Faktycznie, było już jasno, ale wciąż za wcześnie na śniadanko. Niefajnie. Bo głodno mi troszkę. Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko usiąść na środku obozu i…czekać. Na odpowiednią porę. Na śniadanko.
Usiadłem więc. Skupiłem wzrok na drzewach w oddali. Wziąłem głęboki oddech. I zamarłem. Od dawna próbowałem opanować sztukę siedzenia nieruchomo jak głaz. Bez oddychania jak najdłużej. Też coraz lepiej mi wychodzi.
Jednak mój spokojny poranek zakończył się tak szybko, jak się zaczął. To znaczy…dość szybko.
Zacząłem słyszeć…dziwne dźwięki, które najprawdopodobniej powinny mnie zaniepokoić albo co najmniej wzbudzić czujność.
Tupot małych łapek rozlegał się od jednego końca obozu do drugiego, tuż za moimi plecami. Od czasu do czasu przerywany był cichymi i pełnymi autentycznego terroru piskami. Zmarszczyłem brwi. Moja pierwsza myśl była, że mam halucynacje. Moją drugą myślą było burczenie w brzuchu. Ale mój brzuch, z tego co wiem, nie posiadł jeszcze zaawansowanych umiejętności komunikacji i nie potrafi krzyczeć „Ratunku!”. Co było kolejnym dźwiękiem, który dotarł do moich uszu.
— Hm… — Strzepnąłem główką, słysząc kolejny pisk.
Z formy kamienia powróciłem do formy kociej i w końcu odwróciłem się.
Po obozie w tę i we w tę biegał mały, czarny kociak. Wrona. Widziałem ją już wielokrotnie. Ale jeszcze nigdy nie widziałem jej, żeby biegała w tę i we w tę po obozie.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w jej kierunku. Najwyraźniej przeciwnik jest niewidzialny, a Wrona musi mieć najwyraźniej jakąś specjalną magiczną moc wykrywania go… Zawsze wiedziałem, że niewidzialne koty istnieją, ale nikt mi nie wierzył.
Kiedy przebiegła obok mnie, zapytałem.
— Uh. Wrono. Co robisz? Walczysz z… niewidzialnym kotem z klanu niewidzialnych kotów…?
—Aaaa! Gigantyczny żuk mnie goniiii! — zapiszczała i pobiegła dalej.
Ugh. Czyli jednak nadal nie mam dowodów na istnienie niewidzialnych kotów…
Przypatrzyłem się uważniej i przycisnąłem uszy płasko do główki. Faktycznie. W jej kierunku w przestrzeni powietrznej dolnego obozu przemieszczał się średnich rozmiarów granatowy żuk, którego pancerzyk połyskiwał w słońcu.
— O nie. Nie martw się, Wrono. Uratuję cię — oznajmiłem spokojnie.
Poczekałem na odpowiednią okazję, w końcu spiąłem się i… skoczyłem na przeciwnika.
Na ziemi wylądowałem robiąc dodatkowy przewrót w przód.
Wrona wyhamowała na piaszczystej ziemi i obróciła się do mnie z otwartymi oczkami.
— Z… zniknął…? — spytała, podchodząc niepewnie bliżej, próbując odzyskać spokojny wyraz pyska.
Spojrzałem na nią. Przełknąłem. Oblizałem pysk.
— No. Na to… wygląda — skrzywiłem się lekko. Żuczki nie są smaczne. Na pewno nie na pusty żołądek.
<Wrono??>
[442 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz