Gdy przybył po polowaniu do legowiska Kwaśna Kocanka leżała już, powoli zasypiając. Rozejrzał się po pobratymcach, po chwili decydując się na położenie się obok. Ostatnimi czasy coraz częściej myślał o ich relacji, o wszystkim, co miało dotąd miejsce… Ciekawe, czy cokolwiek dla niej znaczył. Jednak czy ona cokolwiek dla niego znaczyła? Nie był w stanie tego stwierdzić. Nigdy nie potrafił wyrażać uczuć, ani ich określać. Tak więc czy w ogóle mógł określić to, co czuje do niej? Potrząsnął łbem i zdecydował się na nie rozmyślanie tego. Podszedł bliżej, kładąc się niedaleko niej. Ta oddychała już równomiernie, jednak zauważył, że drga delikatnie, jakby trzęsła się. Zdecydował się zbliżyć się do niej lekko, ale nadal utrzymać dystans, w razie gdyby nie czuła się z tym komfortowo. Położył łeb na posłaniu, zamykając oczy.
W jego snach od dawna nawiedzała go wizja potęgi, władzy… To, czego tak naprawdę pragnął. Jednak pośród rozlanej podczas drogi do niej krwi, wokół zimnych, już bezdusznych ciał, widział kwiat. Żółty, wokół otoczony zmechaconą jakby trawą. Nie był pokryty krwią. Nawet nie był tknięty. Jakby zamarł w czasie tego okropnego koszmaru dla jego klanowiczów. Jakby tam czuwał. Czekał, nie wiadomo mu jednak na co. Prawdopodobnie nikomu. Kocur zdecydował się w końcu ruszyć w jego stronę. A może zrobił to mimowolnie? Gdy już dotarł po miękkiej, aczkolwiek szkarłatnej trawie, schylił się, po czym dotknął kwiatu nosem. Pojawiła się przed nim, jego Kwaśna Kocanka. Kotka patrzyła na niego swoim chłodnym, aczkolwiek i zarazem w tym momencie ciepłym wzrokiem. Patrzył na nią jakby zahipnotyzowany. Gdy już miał się do niej zbliżyć…
Ze snu wyrwała go ta sama kotka, która się w nim pojawiła. Spojrzał na nią czujnie, podczas gdy ta oddychała głęboko, przerażona. Czy wszystko z nią dobrze?
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno. Kocur podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Krucze Pióro
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, co nie umknęło kocurowi — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Kocur wpatrywał się nią, czekając, aż ta powie coś więcej. Nie mógł jednak kłamać, że zdziwiła go nagła wylewność kotki, jednak na nią nie narzekał. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. Krucze Pióro wpatrywał się na nią jakby cieplejszym wzrokiem. Kotka zrobiła pół kroku bliżej, na co nie odsunął się, nawet nie drgnął. Być może nawet chciał mieć ją teraz obok. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. Na ten gest kocur jedynie bardziej czule spojrzał na kotkę. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. Jego futro zrobiło się gorące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Kocur przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Myślał intensywnie nad odpowiedzią. Nie miał zamiaru jej opuszczać… Jednak słowa ugrzęzły mu po raz pierwszy w gardle.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację, co zauważył kocur. Jednak nie było to prawdą, nic co powiedziałaby nie zniechęciłoby go do niej. — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać. I chyba… Nie chcę, żeby to się zmieniło.
Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. Kocur spojrzał na nią. — Więc jeśli masz gdzieś być… To właśnie tutaj. W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Po tym wszystkim co razem przeszli, od momentu, gdy była tylko interesującym go kociakiem, gdyż przypominała jego samego, po walkę z Klanem Klifu, gdzie po raz pierwszy chyba poczuł zmartwienie, być może był w stanie sobie pozwolić na cień uczuć. Może nie musiał dusić ich w sobie… Po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku. Powoli i czule pociągał po nim swoim językiem, mając nadzieję, że ta poczuje się choć trochę lepiej.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Ta w końcu się odprężyła i po chwili położyła głowę obok niego. Jej oddech zaczął się znów jak jeszcze przed przebudzeniem wyrównywać. A on pozostał, czuwając nad swoim kwiatem. Nad swoją Kocanką…
***
Obudził się, widząc, że kotka nadal jeszcze spała. Nie chciał jej budzić, jednak wiedział, że musi przydzielić patrole. Tak, mógł to zostawić swojemu bratu, jednak wiedział, że pobratymcy będą oceniali przyszłego lidera. A on nie chciał dopuścić, aby to jego brat nim został. Wstał, z żalem odplątując swój ogon od jej własnego, po czym wyszedł z legowiska. Zwrócił się na środek polany, gdzie już czekało kilka kotów. Jego brat gdzieś niedaleko sprawdzał, czy zwierzyna jest świeża, wybierając z niej te starsze sztuki, aby zostały zjedzone jeszcze dziś. Krucze Pióro parsknął pod nosem. Wybrał sobie zadanie uczniowskie, ale cóż, nie jego sprawa. Usiadł przed zebranymi, przypisując patrole. Przy okazji zaczął się zastanawiać, kogo wybrałby na swojego zastępcę? To nie tak, że Kocanka by się nie nadawała, jednak nie chciał jej narażać. Tak czy siak będzie jego prawą łapą. Czuł czasem smak władzy, gdy tylko Zalotna Gwiazda choć lekko się zachwiała przez swój wiek. Tak, nie była skrajnie stara, jednak trzeba było przyznać, miała swoje księżyce… Jednak pomimo chęci zasięgnięcia władzy musiał przyznać, że była dobrą liderką. Wiele się od niej uczył, oraz czasem przychodził do niej jako doradca, dyskutując na temat przyszłości Klanu Wilka. Nie ukrywał, uważał to również za zaszczyt, że wybrała ona jego na zastępcę. Tak, wybrała też jego brata, ale mogła wybrać kogokolwiek innego. Ciekawe co Kwaśna Kocanka myślała o nim, gdy zobaczyła go przy nowej liderce, tuż po jej morderstwie. Czy widziała w nim wielkiego przyszłego przywódcę? A może nie? Z zamyśleń wyrwała go wspomniana srebrna, która pojawiła się nagle u jego boku.
— Już się martwiłam, że cię coś zjadło. — powiedziała, patrząc na kocura lekko oburzona, że miał czelność opuścić bez niej legowisko. Kocur parsknął lekko rozbawiony.
— Może prawie by zjadło, tego nie wiesz. — odpowiedział, po czym spojrzał na niebo. Pogoda wydawała się być nie najgorsza. Skinął w stronę wyjścia z obozu. — Masz ochotę na spacer? Już przypisałem wszystkie patrole, więc mam trochę czasu wolnego.
Kotka spojrzała na niego, po chwili strzepując ogonem.
— Dobrze, w sumie czemu nie. — po jej słowach kocur zwrócił się ku wyjściu z obozu, a ta podążyła za nim. Kroczyli razem przez gęsty las, który otaczał ich. Krucze Pióro czuł się czasem tak, jakby chciał ją obronić w razie każdego niebezpieczeństwa, pomimo tego, że nic się nie działo. Zawsze chodził obok niej bardziej spokojny, ale czujny. Zatrzymali się niedaleko jeziora, na którym znajdowała się Spalona Zatoczka. Gdy zatrzymali się, spojrzał w jej oczy. Wyglądały jak te jezioro, nie jak ten lód, który zawsze w nich widział. Jakby cały chłód zniknął, a zastąpiło go dziwne uczucie. Ciepło, które czuł gdzieś w klatce piersiowej, było dla niego bardzo niespotykane. Może powinien częściej wychodzić z obozu, być może złapał jakieś choróbsko, albo zarazę. A co jak ma zielony kaszel? Zarazi Kwaśną Kocankę? Ocknął się, gdy kotka chciała się o niego oprzeć, na co ten lekko się odsunął, przez myśli o byciu potencjalnie chorym. Ta spojrzała na niego lekko zmieszana. Kocur przełknął ślinę i zamknął oczy. Delikatnie mówiąc, trochę to spierdolił. Odchrząknął i znowu spojrzał na kotkę.
— Przepraszam, po prostu… Czuję się trochę chory, a nie chciałbym cię zarazić. — Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że brzmi to jak wymówka. Zdecydował się po chwili gdy zauważył, że kotka tylko uśmiechnęła się słabo i odwróciła wzrok zbliżyć swój ogon do jej własnego. Schylił się i polizał jej ucho, na co ta zwróciła znów wzrok na niego. — Ale jeśli bardzo chcesz, to najwyżej odwiedzisz medyka.
— Medyka? Ty i ich aprobowanie? Tego bym się po tobie nie spodziewała. — odpowiedziała, na co ten przewrócił oczami i lekko szturchnął ją łapą w bark. Ta na ten gest lekko zachwiała się, po czym popchnęła go w odwecie. Na tym nie poprzestanęło, bo rozpoczęła się seria przepychanek, która finalnie skończyła się tym, że gdy popchnął ją, przewróciła się na trawie. Jednak nie przewidział, że futro kotki zaplącze się w jego pazurach, przez co poleci w długą tuż za nią, zamykając oczy. Wylądował prawie na niej, jednak zdążył się podeprzeć drugą łapą.
— Nic ci nie jest? — zapytał od razu, po czym otworzył oczy. Spotkał się jednak nie z jej złym, czy też oburzonym wzrokiem. Wręcz przeciwnie. Była jakby zahipnotyzowana, co chyba udzieliło się i kocurowi. Pomimo cienia, jaki padał od kocura, jej oczy mieniły się od słońca, wyglądały znów jak to jezioro… Jak błękitne niebo, jak rzeka, która biegnie wzdłuż ich terytorium… Jego pazury nadal były wplątane w jego futro, a więc po chwili delikatnie, powoli odplątał je. Było takie miękkie, puszyste… Kocur nie wiedząc czemu zniżył trochę łeb, po czym dotknął swoim nosem jej własnego. Przez chwilę tak został, po prostu czując jej wydech na swoim pyszczku. Swój własny praktycznie wstrzymał, sam nie wiedział czemu. Chciałby ten moment zatrzymać na zawsze. Tak po prostu zostać z nią, nie przejmując się niczym wokół… Czy ona też chciałaby tego samego, co on..?
<Kwaśna Kocanko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz