Do jego uszu doszły słuchy, że Rozkwitający Aster – jego mentorka – została mianowana na protektora całkiem późno. Naparstnicowa Łapa postanowił sobie, że nie popełni tego samego błędu i będzie przykładał się do treningów tak bardzo, by za kilka księżyców być gotowym do ceremonii. Może przynajmniej swoją pracowitością odpłaci Klanowi Klifu za trzymanie przy życiu tak pokaleczonego kociaka.
Zresztą i tak nie nadawał się na wojownika, dlatego obrał inną ścieżkę. Ścieżkę, na której nie będzie polował ani walczył. Będzie zbierał zioła, kręcił się po obozie i pomagał innym kotom. Tylko… czy to naprawdę była pomoc? Czasem uważał rangę protektora za bezużyteczną. Ale samego siebie też widział jako bezużytecznego, więc w pewnym sensie pasował do tej roli.
Jeśli chodziło o burą szylkretkę, wobec niej miał sporo wyrozumiałości. “Może została mianowana tak późno przez jakieś niedogodności losu?” – tłumaczył sobie. Gdyby jednak to jemu przyszło tak długo zajmować stanowisko ucznia, chyba wolałby odejść z Klanu Klifu, bo czułby wstyd. Był dla siebie surowy i wymagający. Wszyscy inni mogli mieć problemy, lęki i trudności. Ale on? On musiał być idealny, bo inaczej byłby tylko odpadkiem. Może to głupie, ale gdy rodzi się w takich okolicznościach, trudno wyrosnąć na zwyczajnego kota. Postrzępiony Mróz swoim “faworyzowaniem” – choć to za dużo powiedziane, bo po prostu poświęcała więcej uwagi bardziej wymagającemu bratu Naparstnicy – sprawiła, że biało-niebieski miał o sobie niskie mniemanie. Mimo wszystko nie winił matki za to, kim teraz jest. Miała ważniejsze sprawy na głowie niż opiekowanie się pozornie zdrowym kocięciem.
Naparstnicowa Łapa prychnął pod nosem i przewrócił się z jednego boku na drugi. Był wczesny ranek, ale nie spał już od dłuższego czasu. Obudził się jeszcze wtedy, gdy na zewnątrz panowała ciemność, i od tamtej pory nie zmrużył oka.
Skaranie Klanu Gwiazdy.
Nienawidził mieć czasu i nie mieć czym zająć myśli. Wtedy najbardziej do niego docierało, jak dziwnym kotem jest. Dlatego nie cierpiał myśleć. Nie cierpiał zastanawiać się, co w jego życiu poszło nie tak, że czuł się w ten sposób.
Może powinien podzielić się tym z mentorką? Albo z kimś bliskim? Nie… Przecież był młody. I tak nikt by mu nie uwierzył.
“W twoim wieku nie ma się jeszcze problemów. Poczekaj, aż podrośniesz. To dopiero będzie!” – takie odpowiedzi wyobrażał sobie usłyszeć. Więc nawet nie próbował. Nie przyniosłoby to żadnych korzyści, a mógłby tylko stracić w oczach pobratymców. Nie chciał być znany jako ten z problemami, lecz jako ten ambitny i silny.
W pewnym momencie w jego legowisku zjawiła się Rozkwitający Aster. Rozpoznał ją po krokach i od razu podniósł głowę, by spojrzeć na jej pysk. Nie chciał być niegrzeczny.
— Hej, Naparstku! Przygotuj się, za niedługo wychodzimy na trening — mruknęła pogodnie.
Biało-niebieski uśmiechnął się sztucznie, udając, że wcale nie jest zdołowany.
Bura wycofała się z legowiska i rzuciła jeszcze przez ramię:
— Widzimy się za moment przed wyjściem z obozu!
Gdy tylko Naparstnica miał pewność, że mentorka go nie usłyszy, z jego pyska wyrwało się ciężkie westchnienie. Po chwili wychwycił czyjś cichy chichot – ktoś mógł pomyśleć, że to z niechęci do Rozkwitającego Astra. To nie była prawda. Uczeń szanował starszą kotkę. Po prostu nie miał ochoty wstawać z posłania.
Chcieć być pożytecznym to jedno, a faktycznie takim być to drugie. A bycie wiecznie nieszczęśliwym tylko wszystko komplikowało.
Naparstnicowa Łapa podniósł się w końcu na cztery łapy i otrzepał. Zachwiał się lekko, jakby za moment miał znów opaść na legowisko, ale zdołał ustać. Kilka razy liznął zmierzwione futro na klatce piersiowej, po czym niezgrabnym krokiem ruszył przed siebie.
Naprawdę, jego matka nie powinna była robić sobie kociąt, skoro potem po obozie żałośnie kroczył taki niziołek… Pewnie wszyscy już go wytykali i śmiali się z niego. No ale cóż, mieli do tego powód. Szkoda, że w Klanie Klifu nie istniała ranga polegająca na siedzeniu w samotności i ciemności przez resztę życia. Wtedy przynajmniej wiedziałby, kim chce zostać.
Stanął obok swojej mentorki, która z subtelnym uśmiechem czekała, by rozpocząć trening.
— Pomyślałam, że dziś możemy pozbierać trochę ziół. Tobie przyda się medyczna wiedza, a medykom pełny składzik roślin — skwitowała.
Może i miała rację. Przynajmniej jego praca wreszcie się na coś przyda. Dzięki ziołom, które nazbiera wraz z mentorką, Ćmi Księżyc czy Jagnięcy Ukłon będą w stanie uratować czyjeś życie albo przynajmniej polepszyć czyjś stan zdrowia, a to w pewnym sensie było jak wyróżnienie.
* * *
Kroczył właśnie przez rozległe polany na terenach Klanu Klifu. Gdzieś kilka lisich ogonów przed nim szła Rozkwitający Aster, zdecydowanie szybsza i pewniejsza. Starał się dotrzymać jej tempa, choć z każdym kolejnym krokiem czuł, jak zmęczenie coraz mocniej ogarnia jego ciało. Nie miał jednak ani serca, ani odwagi wspominać o tym mentorce. Nie chciał jej martwić ani sprawiać wrażenia, że sobie nie radzi. W końcu zdobywanie doświadczenia wymagało poświęceń i ciężkiej pracy. Czuł, że kiedyś go to wykończy, ale może właśnie takie było jego przeznaczenie. Skoro Klan Gwiazdy obdarzył go tak słabym ciałem, to może od początku nie planował dla niego długiego życia? Może w ogóle nie chciał go na tym świecie? Czym Postrzępiony Mróz tak rozgniewała swoich Przodków, że mścili się tak okrutnie na jej dzieciach? I to nie tylko na nim czy jego rodzeństwie z jednego miotu. Niebiańska Poświata, Świetlista Łapa, Drobne Ukojenie… one również zdawały się mieć problemy zdrowotne. To nie mógł być zwykły przypadek. Może jego matka była przeklęta…? Sama, poza krótkimi łapami, nie miała większych utrudnień, więc musiała nagrabić sobie czymś podczas życia. Tylko czym? I czy jeśli Naparstnica albo jego siostry kiedyś zapragną potomstwa, ich kocięta też będą nosić na sobie to przekleństwo?
— Spójrz! Naparstku, wiesz, co to za zioło? — głos Rozkwitającego Astra wyrwał go z zamyślenia.
Uczeń zatrzymał się i przyjrzał żółtemu kwieciu, które kołysało się na wiosennym wietrze.
— Nawet kociak wie, że to mlecz — odparł z pozorną nonszalancją, choć w głębi duszy cieszył się, że akurat to rozpoznał bez wahania.
Szylkretka poklepała go ogonem po grzbiecie, po czym schyliła się, by ostrożnie chwycić kilka kwiatów za łodygi i wziąć je do pyska.
— Potrzymasz? — wybełkotała, podając mu pęczek mniszków. — Chodźmy dalej! Na pewno jeszcze uda nam się coś znaleźć — dodała z entuzjazmem, ruszając przed siebie niemal natychmiast.
Skąd w niej tyle wigoru? Nawet on, chociaż był dużo młodszy, nie był aż tak ruchliwy. Ale trudno się dziwić, skoro jego łapy były takie krótkie i nieporęczne. Może gdyby był normalny, też byłby taki radosny. Promieniałby szczęściem, zarażał nim innych, nie zastanawiał się nad każdym swoim krokiem. Tyle że łap nikt mu nie wydłuży. Może więc jedynie domyślać się, jak by to było. A choćby nawet był wyższy i sprawniejszy, rodzinę wciąż miałby tę samą.
— Rozkwitający Astrze… — mruknął nagle, unosząc wzrok na protektorkę. — A ty… znasz moją matkę? Rozmawiałyście kiedyś? — zapytał, starając się, by jego głos nie zadrżał na wzmiankę o liliowej.
— Postrzępiony Mróz? — Bura zwróciła ku niemu głowę. — Była moją mentorką, wiesz? — oznajmiła z uśmiechem. — To takie ciekawe, że przyszło mi uczyć syna mojej dawnej mentorki!
Tak, ciekawe. A może raczej okropne? Kto cieszyłby się z tego, że ma szkolić niepełnosprawnego kociaka? Może powiedziała “ciekawe”, bo nie chciała go urazić, ale nie chciała też mówić, że treningi z nim są przyjemne. Zresztą, o czym on w ogóle myślał. Treningi z nim i jakiekolwiek pozytywne słowo w jednym zdaniu? To niemal jak żart.
— Najwyraźniej los lubi podrzucać ci karły pod nogi… — spróbował zażartować, choć już w chwili wypowiadania tych słów czuł, że to zły pomysł. Gdy tylko skończył, skrzywił pysk. To nawet nie było śmieszne. Jak można mieć tak potworne poczucie humoru? Jego żarty były suchsze niż piach.
— Haha, karły! Brzmi prawie tak, jak kłody — podchwyciła.
Już miał się uprzeć, że te dwa słowa wcale nie brzmią podobnie, ale w porę się powstrzymał. Powinien być wdzięczny. Aster przynajmniej próbowała go nie zasmucać i dodać mu trochę pewności siebie.
— Tia… prawie tak samo — powtórzył, choć jego znudzony ton wyraźnie ukazywał, że wcale tak nie uważa.
Bura jednak puściła to mimo uszu i ponownie przyspieszyła kroku. To trochę zirytowało Naparstnicę, bo skoro jej mentorką była Postrzępiony Mróz, powinna wiedzieć, że koty z krótkimi łapami nie są tak szybkie ani zwinne jak reszta.
W końcu poczuł kłucie w klatce piersiowej. Wtedy zdecydował, że nie będzie już próbował dotrzymać jej kroku za wszelką cenę.
— Zwolnij trochę, proszę! — zawołał, zatrzymując się i próbując zaczerpnąć więcej powietrza.
Aster w mgnieniu oka znalazła się przy nim ze zmartwionym wyrazem pyska.
— Coś się stało? Coś cię boli? Zmęczyłeś się? Możemy trochę zwolnić, jak chcesz — zaczęła dopytywać, wyraźnie przejęta.
Uczeń przez chwilę milczał, wciąż uspokajając oddech i starając się zignorować ból w klatce piersiowej.
— Jest dobrze… ale faktycznie… możesz tak nie pędzić — przyznał niepewnie, minimalnie kładąc po sobie uszy. Nienawidził przyznawać, że karłowatość naprawdę tak bardzo wpływa na jego kondycję i samopoczucie. Nienawidził czuć się słaby.
— Nie ma sprawy! Nie musisz się tego wstydzić. Niektórzy wolą nieco spokojniejsze tempo i ja się do tego dostosuję — zapewniła go łagodnie.
Cieszył się, że przynajmniej jego mentorka była dobrą duszą. Gdyby trafił na jakiegoś gbura, jego życie już dawno zamieniłoby się w jeszcze większą tragedię. A tak czasem mógł odetchnąć od przykrości i własnych myśli. Może zesłali mu Aster jako formę nagrody? Nagrody za tak ciężkie dzieciństwo i za te wszystkie chwile, w których czuł się gorszy od innych? Może choć w tym jednym Klan Gwiazdy okazał mu odrobinę łaski.
* * *
Wrócił do obozu całkiem zadowolony ze swoich zbiorów. Ten trening wyjątkowo poprawił mu humor i przez chwilę naprawdę czuł się… dobrze. A jednak był niemal pewien, że jutro znów będzie miał opór przed wstaniem. Dlaczego jego mózg nie mógł po prostu przyjąć do wiadomości, że ruch i rozmowa z innym kotem sprawiają mu radość? Miał wrażenie, że sam sobie rzuca kłody pod łapy. Tylko co właściwie mógł z tym zrobić? Chyba jedyne, co mu pozostawało, to brnąć naprzód i liczyć na to, że w końcu mu przejdzie. Że któregoś dnia obudzi się i będzie taki jak inni.
Po odłożeniu ziół w lecznicy niemal wpadł na rudofutrą wojowniczkę. Jego mentorka gdzieś zniknęła, więc musiał poradzić sobie sam. Zamiast jednak szybko przeprosić i odejść bez robienia zamieszania, Naparstnica stanął jak wryty i milczał. Wpatrywał się w pysk kocicy tak długo, aż ta strzepnęła ogonem z wyraźną irytacją.
— Źle ci? — mruknęła, mrużąc ślepia.
Coś obiło mu się o uszy, że wcześniej była związana z Klanem Wilka. Wielu Klifiaków wciąż o tym szeptało, spoglądając na nią podejrzliwie, więc trudno było tego nie wiedzieć.
— Nie, nie… — odpowiedział w końcu, choć myślami błądził gdzie indziej. Znowu wrócił do obrazu przywódczyni Wilczaków ze zgromadzenia i do tego dziwnego wrażenia, że skądś ją zna. — Ale… jesteś z Klanu Wilka, tak? — zapytał ostrożnie.
Rozżarzona Pieśń zmierzyła go wzrokiem tak chłodnym, jakby chciała wbić go w ziemię na głębokość kilku zajęczych susów.
— Nie, nie jestem z Klanu Wilka. Urodziłam się z dala od klanów — odparła sucho, najwyraźniej uznając, że Naparstnica jest kolejnym głupiutkim uczniem, który zamierza wypominać jej przeszłość.
— To… nie o to mi chodziło.
— Przecież wiem.
Ogon Naparstnicy zadrżał lekko. Czuł, jak poczucie niezręczności ściska go za klatkę piersiową, ale ciekawość była silniejsza niż dyskomfort.
— Nie mam nic złego na myśli — dodał ciszej, na co ucho rudej drgnęło nieznacznie. — Chciałem tylko wiedzieć, jak jest w Klanie Wilka… bo… mam przypuszczenia, że-
Urwał w połowie zdania, w porę gryząc się w język. Spuścił wzrok na własne łapy. Miał nadzieję, że wojowniczka mimo wszystko zdecyduje się powiedzieć mu coś więcej o klanie, z którym graniczyli.
<Rozżarzona Pieśni?>
[1856 słów – trening medyka]
[Przyznano 37%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz