Nim Gasnąca Łapa odpowiedział na wyznanie Poczciwego Szakłaka, miauknął cicho:
— Nawet tak nie mów… W końcu z jakiegoś powodu mam drugi człon “Prawda”!
Po tych słowach zamilkł, próbując ułożyć w głowie sensowną odpowiedź. Właściwie nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych kotów, więc sam nie wiedział, czemu od razu rzucił się na głęboką wodę, próbując pomóc Burzakowi. Czy naprawdę aż tak zależało mu na tym, by w tej przynależności widziano w nim wsparcie, a może po prostu zależało mu na samym Szakłaku?
Czuł ciepło ciała wojownika, a także ciężar głowy opartej na własnym barku. Nieczęsto zdarzało mu się być z kimś tak blisko — w sensie fizycznym, rzecz jasna. Ze Źródlaną Łuną raczej nie siadał wieczorami i nie pozwalał, by jej podbródek spoczywał na nim. Właściwie nigdy nie byli szczególnie przekonującą parą. Zresztą oboje chyba poddali się już z udawaniem, że są razem, gdy większość Klifiaków zaczęła twierdzić, że Królicza Prawda wcale nie wygląda jak Oszroniony Kieł ani Wzburzony Kormoran.
— To takie piękne, że przyjąłeś człon imienia po zmarłym mentorze… — mruknął w końcu kremowy, czując, że jego czas na przemyślenia właśnie się kończy. — Właściwie… ja zrobiłem dokładnie to samo! — Jego pysk nagle się rozjaśnił. — Moją mentorką była moja babcia, Gasnący Promyk. Niestety zmarła na moich oczach, gdy byłem znacznie młodszy… — kontynuował, lecz zaraz potem poczuł falę gorąca i wstydu.
Miał ochotę zakryć pysk łapami, ale jedynie wziął głęboki oddech i odparł:
— Ach, przepraszam, że tak sprowadzam temat na siebie. Nie powinienem tego robić, w końcu teraz to ty jesteś tu najważniejszy — poprawił się i kilkoma liźnięciami wygładził futro na klatce piersiowej.
Przez moment siedział cicho, skupiony na tym, jak skóra w miejscu, o które opierał się Poczciwy Szakłak, dziwnie go łaskotała. Po chwili zadarł brodę, spoglądając w niebo.
— Muszę przyznać, że masz w sobie silnego ducha. Tyle straciłeś, ale popatrz… wciąż się nie poddałeś. Nadal walczysz. I może wydaje ci się, że stoisz w miejscu albo upadasz, ale to zwykłe złudzenie! — zaczął szczerze, uśmiechając się lekko do samego siebie. — Nie każdy, kto przeszedł tak wiele, miałby dość siły, by codziennie wstawać z posłania, a do tego jeszcze być kimś tak charyzmatycznym! — kontynuował, tym razem odwracając wzrok, by kątem oka spojrzeć na Poczciwego Szakłaka. — Według mnie nie jesteś niczemu winien. To nie przez ciebie zginęły najbliższe ci koty. Wiesz co? Według mnie to świat jest ci winien przeprosiny! Tobie i wszystkim innym cudownym kotom, którym rzuca pod łapy same kłody! — oburzył się żartobliwie, uderzając krótkim ogonem o ziemię.
Szakłak milczał, ale Królik pozwalał mu na to milczenie. Siedzieli razem jeszcze przez jakiś czas, dopóki do uszu kremowego nie dotarł dźwięk zbliżających się kroków.
Odwrócił łeb, by ujrzeć przed sobą Śniącego Obserwatora. Od razu się wzdrygnął, na co Poczciwy Szakłak podniósł głowę ze zdziwieniem.
— Śniący Obserwatorze! Czyżby świat się walił? Jest dosyć wcześnie, nie powinieneś jeszcze spać? — zażartował nerwowo, delikatnie odsuwając się od czarnofutrego wojownika, który obserwował ich rozmowę.
Srebrzysty wyglądał, jakby miał ochotę przewrócić oczami, ale najwyraźniej szkoda mu było na to energii.
— Nie będziemy dziś wychodzić bardzo daleko, ale mam ci sporo do powiedzenia o Klanie Burzy. Muszę zadbać o to, byś poznał każdy szczegół naszych tradycji — odparł, po czym przeciągle ziewnął.
Gasnąca Łapa rzucił zielonookiemu przepraszające spojrzenie, po czym podniósł się z miejsca, otrzepał futro i podszedł do swojego mentora.
— A ja zadbam o to, by każdy z tych szczegółów zapamiętać! — mruknął, podążając za srebrzystym, który już dreptał w stronę wyjścia z azylu. Naprawdę zastanawiał się, czemu Śniący Obserwator tak bardzo pospieszył się z dzisiejszym treningiem. Może nie zrobiłby tego, gdyby Królik nie siedział tak blisko Poczciwego Szakłaka? Może jego mentor snuł już jakieś domysły, a w głowie rodziły mu się najróżniejsze plotki? Ile czasu minie, nim ktoś stwierdzi, że czarnofutry wojownik to zdrajca, który od dawna znał się bliżej z Klifiakiem?
— Widzę, że dobrze się bawisz w Klanie Burzy — mruknął przewodnik, gdy znaleźli się z dala od obozu.
— Jest coś dziwnego w tym, że próbuję znaleźć tu znajomych? — burknął, pusząc nieznacznie futro. Był tu ledwie kilka dni, a już czasami nie miał ochoty zakładać maski przytulnego kota.
— Znajomych?
Gasnąca Łapa westchnął ciężko na słowa mentora, któremu nagle zachciało się prowadzić konwersację. Wcześniej był taki cichy i nieobecny, a teraz będzie mu wypominał fakt, że jak normalny kot rozmawiał z drugim kotem!
— Tak, znajomych. Bardzo mi na nich zależy, bo nie uśmiecha mi się spędzać tu czasu w samotności. Przyszedłem tu szukać schronienia i szansy na lepsze jutro, a nie po to, by być jakimś dziwakiem, który do nikogo się nie odzywa — oznajmił.
Po jego słowach Śniący Obserwator najwyraźniej zmęczył się już dialogiem i umilkł, w ciszy prowadząc Gasnącą Łapę w jakieś miejsce na terenach Klanu Burzy.
Wspólnie zaczęli zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy z Klanem Klifu, na co kremowemu aż włos zjeżył się na karku. Czyżby przewodnik chciał go tutaj zostawić, kazać wrócić do dawnego klanu i przestać mieszać się w życie Burzaków? Ale dlaczego miałby być tak zły o to, że Królik znalazł sobie towarzysza? Przecież teoretycznie nie zrobił nic złego!
Srebrzysty zatrzymał się jednak pośrodku okręgu utworzonego z wysokich skał. Nie wyglądał na rozgniewanego; właściwie wyglądał jak zwykle — sennie i nieobecnie.
— To miejsce nazywane jest Kamiennymi Strażnikami — wyjaśnił, wodząc spojrzeniem po skałach. — Legendy głoszą, że pod ziemią znajduje się coś bardzo cennego. A jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, Klan Burzy słynie z legend… — kontynuował, na co Królik uniósł uszy z zainteresowaniem.
— Co masz na myśli? — zapytał, a jego wibrysy zadrżały z ciekawości.
— Cóż… mogę opowiedzieć ci o Szlakach Nieba…
Z każdym kolejnym dniem Królik był coraz bardziej zachwycony Klanem Burzy. Nie spodziewał się, że koty miały tu przypisane gwieździste wzory zależnie od tego, kiedy się urodziły! Ciekawe, spod jakiego znaku był Poczciwy Szakłak… Może powinien go o to spytać? To zawsze jakiś sposób, by urozmaicić rozmowę i dowiedzieć się o sobie nawzajem czegoś więcej. Kremowy sam też chciałby wiedzieć, spod jakiego jest znaku, ale nie pamiętał nawet, w jakiej porze się urodził…
Szkoda, że nie przyszedł na świat w Klanie Burzy. Może wtedy jego życie potoczyłoby się inaczej — lepiej? Może nie zakochałby się w kotce, która wybrała innego? Może nie musiałby z obawą o własne życie uciekać z rodzinnej przynależności? Jak dobre mogłoby być jego życie, gdyby wychował się w innym środowisku? Pytań było wiele, a odpowiedzi wcale. Można się też było zastanawiać, jakie przeszkody spotkałyby go tutaj i czy mimo wszystko znów czegoś by nie zaprzepaścił, nawet jako Burzak od urodzenia.
Z rozmyślań wyrwał go znajomy pysk przemykający tuż obok.
— Poczciwy Szakłaku! — zawołał niemal odruchowo, zatrzymując się w miejscu.
Gdy czarnofutry również stanął, uczeń ruszył ku niemu prędkim krokiem.
— Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer, co? Doszedłem do wniosku, że teraz moja kolej, by opowiedzieć ci trochę o sobie — oznajmił, uśmiechając się do zielonookiego.
“Co mi szkodzi?” — pomyślał. Niech wojownik wie, że nie jest sam w tym wszystkim. Niech ma świadomość, że każdy czasem się potyka i nikt nie jest idealny, dlatego nie warto katować się za każdy błąd. Może i Królik sam nie stosował się do tej zasady, ale zależało mu na tym, by chociaż inni potrafili wziąć ją sobie do serca.
— Dobrze… — odparł Poczciwy Szakłak.
Wspólnie opuścili więc progi azylu.
Gdy szli w ciszy, kremowy zaczął się zastanawiać, czy ich relacja nie rozwijała się zbyt szybko. W końcu nie znali się aż tak długo, a przed dołączeniem pręgowanego do Klanu Burzy ich spotkania nie były ani częste, ani regularne. Mimo to już dzielili się swoimi problemami i troskami. Czy tak właśnie powinna wyglądać znajomość? Przyjaźń?
Królik nigdy właściwie nie nawiązał z nikim w swoim wieku typowej, bliskiej więzi, dlatego nie wiedział, co było odpowiednie, a co nie. Pamiętał tylko, że Dyniowa Skórka od samego początku ich relacji była bardzo wylewna i nie miała oporów, by wypłakiwać się kremowemu Klifiakowi w ramię, opowiadając o stracie swojego brata. Jednak pomarańczowooki dawno już doszedł do wniosku, że nigdy nie byli sobie przeznaczeni.
Czy więc z Poczciwym Szakłakiem będzie tak samo? Zaczną dzielić się swoimi rozterkami, zbudują intensywną przyjaźń, a potem… wszystko się rozpadnie?
Na samą myśl o takim obrocie spraw przeszedł go dreszcz. Nie chciał już nigdy więcej tracić żadnego kota. Wystarczało mu to, że porzucił własne dzieci, brata i znajomych. Ledwo znosił świadomość, że zostawił ich bez słowa, i chyba nie wytrzymałby, gdyby przyszło mu zakończyć relację jeszcze z kimś.
W końcu uczeń przeciągle westchnął.
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, wciąż nie patrząc na czarnofutrego wojownika. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy.
— Nawet tak nie mów… W końcu z jakiegoś powodu mam drugi człon “Prawda”!
Po tych słowach zamilkł, próbując ułożyć w głowie sensowną odpowiedź. Właściwie nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych kotów, więc sam nie wiedział, czemu od razu rzucił się na głęboką wodę, próbując pomóc Burzakowi. Czy naprawdę aż tak zależało mu na tym, by w tej przynależności widziano w nim wsparcie, a może po prostu zależało mu na samym Szakłaku?
Czuł ciepło ciała wojownika, a także ciężar głowy opartej na własnym barku. Nieczęsto zdarzało mu się być z kimś tak blisko — w sensie fizycznym, rzecz jasna. Ze Źródlaną Łuną raczej nie siadał wieczorami i nie pozwalał, by jej podbródek spoczywał na nim. Właściwie nigdy nie byli szczególnie przekonującą parą. Zresztą oboje chyba poddali się już z udawaniem, że są razem, gdy większość Klifiaków zaczęła twierdzić, że Królicza Prawda wcale nie wygląda jak Oszroniony Kieł ani Wzburzony Kormoran.
— To takie piękne, że przyjąłeś człon imienia po zmarłym mentorze… — mruknął w końcu kremowy, czując, że jego czas na przemyślenia właśnie się kończy. — Właściwie… ja zrobiłem dokładnie to samo! — Jego pysk nagle się rozjaśnił. — Moją mentorką była moja babcia, Gasnący Promyk. Niestety zmarła na moich oczach, gdy byłem znacznie młodszy… — kontynuował, lecz zaraz potem poczuł falę gorąca i wstydu.
Miał ochotę zakryć pysk łapami, ale jedynie wziął głęboki oddech i odparł:
— Ach, przepraszam, że tak sprowadzam temat na siebie. Nie powinienem tego robić, w końcu teraz to ty jesteś tu najważniejszy — poprawił się i kilkoma liźnięciami wygładził futro na klatce piersiowej.
Przez moment siedział cicho, skupiony na tym, jak skóra w miejscu, o które opierał się Poczciwy Szakłak, dziwnie go łaskotała. Po chwili zadarł brodę, spoglądając w niebo.
— Muszę przyznać, że masz w sobie silnego ducha. Tyle straciłeś, ale popatrz… wciąż się nie poddałeś. Nadal walczysz. I może wydaje ci się, że stoisz w miejscu albo upadasz, ale to zwykłe złudzenie! — zaczął szczerze, uśmiechając się lekko do samego siebie. — Nie każdy, kto przeszedł tak wiele, miałby dość siły, by codziennie wstawać z posłania, a do tego jeszcze być kimś tak charyzmatycznym! — kontynuował, tym razem odwracając wzrok, by kątem oka spojrzeć na Poczciwego Szakłaka. — Według mnie nie jesteś niczemu winien. To nie przez ciebie zginęły najbliższe ci koty. Wiesz co? Według mnie to świat jest ci winien przeprosiny! Tobie i wszystkim innym cudownym kotom, którym rzuca pod łapy same kłody! — oburzył się żartobliwie, uderzając krótkim ogonem o ziemię.
Szakłak milczał, ale Królik pozwalał mu na to milczenie. Siedzieli razem jeszcze przez jakiś czas, dopóki do uszu kremowego nie dotarł dźwięk zbliżających się kroków.
Odwrócił łeb, by ujrzeć przed sobą Śniącego Obserwatora. Od razu się wzdrygnął, na co Poczciwy Szakłak podniósł głowę ze zdziwieniem.
— Śniący Obserwatorze! Czyżby świat się walił? Jest dosyć wcześnie, nie powinieneś jeszcze spać? — zażartował nerwowo, delikatnie odsuwając się od czarnofutrego wojownika, który obserwował ich rozmowę.
Srebrzysty wyglądał, jakby miał ochotę przewrócić oczami, ale najwyraźniej szkoda mu było na to energii.
— Nie będziemy dziś wychodzić bardzo daleko, ale mam ci sporo do powiedzenia o Klanie Burzy. Muszę zadbać o to, byś poznał każdy szczegół naszych tradycji — odparł, po czym przeciągle ziewnął.
Gasnąca Łapa rzucił zielonookiemu przepraszające spojrzenie, po czym podniósł się z miejsca, otrzepał futro i podszedł do swojego mentora.
— A ja zadbam o to, by każdy z tych szczegółów zapamiętać! — mruknął, podążając za srebrzystym, który już dreptał w stronę wyjścia z azylu. Naprawdę zastanawiał się, czemu Śniący Obserwator tak bardzo pospieszył się z dzisiejszym treningiem. Może nie zrobiłby tego, gdyby Królik nie siedział tak blisko Poczciwego Szakłaka? Może jego mentor snuł już jakieś domysły, a w głowie rodziły mu się najróżniejsze plotki? Ile czasu minie, nim ktoś stwierdzi, że czarnofutry wojownik to zdrajca, który od dawna znał się bliżej z Klifiakiem?
— Widzę, że dobrze się bawisz w Klanie Burzy — mruknął przewodnik, gdy znaleźli się z dala od obozu.
— Jest coś dziwnego w tym, że próbuję znaleźć tu znajomych? — burknął, pusząc nieznacznie futro. Był tu ledwie kilka dni, a już czasami nie miał ochoty zakładać maski przytulnego kota.
— Znajomych?
Gasnąca Łapa westchnął ciężko na słowa mentora, któremu nagle zachciało się prowadzić konwersację. Wcześniej był taki cichy i nieobecny, a teraz będzie mu wypominał fakt, że jak normalny kot rozmawiał z drugim kotem!
— Tak, znajomych. Bardzo mi na nich zależy, bo nie uśmiecha mi się spędzać tu czasu w samotności. Przyszedłem tu szukać schronienia i szansy na lepsze jutro, a nie po to, by być jakimś dziwakiem, który do nikogo się nie odzywa — oznajmił.
Po jego słowach Śniący Obserwator najwyraźniej zmęczył się już dialogiem i umilkł, w ciszy prowadząc Gasnącą Łapę w jakieś miejsce na terenach Klanu Burzy.
* * *
Srebrzysty zatrzymał się jednak pośrodku okręgu utworzonego z wysokich skał. Nie wyglądał na rozgniewanego; właściwie wyglądał jak zwykle — sennie i nieobecnie.
— To miejsce nazywane jest Kamiennymi Strażnikami — wyjaśnił, wodząc spojrzeniem po skałach. — Legendy głoszą, że pod ziemią znajduje się coś bardzo cennego. A jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, Klan Burzy słynie z legend… — kontynuował, na co Królik uniósł uszy z zainteresowaniem.
— Co masz na myśli? — zapytał, a jego wibrysy zadrżały z ciekawości.
— Cóż… mogę opowiedzieć ci o Szlakach Nieba…
* * *
Szkoda, że nie przyszedł na świat w Klanie Burzy. Może wtedy jego życie potoczyłoby się inaczej — lepiej? Może nie zakochałby się w kotce, która wybrała innego? Może nie musiałby z obawą o własne życie uciekać z rodzinnej przynależności? Jak dobre mogłoby być jego życie, gdyby wychował się w innym środowisku? Pytań było wiele, a odpowiedzi wcale. Można się też było zastanawiać, jakie przeszkody spotkałyby go tutaj i czy mimo wszystko znów czegoś by nie zaprzepaścił, nawet jako Burzak od urodzenia.
Z rozmyślań wyrwał go znajomy pysk przemykający tuż obok.
— Poczciwy Szakłaku! — zawołał niemal odruchowo, zatrzymując się w miejscu.
Gdy czarnofutry również stanął, uczeń ruszył ku niemu prędkim krokiem.
— Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer, co? Doszedłem do wniosku, że teraz moja kolej, by opowiedzieć ci trochę o sobie — oznajmił, uśmiechając się do zielonookiego.
“Co mi szkodzi?” — pomyślał. Niech wojownik wie, że nie jest sam w tym wszystkim. Niech ma świadomość, że każdy czasem się potyka i nikt nie jest idealny, dlatego nie warto katować się za każdy błąd. Może i Królik sam nie stosował się do tej zasady, ale zależało mu na tym, by chociaż inni potrafili wziąć ją sobie do serca.
— Dobrze… — odparł Poczciwy Szakłak.
Wspólnie opuścili więc progi azylu.
Gdy szli w ciszy, kremowy zaczął się zastanawiać, czy ich relacja nie rozwijała się zbyt szybko. W końcu nie znali się aż tak długo, a przed dołączeniem pręgowanego do Klanu Burzy ich spotkania nie były ani częste, ani regularne. Mimo to już dzielili się swoimi problemami i troskami. Czy tak właśnie powinna wyglądać znajomość? Przyjaźń?
Królik nigdy właściwie nie nawiązał z nikim w swoim wieku typowej, bliskiej więzi, dlatego nie wiedział, co było odpowiednie, a co nie. Pamiętał tylko, że Dyniowa Skórka od samego początku ich relacji była bardzo wylewna i nie miała oporów, by wypłakiwać się kremowemu Klifiakowi w ramię, opowiadając o stracie swojego brata. Jednak pomarańczowooki dawno już doszedł do wniosku, że nigdy nie byli sobie przeznaczeni.
Czy więc z Poczciwym Szakłakiem będzie tak samo? Zaczną dzielić się swoimi rozterkami, zbudują intensywną przyjaźń, a potem… wszystko się rozpadnie?
Na samą myśl o takim obrocie spraw przeszedł go dreszcz. Nie chciał już nigdy więcej tracić żadnego kota. Wystarczało mu to, że porzucił własne dzieci, brata i znajomych. Ledwo znosił świadomość, że zostawił ich bez słowa, i chyba nie wytrzymałby, gdyby przyszło mu zakończyć relację jeszcze z kimś.
W końcu uczeń przeciągle westchnął.
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, wciąż nie patrząc na czarnofutrego wojownika. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy.
<Poczciwy Szakłaku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz