Była śliczna, mała, puchata, a oczy to miała po mamie.
Z tymi słowami spotykała się od czasu, gdy tylko zyskała jakieś początki świadomości, zostawiając w tyle tryb samouczka. Z początku, jak to każde kocię, nieco bała się obcych i tkwiła przy ogonie mamy, jednak nie trwało to zbyt długo, a na wierzch zaczęło wychodzić jej prawdziwe ,,ja". Pewne siebie i chętnie przyjmujące komplementy. Nie rozumiała jeszcze, dlaczego nie odwiedzają ich wszystkie koty i dlaczego większość z nich chętniej przychodzi porozmawiać ze starszymi kociętami, ani dlaczego w stronę mamy wtedy lecą niezbyt przyjazne spojrzenia i zdawało się, że nie miała jeszcze tego rozumieć przez jakiś czas. Albo nie, zrozumiała dość szybko jedną, istotną rzecz: jeśli nie jesteś miły, inni cię nie lubią. Mama często podnosiła głos i była opryskliwa, jednak to było to, z czym młoda kotka była obeznana, więc jej zachowanie nie było niczym obcym, czy nieprzyjemnym. Co innego tata. Porządny kot pewnie by się teraz zastanowił, jakim cudem rudy hipis jak Lisówka, skończył z kociętami z kimś takim jak Chomik, ale podobno miłość zaślepia, czy jakoś tak. Pojęcia miłości romantycznej kotka też teraz nie bardzo rozumiała, ani "miłości" ogółem, chociaż mogła stwierdzić, że jest to pozytywne i występujące często w rodzinie uczucie. I jak się komuś mówi, że się go kocha, to zazwyczaj spotyka się od razu z pozytywną reakcją... zazwyczaj. Nigdy nie widziała by ktoś mówił, że kogoś kocha do totalnie obcej osoby. Czy to by było dziwne? Cóż, dla małego móżdżku nie było to teraz wcale ważne.
- Włókniczek tak nie można, to bszydko - tak, to było ważne. Włókniczek, jedyny brat jakiego posiadała (nie, żeby posiadała jakieś inne rodzeństwo ogółem) był jej obecnym zmartwieniem i ważną sprawą. Mama go nie lubiła. Tata go lubił a Raniuszek... Raniuszek nie wiedziała, ale szybko się przekonała, że i tak nic jej nie powie ani nie naskarży dorosłym, więc nie tylko wzięła sobie za cel naprostowywanie kocurka gdy robił coś nie tak, ale wchodzenie mu na głowę za każdym razem, gdy była ku temu okazja. W tym wypadku jej problemem było to, że rudy wgapiał się przez chwilę w przechodnia, a nie ładnie jest się gapić (nie, żeby sama była lepsza, czasami obrzucając oceniającym spojrzeniem inne kociaki). Włókniczek spojrzał na nią wielkimi oczami, otworzył pysk i zaraz go zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa. Nie, żeby spodziewała się czegoś innego. Milczał, a ona dzięki temu, pomimo sprzeciwu, mogła zabierać mu zabawki wedle swoich zachcianek.
Z tymi słowami spotykała się od czasu, gdy tylko zyskała jakieś początki świadomości, zostawiając w tyle tryb samouczka. Z początku, jak to każde kocię, nieco bała się obcych i tkwiła przy ogonie mamy, jednak nie trwało to zbyt długo, a na wierzch zaczęło wychodzić jej prawdziwe ,,ja". Pewne siebie i chętnie przyjmujące komplementy. Nie rozumiała jeszcze, dlaczego nie odwiedzają ich wszystkie koty i dlaczego większość z nich chętniej przychodzi porozmawiać ze starszymi kociętami, ani dlaczego w stronę mamy wtedy lecą niezbyt przyjazne spojrzenia i zdawało się, że nie miała jeszcze tego rozumieć przez jakiś czas. Albo nie, zrozumiała dość szybko jedną, istotną rzecz: jeśli nie jesteś miły, inni cię nie lubią. Mama często podnosiła głos i była opryskliwa, jednak to było to, z czym młoda kotka była obeznana, więc jej zachowanie nie było niczym obcym, czy nieprzyjemnym. Co innego tata. Porządny kot pewnie by się teraz zastanowił, jakim cudem rudy hipis jak Lisówka, skończył z kociętami z kimś takim jak Chomik, ale podobno miłość zaślepia, czy jakoś tak. Pojęcia miłości romantycznej kotka też teraz nie bardzo rozumiała, ani "miłości" ogółem, chociaż mogła stwierdzić, że jest to pozytywne i występujące często w rodzinie uczucie. I jak się komuś mówi, że się go kocha, to zazwyczaj spotyka się od razu z pozytywną reakcją... zazwyczaj. Nigdy nie widziała by ktoś mówił, że kogoś kocha do totalnie obcej osoby. Czy to by było dziwne? Cóż, dla małego móżdżku nie było to teraz wcale ważne.
- Włókniczek tak nie można, to bszydko - tak, to było ważne. Włókniczek, jedyny brat jakiego posiadała (nie, żeby posiadała jakieś inne rodzeństwo ogółem) był jej obecnym zmartwieniem i ważną sprawą. Mama go nie lubiła. Tata go lubił a Raniuszek... Raniuszek nie wiedziała, ale szybko się przekonała, że i tak nic jej nie powie ani nie naskarży dorosłym, więc nie tylko wzięła sobie za cel naprostowywanie kocurka gdy robił coś nie tak, ale wchodzenie mu na głowę za każdym razem, gdy była ku temu okazja. W tym wypadku jej problemem było to, że rudy wgapiał się przez chwilę w przechodnia, a nie ładnie jest się gapić (nie, żeby sama była lepsza, czasami obrzucając oceniającym spojrzeniem inne kociaki). Włókniczek spojrzał na nią wielkimi oczami, otworzył pysk i zaraz go zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa. Nie, żeby spodziewała się czegoś innego. Milczał, a ona dzięki temu, pomimo sprzeciwu, mogła zabierać mu zabawki wedle swoich zachcianek.
***
Dzień mianowania przyszedł szybko i kotka dumnie stanęła pośrodku zgromadzonych kotów.
- Wyprostuj się - syknęła jeszcze w ucho do brata, który nieco z obawą wypiął bardziej pierś do przodu. Cisza. To było to, z czym się spotkała i całkiem pasowało do jej brata. Nie, żeby jakoś bardzo miała z tym problem, o ile nie przyniesie jej to wstydu, milczący pachołek jest nawet wygodniejszy, chociaż szkoda, że nie mógł jej o niczym donosić czy coś. Nawet jeśli był dziwny starała się trzymać go dość blisko... chociaż trudno było powiedzieć, dlaczego. - Jak już tu jesteś to staraj się chociaż nie zrujnować mi ważnego dnia i ładnie się prezentować. - ... Czasem w sumie nawet żałowała, że nie mówił. Fajnie by było mieć partnera w zbrodni, a zamiast tego miała mokrą ciapę. Zerknęła kątem oka na Chomik, która dumnie obserwowała swoje dzieci, wcześniej dość długo układając puchate futerko Raniuszek.
- Ciszo, Raniuszku, wystąpcie - ah, zaczyna się! Dumna, nie okazując zbyt wielkiej ekscytacji wybyła do przodu, patrząc z wyczekiwaniem w stronę lidera. - Ukończyliście sześć księżyców i nadszedł czas, abyście zostali uczniami. Ciszo, od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Cicha Łapa. Twoim mentorem będzie Strzępotkowy Kokon. Raniuszku, od teraz Śpiewająca Łapo, twoim szkoleniem natomiast najmie się Słodka Dziewanna. Mam nadzieję, że wyznaczeni mentorzy przekażą wam całą swoją wiedzę. Strzępotkowy Kokonie, Słodka Dziewanno, jesteście gotowi do szkolenia własnego ucznia... - Słodka Dziewanna? Hm, nie, żeby miała nic przeciwko, chociaż liczyła na coś więcej. Na przykład na Zawodzące Echo. W końcu był zastępcą, prawda? I synem lidera, więc coś idealnie dla niej. Chciała wzbić się na tyle, by móc sięgnąć po to stanowisko a wszystko za sprawą ciężkiej pracy, oczywiście! Lilowa kotka wyrosła przed nią krótko po tym, jak Królik skończył swoją przemowę. Śpiewka zmierzyła ją wzrokiem krótko, jednak już po chwili na jej pyszczku zagościł szeroki uśmiech.
- Mam nadzieję na owocny trening!
***
Wróciła z biegów długodystansowych, z których zadowolona wcale nie była. Łapy miała krótkie, była raczej krągła a futro wcale nie ułatwiało sytuacji. Co chwila o coś zahaczała i coś wyrywała z ziemi, resztki pajęczyn i suchych traw przylepiały jej się do futra przez co na koniec nie tylko była zdyszana, ale również wyglądała jak najgorsze pomyje. Oczywiście trening był ważny! Nie, żeby bała się brudu, żeby osiągnąć coś wielkiego trzeba się natrudzić, jednak wciąż... trochę ją to brzydziło. W dodatku potknęła się w trakcie biegu kilka razy, więc klnąc pod nosem i próbując zachować spokój starała się nadgonić stracone susy, które dzieliły ją od mentorki.
- Biegi długodystansowe przygotowują cię również do polowania na króliki - odezwała się Słodka Dziewanna, gdy obie siedziały przy cieplejszym kamieniu, czyszcząc sobie futra. Szybko się okazało, że mają podobne umysły i obie raczej nie przepadają za brudem i nieporządkiem. - Chociaż osobiście wolałabym robić cokolwiek innego. Medycy to mają dobrze, nie muszą się tarzać za bardzo w ziemi - westchnęła.
- Bez medyków bylibyśmy podczas bitwy zdani sami na siebie. W teorii wiedza medyczna i umiejętności w walce są ważne, ale ciężko by było walczyć i opatrywać sobie wybity bark jednocześnie - podzieliła się swoim jakże dorosłym spostrzeżeniem, wygłoszonym dorosłym tonem - Chociaż tak, jak się tak na to patrzy, to trochę im zazdroszczę.
***
Szara Skóra był irytujący, a tym samym irytujące były jego dzieci, szczególnie Lotosowy Pąk. Za kogo się niby uważali? To, że mieli białe futro niczego nie zmieniało, też jej coś, jakim cudem klan mógł wierzyć w jakieś pawie dzieci? Z resztą, dobre. Wszystkie trzy osiadły na innych stanowiskach niż wojownik, jeszcze brakuje, by któreś z nich dostało gwarantowaną posadę lidera. Oczywiście nie miała oporów do podzielenia się tą myślą z Równonocną Łapą podczas przesiadywania w legowisku medyka, gdy Trzmieli Pyłek został opatrywany. Podobno zapalenie ucha czy coś, Śpiewkę mało to obchodziło, podobnie jak sam Trzmiel, ale widocznie Równonoc lubiła przesiadywać w towarzystwie kremowego kocura, który teraz musiał słuchać wywodu Raniuszek. Kotka specjalnie mówiła nieco głośniej, żeby sama albinoska usłyszała, podobnie jak Oskrzydlony Ognik, który wyszedł z lecznicy chwilę wcześniej, skarżąc się na migreny. Akurat przy nim starała się uważać przez rolę jaką pełnił. Chciała wypaść dobrze i się jakoś przypodobać, a siedzenie w środku lecznicy nie należało do jej celów życiowych. Może następnym razem go złapie i porozmawia? W końcu chciała dobrze wypaść, a jeśli zaproponuje pomoc na pewno jakoś zapunktuje.
[1101 słów]
[biegi długodystansowe]
Wyleczeni: Oskrzydlony Ognik, Trzmieli Pyłek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz