BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczawiowe Serce x Gąbczasta Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczawiowe Serce x Gąbczasta Łapa. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2026

Od Gąbczastej Perły CD. Błota

Przeszłość

— Mogę ci w czymś pomóc? — powiedziała chłodno, gdy już go zauważyła. Kocur usiadł, odchrząkując.
— Głowa mnie boli… Masz coś może na to? — zapytał niepewnie.
Gąbka zerknęła na zioła, które chwilę temu sortowała i na liść nałożyła kilka nasion maku. Podała mu je bez słowa.
— Mak, często zbierałem go ze Stroczkową Nadzieją… — powiedział ze słabym uśmiechem, po czym zlizał z liścia lek.
— Chcesz we mnie wywołać jakiś dziwny żal? — powiedziała kotka, nastroszając lekko futro. Jednak po chwili wygładziło się ono, a na jej pyszczku zagościło zastanowienie. — Poza tym… Nie wiedziałam, że interesuje się zielarstwem…
— Tak, bardzo. Chciał zostać medykiem w Świetlikach. — Jego ton ściszył się lekko. Spojrzał na medyczkę wyczekująco.
Wtem Gąbczasta Perła ponownie przybrała twardy wyraz pyska, a po wcześniejszym zastanowieniu nie pozostał już nawet ślad. Niezbyt wiedziała, czym są Świetliki ani o czym właściwie mówił Szczawiowe Serce — teraz nazywany już Błotem. No tak. W końcu był kotem o brzydkim, brązowym futrze, które aż nazbyt przypominało lepkie, zdradliwe błoto. W ogóle nie powinno go tu być. Nie przynosił Nocniakom żadnych korzyści, a jeśli już, to tylko szkodził Gąbczastej Perle. Cały czas chodziła przez niego na paluszkach, obawiając się, że pewnego dnia jej romans z czekoladowym kocurem wyjdzie na jaw.
— W Klanie Nocy nie ma dla niego miejsca na posadzie medyka — stwierdziła chłodno, po czym zmierzyła Szczawika wzrokiem pełnym gniewu i żalu. — Tak trudno było usiedzieć na tyłku? Nie rozumiem, po co ty w ogóle tutaj przylazłeś. Dobrze wiesz, że ze swoim czekoladowym futrem daleko nie zajdziesz — prychnęła, mrużąc oczy.
— Nie chciałem tu przyjść. Przyprowadzono nas tu wbrew naszej woli. Nawet nie wiem, co stało się z resztą grupy, poza tym okłamano was, jak i inne klany… Nie uciekliśmy bez powodu, nie byliśmy agresywni. A przedstawiono nas jak zdrajców, agresorów… — Kocur spojrzał na swoje łapy. — Nigdy nie chcieliśmy trafić do Klanu Nocy. Ani odejść z Klanu Wilka. Ale nie mieliśmy innego wyjścia. W dodatku ty zmieniłaś się, strasznie… Nienawidzisz mnie, a przecież tak bardzo mnie kochałaś… Tylko przez to, że mam to przeklęte czekoladowe futro…
Medyczka zmarszczyła brwi, coraz bardziej zirytowana gadaniem więźnia. Gdy tylko wspomniał o miłości, pazury same wysunęły jej się z łap, a futro na karku ponownie się najeżyło.
— Zamknij się! — warknęła, obnażając kły. Serce zabiło jej szybciej, bardziej z nerwów niż ze złości. Miała nadzieję, że nikt nie usłyszał słów Błota. — Gdybyście nie zbliżyli się do terenów Klanu Nocy, wcale nie zostalibyście do niego zabrani! To wszystko twoja wina, brudny czekocie! — oburzyła się, smagając powietrze ogonem. — To ty sprowadziłeś na siebie i Stroczka te wszystkie problemy! Gdybyś po prostu trzymał się z daleka, nic z tego by się nie wydarzyło!
Kocur patrzył na nią zdziwiony, a jego futro również, jak i jej, stanęło dęba.
— I ty naprawdę tylko przez to teraz udajesz, że mnie nie znasz? Przez moje futro? Gdyby nie ono nadal coś byś do mnie czuła...? — Spojrzał na moment na swoją łatkę w kształcie serca. — Gdyby nie to, kochałabyś mnie nadal...? — wyszeptał.
Dymna miała coraz większą ochotę przeorać mu pazurami po tym głupim, nieczystym pysku, lecz mimo wszystko się od tego powstrzymywała. Nie wiedziała, czy to dlatego, że może wciąż żywiła do niego coś innego niż nienawiść, czy dlatego, że medyczce nie wypadało.
— Nic nie rozumiesz! — warknęła w końcu, gdy Błoto skończył mówić. Przez moment wpatrywała się w jego pysk, aż w końcu postanowiła podejść bliżej i ściszyć głos, na wypadek, gdyby ktoś miał ich podsłuchiwać. — Nie wiesz, co by się stało, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że kiedyś… — urwała, gdyż następne słowa nie chciały jej przejść przez gardło. — To byłby mój koniec! Koniec, rozumiesz? — dodała, a jej oczy zaszły łzami.
Nie, nie mogła się tak rozklejać… Odeszła od niego na kilka długości wąsów, po czym stanęła do niego tyłem i przetarła ślepia łapą.
Kocur spojrzał na nią zmartwiony. Chwilę tak siedział, niepewny, czy powinien do niej podejść. Jednak zdecydował się zaryzykować. Powoli zbliżył się do kotki, siadając obok.
— Myślę, że to okrutne oceniać kogoś po jego pochodzeniu, czy też kolorze futra. To coś, na co nawet nie mamy wpływu. Realnie mówiąc, nic nie zmienia fakt, że mam czekoladowe futro. Zmienia to jedynie mój wygląd. Chyba nigdy nie próbowałem ci zrobić nic złego z tego powodu, nieprawdaż? Czy kiedykolwiek czekoladowy kot skrzywdził cię? Lub czy gdyby zrobił to inny kot, wybaczyłabyś mu, ale mi nie? Po prostu… Nie potrafię tego zrozumieć… Ja tęskniłem za tobą, strasznie. Każdego wieczoru Stroczek mówił, że chciałby zobaczyć cię i swoją siostrę… Nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Bo nie miałem odpowiedzi na to, czy będzie mu to dane. Gdybym miał wtedy wybór zatrzymałbym cię ze sobą w Klanie Wilka, ale… Tam nie było bezpiecznie. I nigdy nie będzie. Dlatego musieliśmy odejść.
Gąbczasta Perła przewróciła oczami z frustracji, choć w rzeczywistości czuła ogromny ucisk na klatce piersiowej. Zwróciła się w stronę Błota, który do niej podszedł, obserwując go przez kilka uderzeń serca. Targały nią naprawdę mieszane emocje. Z jednej strony tęskniła za chwilami spędzonymi w jego towarzystwie w Klanie Wilka, a z drugiej wiedziała, że one nigdy nie mogłyby zaistnieć w Klanie Nocy.
— Powiedz to Mandarynkowej Gwieździe i reszcie rodu… — westchnęła, po czym odwróciła wzrok od czekoladowego. — Nie życzę ci źle, Szczawiku. Chciałabym, byś był szczęśliwy, ale… nie tutaj. Nie możemy być blisko. Nie możemy ze sobą rozmawiać. Nie jesteś dla mnie nikim więcej, jak zwykłym więźniem o brązowym kolorze futra — oznajmiła, chowając pazury. — Proszę cię, odejdź… Zanim ściągniesz problemy zarówno na siebie, jak i na mnie.
Czekoladowy przez chwilę patrzył na nią.
— A czy ty naprawdę tego chcesz? Żebym odszedł? Tego właśnie pragniesz...?
Gąbka nie mogła już znieść tej interakcji. Nie chciała teraz o tym wszystkim myśleć. Żyło jej się w miarę spokojnie. Dobrze. Póki Szczawik nie postanowił tego wszystkiego zburzyć.
— Nikogo w tym klanie nie interesuje to, czego ja chcę — stwierdziła, marszcząc brwi. — Ważne jest, bym przestrzegała Kodeksu Medyka i nie miała partnera. A tym bardziej nie takiego o czekoladowym futrze. W tym momencie najbardziej pragnę żyć, dlatego nie zamierzam się wychylać.
— Ale mnie interesuje. Chciałbym, żebyś… Żebyś była szczęśliwa. Tak jak wtedy, te księżyce temu. Żebyśmy ty, ja, Stroczek i Łza znów mogli być rodziną…
Medyczka westchnęła ciężko. Nie mogła uwierzyć w to, że niegdyś go kochała. Rozmowa z nim była jak rozmowa ze ścianą legowiska.
— Czego nie rozumiesz, Szczawiku? Tamte księżyce już minęły. Nie jestem już głupią, młodą kotką, która wylądowała w Klanie Wilka na szkoleniu. Teraz jestem medyczką w Klanie Nocy. Mam obowiązki, pracę do wykonania, pacjentów do wyleczenia. Nie mogę już bawić się w zakochaną po uszy. Dlatego proszę cię, byś wreszcie sobie odpuścił, bo tamte czasy już nie wrócą. Nie mogą wrócić.
Kocur spojrzał teraz na ziemię. Skinął głową, po czym wstał powoli.
— Dobrze. Przepraszam, że zabrałem ci niepotrzebnie czas — odpowiedział jej jedynie cicho, po czym ruszył w stronę wyjścia do czekającego na niego wojownika, który miał odprowadzić go do wysepki.

* * *

Gdy spoglądała na kociaki Sennej Łzy — Fiołka i Jasność — nie przychodził jej do głowy żaden kocur, który mógłby być ich ojcem. Gąbka nie pamiętała, by jej córeczka rozmawiała zbyt często z jakimś wojownikiem z Klanu Nocy, więc jakim cudem doczekała się dwójki szkrabów? Czyżby spotykała się potajemnie z kimś spoza klanu? Może z jakimś Klifiakiem? Burzakiem? A może samotnikiem? Gąbka nie była zachwycona tą wizją. Łezka nie mogła przecież mieć romansu z kimś, kto nie był w Klanie Nocy. Była przecież taka grzeczna, nie mogłaby złamać Kodeksu Wojownika.
Przynajmniej nie urodziły jej się żadne czekoladowe szkarady, przez co dymna mogła być pewna, że nikt nie będzie jej ani jej kociąt zaczepiał. Niestety, w żłobku ostatnio zrobiło się całkiem sporo czekoladowych kociaków, co Gąbkę niepokoiło. Już dawno zapowiadała wszystkim, że kiedyś wreszcie narodzi się taki czekot, który zgładzi ich wszystkich, a oni z każdym kolejnym pokoleniem byli coraz bliżej spełnienia tej ponurej przepowiedni. Mysiomózga Łapa o mało nie sprowadziła na nich zagłady, przynosząc do azylu borsucze szczenię. Mimo iż czekoladowa szylkretka już nie żyła, Gąbczasta Perła wiedziała, że tragedia, którą wywołała, była jedynie rozgrzewką. Medyczka mogła tylko zastanawiać się, które z kociąt będzie najgorsze. Pyza, Bzyczek, a może Komar? Ten ostatni wydawał się szczególnie niebezpieczny. Gąbka za każdym razem, gdy znajdowała się w jego obecności, czuła straszny niepokój. Kocurek mało co mówił i głównie wpatrywał się w nicość swoimi wielkimi, przerażającymi ślepiami.
Czarnofutra potrząsnęła głową, chcąc na razie odciągnąć od siebie te myśli. Jeszcze miała czas. Jeszcze mogła wymyślić, jak pozbyć się tej czekoladowej zarazy z Klanu Nocy i tym samym uratować go od zagłady. Na razie musiała jednak skupić się na Sennej Łzie i jej kociętach. Chciała być w końcu dobrą babcią. Najlepszą!
Gdy tak o tym myślała, do głowy przyszedł jej jeszcze jeden pomysł, który sprawił, że żołądek wywrócił jej się do góry nogami. Co, jeśli Łezkę spotkał ten sam los co Świteziankowe Jezioro? Co, jeśli jakiś samotnik skrzywdził ją wbrew jej woli? Gąbczastej Perle zebrało się na wymioty na samą tę myśl. To już wolałaby, żeby jej córka zdradziła klan, niż żeby posiadała Fiołka i Jasność bez uprzedniego wyrażenia zgody na zajście w ciążę!
Dymna postanowiła nie zgadywać. Jej córeczka dotąd nie chciała zdradzić jej, kto był ojcem, lecz tym razem Gąbka nie zamierzała odpuścić. Musiała się dowiedzieć, czy te kocięta na pewno były chciane! W końcu kto wie. Jeśli Senna Łza naprawdę ich nie kochała, to w końcu mogło jej odbić, a tym kociętom mogła stać się krzywda. Wszyscy zbyt dobrze wiedzieli, jak może zachowywać się zdesperowana matka, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to szylkretowa kocica zagryzła połowę swoich młodych. Co prawda była ona czekoladowa, a Senna Łza raczej nie zniżyłaby się do jej poziomu, ale Gąbka wolała być ubezpieczona. W końcu Fiołek i Jasność zapowiadały się na naprawdę obiecujące wojowniczki!
Medyczka w końcu opuściła lecznicę i wsadziła łeb do żłobka, wyszukując wzrokiem znajomych, żółtych oczu. Nim jednak je odnalazła, złapała kontakt wzrokowy z Komarem, który niemal wyżerał jej duszę spojrzeniem. Czarnofutra wzdrygnęła się na jego widok i szybko go zignorowała, następnie podchodząc do swojej córki.
— Hej, Łezko. Jak sobie radzisz? — mruknęła cicho, siadając obok karmicielki. Miała wrażenie, że zaraz zjawi się tu bura wojowniczka, która niemal chodziła przyklejona do Gąbki.
Szylkretka przeniosła wzrok ze swoich śpiących kociąt na medyczkę, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Bardzo dobrze. Wszystko jest tak, jak powinno być — oznajmiła, na co dymna poczuła ciepło na sercu.
Senna Łza naprawdę była dla niej jak córka, mimo iż Klan Nocy nie uznawał jej za członkinię rodu. Zwykle adoptowane potomstwo przynależało do królewskiej rodziny, ale tym razem nie mogło tak być. Gąbczasta Perła nie mogła mieć w końcu kociąt, nawet tych przybranych, więc gdyby szylkretka naprawdę miała zostać księżniczką, byłoby to równoznaczne z tym że Gąbka złamała Kodeks Medyka.
— No, a skoro… skoro twoje kocięta śpią, to może przejdziesz się ze mną na spacer? Myślę, że sobie poradzą. Tym bardziej że będzie ich pilnował Złocisty Widlik — mruknęła, kątem oka spoglądając na kremowego kocura.
Młodsza wahała się przez moment, lecz ostatecznie skinęła głową.
— Dobrze… Chcesz o czymś porozmawiać? — spytała Senna Łza, domyślając się już, że coś się święci.
Gąbka jedynie się uśmiechnęła, nie odpowiadając jej na pytanie. Zamiast tego podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia ze żłobka.
Wraz z córką przekroczyły rzekę i zaczęły przemierzać tereny Klanu Nocy bez większego celu. Szły w ciszy, lecz atmosfera między nimi stawała się coraz bardziej napięta. Jakby już się ze sobą kłóciły, nawet jeśli żadna z nich jeszcze nie odezwała się słowem.
— Więc… co chciałaś mi powiedzieć? Miejmy to już za sobą, mamo. Boję się, że kociaki się obudzą i Widlik będzie musiał im tłumaczyć, że mama ich zostawiła… — westchnęła szylkretka, poruszając smutno wibrysami.
Gąbka cały czas zastanawiała się nad tym, jak powinna ugryźć temat tego, kto jest ojcem. Przecież już wcześniej próbowała do tego dociec, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
— Łezko, chodzi o to, że… bardzo się o ciebie martwię. O ciebie i o Fiołka oraz Jasność. Fakt, że nie wiem, kto jest ojcem, nie daje mi spokoju. Musisz mi powiedzieć, kto nim jest. Proszę, Łezko… Nie będę na ciebie zła, nawet jeśli okaże się z Klanu Burzy lub Klanu Klifu — zaczęła.
Wraz z jej słowami pysk szylkretki spochmurniał, dokładnie tak, jak przypuszczała.
— Mamo, nie… Nie chcę ci mówić i nie jestem do tego zobowiązana — oznajmiła twardo żółtooka, nawet nie patrząc na swoją matkę.
Starsza poczuła rozczarowanie.
— To prawda, Łezko. Nie jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić klanowi ojca swoich kociąt. Ale ja jestem twoją matką i należy mi się wiedzieć, kto jest rodzicem moich wnuków. Nie po to wychowywałam cię, gdy byłaś małym szkrabem, byś teraz-
Senna Łza westchnęła ciężko, przerywając przemowę Gąbki.
— Ja jestem ich rodzicem. Czy to ci nie wystarcza? Czy musisz wiedzieć, kto jest ich ojcem, by móc je pokochać? — zapytała karmicielka, na co Gąbka aż wstrzymała oddech ze zdumienia.
— Nie wygaduj takich bzdur, Łezko! Wiesz dobrze, że kocham Fiołek i Jasność całym swoim sercem i traktuję je jak najprawdziwsze wnuczki. Czy gdybym ich nie kochała, to przychodziłabym do nich codziennie, żeby sprawdzić, jak sobie radzą? Czy gdybym ich nie kochała, próbowałabym utrzymywać z nimi dobre relacje? Nie oskarżaj mnie o takie straszne rzeczy, córeczko. Po prostu chciałabym znać ich ojca, żeby lepiej je zrozumieć… Je i ciebie także, Łezko. Te kocięta nie wzięły się przecież znikąd. Ty musiałaś się w kimś zakochać, z kimś się spotykać… a ja nic o tym nie wiem. No chyba, że-
Żółtooka znowu jej przerwała, zatrzymując się nagle. Gdy dymna spojrzała na jej pysk, zauważyła, że w jej oczach kręciły się łzy.
— Dobrze. Chcesz wiedzieć, kto jest ich ojcem? — mruknęła drżącym głosem.
Przez moment jej pysk wygiął się w nieodgadnionym wyrazie, lecz zaraz potem Senna Łza zmarszczyła brwi, jakby zmieniła zdanie.
— No… ojcem tych kociąt jest… — zamilkła na moment, wlepiając wzrok w swoje łapy. — Ojcem jest Morszczynowy Wąs… — mruknęła, na co medyczka rozdziawiła pysk w szoku.
Nim jednak zdążyła słowami wyrazić swoje zdumienie, karmicielka dodała:
— Tylko proszę, nie mów nikomu. Ani tym bardziej nie zaczepiaj Morszczyna — miauknęła głosem pełnym żalu, lecz medyczka przestała już jej słuchać. W jej głowie echem odbijało się teraz jedno imię. Morszczynowy Wąs.
— Łezko, ale… Ja nigdy nie widziałam was razem. Czy ty go kochasz? Czy ty w ogóle chciałaś zachodzić w ciążę? Jeśli ten lisi bobek cię skrzywdził, to wąsy mu pourywam! — zagroziła medyczka, jeżąc futro na karku.
Żółtooka szybko pokręciła głową.
— Nie, mamo! Nie skrzywdził mnie. Nic mu nie rób. Ja… chciałam kociąt, tylko nie miałam z kim ich mieć i… — zaczęła wyjaśniać, jednak w pewnym momencie urwała. Spojrzała wzrokiem pełnym żalu i skruchy na medyczkę, która wciąż nie rozumiała zachowania swojej córki.
— Łezko… Ja nic nie rozumiem. Dlaczego wstydziłaś się mi to powiedzieć? Przecież bym zrozumiała. Nie musiałaś tego przede mną ukrywać — odparła starsza, kładąc po sobie uszy.
Miała dziwne wrażenie, że Senna Łza coś przed nią ukrywała, ale jeszcze nie wiedziała co. Z drugiej strony nie sądziła, że jej własna córka mogłaby ją okłamać. To wszystko było takie… dziwne.
— No… tak jakoś… wyszło — odparła szylkretka, po czym przetarła oczy łapą. — Możemy już wracać do obozu? Proszę… Chcę wrócić do kociąt — mruknęła i, nie czekając na reakcję medyczki, ruszyła w stronę azylu.
Gąbczasta Perła stała w szoku, przyglądając się sylwetce córki, która z każdą chwilą coraz bardziej się oddalała. Chciała iść za nią. Dogonić ją, dokończyć rozmowę. A mimo wszystko zdecydowała się odpuścić. Karmicielka jasno wyraziła, że nie ma teraz ochoty na interakcje z własną matką.
Dymna czuła się tym zraniona, ale próbowała więcej o tym nie myśleć. Westchnęła tylko ciężko i zaczęła włóczyć się do obozu ze wzrokiem wbitym w kołyszącą się na wietrze trawę.

* * *

Tajemnice, które skrywała w sobie Senna Łza, spędzały jej sen z powiek. Gdzieś w głębi serca czuła, że sprawa drugiego rodzica Fiołka i Jasności jest nieco bardziej skomplikowana. Nie chciała jednak wierzyć w to, że córka sprzedała jej jakiś fałsz, byle tylko wymigać się od rozmowy. Łezka w końcu nigdy by się tak nie zachowała. Była jej kochaną, grzeczną córeczką. Nie buntowała się, nie sprawiała problemów. Zawsze były ze sobą blisko i wspierały się wtedy, gdy musiały pożegnać się ze Szczawikiem i Stroczkiem w Klanie Wilka.
Gąbka, pogrążona w myślach, wyszła przed lecznicę i usiadła, omiatając cały azyl wzrokiem. Nie skupiała się na żadnym kocie, a przynajmniej do czasu. W pewnym momencie jej wzrok zatrzymał się na burym kocurze — Morszczynowym Wąsie. Pręgowany rozmawiał teraz z Czosnkową Krewetką, lecz dymna była zbyt daleko, by ich usłyszeć. Widziała tylko uśmiech na pysku szylkretowej wojowniczki.
Gdy na nich spoglądała, czuła, jak krew się w niej gotuje. Może i Morszczyna i Łezkę nie łączyły więzy krwi, ale kocur mógłby się chociaż zainteresować własnymi dziećmi! Medyczka ani razu nie widziała, by wojownik zaglądał do żłobka, żeby zobaczyć, jak mają się jego pociechy. Nie pomagał w ich wychowaniu ani opiece, a zamiast tego flirtował sobie z innymi kotkami! Tak, na pewno flirtował. O czym innym miałby rozmawiać z Czosnkową Krewetką, żeby tak ją rozśmieszyć?
Gąbczasta Perła postanowiła do niego zagadać. Przybrała neutralny wyraz pyska, z pozoru wyglądając na spokojną, i żwawym krokiem podeszła do dwójki rozmawiających ze sobą kotów. Gdy tylko znalazła się w ich pobliżu, Czosnkowa Krewetka poruszyła uszami i przestała mówić, wlepiając spojrzenie w medyczkę.
— Cześć, Gąbko! Dawno nie rozmawiałyśmy. Chcesz mnie o coś spytać? — zaczęła, wciąż się uśmiechając.
Dymna uniosła brew. To prawda. Kiedyś były właściwie koleżankami, lecz ostatnimi czasy nie miały okazji, by porozmawiać.
— Właściwie to nie. Akurat chciałam porozmawiać z Morszczynowym Wąsem — mruknęła, uśmiechając się sztucznie do Krewetki.
Wojowniczka musiała zrozumieć, że taka mina zwiastowała kłopoty, toteż strzepnęła ogonem i zrobiła krok w tył.
— W takim razie może zostawię was samych! Tylko umówmy się kiedyś na spotkanie, dobrze, Gąbko? — miauknęła, powoli odchodząc od medyczki i pręgowanego wojownika.
Dymna skinęła głową, po czym zwróciła pysk w stronę burasa, który wyglądał na zakłopotanego. Pewnie wydawało mu się, że nie zrobił nic złego. No tak. Zgodził się pomóc Sennej Łzie w posiadaniu kociąt i myślał, że to tyle z jego roli ojca. W takim razie srogo się mylił.
— Wyjdziemy poza obóz? — zaproponowała, choć nawet kociak wiedziałby, że swoim tonem nie pozostawiała miejsca na sprzeciw.
Morszczyn nie miał wyboru, musiał się zgodzić. Nie mógł przecież odmówić księżniczce.
W końcu wspólnie wyszli poza azyl, a Gąbka już zastanawiała się nad tym, jak skutecznie zastraszyć burasa, by wreszcie zajął się swoimi dziećmi. Fiołek i Jasność potrzebowały ojcowskiego autorytetu. Potrzebowały kogoś, kto nauczy je walczyć i polować oraz kto raz na jakiś czas pogrozi im palcem, jeśli będą za bardzo brykać.
— Gąbczasta Perło… Czy zrobiłem coś źle? — zapytał w pewnym momencie buras, wyrywając medyczkę z zamyślenia.
— No raczej. Gdybyś nie zrobił, to przecież nie wyciągałabym cię poza obóz w biały dzień — fuknęła, przewracając oczami. — Na szczęście nie jest dla ciebie jeszcze za późno i jesteś w stanie się odkupić — dodała, na co futro stanęło Morszczynowi dęba.
— O czym ty mówisz, Gąbczasta Perło? — zapytał, chyba ledwo powstrzymując głos od drżenia. Mięśnie miał spięte, jakby w każdej chwili był gotowy do ucieczki, gdyby dymnej coś odbiło. Czy myślał, że go zaatakuje? Że spróbuje go zabić? Cóż, ona nie była Niedźwiedziówkowym Pyłem. Nie planowała odbierać nikomu życia.
— Nie udawaj, że nie wiesz! — zezłościła się starsza, smagając powietrze ogonem. — Nie jesteś przecież nowonarodzonym kociakiem, żeby mieć pamięć sięgającą dwóch dni wstecz! Lepiej domyśl się, czego mogę od ciebie wymagać, i miejmy to już z głowy — miauknęła, mrużąc oczy. Miała nadzieję, że nie będzie musiała zbyt długo dyskutować z wojownikiem i ten szybko zgodzi się na to, by zająć się swoimi kociętami.
— Przysięgam, że nie mam pojęcia. Przecież prawie z tobą nie rozmawiam! Nie wiem, czego mogłabyś ode mnie chcieć — oburzył się, przyjmując sfrustrowany wyraz pyska.
— Naprawdę chcesz się w to bawić? Senna Łza, mówi ci coś to imię? — zapytała zirytowana. Nie sądziła, że mieli w Klanie Nocy takich ćwoków.
Morszczyn przechylił głowę na bok.
— Co? Nie, nie mówi. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek rozmawiał z kotem o imieniu Senna Łza — przyznał, marszcząc brwi. Jego głosem nie targała żadna emocja, lecz mimo wszystko medyczka doszukała się w nim arogancji i fałszu.
— Nie kłam! — wrzasnęła zirytowana zachowaniem kocura. Łatwo mu było zgrywać niewiniątko, podczas gdy Łezka samotnie musiała wychowywać swoje pociechy. — Przestań udawać głupka i zajmij się swoimi kociętami! Myślisz, że możesz tak sobie uciekać od obowiązków? Nie na mojej warcie! Fiołek i Jasność potrzebują ojca, a ty sobie tutaj zarywasz do innych kotek! — prychnęła.
Wojownik zrobił wielkie oczy i przez moment kompletnie zaniemówił.
— Ja? Że niby ja? Że niby jestem ojcem jakiegoś Fiołka i Jasności? Wypraszam to sobie! Pierwszy raz w życiu słyszę te imiona! — oburzył się, chyba trochę zapominając o tym, z kim rozmawia.
— Oczywiście, że pierwszy raz, ponieważ w ogóle się nimi nie opiekujesz! Radzę ci dobrze, żebyś w końcu zaczął zachowywać się jak przykładny tatusiek, albo poproszę Mandarynkową Gwiazdę, żeby wysłała cię do Klanu Wilka na przymusowe wykonywanie prac roboczych! — zaczęła mu grozić.
Morszczynowy Wąs nie wyglądał na zadowolonego, ale raczej nie widziało mu się dyskutować z upartą księżniczką.
— Dobrze, dobrze. Będę opiekować się tymi dzieciakami — rzucił od niechcenia, szybko poddając się w kłótni z medyczką. — Ale nie chcę mieć z nimi nic do czynienia, gdy już zostaną uczniami — oznajmił.
Czarnofutra była oburzona, że w ogóle śmiał stawiać jakieś warunki, lecz mimo wszystko postanowiła mu odpuścić. Ważne było to, że przynajmniej zgodził się zająć nimi, gdy wciąż były kociakami.
— Świetnie. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia — mruknęła, uśmiechając się do niego sztucznie.
Po chwili odwróciła się na pięcie i prędkim krokiem ruszyła w stronę obozu.
— No, na co czekasz?! Nie będę ryzykować tym, że jeszcze ani razu nie zajrzysz do żłobka, więc zrobisz to teraz, pod moim nadzorem!

* * *

Teraźniejszość

Ostatnio obiło jej się o uszy, że ktoś w legowisku starszyzny narzekał na swój stan zdrowia. Nie było to oczywiście niesłychane, gdyż starsi cały czas narzekali na bolące stawy i mięśnie, lecz tym razem chodziło o coś innego. Coś, czemu mogła zaradzić medyczka. W wolnym czasie dymna postanowiła wstąpić do oazy dla emerytowanych Nocniaków i sprawdzić, kto taki zachorował.
— Dzień dobry! Słyszałam ostatnio dobiegające stąd lamenty. Czyżby komuś działa się jakaś krzywda? — mruknęła, wchodząc do środka.
Od razu spojrzała w jej stronę jej matka — Spopielona Alga. Gąbce nie podobało się jej nowe imię. Mandarynkowa Gwiazda zapewne nadała je tylko po to, by uprzykrzyć jej życie! To w końcu nie wina Algi, że się starzała, a na jej pysku pojawiały się siwe włoski. Niemiło było jej tak wypominać, że życie nie trwa wiecznie i za niedługo dołączy do Klanu Gwiazdy…
Dymna przełknęła głośno ślinę na tę myśl. Nie chciała tracić kolejnego członka rodziny, po tym, jak straciła już siostrę. Przynajmniej już niedługo Mątwie Marzenie będzie mogła ponownie przytulić swoją matkę, a potem już wspólnie przyjdzie im czekać na dołączenie Gąbczastej Perły.
— Och, tak, Gąbko. Ja zraniłam się ostatnio w łapę — odezwała się w końcu była zastępczyni, uśmiechając się do swojej córki.
Brązowooka skinęła głową i natychmiast podeszła bliżej starszej kotki, która wyciągnęła kończynę w jej stronę. Futro na niej było wyraźnie splamione krwią, a pod sklejonymi szkarłatem włosami rozpościerała się rana.
— Mamo! Siedzisz całymi dniami w legowisku starszych, a potem kończysz z takim czymś na łapie… Gdzie sobie to zrobiłaś? — zdziwiła się. Nie można jej było zostawić nawet na uderzenie serca… Ktoś powinien ją cały czas obserwować, bo zaraz jeszcze skończy bez nogi!
— Cóż, długa historia… — westchnęła starsza, odwracając wzrok od córki. — Ale zaradzisz coś na to, prawda? Chyba jeszcze nie wdała się infekcja — stwierdziła, przekrzywiając głowę na boki.
Dymna skinęła łebkiem.
— Oczywiście. Przecież od tego są medycy, nie? Te mordercze treningi u Ró- — przerwała nagle, przypominając sobie, że przecież jej była mentorka również przebywała teraz w legowisku starszyzny. — No, nieważne. Pójdę po jakieś zioła i zaraz wrócę, by ci to opatrzyć.
Pędem czmychnęła w stronę lecznicy, by ze składziku wyciągnąć jakieś zioła, które pomogłyby zapobiec infekcji. Przy składziku przecisnęła się przez Klekoczącego Bociana, który akurat opatrywał ugryzienie przez szczura, i spojrzała na półki. W oczy rzucił jej się szczaw, lecz ten od razu przywiódł jej na myśl Szczawiowe Serce. Gąbczasta Perła przesunęła powoli wzrokiem po reszcie roślin i wreszcie zdecydowała się wziąć ze sobą skrzyp.
Szybko wróciła z lekarstwem do swojej matki, przy okazji już przeżuwając je na papkę. Gdy wkroczyła do legowiska starszych, Alga ponownie wysunęła swoją łapę, którą wcześniej musiała nieco wylizać, gdyż teraz wyglądała już lepiej. Gąbka nałożyła na nią papkę, a potem owinęła ją pajęczyną, którą zabrała razem ze skrzypem.
— No, do kolejnego ślubu się zagoi — stwierdziła medyczka, uśmiechając się do Spopielonej Algi.
— Po tym, co wydarzyło się ostatnio, to nie wiem, czy Mandarynkowa Gwiazda zgodzi się przeprowadzić jakikolwiek ślub. Tamten był naprawdę… tragiczny — westchnęła starsza, odwracając wzrok od czarnofutrej.
— Och, był… Szkoda mi Ulewnego Szkwału, wydawał się taki obiecujący. Pamiętam, gdy opowiadałam mu o tym, że czekoladowe koty zostały stworzone z błota. Nie wierzę, że zakochał się w kotce, która spoufalała się z kimś tak brudnym… — prychnęła brązowooka, po czym polizała się po piersi. — W każdym razie muszę już iść. Ostatnio, jak rozmawiałam z Senną Łzą, powiedziała mi, że Pyza i Bzyczek zachowują się jakoś dziwnie, lecz mimo wszystko Fląderka milczy na ten temat. Nie wiem, może próbuje wyleczyć ich siłą własnego umysłu — stwierdziła, przewracając oczami. — Nie, żeby mnie jakoś nadto interesował los tych czekociaków, ale nie mogę przecież pozwolić im umrzeć. Jeszcze tak zła nie jestem… raczej.
Po tych słowach skinęła Aldze głową na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych, nim czarno-biała zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Właściwie… czy ktoś miałby jej za złe, gdyby pozbyła się tych dwóch czekoladowych kociaków? Oprócz Fląderki oczywiście, która zdawała się przywiązać do Pyzy i Bzyczka. To jednak nic dziwnego. W końcu dziwaki muszą wspierać innych dziwaków.
Gąbczasta Perła zajrzała niechętnie do żłobka. Tym razem nie po to, by odwiedzić Senną Łzę, Fiołkę i Jasność, a po to, by zająć się jakimiś brudasami. Nieszczególnie ją to cieszyło, ale mimo wszystko zmusiła się do wyszczerzenia ząbków i podejścia do Fląderki, przy której leżała dwójka kociąt. Przeklętych. Nieszczęsnych. Ale wciąż kociąt.
— Słyszałam, że prócz czekoladowego futra coś jeszcze jest z nimi nie tak — zagaiła medyczka, wpatrując się wprost w odrzutka.
Fląderka bez słowa trąciła nosem wpierw Pyzę, a potem Bzyczka, zmuszając ich do przybliżenia się do Gąbki. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż czekoladowy kocurek miał zwichniętą tylną łapę. Pyza z pozoru wyglądała dość zwyczajnie — to znaczy, nie miała żadnych szczególnych oznak choroby. Wyuczone oko, takie jak Gąbki, dostrzegłoby jednak, że kociczka wygląda na słabą i odciętą od rzeczywistości.
— Och. Czyżby twoje mleko im szkodziło? Cóż, widzę, że wyżywasz się nie tylko na swoich biologicznych kociętach, ale też i na tych przybranych. Jeszcze chwila, a Pyza i Bzyczek także stracą głos, jak Centuria — prychnęła.
Fląderka zniżyła głowę, jakby myślała, że jeśli nie widzi Gąbki, to ona jej też nie widzi.
— Pyza… prawie nie śpi… od kilku dni — wyjaśniła w końcu, po czym zamilkła.
Brązowooka pokręciła głową. Świetnie. Będzie musiała marnować zioła na te pokraki.
— Pewnie przestraszyła się twojego pyska. Dobrze, że mi jeszcze nie zaczęłaś się śnić po nocach — odburknęła.
Może była zbyt ostra? Pewnie tak. Lecz ostatnio wszystko ją denerwowało. Odkąd tylko zobaczyła na własne oczy morderstwo Mewiego Puchu, a potem przeżyła grożenie Niedźwiedziówki, często chodziła spięta. Te resztki cierpliwości, które niegdyś w sobie miała, już dawno z niej wyparowały.
— Zaraz wrócę tu z ziołami — zapowiedziała po jakimś czasie stania w ciszy i od razu ruszyła do składziku. Na bezsenność jak zwykle mak. Nad tym nawet nie musiała się zastanawiać. Na zwichnięcie… korzeń żywokostu.
Wzięła z lecznicy oba te zioła i wróciła do kociarni, by zająć się Pyzą i Bzyczkiem. Z czekoladową szylkretką poszło szybciej, gdyż nawet nie musiała nic przeżuwać. Z kocurkiem było trochę gorzej, gdyż musiała przeżuwać korzeń na papkę. W końcu jednak wysmarowała łapę Bzyczka przygotowanym lekarstwem.
Nie żegnając się nawet, odwróciła się od kociąt i Fląderki, lecz nim postawiła choćby jeden mały kroczek w stronę wyjścia, zamarła w bezruchu.
W progu stał Błoto, a za nim można było dostrzec sylwetkę Niedźwiedziówkowego Pyłu. Gąbczasta Perła zmarszczyła brwi i przepchnęła się przez wyjście, ignorując obecność czekoladowego więźnia.
— Niedźwiedziówko! — fuknęła do buraski. — Miałaś pilnować więźniów! Co ty tu robisz? — zdenerwowała się, lecz gdy tylko wojowniczka przybrała poważny wyraz pyska, nieco ochłonęła. Odwróciła od niej wzrok, obawiając się, że za ten wybuch Niedźwiedziówka będzie chciała wymierzyć jej jakąś karę. Czy zabije ją za to? A co, jeśli spełni swoje groźby i zrobi krzywdę Sennej Łzie lub jej kociętom?
— To nie moja wina! Błoto twierdził, że źle się czuje i musisz go obejrzeć — odparła buraska, przewracając oczami. — Poza tym nie nerwuj się tak, Gąbko. Złość piękności szkodzi — oznajmiła, uśmiechając się głupkowato.
Czarnofutra strzepnęła ogonem.
— Dobrze… rozprawię się z nim, a ty wracaj do pilnowania reszty więźniów… — mruknęła, próbując zachować spokój i nie pozwolić na to, by jej głos zadrżał. — Jeśli Bagno odważy się uciec pod twoją nieobecność, to Mandarynkowa Gwiazda ci nie odpuści — dodała, próbując przekonać samą siebie, że Niedźwiedziówka jest tylko zwykłą członkinią Klanu Nocy, a nie najprawdziwszą morderczynią.
— Niech ci będzie. Ale jeśli ten czekot zacznie ci podskakiwać, to krzycz. Można powiedzieć, że mam kilka pomysłów na to, jak go-
— Dobra, dobra! Chyba słyszę, jak Bagno próbuje wydostać się poza wyspę! Lepiej to sprawdź! — pośpieszyła ją.
Gdy Niedźwiedziówka zniknęła w wyjściu z azylu, Gąbka odwróciła się w stronę czekoladowego więźnia.
— No proszę, a miałeś już zostawić mnie w spokoju. Możesz mi wyjaśnić, co ty tu znowu robisz? Jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że na tym odludziu tak często chorujesz — prychnęła.

<Błoto?>

Wyleczeni: Klekoczący Bocian, Spopielona Alga, Pyza, Bzyczek

25 lipca 2026

Od Błota CD. Gąbczastej Perły

Kocur zakrył głowę łapami, czując, jakby miała zaraz eksplodować. Tak, mógł po prostu poprosić medyków o pomoc, jednak… Gąbczasta Perła chyba i tak już ma go dość. Patrzy na niego z taką… Pogardą.
— Tato, jesteś pewien, że nie chcesz jednak jakichś ziół od medyków? — Stroczkowa Nadzieja patrzył na kocura ze zmartwieniem w oczach. Syn naprawdę się nim przejmował… Czekoladowy wezbrał się na uśmiech, mając nadzieję, że przekupi tym syna.
— Tak, spokojnie. Przejdzie mi… — powiedział, jednak młodszy spojrzał na niego z uniesioną brwią.
— Tak? Bo mówisz to od dwóch zachodów słońca. — Spojrzał na niego, czując, że nie da za wygraną. Westchnął, odwracając się do kotki stojącej teraz na straży. Niezapominajkowa Nadzieja…
— Niezapominajkowa Nadziejo..? — podszedł do niej, schylając głowę lekko. Ta odwróciła się lekko podirytowana.
— Czy ja ci już nie mówiłam, że nie mam zamiaru z tobą rozmawiać? — odsyczała, po czym strzepnęła gniewnie ogonem. No tak, kotka kojarzy go z Klanu Wilka i ewidentnie nie chce, aby ktokolwiek się dowiedział o jej pochodzeniu. Jednak ona sama nie wydawała tego, że to on jest jednym z uciekinierów, więc w teorii było to wzajemnym zrozumieniem… Chyba.
— Potrzebuję medyka… Głowa strasznie mnie boli.
— Znowu? Co ty masz do tych medyków, cały czas coś ci się dzieje. Ostatnio to nawet jakimś cudem złapałeś tu drzazgę. — powiedziała zdziwiona. Kocur speszył się lekko. Może i faktycznie starał się dostać nadprogramową pomoc od medyczki… Znaczy medyków.
— Po prostu… Zaprowadzisz mnie..? — zapytał niepewnie. Dymna chwilę patrzyła na niego, jednak westchnęła, poddając się. Skinęła w stronę obozu, prowadząc go. Gdy dotarli, usiadła przed legowiskiem medyka, czekając na niego. Ten wszedł niepewnie, rozglądając się. No proszę, jego szczęście, Gąbczasta Perła sama jedna siedziała w legowisku sortując zioła. Wyglądała przy tym… Pięknie…
— Mogę ci w czymś pomóc? — powiedziała chłodno, gdy już go zauważyła. Kocur usiadł, odchrząkując.
— Głowa mnie boli… Masz coś może na to? — zapytał niepewnie. Kotka zerknęła w zioła które chwilę temu sortowała i na liść nałożyła kilka nasionek maku. Podała mu je bez słowa.
— Mak, często zbierałem go ze Stroczkową Nadzieją… — powiedział ze słabym uśmiechem, po czym zlizał z liścia lek.
— Chcesz we mnie wywołać jakiś dziwny żal? — powiedziała kotka, nastroszając lekko futro. Jednak po chwili wygładziło się ono, a na jej pyszczku zagościło zastanowienie. — Poza tym… Nie wiedziałam, że interesuje się zielarstwem….
— Tak, bardzo. Chciał zostać medykiem w Świetlikach. — jego ton ściszył się lekko. Spojrzał na medyczkę wyczekująco.

Wyleczeni: Błoto
<Gąbczasta Perło?>

26 października 2025

Od Gąbczastej Łapy CD. Szczawiowego Serca

Niedawno

— Gąbczasta Łapo! Znalazłem je! — zawołał nagle Szczawiowe Serce. Jego głos drżał, a łapy lekko się trzęsły – może z emocji, a może po prostu z zimna. W końcu była Pora Opadających Liści! Gąbka, nie zważając na jego mizerny wygląd, od razu do niego podbiegła i delikatnie go trąciła, by się odsunął. Następnie wyciągnęła głowę do przodu, spoglądając na dwa młode kociaki.— Hej, hej… Już wszystko dobrze maluchy! — mruknęła troskliwie, po czym odwróciła się do łaciatego kocura i uniosła brew.
— Co teraz? — zapytała, a jej ogon przeciął powietrze. Najrozsądniej byłoby zabrać je do obozu – przecież same nie przeżyją w takim chłodzie!
— Weźmiemy je do obozu. Nie możemy ich tak zostawić… — odpowiedział Szczawik. Kamień spadł jej z serca. Jak dobrze, że uważał tak samo. Odetchnęła z ulgą, po czym chwyciła za skórę na karku niewielką, szylkretową kotkę. Wojownik wziął ze sobą rudego kocurka z dużą ilością bieli. Na moment spojrzeli sobie w oczy, po czym oboje ruszyli w stronę obozu.
Podróż odbyła się w ciszy – z kociakiem w pysku trudno było mówić. Mimo to Gąbczasta Łapa co jakiś czas zerkała na swojego kochasia, delikatnie unosząc kąciki ust czy mrużąc oczy na jego widok, wydając z siebie cichy, rozbawiony pomruk. Była podekscytowana – znaleźli przecież dwójkę kociąt! A ten rudy wyglądał prawie jak Szczawik! Miał nawet taki ładny wzorek na zadku, dokładnie jak jego nowy… tatuś. Bo przecież na pewno zajmą się nimi wspólnie! Wychowają je razem, prawda? Przynajmniej przez jakiś czas – dopóki przywódcy nie zażądają, by Gąbka wróciła do swojego klanu. Wtedy będą musieli rozdzielić tę dwójkę, bo dymna na pewno nie pozwoli, by oba skarby zostały w Klanie Wilka. Weźmie jednego z nich, tak… na pamiątkę po Szczawiku i ich zawiłej, skomplikowanej relacji. Miała nadzieję, że nikomu nie sprawi to problemu. W końcu co złego w tym, że chciała mieć przy sobie dowód na to, że to, co było między nimi, naprawdę istniało? Że miało szansę… rozkwitnąć? Gdyby tylko nie to, że pochodzili z dwóch różnych klanów…
Chwila.
Zrobiło się zbyt poważnie. Gąbka nie jest poważna pod żadnym względem!
W końcu dotarli do obozu, gdzie przywitały ich zdziwione spojrzenia pobratymców. Gąbka i Szczawik od razu skierowali się do lecznicy, nawet nie pomyśleli o zostawieniu kociąt w żłobku. Na pewno były zmarznięte i zziębnięte. Potrzebowały ciepła, opieki i może kilku ziół?
Brązowooka jako pierwsza przekroczyła próg lecznicy i położyła małą kotkę na posadzce, szukając wzrokiem jakiegoś medyka. W oczy rzuciła jej się niebieska szylkretka, która układała coś w składziku.
— Znaleźliśmy kociaki! Mogłabyś je obejrzeć? — zapytała, podnosząc uszy do góry. Cisowe Tchnienie spojrzała w ich stronę i skinęła powoli głową. Wyglądała bardzo profesjonalnie i poważnie – zupełnie jak Różana Woń! Na tę myśl Gąbka uśmiechnęła się pod nosem. Ach, chyba wszystkie medyczki są do siebie podobne!
Szylkretka podeszła i przyjrzała się maluchom, delikatnie je potrąciła nosem, obwąchała, sprawdziła oddech. Potem spojrzała na dwójkę młodych “rodziców” i mruknęła:
— Musiały przemarznąć na tym chłodzie. Trzeba je jak najszybciej ogrzać.
Gąbka spojrzała na Szczawika i szerzej się uśmiechnęła.
— Ja z nimi zostanę! Otulę ich swoim długim ogonem, a ty… możesz pójść po jakąś zwierzynę dla nich! Na pewno są głodni — stwierdziła, spoglądając czule na młode. Cisowe Tchnienie skinęła głową.
— Gdyby zaczęły kaszleć albo wyglądały na chore, natychmiast mi to zgłoś. Trzeba będzie podać im zioła — powiedziała spokojnie i wróciła do swoich obowiązków. Brązowooka przytaknęła, a potem odwróciła się, by zagadać do łaciatego kocura… ale jego już nie było. Najwidoczniej poszedł już po jakąś piszczkę.
Dymna wzruszyła ramionami i delikatnie popchnęła maluchy w stronę pustego posłania. Sama położyła się obok i dokładnie zakryła młode ogonem, czule liżąc je po łebkach – tak, jak dawniej robiła jej mama. Nie znała się na rodzicielstwie, ale starała się naśladować Algową Strugę najlepiej, jak potrafiła. Ach, minęło tak mało czasu, a już tak bardzo przywiązała się do tych maleństw! Były takie urocze i bezbronne… Gdyby nie ona i Szczawik, pewnie nie dożyłyby jutra. Normalnie byli dla nich jak łapy z Klanu Gwiazdy! Tyle że… te łapy nie zamierzały ich zabierać na Srebrną Skórkę, o nie!
Gąbka już prawie zasypiała, gdy do lecznicy wślizgnął się łaciaty wojownik, niosąc w pysku dwie świeże piszczki. Położył je przed uczennicą, płaszcząc delikatnie uszy.
— P-przepraszam! Chciałem przyjść szybciej, ale Kocimiętkowa Łapa znowu zaczęła mnie wypytywać o… no, sama wiesz co. Trochę mi zajęło, nim ją spławiłem, ale w końcu się udało. Na moment tak się rozkojarzyłem, że prawie zapomniałem wziąć tego jedzenia! Haha… — mruknął, uśmiechając się nerwowo i marszcząc lekko brwi. Gąbka zachichotała i chwyciła pazurami niewielkiego wróbla, którego zaczęła oskubywać z piórek. W końcu nie będzie kazać robić tego tym biednym dzieciom! Ciekawe, czy miały dobre dzieciństwo? Skoro ich rodzice je zostawili, to pewnie nie…
— To ja już pójdę. Gdybyś czegoś potrzebowała, to mów — pożegnał się Szczawik i wyszedł z lecznicy. Gąbka mruknęła coś pod nosem na pożegnanie, nawet na niego nie spoglądając, bo była zbyt pochłonięta tym wróblem.
Gdy już go obrała, obudziła śpiące maluchy i dała im jeść. A gdy najadły się do syta, znowu otuliła je ogonem, kołysząc do snu. Patrzyła, jak mrużą powieki, a potem szepnęła cicho:
— Nie martwcie się… ja i Szczawik na pewno zajmiemy się wami lepiej, niż ci przebrzydli samotnicy… — jej głos był ledwo słyszalny i pewnie rozpłynął się gdzieś w uszach kociąt, które już zasypiały. Może to i lepiej – w końcu nikt nie chciałby myśleć o tym, że jego rodzice go nie chcieli. Może ta senność oszczędziła im dodatkowej traumy.

***

Gąbczasta Łapa znów przesiadywała w lecznicy obok kociąt, gdy nagle do środka zajrzała łaciata, liliowa wojowniczka, którą dymna znała aż za dobrze – Gąsiorkowy Trzepot, jej mentorka z Klanu Wilka. Wyglądała na zmartwioną, może nawet przygnębioną, więc uczennica szybko domyśliła się, że nie chodziło jej o to, by zobaczyć znalezione latorośle. Dymna położyła po sobie uszy i powoli wstała z posłania, zerkając jeszcze na dwójkę kociąt, które śledziły ją zaciekawionym wzrokiem. Na pewno też czuły, że coś złego się święci!
— Hej… Gąsiorek. Coś się stało, prawda? — zapytała cicho, niemal wzdychając. Żółtooka skinęła głową i gestem łapy, wyprowadziła ją na zewnątrz. Koniuszek jej ogona drgał nerwowo, a w gardle najpewniej miała gulę i trudno było jej mówić.
— Nikła Gwiazda prosił, byś przyszła… — mruknęła w końcu. Brązowooka domyślała się, o co może chodzić. Wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się lekko, jakby chciała dodać wojowniczce otuchy.
— To musiało się kiedyś stać, prawda? — powiedziała spokojnie. — No nic, nie mam tyle władzy, by coś na to poradzić. Tęsknię już za mentorką, rodziną… Może to i dobrze, że wracam? — dodała, po czym otarła się policzkiem o pysk starszej kotki. — Będę za tobą tęsknić, wiesz?
Gąsiorkowy Trzepot tylko się uśmiechnęła i spojrzeniem naprowadziła uczennicę w stronę legowiska przywódcy.
Gąbka ruszyła niepewnie do przodu, czując, jak serce ściska jej się w klatce piersiowej. Każdy kolejny krok wydawał się cięższy od poprzedniego, a w głowie kłębiła się myśl, by po prostu zawrócić i uciec z obozu, by unikać tej rozmowy najdłużej, jak może. Ale wiedziała, że nie może. Klan Nocy na pewno jej potrzebował, a rodzina tęskniła równie mocno, jak ona. Algowej Strudze na pewno brakowało… obu córek…
Dymna wkroczyła do starej borsuczej nory, gdzie czekał na nią bury przywódca. Jego spojrzenie było poważne, a brwi lekko uniesione.
— Dzień dobry, Gąbczasta Łapo. Czas najwyższy, byś powróciła do swojego rodzimego klanu. Gąsiorkowy Trzepot przekazała mi, że jesteś już dobrze wyszkolona — powiedział spokojnym tonem. Gąbka poczuła w sercu ukłucie żalu. Czy gdyby łaciata mentorka nie skontaktowała się z liderem, mogłaby zostać tu, choć odrobinę dłużej?
— Dobrze… — wydukała w końcu, przełykając ślinę. Jej ogon delikatnie poruszał się na boki, zdradzając napięcie. — Ale… jest jeszcze jedna sprawa — dodała po chwili ciszy. — Widzisz, ostatnio razem ze Szczawiowym Sercem znaleźliśmy kocięta. Bardzo się z nimi związałam i… chciałabym zabrać Łezkę ze sobą do Klanu Nocy. Myślę, że tak będzie sprawiedliwie… — wyjaśniła z lekkim, proszącym uśmiechem, licząc na litość ze strony kocura. Nikła Gwiazda milczał przez moment, jakby rozważał jej słowa. W końcu mruknął:
— Nie widzę żadnych przeciwwskazań. Możesz zabrać ze sobą Łezkę. W końcu mamy sojusz, a jeden kot w te czy w te nie zrobi różnicy. — Uniósł kąciki ust. Gąbczasta Łapa skinęła mu głową z wdzięcznością. — W takim razie możesz się już żegnać. Rano Borsucza Puszcza i Sowi Zmierzch odprowadzą cię na terytorium Klanu Nocy — dodał.
— Jasne! — odpowiedziała od razu, wstając i kierując się ku wyjściu. — Do widzenia! — rzuciła jeszcze przez ramię, by nie wyjść na niewychowaną.
Szczawiowe Serce dostrzegł jej nieco zmieszany wyraz pyska i od razu do niej podszedł. Otarł się o jej bok, jakby chciał ją uspokoić.
— Czy to już…? — wyszeptał do jej ucha, a jego ciało lekko zadrżało. Brązowooka zawiesiła na nim wzrok. Nie odpowiedziała, bo nawet nie musiała. Ich ciasno splecione ogony i przyspieszone bicie serc mówiły wszystko. Szczawik zrozumiał. Wtulił się w nią mocniej, a ona oparła na nim policzek.
— Może spacer? — zaproponował cicho. Dymna tylko skinęła głową i razem wyszli z obozu.
Szli długo w ciszy, jakby opłakiwali swoje pożegnanie już zawczasu. Gdy dotarli nad jezioro – miejsce, gdzie spędzili razem tyle chwil – atmosfera zrobiła się znacznie cięższa. Usiedli obok siebie, patrząc w falującą taflę wody.
— Gąbko… — odezwał się w końcu Szczawik, głęboko wzdychając. — Nie sądziłem, że… że kiedykolwiek znajdę w sobie odwagę, by to powiedzieć, ale czuję, że… czas nam ucieka. Jeśli nie teraz, to już nigdy — mówił, spoglądając jej prosto w oczy. Dymna postawiła uszy i poczuła, jak serce na moment zamiera w jej piersi. — Wiesz, jak dobrze się dogadujemy… jak czule się traktujemy, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy. I myślę, że i ty, i ja dobrze wiemy, że to nie jest tylko przyjaźń. Wszyscy to widzą! Może… może Kocimiętkowa Łapa miała rację? Może jest między nami coś więcej? Może to, że nasze ogony są teraz splecione, wcale nie jest przypadkiem? — powiedział drżącym głosem, po czym spuścił wzrok i przejechał łapą po wilgotnej ziemi.
— Co masz przez to na myśli…? — zapytała cicho. Szczawik zawahał się na chwilę, a potem wypowiedział słowa, które już od dawna nosił w sercu:
— Mam na myśli, że… że ja cię kocham, Gąbczasta Łapo…!

***

Minął cały dzień i noc, odkąd dymna zostawiła swojego kochasia bez odpowiedzi. Czuła się z tym okropnie, ale wiedziała też, że to nie był odpowiedni moment, by myśleć o byciu partnerami. Był już ranek – za niedługo miała wyruszać. Nie chciała przywiązywać się jeszcze bardziej. I tak już czuła się niespokojna i przygnębiona na samą myśl o odejściu, a wczorajsza sytuacja tylko pogłębiła jej smutek. Nie odezwała się do Szczawiowego Serca przez cały dzień. Nie spojrzała w jego stronę ani razu. Ani razu! Chodziła ze spuszczoną głową, wpatrując się tępo w jakiś punkt przed sobą, jakby bojąc się, że gdy tylko spojrzy w stronę łaciatego, jej serce pęknie na pół! Jej zwykle radosna, beztroska strona teraz zdawała się przygaszona. Każde wspomnienie spojrzenia czekoladowego sprawiało jej ból, którego nie potrafiła nawet opisać słowami.
Siedziała przed lecznicą, pogrążona we własnych myślach, gdy podeszła do niej Borsucza Puszcza.
— Idziemy — oznajmiła krótko. Gąbczasta Łapa uniosła na nią wzrok i skinęła głową, po czym zanurkowała do środka, by po raz ostatni spojrzeć na kocięta, siedzące razem. Stroczek patrzył na nią z niepokojem, a w jego oczach błyszczało coś, co podsunęło Gąbce myśl, że on przeczuwał, co właśnie miało się wydarzyć. Uśmiechnęła się do niego słabo i bez słowa chwyciła Łezkę za kark. Rudy kocurek wyciągnął w jej stronę łapkę, potykając się o gałązki, z których splecione było posłanie. Wydał z siebie cichy pisk i zamarł, wpatrzony w oddalającą się sylwetkę siostry, która znikała już w świetle dnia.
Uczennica podeszła do Borsuczej Puszczy i Sowiego Zmierzchu, czekających przy wyjściu z obozu. Spojrzeli na nią, a ona tylko skinęła głową, by dać im znak, że jest gotowa. Wtedy ostatni raz obejrzała się za siebie. I wtedy po pierwszy raz od tamtej rozmowy – jej spojrzenie spotkało się z oczami Szczawiowego Serca. W jego wzroku czaił się ból i tęsknota tak silna, że jej łapy zadrżały. To jedno spojrzenie ścisnęło jej serce tak mocno, że niemal uroniła łzę! Wyglądał tak ponuro, tak marnie… a jednak wiedziała, że nie może zostać. Przynajmniej miał jeszcze Stroczka, nie?
Brązowooka odwróciła wzrok, potrząsając głową. Wtedy z jej futerka wypadła mała, błyszcząca muszelka, która wcześniej zaplątała się między jej kręconymi kosmykami. Upadła na ziemię i cicho zadźwięczała, dając Szczawikowi znać o swojej obecności.
Gąbka już się nie obejrzała. Z ciężkim sercem ruszyła między dwoma wojownikami w stronę terenów Klanu Nocy. Znała tę drogę. Wiedziała, że będzie długa i wyczerpująca, ale miała nadzieję, że Łezka zniesie podróż dzielnie i nie będzie za dużo marudzić. Marzyła tylko o tym, by dotrzeć na miejsce spokojnie i by prędko udało jej się zapomnieć o tęsknocie za chwilami spędzonymi w Klanie Wilka.

***

Gdy dotarli na granicę, zauważyli zbliżający się patrol. Trójka kotów – Lśniąca Ikra, Rozpromieniony Skowronek i Błękitna Laguna – kierowali się prosto w ich stronę. Wyglądało na to, że wiedzieli, co się dzieje. Pewnie byli przygotowani na taką ewentualność. W ich ruchach nie było ani napięcia, ani zaskoczenia – sprawiali wrażenie spokojnych, jakby obecność dwójki Wilczaków na ich ziemi była czymś zupełnie naturalnym. Przywitali się z nimi krótko, po czym przez chwilę panowała cisza. Wtedy Borsucza Puszcza zauważyła, że spojrzenia trójki wojowników zatrzymały się na małym kocięciu, które Gąbka niosła. Mruknęła spokojnie:
— Ona? Nazywa się Łezka. To prezent od Nikłej Gwiazdy dla księżniczki Klanu Nocy. Piszczka, którą wyjątkowo upodobała sobie wasza uczennica — powiedziała z lekkim uśmiechem pod nosem. Błękitna Laguna skinął głową na znak, że zrozumiał. Po chwili patrol pożegnał się i ruszył w stronę obozu, a Gąbczasta Łapa odprowadziła ich wzrokiem.
Przez dłuższą chwilę patrzyła, jak sylwetki Wilczaków powoli znikają na horyzoncie. W jej sercu zapanowała dziwna pustka. Myślami wróciła do miejsca, które znajdowało się tam, gdzieś daleko – do Szczawiowego Serca. Do jego spojrzenia, pełnego boleści. Westchnęła cicho i odwróciła się, by ruszyć dalej, tym razem już prosto ku swojemu domowi.

Żegnaj, Szczawiku…

21 października 2025

Od Szczawiowego Serca CD. Gąbczastej Łapy

Pytanie, które zadano mu i Gąbczastej Łapie, zbiło go z tropu. Spojrzał na kotkę, jednak wyglądało na to, że polegała ona całkowicie na nim. Kocimiętkowa Łapa patrzyła na nich coraz bardziej przenikliwie, a skóra pod futrem aż paliła czekoladowego. Poczuł, jak jego łapy delikatnie się trzęsą. Stres kocura nigdy nie zanikł, choć polepszył się z wiekiem. Czy wydaje mu się, czy świat zaczął nagle wirować? W pewnym momencie jednak Gąbczasta Łapa delikatnie złapała swoim ogonem jego własny. Ten gest w jakiś sposób… uspokoił kocura. Zerknął na nią kątem oka, posyłając jej delikatny uśmiech. Spojrzał znowu na uczennicę. Nie mógł ryzykować, nie chciał, aby mieli problemy. Miał nadzieję, że dymna go zrozumie.
— Wiesz, Kocimiętkowa Łapo… po prostu… przyjaźnimy się. Nawet na zgromadzeniach czasem zamieniliśmy parę słów, a teraz po prostu była okazja na dłuższe rozmowy.
Kocimiętkowa Łapa nie dała za wygraną. Zmrużyła oczy, patrząc pomiędzy ich barki.
— A jednak trzymacie się teraz za ogony. Wcale nie podejrzane, co? — uśmiechnęła się psotnie, na co Szczawiowemu Sercu zrobiło się głupio. Gąbczasta Łapa od razu puściła jego ogon.
— Tak ci się wydawało… Wiesz, musimy lecieć, ech… Miłego dnia...! — pociągnął za sobą delikatnie kotkę i wspólnie odeszli od Kocimiętkowej Łapy.

***

Szli lasem, podczas gdy szron skrzypiał pod ich łapami, a księżyc oświetlał ich futra. Oczy Gąbczastej Łapy w tym świetle były tak piękne… Ona cała zresztą była piękna. Ta falowana grzywa, ten uśmiech… Chciałby ją zatrzymać w Klanie Wilka na zawsze. Jednak nie mógł. Zresztą, czy on sam mógł tam zostać...? Klan Gwiazdy nie odzywał się do Jarzębinowego Żaru…
Znaleźli wygodne miejsce, w którym położyli się, aby popatrzeć na gwiazdy. Kotka lekko wtuliła się w jego bok, na co ten zamruczał z aprobatą. Miał nadzieję, że ogrzeje ją lekko.
— Gwiazdy są piękne. Nasi przodkowie naprawdę pięknie zdobią niebo, nieprawdaż? — zaczęła Gąbczasta Łapa.
— Tak… to prawda — spojrzał w bok. Chciałby więcej o nich wiedzieć… — Może opowiesz mi coś o Klanie Gwiazdy? Wiesz, nie miałem za bardzo okazji dowiedzieć się zbyt wiele… po prostu karmicielki mało zwracały na mnie uwagę.
— Oczywiście! Ja sama co jakiś czas odwiedzam sadzawkę, przy której dostaję wizje — wypaliła od razu.
— Czy jest możliwość, aby ich nie dostać...? Jako medyk? W sensie… z tego, co wiem, dostajecie je w trudnych sytuacjach nawet bez odwiedzenia sadzawki. Po prostu myślałem nad tym… — odpowiedział ostrożnie.
— Tak, w ciężkich chwilach dostajemy je, jednak Klan Gwiazdy nie jest odpowiedzią na wszystko. Zresztą, czasami sny sprzed kilkunastu księżyców spełniają się dopiero po czasie. Nie wszystko jest tak proste, jak się wydaje. Klan Gwiazdy tylko nas prowadzi. Nie działa za nas. — Na te słowa kocur lekko spochmurniał. Skinął tylko głową.
— Rozumiem…

***

Szczawiowe Serce był dość podekscytowany na poranny patrol, szczególnie że wyznaczono na niego też Gąbczastą Łapę. Wieczorem trochę się zasiedzieli, patrząc na gwiazdy. Opowiadała mu wiele o Klanie Gwiazdy, przez co jego myśli wracały do rozmowy z Jarzębinowym Żarem. Czy jest szansa na ocalenie Klanu Wilka przed kultem...? Czy naprawdę mogliby to zrobić? Poczuł, jak kotka ociera się o jego bok, przechodząc obok. Jej zapach wpadł do jego nozdrzy niemal od razu i od razu uspokoił kocura. Uśmiechnął się do niej czule.
— Gotowa na patrol? Z tego, co wiem, zaraz wyruszamy — zapytał kotkę czule. Przejechał językiem po jej uchu, na co ta zaśmiała się delikatnie.
— Tak, jak najbardziej! — Gąbczasta Łapa odwzajemniła gest przejechaniem swoim ogonem po jego barku. Kocur czuł się tak, jakby topił się w miłości kotki. Zauważył, że patrol zbiera się już przy wyjściu z obozu, więc skinął w ich stronę. Razem z dymną podeszli do reszty, a gdy wszyscy już byli gotowi, wyruszyli. Szczawiowe Serce zerkał co jakiś czas na kotkę. Tak wiele księżyców już tutaj spędziła. Czuł się tak, jakby czas im uciekał… a chciałby, żeby wiedziała, co do niej czuje. Patrol zdecydował się rozdzielić, aby przyspieszyć robotę. Kocur oczywiście wybrał dymną na współtowarzyszkę dalszego – jak dla nich – spaceru. Gdy znowu zaczęli iść pomiędzy drzewami, czuł, że chce jej w końcu to powiedzieć. Powiedzieć jej, że…
— Wiesz, jak leżeliśmy ostatnio na polanie, zaczęłam się zastanawiać… — zaczęła jakby ostrożnie. Wyglądała tak, jakby nie była pewna, czy chcę zadać to pytanie. Może też czuje to samo? Może teraz właśnie chce go zapytać o to, o czym myślał? Patrzył na nią z wyczekiwaniem, jakby jego życie miało się właśnie zmienić na lepsze, gdyż ona byłaby w nim. Kotka jednak zapytała o coś zupełnie innego… — Te blizny, które masz na łapach. Jest ich strasznie wiele. Wiesz, zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy w Klanie Wilka nie każą wam przeciskać się przez ciernie na szkoleniach! — zaśmiała się lekko. Szczawiowe Serce natomiast automatycznie zamarł. Nie chciał, aby ukochana wiedziała o tym, co robił… Nie chciał, aby się martwiła. Jego samookaleczanie było częste za czasów szkolenia. Iskrząca Nadzieja kilkukrotnie chciała podjąć z nim rozmowę na ten temat, podobnie jak Jarzębinowy Żar…
Od razu odwrócił głowę. Czy chciał jej wyznać prawdę...? Kłamstwo też jednak nie miało sensu… Czuł się jak w pułapce. Żadna z odpowiedzi nie była dobra. Gdy już miał otworzyć pysk i odpowiedzieć, Gąbka postawiła uszy ku górze i odwróciła głowę. Czyżby ktoś ich podsłuchiwał?
— Coś się sta- — Kotka zakryła jego pyszczek, zanim zdążył dokończyć.
— Słyszysz to? Ten pisk? Czy to… — Po chwili sam usłyszał wspomniany przez nią dźwięk.
— Kocięta...? Co one by tu robiły? — zapytał zdziwiony. Kotka jednak już zaczęła przetrzepywać krzaki, zanim się nad tym w ogóle zastanowiła. — Jesteś pewna, że to nie pułapka...?
— To kocięta, na Klan Gwiazdy, trzeba im pomóc! Hej, maluchy? Gdzie jesteście! Odezwijcie się...! — w desperacji kotka skakała od krzaka do krzaka. Szczawiowe Serce w końcu ruszył, aby szukać ich razem z nią. Sam zaczął nawoływać małe, aż w końcu w jednym z krzaków usłyszał pisk. Podszedł bliżej, od razu odsłaniając gałązki. Wtedy ujrzał je. Dwa, małe kociaki. Patrzyły na niego trochę wystraszone. Wydawały się głodne, zmęczone… Kocur patrzył na nie przez dłuższą chwilę z rozszerzonymi oczami. Jego oddech drastycznie się zmienił. Przypomniał sobie, jak jego własny ojciec zostawił go samego, nie przejmując się tym, czy zostanie zabity. Położył uszy po sobie. Jeden kociak był rudy, miał podobną do niego łatkę na sobie. Był… jego kopią. Zobaczył w nim siebie sprzed wielu księżyców. Kotka zaś była szylkretką, jej wielkie oczka wpatrywały się w wojownika z nieufnością. Szczawiowe Serce otrząsnął się.
— Gąbczasta Łapo! Znalazłem je — odpowiedział, jego głos lekko się trząsł. Ciężko było mu się uspokoić, gdy wspomnienia zalewały jego myśli. Uczennica od razu podbiegła, lekko odsuwając kocura.
— Hej, hej… Już wszystko dobrze maluchy! — odwróciła się w stronę Szczawiowego Serca. — Co teraz?
— Weźmiemy je do obozu. Nie możemy ich tak zostawić… — od razu pomyślał znów o swoim ojcu. Teraz on sam może uratować dwoje kociąt od okrutnego życia samotniczego oraz skończenia w złych łapach. Podniósł delikatnie rudego kociaka, a Gąbczasta Łapa szylkretkę, która odskoczyła najpierw. Spojrzeli na siebie przez chwilę. Nigdy nie spodziewałby się, że z przyszłą medyczką Klanu Nocy będzie zmuszony do podjęcia decyzji, którą Jarzębinowy Żar musiała podjąć, znajdując jego samego. Zwrócili się w stronę obozu i zaczęli powoli iść. Nie mógł tego przyznać, jednak to zdarzenie mocno nim wstrząsnęło. Miał nadzieję, że będzie w stanie zająć się kociętami i dać im dobre życie. Jednak czy będzie im dane zostać akurat z nim?

<Gąbczasta Łapo? Chyba mamy dzieci...>

14 października 2025

Od Gąbczastej Łapy CD. Szczawiowego Serca

Jakiś czas temu

— Cóż, to… — Gąbka spojrzała na niego przez chwilę. — Chyba musimy częściej trenować walkę, co?
— Tak, chyba też podoba mi się taki pomysł… — odpowiedział speszony. — To… chciałabyś mnie nauczyć coś o tych ziołach?
Dymna uśmiechnęła się szeroko do czekoladowego, szczerząc zęby.
— No jasne! — zawołała z entuzjazmem, a w jej oczach błysnęła iskierka ekscytacji. Naprawdę cieszyła się, że mogła się jakoś odwdzięczyć Wilczakom za pomoc, którą od nich dostała. Szczawiowe Serce wspierał ją już od samego początku i chyba należała mu się za to jakaś nagroda. A jeśli chciał dowiedzieć się czegoś o ziołach i o tym, czym zajmuje się Gąbka, to czemu nie? Z przyjemnością mu o tym opowie.
Kiedy kocur spróbował zbliżyć się do niej ponownie, czarnofutra jak poparzona uskoczyła w przód, lądując na skrawku ziemi tuż obok niego. Machnęła ogonem i odwróciła głowę, posyłając mu zachęcające spojrzenie.
— Chodźmy dalej! — mruknęła, ruszając przed siebie lekkim krokiem. — Może po drodze znajdziemy jakieś ładne kwiatki. Kto wie, może nawet będą miały jakieś medyczne zastosowanie?
Czekoladowy szybko ją dogonił, choć na jego pysku wciąż malowało się lekkie zaskoczenie po jej nagłym skoku. Gąbka czasem zdawała się kompletnie nie zauważać sygnałów, jakie jej wysyłał. Czasem faktycznie mruknęła do niego kilka słodkich słówek, a niekiedy unikała jakiejkolwiek bliskości z nim, jak ognia. Była trochę roztrzepana, czasem niezbyt bystra, ale w tym właśnie tkwił cały jej urok.
Nagle kotka dostrzegła między trawą kępkę grzybów. Z radosnym okrzykiem podbiegła do nich, pochylając się nisko. Nie były to co prawda zioła, których tak szukała, ale i tak wzbudziły jej ciekawość. Zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć, jak się nazywają. Prawda jednak była taka, że wcale nie znała się na grzybach. Nie miała pojęcia, co to był za gatunek.
— Ładne, prawda? — mruknęła, podnosząc głowę i zerkając na Szczawiowe Serce. — Takie brązowe, jak twoje futerko — zachichotała, przenosząc wzrok raz na grzyby, raz na wojownika. Po chwili usiadła i spojrzała w niebo, zapraszając go gestem ogona, by przysiadł obok. — To chyba nie najlepsza pora na zbieranie roślin — westchnęła. — Ale może innym razem się uda. A jak nie... to wykradniemy trochę z legowiska medyków w Klanie Wilka! — rzuciła nieco żartobliwie, po czym oparła głowę o jego bark. — Lubisz w ogóle medyczki w swoim klanie? I tego jednego... jak on miał na imię?
Wojownik na moment zamilkł.
— W miarę lubię Jarzębinowy Żar — odpowiedział niepewnie Szczawik, po czym językiem wygładził futro na swojej klatce piersiowej. — A reszta… — urwał, wzruszając ramionami, i uśmiechnął się do niej ciepło. — A ty? Lubisz innych medyków?
— Oczywiście! — odparła bez wahania. — W moim klanie jest teraz tylko jedna medyczka, moja mentorka, Różana Woń. Dawniej miała uczennicę – Zimorodkowe Życzenie. Ale… ona została ranna w walce z samotnikami. Potem trafiła do starszyzny. — Gąbka zawahała się na moment, spoglądając w ziemię. — Nie znałam jej dobrze. Umarła już jakiś czas temu.
Wyprostowała się, przestając opierać o niego głowę.
— Ciekawe, jak Róża radzi sobie beze mnie — mruknęła cicho. — Często pomagałam jej przy ziołach, przy rannych... A teraz? Boję się, że jak wrócę, to zobaczę same trupy! — zaśmiała się, ale w jej tonie pobrzmiewała nuta niepokoju. Na samą myśl o tym przebiegł ją dreszcz. Szczawik, widząc to, przysunął się bliżej, muskając ją ogonem po grzbiecie, jakby chciał ją uspokoić. Gąbka od razu się ożywiła. Wstała z miejsca, a końcówką ogona smyrnęła go po nosie.
— Kto ostatni w obozie, ten zgniłe jajo! — zawołała, rzucając się do biegu i znikając wśród drzew. Zaskoczony kocur mrugnął kilka razy, po czym zaczął gonić swoją towarzyszkę.

***

Teraźniejszość

Tym razem Gąbczasta Łapa i Szczawiowe Serce siedzieli razem na jednej z niższych gałęzi drzewa, na terenach Klanu Wilka. Choć musieli zachować ostrożność, żeby nie spaść, wcale im to nie przeszkadzało – siedzieli blisko siebie, opierając się lekko o drugiego kota. Cóż, przynajmniej gdyby runęli, runęliby razem! A mimo wszystko było w tym coś pięknego.
— Hej, może na coś zapolujemy? — zaproponowała, trącając czekoladowego nosem.
Wojownik uśmiechnął się do niej i przez kilka uderzeń serca po prostu patrzył prosto w jej oczy, zanim się odezwał:
— Chętnie! — mruknął ciepło, po czym ostrożnie zsunął się z gałęzi na ziemię. Gąbka zeskoczyła zaraz za nim, rozchlapując błoto łapami. Było chłodno i szaro; w powietrzu czuć było wilgoć, a nawilgnięta ziemia uginała się pod ciężarem ich łap. Polowanie w takich warunkach nie należało do przyjemnych, ale wojownicy i uczniowie musieli sobie radzić niezależnie od pogody.
Dymna zadarła głowę, wciągając powietrze w nozdrza. Po chwili do jej nosa dotarł znajomy zapach wiewiórki. Rozejrzała się czujnie i dostrzegła rude stworzonko wspinające się po pniu drzewa, by ukryć się w dziupli. Wiedziała, że nie ma szans jej dogonić. Westchnęła cicho, strzepując ogonem.
— Za niedługo większość zwierzyny zniknie, co nie? — mruknęła, bardziej dla podtrzymania rozmowy niż z prawdziwej ciekawości.
— Tak, ale jeszcze nigdy nie mieliśmy większych problemów z jedzeniem w Porę Nagich Drzew — odparł spokojnie Szczawiowe Serce, przesuwając łapą po kamykach przed sobą. — Na szczęście na naszych terenach nie bywa bardzo zimno. I śniegu też raczej nie ma dużo… choć czasem potrafi się pojawić.
Dymna skinęła głową, po czym przysunęła się do niego i otarła pyskiem o jego szyję.
— Nic nie wyczuwam… Może wszystkie zwierzątka pochowały się w swoich norach? — westchnęła z lekkim zrezygnowaniem i ruszyła przed siebie. Szczawik podążył za nią, milcząc. Szli tak przez chwilę, w ciszy przerywanej jedynie szeleszczącymi liśćmi i odgłosem błota pod łapami.
Nagle Gąbczasta Łapa poczuła, jak na jej nos spada chłodna kropla wody. Wzdrygnęła się i kichnęła, poruszając wąsikami. Spojrzała na towarzysza, który zdawał się mieć więcej szczęścia, bo jeszcze był w miarę suchy. Nie trwało to jednak długo. Kolejna kropla spadła prosto na jego kark, a futro na grzbiecie od razu mu się zjeżyło.
— Będzie padać! — zawołał Szczawiowe Serce, zerkając na niebo. — Musimy wracać do obozu, zanim mżawka zamieni się w coś gorszego…!
Zanim jednak zdążył cokolwiek dodać, Gąbka roześmiała się miękko na pół lasu.
— Musimy biec! — rzuciła i wraz z towarzyszem zaczęła susami zmierzać w stronę schronienia. Z każdym uderzeniem serca deszcz przybierał na sile. Krople spadały coraz szybciej, mocząc im futra, ale nikt z nich nie zwracał na to uwagi. Spomiędzy gęstych chmur niekiedy wydostał się promyk światła, oświetlając ścieżkę, która malowała się przed nimi.

***

Dotarli do azylu przemoczeni aż do suchej nitki. Deszcz ściekał z ich futer cienkimi strużkami, tworząc pod łapami małe kałuże. Mimo chłodu Gąbka nie czuła zimna, a po jej klatce piersiowej rozlewało się przyjemne ciepło, zupełnie jakby cały ten bieg w deszczu rozgrzał ją od środka.
Zatrzymała się i otrzepała, rozchlapując wodę na wszystkie strony. Krople poleciały prosto na stojącą nieopodal Kocimiętkową Łapę, która od razu zmrużyła oczy i westchnęła z niezadowoleniem.
— Halo! Proszę uważać, gdzie się chlapię! — burknęła, marszcząc brwi i nadymając policzki jak naburmuszone kocię. Gąbczasta Łapa zamrugała szybko, a potem uśmiechnęła się przepraszająco.
— Dobrze, dobrze! Następnym razem nikogo nie ochlapię — obiecała z udawaną powagą, choć zaraz, gdy spojrzała na Szczawiowe Serce, puściła mu dyskretnie oczko. Ruda uczennica zauważyła to bez trudu. Uniosła brew i zrobiła krok w ich stronę, z wyraźnie podejrzliwym i zaciekawionym spojrzeniem.
— Ej… a wy jesteście razem? — zapytała wprost. Gąbka natychmiast uniosła uszy, a jej wibrysy lekko drgnęły. Zerknęła na Szczawiowe Serce, oczekując, że to on pierwszy się odezwie. W końcu to nie ona miała odpowiadać na takie pytania! W obozie już od jakiegoś czasu krążyły plotki o ich “bliskości” i choć oboje starali się je zbywać, teraz, stojąc obok siebie, ociekając wodą, naprawdę trudno było zaprzeczyć, że coś między nimi jest.

<Szczawiowe Serce? No zrób coś!>

[1208 słów do treningu wojownika]

[przyznano 24%]

13 października 2025

Od Szczawiowego Serca CD. Gąbczastej Łapy

Uśmiechnął się do kotki na propozycję. Trening brzmiał faktycznie ciekawie! Szczególnie, że Gąbczasta Łapa przyszła do Klanu Wilka właśnie po to.
— Dobra, niech będzie. Ale nie będę ci pobłażał! — po tych słowach wyskoczył na kotkę, jednak ta zrobiła w odpowiednim momencie unik. Czekoladowy spojrzał na nią zdziwiony. Ta podbiegła w jego stronę, jednak Szczawiowe Serce szybko zauważył, że stoi blisko drzewa. Wskoczył na nie, łapiąc się najwyżej jak może, przez co kotka ledwo zahamowała, prawie wpadając w drzewo. Zeskoczył na nią, na co ta pisnęła, nie spodziewając się takiego ruchu. Potoczyli się przez trawę, aż w końcu skończyli na mniej zalesionym terenie. Wokół było pełno kwiatów, a słońce rozświetlało Gąbczastą Łapę tak pięknie… Szczawiowe Serce przełknął ślinę, patrząc, jak kotka śmieje się. Jej śmiech był taki uroczy… W końcu otworzyła oczy. Słońce pięknie odbijało się od nich, wyglądały tak ślicznie, miały w sobie takie ładne iskierki… Jakby włożono w nie najpiękniejsze gwiazdy. Były podobnego koloru co jego futerko. Kocur przysiągłby, że zarumienił się. Gąbczasta Łapa również na niego patrzyła. Ciekawe, o czym ona myślała teraz… Czy odwzajemniłaby jego uczucie..? Nie, przecież jest z innego klanu… Już miał się odsunąć, jednak ta złapała delikatnie za jego szyję swoją łapą. Przyciągnęła go bliżej, patrząc mu w oczy. Czuł, jakby cały jego świat był przed nim… W końcu kotka delikatnie polizała jego policzek. Wpatrywał się w nią, jakby analizując to, co się właśnie stało. Kotka speszyła się i odwróciła wzrok.
— Przepraszam, nie powinnam była, ja tylko… — zanim zdążyła się zacząć dalej tłumaczyć, kocur sam schylił się i przejechał językiem po jej głowie. Gdy już odsunął się, widział, jak ona sama patrzy na niego teraz jak wryta. Uśmiechnął się delikatnie. Chciałby zatrzymać ten moment na zawsze. Oddałby za to wszystko… Po chwili sam speszył się, wreszcie schodząc z dymnej, która od razu się podniosła.
— Cóż, to… — spojrzała na niego przez chwilę. — Chyba musimy częściej trenować walkę, co?
— Tak, chyba też podoba mi się taki pomysł… — odpowiedział speszony, jednak gdy znowu spojrzał w jej oczy, wiedział, że nie chciałby niczego innego bardziej, niż to. — To… Chciałabyś mnie nauczyć coś o tych ziołach?

<Kotko mego serca?>

05 października 2025

Od Gąbczastej Łapy CD. Szczawiowego Serca

Przeszłość

— Hej! Szczawiowe Serce, jak dobrze się orientuję? Może chciałbyś wyskoczyć na jakieś polowanie? — zagadnęła, wskazując łebkiem w stronę wyjścia z obozu. Kocur odwrócił wzrok i, nieco speszony, polizał swój bark.
— No… Pewnie, czemu nie. Tak czy siak, nie mam nic do roboty. Mogę prowadzić, jeśli chcesz, w końcu pewnie jeszcze nie znasz dokładnie całego terytorium.
Gąbczasta Łapa skinęła głową.
— Przyda się, chyba nie chcielibyśmy się zgubić! To choć, ruszamy — rzuciła wesoło i ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Czekoladowy kocur podążył tuż za nią. Wiatr delikatnie owiał jej kręcone futerko, a dymna zauważyła, że Wilczacki kocur spoglądał na nią od czasu do czasu. Patrzył na nią tak, jak mały kociak patrzy na lidera klanu, z mieszaniną podziwu i onieśmielenia. Mimo to Gąbczasta Łapa nie przywiązywała do tego większej uwagi. To przecież nic nie znaczyło… prawda?
— To co… W którą stronę chcemy iść? — zapytał po chwili. Kotka nie odpowiedziała od razu – zamiast tego uśmiechnęła się do niego figlarnie i wskoczyła w pierwszą kałużę, jaką zauważyła. Po stopionym śniegu zostało ich całkiem sporo! Woda bryzgała dookoła, pryskając również w pyszczek Szczawiowego Serca.
— Gdy tylko się ociepli, musimy koniecznie iść nad jezioro! — zawołała przez śmiech, wyskakując z kałuży. Jej łapy były całe w błocie, a na pyszczku malował się szeroki, radosny uśmiech. Pręgowany skinął głową, nieco nieśmiało zbliżając się do Gąbczastej Łapy.
— Oczywiście…! — odparł z opóźnieniem, w jego głosie było słychać ekscytację. — Możemy pójść, gdzie tylko będziesz chciała — dodał, po czym spuścił wzrok na własne łapy. Uczennica tylko się uśmiechnęła, po czym niespodziewanie polizała go po czole.
— Chodźmy dalej. Zobaczymy, co jeszcze uda nam się znaleźć na terenach Klanu Wilka! — zawołała, po czym rzuciła się biegiem przez las. Szczawiowe Serce musiał naprawdę się postarać, żeby za nią nadążyć!

***

Teraźniejszość

Pora Zielonych Liści trwała już od dłuższego czasu – na tyle długo, że coraz mniej dni było tak ciepłych, jak jeszcze niedawno. Gąbczasta Łapa czuła delikatną zmianę w temperaturze, choć mimo to wciąż było przyjemnie. Jedyne, co nie dawało jej spokoju, to fakt, że wciąż nie wyszła ze Szczawiowym Sercem na spacer nad jezioro. A przecież kocur jej to obiecał! Doskonale to pamiętała!
Postanowiła więc wtargnąć do legowiska wojowników, gdzie znalazła go na posłaniu. W kilku susach znalazła się tuż obok i zaczęła delikatnie nim potrząsać, by go obudzić. Był już wieczór – czekoladowy musiał uciąć sobie drzemkę w ciągu dnia.
Pomarańczowooki otworzył ślepia, zdezorientowany rozglądając się po legowisku, aż jego wzrok zatrzymał się na Gąbczastej Łapie. Widok kotki natychmiast go rozbudził, poderwał się na równe łapy i przywdział nerwowy uśmiech.
— Gąbko! Czy coś się stało? — zapytał szybko, ledwo łapiąc oddech między słowami. Dymna pokręciła głową, po czym uniosła uszy do góry.
— Nie, nie! Ale chodź za mną, szybko! — popędziła go z błyskiem w oczach. Pręgowany był wyraźnie zaskoczony, ale nie protestował. Ruszył krok w krok za uczennicą, która właśnie wybiegła z obozu.
Po jakimś czasie, kiedy cisza zaczęła się przedłużać, Szczawiowe Serce w końcu zapytał:
— O co to całe zamieszanie? — mruknął niepewnie, jakby bał się, że urazi ją tym pytaniem.
Księżniczka obejrzała się przez ramię i posłała mu tylko uśmiech. Nie odpowiedziała, a zamiast tego przyspieszyła, drepcząc po wydeptanej ścieżce.
Cały czas zmierzała w jedno, konkretne miejsce – nad jezioro. Gdy wreszcie tam dotarła, zatrzymała się przy brzegu i z szerokim uśmiechem spojrzała na wojownika.
— Ta-da! — zawołała, ruchem ogona zapraszając go bliżej. Oba koty spojrzały na swoje wzburzone odbicia w tafli wody. — Naprawdę ładnie razem wyglądamy, mam rację? — mruknęła, a jej wibrysy drgnęły z rozbawienia. — Masz bardzo ładne futerko, wiesz? W Klanie Nocy pewnie wrzuciliby cię do bajora za takie! — dodała żartobliwie, zerkając na niego już nie w odbiciu, a prosto w oczy.
Kiedy nakazała mu usiąść, kocur posłusznie to zrobił, a ona pochyliła się, by wyczyścić mu językiem brązowe fragmenty futra.
— Naprawdę? — wydusił z siebie pomarańczowooki.
— Naprawdę! Mamy taką piękną historyjkę w Klanie Nocy, która opowiada, skąd wziął się każdy kolor futra…! — zaczęła z entuzjazmem. — A wy? Macie coś podobnego? Może opowiesz mi, jak to wszystko działa u was? Widzisz, jestem tu już od kilku księżyców, a wciąż wiem o was tak mało! Chciałabym lepiej poznać swoich sojuszników, wiesz?
Szczawiowe Serce skinął głową ze zrozumieniem, ale się nie odezwał. Czyżby Gąbczasta Łapa kompletnie odebrała mu mowę?
— Ale jeśli chcesz, to ja mogę zacząć! — zaproponowała, a gdy kocur się zgodził, od razu kontynuowała:
— Świetnie! U nas, w Klanie Nocy, jest bardzo ciekawie. Wiele kotów ma imiona od ryb albo morskich roślin! Fajne, prawda? Dzięki temu łatwo nas rozpoznać na zgromadzeniach! — zaśmiała się lekko. — Wiesz, że u nas odbywają się śluby? Gdy dwa koty bardzo się kochają, mogą się tak ze sobą oficjalnie związać! Zapraszają wtedy bliskich, szykują mnóstwo jedzenia… i wiesz, co jeszcze robią? Rzucają żabą! — roześmiała się, kładąc łapę na grzbiecie łaciatego. — Goście mogą się o nią bić!
Wojownik wyglądał na szczerze zaintrygowanego, co tylko dodało jej otuchy.
— No i mamy też królewski ród! — pochwaliła się z dumą. — Jestem księżniczką, wiesz? To znaczy… moja prababcia była przywódczynią! Srocza Gwiazda była taka mądra, silna, odważna! To dzięki niej Klan Nocy wygląda tak, jak teraz. Czy to nie piękne? — zapytała, spoglądając w niebo. — Wiesz, czasami tęsknię za swoim klanem... Za mamą, za znajomymi… Ale nie narzekam! W Klanie Wilka też jest dobrze, choć przyznam, trochę się przeraziłam, kiedy musiałam zobaczyć egzekucję na własne oczy. Czy to u was normalne? — spytała z przejęciem, nawet nie dając mu dojść do słowa. Nie, żeby wyglądał, jakby miał coś przeciwko – wydawał się raczej oniemiały. Po chwili jednak Szczawiowe Serce odchrząknął i odpowiedział:
— Nie… nie. Raczej nie. W Klanie Wilka rzadko dochodzi do egzekucji. To był pierwszy raz, kiedy widziałem coś takiego na żywo. Przysięgam, że jesteśmy normalni! Nikła Gwiazda po prostu… bardzo nienawidzi zdrajców. Dlatego tak potraktował Pokrzywowego Wąsa.
Gąbczasta Łapa skinęła głową.
— To dobrze! Bo przez chwilę myślałam, że jesteście jakimiś krwiożerczymi bestiami! — zażartowała. — Nie, żebym ciebie widziała jako kogoś takiego. Ty od początku wydawałeś się bardzo porządny! Na pewno nie byłbyś za przeprowadzeniem takiej egzekucji, prawda?
Pomarańczowooki umilkł, najwyraźniej rozważając odpowiedź. Ale zanim zdołał coś powiedzieć, Gąbka skoczyła na niego i oboje z pluskiem wylądowali w wodzie, zanurzeni aż po brody.
— Może poćwiczymy jakieś techniki walki? — zaproponowała, puszczając Szczawika ze swojego uścisku. — Na pewno znasz jakieś fajne! A jeśli chcesz, w zamian mogę opowiedzieć ci trochę o ziołach!

<Szczawiowe Serce? Szybko! Musimy wykorzystać czas, nim zacznie się robić zimno!>

[1028 słów do treningu wojownika]

[przyznano 21%]

28 sierpnia 2025

Od Szczawiowego Serca Do Gąbczastej Łapy

Wracał z pełnym pyszczkiem z łowów. Do teraz zastanawiał się nad znaczeniem słów Kosaćcowej Grzywy, w sumie to nad całą ich konwersacją. Czuł się czasem tak, jakby ktoś go obserwował, każdy jego ruch, a szczególnie wiarę. Być może tak właśnie jest..? Wszedł do obozu i zauważył, jak jakaś kotka rozmawia z Nikłą Gwiazdą. Przy konwersacji znajdowała się też dwójka medyków oraz jeszcze jeden nieznajomy kot. O co mogło chodzić? Nie poznawał jej… Zawęszył delikatnie w powietrzu, dzięki czemu poczuł zapach… Klanu Nocy. Cóż, może i mieli razem sojusz, ale nie za bardzo spodziewał się, że jakaś kotka po prostu wejdzie im na terytorium, nie mógł tego ukrywać. Chwilka, może to medyczka? Podszedł bliżej, aby wsłuchać się w konwersację, na czym młodsza przyłapała go. Speszył się, po czym odszedł od nich zawstydzony. Kotka jednak po zakończeniu konwersacji i odejściu drugiej medyczki do obozu podeszła do niego.— Ładnie tak podsłuchiwać? — zaśmiała się, na co ten znów poczuł wstyd. Podkulił trochę ogon i spojrzał w bok.
— Nie chciałem, znaczy… Po prostu nie spodziewałem się tu kogoś z Klanu Nocy. Nie zrozum mnie źle! Nie mam nic przeciwko! To po prostu niecodzienny widok, chyba rozumiesz, o co mi chodzi… — Na jego słowa młodsza zaśmiała się. Miał teraz okazję przyjrzeć się jej bardziej. Miała dość ładnie ułożone dymne futerko, a jej oczy błyszczały łagodnie, a może i nawet psotnie?
— Tak, spokojnie, rozumiem. Nie musisz się tak tłumaczyć. Cóż, jestem tu, aby się trochę doszkolić jako wojownik.
— Doszkolić? U nas? — Spojrzał na nią pytająco. Trochę nie rozumiał… Czy u nich nie było kompetentnych do tego wojowników? Nie, to na pewno nie to… W sumie to Klan Wilka ma też inne metody walki, czy łowienia. W takim wypadku faktycznie doszkolenie się wydaje się być dobrym pomysłem.
— Tak, doszkolić. Będę już lecieć, nie ma co czasu marnować, do zobaczenia! — Kotka odeszła, a czekoladowy tylko zamrugał kilka razy, przez chwilę wpatrzony w nią.
— Och, tak, do zobaczenia…

***

Obserwowanie od czasu do czasu kotki weszło mu w nawyk. Czasami znajdowała się ona u medyków, gdy akurat potrzebowali pomocy, ale większość czasu spędzała na treningu. Większość kotów patrzyła na nią przychylnie. Przez słowa Kosaćcowej Grzywy zastanawiał się, czy to przez to, że nie chcą, aby dowiedziała się o ich wierze… Właśnie wychodził z legowiska, gdy uczennica zauważyła go z daleka. Ruszyła z uśmiechem w jego stronę, na co przełknął ślinę. Czemu się stresował? Choć u niego stres był normalny, to nie potrafił tego zrozumieć.
— Hej! Szczawiowe Serce, jak dobrze się orientuję? Może chciałbyś wyskoczyć na jakieś polowanie? — Wskazała łebkiem w stronę wyjścia z obozu. Kocur odwrócił wzrok i speszony polizał swój bark.
— No… Pewnie, czemu nie. Tak czy siak, nie mam nic do roboty. Mogę prowadzić, jeśli chcesz, w końcu pewnie jeszcze nie znasz dokładnie całego terytorium. — Trochę zdziwił siebie samego, że proponuje zostanie liderem ich wyprawy. Ta jednak chyba nie zwracała zbyt dużej uwagi na jego poddenerwowanie lub je ignorowała, gdyż tylko skinęła.
— Przyda się, chyba nie chcielibyśmy się zgubić! To choć, ruszamy. — Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, a on podążył za nią. Wiatr lekko muskał jego futro, z resztą jej również. Spoglądał na nią jakiś czas, gdyż dotychczas szła na jego równi. Jej oczy pięknie odbijały słońce, wyglądały, jakby miała w nich miliony iskierek. Jakby na korze drewna wyryto najpiękniejsze wzroki. Potrząsnął głowę.
— To co… W którą stronę chcemy iść? — zapytał kotki.

[Dymna Piękności?]