BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czyhająca Murena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czyhająca Murena. Pokaż wszystkie posty

17 czerwca 2026

Od Czyhającej Mureny CD. Mandarynkowego Pióra (Mandarynkowej Gwiazdy)

Przechyliła delikatnie łeb, przenosząc wzrok na matkę.
— Byłoby miło — odparła.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Zacisnęła mocniej zęby. Z perspektywy wszystkich innych kotów, sytuacja pomiędzy nią a Mandarynkową Gwiazdą musiała wyglądać na jej oczywistą próbę morderstwa — ciężko jednak było Murenie uwierzyć, że ktoś mógłby postrzegać ją za tak głupią. Gdyby chciała zrobić coś, aby dostać się na szczyt hierarchii, najpierw postarałaby się pozbyć Laguny; może rozsiałaby jakieś plotki, może sięgnęła po bardziej radykalne środki, ale na pewno nie targnęłaby się na swoje życie, aby w tak oczywisty sposób spróbować zabić własną matkę, na dodatek obdarzoną przez Klam Gwiazdy kilkoma życiami.
I, oczywiście, miała zamiar udowodnić to Mandarynkowej Gwieździe już niedługo; nie mogła w końcu pozwolić na skalanie jej dobrego imienia — a, przede wszystkim, musiała zadbać o to, aby Wężynowy Kieł poniosła karę.
Zastanawiało ją tylko jedno — dlaczego Wężyna chciała zabić liderkę? Co tak naprawdę łączyło byłą samotniczkę z jej matką?
Przechyliła delikatnie łeb, wynurzając się z chłodnej tafli wody i powoli wychodząc na powierzchnię. Nagrzany piasek przesypywał się między jej mokrymi paliczkami, gdy z zadartym ogonem ruszyła przed siebie. Mimo rażącego słońca pysk trzymała wysoko i tylko zmrużyła oczy, aby ochronić je nieco przed światłem. Po powrocie z polowania koniecznie musiała udać się do Mandarynkowej Gwiazdy, aby nareszcie wszystko wyjaśnić. Nie mieściło jej się w głowie, że matka uznała ją za… za zwykłą zdrajczynię! Po tym, jak całe swoje życie (no, prawie) oddała służeniu Klanowi Nocy!
Strzepnęła ogonem, a jej wąsy drgnęły nieznacznie na tę myśl.
Piaszczyste wybrzeże wkrótce zaczęło ustępować zielonym łodygom trawy, a delikatna woń młodych liści wypełniła jej nozdrza. Skręciła w prawo, kierując się w stronę Zrujnowanego Mostu; ciemny zarys pomostu majaczył już w oddali, gdy wyminęła kolejne drzewo i wyszła na skąpaną w blasku słońca polankę.
Zatrzymała się na moment, unosząc wzrok na bezchmurne, popołudniowe niebo — jedynie słońce zakłócało bezkresny błękit, nie licząc ptaków, co jakiś czas przecinających nieboskłon. Księżniczka przez chwilę nasłuchiwała dźwięków otaczającej jej przyrody; w oddali do jej uszu docierał delikatny szum wody i szelest liści, poruszających się na wietrze. Mimo tego względnego spokoju, jeden, głośniejszy dźwięk przebijał się przez cichą melodię lasu; czyjeś kroki.
Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię — jej oczom ukazała się znajoma sylwetka i dymne futro, upstrzone jaśniejszymi plamami. Mewi Puch. Kocur podniósł krótką łapę i zbliżył się do niej, spoglądając na nią żółtymi ślepiami.
Dziwne, że wcześniej go nie zauważyła.
— Hej, Mureno! Widziałem, że wyszłaś z obozu, więc postanowiłem ci potowarzyszyć — oznajmił zwięźle, po czym zerknął na nią. — Nie masz nic przeciwko, prawda? Ostatnio zachowywałaś się jakoś dziwnie.
Czyhająca Murena nawet nie drgnęła.
— Możesz zostać — odparła. — Zastanawia mnie tylko, czemu pytasz. Czyżbyś nie słyszał o tym, co wydarzyło się między mną a Mandarynkową Gwiazdą? To chyba dość oczywiste.
Wojownik tylko przechylił łeb z zaskoczeniem i zmarszczył nos.
— Co?
Strzepnęła ogonem. Mogła się domyślić, że Mewi Puch nie miał bladego pojęcia na temat tego, co działo się w klanie. Pewnie nie zainteresowałby się tym, gdyby w grę nie wchodziła ona.
— Kilka księżyców temu Wężynowy Kieł usiłowała utopić Mandarynkową Gwiazdę… i, oczywiście, przyszłam na pomoc matce. — Odwróciła się, aby wreszcie na niego spojrzeć.
— To… um, dobrze, że ją uratowałaś!
— Myśli, że to ja chciałam ją zabić, Mewi Puchu. Dlatego Wężynowy Kieł; ta żałosna kupa futra, nie została jeszcze wygnana z klanu — wycedziła, mrużąc nieznacznie oczy.
Dymny otworzył pysk w zdumieniu.
— To… to niedorzeczne! Dlaczego miałabyś próbować zabić własną matkę!?
— Myśli, że jestem taka, jak Błękitna Laguna — urwała mu. — Ostatnio straciła do niego zaufanie, ale nie mam pojęcia czemu. Gdyby dowiedziała się, że to jego kochanka usiłowała ją zabić… Na pewno oddałaby jego posadę mnie. Rozumiesz, jakie to niesprawiedliwe?
Jej partner chyba nie rozumiał, ale widocznie był zbulwersowany, bo kiwał energicznie głową.
— W takim razie musisz wyjaśnić to Mnadarynkowej Gwieździe! Na pewno wszystko zrozumie i od razu pozbędzie się Węgorza!
Westchnęła cicho. Kocur wciąż nie rozumiał powagi sytuacji (i nie pamiętał imienia Wężyny, ale może to lepiej).
— Wątpię, aby mi uwierzyła. Już zdążyła stracić do mnie zaufanie… ale spróbuję — mruknęła, po czym wyprostowała się i strzepnęła ogonem. — No nic, zobaczymy, co los przyniesie. A póki co… chcesz ze mną zapolować?
Mewi Puch przekrzywił delikatnie łeb, ale po chwili skinął głową.
— No jasne — zgodził się.
— Wspaniale. Możesz pójść w prawo, a ja w lewo. Spotkajmy się tutaj za chwilę.
— Zobaczymy, kto upolował najwięcej! — zaproponował, na co kotka tylko przytaknęła.
— W porządku.
I to mówiąc, obaj oddalili się w przeciwne strony. Mewi Puch zniknął w cieniu gęstych drzew, a Czyhająca Murena udała się bardziej w kierunku Starej Łupiny. Zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie więcej zwierzyny będzie w lesie, ale nie zwracała na to uwagi. Potrzebowała tylko chwili na przemyślenie wszystkiego… w samotności.
Zatrzymała się przy trawiastym wybrzeżu i pochyliła do przodu, wlepiając wzrok w błękitną taflę wody. Delikatne rysy jej pyska odbiły się w niej, aby po chwili zniknąć pomiędzy falami. Ciemne, rybie kształty majaczyły w oddali i księżniczka zmrużyła oczy, skupiając się właśnie na nich.
Pod powierzchnią dostrzegła zarys kilku mniejszych ryb — uklei, bo jedna z nich zbliżyła się na tyle blisko powierzchni, że słońce odbiło się od jej drobnych łusek i Czyhająca Murena miała chwilę na przyjrzenie się rybkom. Wysunęła łapę i jednym, zdecydowanym ruchem wyłowiła wijącą się ukleję z wody, aby po chwili wbić w nią zęby.
Z ofiarą pod łapami przysiadła w kłujących łodygach trawy i zmrużyła delikatnie oczy, przejeżdżając językiem po futrze na klatce piersiowej. Delikatna, rybia woń zdążyła już osiąść na jej wibrysach, gdy podniosła zdobycz i ruszyła we wcześniej ustalone miejsce spotkania z Mewim Puchem.
— Czyhająca Mureno, jesteś! Długo ci to zajęło, więc zaczynałem się martwić… Myślałem, że dopadł cię łoś!
Jej ucho drgnęła delikatnie na wspomnienie łosia. Pamiętała, jak rozmawiali o nim podczas jednego z ich pierwszych spotkań.
— Nie masz się czym przejmować — zapewniła go, kiwając delikatnie głową.
Wojownik przez chwilę jeszcze wypytywał ją o jej samopoczucie, zanim wreszcie zaprezentował swoją zdobycz — całkiem pokaźną nornicę.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Po powrocie do obozu Klanu Nocy

— Matko.
Powoli przekroczyła próg legowiska lidera, wkraczając w spowite mrokiem wnętrze sumaka. W środku było ciepło, nieco duszno, a słaba woń kurzu unosiła się w powietrzu. Zamrugała kilka razy, aby przywyknąć do zmiany oświetlenia i stanęła przed posłaniem Mandarynkowej Gwiazdy.
Starsza leżała na starannie uwitym gnieździe w milczeniu, mierząc córkę przenikliwym spojrzeniem. Cienkie smugi światła padały na jej grzbiet i pysk, naznaczone delikatną siwizną — kocica widocznie zestarzała się przez ostatnie kilka księżyców.
Murenę zastanawiało, o czym myślała teraz przywódczyni. Czy planowała wygnać ją z klanu? Była sceptycznie nastawiona, ale potrzebowała więcej dowodów? A może była przekonana o jej niewinności?
Nerwowo wygładziła sierść na karku, a następnie skinęła głową w stronę liderki.
— Jak zapewne się domyślasz, przyszłam nareszcie wyjaśnić… — urwała na moment. — poprzednią niefortunną sytuację.
Zapadła chwila milczenia. Krew szumiała księżnicze w uszach, dreszcz przebiegł po skórze. Murena mogłaby przysiąc, że ogon matki delikatnie drgnął — ale może była to tylko gra cieni. Wreszcie, starsza przerwała ciszę:
— Kontynuuj.
Wbrew oczekiwaniom, słowa Mandarynkowej Gwiazdy tylko pogorszyły sytuację. Dlaczego nie powiedziała nic więcej? Żadnego “nie musisz niczego tłumaczyć, jesteś cudowna! Razem wygnajmy Wężynę i Lagunę z klanu!”, żadnych słów pocieszenia, nawet najmniejszego znaku, że wciąż miała do córki jakiekolwiek zaufanie. Wysunęła i schowała pazury w nerwowym odruchu. Odchrząknęła. To był prawdopodobnie drugi raz w życiu, gdy nie wiedziała, co powiedzieć.
— Zakładam, że nie ufasz mi po tym, co się wydarzyło i myślisz, że to ja próbowałam cię utopić tamtego dnia — zaczęła ostrożnie, smagając ogonem powietrze. — Niestety nie mam dowodów, potwierdzających moją niewinność. Mogę cię tylko zapewnić, że nie ja za tym stoję. Gdy poprosiłam cię o rozmowę, moje intencje były w pełni czyste. Chciałam omówić temat Błękitnej Laguny, bo wiem, że ostatnio twoja relacja z nim znacznie się pogorszyła; chciałam poznać przyczynę tego. Po tym, jak dotarłam na ustalone miejsce spotkania, zobaczyłam Wężynowy Kieł; to ona próbowała cię zabić, więc przybiegłam ci na pomoc. Przysięgam! Nigdy nie podniosłabym łapy na własną matkę. Przyszłam, aby szukać sprawiedliwości. Zdaję sobie sprawę, jak radykalnie to brzmi i rozumiem twoje obawy, ale musisz mi uwierzyć. Ta samotniczka musi zostać wygnana. Jest zakałą Klanu Nocy; od początku wiedziałam, że nie można jej ufać. A fakt, że związała się właśnie z Błękitną Laguną? Co, jeśli wiedział o jej zamiarach? Proszę cię tylko, abyś to rozważyła.
Milczenie zawisło między nimi ponownie; tym razem znacznie cięższe. Powietrze było gęste. Liderka przez cały czas uważnie przysłuchiwała się jej słowom, ale ani razu nie przerwała jej. Wreszcie, zmrużywszy oczy, przerwała milczenie:
— Czyhająca Mureno, sama wiesz, że nie mam, jak ci zaufać. Mimo to wnosisz o wygnanie innego członka klanu. Spójrz na siebie i pomyśl, jak bardzo wyglądasz na winną. Z tego powodu nie zamierzam spełniać twoich próśb. — Pod koniec wypowiedzi przeniosła wzrok na łapy rozmówczyni, jakby czekając na jeden ruch, sugerujący chęć ataku.
Murena zrobiła krok do przodu. Jej ogon przeciął nerwowo powietrze.
— W takim razie przesłuchaj chociaż Wężynowy Kieł. Dobrze wiesz, że nie można jej ufać; nie można tak po prostu zostawić tej sytuacji — odparła prędko.
Jej matka napięła się widocznie.
— Siądź — powiedziała stanowczo, uważnie mierząc córkę wzrokiem.
Przechyliła delikatnie łeb, ale bez słowa wykonała polecenie matki, siadając na ziemi.
— Nie będę przyjmować od ciebie rozkazów. Skoro spisek się nie udał, to ja nadal rządzę w tym klanie. I lepiej będzie, jeżeli wszyscy się do tego przyzwyczają.
Murena strzepnęła ogonem. Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda odmawiała przesłuchania Wężyny?
— Nie rozkazywałam ci... — zaprotestowała młodsza, starając się zachować spokojny ton głosu. — A przede wszystkim, nie spiskowałam przeciwko tobie. Dobrze wiesz, że nawet, gdybyś umarła, nie przejęłabym władzy w Klanie Nocy i najpierw musiałabym pozbyć się Błękitnej Laguny. To byłoby niedorzeczne! Jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji jest przesłuchanie wszystkich podejrzanych i poszukanie ewentualnych świadków. Oskarżasz mnie o coś, o co nawet nie masz dowodów, mamo.
— Nikt nie ma dowodów. No, chyba, że czegoś jeszcze mi nie powiedziałaś.
Podniosła głowę. Dlaczego matka w ogóle jej nie słuchała? Czy tak ciężko było zrobić tą jedną, jedyną rzecz?
— Dlatego proponuję, abyś przesłuchała Wężynowy Kieł — oznajmiła, na co starsza tylko westchnęła.
— To koniec naszej rozmowy — mruknęła.
Zmrużyła oczy, ale nie zaprotestowała; zamiast tego skinęła głową i powoli podniosła się z ziemi, bez słowa ruszając w stronę wyjścia z legowiska.
— To niedorzeczne.

<Mamo?>

28 lutego 2026

Od Czyhającej Mureny CD. Klekotka (Klekoczącej Łapy)

Przekrzywiła nieznacznie łeb, na moment przerywając czyszczenie kociaka. Wzrokiem podążyła za spojrzeniem Klekotka, zanim ponownie spojrzała na jego mordkę.
— No wiesz, zachowanie higieny jest bardzo ważne — odparła po chwili. — To, czy inne kociaki się myją, to już sprawa ich mam. A ty, zwłaszcza jako członek rodu, musisz pamiętać o czystości.
Przejechała ogonem po ziemi i strzepnęła uchem, po raz kolejny przejeżdżając językiem po czole synka. Dobrze mu to tłumaczyła? Nie wydawał się szczególnie przekonany... A może powinna dać mu więcej swobody? Sama nie wiedziała... Nie chciała, żeby Klekotek czuł na sobie zbyt dużą presję ze względu na swoje pochodzenie, ale nie chciała też przegiąć w drugą stronę.
Maluch położył po sobie uszy.
— Aha... Rozumiem — powiedział i na moment umilkł, aby zająć się własnymi myślami. Po dłuższej chwili powiedział, podnosząc mocno głowę, wyginając się do tyłu. — A czy to znaczy też, że jeśli ja cię kocham mocniej niż reszta kocha swoją mamę, to powinienem lizać cię językiem?
Przerwała na chwilę czyszczenie synka, aby spojrzeć na niego z zaskoczeniem; przez chwilę obserwowała jego mordkę, zanim parsknęła z rozbawieniem.
— Nie, to tak nie działa — wymruczała, kiwając nieznacznie głową. — To mamy myją swoje kociaki, a nie na odwrót. Ja potrafię zrobić to sama; ty też będziesz, jak nieco podrośniesz.
Klekotek kiwnął łebkiem na znak, że zrozumiał. Najwidoczniej coś jednak dalej nie dawało mu spokoju, bo po chwili znów zabrał głos:
— A Pani Kotewka? — zapytał, wgapiając się w matkę, jakby zawsze z zasady miała od razu wszystko rozumieć i domyślać się, o co chodzi synowi. W końcu jednak dodał: — Ona też mnie myje... To... Czemu?
Czyhająca Murena przechyliła nieznacznie głowę. Nie była pewna, czy nieustanne pytania syna były czymś pozytywnym, czy raczej świadczącym o głupocie…
— Kotewkowy Powiew jest piastunką, więc jej obowiązkiem jest pilnowanie innych kociaków. Zajmuje się tobą i twoją higieną, gdy nie ma mnie z tobą w żłobku — wyjaśniła.
— A nie mogłaby... iść, zamiast ciebie coś robić? — zapytał kocurek.
To pytanie ją zaskoczyło. Strzepnęła ogonem.
— Nie lubisz jej?
Wydawało jej się to niemal nieprawdopodobne. Większość kociaków przepadała za Kotewką…
— Nie! — wzburzył się delikatnie, ale futerko na karku pozostało gładkie. — Lubię... A-ale — przerwał. Chyba musiał się zastanowić, jak dokładnie ubrać to w słowa. Język nie plątał mu się już tak, jak nogi, zwłaszcza kiedy rozmawiał tylko z rodzicielką, ale najwidoczniej czasami myślał o tylu rzeczach na raz, że nie potrafił tego wszystkiego uporządkować. — Ona jest wszystkich... wspólna — powiedział w końcu, a ostatecznie dodał jeszcze: — Ty nie.
— Oh. — Uciekło jej z pyska. Jak miała zinterpretować słowa syna? Westchnęła cicho i pokręciła głową.
— Niestety nie mogę — przyznała (co nie do końca było prawdą, ale jak miała wyjaśnić takiemu maluchowi, dlaczego nie chciała ciągle przebywać w żłobku?). — Wiesz, że mam obowiązki... ale jeśli chcesz, mogę postarać się przychodzić do ciebie nieco częściej. Gdyby ci się nudziło, zawsze możesz pobawić się ze swoimi rówieśnikami — zasugerowała po chwili. Liczyła, że Klekotek podłapie temat i może opowie coś więcej o swoich kolegach; nigdy nie widywała go, bawiącego się z innymi — czasami przebywał ze Złotą Łapą, ale na tym się kończyło.
Rozpromienił się na pierwszą część wypowiedzi matki, ale zaraz potem... powróciła jego neutralna mimika. Westchnął pod noskiem. 
— Są... głośni i biegają... — Zmarszczył brewki i dodał jeszcze prędko, niemal nie gryząc się w język przez nagłość wypowiadanych słów: — I Pani Kotewka dziwnie patrzy na tą... jedną... — zamyślił się. Przecież wiedział, jak miała na imię, powinien wiedzieć.... — No…
— Rozumiem — odparła Murena, przyglądając się kocurkowi. — Na kogo dziwnie patrzy? — dodała po chwili, przejeżdżając ogonem po ziemi.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, o kogo mogła chodzić.
No tak.
— Korzonek? — podpowiedziała.
Przez chwilę milczała. Czy powinna wyjaśnić Klekotkowi, czym spowodowane było zachowanie innych w stosunki do czekoladowej? Spojrzała na niego z ukosa.
Za bardzo się przejmowała... Nie miała żadnych powodów, aby nie powiedzieć mu prawdy. Z resztą, prędzej czy później musiała go przestrzec.
— Słyszałeś już o tym, jak powstały różne koty?
Klekotek zmarszczył nosek, jakby usilnie starał się sobie coś przypomnieć.
— Pani Kotewka mówiła, ale... nie pamiętam. — Oparł się policzkiem o łapy Mureny. — Ale i tak wole usłyszeć od ciebie.
Skinęła łbem, przyglądając się kociakowi spod półprzymkniętych powiek.
— No więc, jak już pewnie wiesz, na początku świat spowity był mrokiem, spoczywając w objęciach Wiecznej Nocy. Dopiero później niebo ukruszyło się i powstały koty — zaczęła, uważnie obserwując reakcję Klekotka. Starała się wyjaśnić mu to w jak najprostszy sposób, ale mówiąc szczerze, sama nie do końca rozumiała, na czym miałoby to wszystko polegać.
— Tak właśnie z odłamków nocnego nieba zrodziły się koty czarne. Z okruchów Srebrnej Skóry natomiast powstały koty białe; to dlatego czarno-białe osobniki są zazwyczaj najbardziej szanowane, jak już pewnie zauważyłeś. Oprócz tego powstało jeszcze wiele maści, ale koty czekoladowe wyłoniły się z błota — dlatego większość nocniaków jest do nich uprzedzona.
Przerwała, aby spojrzeć na młodziaka. 

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Teraźniejszość

Rozciągnęła zdrętwiałe kończyny i rozwarła szczęki w szerokim ziewnięciu, które wkrótce przerodziło się w westchnienie. Zmrużyła nieznacznie oczy, prostując łapy; kolejna bezsenna noc minęła jej na gapieniu się w pustą ścianę legowiska i przysłuchiwaniu się miarowym oddechom współklanowiczów. Wreszcie, skoro pierwsze koty zaczęły się przebudzać, mogła wyjść z legowiska bez obaw, że kogoś obudzi. Niemal od razu skierowała się w stronę lecznicy; śnieg trzeszczał cicho pod ciężarem jej łap, a chłodny, siarczysty wiatr wył w koronach drzew. W legowisku medyka natomiast warunki były zupełnie inne; Murena przekonała się o tym, gdy wreszcie weszła do środka i kłujące zimno (przynajmniej częściowo) ustało. Szczelne ściany legowiska chroniły przed wszelkimi warunkami pogodowymi. Przystanęła na moment, rozglądając się po wnętrzu.
— Oh, witaj, Mureno! — Do jej uszu dotarł znajomy głos Różanej Woni, a chwilę później zza rogu wychynął łeb kotki. — Co cię tutaj sprowadza?
Murena strzepnęła ogonem i przekrzywiła nieznacznie łeb.
— Nic wielkiego; ostatnio miałam problemy z zaśnięciem i zastanawiałam się, czy jesteś coś w stanie na to poradzić… — Rozejrzała się po lecznicy. Klekocząca Łapa prawdopodobnie gdzieś tutaj przebywał…
Starsza pokiwała kilka razy głową, po czym ruszyła w stronę składziku.
— Na Klan Gwiazdy, pogoda strasznie nie dopisuje… Połowa kotów pociąga nosami; jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zabraknie nam ziół! No nic, miejmy nadzieję, że…
Reszty słów nie usłyszała, bo medyczka zniknęła już za ścianą legowiska, prawdopodobnie szukając odpowiednich medykamentów. Po chwili wróciła z kilkoma ziarnami maku, które położyła przed łapami Mureny, a następnie, mamrocząc coś pod nosem, udała się w inną stronę legowiska.
Księżniczka przechyliła nieznacznie łeb, gdy ktoś inny wszedł do środka lecznicy; napotkała parę znajomych, młodych oczu.
— Oh, jesteś, Klekotku — wymruczała, przejeżdżając ogonem po ziemi. — Jak podoba ci się nowe szkolenie? Wiem, że podjęcie się tego treningu musiało być dla ciebie trudną decyzją…
Zawsze cieszyła się, że jej syn pilnie się uczył, a szkolenie na wojownika przychodziło mu bardzo łatwo — dlatego też serce ściskało jej się na myśl, że jej drogi synek musiał zmienić drogę szkolenia i obrać rolę, której nie chciał. Oddałaby wszystko, żeby był szczęśliwy — żeby jego życie potoczyło się lepiej niż jej własne — ale mimo to, bezpieczeństwo klanu było jeszcze ważniejsze. Klekotek musiał podjąć dojrzałą decyzję i poświęcić swoje szczęście dla całej społeczności. I była dumna, że wybrał dobro ogółu.

Wyleczeni: Czyhająca Murena

<Klekotku?>

12 listopada 2025

Od Czyhającej Mureny CD. Klekotka

Wybudzona ze snu nagłym szturchnięciem, przekrzywiła delikatnie łeb, aby wlepić wzrok w łaciatą mordkę jej syna i ziewnęła przeciągle.
— Głupolu — wymruczała, powoli prostując się i rozciągając zdrętwiałe kończyny.
Wreszcie wyciągnęła łapę w stronę kociaka, po czym wciągnęła go z powrotem na mchowe posłanie; przez chwilę w milczeniu obserwowała, jak jego drobny bok unosi się i opada w równomiernym tempie, zanim odwróciła wzrok i zamrugała kilka razy. Jej zaszklone oczy wciąż odbijały w sobie zmęczenie, gdy momentalnie przymknęła powieki, ziewając przeciągle.
Kątem oka zerknęła na resztę kociaków, grasujących we wnętrzu żłobka.
Kilka z nich bawiło się kulką mchu — radosne chichoty i kocięce piski rozbrzmiewały w całym legowisku, odbijając się echem od ścian. Jakiś kociak przewrócił się, drugi zaczął chichotać, trzeci coś tam wymruczał pod nosem. I w pewnej chwili wzrok Czyhającej Mureny spoczął na czekoladowym pyszczku — para ciekawskich, zielonych oczu obserwowała coś z oddali.
Mówiąc szczerze, ani trochę nie podobała jej się obecność małego czekota w żłobku. A zwłaszcza wtedy, gdy ona i Klekotek musieli tu przebywać.
Miała tylko nadzieję, że gdy jej syn nieco podrośnie, nie będzie zadawać się z Korzonek. Wolała, aby trzymał się z dala od ewentualnych tarapatów i rozczarowań; w końcu czekoladowe koty miały o wiele większe tendencje do ściągania na siebie oraz innych kłopotów…
Zanim zdążyła przekląć w myślach małego czekota, do żłobka ktoś wszedł — Czyhająca Murena odwróciła się w stronę wejścia do legowiska, a jej pomarańczowe ślepia spoczęły na znajomej sylwetce.
— Mewi Puchu?
Wojownik strzepnął ogonem i przechylił ostrożnie głowę, siadając nieopodal Czyhającej Mureny.
— No… hej. Chciałem zobaczyć, co u… — Przechylił łeb, zerkając na malucha rozciągniętego przy brzuchu księżniczki. — Klekotka. I u ciebie, rzecz jasna!
Wojowniczka strzepnęła tylko uchem.
— Wszystko w porządku, nie musisz się obawiać — zapewniła, ziewając przeciągle.
— Jesteś pewna? — zapytał niemal od razu wojownik, wbijając spojrzenie żółtych oczu w kocicę.
— No jasne.
— To dobrze… tak myślę. Martwiłem się nieco o ciebie i kociaka. Słyszałem, że urodziłaś go poza obozem, a to pewnie ciężkie; znaczy, tak się domyślam, bo wiesz, nigdy nie…
— Rozumiem co masz na myśli — przerwała mu księżniczka, uśmiechając się ciepło. — Dzięki za troskę.
Wciąż nie czuła się dobrze z faktem, że okłamała kocura. Mówiąc szczerze, nie spodziewała się nawet, aby interesował się tym całym rodzicielstwem, więc widząc jego zaangażowanie tylko speszyła się. Lubiła go, to fakt, ale nie mogła powstrzymać się od poczucia winy — szczególnie, gdy Mewi Puch zdawał się (przynajmniej jak na siebie) wyjątkowo chętny do pomocy. 

─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───

Dni w żłobku snuły jej się powoli i leniwie — głównie spędzane na opiece nad Klekotkiem i plotkowaniu z Kotekowym Powiewem. Co jakiś czas w żłobku odwiedzało ją któreś z rodzeństwa (nawet Błękitna Laguna — tak dla zasady — odwiedził ją raz!), jakiś członek rodziny lub inny ciekawski kot. Wkrótce wschody słońca zamieniły się w tygodnie, a tygodnie w księżyce; Klekotek rozwijał się bardzo ładnie — jadł prawidłowo, sypiał bez większych problemów, zazwyczaj nie darł mordki o byle co, jak to kociaki miały w zwyczaju. Był niemal bezproblemowy, ale jakiś taki trochę dziwny. Nie, żeby Murenie to przeszkadzało — tylko zmarszczka zmartwienia pojawiała się między jej brwiami, gdy przyglądała się swojemu potomkowi, siedzącemu gdzieś w kącie żłobka. Może miał za mało słońca? Było mu zbyt zimno w żłobku? A może potrzebował więcej ruchu? Lepszego jedzenia?
Pewnie niepotrzebnie się martwiła… W końcu był jeszcze maleńkim kociakiem. Wkrótce na pewno wyrośnie z tego wszystkiego i zacznie się zachowywać jak inne kociaki, czyż nie?
Miała nadzieję, że uda mu się znaleźć jakichś przyjaciół — oczywiście adekwatnych do jego wieku i odpowiednio wychowanych. Któż to w końcu widział samotnie spędzać młodość? Ona miała liczne rodzeństwo, więc jako kociak nigdy nie brakło jej towarzyszy do zabaw, ale sytuacja z Klekotkiem wyglądała nieco inaczej. 
Czyhająca Murena przechyliła nieznacznie głowę, otrzepując sierść z piachu. Delikatny blask jutrzenki wlewał się do wnętrza legowiska, rzucając smugi światła na kocie sylwetki. W powietrzu unosiła się zapach mleka, kociaków oraz kurzu — nieco drażniący, ale dziwnie kojący. Księżniczka przejechała ogonem po ziemi, a następnie wzrokiem odszukała Klekotka; jej synek siedział w kącie legowiska, nasłuchując szumu wiatru i obserwując niewielkie źdźbło trawy, wyrastające z wydeptanej ziemi.
— Klekotku, podejdziesz na chwilę? — przywołała go.
Gdy do uszu malca dotarł głos matki, odwrócił wzrok, a jego oczka rozjaśniły się delikatnie, gdy niezdarnym krokiem przeszedł przez środek żłobka (niemal wpadając na jakiegoś kociaka po drodze) i zatrzymał się tuż przed rodzicielką.
— Musisz bardziej dbać o higienę — wymamrotała Murena, nachylając się nad malcem i przejeżdżając szorstkim językiem po jego łebku.
Czy mu się to podobało, czy nie, musiał się jakoś prezentować.

<Bachorku słodki?>

18 października 2025

Od Czyhającej Mureny

Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią cały las zaczął się ochładzać. Z początku witały ich tylko przelotne mżawki, wilgotna gleba i różnobarwne liście, resztkami sił trzymające się szponiastych gałęzi. Po tak uciążliwej Porze Zielonych Liści Czyhająca Murena z chęcią powitała chłodniejszą porę — wreszcie mogła odetchnąć i bez obaw polować w ciągu dnia, a futro nie wydawało jej się tak ciężkie i ciepłe.
Wkrótce jednak deszcze zrobiły się o wiele obfitsze, częstsze, a chmury wyglądały, jakby w każdej chwili miały się ugiąć pod własnym ciężarem i spowodować ogromną ulewę. Słońce rzadko kiedy wyglądało zza grubej warstwy obłoków, o faktycznym ogrzaniu obozu już nie wspominając. Powietrze było wilgotne, chłodne, niemal raniło gardło, gdy brało się oddech po dłuższym biegu, a i z upolowaniem dobrze odżywionej zwierzyny zaczynały się problemy.
Słońce akurat zachodziło — już prawie kryło się za horyzontem, rzucając różnobarwne cienie na nieboskłon. Języki czerwieni i pomarańczu mieszały się ze sobą w zgrabnym tańcu, przechodząc w odcienie różu oraz żółci. Cienie klinowatych drzew wydłużały się wręcz nienaturalnie, wyciągając ciemne szpony do góry, gdy mróz wdzierał się pod futra kotów, szczypiąc nosy i uczepiając się skóry.
Gdzieś w oddali majaczyła niewielka, kocia sylwetka — brzuch delikatnie zaokrąglony, mięśnie zarysowane pod półdługą warstwą lśniącego futra i gibkie kończyny, ostrożnie stąpające po ziemi. W fizjonomii kocicy można było dostrzec zmęczenie; sposób, w jaki powieki delikatnie jej opadały, a wąsy drgały nerwowo zdradzały brak snu. Z każdym kolejnym krokiem czuła, jak serce wali jej w piersi, łapy odmawiają posłuszeństwa, a ciało truchleje.
Czyhająca Murena przekrzywiła nieznacznie głowę i omiotła czujnym wzrokiem okolicę. Strzepnęła ogonem, strząsając z białego futra kilka kropli wody.
Łapy osuwały jej się na śliskiej glebie, wizja rozmazywała się przed nosem, jakby zwężone w wąskie szparki oczy same prosiły się o odpoczynek. Głód jej doskwierał, łapał za wnętrzności i wykręcał je niemiłosiernie — a może to tylko kociaki domagały się wreszcie wyjścia na świat. Z każdym kolejnym krokiem czuła, jak opuszczają ją siły, a mdłości dokuczają coraz bardziej.
Plan był względnie prosty — miała spotkać się z Harpunem na granicy z Klanem Nocy, a później w spokoju urodzić i następnego dnia wrócić do obozu wraz z potomstwem, dzięki czemu mogła zyskać nieco czasu na oswojenie się z rolą matki.
Serce ściskało jej się ze strachu na myśl o tym, co ją czekało. Czy w klanie zaakceptują jej kociaki? Jak Samowolna Łapa przyjmie do świadomości bycie ojcem? Chociaż przedtem powiadomiła go o jej ciąży, nie była pewna, jak zareaguje na faktyczny widok kociąt. Nawet jeśli był sympatyczny, zdawał się wiecznie chodzić z głową w chmurach i nie była pewna, czego się po nim spodziewać. Co, jeśli po drodze spotka jakieś problemy? Nikt oprócz Samowolnej Łapy nie wiedział o jej zajściu w ciążę — celowo ograniczała posiłki, aby zaokrąglony brzuch był jak najmniej widoczny — na pewno więc dla wszystkich będzie zdziwieniem, gdy pewnego poranka po prostu pojawi się z potomstwem w zębach.
Krew szumiała jej w uszach, w oddali słychać było szelest liści, a gdzieś nieopodal niej jakaś mysz przemknęła w zaroślach. Mróz wdzierał się pod sierść księżniczki i uczepiał skóry, a z każdym mocniejszym podmuchem wiatru czuła, jakby jej nos miał zamienić się w sopel lodu.
Wreszcie dotarła do miejsca, w którym oznakowania zapachowe Klanu Nocy były najsilniejsze; przez chwilę rozglądała się czujnie, zanim jednym, zgrabnym krokiem przekroczyła granicę.
Strzepnęła uchem i rozejrzała się, wzrokiem wodząc po każdym, nawet najmniejszym detalu krajobrazu.
— Mureno!
Wojowniczka omal nie wyskoczyła z własnej skóry, gdy z jej lewej strony dobiegł czyjś znajomy głos. Po tylu spotkaniach rozpoznawała go już bardzo dobrze. Obejrzała się przez ramię, aby złączyć spojrzenie z żółtymi ślepiami kocura.
— Nie spodziewałem się, że będziesz tu tak wcześnie — Harpun przekrzywił ciekawsko łeb i zbliżył się do kocicy, ogonem ocierając się o jej bark. — Chodź, poszukamy jakiegoś bezpiecznego miejsca.
Czyhająca Murena nie odpowiedziała. Wciąż była nieco sceptycznie nastawiona do czekota, nawet, jeśli był ojcem ich kociąt. Serce podpowiadało jej, aby w pełni zaufać Harpunowi — rozum jednak wciąż nakazywał jej zachować czujność.
Kły samotnika błysnęły w delikatnym uśmiechu, gdy odwrócił się na pięcie i począł kręcić się po okolicy.
— To… powiedz mi, jak się czujesz? — zapytał, strzepując uchem.
Księżniczka jednym susem zrównała z nim krok i przechyliła łeb.
— Nie narzekam… chociaż mogło być lepiej — mruknęła, wzdychając cicho.
Harpun skinął głową ze zrozumieniem; jego lico nieco spoważniało po słowach wojowniczki. Murena czuła, jak serce wali jej coraz mocniej w piersi z obawy. Nie była gotowa na zostanie matką… Nie chciała tego robić — ale jeśli oznaczało to podarowanie klanowi znakomitych wojowników… postanowiła się poświęcić dla dobra ogółu. Przynajmniej tyle mogła zrobić.
Wkrótce wspólnie z Harpunem odnaleźli odpowiednie schronienie na czas porodu — stary, spróchniały pień z wydrążonym w środku otworem odpowiednim dla ich dwojga. Mimo wieku drzewa, jama wydawała się dosyć szczelna, toteż mogła zapewnić im ochronę przed wiatrem i największym mrozem.
Słońce już dawno schowało się za horyzontem, zalewając nieboskłon falą bezkresnego atramentu, upstrzonego gwiazdami. Noc była wyjątkowo ciemna — księżyc skryty był za grubą powłoką z chmur, pozbawiając Murenę jakiegokolwiek źródła światła, gdy ostrożnie wsunęła się do środka, a nieopodal niej przysiadł Harpun, czuwając nad nią przez ten cały czas.
Poduszki łap ją piekły, stawy bolały, mdłości z każdą chwilą się nasilały, a czuła, że będzie tylko gorzej.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Delikatna woń mleka unosiła się w powietrzu, łaskocząc nozdrza kocicy. W pewnej chwili pisk nowonarodzonego kociaka przedarł się przez ciszę i wypełnił wnętrze schronienia.
Na ten dźwięk Czyhająca Murena ostrożnie wysunęła przed siebie łapę, aby przyciągnąć malucha do brzucha. Od jego drobnego ciałka biło ciepło, a boki uniosły się i opadły w urywanym oddechu, gdy zaczerpnął powietrza.
W bladym świetle księżyca wojowniczka nie była w stanie dostrzec nic oprócz słabego zarysu jego pulchnej, kocięcej mordki. Przez chwilę wpatrywała się w milczeniu w młodego potomka z mieszaniną czułości i obawy w oczach. Czy była gotowa poradzić sobie z dzieckiem? Czy… w ogóle chciała to robić? Przez chwilę żal ścisnął jej serce. Sterletowa Łuska nigdy nie zobaczy jej potomka...
Jednym ruchem ogona przysunęła do siebie kocię, pozbywając się wszelkich obaw, gdy malec zamilknął, przysuwając się jeszcze bliżej do niej, w poszukiwaniu ciepła. Mimo tego całego strachu, jej umysł ucichł wraz z kociakiem, a wszystkie myśli nagle zastąpione zostały rosnącym ciepłem w klatce piersiowej. Jakie urocze stworzenie…
— Ładny maluch, co? — wymruczał Harpun, przechylając nieznacznie głowę.
Czyhająca Murena przeniosła na niego wzrok. No tak. Całkiem zapomniała, że tu był. Powoli skinęła łbem.
— Śliczny jest. — Uciekło jej z pyska, gdy otworzyła szczęki w szerokim ziewnięciu i delikatnie przymknęła oczy.
Była wyczerpana i obolała, a łapy całkiem jej już zdrętwiały od ciągłego siedzenia w jednym miejscu.
Harpun uśmiechnął się czule i ogonem dotknął jej barku.
— Powinnaś odpocząć. Na pewno jesteś zmęczona. — Jego głos był łagodny i cichy, gdy tak przyglądał się jej uważnie.
Powoli skinęła łbem, układając pysk na łapach.
— Dzięki, że ze mną zostałeś — wymruczała, ale odpowiedziała jej tylko cisza.
Jeszcze przed zamknięciem powiek dostrzegła, jak żółte oczy Harpuna błysnęły tajemniczo; a potem zapadła w długo wyczekiwany sen.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Obudziło ją delikatne szturchnięcie w bok. Zamrugała kilka razy, mrużąc oczy, gdy jasne światło dnia wlało się do wnętrza schronienia, padając na jej pysk. Strzepnęła końcówką ogona, a następnie przechyliła łeb, aby napotkać tylko pustkę i chłód. Poczuła się tak, jakby uderzył w nią piorun. Otworzyła szerzej oczy i podniosła się na równe łapy, czując, jak serce podskakuje jej w gardle. Kociak. Gdzie był? Panicznym wzrokiem rozejrzała się, ale we wnętrzu nikogo nie było. Nie mogła marnować czasu. Wiedziała, że ten przeklęty samotnik coś kręcił… Gdzie teraz była ta wronia strawa!?
Zerwała się z ziemi, jednym, długim susem doskakując do wyjścia. Zmrużyła oczy, zrobiła krok na przód i… zamarła.
Przed nią stały dwie, kocie sylwetki — jedna należąca do Harpuna — i druga, stanowiąca jakiegoś zupełnie obcego jej samotnika. A pomiędzy ich błyszczącymi pazurami? Spoczywało drobne, czarno-białe, kwilące ciałko. Jej nienazwany potomek.
— Oddaj się w nasze łapy... — Głos pierwszego samotnika był ostry, gdy jak nóż przecinał powietrze. — …albo kociak zginie.
Nie wierzyła w to, co słyszała. Te pomioty Mrocznej Puszczy miały czelność zabierać jej syna, a potem jeszcze jej grozić? Przesunęła pełen niedowierzania wzrok na pysk Harpuna, ale nie znalazła tam nic, oprócz chłodu. Zupełnie, jakby była obcym kotem. Jakby to wszystko, co wydarzyło się między nimi, nigdy nie miało miejsca.
Żółte oczy włóczęgi błysnęły zadziornie, gdy kąciki jego ust drgnęły w pełnym zadowolenia, chytrym uśmiechu. W jego ślepiach było coś niemal drapieżnego.
— Wybacz, Mureno — zaświergotał, strzepując ogonem. — Myślisz, że naprawdę polubiłbym kogoś z Klanu Nocy? Jak naiwnie. Ale muszę ci przyznać, nie było tak łatwo przekonać cię do siebie… Nawet po tym wszystkim nie wydawałaś się szczególnie zakochana. W każdym razie pozwoliłaś mi się zbliżyć na tyle, abym mógł to wykorzystać w imię wyższej sprawy. Takie życie.
I wzruszył ramionami, a ona poczuła, jak serce łamie jej się na milion kawałków. Z jej piersi uciekł urywany oddech. Wszystkie dźwięki zagłuszone były przez krew szumiącą w jej uszach, gdy wzięła kolejny, płytki wdech, a jej ciało zadrżało. Szeroko otworzone oczy rozpaczliwie błądziły po pysku dwóch samotników, jakby doszukując się w ich słowach kłamstwa. Wizja rozmazała jej się, gdy łzy zaszkliły ślepia.
Wszystko to jak bańka pękło, gdy z gardła Harpuna uciekł chichot.
Sierść na karku Czyhającej Mureny zjeżyła się, a pazury ze świstem wbiły się w wilgotną glebę. Uniosła wargę, odsłaniając kły, a z głębi jej gardła wydobył się warkot.
— Zapchlona skóra! Zabiję was obu — wysyczała.
Jej ogon smagał powietrze jak bicz, gdy wypluła te słowa. Harpun nie był już nikim innym, jak zdrajcą. Nie będzie za nim tęsknić…
Więc czemu w sercu poczuła ucisk?
— Lepiej zastanów się dwa razy, zanim coś zrobisz — ostrzegł pierwszy samotnik, strzepując ogonem. — Jeden zły ruch i kociak będzie martwy.
Jego usta rozciągnęły się w szerokim, niemal nie kocim uśmiechu.
Cieszyli się z zemsty.
Drgnęła w miejscu, gotowa do walki, gdy z gardła jej maleństwa wydobył się szloch.
Gwałtownie zatrzymała się w miejscu, przenosząc wzrok na kociaka, wciąż brutalnie trzymanego przez rudego samotnika.
Nie odważyła się nawet drgnąć. Jej oczy wlepione były w jego drobne, kruche ciałko.
— Dobry wybór — wymruczał włóczęga.
I w chwili, gdy Harpun zrobił krok do przodu, pochylając się nad nią, czyjeś niebieskie futro mignęło tuż za nim, a ostre pazury zatopiły się w karku czekota.
Włóczęga wydał z siebie przeraźliwy wrzask i rzucił się do tyłu, starając się zrzucić z grzbietu napastnika.
Czyhająca Murena zrobiła krok do tyłu i dostrzegła znajomą sylwetkę — Szałwiowe Serce.
Niemożliwe.
Rudy samotnik z boku na widok księcia zjeżył sierść na karku i upuścił kwilącego kociaka, odskakując do tyłu.
— Miała przyjść sama! – wysyczał, robiąc kilka kroków w tył. — Mówiłeś, że nikt nam nie przeszkodzi! — warknął w stronę towarzysza.
Harpunowi wreszcie udało się zrzucić z pleców pointa; z ran na jego grzbiecie sączyła się szkarłatna posoka. Przez chwilę stał tak w miejscu, przenosząc wzrok z kota na kota. Klatka piersiowa Szałwiowego Serca unosiła się i opadała w rytm oddechu, gdy stanął nieopodal Mureny.
Wreszcie, włóczęga strzepnął ogonem i rzucił się do tyłu, razem ze swoim towarzyszem kryjąc się gdzieś w krzakach. Dopiero, gdy samotnicy zniknęli w oddali, Szałwiowe Serce przeniósł na nią pytający wzrok, ale ona go zignorowała. Jednym, długim susem dopadła do zawodzącego kociaka i przypadła do ziemi, obejmując go ogonem. Uważnie przyglądała mu się w poszukiwaniu jakichkolwiek ran — odetchnęła cicho, gdy nic nie znalazła. Napięcie z jej barków powoli ulotniło się, gdy maluch zamknął mordkę, wtulając się w futro matki.
— Mureno!? — Ostry głos Szałwiowego Serca przedarł się przez ciszę.
Point zbliżył się do niej gwałtownie, jego ogon smagał powietrze nerwowo. Zmrużył oczy, wbijając pazury w ziemię.
— Co to ma być!? — wysyczał, odsłaniając kły. — Co tu robisz z jakimiś samotnikami i co to, na osty i ciernie, za kociak!? Całą noc nie było cię w obozie, a teraz zadajesz się z jakimiś włóczęgami!? Wytłumacz się!
Powoli przekrzywiła łeb, podnosząc zmęczone oczy znad kociaka. Wojownik wstrzymał oddech, jakby coś sobie uświadomił.
— Nie trzymałabyś tak obcego kociaka… — wyszeptał i otworzył szerzej ślepia. — Mureno… czy ty?
Z jej pyska uciekło ciche westchnienie, gdy odwróciła wzrok i przejechała ogonem po ziemi.
— To… długa historia — wymruczała zrezygnowanym tonem głosu.
— To mi ją opowiedz! — warknął Szałwiowe Serce, nagle całkiem oprzytomniając.
Księżniczka wzięła głęboki wdech. Jej wzrok zatrzymał się na drzewach w oddali.
— A więc… Poznałam tego samotnika jakiś czas temu, na granicy-
— Którego samotnika? — urwał jej ostro Szałwik.
Odetchnęła cicho, zwieszając łeb.
— Tego czekoladowego.
Chwila ciszy.
— Na początku nie byłam do niego przekonana, ale… jakoś tak wyszło, że… — Niemal ze skruchą wskazała podbródkiem na potomka, leżącego w jej objęciach.
Szałwiowe Serce wypuścił gwałtownie powietrze.
— Nie mów, że…
— To moje dziecko — dokończyła cicho, spoglądając w niebo. — Przyszłam tutaj, aby urodzić. Mogłam się spodziewać, jak to się skończy. Wybacz, Szałwiowe Serce… Proszę, nie mów nikomu, kim jest jego ojciec. 
Jej brat przez chwilę milczał, najwidoczniej zbyt oszołomiony, żeby cokolwiek powiedzieć.
— Nie wiem, co cię do tego skłoniło i nie wiem, jak mogłaś pomyśleć, że... — zaczął mówić po kilku długich uderzeniach serca, wciąż z pewnym gniewem wyczuwalnym w jego głosie, aż ponownie nie ucichł, spoglądając na swoją siostrę. Ostry wzrok złagodniał, łapiąc nim rozpacz siostry wymalowaną na jej pysku i ciele. Złość wydawała się całkiem opuścić jego ciało, gdy zrobił wolny krok do przodu, a potem opadł na ziemię obok Mureny i przytulił ją. Z początku niepewnie, delikatnie — jakby bał się, że ją poparzy — a potem coraz naturalniej. — Nie powiem — westchnął po kilku długich uderzeniach serca, odwracając wzrok. — Nie mogę tego zrozumieć, ale to nie jest moment na to, bym na ciebie wrzeszczał. Bym na ciebie w ogóle wrzeszczał... Nasz spór w obliczu tego to jakaś... Dziecinada — przyznał.
Przez chwilę Czyhająca Murena nie wiedziała, co powiedzieć. On... naprawdę jej przebaczył?
— Przepraszam, Szałwiku… — wyszeptała. — Nigdy nie chciałam cię zranić… Nie wiesz nawet, jak mi ciebie brakowało- Popełniłam straszny błąd.
Och, Klanie Gwiazdy… Miej litość dla jej złej, plugawej duszy.
Niebieski przez chwilę milczał.
— Nie gniewam się — odparł po chwili milczenia. — Po prostu… chodźmy już do obozu. Wszyscy strasznie się martwią… 
Wojowniczka podniosła wzrok, ale nic nie odpowiedziała. Zamiast tego nachyliła się, aby złapać malucha za luźną skórę na karku i podniosła go, stając obok Szałwiowego Serca.
— Pomóc ci go nieść? — zapytał kocur, przekrzywiając głowę.
— Poradzę sobie… I tak już dużo zrobiłeś — oznajmiła Murena, strzepując ogonem.
Szałwik nie nalegał. Skinął tylko głową i razem, wolnym krokiem udali się w stronę terenów Klanu Nocy.
— Nazwałaś go już? — Point wskazał łbem na malucha, zwisającego ze szczęk kocicy. Widocznie starał się rozluźnić nieco atmosferę.
Pokiwała przecząco głową.
— To może… Bocian? — Przechylił pysk, przyglądając się kociakowi. — Klekotek?
Murena zerknęła z ukosa na brata. Przez chwilę milczała, zastanawiając się nad jego propozycją, a potem przeniosła wzrok na malucha.
— ...Klekotek — powtórzyła nieco niewyraźnie, pilnując, aby kociak nie wypadł jej z pyska.
Pasowało idealnie.
Szałwik posłał jej szeroki uśmiech i resztę drogi pokonali w milczeniu — tym razem cisza między nimi nie była tak ciężka, jak zazwyczaj.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Gdy dotarli do obozu, zostali przywitani przez zaskoczone, kocie pyski i stłumione okrzyki. Kilka kotów przepchnęło się do przodu przez tłum, aby lepiej przyjrzeć się potomkowi Mureny — ona i Szałwik prędko zostali obsypani górą pytań, ale kocur odmawiał udzielenia odpowiedzi na cokolwiek. Pewnie sam nie był do końca pewien, co się działo, i wolał zostawić to w łapach Mureny.
Księżniczka zresztą też niechętnie zaspokajała ciekawość klanu, zbywając ich pytania krótkimi “to długa historia”, “zostałam matką” i tak dalej. Po przenosinach do żłobka rozmawiała ze Spienioną Gwiazdą; pokrótce opowiedziała jej o wszystkim (pomijając szczegóły o tożsamości ojca Klekotka oraz jej znajomości z Harpunem), a wkrótce do legowiska wpadła Mandarynkowe Pióro, również domagając się wyjaśnień.

Od Czyhającej Mureny

Jakiś czas temu, przed śmiercią Sterletowej Łuski

Otworzyła spowite snem powieki i zamrugała kilka razy, przejeżdżając ogonem po wydeptanej ziemi.
Spróbowała podnieść się na równe łapy, ale prędko tego pożałowała, gdy dopadły ją mdłości.
Niech to szlag.
Od dłuższego czasu czuła się jakoś dziwnie. Zdarzało jej się wymiotować bez żadnego konkretnego powodu, szybciej się męczyła i była jakaś ociężała.
Na początku przyszła kilka razy do Różanej Woni, ale po jakimś czasie zrezygnowała z odwiedzin medyczki — głównie dlatego, że zaczęła domyślać się powodu takich zmian…
Próbowała temu zaprzeczać przez bardzo długi czas; potem jednak nie dało się tego dłużej ukrywać przed samą sobą, gdy jej złe samopoczucie zaczęło wchodzić w drogę obowiązków.
Nie minęło wiele wschodów słońca, aby zrozumiała, o co chodzi. Była w ciąży.
I po tym wszystko strasznie się pokomplikowało — nie mogła przecież tak po prostu powiedzieć, że spodziewa się kociaka… A już na pewno nie kim był jego ojciec. Dlatego też postanowiła ukrywać fakt ciąży przed resztą klanu — ale żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń, zaczęła jeść mniej, przy tym wciąż wykonując te same obowiązki, co przedtem; nawet kosztem zdrowia jej czy kociaka. Ograniczyła swoje posiłki do absolutnego minimum — jadła tylko tyle, aby być w stanie w miarę normalnie funkcjonować, co nie zmieniało jednak faktu, że przez większość czasu chodziła z pustym brzuchem, a to bardzo prędko ją męczyło. Stała się bardziej ospała, apatyczna… Co noc z trudem kładła się spać, nie tylko przez fizyczne wymęczenie, ale również przez świadomość, że niedługo na świat przyjdą jej niechciane kociaki. A mimo tego całego bólu… musiała je wychować. Mogła je podrzucić Harpunowi lub jakiemuś samotnikowi… ale coś jej na to nie pozwalało. Duma? Matczyny instynkt? Nie wiedziała. Musiała się zająć swoimi maluchami, gdy już przyjdą na świat — nieważne, ile jeszcze cierpienia będzie ją to kosztować… Może w ten sposób odpokutuje swoje winy? Wychowa najwspanialszych członków rodu — idealnych wojowników, radość klanu. W ten sposób jej błędy przysłużyłyby się klanowi. Tak oto postanowiła wychować kociaki i zostawić je w Klanie Nocy; potrzebowała tylko ostatniego elementu układanki — ojca kociaków. Gdyby powiedziała, że znalazła kocięta w lesie, nie zostałyby uznane za członków rodu; a wtedy to całe cierpienie nie miałoby sensu. I o dziwo najbardziej odpowiednim kotem okazał się… Samowolna Łapa. Nie chciała go wykorzystywać, po prostu… potrzebowała zwykłej informacji, co nie? Nie miała zamiaru obciążać wojownika opieką nad dziećmi ani nic w tym stylu — wystarczyło tylko, że będzie się podawać za ojca kociąt… I uda jej się odpokutować winy, wychowując znakomitych członków Klanu Nocy. Musiała spróbować. Nieważne, ile łez będzie ją to kosztować.
Kilka dni później opowiedziała Samowolnej Łapie o kociakach — o dziwo kocur nie wydawał się zły; prędzej zdezorientowany. Mimo wszystko zaoferował jej wsparcie i pomoc, a to tylko sprawiło, że Murena czuła się z tym wszystkim jeszcze gorzej.

Od Czyhającej Mureny

Jakiś czas przed śmiercią Sterletowej Łuski

Zeskoczyła na wilgotną od rosy trawę, strząsając z grzbietu kropelki wody. Z pyska zwisał jej niewielki wróbel, którego pióra wbijały jej się w dziąsła. Zerknęła z ukosa na Porywisty Sztorm.
— Lepiej wracajmy już do obozu! — rzuciła z oddali szylkretka, wyłaniając się z pobliskich zarośli; w zębach trzymała chwilę temu upolowaną ryjówkę. Drobne ciałko gryzonia kołysało się w rytm kroków wojowniczki, gdy ta zbliżyła się do Czyhającej Mureny.
Łowy nie były zbyt obfite, ale na śniadanie dla dwóch kotów starczyły.
— Masz rację — przyznała księżniczka. — Chodźmy.
I ramię w ramię, kotki ruszyły w drogę powrotną do obozu. Wiatr świszczał w koronach drzew, zrywając z gałęzi pojedyncze, kolorowe liście; wysuszona trawa pod ich łapami nabierała koloru, całkiem przywrócona do życia przez przelotne, jesienne mżawki.
— Ładnie się robi, co nie? — rzuciła Sztorm, wzrokiem wodząc po okolicy. — Pora Opadających Liści zawsze jest taka śliczna!
Czyhająca Murena przekrzywiła nieznacznie głowę i strzepnęła uchem.
— Niby tak, ale wolę jak jest ciepło.
Szylkretka tylko pokiwała głową na boki.
— Może — odparła. — Ale musisz przyznać, że kolorowe liście wyglądają świetnie. To niezła odskocznia od tych nudnych, zielonych kolorów.
Czarno-biała wzruszyła ramionami, podążając za wzrokiem starszej wojowniczki.
— Pewnie tak, chociaż polowania są teraz o wiele cięższe. I zimno jest strasznie dokuczliwe; nie mogę spać w nocy przez to zimno! — dodała.
Porywisty Sztorm tylko zaśmiała się, po czym pacnęła Murenę ogonem.
— Aj tam, nie przesadzaj, nie jest tak źle! — zachichotała. — Poczekaj na Porę Nagich Drzew i wtedy narzekaj. Zachowujesz się już jakbyś miała co najmniej siedemdziesiąt księżyców!
Kąciki ust wojowniczki mimowolnie drgnęły delikatnie, gdy przewróciła oczami.
— Myś…
Jej kolejne słowa zostały zagłuszone, gdy z zarośli wyskoczył liliowy kocur. W pysku trzymał niewielką ukleję, której intensywny zapach osiadł już na jego futrze i niósł się po okolicy, docierając do nozdrzy dwóch kocic.
— Zmierzchająca Fala? Co ty tutaj robisz? — Porywisty Sztorm zmarszczyła brwi i strzepnęła ogonem, odkładając ryjówkę na bok.
Czyhająca Murena za to przystanęła, obserwując malca (no, może już nie takiego malca). Nie doglądała do niego zbyt często, a zwłaszcza nie rozmawiała z nim po mianowaniu na wojownika, ale musiała przyznać, że wyrósł na porządnego, silnego i zdrowego kota. Dobrze. Nie żałowała przygarnięcia go do Klanu Nocy.
— Chwilę temu polowałem i właśnie wracam do obozu — oznajmił kocur, z dumą wypinając pierś. — A wy? Sądząc po zwierzynie, też polowałyście.
Młodszy przeniósł wzrok na Murenę i ich spojrzenie na moment się złączyły. Skinął w jej stronę delikatnie głową, a księżniczka tylko przymknęła ostrożnie oczy. Na jej pysku malował się wręcz ciepły wyraz, ale nie była pewna, czy maluch to dostrzegł. Może i lepiej, jeśli nie.
Porywisty Sztorm przytaknęła.
— Możemy wrócić do obozu razem, jeśli chcesz! — zaproponowała, na co kocur ochoczo przystanął.
— Jasne — wymruczał, trochę niewyraźnie przez rybę w szczękach.
Kątem oka Murena dostrzegła, jak szylkretka podnosi bezwładne ciałko ryjówki z trawy i cała trójka zrównała krok, powoli kierując się w stronę koczowiska.
— Jak idzie ci sprawowanie jako wojownik? — zapytała Murena, spoglądając z ukosa na Zmierzch. Nie mogła uwierzyć, że tak prędko urósł… Pamiętała, jak jeszcze był ledwie wyrostkiem, gdy razem z Kijankowymi Moczarami odnalazła go w krzakach i zaprowadziła do Klanu Nocy.
Ach, czas płynął tak szybko…
— Jest w porządku! — odparł pogodnie kocur i wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Cieszę się, że mogę służyć klanowi razem z innymi kotami.
Kąciki ust Czyhającej Mureny drgnęły nieznacznie. Na taką odpowiedź liczyła. Zanim jednak zdążyła ułożyć jakąś sensowną pochwałę, Porywisty Sztorm wtrąciła się, widocznie tryskając energią:
— No i to się ceni! — przyznała wesoło.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───


Po śmierci Sterletowej Łuski

Wpatrywała się w wydeptaną ziemię przed sobą; tą samą, pod którą spoczywało teraz ciało Sterletowej Łuski. Jej wzrok był pusty, oczy zaczerwienione od łez, a delikatnie zwieszony pysk sprawiał wrażenie, jakby nie spała od dłuższego czasu. Kilka pąków błękitnych kwiatów spoczywało na grobie, od czasu do czasu tylko drgając delikatnie na wietrze. Tęskniła. Bardziej, niż byłaby w stanie przyznać przed samą sobą. Pochyliła się nad ziemią, przejeżdżając ogonem po wilgotnej glebie. Wciąż czuła się tak, jakby w każdej chwili Sterlet miał stanąć obok niej; może się uśmiechnąć, może ją zwyzywać. Może pocieszyć lub rzucić jakimś żartem. Ale ta chwila nie nadchodziła. I już nigdy nie miała nadejść.
— Mureno?
Drgnęła nieznacznie, gdy do jej uszu dotarł dźwięk czyjegoś głosu. Przekrzywiła łeb, spoglądając przez bark na nowoprzybyłego kota — Samowolną Łapę. Dymny przechylił delikatnie głowę i strzepnął ogonem, zerkając na księżniczkę.
— Przykro mi z powodu Łuski — wymruczał. — Znaczy się, nie znałem go, ale słyszałem, że umarł… I że był w twoim bratem… Więc ten, szkoda.
Zamrugała kilka razy, widocznie zbita z tropu. Musiała zapamiętać, że Samowolnej Łapie nie najlepiej szło składanie kondolencji.
— Mogę posiedzieć z tobą przy grobie? — zapytał po chwili starszy kocur, przekrzywiając głowę.
Powoli skinęła łbem.
— W porządku.
I tak, kołysani przez szum drzew oraz świergot ptaków, w milczeniu siedzieli obok siebie, jakby modły do zmarłego mogły cokolwiek zmienić.

Od Czyhającej Mureny

Chwilę przed śmiercią Sterletowej Łuski

Jedyną pozytywną częścią tego dnia było śniadanie — ciepłe, całkiem porządne i wyjątkowo smaczne. O reszcie lepiej nawet nie wspominać, bo Murenę dopadał ból głowy na samą myśl. Najpierw udała się na patrol i przy okazji wykąpała się w jednej z kałuż (oczywiście nie z własnej woli), bo poślizgnęła się na śliskiej ziemi i gdy wracała do obozu w niczym nie przypominała księżniczki, tylko jakiegoś brudnego czekota. Gdy już udało jej się oporządzić futro (co trochę zajęło), nabawiła się kataru i pokłóciła się o jakąś drobnostkę ze Sterletem, więc kolejną połowę dnia spędziła w lecznicy, bo przy okazji jeszcze Różana Woń, pozbawiona towarzyszki do plotkowania, zatrzymała ją trochę dłużej, niż to konieczne i razem rozmawiały o jakichś wydarzeniach w klanie. No i tak oto, po pewnym czasie, wojowniczce udało się wymknąć z legowiska medyków i stwierdziła, że zapoluje — a przynajmniej spróbuje, bo ból wciąż ściskał jej głowę.
Gdy przemykała między ciemnymi konarami drzew, w pewnej chwili do jej uszu dotarł szelest; dźwięk zbyt głośny na jakieś małe stworzenie. Od razu na myśl przywiodło jej to rozmowę o łosiach z Samowolną Łapą — kocur twierdził wtedy, że zabijają koty (mówiąc szczerze nie wierzyła mu za bardzo). Przekrzywiła łeb, wlepiając spojrzenie pomarańczowych ślepi w pobliskie zarośla, a następnie ostrożnie wciągnęła powietrze do nozdrzy. Ha! Wiedziała, kto to był.
— Wyłaź — rozkazała. — Pająki zasnuły ci mózg?
I tak jak się spodziewała, w jednej chwili zza pobliskiego pnia wychynął ciemny łeb i para bystrych, żółtych oczu spoczęła na jej mordce. Od razu jej pysk wykrzywił grymas (tak dla zasady, bo nigdy nie da mu satysfakcji dowiedzenia się, że tak naprawdę jego towarzystwo jest… no, znośne). Smagnęła ogonem powietrze i prychnęła.
— Tak myślałam — rzuciła, łypiąc na niego kątem oka.
— Oh, nie gniewaj się. — Harpun wyszczerzył kły w pełnym politowania uśmiechu i zrobił krok w bok. — Przyszedłem cię szukać!
Księżniczka pokręciła z niedowierzaniem głową.
— Głupiś i tyle — ucięła.
Kocur już otworzył pysk, jakby chciał coś odpowiedzieć, jednak po chwili go zamknął, a z jego gardła wydobył się cichy chichot.
— No już, Mureno, rozchmurz się! Zobacz, jaki piękny mamy dzień… — Mówiąc to, wskazał podbródkiem na niebo, rozpościerające się nad jego głową.
Biało-czarna nawet nie spojrzała w górę; pokręciła tylko łbem z niedowierzaniem.
— Kiedyś się doigrasz, jak wciąż będziesz zapuszczać się w te strony — przestrzegła go.
Harpun jednak nie wydawał się szczególnie poruszony słowami kocicy, bo z zadowoleniem usadowił się na ziemi i przejechał językiem po łapie.
— Słuchasz ty mnie w ogóle?
Czekot podniósł wzrok.
— No jasne.
Strzepnęła ogonem i odwróciła się zgrabnie, przeczesując las wzrokiem
— Phi — mruknęła tylko. Czasami grał jej na nerwach.
Samotnik podniósł się z ziemi i w kilku długich susach stanął obok niej.
— Na co patrzysz? — zapytał pogodnie, przekrzywiając łepetynę, aby lepiej dostrzec cokolwiek, na co patrzyła.
— Na nic.
Ten to jak zawsze wyskakiwał z najmądrzejszymi pytaniami… Poruszyła wąsami, nie odrywając wzroku od linii horyzontu. Gałęzie drzew drgały delikatnie na wietrze, łodygi poruszane były zapewne przez jakieś drobne żyjątka… A para tych uporczywych, żółtych ślepi wciąż wpatrywała się w nią, jakby Harpun próbował spojrzeć jej w duszę.
— Gapisz się — rzuciła do kocura, zerkając na niego z ukosa.
Harpun nie odpowiedział — Klan Gwiazdy wie, co sobie pomyślał — wyszczerzył tylko kły w uśmiechu, a następnie odszedł od niej kawałek. Wyglądał, jakby szukał czegoś w leśnej ściółce (nie, żeby Murenę to w ogóle obchodziło). Dobra, może jednak przyłapała się raz czy dwa (albo i więcej) na tym, że spoglądała w jego kierunku (tylko z ciekawości!).
Wreszcie kocur odgarnął łapą piach (przy okazji w powietrze poleciało trochę kurzu i wpadło do oczu Mureny — tak, zdenerwowała się), a następnie podniósł wzrok i spojrzał na księżniczkę.
— Spójrz — wymruczał.
Czyhająca Murena przekrzywiła głowę, przez chwilę gapiąc się na Harpuna ze zmarszczonymi brwiami. Czego mógł od niej chcieć? Zaraz się okaże, że w tym piachu znalazł jakąś kupę albo coś równie nieciekawego… Z cichym westchnieniem zbliżyła się do czekota, patrząc wprost na… no właśnie, na co? Spojrzała na Harpuna.
— Nic nie widzę — oznajmiła beznamiętnie, na co jej towarzysz tylko zachichotał.
— Przyjrzyj się dokładniej! — Wskazał łapą konkretny punkt na ziemi.
Murena spróbowała ponownie i… tym razem w trawie błysnęło coś kilka razy. Hę? Nachyliła się i dostrzegła chitynowy pancerzyk.
— Co to?
Harpun wzruszył ramionami.
— Jakiś chrząszcz — rzucił, nie odrywając wzroku od ziemi.
Zerknęła na niego z ukosa.
— I to jest takie ciekawe?
Samotnik wreszcie uniósł łeb, spoglądając na nią.
— Nie bądź taka zdziwiona — wymruczał, przejeżdżając językiem po klatce piersiowej i lekceważąco poruszając ogonem. — Czy kot nie może się już nacieszyć ładnym znaleziskiem?
Zmrużyła delikatnie oczy, ale nie drążyła dalej. Czasami zachowywał się jak straszny dziwak. Wzruszyła ramionami, po czym podniosła się z ziemi.
— Jak tam wolisz — mruknęła. — Ja wracam. — Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię. — Tobie radzę zrobić to samo.

Od Czyhającej Mureny CD. Czereśniowego Pocałunku

Przez chwilę milczała. Pysk miała delikatnie przechylony — tak, aby nie musieć patrzeć w oczy Czereśniowego Pocałunku. Powinna się była tego spodziewać, co nie? A mimo tego, co podpowiadał jej zdrowy rozsądek, jakiś dziwne, nieodgadnione zamyślenie błysnęło w jej ciepłych oczach. Przez jej pysk przeszedł cień smutku. Przez chwilę — dosłownie chwilę — zapragnęła zaprotestować. Ale wiedziała, jak powinno być. Zwiesiła delikatnie łeb, zanim odetchnęła ciężko i odwróciła się w kierunku teraz już tylko przyjaciółki.
— Rozumiem. — Tylko to jedno słowo opuściło jej gardło; pierwszy raz od dawna nie wiedziała, co powiedzieć. Tak będzie lepiej. Musiało być lepiej. Szałwiowe Serce przestanie się na nią gniewać — a przynajmniej nie będzie dłużej cierpieć, myśląc o nich. A Czereśnia… Czereśnia nie będzie się z nią męczyć.
Jej wąsy drgnęły, gdy mocniejszy podmuch wiatru uderzył w jej bok. Przez chwilę w milczeniu obserwowała mordkę Czereśni, zanim znów przekrzywiła głowę, wlepiając wzrok w swoje łapy. To i tak musiało się tak skończyć. Zamrugała kilka razy, aby powstrzymać łzy cisnące się jej do oczu. Delikatnie zmrużyła oczy i wstała.
— Wybacz, muszę już iść — przyznała i, rzuciwszy Czereśni ostatnie spojrzenie, w pośpiechu oddaliła się od kocicy. Czuła, że zostawiła coś bardzo ważnego tam, na polanie — coś, czego nigdy już nie odzyska.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Tamtego wieczoru nie wróciła już do obozu; zamiast tego bez celu włóczyła się po rozległych terenach Klanu Nocy. Błoto zapadało się pod jej ciężarem, pozostawiając niewielkie wgłębienia tam, gdzie spoczęła łapa księżniczki, a chłód dotkliwie szczypał jej skórę. Za każdym razem, gdy chłodniejszy podmuch wiatru uderzał ją w pysk, miała wrażenie jakby jej nos miał zamienić się w sopel lodu — skóra na jej uszach była delikatnie zaróżowiona, oczy lekko zmrużone, załzawione — nie wiadomo, czy od zimna. Gdy tak snuła się przed siebie, a jej sylwetka majaczyła na tle lasu, napotkała te same, znajome oczy i ciemną sylwetkę, której nie spodziewała się spotkać w takim miejscu i o takiej porze. Możliwe, że gdyby nie jej obecny stan, nie zareagowałaby na niego tak spokojnie i tak ufnie.
Bez słowa usiadła obok niego — pysk zwieszony, oczy lekko zmrużone, pazury wbite w wilgotną glebę. Tak strasznie zawaliła. Jak mogła dalej nazywać się członkiem królewskiego rodu, skoro nie potrafiła zająć się własnym życiem? Była okropna.
Harpun przez chwilę patrzył na nią z ukosa — nie była w stanie stwierdzić, co chodziło po jego głowie, ale doceniała fakt, że nie zadawał jej żadnych zbędnych, głupich pytań. Przynajmniej póki co.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Po śmierci Sterletowej Łuski i zaginięciu Czereśniowego Pocałunku 

Słońce pięło się coraz wyżej na nieboskłonie; delikatna mgła niczym welon opinała tereny Klanu Nocy, a mżawka chłodziła pyski wojowników, sklejając i tak ich już przemoczoną sierść.
Czyhająca Murena strzepnęła ogonem, strząsając z niego kilka kropelek wody, po czym przeniosła wzrok na odległe pnie drzew. Poszukiwania Czereśniowego Pocałunku nie szły najlepiej. Kocica zniknęła bez śladu — na granicy nie odnaleźli niczego, co mogłoby wskazać na porwanie jej przez samotników.
— Może powinniśmy już wracać? — delikatnie zasugerowała Kuni Strumyczek, przekrzywiając łeb.
Murena posłała jej krótkie spojrzenie przez ramię, ale nic nie odpowiedziała.
U boku szylkretki stąpała Niezapominajkowa Łapa, a nieco z przodu szedł, z zadartą wysoko głową, Błękitna Laguna, który tym razem postanowił zabrać głos:
— Sprawdzimy jeszcze tę stronę granicy; wrócimy, jeśli nic nie znajdziemy — oznajmił chłodno.
Czyhająca Murena tylko zmrużyła oczy, lustrując okolicę wzrokiem.
W oddali słyszalny był szum wiatru i szelest liści, skutecznie zagłuszając dźwięki ich kroków.
Jeszcze przez pewien czas błąkali się przy granicy, ale już w połowie poszukiwań stracili nadzieję na odnalezienie Czereśniowego Pocałunku.
Na granicy nie odnaleźli żadnych śladów walki ani krwi; nic nie wskazywało na porwanie szylkretki, dlatego wkrótce Czyhająca Murena zaczęła zastanawiać się, czy Czereśnia z własnej woli nie opuściła Klanu Nocy. W końcu ostatnio zachowywała się strasznie dziwnie… Może postanowiła szukać szczęścia gdzie indziej? Serce ściskało ją na samą myśl.
Miała nadzieję, że była bezpieczna.

Koniec sesji

31 sierpnia 2025

Od Czyhającej Mureny

Jakiś czas temu

— Sterletowa Łuska i Pluskający Potok oficjalnie są razem! Zastanawia mnie, kiedy odbędzie się ślub — no i kto zostanie na niego zaproszony... — Tego typu słowa wciąż obijały się o jej uszy i nie za bardzo jej to odpowiadało. O ile przepadała za słuchaniem plotek, tak istniała cienka granica między rozmawianiu o innych kotach, a o bliskiej jej rodzinie — i przekraczanie tej granicy bardzo jej nie odpowiadało; w końcu nigdy nie wiadomo, czy za jej plecami ktoś nie oczernia jej rodziny. A co do ślubu… Cieszyła się ze szczęścia Łuski; zasłużył na miłość. Domyślała się, iż jego relacja z Potokiem nie zawsze była prosta, toteż cieszyła się, że mimo wszelkich przeciwności losu udało im się dojść do porozumienia i połączyć swoje ścieżki.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Przekrzywiła gwałtownie głowę, gdy czyjeś łapy wylądowały na jej grzbiecie i zwaliły ją z nóg. Zmrużyła oczy, prychając wściekle — nad nią błysnęła para figlarnych, żółtych oczu.
— Och, witaj ponownie! — zachichotał samotnik, kręcąc na boki pyskiem, jakby chciał przyjrzeć się jej pod lepszym kątem.
— Złaź ze mnie — syknęła, strzepując ogonem.
Czekot nie protestował i zgrabnie odsunął się od niej, prostując sierść na karku. Jego ogon smagał delikatnie powietrze, gdy przeniósł spojrzenie swoich złotych, niewinnych ślepi na jej lico.
— Wybacz za to najście — sprostował prędko i schylił nieznacznie łeb. — Nie chciałem cię przestraszyć, co to to nie!
Usiadła na ziemi, językiem przejeżdżając po piersi i wygładzając kilka odstających włosów.
— W porządku — rzuciła beznamiętnym głosem, unosząc delikatnie podbródek, aby spojrzeć na kocura. Ten uśmiechnął się tylko, zanim strzepnął uchem i usiadł w bezpiecznej odległości od niej.
— A właśnie… nigdy ci się chyba nie przedstawiłem, czyż nie? Imion mam wiele, ale zazwyczaj zwą mnie Harpun, jeśli cię to ciekawi. — Wyszczerzył się w uśmiechu, a ona tylko przekręciła nieznacznie głowę.
— Cóż za… nietypowe imię — stwierdziła. W rzeczywistości nie miała pojęcia, co ono znaczyło — oczywiście nie mogła dać tego po sobie pokazać. Nie miała zamiaru dawać mu tej przyjemności wyjaśnienia jej znaczenia jego imienia.
— A ty zechcesz się ze mną podzielić swoim imieniem? — Jego kolejne pytanie skutecznie wyciągnęło ją z rozmyślań. Przeniosła na niego wzrok, a cisza zawisła między nimi.
— Na imię mi Czyhająca Murena — odparła po chwili milczenia. Słowa powoli, ostrożnie opuszczały jej pysk, jakby ważyła je na języku.
I tak jeszcze przez pewien czas kontynuowała rozmowę z kocurem, aż nie nadszedł czas, aby powróciła do obozu. Nie mogła pozwolić sobie na zaniedbywanie obowiązków wojownika.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany czas odbudowy ich obozu — a co za tym idzie, wszystkie koty miały łapy pełne roboty. Naprawy szły im całkiem gładko (a przynajmniej tak to wyglądało, bowiem wojownicy — i nie tylko — całymi dniami krzątali się po koczowisku, wspólnie pracując), toteż Murena zakładała, że już niedługo uda im się opuścić tymczasowe obozowisko. Tak, jak inne koty, Czyhająca Murena również nie próżnowała i starała się spędzać jak najwięcej czasu na zajmowaniu się klanem. Tym razem spokojnym krokiem szła u boku Sterletowej Łuski — wreszcie udało jej się pobyć z nim nieco na osobności po jego ślubie. Z niewielkimi konarami wystającymi z pyska stanęli nieopodal żłobka i razem z kilkoma innymi kotami zajęli się umacnianiem ścian legowiska; tak, aby na pewno odpowiednio chroniły kociaki. Sterlet przekrzywił delikatnie głowę, wplatając jedną z trzcin między gałęzie żłobka, tym samym łatając niewielką szparę.
— Nie mogę się doczekać, gdy już skończymy pracę nad obozem — rzuciła Czyhająca Murena, pomagając jakiemuś kociakowi wpleść gałązkę w ścianę żłobka.
Sterletowa Łuska skinął głową, przejeżdżając ogonem po ziemi.
— Ja również… Jak na razie pozostaje nam ciężka praca, a wkrótce dostrzeżemy jej efekty — oznajmił, ostrożnie łapiąc między zęby kolejny, niewielki patyk i z pomocą łap umiejscawiając go w ścianie żłobka. Księżniczka przytaknęła na słowa brata, kończąc pracę nad kilkoma pędami i schylając się, aby unieść trzcinę.
— Cieszę się, że większość kotów podchodzi do tego tak entuzjastycznie. Dobrze, że powódź nie stłumiła naszego ducha — odparła, pomagając sobie pazurami z wpleceniem trzciny pomiędzy gałęzie.
Dymny uśmiechnął się nieznacznie i rzucił jakimiś pokrzepiającymi słowami — jeszcze chwilę pracowali tak, wymieniając się opiniami i uwagami, zanim nie zużyli już wszystkich zebranych przez nich wcześniej gałęzi. Księżniczka przekrzywiła delikatnie łeb, spoglądając na wojownika z ukosa.
— Może nazbieramy więcej patyków, a potem udamy się pomóc w odbudowie lecznicy? — zaproponowała, strzepując uchem.
Sterlet skinął głową.
— Jasne — wymruczał, powoli podnosząc się z ziemi.
Razem z Czyhającą Mureną opuścili zmasakrowany przez powódź obóz, aby następnie skierować się w prawo, kierując się rozległymi, nieco podmokłymi terenami Klanu Nocy. Wiatr świszczał im w uszach, gdy powoli szli przed siebie, gawędząc cicho i uśmiechając się od ucha do ucha.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Przycupnęli nieopodal reszty kotów, podając im uzbierane materiały do budowy ściany legowiska medyków, a następnie sami zabeali się do pracy; przed nimi wciąż było jeszcze wiele napraw, jednak odbudowa obozu szła im wszystkim wyjątkowo dobrze — już widoczne były niektóre zmiany. Czyhająca Murena przekrzywiła delikatnie łeb, podając Nenufarowemu Kielichowi kilka grubszych gałęzi; starsza wojowniczka zgrabnym ruchem skomponowała je odpowiednio, tworząc dobrą podstawę legowiska. Sterletowa Łuska siedział tuż obok, uszczelniając dolną partię lecznicy i komentując postępy w ich pracy.

Wykonane zadania: Umocnienie żłobka twardszymi gałęziami, trzcinami i patykami, odbudowa ścian lecznicy

Od Czyhającej Mureny CD. Samowolnej Łapy

Zamrugała raz. A potem drugi. O ile lubiła czasami porozmawiać, to nie spodziewała się aż tak rozbudowanej wypowiedzi na tak proste pytanie — ale nie mogła stwierdzić czy to tak właściwie dobrze czy źle. Przez chwilę rozważała słowa Samowolnej Łapy, bo po chwili strzepnęła ogonem i uchyliła pysk, aby odpowiedzieć:
— Nie, nie wydaje mi się — stwierdziła, poruszając wąsami. Żółte ślepia kocura wciąż uparcie wpatrywały się w nią, ani na moment nie spuszczając wzroku z jej pysku. Przekrzywiła delikatnie głowę, gdy Biedronkowe Pole, prowadząca patrolem, dała znak do wymarszu z obozowiska. — Powinniśmy już iść — oznajmiła, a następnie razem z Samowolną Łapą udali się w ślady starszej wojowniczki oraz reszty kotów. Błoto zapadało się pod ciężarem ich łap, a jednolicie szare niebo zdawało się wręcz uginać, jakby gotowe w każdej chwili spaść na głowy niespodziewających się niczego kotów. Wreszcie Biedronkowe Pole zarządziła rozdzielenie się — w ten sposób mieli upolować więcej — a Murena została przydzielona do Samowolnej Łapy. Księżniczka powoli sunęła u boku dymnego kocura, który zdawał się całkiem już pochłonięty w rozmyślaniach. Może to i lepiej. W pewnej chwili jednak Samowolna Łapa drgnął nieznacznie i odwrócił się w stronę Czyhającej Mureny.
— Chcesz sprawdzić, kto upoluje więcej ryb? — zagadnął, strzepując uchem.
Księżniczka przez chwilę rozważała jego pytanie, zanim postanowiła przystać na jego propozycję:
— Możemy spróbować.
Dymny uśmiechnął się promieniście i oba koty skierowały się w stronę brzegu. Przez chwilę chodzili tak po piaszczystym podłożu (teraz bardziej przypominającym błoto niż ciepły, suchy piach), a następnie zatrzymali się w jednym miejscu, nachylając się nad taflą wody w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Ostatecznie rozdzielili się nieco, aby nie straszyć sobie nawzajem ryb, ale Murena wciąż miała oko na Samowolną Łapę, gdyby była potrzeba interwencji — wychyliła się nieco do przodu i spojrzała w dół, na morską toń. Widziała ciemne rybie cienie, przepływające pod powierzchnią wody. Nie minęło wiele czasu, gdy wyłowiła niewielką ukleję — i tak właściwie na tym skończyło się jej szczęście, bo po chwili przyszedł do niej Samowolna Łapa z rybą w pyszczku. Kątem oka niby widziała, jak szedł w jej kierunku, ale zdawała się tak pochłonięta polowaniem, że gdy tylko zbliżył się do niej i ułożył rybę obok jej boku, podskoczyła niespodziewanie, a jej łapy osunęły się i z towarzyszącym temu głośnym pluskiem wylądowała w wodzie aż po brodę.
— Oj! Wszystko w porządku? — Samowolna Łapa nachylił się nad nią, widocznie zmartwiony.
Z pyska księżniczki uciekło ciche westchnienie, ale wygramoliła się na brzeg i zabrała się za oporządzanie futra, kątem oka zerkając na kocura.
— Tak, dzięki za troskę — rzuciła z roztargnieniem. Żyli w Klanie Nocy; odrobina wody nie mogła jej przeszkodzić... Chyba. Przekrzywiła głowę, spoglądając na dymnego.
— I co udało ci się złowić? — zapytała po chwili.

<Samowolna Łapo?>

28 sierpnia 2025

Od Czyhającej Mureny CD. Mandarynkowego Pióra

Jakiś czas temu

Łodygi traw uginały się pod ciężarem kropel rosy, a błoto rozchlapywało się po zetknięciu z łapami kotów, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Chłód wdzierał się pod futro, szczypał skórę i zaróżowiał poliki. Phi, cóż za piękna Pora Nagich Drzew. Zwierzyny ubywało, natomiast mordek do wyżywienia wciąż przybywało w postaci kociaków znajdowanych w coraz to dziwniejszych miejscach. Czyhająca Murena nie chciała nawet zastanawiać się nad tym jak te wszystkie znajdy pojawiają się w tych wszystkich zaskakująco niepokojących lokacjach — przybywało ich jak grzybów po deszczu i księżniczka nie mogła do końca stwierdzić, czy to raczej ją martwiło, czy też cieszyło.
W każdym razie o to była na kolejnym już tego dnia polowaniu — tym razem samotnym, nie licząc towarzyszącego jej głodu i przyciszonego ptasiego trelu. Z chęcią spędziłaby trochę czasu ze Sterletową Łuską, ale jej brat był zbyt zajęty tworzeniem wspaniałych wspomnień z Pluskającym Potokiem, żeby w ogóle zwrócił na nią uwagę. Nie, żeby miała mu to za złe, czy coś. Westchnęła cicho, gdy jej łapa po raz kolejny osunęła się na śliskim gruncie, sprawiając, że omal się nie przewróciła. Niech to szlag z tym błotem. W pewnej chwili coś drgnęło wśród zarośli. Czyhająca Murena zastrzygła uszami i przechyliła łeb, schylając się nieznacznie. Do jej nozdrzy nie dotarła jednak woń zwierzyny, tylko znajomy, samotniczy zapach. Zmrużyła oczy. Znowu on.
— Czego chcesz tym razem? — rzuciła w kierunku czekota, który akurat w tym momencie wyłonił się z zarośli.
Kocur strzepnął ogonem i wygiął kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
— Tylko porozmawiać — oznajmił, siadając nieopodal niej; wciąż jednak nie przekraczał granicy, zachowując bezpieczny dystans.
Księżniczka zmarszczyła brwi i usiadła na ziemi, owijając ogon wokół łap.
— Pogoda ostatnio nie dopisuje, czyż nie? Ach, czekam z upragnieniem na trochę słońca… — stwierdził z rozmarzeniem i spojrzał w górę. — Wam też zapewne ciężko coś upolować w tak trudnych warunkach… O ile w okolicy w ogóle są jeszcze jakieś gryzonie.
Czyhająca Murena milczała przez chwilę, przyglądając się mu uważnie.
— Klan Nocy dobrze sobie radzi — skłamała.
Czekot pokiwał głową i przesunął ogonem po ziemi.
— W to nie wątpię, oczywiście! — sprostował prędko, uśmiechając się pogodnie. — Ale na pewno jest ciężej, niż w cieplejsze pory… W każdym razie cieszę się widząc, że wszystko u was w porządku!
Te słowa zbiły ją nieco z tropu. Oczywiście, że mógł kłamać… ale zabrzmiał wyjątkowo… szczerze? Zamrugała kilka razy.
— Ach, tak… To dobrze — odparła prędko. — Wybacz, muszę już iść.
I poszła.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Po powrocie z obozu odłożyła na stos marnie wyglądające ofiary, po czym usiadła w rogu koczowiska, aby zająć się czyszczeniem sierści. Zanim jednak zdążyła na dobre oporządzić swoją sierść, nieopodal niej przeszła Mandarynkowe Pióro. Czyhająca Murena przekrzywiła nieznacznie głowę, a następnie (po chwili wahania) podniosła się z ziemi, aby stanąć przy matce.
— Witaj — zaczęła, a jej prawy kącik ust drgnął w delikatnym uśmiechu. — Masz może chwilę?
Zastępczyni skinęła powoli głową.
Murena przez chwilę milczała, zanim strzepnęła ogonem i odezwała się ponownie:
— O moje uszy obiła się parę razy plotka o twojej znajomości z Wężynowym Kłem... Zastanawia mnie, co ty twierdzisz o tym wszystkim.
Poruszyła wąsami, uważnie obserwując kocicę. Słowa Kijankowych Moczar od dłuższego czasu echem odbijały się w jej głowie, więc postanowiła wziąć tę sprawę we własne łapy.

<Mamo?>

11 sierpnia 2025

Od Czyhającej Mureny do Samowolnej Łapy

Zmrużyła z rozbawieniem oczy, gdy Porywisty Sztorm z hukiem wskoczyła do wody, rozbryzgując na boki wodę. Chłodna fala uderzyła w Czyhającą Murenę, a wilgoć uczepiła się jej futra. Otrzepała przemoczoną sierść i przeniosła wzrok na starszą kotkę. Wojowniczka wynurzyła głowę znad tafli wody, a następnie zaniosła się głośnym śmiechem, na co księżniczka tylko pokręciła głową.
— Pewnie wypłoszyłaś już wszystkie ryby przez te swoje wygłupy — zauważyła, jakby od niechcenia przejeżdżając ogonem po ziemi.
Szylkretka tylko machnęła łapą, gramoląc się na brzeg.
— I tak już dzisiaj dużo upolowałyśmy — stwierdziła, najwidoczniej nie tracąc zapału i uśmiechnęła się promieniście, po czym strząsnęła z futra krople wody i wskazała nosem na niewielką stertę ryb nieopodal nich. Czyhająca Murena spojrzała na nią kątem oka. Niby miała rację… Dzisiaj z rana postanowiły udać się na wspólne polowanie, co oczywiście było pomysłem Sztorm — Murena postanowiła jednak przystać na propozycję starszej. W końcu jedzenia nigdy nie za wiele, czyż nie?
— To co, wracamy do obozu? — zapytała po chwili Sztorm, przekrzywiając nieznacznie łeb. — Swoją drogą dzięki, że zgodziłaś się mi towarzyszyć; nikt inny nie chciał!
Pomarańczowooka skinęła powoli głową, w zamyśleniu ruszając po upolowane przez nią ryby. Schyliła się, aby podnieść kilka ofiar; połowę złowioną przez jej towarzyszkę zostawiła, po czym zrobiła kilka kroków w przód i zatrzymała się, czekając aż wojowniczka do niej dołączy. Pogoda była fatalna; błoto osuwało się pod ich łapami, wiatr dął w korony drzew a ciężkie, burzowe obłoki z trudem snuły się po niebie, o delikatnej mżawce już nie wspominając. Rześki zapach wilgoci unosił się w powietrzu, subtelnie spowijając okolicę, gdy tak obie wojowniczki sunęły przed siebie.
Gdy wreszcie dotarły do obozu, noc wkradała się już na niebo. Podczas wędrówki ich futra zdążyły wyschnąć, jednak chłód wciąż im dokuczał, szczypiąc nieustępliwie. Murena pożegnała się z Porywistym Sztormem, odłożyła upolowaną przez siebie zwierzynę i skierowała się do legowiska wojowników. Coś tam mruknęła do Zmierzchającej Łapy, przywitała się ze Sterletową Łuską i z czystej uprzejmości zapytała Różaną Woń o zioła — ostatecznie skończyła gdzieś poza obozem, z zadaniem odnalezienia kilku pajęczyn, bo podobno skończył się ich zapas.

───⊹⊱✫⊰⊹───

— Lubisz wróble, że tak obserwujesz tego ptaka? Mówiąc szczerze, wyglądasz jak ktoś, kto przepada za oglądaniem tych stworzeń sunących po niebie.
Ten głos. Wzdrygnęła się i otworzyła szerzej oczy, powoli odwracając się w kierunku źródła głosu i odrywając wzrok od ptaka skaczącego po ziemi. Na osty i ciernie, wiedziała, że trzeba było go zabić… Samotnik tylko zachichotał, widocznie rozbawiony jej reakcją. Spojrzenie księżniczki stwardniało.
— Mylisz się — odparła chłodno, obserwując go uważnie. Zmrużyła delikatnie ślepia, a sierść na jej karku uniosła się powoli. Przyszła tu zapolować, a nie bawić się w te jego głupie gierki...
— Och, ale nie ma potrzeby, aby się tak denerwować! Przyszedłem tylko na chwileczkę — oznajmił czekot, strzepując ogonem. — Chciałem trochę porozmawiać, ale skoro nie jesteś chętna…
Miał rację. Nie była.

───⊹⊱✫⊰⊹───

Powoli szła u boku Samowolnej Łapy; byli na porannym patrolu. Mieli się rozdzielić, aby zwiększyć szanse na upolowanie czegoś i została przydzielona do niego. Nie protestowała, chociaż nigdy nie miała zbyt wiele wspólnego ze starszym kocurem. Znała go tylko z zasłyszanych gdzieś plotek oraz historii Mżącego Przelotu, która niegdyś opowiadała o nim Algowej Strudze, gdy Czyhająca Murena była jeszcze uczennicą. Księżniczka strzepnęła ogonem, wzrokiem lustrując otoczenie. Niesprzyjający kierunek wiatru utrudniał jej wywęszenie czegoś, więc musiała w większości polegać na innych zmysłach. Gdy tak szła obok kocura przez jej umysł przebiegało kilka myśli. Wreszcie przerwała ciszę:
— To… co u ciebie? — zapytała, kątem oka zerkając na żółtookiego. Nie za bardzo wiedziała, o czym powinna z nim porozmawiać. Zapytać o wydarzenia w klanie?

<Ee, Samowolna Łapo?>

Od Czyhającej Mureny CD. Zmierzchu (Zmierzchającej Łapy)

Ostrożnie przechyliła łeb, gdy znajomy głos dotarł do jej uszu. Powoli odwróciła się, a jej oczy błysnęły nieznacznie, kiedy to wkroczyła do przytulnego wnętrza lecznicy i stanęła nieopodal Zmierzchu oraz Różanej Woni, mierząc ich spokojnym wzrokiem.
— Coś się stało, Różana Woni? — zapytała, mrużąc przyjaźnie oczy.
Medyczka wskazała głową na znajdę, ogonem smagając powietrze.
— Mogłabyś zaprowadzić go do żłobka i przekazać Kotewkowemu Powiewowi? Jestem nieco zajęta, a ty przytargałaś go tutaj do obozu… Uznałam więc, że z chęcią pokażesz mu wszystko, co trzeba — oznajmiła, zanim, nie czekając na odpowiedź, ruszyła do składziku z ziołami:
— Dzięki, Mureno! — rzuciła przez ramię.
Księżniczka westchnęła cicho, jednak na jej pysku wciąż widniał delikatny uśmiech. Odwróciła się w kierunku malca, a jej wzrok nieco złagodniał; przynajmniej na tyle, na ile mógł w obliczu obcego kociaka.
— Hej, maluchu. Co tam?
Kocurek przekrzywił główkę, przez chwilę obserwując wojowniczkę z zaciekawieniem, zanim uśmiechnął się wesoło i odpowiedział:
— W porządku! Tak myślę… To wszystko jest strasznie nowe, ale koty tutaj są wyjątkowo miłe! — zaświergotał pogodnie, szczerząc maleńkie kiełki w uśmiechu.
Czyhająca Murena skinęła łbem, a jej oczy błysnęły.
— Cieszę się, że tak twierdzisz — odpowiedziała spokojnie. — W takim razie zakładam, że jesteś gotowy na przenosiny do żłobka, czyż nie?
Zmierzch przez chwilę wyglądał, jakby się wahał, ale potem pokiwał energicznie łepetynką i w podskokach skierował się do wyjścia z legowiska medyków, stając przy przejściu.
— Idziemy?
Księżniczka uśmiechnęła się ciepło na jego pytanie i przytaknęła mu, razem z nim opuszczając lecznicę i kierując się do żłobka. W trakcie ich krótkiej przechadzki odpowiedziała na kilka prostszych pytań znajdy, a gdy tylko zawitali w jego nowym legowisku, nakazała mu uprzejmie przywitać się z wszystkimi znajdującymi się tam kotami, co zrobił bez najmniejszego problemu, radośnie witając nowych współklanowiczów. Czyhająca Murena jeszcze chwilę siedziała z nim w żłobku, w milczeniu przysłuchujący się jego rozmowom z Kotewkowym Powiewem oraz upewniła się, że kociak dobrze się czuje i nie będzie sprawiać kłopotów piastunce; dopiero potem opuściła zaciszny żłobek, aby zapolować i zająć czymś myśli, które wciąż krążyły wokół małej znajdy. Czy dobrze spisze się jako członek ich klanu?

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───
Jakiś czas po powodzi

I znowu te same ślepia. Miał już się tu więcej nie pokazywać, czyż nie? A jednak zignorował jej groźby… Z trudem powstrzymała się od rzucenia mu się do gardła, gdy rozpoczął tę swoją przemowę.
— Och, przepraszam cię najmocniej! Sądziłem, że nie mogę pałętać się po terenach Klanu Nocy, nie po terenach obok… Nie miałem nic złego na myśli, oczywiście! Po prostu tak fascynuje mnie ta okolica, no i spotkania z tobą również nie są takie najgorsze — stwierdził rozmarzonym głosem czekot, przechadzając się wśród drzew; kątem oka wciąż jednak obserwował księżniczkę uważnie, z tym samym tajemniczym błyskiem… — No wiesz, życie samemu bywa nudne — dodał po chwili.
Parsknęła na jego słowa.
— Jeśli wychylisz choć wąs na tereny Klanu Nocy lub odważysz się zapolować tutaj albo w okolicy to wiedz, że zabiję cię bez wahania. Nie masz czego tu szukać — oznajmiła chłodno.
Był samotnikiem… powinna była zabić go kilka wschodów słońca temu. Nie miała nawet okazji powiadomić o nim Spienionej Gwiazdy; liderka była ostatnio zbyt zabiegana przez tę całą powódź, a Murena nie chciała się narzucać.
— Ach, oczywiście! Wierzę ci i trzymam cię za słowo. — Wygiął kąciki ust w zadziornym uśmiechu. — A właśnie… wciąż nie zdradziłaś mi swego imienia. Może zechcesz się przedstawić, hę? — Zatrzepotał rzęsami, na co ona tylko zmrużyła oczy i uderzyła ogonem o tylne łapy.
— Nie zamierzam dzielić się z tobą informacjami o mnie, samotniku. Nie jesteś tu mile widziany, a co za tym idzie, moje imię na nic ci się nie zda. Liczę na to, że nigdy więcej nie będzie nam się już dane spotkać. Żegnaj.
I mówiąc to, krótkim machnięciem ogona pożegnała go i odwróciła się, oddalając się w głąb terenów Klanu Nocy. A mimo swojej spokojnej fasady, jej myśli i emocje pędziły jak szalone. Nie zasłużył na jej szacunek i zaufanie, nie wierzyła w żadne jego słowo… A jednak w jej umyśle zostało zasiane ziarno wątpliwości, o ile nie dwa. Coraz częściej spotykała go gdzieś — niby przypadkowo, niby nie. Czasami wyglądał, jakby jej szukał, a czasami jakby rzeczywiście tylko podziwiał okolicę lub wypoczywał; a to niepokoiło ją jeszcze bardziej. To nie wyglądało jak zwykły przypadek czy zbieg okoliczności — bardziej jakby rzeczywiście oczekiwał spotkań z nią… tylko dlaczego? Czy należał do tamtej grupy samotników? Planował zemstę? Gdzie mieszkał? Jakie były jego motywy? Tak wiele pytań a tak mało odpowiedzi… To było wręcz bolesne.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ─── 

Właśnie skończyła jeść całkiem niczego sobie płotkę, gdy dostrzegła Zmierzchającą Łapę, wkraczającą do obozu po kolejnym treningu u boku Wężynowego Splotu. Raczej nie spędzała z kocurkiem zbyt wiele czasu, ale wciąż czuła obowiązek doglądania go, a z racji, że nie robiła już tego od pewnego czasu, postanowiła dopytać się, co u niego. No i oczywiście nie podobał jej się wybór mentora dla młodziaka, ale to już musiała przemilczeć.
Podniosła się z ziemi, kierując się w jego stronę. Stanęła przed uczniakiem, przekrzywiając nieznacznie głowę i mierząc go spokojnym, uważnym spojrzeniem.
— I jak tam, maluchu? Zdążyłeś się już zadomowić w Klanie Nocy? Słyszałam od kilku kotów, że bardzo chętnie się uczysz i dobrze sprawujesz się jako uczeń, co bardzo mnie cieszy — stwierdziła, unosząc prawy kącik ust w delikatnym uśmiechu. Jej ciepłe, pomarańczowe oczy zmrużyły się nieznacznie, gdy tak przyglądał się znajdzie. Mimo upływu księżyców wciąż nie potrafiła patrzeć na niego jak na ucznia, a nie kociaczka znalezionego przez nią w krzakach, toteż wciąż nazywała go maluchem. Zabawne, czyż nie? Musiała niedługo przestać… pewnie kociaki w tym wieku złoszczą się już o takie rzeczy.

<Maluchu?>

10 sierpnia 2025

Od Czyhającej Mureny

Powoli przemierzała zalesione połacie terenu; słońce przebijało się przez gęste korony drzew, rzucając blade promienie na kark księżniczki. Dzień był wyjątkowo spokojny, a osnute chmurami niebo zdawało się uginać pod ich ciężarem. Czyhająca Murena ostrożnie stawiała łapy na ziemi; mróz wdzierał się pod jej sierść, nieustępliwie szczypiąc skórę. Pociągnęła nosem — ostatnio doskwierał jej jakiś okrutny katar, który za nic nie chciał minąć. Musiała wkrótce udać się z tym do Różanej Woni. Rozejrzała się po okolicy, gdy przystanęła, aby zapolować. Od zalania obozu oraz śmierci Bursztynowego Brzasku nic nie było już takie samo — wszystko wydawało jej się jakieś obce, odległe… Minęło już trochę czasu od jego odejścia, a ona wciąż nie mogła pogodzić się z jego utratą. Coraz więcej czasu spędzała poza obozem.
I dokładnie w tej samej chwili, w której do nozdrzy Mureny dotarła delikatna woń zwierzyny, usłyszała szelest liści. Zastrzygła uszami. To nie brzmiało jak niewielki gryzoń; bardziej jak... kot? Otworzyła nieco szerzej oczy i omiotła wzrokiem las. I znów ten sam dźwięk. Dobiegał... z góry? Serce zabiło jej mocniej w piersi, gdy napięła mięśnie, powoli unosząc podbródek, aby jej spojrzenie napotkało parę jasnych, błyszczących figlarnie ślepi. A chwilę później czyiś… rozbawiony, czekoladowy pysk nachylił się nad nią, zwisając z niskiej gałęzi. Nie zastanawiała się wiele — błysnęły pazury i rzuciła się na obcego kota, zrzucając z konaru drzewa i przygważdżając go do ziemi. Obnażyła kły.
— Czego tu szukasz? — warknęła, mrużąc oczy.
Czekot uśmiechnął się promieniście i zachichotał, zachowując rozbawioną, figlarną fasadę. To tylko jeszcze bardziej podjudziło kocicę. Nachyliła się nad kocurem, posyłając mu lodowate spojrzenie.
— Och, wybacz, że cię niepokoję! Przechadzałem się po tej cudnej okolicy, jednakże nieco zbłądziłem — zaświergotał, uchylając powieki i przyglądając się uważnie księżniczce. — Czyżby coś się stało?
Przechylił nieznacznie łeb i zatrzepotał rzęsami. Żałosne.
— Nie powinieneś błąkać się po terenach Klanu Nocy — wysyczała, obserwując go uważnie. — Skąd pochodzisz?
Uniósł brwi z widocznym zaskoczeniem. Przez chwilę milczał, zanim z jego gardła wydobył się cichy śmiech.
— Proszę wybaczyć mi moją nieuprzejmość! Żyję… o tam, w lesie, daleko stąd… — Wskazał łbem gdzieś za siebie. — …a przynajmniej tak zakładam, bo dość długo wędrowałem między drzewami, podziwiając widoki i napawając się pięknem natury. — Wyszczerzył kły w przepraszającym uśmiechu. — Ale oczywiście jeśli przeszkadzam, to postaram nie zapuszczać się w te strony.
Czyhająca Murena przez chwilę milczała. Nie wierzyła w ani jedno słowo opuszczające pysk tego plugawego stworzenia… ale bezpodstawnym byłoby go zabijać.
— Tym razem pozwolę ci odejść. Nie łudź się jednak na tyle szczęścia, jeśli jeszcze raz zapuścisz się na tereny Klanu Nocy. Nie wolno ci tu przebywać, a tym bardziej polować — oznajmiła, puszczając kocura. Wciąż jednak mierzyła go czujnym spojrzeniem, przy okazji kątem oka rozglądając się w poszukiwaniu innych kotów. Ciężko jej było uwierzyć, że to był zwykły przypadek… Może nie udało im się przepędzić wszystkich samotników? Co, jeśli to była zasadzka?
Czekoladowy wypuścił powietrze z płuc z ulgą i schylił przed nią nieznacznie łeb.
— Ach, dziękuję za twą uprzejmość — wymruczał. Zmrużyła oczy.
— Nie dziękuj mi. Opuść tereny Klanu Nocy. Już — wycedziła i strzepnęła ogonem. To wszystko wydawało jej się dziwnie podejrzane...
Nieznajomy nie protestował jednak; posłał jej ostatni uśmiech i z nieodgadnionym wyrazem pyska odwrócił się za siebie, zmierzając w kierunku granicy Klanu Nocy. Skoro się zgubił, skąd wiedział, jak opuścić ich terytorium? A może nie wiedział? Szedł za zapachem? I dlaczego jego figlarne ślepia zostały tak dobrze wyryte w jej pamięci? Patrzył na nią tak długo, jakby starał się doszukać czegoś… czegoś. Nie, popadała w paranoję… To wszystko przez tę całą wojnę i powódź — zaczynała odchodzić od zmysłów… Musiała ostrzec przed nim Spienioną Gwiazdę, to tyle.

08 sierpnia 2025

Od Czyhającej Mureny CD. Czereśniowego Pocałunku

Przez chwilę milczała. Jej wzrok błądził po chmurach, swobodnie płynących po szarym nieboskłonie, po rozległych terenach Klanu Nocy. Szmaragdowe łodygi traw drgały delikatnie, poruszane przez wiatr, gałęzie rozłożystych drzew wtórowały im, a ptasie trele roznosiły się po okolicy, swym dźwiękiem przepełniając całą przestrzeń. Powoli wypuściła powietrze z płuc, ostrożnie kładąc się na ziemi. Trawa delikatnie muskała jej lico, gdy ułożyła pysk na łapach, a następnie przeniosła swoje zrezygnowane spojrzenie na Czereśniowy Pocałunek. Kosmyki jej dwubarwnego futra poruszały się, gnane przez podmuchy wiatru, a ciepłe oczy uważnie przyglądały się księżniczce, gdy ta milczała. Minęło kilka uderzeń serca, zanim Czyhająca Murena odpowiedziała:
— Sama nie wiem, Czereśnio… Po prostu… to wszystko wydaje się strasznie niewłaściwe. Zraniłam Szałwiowe Serce i… i już nawet ze sobą nie rozmawiamy, a ja nie wiem, co robić.
Przerwała, jakby starając się zebrać myśli i wzięła głęboki wdech, zanim kontynuowała mówienie:
— Ta cała sytuacja jest… strasznie skomplikowana… i trochę się pogubiłam — przyznała wreszcie, odwracając pysk. Jej wzrok powoli sunął po otoczeniu, uważnie je lustrując, gdy cisza zawisła między dwoma kotkami. Kątem oka dostrzegła drganie wąsów Czereśniowego Pocałunku, jej dziwny, nieodgadniony błysk w ślepiach… Może jednak nie powinna nic mówić? Może lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu milczenie? Przeczekanie problemu? Przejechała ogonem po ziemi, momentalnie mrużąc oczy i czekając na odpowiedź szylkretki. Czuła, jak mimowolnie serce wali jej w piersi. Bała się odpowiedzi, którą mogła dostać.

<Czereśnio?>

31 lipca 2025

Od Czyhającej Mureny

Wiatr dął w korony drzew, a lepkie błoto wślizgiwało się pomiędzy paliczki kocicy; chłód szczypał jej pysk, nos, oczy i bezlitośnie podgryzał skórę. Zrobiła kolejny krok do przodu. Blade światło przedzierało się przez liście, ogrzewając kark Czyhającej Mureny.
Rozglądała się za materiałami do odbudowy legowisk — czasem podniosła jakąś gałąź, czasem pojedyncza kępka mchu rzuciła jej się w oczy. Nenufarowy Kielich wcześniej zaproponowała jej pomoc przy pracy, ale delikatnie odmówiła. Potrzebowała czasu, aby pogodzić się ze stratą Bursztynowego Brzasku; czasu spędzonego na samotnych przechadzkach, z własnymi, zdecydowanie zbyt natarczywymi myślami. A przynajmniej tak utrzymywała.
Delikatnie zmrużyła ślepia, gdy w oddali dostrzegła mech, porastający pień drzewa. Ostrożnie zbliżyła się do niego i zeskrobała roślinę, chwytając ją w szczęki, a następnie, machnąwszy ogonem, odwróciła się i ruszyła dalej, tym razem w kierunku obozu — taka ilość mchu powinna starczyć na conajmniej jedno posłanie.
Ich prowizoryczne obozowisko nie było niczym przyjemnym; chłód wdzierał się do legowisk i wilgoć moczyła ich posłania, toteż wszyscy chcieli jak najprędzej odbudować koczowisko, w czym nie było nic dziwnego.
Wojowniczka strzepnęła ogonem i poruszyła wąsami, powolnym krokiem przemierzając las. Ostatnio nie sypiała i nie jadała najlepiej — po części dlatego, że nie miała na to czasu, a po części dlatego, że nie miała nawet takiej możliwości; za każdym razem, gdy zamykała oczy, widziała pysk Bursztynowego Brzasku. Widziała krew, słyszała wrzaski. Jego śmierć nie dawała jej spokoju.

────⊹⊱✫⊰⊹────

Razem z Porywistym Sztormem przechadzała się po obozie, w poszukiwaniu niebezpiecznych przedmiotów, przyniesionych przez fale. Starsza wojowniczka przy okazji gawędziła żywo, znajdując tematy do rozmowy w każdej sytuacji; tym razem kocica żaliła się Czyhającej Murenie na powódź.
— I teraz musimy tak ciężko pracować, jakby polowania i patrole to nie było już wystarczająco dużo! — oznajmiła, kręcąc łbem. Jej wzrok wlepiony był w ziemię, gdy rozglądała się za czymś, co mogłoby stanowić zagrożenie dla kotów.
Murena skinęła łbem, ale nic nie odpowiedziała. Schyliła się tylko, aby ostrożnie złapać ostrzejszy kamień w zęby, który potem miała zamiar wyrzucić z obozu. Porywisty Sztorm za to kontynuowała swoje wywody:
— Słuchasz mnie, Mureno? Ach, tak nieprzyjemnie śpi mi się w tym tymczasowym legowisku… nie mogę się doczekać, gdy już skończymy naprawę obozu i będziemy mogli wrócić do domu! — miauknęła, gestykulując żywo, po czym podniosła kawałek ostro zakończonego szkiełka z ziemi.

Wykonane zadania:
Zebranie budulca na nowe legowiska
Usunięcie niebezpiecznych przedmiotów naniesionych przez fale

20 lipca 2025

Od Czyhającej Mureny CD. Czereśniowego Pocałunku

Nie wiedziała, co powinna czuć. Nie miała pojęcia, w jaki sposób wypadało jej odpowiedzieć — może po prostu wycofać się? Szybko wyjaśnić nieporozumienie, zaprzeczyć swoim własnym wyznaniom. A mimo tego, co podpowiadał jej umysł, nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Dlatego milczała. Ta pozorna cisza kryła jednak w sobie coś więcej; coś, co wciąż nie dawało spokoju wojowniczce. Jakieś dręczące poczucie winy, jakiś nieodgadniony ból. Coś, co miało co noc zmywać sen z jej umęczonych powiek. Popełniła błąd. Jakiś straszliwy, nieznany jej błąd. Zgubiła coś po drodze. Może pośród walczących kotów, jakaś cząstka niej samej zagubiła się, przykryta przez krew i piach, na zawsze pogrzebana na wojennej ziemi, a może to tylko widok Szałwiowego Serca sprawił, że coś w niej pękło na zawsze. Coś, czego nie była w stanie już uleczyć. Wszystko się sypało zbyt prędko… zbyt szybko traciła sprzed oczu to, co było ważne. Czuła, że błądziła po omacku. Jak ślepy bez przewodnika, mąciła w nieprzeniknionej ciemności; bez drogi i bez światła. Brakowało jej wskazówek, coś ciągle umykało jej bystrym oczom. Jakiś szczegół… Więc ułożyła głowę na barku Czereśniowego Pocałunku i pozwoliła sobie myśleć, że wszystko było w porządku. Że tak powinno być. Nieważne, co podpowiadał jej instynkt.

─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───

Jakiś czas przed rozmową z Szałwiowym Sercem

Jasne smugi światła przedzierały się przez szpary w legowisku, rozświetlając wnętrze schronienia. Miarowe oddechy innych wojowników wypełniały uszy Czyhającej Mureny, gdy spokojnymi pociągnięciami języka czyściła swoją jasną sierść. Tego wieczoru nie była w stanie zmrużyć oka; jej umysł wciąż nawiedzał niewyjaśniony lęk za każdym razem, gdy przymykała powieki. Liczyła, że jej związek z Czereśnią pozostanie w tajemnicy, ale plotka dotycząca ich związku prędko rozeszła się po obozie, przez co straciła kontrolę. Czuła na sobie nieprzychylne spojrzenia Szałwika, ale nie winiła go za to, że przestał z nią rozmawiać i po prostu z pokorą przyjmowała ostre spojrzenia rzucane w jej stronę. Zamiast dodać mu otuchy, tylko bardziej go przybiła. Zawiodła.
Nagle do nozdrzy księżniczki dotarł znajomy jej, kwietny zapach i obok siebie wyczuła obecność Czereśniowego Pocałunku. Kocica przycupnęła przy niej i chwilę przyglądała się jej obliczu, zanim przerwała ciszę:
— Wydajesz się zmartwiona — stwierdziła, marszcząc brwi. — Wszystko w porządku?
Księżniczka spuściła łeb, wzdychając cicho. Nie potrafiła w pełni cieszyć się obecnością kotki, gdy gdzieś tam był Szałwik, nienawidzący ją z całego serca. Odwróciła wzrok, uciekając nim gdzieś daleko i ponownie uniosła pysk.
— Tak, po prostu… — zaczęła, nerwowo poruszając wąsami. — Nieważne. Chcesz razem udać się na polowanie?

<Czereśnio?>




24 czerwca 2025

Od Czyhającej Mureny CD. Szałwiowej Łapy (Szałwiowego Serca)

— Och, można tak powiedzieć. — Odwróciła łeb w kierunku brata, uśmiechając się jednym kącikiem ust. Wzrokiem powędrowała w dół, zatrzymując się na jego zdobyczy. — Duża ryba; jak tak dalej pójdzie, na pewno prędko zostaniesz mianowany.
Liczyła, że jej słowa zabrzmiały choć trochę pokrzepiająco, jednak najwidoczniej to nie podziałało; Szałwik zrobił tylko zbolałą minę, wpatrując się w swoje łapy.
— Dzięki… — wymamrotał.

─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───

Niebo było znacznie spokojniejsze niż ostatnio; chmury, dotąd ciężkie i ciemne, teraz zdawały się z lekkością frunąć po błękitnym nieboskłonie. Nawet słońce jakby zwolniło, wychynęło zza obłoków i uraczyło koty paroma jasnymi promykami, rozświetlając tereny Klanu Nocy. Nienaruszona tafla wody mieniła się jaskrawymi barwami, kontrastującymi z ciemnymi rybimi cieniami, co jakiś czas przemykającymi pod powierzchnią wody. Murena przejechała ogonem po nagrzanym piasku, paliczkami delikatnie muskając opalizujące zwierciadło. Ten drobny ruch wywołał nagłą lawinę; maleńkie fale przecięły wodę, na moment wzburzając toń. Okręgi zarysowały się na tle innych, zwężając się i rozszerzając miarowo. Dopiero po chwili wszystkie nierówności zniknęły, ustępując gładkiej jak sierść tafli.
Ptasie trele rozbrzmiewały w całej okolicy, wciskając się do uszu księżniczki - dzień jakich wiele, a jednak mimo tego pozornego spokoju Murena nie była w stanie prawdziwie odpocząć. Jej myśli wciąż dręczyły ostatnie wydarzenia. Wojna z samotnikami pozostawiła piętno na wielu kotach… w tym na niej. Odgłosy walki nie zdążyły jeszcze na dobre ucichnąć w głowie księżniczki, a już zaczęła uderzać w nią fala kolejnych, coraz to gorszych problemów. Problemów, które sama wokół siebie tworzyła… Gdyby umiała trzymać język za zębami… Nigdy do niczego by nie doszło. A teraz? Była jak zwierzyna po czujnym okiem łowcy. Nie wiedziała tylko, kto nim był. I dlaczego każdego dnia musiała opuszczać swoje legowisko i udawać, że właśnie nie popełniła ogromnego błędu, który kosztował ją tyle łez i relacji z bliskimi jej kotami? Dlaczego to wszystko było takie ciężkie? Czereśnia… była teraz jedynym kotem, z którym wszystkiego jeszcze nie zniszczyła. A ona tak bardzo nie chciała zostać sama. Bała się. Chodziła w kółko, brodząc po uszy we własnoręcznie wykreowanych problemach i zamykając się w niekończącym się cyklu. Żałowała. Tak bardzo żałowała swoich czynów.
Westchnęła cicho, chyląc łeb ku lustrze, w którym zarysowało się jej blade lico. Wysunęła łapę przed siebie, gwałtownym ruchem przejeżdżając paliczkami po tafli. Jej pysk na chwilę zniknął, skryty za wzburzonymi falami. I nagle, gdy woda na powrót się wyrównała, dostrzegła parę jasnych oczu.
— Szałwiku? — Zastrzygła uszami, rzucając bratu krótkie, niepewne spojrzenie.
Point odwrócił się i spojrzał na nią zza barku. Na jego pysku nie było widać uśmiechu. Patrzył tak przez kilka przeciągłych uderzeń serca, nie odrywając wzroku od kotki i milcząc jak zaklęty.
— Co? — odezwał się w końcu pretensjonalnym tonem.
Księżniczka skuliła się, jakby właśnie oberwała łapą w brzuch i strzepnęła nerwowo ogonem. Z trudem utrzymywała się na łapach; czuła, jak palące poczucie winy spoczywa na jej barkach, wręcz przygniatając ją do ziemi.
— Gdzie idziesz? — wymamrotała, wkładając mnóstwo wysiłku w unikanie chłodnego spojrzenia brata.
Wiedziała, że popełniła błąd. Ale… chciała to naprawić, czyż nie?
— Nigdzie? — prychnął wojownik, ogonem smagając powietrze.
— Oh. — Ciche westchnienie uciekło z pyska kocicy. Nerwowo poruszyła wąsami, wpatrując się w swoje łapy. — Ja… nie chciałam… wiesz o tym, tak?
Prychnął.
— Nawet mi nic nie mów.
Spuściła wzrok, kierując go na swoje pazury.
— To… to było przez przypadek… Nie przemyślałam tego, okej? — wydusiła.
Przewrócił oczami.
— Nie wiem w jaki sposób przypadkiem można stać się czyjąś partnerką, ale w porządku — burknął, urywając na chwilę. — W porządku. Bądź nią sobie. I tak mnie to nie obchodzi — dodał sarkastycznym, podniesionym tonem.
Jej serce ścisnęło się z żalu; wiedziała, że straciła coś, czego nie była już w stanie naprawić, nieważne jak bardzo by tego chciała. Zepsuła wszystko; zdradziła Szałwika. 
— Przecież widzę, że cię to obchodzi — westchnęła. — Mogę... mogę z nią zerwać!
Nie mogła. Bez namysłu rzuciła słowa na wiatr, jakby właśnie nie mówiła o jedynym kocie, który chciał jej jeszcze słuchać.
Szałwiowe Serce znów nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
— Nie — wymruczał, brzmiąc na zrezygnowanego, po czym znów zamilkł. — Przecież nie mogę ci tego zabronić. Tylko... — Wyglądał, jakby intensywnie szukał w głowie odpowiednich słów i bił się ze swoimi myślami. Wygiął pysk, jakby zaraz miał już coś powiedzieć... Po czym westchnął, wypuszczając z siebie całą nabudowaną energię. — Ech.
Czyhająca Murena zmarszczyła nieznacznie nos, mrużąc oczy.
— No to czego chcesz? — zapytała podniesionym głosem.
W przeciągu zaledwie chwili Szałwik znów napiął się, wygiął grzbiet i nastroszył na nim sierść.
— Nie wiem! Może po prostu nie wiem, czego chcę! — syknął. — Podoba ci się taka odpowiedź?!
— Co jeśli ci powiem, że nie? Dlaczego wszystko tak komplikujesz?! Obrażasz się, odcinasz, nie mówisz czego chcesz, a na końcu oczekujesz, że jakoś to wszystko naprawię!
— A może po prostu mogłaś pomyśleć, zanim ze wszystkich kotów, jakie są w Klanie Nocy i poza jego granicami, wybrałaś akurat ją!
— Miłości się nie wybiera!
— Mi to mówisz? To ty się na to porwałaś wiedząc doskonale, kim ona jest i jak ja się czuję. Tego się po prostu nie robi! Nie wiem, czego ty nie rozumiesz!
Nastała chwilowa cisza. W jednej chwili Murena uspokoiła się. Spuściła łeb, opuściła barki i głośno wypuściła powietrze z płuc, ogonem zamiatając ziemię. Miał rację. Chyba. Choć tak bardzo nie chciała mu tego przyznać… to ona popełniła błąd. Nie on. Siedziała więc w milczeniu, a jej umysł zaprzątała tylko jedna myśl - czy Szałwik kiedykolwiek jej wybaczy?

<Szałwiku?>