwyciłam w zęby łodyżkę, którą pociągnęłam do siebie co ją urwało. W pyszczku moim był teraz piękny kwiatuszek o ślicznych płatkach.
– Wiedziałem, że spodoba ci się to miejsce! – Siwa Czapla miauknął w moją stronę z nutką triumfu w głosie.
– Chyba każdy, który okazje miał by odwiedzić to miejsce odczuwał zachwyt! – mruknęłam w odpowiedzi.
Siwa Czapla w końcu ogłosił, iż pora wracać, to też kroki pośpiesznie zaczęłam w stronę obozu stawiać. Pokonanie wysepek, choć zajęło mi chwilę, to poszło bezproblemowo i nim obejrzałam się, znajdowałam się w moim legowisku, umieszczając zerwany przeze mnie kwiatek pod mszystą ściółką, jako miła pamiątka z mojej pierwszej lekcji dotyczącej granic.

[1195 słów]

[przyznano 24%]

08 stycznia 2025

Od Kuniej Łapy

Jakiś czas po mianowaniu...

Zaczęłam dokładnie pielęgnować me futro. Wiedziałam, iż dziś czeka mnie trening, mój pierwszy trening, to też zastanawiałam się, od czego zacznie mój mentor Siwa Czapla. Zakładałam, że będzie to coś ciekawego, choć mogłam się jedynie domyślać. Wszystko było teraz nieco dziwne... Chwilę temu przyzwyczaiłam się do mlecznego, ciepłego zapachu, który panował w żłobku, a tak nagle musiałam się z niego wyprowadzić. Każde posłanie było wysłane liśćmi, muszelkami oraz wszelkimi innym znajdami, które przyniesiono z treningów, a moje? Nie było tam niczego poza mchem! Podczas mego rozmyślania, Siwa Czapla zdążył do mnie podejść. Na jego pysku widniał serdeczny uśmiech, oczy jego lśniły lekko, a futro jego lśniło w jasnych promieniach słońca.
– Dzień dobry – miauknęłam do niego.
– Witaj, Kunia Łapo! Jak się masz? – powiedział do mnie zaskakująco prędkim tonem.– Wiesz, że dziś będzie twój pierwszy trening? Super, co nie? Gdy tylko mnie mianowano, wypytywałem mojego mentora o porę, w której zaczniemy trening, wiesz?
"Gadatliwy..." – pomyślałam. Mój mentor przystępował z łapy na łapę, jakby nie mógł doczekać się mojej odpowiedzi. Kocur ten był pełen energii i choć nie miał jednego oka, to zdawał się widzieć cały obóz, a nawet odległe tereny Klanu Nocy. Sądzić mogłam, iż zaraz wystrzeli z niego jeszcze więcej energii i tej promienności.
– Skoro mowa o treningach, to od czego zaczniemy?
Siwy przekręcił lekko pysk, jak gdyby me pytanie wprawiło go w zaskoczenie, bądź zdziwienie.
– Od pływania, oczywiście. Przecież nasz obóz jest na wyspie, a jeśli chcemy z niego wyjść, to potrzebna jest zdolność do pływania.
Skinęłam głową. Nie rozumiałam jego zdziwienia, w końcu nie wolno mi było wyglądać poza obóz, nawet pomimo chęci czy skłonności do zrobienia tego. Kocur szybko ruszył w stronę wyjścia, pogwizdując cicho. "Pora Nagich Drzew niedawno się zakończyła, więc przynajmniej woda nie będzie strasznie zimna, a śnieg, który napotkam, będzie raczej szarą breją, zmieszaną z wszelkim brudem czy błotem" – Powtarzałam bezgłośnie, podczas gdy mentor mój stał już przy wyjściu z obozu.
– Gdy pójdziesz naprzód, zauważysz, że stoisz na małej wysepce, przyłączonej do naszego obozu. To na tej wysepce nauczymy się kilku podstaw, ponieważ woda nie jest tu głęboka, co zmniejsza ryzyko utonięcia.
Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam ostatnie słowo, lecz postarałam się nie zrażać do nowości. Podreptałam na przód i faktycznie, pod moimi łapami znajdował się kawałek terenu, który przyłączony był do obozu. Grunt, który był na tej wysepce, zdawał się lekko zapadać pod moimi łapami, co było całkiem ciekawe. Kilka krótkich kroków dalej była woda. Fale jej poruszały się rytmicznie, co jakiś czas dało się również usłyszeć cichy chlupot.
– Radziłbym najpierw przyzwyczaić się do mrozu, który czekać cię będzie, gdy tylko się zanurzysz.
Nie mówił nic więcej, więc po prostu zanurzyłam łapy w wodzie, by sprawdzić, czy naprawdę jest tak zimna. Mróz jej szybko do mnie dotarł, lecz determinacja kazała mi nie wyjmować łap z wody i przyzwyczaić się do chłodu, tak, jak oczekiwał tego mój mentor. Z czasem dało się do tego przyzwyczaić, więc zaczęłam machać łapkami w wodzie, starając się symulować pływanie. Siwa Czapla obserwował mnie przez krótką chwilę, aby po chwili powiedzieć:
– Dobrze... Staraj się machać łapami nieco bardziej rytmicznie. Choć widzę, że się starasz, to nie możesz po prostu chlapać wodą w tę i w drugą stronę.
Zwolniłam więc tempo, by skupić się na tym, jak dokładnie mam to zrobić. Nic jednak do mnie nie przychodziło, a słowa mentora zwyczajnie uleciały mi z głowy. Kocur musiał zauważyć mój zakłopotany grymas na pysku, ponieważ podszedł bliżej, również włożył łapy do wody i zaczął płynnie nimi przebierać. Starałam się go naśladować, najpierw łapiąc sposób, potem tempo. Szło mi dobrze – co dało się wywnioskować po jego dumnym wzroku. Skoro najważniejsze miałam za sobą, to mogłam w pełni zanurzyć się w wodzie.
– Mogę? – spytałam, spoglądając raz na niego, raz na wodę.
– Jasne, że możesz – miauknął, po czym sam zanurzył się w strudze.
Do łap przednich dołożyłam więc tylne oraz korpus. Było mi zimno, lecz dawałam sobie radę, wykonując wskazane przez mego mentora ruchy. W zasadzie to czułam się całkiem przyjemnie, mogąc rozchlapywać ciecz na wszystkie strony.
– Kunia Łapo, ale dołóż jeszcze tylne łapy, bo w połowie idziesz na dno! – parsknął do mnie.
Oczywiste więc było, że zaczęłam machać łapami tylnymi i choć woda wciąż tryskała na wszystkie strony, to odmówić mi nie można było, iż jak na pierwszy raz na poszło mi źle.
– Spróbuj machać łapami mniej "agresywnie". Musisz pływać elegancko, jeśli nie chcesz wyglądać, na topiącego się kociaka!
Tej rady również posłuchałam, machając łagodnie, lecz wciąż szybko. Poruszałam się też na przód, jednak szło mi to mozolnie, a sama o mało nie straciłam mej koncentracji. To wszystko wymagało też ode mnie sporo wysiłku, a ból, jaki nagle odczuwałam w łapach, był do prawdy dziwny. W końcu jedynie pływałam, a jednak szybko poczułam zmęczenie. Mentor mój chyba to zauważył, ponieważ zaczął mnie asekurować, podczas gdy ja powoli ciągnęłam w stronę wysepki. Gdy tylko dotarłam, usiadłam na piachu, a potem po prostu się położyłam. Zabawa była przednia, to fakt, jednak czemu tak szybko straciłam siły? Przecież gdybym bardziej się postarała, to mogłabym pływać dalej, mogłabym udowodnić mojemu mentorowi całe moje doświadczenie!
– Dobrze ci poszło! – Jego ton był szczęśliwy, więc poczułam się choć trochę lepiej.
– Tak, masz racje, Siwa Czaplo. Poszło mi dobrze. – Niby czułam się dumnie, a jednak wiedziałam, że poszło mi "dobrze", a nie najlepiej. – Mam tam wracać?
– Nie musisz. Dałaś od siebie bardzo dużo. Co ty na to, by coś przekąsić?
Wstałam więc i choć łapy wciąż mnie bolały, to kroki do obozu stawiałam pewnie, tak, jakbym właśnie zrobiła coś wspaniałego! W końcu tak było: Potrafię już prawie pływać, co daje mi sporo przewagi podczas ucieczki czy coś tam. Dotarliśmy do sterty, z której wzięłam ukleje. Rybę pochłonęłam szybko, bo zajęło mi to parę gryzów. Mentor mój ruszył wypocząć, więc ja postanowiłam, że zrobię to samo i ruszyłam w stronę mego legowiska. Usiadłam przed wejściem do środka i zaczęłam pielęgnować me mokre futro.
"To była wspaniała pierwsza lekcja! Ciekawe, co przyniesie mi kolejna..." – pomyślałam, nim weszłam do legowiska uczniów i walnęłam się na mym posłaniu.

[1048 słów]

[przyznano 21%]

26 grudnia 2024

Od Kuniej Łapy CD. Szałwika

Liznęłam poduszkę, a następnie przejechałam nią po mych wąsiskach. Nie wiedziałam, czy mój mentor uzna nauczanie kociąt za odpowiednie, jednak nie miałam nic lepszego do roboty, więc wszelkie konsekwencje postanowiłam wyrzucić w kąt. Gdy młoda kulka wpatrywała się we mnie, ze znakiem zapytania na oczach, ja miauknęłam uroczyście:
— Jako, iż mam czas oraz chęć do edukowania ciebie, z chęcią zaprezentuje ci kilka kluczowych rzeczy, o których musisz pamiętać podczas skradania się.
— Super! — miauknął do mnie. Jego futro zdawało się aż jeżyć z ekscytacji.
Najpierw przykucnęłam przy ziemi, starając się, aby mój brzuch o się o nią nie ocierał. Pamiętałam coś ze słów mentora o łowieniu zwierzyny, która nie jest rybą, choć niczego takiego jeszcze nie złapałam.
— Wojownicy uczą się stawiać łapy delikatnie na ziemi, by nie wydać dźwięku, który mógłby spłoszyć zwierzynę. — Udało mi się postawić kilka kroków naprzód, by zademonstrować.— Musisz jeszcze mieć dobrą równowagę, aby móc zmienić kierunek, w którym podążasz.
Powoli przyzwyczajałam się do pozycji łowieckiej, choć nie często jej używałam. Miałam nawet wrażenie, że idzie mi całkiem nieźle, dlatego skręciłam ostro w bok. Cóż, skutki mojego postępowania nie były najlepsze, bo straciłam równowagę, zachwiałam się i padłam na twardy grunt. Szałwik wyciągnął w moją stronę pomocną łapę, jednak ja wstałam bez jego pomocy. Choć nie byłam zadowolona z tego, co się stało, to mruknęłam:
— Właśnie dlatego należy uważnie stawiać łapy na gruncie i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Nigdy nie wiesz, ile zwierzyny może spłoszyć jakiś głupi wybryk.
— A kiedy ja mogę spróblować? — spytał, gdy tylko otrzepałam się z brudu.
Zmierzyłam go spojrzeniem dość zakłopotanym. Nie pokazałam mu nawet wszystkiego, a on już chce mnie naśladować! Cóż, nie mogłam mu pozwolić na popełnienie jakiegoś błędu! W końcu co by inni pomyśleli, gdyby ustrzegli, że tak słabo go wyuczyłam?
— Jeszcze chwila, dobrze, Szałwiku? — Zdobyłam się na delikatny ton, pod którym maskowałam całe moje niezadowolenie.
— Ech... W porządku. Wybacz, jeśli byłem dla ciebie nie grzecznly.
Zrobiło mi się trochę głupio, bo nie miałam na celu wydobyć od niego przeprosin. Kocię wbiło we mnie swe ślepka, czekając na moment, w którym ponownie przedstawię mu pozycję łowiecką. Zrobiłam więc to, a następnie otworzyłam pyszczek, by powiedzieć:
— Wojownicy muszą być bardzo czujni oraz skoncentrowani na swojej ofierze. Nie możesz się rozkojarzyć, bo jest szansa na to, że ucieknie ci sprzed nosa. Oczywiście, należy mieć też możliwość wykonywania szybkich, zwinnych ruchów, ale tego jeszcze nie opanowałam, więc nie mam jak ci tego pokazać.
— Co dalej?
— Sprawdź, w jakim kierunku wieje wiatr. Jeśli wieje w twój pysk, to zwierzynie będzie łatwiej ciebie wyczuć. Jeśli wieje w drugą stronę, zapach celu będzie nie tylko dokładniejszy, ale i twój zapaszek pozostanie dla nich niedostępny.
Postawiłam kilka kroków w tył, a następnie usiadłam. Dałam Szałwikowi znak, by zaprezentował mi, czego się dowiedział.
<Szałwiku?>

[455 słów]

[przyznano 9%]

23 grudnia 2024

Od Kuny (Kuniej Łapy)

Zaczęłam przejeżdżać łapą po moim futrze, które nie tylko było w złym stanie, ale również zawierało — jak z resztą się przekonałam po wpakowaniu do mego języka w kłęby sierści — liczne liście, łodyżki i inne rzeczy, których w futrze być nie powinno. Choć zachowanie mojej sierści w stanie idealnym kosztowało mnie sporo dobrych chęci i wysiłku, to mogłam śmiało powiedzieć, że mam najpiękniejsze futro w całym żłobku, a to był powód do dumy. Wystawiłam łeb poza wejście do żłobka, chcąc wbić spojrzenie mych dwóch pomarańczowych oczu w tego, kto będzie najbliżej mnie. Szybko ujrzałam Pluskającą Łapę oraz Sztormową Łapę, czyli niedawno mianowane na uczniów koty. Wiedziałam, że niedługo pójdę w ich ślady, więc stwierdziłam, że muszę być lepsza od nich już w pierwszym dniu mojego szkolenia. Tylko jak mogłabym to zrobić? Przecież mają więcej doświadczenia niż ja, a trudno mi będzie ich nadgonić bez mentora, dostępu do terenów poza obozem i bez kodeksu, którego tak bardzo chciałam poznać. Zagadać do nich nie chciałam, ponieważ mogliby uznać za niegrzeczne to, jak bardzo wtrącam się w ich działania pomimo mojego wieku. Starsi wojownicy też nie wchodzili w grę, w końcu na ich łapach spoczywa bezpieczeństwo klanu i na pewno są okropnie zajęci... Poza tym żadnego z nich nie znałam.
„Skoro zdyskwalifikowałam tych, którzy mają największe pojęcie o kodeksie, to od kogo mam się uczyć?” — Zapytałam się w myślach, a następnie ziewnęłam przeciągle.
— Nie wyspałaś się, Kuno? — To Kotewkowy Powiew mruknęła do mnie swym delikatnym tonem.
„Przecież ona musi znać kodeks! A przynajmniej jego część...” — nagła idea przeszła przez mój łebek.
— Kuno? — Przymrużyła oczy, gdyż nie podałam jej odpowiedzi.
— Wybacz, że nie odpowiadam ci na pytanie, jednak się zamyśliłam. — Wyciągnęłam z futra łodyżkę, na którą natrafiłam. — Wiem, że moje pytanie może wydawać się dziwne oraz nieczęste, jednak chciałabym wiedzieć, czy znasz kodeks wojowników... no i może medyków.
— Kodeks wojownika znam bardzo dobrze, ponieważ to on stanowi podstawę, która odpowiedzialna jest za podtrzymywanie wszystkich czterech klanów. — Podniosła wzrok ku górze, a następnie opuściła go na mnie. — Kodeks medyka nie jest mi w zupełności obcy, jednak nie jest on tak ważny, jak kodeks wojowników.
— A czy mogłabyś mi opowiedzieć o obydwu kodeksach? — spytałam, chcąc wiedzieć, co bardziej może pasować na moją przyszłą ścieżkę.
— Jasne! Może najpierw zacznijmy od kodeksu wojowników, hm?
Skinęłam głową oraz nadstawiłam uszu.
— Pierwsza zasada mówi, że należy chronić swych pobratymców nawet za cenę własnego zdrowia czy życia. Pamiętaj, że każdy kot, który posługuje się kodeksem, jest twoim sojusznikiem, jednak na pierwszym miejscu zawsze należy postawić klan.
— Czyli mogę mieć przyjaciół w innych klanach? — spytałam, czując, że nie rozumiem.
— Oczywiście, jednak nie będziecie spotykać się często ze względu na podział między granicami.
— Są jakieś wyjątki?
— W każdą pełnię księżyca organizowane są pokojowe zgromadzenia, w których uczestniczą koty czterech klanów. Permisje, by w nich uczestniczyć, zwykle daje przywódca.
Pokiwałam głową. Musiałam wiedzieć wszystko, co mogło mnie czekać i co mogło mi się przydać, a jednak nie czułam szczęścia z czerpania tej całej wiedzy. Granice musiały być czymś ważnym, skoro potrafiły rozdzielić koty tak skutecznie, że nawet znajomość nie potrafiła ich naruszyć. Tylko jak one wyglądały? Podejrzewałam, że granicami są kolczaste krzewy, które swą ostrością rozdzielają wszystkich i wszystko. Musiałam mieć pewność, musiałam o tym wiedzieć teraz, więc zapytałam:
— A jak wyglądają granice?
Piastunka zastrzygła uszami.
— W zasadzie, to ich nie widać. Są jedynie w głowach tych, którzy przestrzegają kodeksu, co nie oznacza, że ich nie ma.
Nie rozumiałam. Jak można przestrzegać czegoś, co nie istniało? Czy jedyną rzeczą, która była w stanie zatrzymać naszą potrzebę do kontaktu z kimś, spoza określonej grupy społecznej jesteśmy my sami? Przecież to było tak dziwne, a równocześnie przerażające. Strach zaiskrzył w moich oczach.
„Więc to są cztery klany?” — pomyślałam, czując, jak obrzydzenie pulsowało w moich żyłach. Nie chciałam prowadzić życia, w którym miałam być agresywna w stosunku do innych tylko z powodu granic, chociaż z drugiej strony chciałam mieć poczucie tego, że zapewnione jest klanowi bezpieczne miejsce, po którym każdy mógł się przemieszczać. Chęć wyrażenia mojej opinii była ogromna, jednak czy stracę czyjś respekt, czy szacunek, jeśli to zrobię? Wolałam nie próbować, więc postanowiłam układać nastroszone z przejęcia futro, które stało tak pionowo, że można by je uznać za krzew o licznych, półdługich kolcach.
— Jeśli cokolwiek jest nie tak, możesz mi powiedzieć. — Kotewkowy Powiew była wyraźnie zaniepokojona tym, jak bardzo zjeżone jest moje futro.
— To przez ekscytację. — Nie zamierzałam jej niczego wyjawiać. — Co jeszcze stanowi zasady kodeksu?
Piastunka zmierzyła mnie spojrzeniem swych czujnych oczu.
Wzięłam kilka głębokich oddechów. Przydałby mi się tymianek, który jak słyszałam, działał przeciwstresowo. Pomimo braku tego zioła w moim „magazynku” udało mi się jakoś uspokoić. Futro moje leżało już spokojnie, oddech drastycznie zwolnił, a stres schował się gdzieś w środku mnie.
— Dobrze, więc druga zasada mówi, że każdy klan jest wspaniały i niezwykły.
— To całkiem proste. Jest w tym coś głębszego? — spytałam.
— Nie, nie sądzę.
— Dobrze, więc możemy przejść dalej. — Nie chciałam zbytnio zagłębiać się w tradycje mojego czy innych klanów, w obawie, że ponownie usłyszę coś, co wywoła we mnie stres.
— Zasada trzecia daje nam do zrozumienia, że prawdziwy wojownik nie potrzebuje brutalnie atakować innych, by zwyciężyć w bitwie... — Kotewka pod koniec mówiła trochę niepewnie.
Mój pysk zbladł. Jasne to dobrze, że kodeks zabrania nam krzywdzenia innych, jednak jak coś takiego jak atakowanie innych dla wygrania w jakieś bitwie mogło komuś przejść przez myśl? Co mnie czeka, gdy zostanę uczennicą? Czy mój mentor nakaże mi wtedy walczyć? Przecież źle jest krzywdzić innych! Czułam, jak pożera mnie obawa. Dotychczas nie myślałam, że świat może być tak bardzo okrutny. Siłowałam się z futrem, które za wszelką cenę starało się unieść w górę.
— Czy ja będę zmuszona walczyć dla klanu? — zapytałam, ze strachem lśniącym w mych bursztynowopomarańczowych oczętach.
— Tak, jednak to nie będzie zła walka. Będziesz walczyć w obronie tych, na których ci zależy... Poza tym masz jeszcze czas.
— Ale zależy mi na wszystkim, co żyje! — jęknęłam.
— Mi też. Dlatego powstała ta zasada. Rany cielesne bolą, jednak każdy będzie się z nimi mierzyć w czasie bitwy.
— Nie ma innej ścieżki? — spytałam z desperacją iskrzącą w mym głosie.
— Jest droga medyka, jednak strach przed walką nie upoważnia cię do nagłej zmiany drogi, jaką chcesz podążać.
— Ja nie wiem, jaką drogą chcę podążać. Może da się podążać jakąś inną niż rola wojownika? — W moich oczach pojawiła się iskra nadziei.
— Nie, Kuno, nie ma innej ścieżki. Są dwie role, z czego na każdą nałożone jest coś, co może wywoływać w nas strach, smutek czy nawet gniew, ale z czasem odkrywamy, że musimy się z tym mierzyć, by poprawnie wykonać obowiązek, który został nam przypisany.
Westchnęłam. Teraz nie wiedziałam już, kim tak naprawdę pragnę być. Może po prostu zobaczę, co los na mnie rzuci? Chyba lepiej będzie iść dalej, niż się obawiać i stać w miejscu.
„Póki zasady istnieją, będzie ze mną dobrze. Dobrze utworzony system mnie ochroni, niezależnie od tego, kim będę” — pomyślałam, ponownie czując uspokojenie. Byłam gotowa wysłuchać każdej z tej zasad, jeśli dzięki temu mogłam zrozumieć, która ścieżka należy do mnie.
— Czy mogłabyś mówić dalej?
— Nie sądzę, że rozsądnie byłoby mówić ci coś, co wywołuje w tobie tak mocne emocje. Powinnaś teraz odpocząć i powtarzać sobie nowo nabyte informacje. — Przełknęła ślinę. — O ile jesteś na to gotowa.
Nie stawiałam oporu, uznając, że następnego dnia ponownie uda mi się wysłuchać zasad kodeksu. Skinęłam wdzięcznie głową do piastunki, której wyraźnie ulżyło na widok tego, że jakoś udało mi się przyjąć te zasady, a następnie poczłapałam w stronę mojego ciepłego, mszystego posłanka, na którym zwyczaj miałam sypiać. Gdy już do niego dotarłam, zwinęłam się w kłębek. To był dzień pełen emocji, a nawet nie wychodziłam poza żłobek!

Dzień później...

Do moich uszu wleciało melodyjne ćwierkanie ptaków. Uwielbiałam to, jak miłe są ich małe głosiki, jednak nie chciałam się podnosić z miłego posłania, na którym jeszcze chwilę temu chrapałam w najlepsze. Pomimo mojej niechęci do wstawania, poczułam, jak moje futro nagrzewa się od słabych promyczków słońca, które cudem przedostały się do żłobka. Westchnęłam, a następnie podniosłam się z ziemi. Przeciągnęłam się powoli i dokładnie. Miałam nawet wrażenie, że słyszałam, jak coś strzela mi w kościach. Byłam nie tylko zmęczona, ale i głodna. Rzecz w tym, że nie chciało mi się wychodzić na dwór, by nie oberwać chłodną bryzą. Westchnęłam ponownie i wyszłam. Moje łapy przypominały mi teraz szargane na wietrze źdźbła trawy, ponieważ wahały się na chwilę, by następnie szarpnięte przez lekką wichurę postawić pewny siebie krok. Cudem udało mi się dojść do sterty, chwycić rybę i wrócić. Gdy ponownie znajdowałam się przy moim posłaniu, wgryzłam się w rybę. Ciekawiło mnie, czym żywią się inne klany, jednak Kotewkowy Powiew dopiero rozbudzała się, a ja nie chciałam jej przeszkadzać. Pamiętałam jednak o zasadach, które wczoraj mi przekazała i choć powtarzałam je przed snem, to pragnęłam poznać ich więcej. Odczekałam więc trochę i podeszłam do piastunki.
— Dzień dobry, jak ma się kodeks, Kuno? — miauknęła do mnie, gdy tylko zobaczyła, że do niej podchodzę.
Nie wiedziałam jak mam jej odpowiedzieć. Wczorajszy dzień był naprawdę ekscytujący i ciekawy, jednak piastunka przedstawiła mi też to, co sprawiło, że zwątpiłam w drogę, jaką chcę wybrać i dalej tkwię tu, w żłobku, wątpiąc. Nie chciałam jednak pozostawiać jej w napięciu, więc miauknęłam:
— Dobrze było mi poznać jego zasady, które, choć były interesujące to także po części... Straszne.
— Wiem, że to wszystko cię wystraszyło, jednak poznałabyś zasady kodeksu prędzej, czy później. Jednak zdarzyło mi się powiedzieć, coś, na co jesteś na pewno za mała.
— To bez znaczenia, chcę poznać więcej zasad. Jednak zanim zaczniemy, pragnę się ciebie zapytać o to...— przejechałam łapką po futerku za uchem —... czy inne zasady też są takie brutalne?
— Nie martw się. Zapewniam cię, że nie są — odparła.
— Więc możesz kontynuować to no... To, z zasadami kodeksu wojownika.
Ułożyłam się więc wygodnie, podczas gdy piastunka zaczęła przygotowywać się do ułożenia wypowiedzi, która podałaby mi to, co chciałam wiedzieć. Czułam się troszkę źle z tym, że marnowałam jej czas na te wszystkie zasady z kodeksem. Musiałam jednak być w pełni sił na początku mojego szkolenia, od tego zależał sposób, w jaki postrzegać mnie będą inne koty! Nie mogłam zawieść mojego przyszłego mentora ani samej siebie.
— Dobrze, więc możemy przejść do kolejnej zasady... Skończyłyśmy na regule drugiej?
— Już skończyliśmy trzecią. — Poprawiłam.
— Dobrze, więc reguła czwarta mówi, że starsi, karmicielki oraz kocięta jedzą przed wojownikami czy uczniami. Ta zasada powstała dlatego, że żadne z wcześniej przeze mnie wymienionych nie jest w stanie polować.
— Założę się, że starsi zapomnieli, jak się poluje i dlatego trzeba robić to za nich!
Kotewkowa pokręciła głową. W jej oczach błysnęło lekkie rozczarowanie, które nieco mnie speszyło. Nie wiedziałam w końcu, co powiedziałam źle, a ona patrzy na mnie tak, jakbym, chociażby rzuciła w nią śniegiem!
— Starszyzna walczyła za twoją i moją przyszłość. Z grzeczności nie wolno nam zmuszać ich do harówki — powiedziała mi takim tonem, jakby było to oczywiste. — Powinniśmy oddać im należyty szacunek i nigdy nie oczekiwać za to wdzięczności.
— Dobrze, a co z kociętami? Pewnie, gdybyśmy mieli możliwość, to wybieglibyśmy w poszukiwaniu czegoś jadalnego.
— Tak, to zrozumiałe, ale jesteście zbyt mali, za czym idzie za mało obeznani. Nie moglibyście w żaden sposób uchronić się przed czymś, co może być kilka razy większe od was.
— Moglibyśmy uciekać.
— Brak koordynacji sprawiłby, że upadlibyście na twardą glebę, a przez to dalibyście czas na dogonienie się.
Parsknęłam, nie dowierzając. Przypomniał mi się jednak upadek na śnieg, który zaliczyłam przez czysty przypadek. Trochę dziwnie było mi przyznać przed samą sobą, że piastunka naprawdę potrafiła przewidzieć scenariusze, o których ja nie posiadałam żadnego pojęcia. Pomimo niezadowolenia, które iskrzyło w mym sercu, miauknęłam do niej:
— Wybacz, że tak bardzo wypytuje cię, o rzeczy oczywiste.
Piastunka zastrzygła uszami. Jej delikatny niczym bryza w ciepłe dni uśmiech lśnił na jej pysku. Musiała czuć dumę z tego, jak wielkim jest dla mnie autorytetem, choć nigdy otwarcie mi się do tego nie przyznała. Podziwiałam ją. Była doświadczona, mądra, cierpliwa. To idealny wzór dla mnie! Chyba muszę częściej prosić ją o rady, bo dzięki temu, na pewno zyskałabym większe doświadczenie i szacunek!
— Chcesz przejść dalej czy może masz jakieś inne pytania dotyczące tej zasady? — spytała mnie nagle.
— Przejdźmy dalej.
— Piąta zasada nie pozwala uczniom żywić się czymkolwiek ze sterty zwierzyny, dopóki nie złapią czegoś dla członków starszyzny.
— Yhm... No dobrze, nie mam co do tego żadnych pytań. Jak brzmi szósta reguła? — miauknęłam, już gotując się na ciekawą odpowiedź.
— W każdą pełnię księżyca odbywa się pokojowe zgromadzenie czterech klanów. Podczas takiego zgromadzenia nie wolno wywoływać bójek.
Kiwnęłam głową. Już wczoraj opowiadała mi o tym całym „zgromadzeniu". Teraz naprawdę zaczęło interesować mnie, jak wygląda takie spotkanie. Miałam nadzieje, że już niedługo uda mi się zaspokoić moją ciekawość, choć do dnia mojego mianowania zostało jeszcze trochę czasu. Już wyobrażałam sobie te wszystkie lokacje, miejsca i zwyczaje, jakie pokaże mi mój nowy mentor bądź mentorka. Zaczęłam nerwowo układać moją sierść, jak gdybym zaraz miała zostać mianowana. W zasadzie to wciąż nie wiedziałam na kogo, jednak domyślałam się, iż najpewniej będę uczennicą wojownika. Może w głębi mego serca liczyłam na inne rozwiązanie, jednak skoro innego rozwiązania nie była, to chyba pozostawało mi kroczyć tą ścieżką.