Muszę przyznać, że nie mogłem się doczekać pójścia na patrol, odkąd tylko mój mentor o nim wspomniał. Od rana chodziłem w kółko po obozie, próbując zwizualizować sobie każdą możliwą trasę patrolu, wyznaczyć możliwe problemy i niebezpieczeństwa oraz niemożliwe sposoby ich przezwyciężenia. Mówiłem też w międzyczasie wszystkim, że idę na patrol. Nie wiem, dlaczego nikt inny nie wydawał się tak podekscytowany jak ja faktem, że idę na patrol. Zwłaszcza, że ja rzadko jestem podekscytowany.
Patrol. Patrol.
Nie wiem tak właściwie, co robi się na takowych patrolach. Znam jedynie teorię. Należy pilnować, by nikt nieupoważniony nie przekraczał naszej granicy. Sprawdzać, czy jest bezpiecznie. Czy nie ma groźnych zwierząt jak wściekłe liski czy bobry. I… nie pamiętam więcej. Tylko tyle zapamiętałem z tego, co mówił mi Kurka.
I w końcu wyruszyliśmy. Ale już byłem mniej podekscytowany. Całą energię zdążyłem już wyczerpać, ekscytując się non stop w ciągu dnia. Ale dobra. I tak jest fajnie.
Podążyłem za resztą patrolu i Kurką, ja szedłem najbardziej z tyłu. W razie ataku, jest to najmniej strategiczna pozycja, jednakże z drugiej strony (metaforycznej, nie z drugiej strony w znaczeniu z przodu) mam dwadzieścia pięć procent szans na to, że będzie to jednak ta najlepsza. Gdyby niebezpieczeństwo nadeszło z przodu lub z jednego z boków. Dlatego wybrałem takie ustawienie. No…może drobny wpływ miała smutna krótkość moich łapek, ale zdecydowanie stwierdzić mogę, że prawie na pewno nie był to jeden z decydujących czynników. Tak.
Nasza trasa – a przynajmniej jej początek – pokrywała się mniej więcej z jedną z tych, które sobie zawczasu zwizualizowałem, to jest w kierunku, gdzie wschodzi słońce. Dotarliśmy do rzeki i szliśmy wzdłuż niej aż do Śliwowego Gaju. Starałem się bacznie obserwować każdy możliwy kierunek, by w razie czego być tym (ale oby nie jedynym), który zagrożenie dostrzeże. Ta jakże baczna i wymagająca obserwacja powodowała, że nieraz i niedwa obróciłem się w kółko. W celu zwiększenia efektywności. Ale przestałem. Bo zrobiło mi się niedobrze. Ugh.
— Borowiku, wszystko w porządku? — zapytał Kurka, uśmiechając się lekko, patrząc na mnie z boku.
Dziwne. W jakiś zupełnie nieznany mi sposób mentor zmaterializował się obok mnie.
Każde zagrożenie byłbym w stanie dostrzec. Dlaczego więc go nie dostrzegłem? Pewnie dlatego, że nie jest zagrożeniem. Na pewno o to chodzi.
— Um. Tak. Tak. Patrol. Robię patrol. — Przyspieszyłem lekko na moich krótkich łapkach, by zrównać się z nim krokiem. — Zagrożenia brak. Dużych zwierząt brak. Małe zwierzęta: trzy ptaki na drzewie. Plus dwa duże kamienie w rzece. Tyle — zameldowałem mentorowi. Uznałem, że licząc jak najwięcej elementów natury ożywionej i nieożywionej, będę w stanie zaimponować niejako moim nad wyraz rozwiniętym zmysłem obserwacji i ponadprzeciętną pamięcią.
Kurka tylko uniósł brew z lekkim rozbawieniem.
— No no, widzę, że jesteś dziś wyjątkowo uważny w porównaniu z naszymi innymi treningami — zażartował.
Ugh. W sumie to prawda. Ale i tak ugh.
— Mhm. Nie wiem, dlaczego. Patrol fajny. Fajny. — Wyprostowałem ogonek w górę w nowej fali ekscytacji. - Nieustanne poczucie zagrożenia życia i zdrowia nasila wydajność moich zmysłów.
Kurka parsknął cicho.
— No dobrze, dobrze. To teraz słuchaj. Dam ci ważną radę. Spróbuj zamiast skupiać się na otoczeniu, skupić się na tym, co robią inni wojownicy. — Mentor wskazał pyskiem w ich kierunku. - Gdzie patrzą. Jak patrzą. Na co zwracają uwagę? Jak się zachowują? Co o tym myślisz?
— Uh. No…no to ma sens. Mogę to zrobić. No ale… po co? Sam mogę…patrolować.
Kurka cmoknął.
— No właśnie nie! Spójrz. Patrol jest pracą zespołową. A każdy w zespole musi pilnować pozostałych. I jednocześnie praca jest podzielona na równe części. Nie trzeba się więc kręcić w kółko i potem i tak dać się podejść. Sam, chyba widzisz, że jest to mało efektywne.
— Hm…
Faktycznie. Argument o efektywności i logicznie ułożona wypowiedź dały mi do myślenia. Moja taktyka… może mieć kilka drobnych luk i najwyraźniej mój mentor znalazł jedną z nich. Jednocześnie podając mi receptę na ich zapełnienie. Nie nazwałbym siebie mistrzem pracy zespołowej. Bo nim zwyczajnie nie jestem. Nie umiem pracować w zespole. Ale może faktycznie dokładna analiza oparta na obserwacji jest w stanie mnie czegoś nauczyć…
— No, ja nie umiem tak. Uh. W patrolu, że z kimś. Ale to… popatrzę i… pomyślę. Tak.
Gdybym tylko umiał mówić tak jasno i logicznie jak myślę…
Ale dobra.
Mój mentor pokiwał głową z aprobatą.
— Nie martw się. Wszystko da się wypracować przy odpowiednim treningu. Uwierz mi.
— Wierzę. Wierzę — odparłem z przekonaniem, strzepując ogonkiem.
I wrócił do przodu. Ja zostałem z tyłu. Teraz czas na nową misję. Obserwacja pozostałych wojowników.
* * *
Każdy z nich patrzył w określonym kierunku. W regularnych odstępach czasu rozglądali się na boki, a następnie do tyłu, każdy po kolei, nigdy na raz. Konfiguracja ich chodu również nie była przypadkowa, jeden z przodu, dwóch w środku i teoretycznie ja z tyłu, czyli optymalna do obserwacji. Nikt nie zasłaniał obrazu frontu, a środek miał dokładny pogląd na całą resztę. Logiczne. Bardzo efektywne.
Dotarliśmy do obozu. Chciałem od razu wdrapać się do mojego legowiska i leżeć całą noc analizując wszystko, czego się dziś nauczyłem (moje ulubione zajęcie), ale Kurka zatrzymał mnie ruchem łapy.
— Borowiku! Zaczekaj. Dobrze sobie dziś poradziłeś, jak na twój pierwszy patrol. Wykazałeś się dużym skupieniem i cierpliwością. Większość uczniów na patrolach czeka tylko na jakiś zwrot akcji — powiedział z lekkim rozbawieniem. — Podobało ci się?
— Nie. — Zamilkłem na kilka sekund. — Bo nie było akcji.
Kurka zaśmiał się cicho i potrząsnął głową.
— No tak…
— Ale — kontynuowałem. — Myślę, że… um… był to produktywnie spędzony… czas. Niewątpliwie nauczyłem się… rzeczy i… gdy nabiorę praktyki, to… nabiorę… praktyki. Lub… lub też nie. Czy… coś…
Ugh. Dziś wyjątkowo nie kleją mi się mądre słowa ze zwykłymi słowami. Ale dobra.
Mój mentor chyba chciał coś powiedzieć, bo już otworzył pysk, ale wtedy napłynęła mi do główki pewna myśl. Wyprężyłem nagle ogonek.
— A. Ten. Ja… dziękuję. Że. Wziąłeś mnie na patrol. Dziś. Bo… no. Fajnie było.
Przypomniałem sobie, że miło jest dziękować za różne rzeczy. Koty to lubią. Ja też. Ale nie zdaję sobie z tego sprawy, istnieje to tylko w mojej podświadomości. A żeby inni mnie lubili i bym rozwijał moje relacje z pobratymcami, muszę wyciągnąć wszystko z mojej podświadomości. I zacząć żyć przytomnie. Dlatego moim zadaniem jest dużo dziękować. Dla treningu. No i…co ja mogę powiedzieć, fajnie było po prostu…
Kurka wyszczerzył się tym razem szeroko, jego ogon zadrżał.
— Nie ma sprawy! Cieszę się, że ci się podobało. Z każdym treningiem jesteś o krok bliżej do zostania prawdziwym zwiadowcą! Oby tak dalej, Borowiku!
Zacząłem lekko machać ogonkiem. To znaczy nie. Wcale nie. Nie-e.
— No. Dobra. Dziękuję… Fajnie. Tak. Yyy… To ja idę, cześć.
Odwróciłem się szybko i odszedłem. Przyznaję, że był to dość desperacki krok z mojej strony, ale było tego za dużo. Za dużo… tego. Czymkolwiek to uczucie było. Odwrót.
[1142 słowa]
<Kurko???>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz