— No wiesz, zachowanie higieny jest bardzo ważne — odparła po chwili. — To, czy inne kociaki się myją, to już sprawa ich mam. A ty, zwłaszcza jako członek rodu, musisz pamiętać o czystości.
Przejechała ogonem po ziemi i strzepnęła uchem, po raz kolejny przejeżdżając językiem po czole synka. Dobrze mu to tłumaczyła? Nie wydawał się szczególnie przekonany... A może powinna dać mu więcej swobody? Sama nie wiedziała... Nie chciała, żeby Klekotek czuł na sobie zbyt dużą presję ze względu na swoje pochodzenie, ale nie chciała też przegiąć w drugą stronę.
Maluch położył po sobie uszy.
— Aha... Rozumiem — powiedział i na moment umilkł, aby zająć się własnymi myślami. Po dłuższej chwili powiedział, podnosząc mocno głowę, wyginając się do tyłu. — A czy to znaczy też, że jeśli ja cię kocham mocniej niż reszta kocha swoją mamę, to powinienem lizać cię językiem?
Przerwała na chwilę czyszczenie synka, aby spojrzeć na niego z zaskoczeniem; przez chwilę obserwowała jego mordkę, zanim parsknęła z rozbawieniem.
— Nie, to tak nie działa — wymruczała, kiwając nieznacznie głową. — To mamy myją swoje kociaki, a nie na odwrót. Ja potrafię zrobić to sama; ty też będziesz, jak nieco podrośniesz.
Klekotek kiwnął łebkiem na znak, że zrozumiał. Najwidoczniej coś jednak dalej nie dawało mu spokoju, bo po chwili znów zabrał głos:
— A Pani Kotewka? — zapytał, wgapiając się w matkę, jakby zawsze z zasady miała od razu wszystko rozumieć i domyślać się, o co chodzi synowi. W końcu jednak dodał: — Ona też mnie myje... To... Czemu?
Czyhająca Murena przechyliła nieznacznie głowę. Nie była pewna, czy nieustanne pytania syna były czymś pozytywnym, czy raczej świadczącym o głupocie…
— Kotewkowy Powiew jest piastunką, więc jej obowiązkiem jest pilnowanie innych kociaków. Zajmuje się tobą i twoją higieną, gdy nie ma mnie z tobą w żłobku — wyjaśniła.
— A nie mogłaby... iść, zamiast ciebie coś robić? — zapytał kocurek.
To pytanie ją zaskoczyło. Strzepnęła ogonem.
— Nie lubisz jej?
Wydawało jej się to niemal nieprawdopodobne. Większość kociaków przepadała za Kotewką…
— Nie! — wzburzył się delikatnie, ale futerko na karku pozostało gładkie. — Lubię... A-ale — przerwał. Chyba musiał się zastanowić, jak dokładnie ubrać to w słowa. Język nie plątał mu się już tak, jak nogi, zwłaszcza kiedy rozmawiał tylko z rodzicielką, ale najwidoczniej czasami myślał o tylu rzeczach na raz, że nie potrafił tego wszystkiego uporządkować. — Ona jest wszystkich... wspólna — powiedział w końcu, a ostatecznie dodał jeszcze: — Ty nie.
— Oh. — Uciekło jej z pyska. Jak miała zinterpretować słowa syna? Westchnęła cicho i pokręciła głową.
— Niestety nie mogę — przyznała (co nie do końca było prawdą, ale jak miała wyjaśnić takiemu maluchowi, dlaczego nie chciała ciągle przebywać w żłobku?). — Wiesz, że mam obowiązki... ale jeśli chcesz, mogę postarać się przychodzić do ciebie nieco częściej. Gdyby ci się nudziło, zawsze możesz pobawić się ze swoimi rówieśnikami — zasugerowała po chwili. Liczyła, że Klekotek podłapie temat i może opowie coś więcej o swoich kolegach; nigdy nie widywała go, bawiącego się z innymi — czasami przebywał ze Złotą Łapą, ale na tym się kończyło.
Rozpromienił się na pierwszą część wypowiedzi matki, ale zaraz potem... powróciła jego neutralna mimika. Westchnął pod noskiem.
— Są... głośni i biegają... — Zmarszczył brewki i dodał jeszcze prędko, niemal nie gryząc się w język przez nagłość wypowiadanych słów: — I Pani Kotewka dziwnie patrzy na tą... jedną... — zamyślił się. Przecież wiedział, jak miała na imię, powinien wiedzieć.... — No…
— Rozumiem — odparła Murena, przyglądając się kocurkowi. — Na kogo dziwnie patrzy? — dodała po chwili, przejeżdżając ogonem po ziemi.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, o kogo mogła chodzić.
No tak.
— Korzonek? — podpowiedziała.
Przez chwilę milczała. Czy powinna wyjaśnić Klekotkowi, czym spowodowane było zachowanie innych w stosunki do czekoladowej? Spojrzała na niego z ukosa.
Za bardzo się przejmowała... Nie miała żadnych powodów, aby nie powiedzieć mu prawdy. Z resztą, prędzej czy później musiała go przestrzec.
— Słyszałeś już o tym, jak powstały różne koty?
Klekotek zmarszczył nosek, jakby usilnie starał się sobie coś przypomnieć.
— Pani Kotewka mówiła, ale... nie pamiętam. — Oparł się policzkiem o łapy Mureny. — Ale i tak wole usłyszeć od ciebie.
Skinęła łbem, przyglądając się kociakowi spod półprzymkniętych powiek.
— No więc, jak już pewnie wiesz, na początku świat spowity był mrokiem, spoczywając w objęciach Wiecznej Nocy. Dopiero później niebo ukruszyło się i powstały koty — zaczęła, uważnie obserwując reakcję Klekotka. Starała się wyjaśnić mu to w jak najprostszy sposób, ale mówiąc szczerze, sama nie do końca rozumiała, na czym miałoby to wszystko polegać.
— Tak właśnie z odłamków nocnego nieba zrodziły się koty czarne. Z okruchów Srebrnej Skóry natomiast powstały koty białe; to dlatego czarno-białe osobniki są zazwyczaj najbardziej szanowane, jak już pewnie zauważyłeś. Oprócz tego powstało jeszcze wiele maści, ale koty czekoladowe wyłoniły się z błota — dlatego większość nocniaków jest do nich uprzedzona.
Przerwała, aby spojrzeć na młodziaka.
— Korzonek? — podpowiedziała.
Przez chwilę milczała. Czy powinna wyjaśnić Klekotkowi, czym spowodowane było zachowanie innych w stosunki do czekoladowej? Spojrzała na niego z ukosa.
Za bardzo się przejmowała... Nie miała żadnych powodów, aby nie powiedzieć mu prawdy. Z resztą, prędzej czy później musiała go przestrzec.
— Słyszałeś już o tym, jak powstały różne koty?
Klekotek zmarszczył nosek, jakby usilnie starał się sobie coś przypomnieć.
— Pani Kotewka mówiła, ale... nie pamiętam. — Oparł się policzkiem o łapy Mureny. — Ale i tak wole usłyszeć od ciebie.
Skinęła łbem, przyglądając się kociakowi spod półprzymkniętych powiek.
— No więc, jak już pewnie wiesz, na początku świat spowity był mrokiem, spoczywając w objęciach Wiecznej Nocy. Dopiero później niebo ukruszyło się i powstały koty — zaczęła, uważnie obserwując reakcję Klekotka. Starała się wyjaśnić mu to w jak najprostszy sposób, ale mówiąc szczerze, sama nie do końca rozumiała, na czym miałoby to wszystko polegać.
— Tak właśnie z odłamków nocnego nieba zrodziły się koty czarne. Z okruchów Srebrnej Skóry natomiast powstały koty białe; to dlatego czarno-białe osobniki są zazwyczaj najbardziej szanowane, jak już pewnie zauważyłeś. Oprócz tego powstało jeszcze wiele maści, ale koty czekoladowe wyłoniły się z błota — dlatego większość nocniaków jest do nich uprzedzona.
Przerwała, aby spojrzeć na młodziaka.
─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───
Teraźniejszość
Rozciągnęła zdrętwiałe kończyny i rozwarła szczęki w szerokim ziewnięciu, które wkrótce przerodziło się w westchnienie. Zmrużyła nieznacznie oczy, prostując łapy; kolejna bezsenna noc minęła jej na gapieniu się w pustą ścianę legowiska i przysłuchiwaniu się miarowym oddechom współklanowiczów. Wreszcie, skoro pierwsze koty zaczęły się przebudzać, mogła wyjść z legowiska bez obaw, że kogoś obudzi. Niemal od razu skierowała się w stronę lecznicy; śnieg trzeszczał cicho pod ciężarem jej łap, a chłodny, siarczysty wiatr wył w koronach drzew. W legowisku medyka natomiast warunki były zupełnie inne; Murena przekonała się o tym, gdy wreszcie weszła do środka i kłujące zimno (przynajmniej częściowo) ustało. Szczelne ściany legowiska chroniły przed wszelkimi warunkami pogodowymi. Przystanęła na moment, rozglądając się po wnętrzu.
— Oh, witaj, Mureno! — Do jej uszu dotarł znajomy głos Różanej Woni, a chwilę później zza rogu wychynął łeb kotki. — Co cię tutaj sprowadza?
Murena strzepnęła ogonem i przekrzywiła nieznacznie łeb.
— Nic wielkiego; ostatnio miałam problemy z zaśnięciem i zastanawiałam się, czy jesteś coś w stanie na to poradzić… — Rozejrzała się po lecznicy. Klekocząca Łapa prawdopodobnie gdzieś tutaj przebywał…
Starsza pokiwała kilka razy głową, po czym ruszyła w stronę składziku.
— Na Klan Gwiazdy, pogoda strasznie nie dopisuje… Połowa kotów pociąga nosami; jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zabraknie nam ziół! No nic, miejmy nadzieję, że…
Reszty słów nie usłyszała, bo medyczka zniknęła już za ścianą legowiska, prawdopodobnie szukając odpowiednich medykamentów. Po chwili wróciła z kilkoma ziarnami maku, które położyła przed łapami Mureny, a następnie, mamrocząc coś pod nosem, udała się w inną stronę legowiska.
Księżniczka przechyliła nieznacznie łeb, gdy ktoś inny wszedł do środka lecznicy; napotkała parę znajomych, młodych oczu.
— Oh, jesteś, Klekotku — wymruczała, przejeżdżając ogonem po ziemi. — Jak podoba ci się nowe szkolenie? Wiem, że podjęcie się tego treningu musiało być dla ciebie trudną decyzją…
Zawsze cieszyła się, że jej syn pilnie się uczył, a szkolenie na wojownika przychodziło mu bardzo łatwo — dlatego też serce ściskało jej się na myśl, że jej drogi synek musiał zmienić drogę szkolenia i obrać rolę, której nie chciał. Oddałaby wszystko, żeby był szczęśliwy — żeby jego życie potoczyło się lepiej niż jej własne — ale mimo to, bezpieczeństwo klanu było jeszcze ważniejsze. Klekotek musiał podjąć dojrzałą decyzję i poświęcić swoje szczęście dla całej społeczności. I była dumna, że wybrał dobro ogółu.
Wyleczeni: Czyhająca Murena
— Oh, witaj, Mureno! — Do jej uszu dotarł znajomy głos Różanej Woni, a chwilę później zza rogu wychynął łeb kotki. — Co cię tutaj sprowadza?
Murena strzepnęła ogonem i przekrzywiła nieznacznie łeb.
— Nic wielkiego; ostatnio miałam problemy z zaśnięciem i zastanawiałam się, czy jesteś coś w stanie na to poradzić… — Rozejrzała się po lecznicy. Klekocząca Łapa prawdopodobnie gdzieś tutaj przebywał…
Starsza pokiwała kilka razy głową, po czym ruszyła w stronę składziku.
— Na Klan Gwiazdy, pogoda strasznie nie dopisuje… Połowa kotów pociąga nosami; jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zabraknie nam ziół! No nic, miejmy nadzieję, że…
Reszty słów nie usłyszała, bo medyczka zniknęła już za ścianą legowiska, prawdopodobnie szukając odpowiednich medykamentów. Po chwili wróciła z kilkoma ziarnami maku, które położyła przed łapami Mureny, a następnie, mamrocząc coś pod nosem, udała się w inną stronę legowiska.
Księżniczka przechyliła nieznacznie łeb, gdy ktoś inny wszedł do środka lecznicy; napotkała parę znajomych, młodych oczu.
— Oh, jesteś, Klekotku — wymruczała, przejeżdżając ogonem po ziemi. — Jak podoba ci się nowe szkolenie? Wiem, że podjęcie się tego treningu musiało być dla ciebie trudną decyzją…
Zawsze cieszyła się, że jej syn pilnie się uczył, a szkolenie na wojownika przychodziło mu bardzo łatwo — dlatego też serce ściskało jej się na myśl, że jej drogi synek musiał zmienić drogę szkolenia i obrać rolę, której nie chciał. Oddałaby wszystko, żeby był szczęśliwy — żeby jego życie potoczyło się lepiej niż jej własne — ale mimo to, bezpieczeństwo klanu było jeszcze ważniejsze. Klekotek musiał podjąć dojrzałą decyzję i poświęcić swoje szczęście dla całej społeczności. I była dumna, że wybrał dobro ogółu.
Wyleczeni: Czyhająca Murena
<Klekotku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz