Przeszłość
— Wiesz... Jak już będziemy wojownikami, będziemy najlepszi — wyznała cicho, jakby z obawą, że jeśli ktoś usłyszy jej słowa, to te się nie spełnią. — Będziemy szybcy i szilni. Nauczymy szie łapać wielkie zwierza i kolorowe ptaki... — rozmarzyła się, powoli przesuwając mordkę na łapki brata. — A nawet... Wiesz, może będziemy liderami. To by było dopiero, co? Jakbyszmy zosztali, to jakim byłbysz przywódcą...?
Kochał Szron i zawsze będzie to podkreślać, nawet jeśli na łapach będzie mieć krew, a jej cała persona będzie nieść nieuniknioną śmierć — do końca swoich dni będzie dla niej najlepszym bratem, jakiego mogłaby mieć. Rzuci jej cały świat na kolana, jeśli będzie trzeba. Będzie niczym ten wierny podwładny, który wykona każdy rozkaz swojej władczyni.
— Oczywiście, że będziemy najlepsi. Jeśli zechcemy, to zwojujemy cały świat, a każdy będzie nam padać do łap — wymruczał między pociągnięciami języka, którymi w spokojnym rytmie przejeżdżał po głowie siostry pomiędzy jej uszami, które na końcach były przyozdobione pędzelkami, podobnie jak jego.
Przed dalszą częścią odpowiedzi głęboko się zamyślił, zastanawiając, czy faktycznie mógłby być przywódcą — jakoś go nie ciągnęło zbytnio do wojowania i bycia wojownikiem, nieco bardziej pociągały go zioła, rośliny, sam fakt, że natura obdarzyła ich środkami, którymi medycy byli w stanie zwalczać choroby. Miał cichą nadzieję, że jego dziadek, Judaszowcowa Gwiazda, przydzieli go którejś z medyczek — byłby wtedy kimś w klanie, miałby uwagę większości z Klifiaków. Jego persona byłaby niemal ciągle w centrum uwagi, a szacunek wobec niego biłby od każdego kota, obok którego przechodzi.
— Nie wiem, czy bycie przywódcą to coś, do czego chce dążyć… — przyznał w końcu, strzygąc prawym uchem. — Jednakże ty droga siostro, byłabyś świetną liderką. Klan rósłby w siłę, a nasi wrogowie drżeliby ze strachu. A ja bym cię wspierał, stał u twego boku, dbając, by nikt nieproszony nie podszedł zbyt blisko wielkiej liderki — dodał z lekkim uśmiechem na pysku. Wizja Szron jako dostojnej i dumnej przywódczyni była czymś, co napawało go dumą. On jako wzorowy brat trwałby przy niej, niczym anioł stróż.
«★»
Obecnie
Zszarzała Łapa odkąd szkolił się pod okiem własnego mentora, nie miał już tylu okazji, by przebywać z siostrą. Zawód z tego powodu co dzień ściskał mu serce, lecz wystarczył jedynie widok sylwetki któregoś z kremowych braci, by zazdrość zagościła w jego lisim serce — doskonale zdawał sobie sprawę, że nie był żadnym niewiniątkiem, a kiedy fakt ten mu zaczynał jakoś dziwnie ciążyć, to wybielał się, jakby od tego miało zależeć jego życie. Oszroniona Łapa miała ogrom szczęścia, że jej został przydzielony na mentora ktoś z rodziny, on musiał przeboleć fakt, że od ostatnich wschodów musiał co dzień widywać ten szpetny dziób Bukowej Korony. Najchętniej zatkał, by tą jego jadaczkę mchem, lecz był świadom, iż jak na razie nie ma co konkurować z kocurem pod względem siły czy umiejętności bojowych. Dlatego też miał nadzieję, że kocur okaże się na tyle dobrym mentorem, by ten nie miał w przyszłości problemów z pokonaniem innych — w końcu nie tak dawno temu obiecał siostrze, że będzie przy niej i jeśli będzie trzeba, to nie dopuści do niej nikogo nieproszonego. W tym momencie chciał się stać silny dla niej, skoro z marzeniami o byciu medykiem musiał się pożegnać w dniu mianowania, to stwierdził, że będzie najlepszym wojownikiem, jaki stąpał po świecie — a to tylko dla swej siostry. Młódka stała się dla niego źródłem motywacji do dalszego działania i niepoddawania się, nawet jeśli dostał takiego se mentora.
— … Zszarzała Łapo. — Rozbrzmiał głos czekoladowego kocura, lecz młodszy go nie słuchał. — Zszarzała Łapo. — Ponowił próbę, zaczynając się irytować, w końcu ileż można wołać ucznia, który buja w obłokach, zamiast skupić się na treningu. — Zszarzała Łapo! — krzyknął mu prosto do ucha, co momentalnie poskutkowało, gdyż morskooki zaczął go mordować spojrzeniem. — Nie bujaj w obłokach mysi móżdżku — skwitował jedynie, co point podsumował przewróceniem oczami.
— Następnym razem zrzucę cię z klifu — fuknął, ruszając z dotychczasowego miejsca oraz odrywając wzrok od swojej siostry, która miała także zaraz wyruszyć na trening.
— Gdybyś miał, chociaż więcej siły to może bym w jakimś stopniu się przeraził, ale teraz to w porównaniu do mnie jesteś niczym pchła — odparł starszy i z dumnie uniesioną głową, machnął ogonem, jakby chcąc w ten sposób podkreślić wyższość nad swoim uczniem. Strzępek na to jedynie zastrzygł prawym uchem, co było jednym z licznych tików, których się nabawił w towarzystwie wojownika.
Coraz częściej kocur zastanawiał się jakim cudem jeszcze wytrzymuje z tym zadufanym w sobie lisim oddechem. Z każdym ich treningiem czuł w kościach, że jest coraz bliżej spełnienia jednej z gróźb, czy to zatkanie mu jadaczki mchem, czy zrzucenie z klifu, czy cokolwiek innego, co sprawi, że pomarańczowooki nie będzie się tak pysznić, wynosić jakby był, nie wiadomo kim.
— Tak tak, niech lepiej pan “pokonałem mewę i straciłem oko” powie lepiej, co łaskawie zaplanował na trening — rzucił jakby od niechcenia, wymyślając przy tym kąśliwy tytuł dla Bukowej Korony. Zszarzała Łapa z przyjemnością wypominał mu na każdym kroku to, że walczył z mewą, ALE przy tym starszy pożegnał się z jednym okiem.
— Zaraz to ja się z klifu zrzucę, jak zaraz nie przestaniesz — prychnął, wściekle przecinając przestrzeń za sobą. Na szczęście niebieski szedł od strony ściany, więc szansę na obiecany lot była niewielka, szczególnie że morze znajdowało się po “ślepej stronie” starszego — Strzępek na jego miejscu nie ryzykowałby własnym życiem, aby zrzucić jakieś upierdliwego ucznia.
— Już tak nie obiecuj, tylko gadaj, co dziś robimy — ciągnął dalej, chcąc się dowiedzieć, na co ma się nastawiać mentalnie. Walka? Cudnie, znowu Buk zrówna go z ziemią, a resztę dnia spędzi na dokładnym czyszczeniu jasnej szaty. Polowanie? Wojownik zawsze znajdzie najmniejszy błąd, za który go skrytykuje, stwierdzając, że nawet kociaki lepszą pozycję przyjmują podczas zabaw niż on. Nawigacja w tunelach? Wyczekiwany moment, kiedy to nie będzie musiał oglądać tego szpetnego dzioba swojego mentora. Wspinaczka na drzewa? Po jego trupie. Mowy nie ma, że da się z własnej niewymuszonej woli wciągnąć na wielki badyl wyrastający z ziemi.
— Skoro musisz wiedzieć, to w końcu nauczysz się wspinać — oznajmił czekoladowy, obserwując reakcję swojego podopiecznego z widoczną satysfakcją. Morskooki mimowolnie wzdrygnął się na jego słowa, a sierść nieznacznie się uniosła, dając jasno do zrozumienia, że to ostatnie, o czym marzył uczeń.
— A to… Nie możemy czegoś innego…? — spytał, starając się ukryć błagalną nutę w głosie, która wybrzmiewała wyraźniej w akompaniamencie niepewności, obawy. Te wszystkie emocje nieproszenie wkradły się do wypowiadanych słów.
— Nie, już postanowione, więc już nie bądź taką boi-myszką i nim się obejrzysz, nie będziesz chciał zejść na ziemię — zapewnił go starszy, stawiając sobie za cel, by wyszkolić tego tchórza tak, by nigdy nie przyniósł mu wstydu, jako mentorowi.
— Nie będę chciał zejść, ponieważ jak raz wejdę, to o drodze powrotnej nie ma mowy — fuknął młodszy, mimo wszystko podążając za Bukiem, nawet jeśli oznaczało to, że będzie musiał mimo wszystko wchodzić na te przeklęte drzewa.
— Przestań płakać, bo zaczynam wątpić, że byłeś gotowym, by zostać moim uczniem. Będzie dobrze.
«★»
— Będzie dobrze, mówił i teraz co? Nico! Dałem się jak kociak i teraz siedzę na tym cholernym drzewie, bo komuś niełaska ruszyć pazurem — mruczał pod nosem, uczepiony pazurami gałęzi pod sobą. Ledwo, co wspiął się na tę najniższą i już zaprotestował, nie mając zamiaru się ruszyć choćby o wąs.
— Nie rób z żuka borsuka — rzucił czekoladowy, przewracając okiem na obraz przerażonego ucznia.
— Ty to tam siedź cicho! — fuknął w jego stronę, choć oczy miał zamknięte, nie chcąc patrzeć na tak odległą ziemię, choć to wcale nie tak, że od stabilnego gruntu dzielił go raptem jakiś króliczy skok.
— Eh… Gorzej niż z mysią strawą… — westchnął jedynie, zastanawiając się, czy faktycznie będzie musiał się osobiście pofatygować po swojego ucznia, czy ten łaskawie przełknie strach i sam zejdzie z tego drzewa. Przecież zbyt wysoko nie wlazł, do czubka drzewa miał daleką drogę.
— Słyszałem! — Na głos Zszarzałej Łapy machnął zniecierpliwiony ogonem, nie mając ochoty pomagać tej boi-wróblowi.
— Słuchaj no ty kupo zlęknionego futra! — zagrzmiał, mając dość tego przedstawienia. — Gdzie jest ten pyskaty, arogancki uczeń, co ma gdzieś niemal wszystko, co do niego mówię? Taka boi-myszka ma być kiedyś wojownikiem? Na pewno nie, dopóki jestem twoim mentorem. Także rusz ten zapchlony tyłek i złaź!
Młodszy nie dowierzając słowo, które usłyszał, zamrugał kilka razy, wpatrując się w pomarańczowookiego, jakby był duchem. Czy on naprawdę próbował jakoś go wspierać? Nawet jeśli był to specyficzny sposób nakłonienia, by przezwyciężył swój, to mimo wszystko nieco to pomogło. Może coś dobrego wyjdzie z tego, że to właśnie jego dostał jako mentora?
— Czy ty właśnie…? — mruknął, nadal nie potrafiąc przyswoić faktu, że wojownik robił coś, by sam spróbował zejść na ziemię.
— Nie gadaj tylko bierz swój ogon na ziemię — prychnął zniecierpliwiony.
— No już już, idę — rzucił. — Chyba… — dodał mniej pewnie pod nosem.
Nie mając zbytnio innego wyboru, odczepił swoje pazury od gałęzi i niemal czołgając się, znalazł się przy głównym konarze, by głośno przełknąć ślinę. Choć nie pomogło to w żaden sposób, gdyż jego gardło nadal było wysuszone na wiór przez strach. Przez chwilę się zastanawiał, który ze sposobów zejścia zastosować — biec na złamanie karku, czy wycofać się? Druga opcja brzmiała bezpieczniej, gdyż jeśliby spadł, to na tyłek, jednak wtedy więcej czasu spędziłby na samym drzewie, a tego mu już zdecydowanie wystarczyło. Tak więc zdecydował się na zbiegnięcie, modląc się do przodków, by ci nie pozwolili na jakikolwiek wypadek z jego udziałem.
— No widzisz, dałeś radę. — Bukowa Korona dumnie stał przed swoim uczniem, któremu z powodzeniem udało się opuścić drzewo.
— Nigdy więcej — stwierdził jedynie.
— Tak tak, powtórka za klika dni — oznajmił jakby od niechcenia czekoladowy, a Strzępek miał wrażenie, że właśnie wyzionął ducha.
“Proszę, niech ktoś powie, że on żartuje… Na Gwiezdnych… Przecież ja kolejnego razu nie przeżyje” — pomyślał załamany.
— No już, nie przeżywaj tak tego. Dałeś radę, więc weź się w garść, bo zaraz pomyślę, że jest z tobą gorzej niż myślałem.
— A wypchaj się mchem — fuknął młodszy, biorąc głęboki wdech i wydech. Musiał się uspokoić nim wrócą do obozu. W końcu co inni pomyślą, jeśli ujrzą go przerażonego już na wejściu? A jeszcze jak się wyda, że kocur ma lęk wysokości? Wtedy już będzie skończony w klanie i cały wizerunek, jaki starał się budować, zmieni się w pył. A Źródlana Łuna tym bardziej nie będzie się przyznawać do takie syna nieudacznika.
— Arogancki Zszarzała Łapa powraca — rzucił zaczepnie wojownik, na co młodszy gniewnie machnął ogonem.
«★»
Nim wrócili do obozu, udali się jeszcze na plażę przy Bursztynowej Wyspie, którą dzielili z Klanem Nocy, by morskooki mógł poćwiczyć otwieranie krabów. Tym razem mu lepiej szło niż wtedy, gdy był tu z Trójokim Zającem oraz Oszronioną Łapą. Żałował, że raczej już nie będzie mieć wspólnych treningów z siostrą, lecz miał nadzieję, że dla nich obu wyjdzie to na plus i razem już niedługo dostąpią zaszczytu, jakim jest ceremonia mianowania na wojownika. Oboje będą silni, szybcy, najlepsi, jak to niebieskooka sobie wyśniła. Nie chciał jej zawieść, dlatego też starał się przykładać do treningów z Bukową Koroną — nawet jeśli one polegały na wspinaczce na drzewo.
— Udamy się jeszcze na szybkie polowanie, bo krabem to mało kto się naje — stwierdził czekoladowy, ruszając z dotychczasowego miejsca. Przez cały czas, jak point męczył się z otwieraniem skorupiaków, to on znudzony obserwował poczynania swojego ucznia. Najwidoczniej stwierdził, że ten sobie w miarę radzi i nie musi mu tłumaczyć czegoś tak prostego.
Zszarzała Łapa jedynie skinął głową, biorąc to, co udało mu się złapać na plaży. Może nie było tego dużo, lecz zawsze lepsze to niż nic.
«★»
Zmęczony po dniu pełnym emocji padł, jak stał na posłanie w legowisku uczniów. Bukowa Korona zdecydowanie wycisnął z niego siódme poty w dość krótkim czasie, jednakże kocur czuł satysfakcję — towarzyszące mu wyczerpanie było jasną oznaką, że stara się i jego wysiłki nie idą na próżno. Chociaż po takich treningach miał ochotę nie wstawać przez kolejny sezon. Jednakże tak długi odpoczynek musiał pozostać w sferze jego marzeń, gdyż nie było mowy, aby ktokolwiek pozwoli mu coś takiego — nawet on sam, ponieważ byłoby to marnotrawstwo cennego czasu, który powinien przeznaczyć na kolejne treningi.
Czuł, jak jego powieki zaczynają się robić coraz cięższe. Krótka drzemka chyba mu nie zaszkodzi i raczej nikt nie będzie mieć ku temu przeciwwskazań. Toteż pozwolił sobie na krótki odpoczynek, z przeciągłym westchnieniem poprawił swoją pozycję, by pozwolić myślom odpłynąć, a ciało odpocząć chociaż przez chwilę.
“Znajdował się w kompletnie nieznanym mu miejscu, wszystko było obce — dźwięk, zapach. W pewnym momencie przeszedł go dreszcz wzdłuż grzbietu, kiedy uświadomił sobie, że odczuwa na swojej personie wzrok wielu istot. Nie wiedział, czy te spojrzenia należą do kotów, czy kogoś innego, jednak jednego był pewien — z każdym uderzeniem serca, mroziły krew w żyłach, a on sam zaczynał się czuć mały, bezbronny, niczym ofiara podana pod sam nos drapieżników.
Próbował wykonać jakikolwiek krok, lecz dopiero wtedy uświadomił sobie, że jego łapy są tak ciężkie, że nie był w stanie nawet się ruszyć o kocięcy krok. Jedyne co mu pozostawało to stać tak, zdając się na łaskę swych łowców, którzy jak dotąd jedynie wlepiali w niego swoje ślepia. Zdawało mu się, że ci się najzwyczajniej w świecie nim bawią. Prychnął pod nosem, kiedy sobie to uświadomił. Chciał coś powiedzieć, cokolwiek, jednak w tym samym momencie poczuł na grzbiecie czyjś ogon. Było to raptem muśnięcie niczym dotyk skrzydeł motyla, lecz on odczuł je niczym cierń orający jego plecy i zostawiający po sobie głębokie szramy, które już zawsze będą zdobić jego ciało.
Czyli tak właśnie zginie? Młodo, torturowany, traktowany niczym wyśmienita forma rozrywki? Nie dane będzie mu zobaczyć siostrę jako silną wojowniczkę, a może nawet liderkę? Zostanie sama bez niego u boku?
Już się miał godzić z takim losem, lecz wtedy do jego uszu dotarły odległe wołania. Początkowo słowa były niewyraźne, lecz z każdą chwilą przybierały na sile oraz wyrazie. Wcześniej niezrozumiały ciąg dźwięku teraz brzmiał, tak jakby mówca znajdował się tuż obok. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że to, co słyszał, to był niemal krzyk, który niósł ze sobą dwa słowa. Jego obecne imię.”
Mruknął coś pod nosem, powoli przebudzając się z drzemki, która przyniosła ze sobą mało zrozumiały sen. Z głośnym ziewnięciem, uświadomił sobie, że ktoś znajduje się tuż obok, a także uważnie go obserwuje. Nieco zaspany wzrok przeniósł na siostrę. Zamrugał kilka razy, odganiając resztki snu, by dokładniej przyjrzeć się kotce.
— Coś się stało Oszroniona Łapo? — spytał, nieznacznie się przeciągając. Zastanawiało go, co niebieskooka tu robi — czyżby już skończyła trening z Trójokim Zającem? Jeśli tak, to czemu stała nad nim, przecież on tylko drzemał, nic złego mu się nie działo.
<Siostro? Co cię sprowadza?>
[2360 słów + wspinaczka na drzewa]
[Przyznano 47% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz