Zmierzch powoli rozpościerał nad lasem swój ciemny, aksamitny płaszcz, którego krawędzie zdawały się utkane z cieni oraz ostatnich strzępów gasnącego dnia, podczas gdy niebo przybierało coraz głębsze odcienie fioletu, granatu i srebra, a resztki słonecznego blasku kurczowo trzymały się koron najwyższych drzew, jak gdyby same nie chciały jeszcze ustąpić miejsca nadchodzącej nocy. Chłodna bryza przesuwała się pomiędzy pniami sosen, świerków oraz dębów, poruszając gałęziami w sposób przypominający cichy szept, który ginął pośród szumu liści, a powietrze stawało się coraz świeższe i bardziej rześkie, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, kory oraz rzecznej wody.
Leśna muzyka również zaczynała się zmieniać, ponieważ śpiew ptaków, który jeszcze niedawno rozbrzmiewał pomiędzy drzewami, stawał się coraz rzadszy, aż w końcu ustępował miejsca spokojniejszym odgłosom wieczoru, przez co wśród leśnej gęstwiny dominował jedynie szmer poruszanych wiatrem gałęzi oraz równomierny plusk rzecznego nurtu, który zdawał się płynąć niezmiennie, niewzruszony troskami i zmartwieniami zamieszkujących las kotów.
Pośród tej łagodnej, powoli zapadającej ciszy Kuni Strumyczek zmierzała ku wyspie, na której znajdowało się obozowisko, stawiając kroki niespiesznie i niemal mechanicznie, podczas gdy sucha ściółka uginała się pod jej łapami, wydając ciche trzaski mieszające się z odgłosami wieczornego lasu. Jej spojrzenie pozostawało utkwione gdzieś przed sobą, lecz nie dlatego, że obserwowała drogę szczególnie uważnie, a raczej dlatego, że nie potrafiła zmusić się do podziwiania otaczającego ją krajobrazu, który zwykle budził w niej zachwyt oraz spokój.
Choć na jej pysku nadal gościł charakterystyczny dla niej łagodny uśmiech, który na przestrzeni księżyców stał się niemal nieodłącznym elementem jej wyglądu, w jej oczach można było dostrzec coś znacznie bardziej kruchego — przygaszony blask, świadczący o zmęczeniu oraz rozczarowaniu, które osiadło gdzieś głęboko pod futrem. Nie była przyzwyczajona do podobnych powrotów, ponieważ za każdym razem, gdy opuszczała obozowisko z zamiarem polowania, robiła to z niemal instynktownym przekonaniem, że wróci z jakąś zdobyczą, nawet jeśli miałaby być ona niewielka i mało imponująca.
To przekonanie było tak naturalne, tak głęboko zakorzenione w jej umyśle, że niemal nie zastanawiała się nad możliwością niepowodzenia, dlatego też świadomość, iż wracała do klanu z pustymi łapami, ciążyła jej bardziej, niż chciałaby przed sobą przyznać. Nie chodziło nawet o sam brak zwierzyny, ponieważ wiedziała doskonale, że żaden wojownik nie odnosi sukcesu podczas każdego polowania, lecz o nieprzyjemne uczucie niespełnienia, które towarzyszyło jej od chwili, gdy zrozumiała, że mimo wszystkich starań nie zdołała upolować nawet najmniejszej myszy.
Porażka ta była niewielka i z pozoru zupełnie nieistotna, a jednak osiadła na jej barkach niczym nasiąknięty wodą mech, który choć nie wydaje się szczególnie ciężki, z czasem zaczyna coraz bardziej spowalniać każdy krok oraz odbierać energię. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej zaczynała zastanawiać się nad tym, kiedy ostatnim razem wróciła do obozowiska bez zdobyczy, lecz niezależnie od tego, jak bardzo próbowała sięgnąć pamięcią wstecz, nie potrafiła odnaleźć podobnego wspomnienia.
Przez krótką chwilę rozważała nawet zawrócenie, ponieważ jakaś część jej umysłu uporczywie podpowiadała, że wystarczyłoby jeszcze trochę poszukać, zajrzeć pomiędzy kolejne zarośla, sprawdzić granice terytorium albo przeczesać okolice rzeki, a prędzej czy później natrafiłaby na jakąś nornicę, mysz lub szczura, którego mogłaby przynieść do klanu. Myśl ta wydawała się kusząca, szczególnie że zmrok nie zapadł jeszcze całkowicie, a ona wciąż miała dość sił, by kontynuować polowanie.
Jednak wraz z kolejnymi krokami przypomniała sobie coś znacznie ważniejszego od własnej dumy, ponieważ doskonale wiedziała, że życie wojownika nigdy nie było drogą usłaną sukcesami, a żaden kot, niezależnie od doświadczenia czy umiejętności, nie był w stanie zwyciężać za każdym razem. Wiedziała również, że przodkowie nie oczekują doskonałości, ponieważ gdyby tak było, żaden wojownik nie zasługiwałby na ich uznanie.
Porażki istniały po to, by przypominać o pokorze, cierpliwości oraz konieczności dalszej nauki, a nie po to, by odbierać odwagę lub podważać własną wartość, dlatego też im dłużej rozważała wszystko, czego nauczyło ją życie, tym wyraźniej czuła, że ciężar zalegający na jej barkach zaczyna powoli słabnąć.
Zrozumiała bowiem, że wyszła z obozowiska nie dlatego, że ktoś wydał jej rozkaz, ani dlatego, że oczekiwała pochwał czy uznania, lecz dlatego, że chciała zrobić coś dobrego dla swojego klanu, podczas gdy sama możliwość przyniesienia dodatkowego kawałka zwierzyny sprawiała jej szczerą radość. To właśnie ta myśl, prosta i ciepła, sprawiła, że coś w jej sercu rozluźniło się niemal natychmiast, ponieważ nagle uświadomiła sobie, iż sama chęć działania była czymś wartościowym, nawet jeśli tym razem nie została nagrodzona sukcesem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz