Zaskoczył ją taki wybuch ze strony asystenta medyczki. Klekot w jej głowie zawsze był młodym księciem, który nie wiedział, czego chce. Raz mówił jej o jednej ścieżce treningu, innym razem o drugiej. Nigdy nie brała pod uwagę, że mógł być do czegoś zmuszany. Sprawy medyków zawsze zostawiała Różanej Woni. Niemniej nie znaczyło to, że nie wściekła się na kocura, który śmiał zacząć krzyczeć jej prosto w twarz i to jeszcze w jej własnym legowisku! Zjeżyła się.
— Klekoczący Bocianie, masz się do mnie więcej tym tonem nie odzywać! — krzyknęła tak głośno, że kocur widocznie się skulił. – Teraz możesz wyjść.
* * *
Od tamtego dnia zdążyła już odzyskać trochę kontroli nad klanem. Kilku szpiegów wystarczyło, by miała odpowiednią ilość informacji do odzyskania pewności siebie. Morderca nadal krył się w klanie, ale to nie miało dużego znaczenia w tym momencie. I tak nie mógł nic zrobić. Czyhająca Murena była szpiegowana i dostawała raport z każdego jej ruchu. Wężynowy Kieł natomiast została postawiona w sztucznej scence posiadania idealnego syna. Rogata Łapa został księciem i zaczął trenować pod jej opieką. Dzięki temu tworzyła iluzję akceptacji, jednocześnie dowiadując się coraz więcej o naukach, jakie Flaming otrzymywał w żłobku. Do tego z doświadczenia wiedziała, że uczniowie są bardzo lojalni wobec swoich mentorów, więc miała jeden problem z głowy mniej. Zagrożenie oczywiście nie znikło całkowicie. Czaiło się jak szczupak czekający na małego, nieuważnego kociaka, który postawi jeden krok za dużo w stronę wody. W takich sytuacjach musiała przede wszystkim dbać o koty, które stałyby za nią murem. Straciła Wężynę i jej potomstwo (może nie licząc Żmijowca), ale jest grupa kotów, na której stratę nie mogła pozwolić. Ród królewski. Musiała więc zadbać o dobrą relację z każdym członkiem rodziny. Najlepiej było zacząć od Klekoczącego Bociana. Nie mógł być powiązany z morderstwem. To był dobry punkt strategiczny, ale jednocześnie naprawdę szkoda jej było młodego kocura. Po jego ostatnim wybuchu zobaczyła, że musi naprawić błędy ze swojej strony. Czarno-biały ewidentnie potrzebował wsparcia od (jakkolwiek się z tym czuła Mandarynka)… babki. Była za to odpowiedzialna, jako głowa rodu i przywódczyni. Udała się do legowiska medyków. Ucieszyła się, kiedy zobaczyła, że wszyscy są obecni, a więc mogła zabrać Klekota na rozmowę bez zbytniego obciążania jednego medyka.
– Klekoczący Bocianie, proszę ze mną – powiedziała formalnie. Zauważyła, że na ten ton emocje kocura mocno się zmieszały. Wyglądał jednocześnie na zirytowanego i przestraszonego. Kiedy wychodzili, zauważyła kątem oka, jak dwie pozostałe medyczki zaczęły szeptać, patrząc na nich. Plotkary zawsze będą plotkarami.
* * *
Udali się daleko poza obóz, na plażę. Nie miała za bardzo wybranego miejsca na to spotkanie, ale po ostatnim razie nauczyła się już nie ustalać ich z zastępcą. Piasek chrzęścił pod łapami, a fale rytmicznie co chwilę na niego wpływały. Przywódczyni nagle przystanęła i odwróciła się przodem do otwartego morza. Popatrzyła na wnuka i uśmiechnęła się lekko, widząc jego zdezorientowanie.
— Usiądź, proszę. – Poklepała ogonem miejsce obok siebie. Kocur zrobił to, a następnie trochę niepewnie, próbując ukryć irytację, zapytał:
— O czym chciałaś ze mną porozmawiać?
Po raz kolejny popatrzyła na niego.
– Raczej ja powinnam zapytać. O czym ty chciałbyś ze mną porozmawiać?
<Klekotek masz family bonding time <3 >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz