Dawno, przed śmiercią Jaskółki
Och, jakże ona była szczęśliwa z owego zaproszenia na wspólny spacer. Chociaż nigdy nie wątpiła w fakt, że uroku jej nie brakuje, a w gronie Klifiaczek jest jedną z najładniejszych, to taki jasny i namacalny dowód, że jej miłosne podboje i wszelkie trudy, przez które musiała przebrnąć, a w tym pozbycie się resztek godności (to akurat słowa braciszka), nie poszły na marne, nieźle podniósł ją na duchu. Czuła, że wygrała jedną z tych niekończących się starć z całym światem, chociaż ten nawet nie wiedział, że ma przeciwnika. Od kiedy los zrzucił Truskawce pod łapy Jaśminowiec, która potem niczym żmija odebrała jej tego, którego tak bardzo pragnęła i o którego względy tak zażarcie walczyła. Nie obchodziło ją, że tym razem nie ma tak oczywistego wroga; nie pozwoli, aby ktokolwiek wszedł między nią a Mirtowe Lśnienie.
Wybrali się do lasu, gdzie wojowniczka próbowała zrobić wszystko, aby rozmowa się kleiła. Nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza że kocur również wydawał się szczerze starać się, aby był to faktyczny dialog, a nie tylko monolog jednej ze stron lub, co gorsza, niezręczna cisza. Rzadko kiedy udawało im się wcześniej spędzać czas wyłącznie w swoim towarzystwie; zawsze był z nimi Wędrujący Wibrys, co niesamowicie irytowało szylkrętkę. Z bratem na ogonie nie mogła pozwolić sobie na użycie wszystkich sztuczek, które miała w zanadrzu. Płowy nie miał żadnych zahamowań, aby głośno zwrócić uwagę na jej niecodzienne, dziwne i zdecydowanie jednoznaczne zachowanie skierowane do rudego wojownika. Musiała przyznać, że była to jedna z niewielu rzeczy, które ją peszyły. Ale teraz Sekrecika nie było i nie było szansy, aby się na niego natknęli; specjalnie rozejrzała się po kotach, które przesiadywały w obozie, kiedy wychodzili. Widziała, że brat siedział na boku i zajadał się w towarzystwie Kukułczego Wdzięku. Skoro on mógł w tym momencie oczarowywać jakąś dzierlatkę, to czemu ona nie mogłaby uwodzić swojego absztyfikanta, prawda?
Rozmawiali o wszystkim, o czym tylko mogła pomyśleć. Mirtowe Lśnienie zapytał ją już na samym początku, czy w ogóle podoba jej się życie w Klanie Klifu, czy nie żałuje, że wybrała życie poza miejscem, w którym się urodziła i gdzie miała resztki rodziny, no i przyjaciół. Chwile odwlekała faktyczną odpowiedź, aby nieco się nad tym zastanowić, ale w końcu przyznała, że chociaż sama potrzeba zwiewania z Owocowego Lasu była jej winą i jej widzimisię, a to, że wybór celu padł właśnie na nadmorskie tereny, był spowodowany wyłącznie faktem, że ich ojciec przeżył na nich wiele księżyców, to nie żałowała. Nawet jeśli przybyli w dość... skomplikowanym momencie, to podobało jej się to, gdzie aktualnie znajdowała się nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Poopowiadała również nieco o tym, jak rzekomo czuła, że wydoroślała w tym nowym otoczeniu, co spotkało się nawet z cichym śmiechem kocura. Na ten dźwięk serce zabiło jej szybciej.
On również nieco opowiadał. To o swojej rodzinie (chociaż nie za wiele), to o tym, co myśli o obecnej sytuacji w klanie. Chociaż Truskawka miała wrażenie, że pewne swoje opinie omija lub przemilcza, tak nie naciskała; i tak niekoniecznie interesowała się polityką. Wystarczyło jej, że kocur cokolwiek mówił, że czymkolwiek się z nią dzielił. Słuchała go uważnie; niekoniecznie z ciekawości, ale wolała nie musieć przeżywać sytuacji, w której przydałaby jej się wiedza na temat którejkolwiek z rzeczy, o których mówił, a ona nie umiałaby sobie nic przypomnieć. Wrócili dopiero wieczorem, kiedy słońce już dawno chyliło się ku zachodowi, a ogniste języki lizały nieboskłon. Chociaż chłód wdzierał się pomiędzy kępki futra, w ciele rozchodziło się przyjemne, ekscytujące ciepło, którego nigdy nie czuła po spotkaniach z Lnem.
* * *
Po tym jak Mirtuś został liderem, a Truskawa zastępczynią
No, nie mogła powiedzieć, że była przygotowana na ten ogromny awans… Przynajmniej nie była sama w tym szoku. Wciąż czuła na grzbiecie te wszystkie pary oczu, kiedy z pyska Lśniącej Gwiazdy padło jej imię. Nie często zdarzało jej się zeżreć własny język, ale też niecodziennie stawała się jednym z najważniejszych kotów w klanie. Szargały nią tak przeciwstawne emocje, że nie miała pojęcia, jak ma się czuć. Oczywiście w tamtym momencie musiała wziąć się w garść i nieco ukryć swoje nerwy w dość prędkim tempie, ale kiedy tylko wszystko się zakończyło, a Truskawce udało się na moment zejść większości z oczu, myślała, że zemdleje. Złapała nawet na boku Mysi Postrach, aby ten wymienił jej przynajmniej te NAJWAŻNIEJSZE obowiązki, które od teraz spadły na jej barki, i może faktycznie był to dobry pomysł, bo kocur nie tylko nie wydawał się szczególnie przejęty, że został zdyskwalifikowany z wyścigu o władze w Klanie Klifu, tak wieść, że jej głównymi zadaniami będzie wysyłanie patroli i doglądanie co jakiś czas tego, jak radzą sobie uczniowie na treningach, nieco uspokoił walące w piersi serce.
Pierwsze dni były… ciężkie. Nie miała pojęcia, w jakiej kolejności ma posyłać koty; nie wiedziała, czy panują co do tego jakiekolwiek zasady, a jedyne, co mogło jej pomóc, to fakt, że dość regularnie sama uczestniczyła w patrolach. Wolała nie kręcić się wokół czarnego kocura, który wcześniej nieco rozjaśnił jej drogę, aby nie wyjść na kompletną frajerkę i niedorajdę. Podobnie unikała brata. Ale to z całkowicie odmiennego powodu. Zbywała go wiecznie, mówiąc, że nie ma już czasu na ich wygłupy, bo teraz nie jest już malutką wojowniczką i ma inne, bardzo ważne rzeczy do zrobienia, a następnie z całych sił próbowała wyglądać na zajętą. Było ciężko, ale w końcu kocur musiał się znudzić i wrócił do swojego codziennego lenistwa, poprzecinanego próbami przypodobania się Kukułce, która chyba coraz bardziej traciła wzrok i rozum, bo faktycznie zaczynała sama do Sekrecika lgnąć.
Jedyną całkowicie dobrą rzeczą w tej całej sytuacji było to, że miała więcej wymówek, aby kręcić się przy żółtokim. Teraz była już całkowicie pewna, że ten również pała do niej jakimś uczuciem; nie wierzyła, że faktycznie jest najbardziej kompetentnym kotem wśród Klifiaków i że dokonał wyboru wyłącznie na podstawie umiejętności i zaangażowania w życie społeczności. Dla wielu taka realizacja byłaby dość smutna; raczej większość wolałaby zostać doceniona w ten sposób za swoje faktyczne zasługi, a nie przez to, że udało mu się kogoś w sobie rozkochać, ale nie dla Truskawkowego Pola. Nie obchodziła ją pozycja zastępcy sama w sobie, ale wybór pokazał, że Lśniąca Gwiazda zwyczajnie nie umiał się bez niej odnaleźć w tej nowej sytuacji, i o ile zapewne sama kotka niekoniecznie sprawdzi się w roli pomocnika, tak zrobi wszystko, aby nie czuł się samotny i nie wspierany.
* * *
Aktualnie
Sytuacja w klanie była… stabilna? Tak można było to określić, zwłaszcza kiedy porównywało się ją z tym, co jeszcze niedawno buzowało pomiędzy legowiskami. Nieufność, którą odczuwali względem niej Klifiacy, też zaczęła nieco wyparowywać, co było bezpośrednio spowodowane faktem, że faktycznie starała się wykonywać przynajmniej te obowiąki, o których powiedział jej Mysi Postrach. Tego ranka na poranny patrol posłała Wzburzonego Kormorana, Pchełkowy Skok oraz Pajęczą Nić wraz z uczennicą, która okazała się równie milcząca co jej mentorka. Gdzieś z tyłu głowy rzuciła myśl, że musi w końcu pójść ponadzorować ich trening, aby sprawdzić, czy podczas niego padają jakiekolwiek słowa. Pożegnała grupę, a na odchodne złapała jeszcze kontakt wzrokowy z niebieską szylkretką; posłała jej zaczepny, dumny uśmieszek, który nigdy nie schodził jej z pyska, kiedy miała z nią do czynienia. Widziała, jak ta nieco stawia sierść na karku, a następnie prędko się odwraca, aby dołączyć do reszty.
Potem złapała Świetlistą Walkę i powiedziała jej, że ma być gotowa na wymarsz z Bukową Koroną i Gołębim Puchem, kiedy tylko powróci grupa, która właśnie wymaszerowała. Wiedząc, że już ma z głowy najważniejsze obowiązki, postanowiła uraczyć się spokojnym porankiem. Złapała w pysk nie za dużą piszczkę i usiadła sobie na skraju obozu, niedaleko legowiska medyków. Chociaż nie przepadała za zapachem ziół, tak akurat tutaj najmniej się działo. Stety, niestety, ale to poskutkowało tym, że niestety dotarły do niej słowa starszej mieszkanki owej jamy. Nie próbowała podsłuchiwać, więc jedyne, co faktycznie zakodowała, to imię "Ćmi Księżyc"…
"No tak… z ostatniego zgromadzenia nic nie wynikło… Klan Nocy nie odpowiedział, nie wytłumaczył się i nie próbował oczyścić się z winy… Nic dziwnego, że Jagnięcy Ukłon aż tak siwieje, skoro najpewniej zamartwia się na śmierć tą… śmiercią…" — pomyślała, a cała ochota na posiłek gdzieś wyparowała. Nie zrobiła nawet jednego gryza.
"No tak… z ostatniego zgromadzenia nic nie wynikło… Klan Nocy nie odpowiedział, nie wytłumaczył się i nie próbował oczyścić się z winy… Nic dziwnego, że Jagnięcy Ukłon aż tak siwieje, skoro najpewniej zamartwia się na śmierć tą… śmiercią…" — pomyślała, a cała ochota na posiłek gdzieś wyparowała. Nie zrobiła nawet jednego gryza.
Westchnęła ciężko i znów wzięła piszczkę do pyska. Wiewiórczy ogon nieprzyjemnie posmyrał ją po nosie, ale udało jej się nie obsmarkać. Skierowała się po kamiennej rampie w górę, gdzie wiedziała, że musi jeszcze przebywać Lśniąca Gwiazda; nie widziała, aby schodził, a w dodatku od kilku już wschodów słońca witał się z nią każdego ranka.
— Dzień dobry — zawołała, aby w razie czego obudzić kocura; nie wypadało mu tak długo się wylegiwać. Rudy jednak nie spał. Skrzące ślepia od razu odnalazły jej nakrapiany pyszczek. Uśmiechnęła się ciepło. — Przyniosłam śniadanie — dodała, odkładając gryzonia, którego w sumie wybrała dla samej siebie.
— Dobry... A z jakiej to okazji dostaję dziś posiłek prosto do legowiska? — zapytał, nieco zdziwiony, ale i delikatnie rozbawiony.
— Z takiej, że jest pewna sprawa, o której chciałabym porozmawiać — rzuciła, podchodząc nieco bliżej. — No i oczywiście martwiłam się też, że te wszystkie przywódcze obowiązki zawrócą ci w głowie i nie zadbasz o siebie odpowiednio, Lśniąca Gwiazdo. — Specjalnie zaakcentowała imię kocura. Zawsze to robiła, zwłaszcza kiedy byli tylko we dwójkę. Wiedziała, że to lubił.
— Dobry... A z jakiej to okazji dostaję dziś posiłek prosto do legowiska? — zapytał, nieco zdziwiony, ale i delikatnie rozbawiony.
— Z takiej, że jest pewna sprawa, o której chciałabym porozmawiać — rzuciła, podchodząc nieco bliżej. — No i oczywiście martwiłam się też, że te wszystkie przywódcze obowiązki zawrócą ci w głowie i nie zadbasz o siebie odpowiednio, Lśniąca Gwiazdo. — Specjalnie zaakcentowała imię kocura. Zawsze to robiła, zwłaszcza kiedy byli tylko we dwójkę. Wiedziała, że to lubił.
— Miło z twojej strony — mruknął, a następnie usiadł obok szylkretki, aby zabrać się za wiewiórkę. Zrobił z dwa gryzy, po czym wrócił do rozmowy. — A co to za sprawa? O ile faktycznie jakaś jest i nie była to jedynie wymówka, aby tutaj wtargnąć z samego rana.
— Masz o mnie brzydkie mniemanie. — Udała urażoną, ale prędko kontynuowała: — Chodzi o sprawę ciała Ćmiego Księżyca… Słyszałam, jak Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa znów o tym dyskutują w swoim legowisku. Musimy coś zrobić.
— Musimy… — westchnął i odsunął od siebie ledwo zaczętego gryzonia. — Ostatnie, czego chcę, to utrata zaufania medyków naszego klanu. A wraz z nim zaufania Przodków — wymruczał już zdecydowanie mniej zadowolony.
— Musimy… — westchnął i odsunął od siebie ledwo zaczętego gryzonia. — Ostatnie, czego chcę, to utrata zaufania medyków naszego klanu. A wraz z nim zaufania Przodków — wymruczał już zdecydowanie mniej zadowolony.
— Głowa do góry... Musimy po prostu zareagować i załatwić to w jak najlepszy sposób. Pamiętaj, że nie jesteś w tym sam. Masz wielu wojowników, którzy pójdą za tobą wszędzie, w tym do obozu Klanu Nocy, nawet i dziś, jeśli byś sobie tego życzył — wyświergotała miękko. Po chwili namysłu, po momencie zawahania, postanowiła przysunąć się jeszcze nieco bliżej i położyć ogon przy nasadzie ogona kocura i delikatnie pogłaskać nim go po rudym grzbiecie. Dodała jeszcze: — No i masz mnie… Ja zawsze za tobą pójdę, Lśniąca Gwiazdo.
<Rudzielcu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz